1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Miłość ojcowska wspomaga rozwój dziecka

Miłość ojcowska wspomaga rozwój dziecka

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Badania udowadniają, że podczas gdy matczyne uczucia zapewniają dziecku emocjonalną więź, ojcowska miłość przyczynia się przede wszystkim do rozwoju osobowości dziecka.

Odkrycie to jest cenne dla analiz na temat kształtowania się ludzkiej osobowości w wieku dziecięcym. Badania przeprowadzono na skalę międzynarodową na 10 tys. rodzin. - Rodzicielskie odrzucenie powoduje, że dzieci czują się bardziej niespokojne i niepewne, jak również bardziej wrogie i agresywne wobec innych - powiedział Ronald Rohner z Uniwersytetu Connecticut. - Ból odrzucenia doświadczony w dzieciństwie utrudnia dorosłym bezpiecznych i ufnych relacje intymnych. U tych ludzi widać to w aktywności określonych płatów mózgu. Odrzucenie aktywuje te same części, które są odpowiedzialne za ból fizyczny. Ludzie ci przeżywają ból psychiczny przez lata, napięcia te kumulowane są w ciele.

Naukowcy badali, czy skutki odrzucenia przez matkę i ojca. Okazało się, że ojcowska miłość jest kluczem do rozwoju osobowości. Ludzie odrzuceni w dzieciństwie przez ojców są często niedojrzali emocjonalnie, nie są w stanie rozwinąć swojego wewnętrznego potencjału.

Źródło: Society for Personality and Social Psychology

Artykuł - Okazuj miłość swoim dzieciom

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ratujmy chłopców! Różnią się od dziewczynek na każdym etapie rozwoju, wymagają odpowiedniej troski

Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. (Fot. Getty Images)
Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Syn ma być grzeczny i miły jak dziewczynka. A chłopcy nie będą jak dziewczynki, choć przez lata utrzymywano, że są tacy sami. Najwyższa pora, żeby ich zrozumieć i im pomóc. Bo w ten sposób pomagamy także ich przyszłym żonom, dzieciom i – nie bójmy się patosu - światu, który będą tworzyć

Obrazek z pierwszego lepszego przedszkola: Dziewczynki bawią się razem, słuchają poleceń pani, chłopcy natomiast krzyczą, biegają, biją się, dokuczają koleżankom. W szkole podstawowej podobnie - chłopcy rozrabiają, trudno im wysiedzieć na lekcji, gorzej czytają, niestarannie piszą, porozumiewają się jednowyrazowymi „co, no, nie”. W szkole średniej mniej niż ich koleżanki są zaangażowani w dyskusje, życie szkolne, poza oczywiście sportem. Udają, że na niczym im nie zależy, że bycie błaznem jest cool. Nie mają pojęcia, co zrobić, żeby polubiły ich dziewczyny. Jedni stają się nieśmiali, wycofani, inni – agresywni, niekulturalni, a nawet wulgarni. Statystyki pokazują, że nastoletni chłopcy są trzykrotnie bardziej narażeni na śmierć w wyniku wypadków, bójek i samobójstw niż ich rówieśniczki.

Wgrać męskie oprogramowanie

To oczywiście obrazki mocno upraszczające. Bywają bowiem mali chłopcy grzecznie bawiący się w przedszkolu, bywają zdyscyplinowani, świetnie się wysławiający, zaangażowani w życie szkoły i dobrze radzący sobie w kontaktach z dziewczynami nastolatkowie. O zdecydowanej większości dzieciach płci męskiej mówi się jednak, że sprawiają różne kłopoty: wychowawcze, z nauką, z dyscypliną, z bezpieczeństwem.

Sama mam dwóch synów i doskonale pamiętam ten strach na wywiadówkach w szkole starszego syna (młodszy chodził do bardzo dobrej, niepublicznej), co też tym razem usłyszę od nauczycieli. Siadałam w ostatniej ławce, razem z innymi rodzicami chłopców. Rodzice córek siadali w pierwszych rzędach. Scenariusz tych zebrań zawsze był podobny – zaczynało się od wyliczania przewin chłopców i wzywania na rozmowy ich rodziców. Główny zarzut? Że chłopcy nie zachowują się jak dziewczynki. I w sumie nic dziwnego, bo przez wiele lat wmawiano nam, że chłopcy i dziewczynki niczym, poza płcią, się nie różnią. Stąd egzekwowanie od wszystkich dzieci takiego samego zachowania. Ale gdy chłopiec, nie daj boże, zapłakał, przyznał, że się boi albo wstydzi, to dopiero były kpiny i śmiechy. Żądania wobec chłopców były więc sprzeczne - mieli zachowywać się jak dziewczynki, a jednocześnie nie wolno było im ujawniać „dziewczyńskich” emocji.   

Nowe badania naukowe pokazują to, co zresztą od lat zauważało wielu rodziców, że chłopcy są inni, i to na każdym etapie rozwoju. Nie gorsi, ani lepsi, tylko inni. Różnice widać już w pierwszym etapie – od narodzin do szóstego roku życia. Niemowlęta płci męskiej (w większości) słabiej reagują na twarze, mają mniej rozwinięty zmysł dotyku, później raczkują. Kiedy zaczynają chodzić (też na ogół później niż dziewczynki) są bardziej ruchliwi, chętniej biorą do rąk nowe przedmioty, budują z klocków wysokie wieże (dziewczynki na ogół niższe). W wieku przedszkolnym trudniej niż ich rówieśniczki nawiązują nowe kontakty, mają słabszą motorykę.

A jak traktują ich rodzice? Z badań wynika, że o wiele rzadziej przytulają, częściej natomiast ich karcą. Te same badania pokazują, że mali chłopcy są bardziej niż dziewczynki podatni na lęki związane z rozstaniem z rodzicami, czują się wtedy porzuceni, zamykają się w sobie. Psychologowie badający naturę chłopców apelują, aby – jeśli to możliwe – nie posyłać ich do żłobków przed ukończeniem trzeciego roku życia. Może to bowiem źle wpłynąć na ich rozwój: rodzić nerwowość, agresję lub emocjonalne wycofanie.

Następny etap – od szóstego do trzynastego roku życia – zaczyna się od radykalnej wolty syna. O ile wcześniej matka była tą najważniejszą osobą w jego życiu, o tyle teraz syn chce przebywać z tatą (ojczymem, dziadkiem, wujkiem), naśladować go, uczyć się od niego. Tak jakby chciał „wgrać” sobie męskie oprogramowanie. Dziewczynki na tym etapie aż takiej zmiany nie dokonują. Jeśli tata nie interesuje się synem, chłopiec zrobi wszystko, żeby zwrócić na siebie jego uwagę – może stać się agresywny, a nawet moczyć się i chorować.

Uwaga: testosteron!

W niektórych kulturach (plemię Lakota) wzmacnia się kontakt synów z ojcami separując ich na jakiś czas od matki, w innych wysyła chłopców do szkół z internatem. A wszystko po to, aby „zmężnieli”. Według wielu psychologów takie postępowanie nie jest mądre. Chłopcy powinni wiedzieć, że mogą liczyć na oboje rodziców. Optymalna sytuacja to być nadal blisko mamy i mieć do tego bliskość taty. Niektórzy ojcowie zarzucają matkom kurczowe trzymanie synów przy sobie. Psychologowie ripostują: zamiast cierpkich słów pod adresem matek, powinniście bardziej się zaangażować. Bo powodem chowania się syna pod skrzydła mamy może być to, że go nadmiernie krytykujecie i stawiacie mu zbyt duże wymagania.

