1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Rodzina patchworkowa: To się może udać!

Rodzina patchworkowa: To się może udać!

fot. iStock
fot. iStock
A teraz wyobraź sobie taką sytuację: przy stole wszyscy twoi byli partnerzy, dzieci twoje, jego i wasze wspólne, byli teściowie. Podają sobie półmiski z jedzeniem, śmieją się i sprzeczają tylko o drobiazgi… Wygląda to jak scena z amerykańskiego sitcomu, ale może stać się elementem twojej rzeczywistości. Może nie dziś i nie jutro, ale warto na taką przyszłość zapracować

A teraz wyobraź sobie taką sytuację: przy stole wszyscy twoi byli partnerzy, dzieci twoje, jego i wasze wspólne, byli teściowie. Podają sobie półmiski z jedzeniem, śmieją się i sprzeczają tylko o drobiazgi… Wygląda to jak scena z amerykańskiego sitcomu, ale może stać się elementem twojej rzeczywistości. Może nie dziś i nie jutro, ale warto na taką przyszłość zapracować

Według raportu demografów z Uniwersytetu Łódzkiego na 2013 rok, co trzecie małżeństwo w naszym kraju kończy się rozwodem. A ponieważ szczęście rodzinne od lat zajmuje pierwsze miejsce wśród najważniejszych wartości dla Polaków, nic dziwnego, że po nieudanym związku podejmujemy kolejne próby (szacuje się, że w Polsce jest ponad milion zrekonstruowanych rodzin). Nie tracąc wiary w magię miłości, obiecujemy sobie, że tym razem będzie inaczej, że nie popełnimy tych samych błędów, zaczniemy wszystko od nowa, z czystą kartą. Niestety, nie jest to takie proste, bo nie wszystko da się wyczyścić, a „czystą kartę” często zaśmiecają nam byli partnerzy, byłe rodziny, byłe i wciąż obecne kredyty i przede wszystkim dzieci „moje”, „twoje” i ewentualnie „nasze”. Choć związki z przeszłością i długotrwałymi zobowiązaniami w dzisiejszych czasach są faktem, ciągle nie ma gotowego wzorca do naśladowania, recepty, która zagwarantuje spełnienie przepowiedni: „i żyli długo i szczęśliwie”, jak w bajce. Za to mity złej macochy czy niewdzięcznego pasierba rodem z baśni braci Grimm mają się nie najgorzej. Poruszając się jak dzieci we mgle, w nowej rodzinie próbujemy stosować zasady dobrze sprawdzające się w rodzinach nuklearnych, choćby taką, że przeszłość partnera to nie nasza sprawa albo że wychowanie to mieszanka miłości i dyscypliny. Ale to nie działa. Kiedy szperam w Internecie w poszukiwaniu jakichś cennych wskazówek dla zrekonstruowanych rodzin, włos mi się jeży na głowie – zamiast rad, same ostrzeżenia w stylu „co jeszcze może się nie udać” albo podcinające skrzydła przesłania typu: „Nie musisz na siłę kochać jego dzieci, ani zastępować mu rodzica, ważne są: elastyczność, otwartość i brak oczekiwań. Stworzenie zrekonstruowanej rodziny jest o wiele trudniejsze niż dobrej rodziny tradycyjnej”.

Jak ocalić nową miłość w potoku awantur z byłymi partnerami, rozżalenia i buntu dzieci oraz pretensji obecnego partnera, że zbyt dużo energii i uwagi inwestujesz w były związek? Jak ułożyć sobie relacje ze swoimi i wspólnymi dziećmi, jednocześnie pilnując, żeby te starsze nie zdominowały młodszych albo młodsze nie wykorzystywały faktu, że mają obydwoje rodziców i jeden dom, podczas gdy starsze są jedynie gośćmi? Ustalić twarde zasady, a może zdać się na improwizację i zobaczyć, co się stanie?

KOŁDERKA POZSZYWANA Z KAWAŁKÓW

Rodzina zrekonstruowana często nazywana jest rodziną patchworkową, jak kołderka uszyta z wielu różnych kawałków: zwykle w rozmaitych kolorach, poskładana z różnych faktur. Uszycie takiej kołderki wymaga nakładu pracy i bywa czasochłonne. Kawałki pochodzą z różnych źródeł, są fragmentami innych całości, bywa, że nie pasują do siebie, a nawet jeśli uda się je jakoś dopasować, to całość nie cieszy oka. Zupełnie jak w posklejanej rodzinie.