Etap od czternastu lat do dorosłości to prawdziwa jazda bez trzymanki. Zarówno dla dziewcząt, jak i chłopców. Zasadnicza różnica polega na rodzaju hormonów, które rządzą młodymi ludźmi: dziewczynkami władają estrogeny, a chłopcami testosteron (choć obie płcie są wyposażone w obydwa hormony, tylko w innych proporcjach). Bywa, że niektóre dziewczynki przejawiają więcej  „testosteronowych” zachowań (i te są przebojowymi przywódczyniami), a część chłopców – więcej „estrogenowych” (ci sprawdzają się w budowaniu relacji, mediacjach). Ale ogólny schemat sprawdza się w przypadku większości młodych ludzi. To etap gwałtownych zmian, za które odpowiedzialny jest właśnie testosteron. U czternastolatka wzrasta prawie o 800 procent! Testosteron powoduje szybki wzrost, przyrost tkanki mięśniowej, a ograniczenie tłuszczowej, rozwój jednej części mózgu, a spowolnienie innej,  hałaśliwe zachowanie, brawurowość, skłonność do ryzyka.

Chłopcy po 14. roku życia hormonalnie i fizycznie są gotowi do dorosłego życia, natomiast psychicznie – wcale. W dodatku rodzice i nauczyciele traktują ich nadal jak dzieci. A im potrzebne są nowe bodźce, coś, co ich zafascynuje, nakłoni do twórczego życia, pozwoli się sprawdzić. Większość problemów, które zdarzają się młodym ludziom (ryzykanctwo, nałogi, przestępstwa) bierze się stąd, że młodych ludzi, dopingowanych testosteronem, rozsadza energia, a my dorośli nie robimy nic, aby skierować ją na bezpieczne tory.

Chłopcy lubią porządek i jasne reguły

Co zatem możemy zrobić jako rodzice nastolatka? Po pierwsze – stworzyć wokół syna coś w rodzaju  społecznej sieci bezpieczeństwa. Bo młody chłopiec nie jest gotowy, aby tak po prostu, bez przewodnika, wejść w życie. My rodzice mamy małe szanse pełnić taką rolę, bo to czas kontestowania przez syna naszego autorytetu. Nie możemy też zdać się na mądrość jego rówieśników. Pozostają inni dorośli – trenerzy, mentorzy, wujowie, nasi przyjaciele. Ich rolą jest dopilnowanie, aby błędy, których popełnianie w tym wieku jest nieuniknione, nie okazały się tragiczne w skutkach. My z kolei możemy stać się przewodnikami dla synów naszych przyjaciół.

Po drugie – powinniśmy umiejętnie wprowadzić w życie chłopców jasne zasady i porządek. W grupie przypominają oni czasem hordę z piekła rodem - przepychają się, biją, ale tak naprawdę w każdej chaotycznej sytuacji czują się niepewnie. Zachowują się tak dlatego, żeby ukryć strach. Jeśli więc znajdzie się mądry przywódca, ktoś, kto w sposób życzliwy i sprawiedliwy rozsądzi spory, wprowadzi zasady – chłopcy się odprężają i uspokajają. Psychologowie zauważają, że reakcje na niepewne, chaotyczne sytuacje to jedna z podstawowych różnic między płciami. Dziewczynki raczej zamykają się wtedy w sobie i siedzą cicho. Chłopcy natomiast przepychają się, hałasują.

Nie załamujmy rąk nad zachowaniem synów, nie krytykujmy ich, nie łammy. Postarajmy się zrozumieć ich zachowania wynikające przecież nie ze złej woli, tylko z ich natury. No i pomóżmy im zrozumieć siebie samych.

„Obsługa” syna wcale nie jest jakoś szczególnie trudna. Wystarczy nasza wiedza na temat jego rozwoju i kilka prostych instrukcji: Okazujmy mu jak najwięcej miłości, podobnie, jak robimy to wobec córek. Pamiętajmy, że  chłopcy źle znoszą rozłąkę z rodzicami. Może więc zastanówmy się zanim oddamy syna do żłobka przed trzecim rokiem życia.

Nie reagujmy krzykiem na jego krzyki, bo to tylko utrwala takie zachowanie. Starajmy się spokojnie, ale stanowczo wszystko tłumaczyć. Nigdy nie straszmy, nie groźmy, nie stosujmy przemocy. Dobry przykład, spokój i konsekwencja to jest to, czego potrzebuje syn (córka zresztą także).

Uczmy go porządku, systematyczności, czyli na przykład, że należy planować, dzielić większe zadania na mniejsze. Chłopcy dobrze czują się w uporządkowanym, przewidywalnym świecie, dlatego trzymajmy się ustalonych reguł, porządku dnia, stałych pór posiłków i zajęć (zmiany oczywiście trzeba wprowadzać, ale regułą ma być przewidywalność).

Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. Ponieważ chłopcy w wieku przedszkolnym rozwijają się na ogół wolniej niż dziewczynki, warto zastanowić się nad opóźnieniem posłania syna do pierwszej klasy. Wiadomo także, że chłopcy mają większe niż dziewczynki problemy z mówieniem, wysławianiem się. Dlatego powinniśmy im dużo czytać, opowiadać, dużo z nimi rozmawiać, szczególnie między pierwszym, a ósmym rokiem życia. Dobrze jest też jak najwcześniej rozmawiać z nimi o możliwościach wyboru, sposobach rozwiązywania problemów, o tym, jak postępować w trudnych sytuacjach, jak mówić „nie”. A także o uczuciach, emocjach. Uczmy ich nazywania stanów, jakie przeżywają, mówmy na przykład: O, widzę, że teraz jesteś zły, a teraz radosny. Określajmy także swoje stany: uwaga, jestem wściekła.

Pomagając synowi w rozeznaniu  swoich uczuć i emocji, pomagając mu zrozumieć siebie i sobą kierować, tak naprawdę pomagamy jego koleżankom, przyszłej kobiecie, jego dzieciom, światu.

Korzystałam z książek Steve’a Biddulpha: „Wychowanie chłopców”, „Sekrety szczęśliwego dzieciństwa”, „Jeszcze więcej sekretów szczęśliwego dzieciństwa” (wszystkie wydane przez REBIS)

Co trzeba wiedzieć o synach?
  • Jako niemowlęta i małe dzieci przeżywają lęki z powodu rozstania z rodzicami.
  • Kłótliwość, agresywność (zwłaszcza około 14. roku życia) to sprawka skoków poziomu testosteronu, a nie tylko charakteru.
  • Ich mózg rozwija się wolniej niż dziewczynek, co może wpływać na opóźnioną dojrzałość szkolną.
  • Mają mniej połączeń między półkulą mózgu odpowiedzialną za język a tą, która odpowiada za uczucia.
  • Potrzebują wyraźnych zasad i świadomości, kto nimi kieruje.
  • Mają skłonność do działania, zanim pomyślą.

  1. Psychologia

Skandynawska koncepcja rodziny - wszyscy jesteśmy jednakowo ważni, i rodzice i dzieci

Skandynawowie stworzyli koncepcję rodziny dialogicznej, gdzie nic nie jest sztywne. (Fot. Getty Images)
Skandynawowie stworzyli koncepcję rodziny dialogicznej, gdzie nic nie jest sztywne. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Nie obarczajmy dzieci odpowiedzialnością za swoje problemy, nie przelewajmy na nie swoich frustracji. Rady szukajmy u innych dorosłych – mówi Zofia Schacht - Petersen, terapeutka, propagatorka skandynawskiego modelu wspierania dzieci w rozwoju.

Skandynawia wyprzedza inne kraje w rozwiązaniach legislacyjnych dotyczących dzieci. Rzeczywiście kraje skandynawskie są na świecie prekursorem podejścia z szacunkiem do dziecka jako istoty ludzkiej. Bardzo serio potraktowały problem przemocy wobec najmłodszych. W Szwecji zakaz bicia wprowadzono pod koniec lat 60., w Polsce dopiero w 2010 roku.

Zakaz zakazem, ale prawdziwym problemem jest zmiana mentalności dorosłych. Krzyczeć na dziecko to u nas norma. Krzyku, wyzwisk, zamykania w pokoju nie uważa się za przemoc. Chcemy, żeby dzieci z nami współdziałały, ale ich nie szanujemy.

Jesper Juul, duński terapeuta rodzinny, pedagog o światowej renomie, autor książek m.in. „Twoje kompetentne dziecko” i „Twoja kompetentna rodzina” pisze, że widząc dzieci można powiedzieć dużo o rodzicach. Bo to prawda. Dziecko wyzwala w nas pokłady emocji, w tym złości, irytacji, agresji. Tak naprawdę stajemy wobec niego twarzą w twarz, takimi jacy jesteśmy. To trudne, zwłaszcza w naszej kulturze pozorów, udawania, nieszczerości, zamiatania pod dywan.

Wychowanie według Juula nie ma nic wspólnego z tym tradycyjnym. Dla Juula najważniejsze jest to, co dzieje się między rodzicami a dziećmi, jaki jest proces wzajemnej komunikacji. Skandynawowie wrócili do sposobu patrzenia na dziecko jako na człowieka, a na konflikt jako na ujawnienie różnic, które są potrzebne do dialogu. Stworzyli koncepcję rodziny dialogicznej, gdzie nic nie jest sztywne.

I w związku z tym nie ma recepty na wychowanie. Ale jest jasno powiedziane, że człowiek ma godność, zasługuje na szacunek bez względu na to ile ma lat, jaką rolę pełni. Skandynawowie są społeczeństwem dialogu, negocjacji, współodpowiedzialności i to przynosi owoce.

Według Juula rodzice nie są wszystkowiedzący, ale dziecko też nie jest najważniejsze.  Juul podważa podejście, które pozwala dzieciom na wszystko. Jego złoty środek polega na tym, że wszyscy jesteśmy jednakowo ważni, i rodzice i dzieci. Ale to rodzice biorą odpowiedzialność, także za swoje błędy. Juul pracując z trudną młodzieżą odkrył, że są to dzieci, które przejęły bardzo dużą odpowiedzialność za tak zwanych liberalnych rodziców. Dziecko nie może robić co chce, ono potrzebuje wskazówek, przykładu. I kiedy te wskazówki dostanie, będzie z nami współpracować, a nie wówczas, gdy słyszy kazania, moralizowanie.

Juul pisze, że dzieci, choć domagają się uwagi, nie potrzebują jej tak dużo. Dziecko potrzebuje informacji: „widzę cię” i to mu wystarcza. Nadmiar uwagi to ingerencja w jego integralność. Juul podkreśla, że każdy członek rodziny, która składa się z odrębnych indywidualności, potrzebuje ochrony swoich granic. Rodzice kontrolujący, sterujący, ingerujący w wolność dziecka tak naprawdę zaspokajają swoje potrzeby. Dzieciom do rozwoju potrzebne jest prawo decydowania o sobie. Istnieje cały zakres odpowiedzialności dziecka, w który rodzice nie mogą ingerować, jak jedzenie, sen, higiena. A jeśli to robią to na ogół łamią dziecko.

Wymaganie, żeby myło zęby to łamanie? Rodzice są po to, żeby dać informację, dlaczego należy myć zęby. Ważniejsze od tego, czy osiągniemy cel, czyli czy nauczymy myć zęby, jest to, w jaki sposób go do tego zachęcamy. Czyli ważniejszy jest sam proces kształtowania relacji w rodzinie niż to, żeby ono coś zrobiło. Według Juula rodzice, którzy myją codziennie zęby i zapraszają do tej czynności malca - to model idealny. Dziecko wtedy współpracuje z nimi, a nie robi coś z nakazu. Jego zdaniem dużo mniejszą szkodę przyniesie nieumycie zębów niż umycie pod przymusem. Nawet małe dzieci są w stanie wziąć odpowiedzialność za siebie, chcą coś robić, bo mama i tata to robią. Uczenie przez „musisz” nie działa. Juul mówi o potrzebie zmiany języka wobec dzieci. Nie mówić, że jestem mądra i musisz mnie słuchać. To jest nieskuteczne, a w dodatku narusza emocjonalną integralność dziecka.

Na świecie tryumfuje azjatycki model wychowania: „musisz, wiem lepiej, co dla ciebie dobre”, bo efektem takiego wychowania są mistrzowie. Alice Miller pisała o dramacie udanego dziecka, czyli takiego, które spełniło potrzeby rodziców. Ono robi wszystko, żeby rodzice byli zadowoleni. Ale czy samo jest szczęśliwe? Bardzo często tak zwane udane dzieci jako dorośli kończą depresją, ucieczką w narkotyki, ponieważ nie znają siebie, nie wiedzą gdzie kończy się ich świat, a gdzie zaczyna świat ich wielbicieli, nie potrafią żyć bez pochwały innych.

Pochwała to według Juula rodzaj kary. O co chodzi? O to, żeby wychować człowieka, który podejmuje działania z wewnętrznej motywacji, a nie dlatego, że ktoś go nagradza. Jeżeli ktoś robi coś dla nagrody, tak naprawdę ośrodek kierowania uwagi jest poza nim, nie rozpoznaje więc, co czuje i czy w ogóle chce to robić. Małe dzieci, widzimy to w przedszkolu, potrafią zatopić się w działaniu. A gdy dziecko jest w głębokim kontakcie ze sobą, wtedy dokonują się niezwykłe procesy rozwojowe, aktywizowana jest największa liczba połączeń nerwowych, rodzi się zaufanie do siebie samego, do swoich kompetencji. W Polsce nadal króluje jednak system karania i nagradzania. W szkole zadaje się prace domowe, które tak naprawdę są narzędziami przymusu. To niszczy osobowość dziecka.

Uważa się, że w ten sposób kształtuje się poczucie obowiązku, przygotowuje do pełnienia ról. Współczesny świat zmienia się gwałtownie. Skąd wiemy, jakie role będą potrzebne za parę lat? Autorytarne wychowanie przygotowywało do wykonywania obowiązków bez względu na to, co dzieci czuły, kim były. Efekt? System pracowniczego niewolnictwa w korporacjach. Wiem co mówię, sama tam pracowałam. Wychowywanie do ról to krzywdzenie dziecka, pokazywanie mu: masz robić to, co ci każemy, bo jesteśmy rodzicami. A potem dziecko widzi rodziców w szefach.