Stworzenie patchworku (zarówno w postaci kołderki, jak i rodziny) to proces wymagający cierpliwości i zaangażowania. Charakteryzuje go pewna dynamika: na początku pojawia się wiele silnych, często skrajnych emocji, konieczne jest przeżycie straty i żałoby po rozpadzie poprzedniej rodziny. Czasami z lęku i desperacji, a także po to, by przyspieszyć ten proces i wszystko uporządkować, staramy się tworzyć plany, twarde zasady i reguły: „Teraz nasza rodzina jest najważniejsza”, „W naszej rodzinie takie zachowania nie będą tolerowane”. Niestety, dzieci często nie mają najmniejszej ochoty dostosowywać się do naszych oczekiwań, a wręcz przeciwnie, buntują się, ile wlezie. A może to jest właściwy trop? Może warto zdać się na ufność i spontaniczność dzieci? Z badań psychologów wynika, że wbrew obawom dorosłych, to, że dzieci mają dwie pary rodziców, a jeszcze wcześniej doświadczają rozwodu, wcale nie zaburza ich rozwoju. To miłość, uważność i akceptacja są dla nich o wiele ważniejsze niż model rodziny, w jakiej dorastają. Szybciej radzą sobie z rozwodem niż dorośli, łatwiej akceptują nową sytuację.

– Po miesiącu wspólnego mieszkania z nowym partnerem mój 4-letni synek Piotruś przybiegł do nas rano do sypialni, schował się pod kołdrę, a potem wychylił główkę i powiedział: „Ucieszcie się, że wam się taki ładny synek urodził” – opowiada Ania. – A potem chwalił się w przedszkolu, że ma dwóch tatusiów, a inne dzieci tylko jednego.

Zdaniem specjalistów czas potrzebny do wstępnej akceptacji nowego układu w rodzinach patchworkowych to 2 lata, 5 do 7 lat to okres osiągnięcia stabilizacji. Na pocieszenie warto dodać, że drugie związki zwykle są szczęśliwsze od pierwszych, choćby z tego powodu, że partnerzy są bardziej dojrzali, a w relacji kierują się sercem, ale też rozumem.

PORZĄDKI MIŁOŚCI

– Kiedy mój najstarszy syn brał ślub, od 17 lat byłam rozwiedziona z jego ojcem – opowiada Kasia. – Obydwoje mieliśmy nowe rodziny, nowe dzieci. W kościele za parą młodych stały dwa krzesła dla rodziców, taka tradycja. Długo zastanawialiśmy się, kto ma na nich usiąść: ja z byłym mężem, a może z nowym, albo mój „eks” z nową żoną? Nie pamiętam, kto wpadł na pomysł, żeby dostawić jeszcze dwa krzesła. I kiedy tak siedzieliśmy we czworo za młodymi, poczułam, że tak właśnie powinno być, że nasza rodzina już na zawsze będzie posklejana z kawałków, a nasi nowi partnerzy wnieśli niemały wkład w wychowanie naszego syna, no a przed nami jeszcze sporo takich uroczystości.

A gdyby tak na patchworkową rodzinę spojrzeć jak na plemię, w którym wszyscy żyją zgodnie, wspierają się, razem wychowują dzieci? Na przykład Hunzowie – himalajskie plemię, którego członkowie dożywają średnio 145. roku życia. Prowadzą bardzo proste życie, nie znają chorób cywilizacyjnych, a dzieci wychowują z troską, szacunkiem i miłością. Hunzowie wierzą, że świat jest w naszym wnętrzu, naszych myślach, emocjach i to on kreuje dobrą lub złą rzeczywistość. Ludzie w plemieniu czują się bezpiecznie, pomagają sobie nawzajem, są szczęśliwi, radośni, ufni i ważni dla samych siebie.

Poza tym dzieci traktowane z uważnością i szacunkiem same ustalają relacje z przybranymi rodzicami i rodzeństwem. Jeśli chcesz sprawdzić, jak to widzi twoje dziecko z pierwszego związku albo dziecko partnera, zaproponuj, by zrobiło rysunek swojej rodziny. Może się okazać, że bez problemu umiejscowi ciebie obok swojej mamy. Dzieci potrafią być doskonałymi negocjatorami i potrafią przystosować się do każdej sytuacji.

W szyciu patchworku najważniejsza jest spontaniczność, prostota, brak oczekiwań i cierpliwość. No i jednak pewne zasady. Najsensowniejsze mnie osobiście wydają się porządki miłości według psychoterapeuty Berta Hellingera. Przede wszystkim zasada pierwszeństwa więzi, zgodnie z którą pierwsza więź, a więc i pierwsze małżeństwo, zawsze będzie miała pierwszeństwo przed drugą, z zastrzeżeniem, że więź to nie to samo co miłość. Mężczyźni intuicyjnie czują to lepiej niż kobiety, np. kiedy mówią o byłej partnerce, że zawsze będzie matką ich dziecka. Czy jesteś w stanie to przyjąć i zaakceptować?

Kolejny ważny porządek miłości mówi o tym, że po rozwodzie rozwiązane zostaje małżeństwo, a nie związek rodzicielski. Zgodnie z tą zasadą to dziecko powinno wyznaczać granice w relacji z nowym partnerem matki czy ojca. To pozwoli uniknąć mu konfliktu lojalności wobec biologicznego rodzica.