W domu możemy dialogować, ale dziecko idzie do szkoły i musi się podporządkować.  I to jest problem, bo rodzice, którzy pozwalają na wypowiadanie dziecku swojego zdania muszą się liczyć z tym, że w szkole usłyszy: masz to wykonać bez dyskusji. Dlatego bardziej świadomi rodzice podejmują decyzje o homeschoolingu (nauczaniu domowym) albo posyłają do mniejszych szkół społecznych.

Można też mówić dzieciom, że świat nie jest idealny. To właśnie zaleca Juul. Zamiast udawać, że dziecko musi się podporządkować  nauczycielowi, który ewidentnie nie jest autorytetem, lepiej powiedzieć: nauczyciel się myli. Ważne, aby rozmawiać z dzieckiem otwarcie. Tymczasem wiele rodziców ufa nauczycielowi. Juul mówi, że nasze starania, żeby doprowadzić dziecko do pełnienia określonej roli powodują, że tracimy to, co najważniejsze – dziecko i ten moment, w którym mogłoby nam zaufać. A ono nam zaufa, gdy przyznamy: faktycznie, masz rację. Tak rodzi się jego osobista odpowiedzialność, a potem odpowiedzialność społeczna. Różnica między takim podejściem a modelem autorytarnym polega na tym, że tu dziecko samo dokonuje wyboru, a tam wszystko mu się narzuca.

Dzisiaj rodzice są skupieni na swoich dzieciach. Pokolenie współczesnych młodych rodziców jest nauczone, że rodzicom się nie odmawia. Kiedy tak wychowanemu człowiekowi rodzi się dziecko, budzi się w nim ta sama relacja, jaka łączyła go ze swoimi rodzicami. Kiedyś nie liczono się z tym, co on czuł, dziś on nie liczy się z tym, co czuje dziecko.

Ale przecież spełnia wszystkie zachcianki dziecka. Mówi się nawet, że wychowuje małego tyrana. Ale to nie jest tyran, tylko dziecko zagubione w tej bardzo intymnej emocjonalnej relacji z rodzicami. Obserwuję tak zwanych rodziców bliskościowych. To przecudowna idea – noszenie niemowlaka w chuście, przytulanie. Kiedy jednak dziecko staje na nogach i się czegoś domaga, mama, którą uczono, że rodzicom się nie odmawia, nie wie co robić, w jaki sposób kontynuować zaspokajanie bliskości, a jednocześnie chronić swoją wolność. Nie potrafi powiedzieć dziecku „nie” ze spokojem. A jej emocjonalne miotanie się natychmiast przekłada się na dziecko, które staje się zagubione, roztrzęsione, niepewne. Juul mówi, że trzeba pomóc rodzicom skontaktować się z tamtymi sfrustrowanymi dziećmi, którymi byli, bo z bezradności, zagubienia mogą wpaść w tę sama pułapkę, co ich rodzice i podobnie jak oni mówić: masz robić to, co ci każę.

Na czym polega taka pomoc? Kiedy widzę, że matka nie może dogadać się z dzieckiem, próbuję najpierw dociec, w czym dziecko ma problem, potem, co chce mama. Staram się pomóc zbudować pomost między tymi dwoma światami. Trzeba odkryć przestrzeń, w której rodzice i dzieci mogą współdziałać w oparciu o wzajemne poszanowanie. Nie wolno mówić: ty jesteś mała, więc nie wiesz, a ja wiem. Znam rodziców, którzy odpowiadają mi: stosowaliśmy podobne techniki. Tylko że to, co proponuje Juul nie jest techniką. Dzieci w ogóle nie reagują na techniki. Juul proponuje współdziałanie. To nie znaczy, że dziecko ma zrobić to, co ja chcę, tylko, że ja chcę dowiedzieć się, co ono chce, a potem mu powiem, co ja chcę i sprawdzimy, co możemy zrobić razem. Kiedy naszym celem jest taki kontakt, to czasem musimy powiedzieć: odpuszczam. Bo przecież nie chodzi o to, żeby dziecko zrobiło coś na siłę, tylko żeby samo chciało chcieć.

Rodzice są tylko ludźmi, mają wiele problemów. Zgoda, ale muszą brać za swoje problemy odpowiedzialność i nie obarczać nimi dzieci. Czasami przyznają: biję, bo jestem bezradna. Też byłam bezradna, też biłam syna. Czego wtedy potrzebujemy? To kryje się w samym słowie bezradny - potrzebujemy rady. Nie szukajmy jednak rady u dziecka, tylko u innych dorosłych. Załatwmy swoje problemy, a jak się uspokoimy, idźmy do dziecka. Miałam skłonność do bycia przemocową matką, bo sama doświadczyłam przemocy w dzieciństwie, i to od najbliższej mi osoby, od mamy. Pamiętam, że kiedy potem dałam synowi klapsa, zobaczyłam moją mamę we mnie. To był tak silny emocjonalny schemat, że nie umiałam z niego wyjść. Chciałam wspierać syna, a nie umiałam. Czułam jakby między nami wyrosła szyba, nie potrafiłam nawiązać z nim kontaktu. Przeszłam głęboką terapię. Dzięki wsparciu na Family Campach (warsztaty metodą Jespera Juula) przepracowałam swój problem. Teraz używam języka serca, a jak mam problem szukam rady u przyjaciół. Sama też pomagam rodzicom. Mówię im: Jeżeli przyszliście po to, żeby poznać receptę na wychowanie, lepiej od razu wyjdźcie. Pomagam rodzicom radzić sobie ze sobą, a potem tak wspierać dzieci, żeby też umiały same sobie radzić z trudnymi emocjami. Jestem w stu procentach przekonana, że bycie z dziećmi w takim ludzkim wymiarze, czyli nie pouczanie ich, tylko wspieranie ich w emocjonalności, otwartości, empatii pomaga im się rozwijać. Ale wzbogaca także nas, dorosłych. Ja cały mój rozwój zawdzięczam moim dzieciom.

Zofia Schacht – Petersen – terapeutka, mediatorka, propagatorka Porozumienia bez Przemocy, dziennikarka. Prowadzi szkolenia dla rodziców i nauczycieli w ramach Szkoły Empatii. 

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z facetem zamkniętym w sobie? Dlaczego mężczyźni nie lubią dawać znać o swoich emocjach?

Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 15 Zdjęć
Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki, które radzą, co robić, gdy facet nie umie rozmawiać. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Nie znam kobiety, która choć raz w trakcie trudnej rozmowy nie zobaczyła pleców mężczyzny i nie usłyszała: „Nie chcę o tym mówić”. Ten irytujący sposób dawania nogi mężczyźni nazywają „zamykaniem się w jaskini”. A poradniki usprawiedliwiają zamkniętego w sobie faceta tym, że robi coś naturalnego i ma do tego prawo. Nie, to nie jest naturalne. Mężczyźni w ten sposób unikają trudnych czy przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji, uciekają przed problemami. Postępując tak, zrywają relacje i ich partnerki mogą czuć się zaniepokojone. Kobiety czasem też tak robią, różnica tkwi jednak w tym, dlaczego to robią. Mężczyźni zawsze mieli wyższą rangę społeczną i według nich do dziś nie muszą się wieloma sprawami zajmować. Od uczuć począwszy. Z drugiej strony  – jak pisze Terrence Real w „Jak mam do ciebie dotrzeć?” – chłopcy wcześniej odsunięci od intymnego kontaktu z matką i wychowywani jako ci, którzy mają sami sobie radzić, nie okazują uczuć. Już w wieku kilku lat są mniej niż dziewczynki ekspresyjni i skłonni do kontaktu. A co za tym idzie – w dorosłym życiu uznają, że wyjście z relacji jest bardziej męskie i właściwsze niż znoszenie uczuć, które odbierają jako zagrażające męskości.

Mężczyźni bronią więc opresyjnej wizji męskości, a kobiety gryzą palce, wierząc, że gdy oni „jaskiniują”, one muszą ogarnąć emocje? Czy istnieje skuteczny sposób na to, jak dotrzeć do faceta, który nie chce rozmawiać? To zależy od tego, w jaki sposób mężczyzna oddala się z miejsca dyskusji czy kłótni. Nie zawsze jest to ucieczka. Zdarza się, że wychodzi właśnie dlatego, że chce zadbać o relacje. Mówi: „Przepraszam cię, kochanie, za sekundę powiem, zrobię coś złego i dlatego muszę wyjść, przebiec cztery razy dookoła domu, wrócę za 45 minut i będziemy dalej rozmawiać”. I to jest w porządku. On wie, że nie daje rady być w tej chwili tutaj z nią, i dla dobra relacji potrzebuje przerwy. To męskie zadbanie o sytuację, o siebie i o kobietę. Partner powiedział, po co idzie i kiedy wróci. A to zmienia sytuację, bo ona wie, na czym stoi. Mężczyźni chcą być użyteczni – dawać rozwiązania. A on je znalazł – wie, co zrobić, by nie wybuchnąć, i gdzie poszukać rozwiązania konfliktu. A jeśli po powrocie zacznie rozmowę na temat, który się zarysował, zanim odszedł, to zachowa się wręcz podręcznikowo.

To byłaby sytuacja idealna, ale najczęściej facet zamknięty w sobie nie wraca do tematu, bo uważa, że skoro on ochłonął, to kobieta pewnie też, więc już wszystko w porządku. Pamiętam taką parę z terapii: ona była wściekła na męża, a on miły, delikatny. Więc gdy ona zaczynała tyradę, zmieszany mówił: „Przepraszam, ale muszę do toalety”, i wychodził. A ona dalej – do pustego krzesła. Po czym wracał: „Przepraszam, już jestem”, a wtedy ona zaczynała od początku. Więc on po chwili: „Przepraszam, ale muszę...”. Aż w końcu ja nie wytrzymałem i powiedziałem: „Stary, przestań wypuszczać dołem, zacznij górą”. Wtedy on pierwszy raz jej powiedział, czego chce. To był początek ich wspólnej pracy nad związkiem. Ciekawe i tajemnicze jest to, że w pary łączą nas nie tylko nasze marzenia, ale i ograniczenia. W psychologii procesu mówimy o progach, czyli granicach tożsamości. Dajmy na to: ona ma próg na słuchanie, a on na mówienie, co czuje i czego potrzebuje. Ona jest ekspresyjna, on unika konfliktu. Jest im ze sobą wygodnie, co wcale nie znaczy, że są blisko. Kiedy zaczną rozmawiać, przekraczać swoje progi, mają szansę pogłębić związek. Wychodząc poza sferę komfortu, odkryć coś nowego o sobie, że np. dobrze jest słuchać.

Rozumiem rozmawiać, ale czy gdy facet zamyka się w sobie, warto biec za nim do jaskini?   Jeśli on chce się oddalić, niech idzie, ale nie jest wcale oczywiste, że zawsze trzeba szanować granice partnera i nie wpychać się za nim do jego świata. Bycie w relacji polega na tym właśnie, że niekiedy należy przekraczać granice. Pamiętając więc, że on może powiedzieć „nie”, idź za nim, jeśli czujesz, że to dobre dla waszego związku. Nie z lęku, że on odejdzie na dobre. Bo jeśli to lęk decyduje o tym, co robisz, to nie ty jesteś podmiotem swego życia. Ale jeśli czujesz, że to wam pomoże rozwiązać problem – idź. Na tym polega wnoszenie siebie do związku. A jeśli siebie do niego nie wnosisz, to cię w nim nie ma. To piękne, kiedy kobieta potrafi wejść do męskiej jaskini, bo to wymaga od niej przekroczenia egoizmu, poczucia żalu i krzywdy. Ważne tylko, by nie robiła niczego, co narusza jej godność, bo wtedy już nie mówimy o miłości. Jest taki świetny rysunek Michała Czyża, terapeuty. Są na nim dwa ludziki, które łączy jeden dymek: „Od dawna już się nie ranimy!”. Nie ranimy się, a więc nie jesteśmy w relacji, bo relacja polega na tym, żeby wnosić nie tylko te łatwe, ale i trudne uczucia, zostawiając partnerowi czy partnerce miejsce, żeby także mógł wnieść siebie, swoje reakcje, potrzeby. Warto żyć świadomie, rozmawiać: „Ja mam tak... A ty? Czego byś potrzebował?”. To podręcznikowe, w praktyce trudne, ale na tym polega komunikacja.

Jeśli dbamy o to, żeby nie przekraczać granic, nie ranić się, to też niewiele nas łączy? Super, jeśli wszystko idzie gładko, ale w życiu – prędzej lub później – pojawiają się trudności. Jeżeli nie wnosimy siebie do relacji, to stajemy się osobnymi wyspami. Zaczyna się od tego, że sam ze sobą się nie komunikuję i marginalizuję te kawałki siebie, które mi nie pasują, są trudne czy bolesne. Tak długo, jak nie nauczę się dogadywać ze sobą i z tym, co mi pasuje i nie pasuje we mnie, prawdopodobnie nie uda mi się dobrze komunikować z drugim człowiekiem.

Mój przyjaciel mówi: „Jestem w doskonałej relacji z wieloma ludźmi, ale nie jestem z nimi blisko. Z żoną kłócimy się, ale życia sobie bez niej nie wyobrażam”. Właśnie. Stan doskonałej harmonii i jedności jest możliwy tylko w niebie. Na Ziemi jesteśmy prawdziwi i różne rzeczy nas bolą. Możemy je wspólnie omawiać, bo jak się razem przechodzi przez to, co boli, to buduje się związek. Dbanie o status quo może spowodować, że związek nie będzie byciem razem. Znasz pewnie osoby, które zapytane o relacje odpowiadają: „Jest OK”, w bezosobowy sposób, ze smutkiem. Pod tym OK ukrywa się zniechęcenie, przygnębienie. Rezygnacja z czegoś, co jest dla mnie ważne, dobre. Może to radykalne podejście, ale moim zdaniem związek istnieje, kiedy jestem w nim obecny. Wnoszę siebie i robię miejsce dla drugiej osoby, bo jestem jej ciekawy. Ale nie marginalizuję swoich potrzeb, bo prędzej czy później złość wyjdzie na wierzch, choćby w publicznym upokarzaniu, wbijaniu szpili. Jeśli nie zdobędę się na odwagę, aby być sobą od początku, będę pokazywać tylko ten kawałek eksportowy, to nie mam szansy na zbudowanie bliskości. Może burzliwej, ale takiej, w której mam poczucie, że jestem sobą. Pewnie to nie dla każdego. Wielu ceni spokój i stabilizację. Rozumiem to i szanuję, ale nie polecam.