Dalej Hellinger przekonuje, że kiedy masz dzieci z pierwszego związku, wtedy najpierw jesteś rodzicem, a dopiero potem partnerką dla nowego partnera. Troska o dzieci z pierwszego związku ma pierwszeństwo przed troską o nowego partnera. Jeśli szanujemy porządek w miłości, wtedy miłość się lepiej udaje.

Dwie ważne zalety patchworkowych związków

  • Jest więcej osób do kochania, a to ważne zwłaszcza dla dzieci (mają też lepiej zorganizowane ferie i wakacje).
  • Są większe szanse na powodzenie związku. Nowi partnerzy bardziej się starają, żeby tym razem się udało, a kobiety mające już dzieci trafniej wybierają nowych partnerów, bo kieruje nimi instynkt macierzyński. Oczywiście doświadczenia z poprzednich relacji mogą pomóc stworzyć nowy związek, pod warunkiem że potrafimy wyciągać cenne lekcje z błędów przeszłości.
Patchworkowe rodziny traktowane są przez niektórych ich członków jako dopust boży, przez innych – jako szansa. Niewątpliwie życie w takiej rodzinie jest nie lada wyzwaniem.

Jak podaje GUS, w 2013 roku rozwiodło się 36 procent małżeństw zawartych w ciągu ostatnich 5 lat. I ta tendencja z roku na rok rośnie. Statystyki nie obejmują ludzi z niesformalizowanych związków, którzy też się rozstają, też mają dzieci.

To ogromny społeczny problem. Te 36 procent (plus niesformalizowani) wchodzi w kolejne związki, na ogół z matrymonialnego rynku wtórnego i tworzy czasem wielopiętrowe patchworkowe systemy. Z praktyki terapeutycznej Wojciecha Eichelbergera wynika, że często ci ludzie czują się zagubieni, winni, nie wiedzą, jak układać relacje w nowych systemach. Książka ta ma im pomóc w rozwiązaniu tego problemu.

Patchworkowe rodziny Alina Gutek, Wojciech Eichelberger Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak czerpać przyjemność z seksu? Zacznij od nawiązania kontaktu z własną cielesnością

Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią - mówi sex coach Marta Niedźwiecka. (Fot. iStock)
Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią - mówi sex coach Marta Niedźwiecka. (Fot. iStock)
Przyjemność z seksu bierze się tak naprawdę nie z doświadczenia czy odpowiedniej techniki, ale z dobrego kontaktu z własną cielesnością. I od tego swoją pracę najczęściej zaczyna sex coach Marta Niedźwiecka.

Z jakimi problemami zgłaszają się do ciebie pary?
Na przykład odchowały dzieci i nie sypiają ze sobą albo robią to bardzo rzadko. On źle się z tym czuje i ona też. Winią o wszystko dzieci, a tak naprawdę nie radzą sobie z tą zmianą, bo nikt nas nie uczy, jak zrekonstruować więź intymną i emocjonalną po przełomie, jakim są narodziny dziecka. Przy mojej pomocy kobieta i mężczyzna poszukują odpowiedzi na pytanie, co każde z nich z tego związku może wziąć dla siebie.

Narodziny dziecka to katastrofa?
Tak, bo kobieta staje przed gigantycznym wyzwaniem, przeżywa różne silne stany emocjonalne, wypływają też problemy z jej dzieciństwa. Z reguły poświęca się dziecku i zapomina o mężu, a on czuje się odsunięty, więc się nie angażuje. W konsekwencji ona czuje się opuszczona, a opuszczenie to koniec każdej więzi. On jest sfrustrowany, ona też i to narasta, narasta… aż w końcu zaczynają starać się o drugie dziecko, żeby zapełnić tę otchłań. Opieka nad dziećmi to ciężka orka, która odwraca ich uwagę od związku. Po sześciu latach nadchodzi tzw. kryzys szóstego roku, bo dzieci idą do przedszkola i nagle oni stają naprzeciwko siebie jako kompletnie obcy ludzie. Moja praca polega na tym, żeby tę umęczoną kobietę i tego odtrąconego mężczyznę ze sobą spotkać. Podczas coachingu budują na nowo podstawy, które mogliby wynieść ze zdrowej rodziny – dobre przekonania, kontakt z ciałem, umiejętność wnikania w swoje emocje i wreszcie otwartość na sferę seksualności.

Z czym mamy największy problem w sferze seksu?
Dużo kobiet, które do mnie przychodzą, mówi o obowiązku małżeńskim. Zamykają oczy i robią to, bo mąż tego oczekuje… Większość boi się zająć swoją seksualnością, boi się ostracyzmu społecznego. Mamy walczyć z cellulitem, mieć duże piersi i długie rzęsy. Ciało ma służyć do tego, żeby się podobać… komuś. Dlatego potrzebna jest zmiana w świadomości kobiet, dotycząca ich ciała, która przekłada się na ich świadomość życiową. Gdy zyskują kontakt ze swoim ciałem, zyskują też kontakt z emocjami, a wtedy już wiedzą, co się z nimi dzieje, i są świadome, że mają wybór. Zaczynają z tego korzystać i na początku mogą się potykać, ale z czasem zaczynają chcieć takiej relacji z mężczyzną, w której obojgu im będzie chodziło o to samo – o trwałą więź, bezpieczeństwo, miłość, namiętność, poczucie akceptacji i zrozumienia. Zresztą patriarchat jest też niezdrowy dla facetów, bo muszą mieć 40-minutowe erekcje, 30-centymetrowe penisy, jeździć wielką furą i przynosić worki pieniędzy, no i wiecznie udawać macho, bo inaczej są beznadziejni.

Wszyscy siedzimy w jakichś kostiumach, które nas uwierają. Ale jest proste wyjście – zobaczyć, że na poziomie ciała jesteśmy tym samym. My chcemy seksu i oni chcą seksu, my chcemy bliskości i oni chcą bliskości. To nie są maszyny, mężczyźni są tylko tak wytrenowani, żeby nie płakać. Każda kobieta może przestać grać księżniczkę i zmuszać partnera do bycia księciem, każda może zdobyć świadomość. Można na czymś innym budować związek niż na graniu ról. Trzeba tylko dojrzeć emocjonalnie, bo jeśli jedno jest bezbronne i bez księcia sobie nie poradzi, a drugie jest bezbronne i bez królewny jest rozbitkiem, to nie jest to dojrzały związek, tylko wzajemne wykorzystywanie się.

Klucz tkwi w akceptacji swojego ciała?
Można to spuentować tak: kochaj ciało swoje, bo to jesteś ty. Wszystko, co robię w pracy z kobietami, mężczyznami i parami, opieram na kontakcie z ciałem. To jest podstawowe doświadczenie każdego człowieka. Najpierw jesteśmy my z naszymi zmysłami, reszta to intelektualne konstrukty.

Sama przeszłam długą drogę. Doznałam w dzieciństwie złamania kręgosłupa. Ze względu na ból, rehabilitację, gorsety „wyprowadziłam się” ze swojego ciała. Zrozumiałam to wiele lat później, gdy zaczęłam się rozwijać i zadawać sobie pytania. Dlaczego z takim trudem wychodzą mi różne aktywności sportowe? Dlaczego seks nie jest taki przyjemny? Doszłam w końcu do tego, że muszę odzyskać swoje ciało. Ale zdarzyło się to dopiero po trzydziestce. Pierwszy moment zwrotny to było macierzyństwo – nagle, ja intelektualistka, stałam się czystą biologią, pojemnikiem na jedzenie i kontenerem na emocje swoje i dziecka. Drugi – nurkowanie. Gdy mój syn miał dwa i pół roku, pojechałam na kurs nurkowy do Egiptu i stało się to pasją mojego życia. Nurkowanie to nieprawdopodobne doświadczenie egzystencjalne – nigdzie indziej, nawet w seksie, nie masz tak głębokiego kontaktu ze swoim ciałem. Jesteś w stanie nieważkości, więc całe ciało działa inaczej, każdy oddech i ruch jest świadomy. Nie ma listy zakupów, dzieci, męża, kochanka, szefa, kredytów… Istniejesz tylko ty, tu i teraz, w pełnym kontakcie ze swoim ciałem i psychiką. Te dwa przeżycia – macierzyństwo i nurkowanie, pokazały mi, jak ciało jest genialne i jak bardzo jest mną. Wcześniej myślałam, że powinnam reagować na pewne rzeczy w jakiś sposób, a zaczęłam widzieć, że moje ciało mówi mi zupełnie co innego. Więc jako sex coach staram się wtłaczać ludzi do ciała – bo tam jest jedyna prawda o tym, kim jesteśmy.

To pewnie podstawowa rzecz, jakiej się uczą kobiety u ciebie…
Tak, ale też zgody na to, żeby mogło im być dobrze. Tabu przyjemności ma się u nas świetnie: matka jest aseksualna, singielka tak naprawdę pragnie rodziny, seks jest brudny, a kobiety nie mogą być aktywne i nie mogą odczuwać przyjemności. Faceci zresztą też. Potrafią się zaharować do zawału, bo są tak wychowani. Kobiety w sex coachingu mogą w pierwszej kolejności zmienić te przekonania i dojść do kontaktu z ciałem, w dalszej kolejności do przyjemności i wreszcie nauczyć się dobrej komunikacji. Jak już wiem, co czuję, mam świadomość, czym jest moje ciało, czuję, że jest dobre i pragnę rozwoju, to wychodzę na zewnątrz do drugiego człowieka, z którym żyję i mówię: to jestem ja, mam to i to, chcę ci to dać, ale też chcę w zamian tego i tego.