Zamknięty w sobie facet mówi: „Chcę być sam”, i wybiega, a ja za nim, do jego jaskini, żeby budować relację. Co mnie tam czeka? Bywa, że jeśli mężczyzna się z czymś mierzy, z czymś sobie nie radzi, a kobieta będzie obok niego, to on poczuje, że nie jest z tym ciężarem sam. Wszyscy potrzebujemy wsparcia w trudnych chwilach. Mężczyzna często nie umie nazwać tego, czego chce, ale czasem chce, by kobieta go przytuliła. Gdzieś tam w środku potrzebuje tego samego co ona, czyli poczuć, że nie jest sam, kiedy się boryka z trudnościami. W tej potrzebie mogą się naprawdę spotkać. Jeśli więc kobieta pójdzie za mężczyzną i go obejmie, a on się nie odsunie, to znaczy, że zrobiła to, czego potrzebował. Pewna koncepcja mówi, że większość ludzi w dzieciństwie przeżywa zbyt wczesne odstawienie od matki, a to powoduje, że i mężczyźni, i kobiety jako ludzie dorośli są pełni pretensji do partnerów. Ale pracę należy zacząć od kobiet. Wyleczyć ich wczesnodziecięce porzucenie, nauczyć tego, by porzuciły pretensje i żądania. Wtedy one są w stanie kochać partnerów, a oni – dzięki tej miłości – mogą uzdrowić swoje wczesnodziecięce porzucenie.

Facet nie umie rozmawiać i znowu kobiety mają coś do roboty. W tym, że kobieta, która kocha, może uzdrowić mężczyznę, jest coś kluczowego. Moc kobiety, a zwłaszcza matki, jest potężna. Brak lub niedostatek matczynej miłości ma daleko idące skutki. Widzę to i w mężczyznach, i w kobietach. Badania dowodzą, że ten deficyt uderza w chłopców bardziej. Na szczęście mamy dostęp do matczynej miłości nie tylko przez osobę, która była fizyczną matką, ale też przez choćby kontakt z energią Ziemi.

Wracając do twojego pytania, jeśli kobieta kocha i kieruje nią miłość i do siebie, i do swojego partnera, to będzie umiała odkryć to, co najlepsze dla obojga. Podobnie z mężczyzną, ale zwykle droga do tego miejsca miłości – i do siebie, i do partnerki – w przypadku mężczyzn jest trudniejsza do przebycia. Mężczyźni kulturowo są między dwoma progami. Jeden próg jest na wrażliwość. To ten system przekonań, że chłopaki nie płaczą. Drugi to próg na siłę, która utożsamiana jest z dominacją i przemocą. A to sprawia, że wielu mężczyzn wyrzeka się swojej sprawczości, wyrzekając się przemocy. Samo odzyskanie dostępu do wrażliwości nie wystarczy. Konieczne jest, by mężczyźni odzyskali dostęp do siły, która nie jest przemocą. Głęboki kontakt ze sobą jest im w tym niezbędny. Dopiero kiedy przejdą przez te progi, są zdolni do tego, by pokochać siebie.

Czyli gdy facet zamyka się w sobie, jaskinia to kontakt ze sobą? Tak. Bycie w kontakcie ze sobą cały czas. Ale brakuje nam czasu na trawienie tego, co przeżywamy, taką liczbą bodźców jesteśmy codziennie bombardowani. Rządzą też nami: skuteczność, użyteczność, produktywność, więc nawet w wolnym czasie stawiamy sobie zadania: jeździmy na rowerze, medytujemy, zamiast poleżeć na trawie i popatrzeć w niebo. Nie umiemy robić „nic”, a więc nie spotykamy się ze sobą, czyli z najważniejszą osobą.

Co się dzieje, kiedy „nic” się dzieje? Straszne rzeczy na początku, bo każde pięć minut bez planowania, co za chwilę zrobię, jest udręką. A „nic” jest bezcenne, bo w nim trawimy to, co przeżyliśmy. To sedno jaskini. Pewnego dnia siedziałem w domu i nic nie robiłem, więc mogłem zobaczyć, co się dzieje w mojej głowie. A tam leciał film, który obejrzałem poprzedniego dnia. Banalna historia o gliniarzach z Nowego Jorku. Scena po scenie. Był to akurat czas, kiedy zastanawiałem się nad granicami odpowiedzialności za uczucia innych. No i patrzyłem w okno i oglądałem w mojej głowie ten film... Gdy doszedłem do kluczowej sceny, zrozumiałem, że pada w niej odpowiedź na moje pytanie. Poprzedniego wieczoru tego nie złapałem. Był więc powód, dla którego to się działo, a ja byłem na tyle otwarty na to, co dzieje się w mojej głowie, żeby zauważyć to, co chciało do mnie dotrzeć. Gdybym zajął się czymś innym, przeoczyłbym tę odpowiedź.

Robienie „nic” może być też jałowym „zawieszeniem się”. To co innego niż jaskinia. Czegoś jest w życiu za dużo i dlatego się wyłączasz. Potrzebujesz wsparcia, a nie samotności. Rozróżnić to nicnierobienie od jałowej pustki można po tym, jak się czujemy. Jeśli „nic” nas buduje, to znaczy, że jest dobre. Jeśli nie, problem jest gdzie indziej i nie ma co siedzieć samemu w ciszy. To wszystko jest też tajemnicze. Pamiętam jednego z uczestników moich warsztatów, który jak się zajęcia zaczynały, zasypiał, a budził się na przerwę. Po czym zasypiał, jak zaczynaliśmy pracę. I tak przez dwa lata. Zadziwiające, ale jego życie się zmieniało. Zasypianie to sygnał progu. Mówi: to, co się dzieje, to za dużo, ale jest mi to potrzebne, bo nie odchodzę, tylko wracam.

Zbigniew Miłuński, filozof i terapeuta psychologii procesu. Pracuje jako psychoterapeuta, trener, konsultant w zakresie rozwoju osobistego, komunikacji interpersonalnej, rozwiązywania konfliktów. Prowadzi autorskie warsztaty rozwoju osobistego, w tym warsztaty dla mężczyzn.

  1. Psychologia

Kiedy nadchodzi czas, by dzieci nas opuściły, trzeba pozwolić im odejść

Dzieci muszą opuszczać rodziców, ci powinni pozwalać im odejść. Z nadzieją, że dobrze je wyposażyli na podróż przez życie. (Fot. Getty Images)
Dzieci muszą opuszczać rodziców, ci powinni pozwalać im odejść. Z nadzieją, że dobrze je wyposażyli na podróż przez życie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
W każdym rodzicu istnieje pragnienie rodem z krainy fikcji - by móc ustrzec dziecko od wszelkiej szkody. Dodatkowo warto wiedzieć, że szczytne zamierzenie zapewnienia potomkowi szczęścia i dobrobytu mogą być dalekie od ideału z jego punktu widzenia. Jak zaakceptować  ograniczenie rodzicielskich mocy? 