Przychodzą do ciebie mężczyźni?
Przychodzą. Przestali myśleć, że wibrator im zagraża, i chcą się dowiedzieć czegoś o kobiecie. Okazują się bezbronni – są sformatowani porno, nie radzą sobie ze swoim ciałem i różnymi normami, często czują, że spoczywa na nich cała odpowiedzialność za kochankę. Tłumaczę im, że ona odpowiada za swój seks, ty za swój, a za wasz wspólny seks odpowiadacie razem. I pojawia się wielka ulga – bo to niczyja wina, a poza tym można to zmienić. Jeśli ona nie będzie tak bierna, to on nie będzie musiał być nadaktywny. Mężczyźni nie chcą już uczestniczyć w konkursie na Najsprawniejszego Samca Regionu. Chcą, żeby związek wypełniał coś w ich życiu. To jest idealne miejsce do zmiany, czyli wyjścia z zadaniowej funkcji w seksie i wejścia w sferę przyjemności odczuwania, poddawania się, otwierania... I wyrażania swoich emocjonalnych potrzeb. Mam głęboki szacunek do tych, którzy potrafią zobaczyć w sobie deficyt miłości, delikatność, empatię. Tacy mężczyźni stają się silniejsi. Podobnie kobiety. Podczas sex coachingu odkrywają, że przez 10 czy 15 lat spełniały czyjeś oczekiwania. Mogą mieć dom, rodzinę, pracę i pytać: Po co to wszystko?

Kontakt z ciałem, z seksualnością, rozumianą jako gigantyczny obszar doświadczania emocji, przeżyć i wzruszeń zmysłowych, to jest wola życia w swojej istocie. To jest podpięcie się do gigantycznego kontaktu z energią.

Marta Niedźwiecka, pierwsza w Polsce sex coach specjalizująca się w coachingu relacji intymnych, seksualności i związków. Prowadzi Pussy Project - projekt edukacji i rozwoju seksualności dorosłych oraz warsztaty obejmujące tematykę kobiecości, związków i seksualności.

  1. Psychologia

Jak zyskać szacunek innych? - Zrezygnuj z bycia grzeczną dziewczynką

Nie muszą cię wszyscy lubić, ważne by cię szanowali. (fot. iStock)
Nie muszą cię wszyscy lubić, ważne by cię szanowali. (fot. iStock)
Arleta Franklin śpiewała: „mam wszystko, czego potrzebujesz, a jedyne, czego chcę w zamian, to odrobina szacunku”. Czasem jednak o tę szczyptę trzeba zawalczyć. Jak zrobić to skutecznie i bez ofiar?

Karolina do tej pory pamięta wstyd, jaki czuła, kiedy jej mama zwracała uwagę ekspedientce, że ryba, którą jej właśnie podała, jest nieświeża. Ekspedientka, podparłszy się pod boki, upierała się przy swoim, ale mama nie dawała za wygraną. Wszyscy ludzie, którzy stali w kolejce, patrzyli tylko na nie. Karolina pamięta, że chowała się wtedy za płaszczem mamy i ciągnęła ją za rękę, szepcząc „Chodźmy już, mamusiu, proszę…”. Nienawidziła chodzić z nią na zakupy, bo mama potrafiła taką „scenę” zrobić w co drugim sklepie. Wolałaby już zjeść tę rybę, niż ściągnąć na siebie uwagę całego sklepu. Dlatego też w dorosłym życiu unikała konfrontacji jak ognia. Ekipa remontowa położyła jej krzywo płytki, maskując swoją fuszerkę podczas zapłaty – Karolina klęła pod nosem i wyrzucała sobie, że zatrudniła niesprawdzonych ludzi. Przesyłkę, jaką zamówiła w internetowym sklepie, listonosz wcisnął na siłę do skrzynki – obiecywała sobie, że nigdy więcej nie zamówi niczego pocztą. Koleżanka wyrzuciła przez okno ulubione płyty chłopaka, kiedy ten ją zdradził – Karolina takie zachowanie uważała za teatralne, głupie, niepotrzebne.

I tak oto bajka o grzecznej dziewczynce mogłaby zanudzić wszystkich na śmierć, gdyby nie pewien poniedziałkowy poranek. Karolina miała właśnie skończyć pracę nad ważnym projektem, kiedy nagły podmuch wiatru otworzył kuchenne okno, na skutek czego przewrócił się kubek, z którego wylała się gorąca zawartość na jej komputer. W serwisie powiedzieli, że naprawa potrwa tydzień, ale projekt miał być gotowy na następny dzień. Karolina postanowiła kupić najtańszy laptop w sklepie i korzystając z notatek, odtworzyć swoją pracę. W sklepie wyraźnie zaznaczyła, jaką kwotę może przeznaczyć na komputer i że potrzebuje go do zakończenia pracy. Wyszła z laptopem za najwyższą cenę, jaką mogła zapłacić. W domu okazało się, że nie ma on jednak wgranego pakietu startowego. Wróciła do sklepu i ku jej zdziwieniu sprzedawca oznajmił jej, że za pakiet musi zapłacić dodatkowo 500 zł.