Fragment książki "To co musimy utracić" czyli miłość, złudzenia, zależności niemożliwe do spełnienia oczekiwania, których każdy z nas musi się wyrzec, by móc wzrastać. " Judith Viorst, Wydawnictwo Zwierciadło

Mimo iż tak bardzo chcemy uchronić je od niebezpieczeństw i udręk życia, są granice tego, co możemy i powinniśmy zrobić. Będziemy musieli zrezygnować z bardzo wielu rzeczy, które mieliśmy nadzieję dla nich uczynić. Oczywiste jest też, że będziemy musieli pozwolić im odejść i opuścić nas.

Podobnie bowiem jak dzieci muszą oddzielić się stopniowo od rodziców, tak i my musimy oddzielić się od nich. Z tego powodu dręczyć nas będzie – jak dzieje się to w przypadku większości matek (i ojców) – lęk przed rozłąką.

Ponieważ rozłąka to koniec słodkiej symbiozy. To ograniczenie naszej władzy i kontroli. Przez nią stajemy się mniej potrzebni i mniej ważni. I to ona wystawia nasze dzieci na niebezpieczeństwo.

Pani Ramsay, bohaterka powieści Do latarni morskiej, matka ośmiorga dzieci „musiała przyznać (...), że to, co nazywała życiem, odczuwała jako coś strasznego, wrogiego i zawsze gotowego rzucić się na człowieka, gdy tylko dawał po temu sposobność. (...) A jednak umiała powiedzieć dzieciom tej kobiety: «Przetrzymacie to». I oto powód, dla którego wiedząc, co jej dzieci czeka – miłość, ambicja, cierpienie w samotności wśród okropnych zaułków życia – często zadawała sobie pytanie: «Dlaczego dzieci muszą dorastać i tracić to wszystko, co było treścią ich dzieciństwa? Otrząsnęła się jednak i wymachując mieczem w stronę życia, powiedziała: «Bzdura. Będą najzupełniej szczęśliwe»”

(…)

Wiele matek jest przekonanych, że ich fizyczna obecność przy dziecku odgrodzi je od każdego niebezpieczeństwa. Przyznaję, że i ja tak kiedyś myślałam. Byłam absolutnie pewna (wiem, że to brzmi śmiesznie), że dopóki jestem przy nich, żaden z moich synów nie zadławi się na śmierć kawałkiem mięsa. A dlaczego? Bo wiedziałam, że będę stać im nad głową i przypominać, żeby brali mniejsze kęsy i dokładnie je przeżuwali. I ponieważ wiedziałam, że jak dojdzie już do najgorszego, to chwycę nóż i wykonam tracheotomię. Podobnie jak wiele matek postrzegałam siebie – i pod pewnym względem nadal to czynię – jako ich anioła stróża i tarczę chroniącą przed każdym niebezpieczeństwem. I chociaż musiałam pozwolić synom, by w coraz większym stopniu na własną rękę badali ten niebezpieczny świat, nadal dręczy mnie lęk, że beze mnie wystawieni będą na znacznie większe ryzyko.

Nie tylko matki są niespokojne z powodu zagrożeń wynikających z rozłąki. Również ojcowie łączą rozłąkę z niebezpieczeństwem. Jeden z nich wspomina, że kiedy jego syn nauczył się raczkować, on też zaczął chodzić na czworakach zaraz za nim, „by – jak wyjaśnia – na wypadek gdyby urwał się żyrandol, móc go złapać, zanim spadnie mu na głowę”.

(…) Niezależnie od tego, czy to bezpieczne, czy nie, musimy pozwolić naszym dzieciom odejść.

Boimy się rozłąki z dziećmi nie tylko dlatego, że stanowi ona zagrożenie dla ich życia i kończyn, ale i dla ich – jak nam się zdaje – kruchej psychiki. Kilkanaście matek przyznało mi się, że w każdej nowej sytuacji, na przykład kiedy zostawiają dziecko na obozie, spędzają absurdalnie dużo czasu, próbując wytłumaczyć opiekunowi czy opiekunce każdą potrzebę i każdy niuans osobowości swej pociechy. Chcą, żeby opiekunowie zrozumieli, że ich dziecko jest ciche, ale to nie znaczy, że nie ma w nim żadnej głębi, że denerwuje się, jeśli się je popędza przy jedzeniu, że może wydawać się oschłe, ale w istocie jest bardzo wrażliwe, i że nigdy nie należy prosić go, by zdjęło swoją czapkę do baseballa, nawet w czasie obiadu czy w kąpieli.

„Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że nie pozwalałam mu oddzielić się ode mnie – zwierzyła mi się pewna matka. – Gdziekolwiek pojechał, zawsze byłam tam pierwsza, robiąc wszystko, co w mojej mocy, by najlepiej przygotować mu jego nowe miejsce”.

Czasem możemy nie być świadomi tego, że trudno nam się rozłączyć z naszymi dziećmi i że trzymamy się ich zbyt kurczowo. Ten brak świadomości z naszej strony może sprawić, że nasze kłopoty z rozłąką mogą stać się problemem także dla nich. Weźmy matkę, która zostawia swojego czteroletniego synka w przedszkolu, gdzie już po chwili pochłania go całkowicie wkładanie kolorowych kołków w dziurkowaną tablicę. „Pa, pa, idę już” – mówi mama. Chłopczyk unosi głowę i z uśmiechem odpowiada: „Pa, pa”. „Ale niedługo wrócę” – dodaje mama. Chłopczyk, tym razem nie podnosząc wzroku, odpowiada: „Pa”. „Będę z powrotem już o dwunastej – zapewnia mama synka i kiedy to nie wywołuje żadnej reakcji, dodaje: – Nie martw się”. W tym momencie, przekonane, że odejście matki to coś, czym trzeba się martwić, dziecko wybucha płaczem.

Bolesne chwile rozłąki z naszego dzieciństwa mogą wpłynąć na nasze podejście do rozłąki z naszymi dziećmi. Przez nie właśnie ożywiamy na powrót przeszłość i staramy się ją naprawić. Selena, dla której porzucenie w dzieciństwie było traumatycznym do- świadczeniem, była pewna, że opuszczenie dziecka to dla niego piekło, i dlatego uważała, że jej synowie tego nie zniosą. Zawsze, kiedy wyjeżdżała z mężem na wakacje, czuła się zobowiązana do tego, by przygotować dla synów coś, co nazwała zeszytem podróży, by dodać im otuchy.

„Były w nim wklejone zdjęcia moje i męża – wyjaśnia Selena – i zdjęcia miejsca, do którego jedziemy. Były tam rysunki i informacje w rodzaju: «Kochamy was. Nie bójcie się. Wkrótce znowu będziemy razem»”. Był to, jak mi się zdaje, ten rodzaj pocieszenia, którego Selena kiedyś rozpaczliwie potrzebowała.

Jednakże któregoś dnia, kiedy opowiedziała młodszemu synowi, Billy’emu, znacznie bardziej odpornemu psychicznie niż ona, o zbliżającej się wycieczce, ten wyraził nadzieję, że jej i ojcu wyjazd na pewno się uda i dodał: „nie musisz robić dla nas tego idiotycznego zeszytu podróży”.