Z zaciśniętymi zębami wydusiła z siebie: „Dlaczego pan mi o tym nie powiedział?”. „Bo pani nie spytała” – odparł beznamiętnym głosem. Karolina poczuła, jak po jej twarzy i szyi rozlewa się fala gorąca, sięgając aż po koniuszki uszu. Chwilę potem usłyszała, jak nazywa sprzedawcę chamem i oszustem i żąda wezwania kierownika. Cały sklep patrzył tylko na nią.

Rozstanie z grzeczną dziewczynką

Z pewnością nieraz słyszałaś ten termin. „Grzeczna dziewczynka” to według dr Lois P. Frankel i Carol Frohlinger, autorek książki „Grzeczne dziewczynki nie dostają tego, co chcą”, kobieta, która nie pozwala sobie na rozwój w życiu, bo boi się wyjść poza stereotypowe zachowania, które przyswoiła sobie w dzieciństwie. „Jeśli często czujesz, jakbyś była niewidzialna, jeżeli masz wrażenie, że jesteś wykorzystywana, inni nie okazują ci należnego szacunku albo nie wiesz, jak zdobyć to, na czym najbardziej ci w życiu zależy – witaj w klubie grzecznych dziewczynek” – piszą we wstępie do swojej książki. Grzeczne dziewczynki charakteryzuje niechęć do robienia zamieszania i ogromna chęć, by wszyscy je lubili. Unikają narzucania się innym i wyróżniania, bardziej przejmują się reakcjami innych niż własnym samopoczuciem, co więcej: za każdym razem, gdy starają się postawić swoje potrzeby na pierwszym miejscu, otrzymują od otoczenia informację, że są egoistkami. Tyle tylko że zdaniem Frankel i Frohlinger to nie powinno je powstrzymywać. „Nie zrozum nas źle, bycie miłą jest ważne, jednak nie wystarczy, by osiągnąć to, czego pragniesz w życiu” – piszą. Nie muszą cię wszyscy lubić, ważne by cię szanowali.

Jak wyznaje Kasia, nauczycielka i korepetytorka języka francuskiego: – Kiedy pierwszy raz usłyszałam od mojej ociągającej się w nauce uczennicy (której zapowiedziałam, że jeśli nadal mamy razem pracować, ma zawsze przychodzić punktualnie i z odrobioną pracą domową), że ją stresuję – byłam z siebie naprawdę dumna.

Czytaj więcej w artykule „Jak przestać być grzeczną dziewczynką i zostać kobietą sukcesu”, gdzie znajdują się przydatne wskazówki dr Lois P. Frankel i Carol Frohlinger.

  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Aloha znaczy miłość. Kilka słów o filozofii huna i masażu lomi lomi nui

W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
Ta ceremonia to coś więcej niż relaks i przyjemność. To czułość w najczystszej postaci. Jedni porównują ją do bycia łagodnie obmywanym przez wody oceanu, inni – do troskliwego dotyku matki lub zmysłowych objęć kochanka. Joanna Przybyła, która specjalizuje się w hawajskim masażu lomi lomi nui, wyjaśnia, jaka filozofia stoi za tymi wszystkimi doznaniami.

Ja po prostu stwarzam przestrzeń akceptacji i czułości. Chcę, by osoba masowana czuła się bezpieczna, zrelaksowana i otoczona miłością – to esencja ceremonii lomi lomi nui – mówi terapeutka holistyczna Joanna Przybyła. Celem jest lekkość, miękkość, przepływ. W miękkim ciele może bowiem płynąć swobodnie MANA, czyli energia życiowa, w innych systemach nazywana praną, qi lub czi. Sam masaż też jest płynny, z dużą ilością olejków i posuwistymi, niemalże tanecznymi ruchami osoby masującej. – Niektórzy mówią, że ten dotyk jest jak fale oceanu, ja widzę w nim ruchy żółwia oceanicznego, który w majestatyczny sposób rozgarnia wodę swoimi wielkimi płetwami – wyznaje. To bardzo intensywna praca mięśniowo-powięziowa. Pracuje się przedramionami i dłońmi na dużych partiach mięśni oraz na stawach, wykonując właściwie jeden podstawowy ruch, ale w różnych konfiguracjach. – W przekładzie „lomi lomi nui” można rozumieć jako „dotyk miękką łapą zadowolonego kota” – śmieje się terapeutka.

W ten właśnie łagodny, niespieszny sposób (ceremonia masażu trwa zwykle około dwóch godzin) rozpuszcza się zastoje, zlokalizowane w napiętych mięśniach czy zastygłych stawach. Miękkość ma się pojawić we wszystkich strukturach – bo jeśli puścimy kontrolę ciała, to i umysł będzie mógł się uwolnić. Rytuał jest płynny i lekki także dlatego, by łatwiej mogła się podczas niego ujawnić intencja, z jaką przychodzimy.

Bo lomi lomi nui to masaż intencyjny. Zaczyna się go od małej ceremonii, sam na sam ze sobą, w pokoju do masażu. Swoją intencję trzeba poczuć i ją wyrazić. A wcześniej dobrać ją z myślą o naszym najwyższym dobru – to może być na przykład intencja większej harmonii w naszym życiu, uzdrowienia, zamknięcia tego, co złe, spokoju ducha, większej radości, nowej miłości... Joanna Przybyła prosi, by z tą intencją zapalić świeczkę, która będzie się paliła podczas całego masażu. – Chodzi o to, by to puścić, by poszło to z lekkością. Poczuć w ciele, jak się już manifestuje – temu też służy masaż – tłumaczy.

Na początku terapeutka pyta masowanego, czy życzy sobie, żeby zaintonowała dwie modlitwy, obie po hawajsku. Pierwsza to „Aumakua”. Samo słowo znaczy: wyższe „ja”. W modlitwie prosi się je, by zesłało na masowaną osobę wodę życia i żeby jej intencja mogła się zamanifestować. AUMAKUA to nasz duch opiekuńczy, który potrafi uzdrawiać i ma wielką moc, ma też kontakt z Bogiem, naturą, wszechświatem, źródłem – jakkolwiek ten byt chcemy nazwać. Akurat Hawajczycy są mocno związani z naturą, ona dla nich jest bogiem, można więc uznać, że to prośba skierowana do niej.

Druga modlitwa to „Noho ane ke akua”, w której Joanna odwołuje się do bogini Laka, opiekunki tancerzy hula. Bo osoba, która masuje, jest tak naprawdę tancerzem hula. Taniec hula ma specyficzne kroki i sposób poruszania się. Osadzenie nisko na kolanach i rozbujane biodra symbolizują połączenie z energią ziemi. W tańcu i podczas masażu kroki są te same. – Dlatego dla mnie lomi lomi nui to rodzaj medytacji w ruchu – mówi terapeutka.

Ceremonii towarzyszy też hawajski klimat – muzyka, olejki, wyższa temperatura powietrza. Osoba masowana leży na gumowanym prześcieradle, ułatwiającym wykonywanie ruchów masujących pod ciałem. Jest bez bielizny, pareo przykrywa jedynie miejsca intymne, które nie są dotykane. Joanna omija też piersi – skupiając się jedynie na przestrzeni pomiędzy nimi. Zaczyna od pleców, karku i tyłu nóg, masuje łagodnymi, ale zdecydowanymi ruchami. Po chwili podnosi rękę, jedną i drugą, oraz nogi, trzeba nimi bardzo delikatnie poruszyć w stawach, tak jakby masowany płynął żabką.– Najlepiej, gdy w żaden sposób nie pomaga mi podczas podnoszenia jego ręki czy nogi, bo w ten sposób całkowicie poddaje się masażowi – mówi terapeutka. – To uczy tego, jak zaufać drugiej osobie na tyle, by przestać kontrolować to, co robi z naszym ciałem. Im bardziej odpuścimy tę kontrolę, tym więcej skorzystamy. Ale kiedy czuję, że ciało wyhamowuje, że nie ma jeszcze tego pełnego poddania, traktuję to z szacunkiem. Widocznie nie jest jeszcze na to gotowe, ale może ta lekkość za jakiś czas się pojawi. Może ciało odnajdzie wreszcie przyjemność w odpuszczeniu kontroli.

Nowa przestrzeń życia

Zgodnie z nurtem Aloha International, organizacji, w której kształciła się Joanna Przybyła i z ramienia której jest też nauczycielką, masaż lomi lomi nui łączy filozofię huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów z tańcem hula oraz kinomaną, czyli pracą poprzez ciało. – Ciało jest bramą do naszej świadomości, ale jest też domem dla myśli, jak mówi huna. Ono jest naszym drogowskazem, przewodnikiem. Tym bardziej powinniśmy o nie dbać – tłumaczy terapeutka. Musimy je nakarmić, ubrać, zadbać, by było mu ciepło – tylko wtedy jesteśmy w stanie funkcjonować. Dopiero kiedy zadbamy o swoją przestrzeń fizyczną, będziemy w stanie pomyśleć o czymkolwiek innym. Dlatego szanujmy nasze ciało, słuchajmy, co do nas mówi, żeby nie musiało krzyczeć.

Co ciekawe, w masażu i filozofii huny tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. – Kiedy mówię o tym ludziom przed masażem, to potem wyznają, że podczas ceremonii mocno tego doświadczali. Plecy, pośladki, łydki, kark – te rejony mamy zwykle najbardziej spięte. Niektórzy mówią, że kiedy podczas masażu stopniowo się rozluźniały, czuli, jakby się wreszcie otwierali na swoją przyszłość. Na to, że może być piękna i służąca – opowiada Joanna. – Czasem dla kobiet trudny jest moment, kiedy z brzucha obracam je na plecy i widać ich piersi. Na poziomie bardzo intuicyjnym, płynącym z serca, czuję, jakby wstydziły się swojej przeszłości. Ale w trakcie masażu to się zmienia. Słyszę, że robią głęboki wdech i wydech, jakby odpuszczały to, co było. Chciałabym, by zrozumiały, że nasza przeszłość, jakakolwiek była, jest do uznania, czułego spojrzenia na nią, zaopiekowania się nią. To już minęło, nie zmienimy tego, nasze przeszłe doświadczenia, nawet jeśli wymagające, pozwalają po przetransformowaniu osadzić się w mądrości i mocy.

W trakcie masażu często pojawiają się łzy wzruszenia. Poczucie, że był to bardzo osobisty moment. – Kobiety mówią, że nigdy nie okazały sobie tyle czułości, ile dostały ode mnie. Mężczyźni wyznają, że nie pamiętają, by ich matka była dla nich kiedykolwiek tak dobra jak ja. Też odczuwam to wzruszenie. Dla mnie to piękny taniec duszy z duszą, ciała z ciałem – mówi Joanna Przybyła.

I dodaje, że ważny jest też moment, w którym schodzi się ze stołu do masażu. Warto zwrócić wtedy baczną uwagę na swoje kroki, bo w tym momencie wchodzi się w zupełnie nową przestrzeń swojego życia.

Joanna Przybyła, terapeutka holistyczna, praktyk i nauczycielka masażu lomi lomi nui. Specjalizuje się też w terapiach dźwiękiem. Więcej informacji na www.kalejdoskopth.pl.

  1. Psychologia

Nie jestem doskonała. I dobrze!

Właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. (Fot. iStock)
Właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. (Fot. iStock)
Doskonałość osiąga się poprzez akceptację niedoskonałości, pisze w swojej książce "Living Wabi Sabi", Taro Gold. Weźmy sobie tę myśl do serca.

Wiesz, że dzięki błędom, przypadkom, awariom odkryto DNA, penicylinę, aspirynę, teflon, nylon, płatki kukurydziane? Największe osobiste odkrycia stają się naszym udziałem, kiedy umysł jest cichy, bo wtedy otwiera się dusza. To dobra wiadomość dla tych, którzy są w momencie zastoju, gorszego samopoczucia, kiepskiej formy, czy tkwią w życiowym martwym punkcie. Coś nie pozwala im działać, myśleć, planować. Taro Gold pisze, że przecież tak rzadko mamy okazję odpocząć od pracy, odprężyć się i nie myśleć. Nie usiłować poprawiać się, pracować nad sobą, krytykować się, starać, zmieniać.

"Chcę być doskonała. Chcę być silna w obliczu stresu i niepewności. Chcę być idealną partnerką dla mężczyzny, matką na złoty medal" - mamy wobec siebie takie wymagania i oczekiwania. Ale to nie jest życie. Nie ma możliwości, żeby być doskonałą. Nawet, jak chodzisz na terapię, nie za każdym razem wprowadzisz w życie to, o co się rozwinęłaś. Czasem złościmy się, frustrujemy, że w kółko od nowa odrabiamy te same lekcje. "Znowu skrzyczałam dziecko, znowu uległam szefowej, znowu próbowałam manipulować mężem, znowu nie trzymałam granic. Chcę być doskonała".

Ale właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. Bo kiedy w takim momencie zaakceptujemy się, spojrzymy się na siebie ciepło, poczujemy, że nie musimy na nic zasługiwać, coś w nas się zmieni na zawsze. Być zadowoloną z siebie, kiedy właśnie dostałyśmy awans lub mężczyzna powiedział nam komplement, to łatwe. I tak naprawdę pozorne, bo miłość własną uzależniamy od rzeczy i sytuacji zewnętrznych. To utrata wolności.

Pozwolenie sobie na bycie niedoskonałą to ulga płynąca ze zdjęcia maski. Powiedzenie nie normom społecznym i kulturowym wymaga odwagi. W świecie, w którym wypada odnosić sukces finansowy i rozwojowy, jesteśmy sobie takie, jakie jesteśmy. Z lękiem przed odrzuceniem, brakiem pieniędzy, z tłustymi włosami. Jeśli w tym momencie poczujemy się ze sobą dobrze, wygrałyśmy. I nie chodzi o to, żeby zrezygnować ze swoich marzeń i aspiracji, nie. Możesz to wszystko zrobić, ale w innej intencji niż zdobycie własnego uznania.

W stanie, w którym niewiele się w twoim życiu dzieje, kiedy wokoło jest pusto, nie masz dokąd uciec, zyskujesz dużą szansę, żeby odkryć kim naprawdę jesteś. I, obojętnie czy jesteś introwertyczką, artystką, czy chcesz wspinać się w Himalajach, przede wszystkim jesteś.