Nasza rozłąka to nie tylko kwestia dystansu fizycznego; obejmuje ona także oddzielenie się emocjonalne dzieci od nas. Możemy być za bardzo skłonni spieszyć im z pomocą i radą: „Zrób to tak” albo „Czekaj, zrobię to za ciebie”. Możemy mieć trudności z tym, by pozwolić im być tymi, kim chcą być, i – w granicach zdrowego rozsądku – robić to, co chcą robić. Może być nawet tak, że okazujemy im zbyt dużo zrozumienia.

Albowiem – wierzcie mi lub nie – jest ktoś taki, kogo nazwać można „za dobrą matką”, ktoś, kto z uporem daje za dużo, ktoś, kto blokuje rozwój, nie pozwalając dziecku doświadczyć żadnych frustracji. Co więcej, matki takie mogą czasem pospieszyć ku dziecku, by wczuć się w jego sytuację, tak niezwłocznie i do tego stopnia, że ich dzieci nie są w stanie powiedzieć, czy ich uczucia należą naprawdę do nich. Pewna młoda kobieta, której trudno było czuć się odseparowaną uczuciowo od matki, wyraziła jakąś opinię, po czym dodała: „Teraz, kiedy już to powiedziałam, nie jestem pewna, czy sama to wymyśliłam, czy wymyśliła to moja matka, czy tylko pomyślałam sobie, że moja matka chciałaby, żebym tak pomyślała”.

Jej matka tuliła ją do siebie, lecz nie potrafiła pozwolić jej odejść.

Psychoanalityk Heinz Kohut opisuje doświadczające trudności i emocjonalnie otępiałe dzieci pewnych rozsądnych, z punktu widzenia psychologii, rodziców, którzy „od bardzo wczesnych lat mówili dzieciom, często i w szczegółach, co same myślą, czego pragną i co czują”. Rodzice ci nie byli, w przeważającej mierze, osobami chłodnymi w kontaktach i nie było w nich tendencji do odrzucenia dziecka. Co więcej, ich twierdzenia, jakoby znali uczucia swych dzieci lepiej niż one same, w rzeczywistości, w przeważającej liczbie wypadków, okazywały się prawdziwe. Lecz przez dzieci ten wgląd gorliwych rodziców w ich psychikę uważany był za wścibstwo i zagrożenie dla ich „ja”. Dzieci odgradzały się emocjonalnie, by chronić samo jądro swej tożsamości przed niebezpieczeństwem – niebezpieczeństwem, co podkreślam – bycia zrozumianym.

Rodzice często mają trudności z tym, by uważać swoje dzieci za istoty odrębne, które w sensie psychologicznym, oddalają się od nich.

Opowiadano mi o matce, która odprowadzając do szkoły córkę, spotkała drugą matkę i zaczęła rozmowę: „Idziemy właśnie do szkoły i naprawdę się nam tam podoba, bo jest fajnie i mamy świetną panią”. Na to córka przerwała jej wyraźnie poirytowana, mówiąc: „Nie, mamusiu, to nie my idziemy do szkoły, to ja idę”.

Zgoda na to, by dzieci odeszły od nas, oznacza także zgodę na to, by żyły swoim życiem, a to z kolei oznacza rezygnację z oczekiwań, jakie żywimy w stosunku do nich. Albowiem na długo przed urodzeniem się dzieci, w sposób świadomy i podświadomy, marzymy o tym, jakie mają być. Niektórzy specjaliści twierdzą nawet, że wizerunek nowo narodzonego dziecka może mieć na nas tak mocny wpływ, że „matka czasem staje przed koniecznością porzucenia tego zrodzonego w wyobraźni dziecka, jakie pragnęła mieć, i opłakania straty swego wyidealizowanego niemowlęcia, bo inaczej nie potrafi zmobilizować sił do tego, by nawiązać kontakt z dzieckiem, które przyszło na świat”.

W chwili urodzenia dziecka, jak i później, drzemie w nas wiele wyobrażeń i oczekiwań. Uważając nasze dzieci za przedłużenie nas samych, spodziewamy się, że zapewnią nam dobry wizerunek w świecie, że będą atrakcyjne, utalentowane, grzeczne i zdrowe umysłowo. „Przestań obgryzać paznokcie!” – syczy Dale do swojej dziewięcioletniej pociechy. I dodaje, nie całkiem żartem: „Co ludzie o nas powiedzą”.

Uważając dzieci za udoskonaloną wersję nas samych, mamy nadzieję, że nie przejmą po nas żądnych z naszych mniej sympatycznych cech. „Kiedy byłam w jej wieku, byłam mazgajem, paplą i kluchą – wspomina Rhoda. – Nie zniosę tego, jak będzie taka sama”.

Uważając dzieci za naszą drugą szansę w życiu, spodziewamy się, że z wdzięcznością wykorzystają każdą z oferowanych im przez nas możliwości – teatr, muzykę, podróże, pieniądze na studia, jak i wynikające z naszej miłości zrozumienie dla nich, to wszystko, czym – jak mówi Scott – „chciałbym, do diaska, żeby obsypywano mnie, jak byłem w jego wieku”. I ponieważ uważamy, że jesteśmy lepszymi rodzicami niż nasi rodzice, mamy nadzieję, że wychowamy „lepsze” dzieci niż oni.

Na każdym kroku i praktycznie w każdej kwestii – czy chodzi o kształt uszu przy urodzeniu, czy o to, jak sprawnie radzą sobie ze swoją toaletą, jak daleko i jak szybko potrafią rzucać piłką w wieku lat jedenastu, jak im poszło na egzaminach po szkole średniej, na kogo głosowali w pierwszych wyborach, z kim chodzą do łóżka, gdy mają dwadzieścia siedem lat, jakie ubrania noszą i jakim samochodem jeżdżą w wieku lat trzydziestu – wszystko to stanowi źródło naszych oczekiwań.

Niektóre z nich zostaną zrealizowane. Nie obejdzie się jednak bez wielu rozczarowań. Kate nie lubi czytać książek. Bill nie dostał się do drużyny koszykówki. Emily lubi Ronalda Reagana. Steve lubi tylko chłopców. Dorastając z nami pod jednym dachem, nasze dzieci będą poznawały, pośrednio i bezpośrednio, nasz system wartości, nasz styl życia, nasze poglądy. Ale zgoda na ich odejście oznacza w ostateczności uszanowanie ich prawa do ukształtowania swego życia na własną modłę. Zgodę na odejście dzieci i rezygnację z marzeń ich dotyczących należy także zaliczyć w poczet tego, co musimy utracić.

Książka "To co musimy utracić, czyli miłość, złudzenia, zależności niemożliwe do spełnienia oczekiwania, których każdy z nas musi się wyrzec, by móc wzrastać." Judith Viorst mówi o stratach jako powszechnych, nieuniknionych, nieubłaganych elementach naszego życia. Straty są konieczne, gdyż tracąc coś, rezygnując z czegoś i zostawiając coś za sobą, wzrastamy. 

  1. Psychologia

Narcystyczna matka. Jak relacja z matką kształtuje dorosłą kobietę?

Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. (Fot. iStock)
Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
W dzieciństwie oceniane nie za to, kim są, ale za to, co robią. Kontrolowane i nadmiernie krytykowane. W dorosłym życiu borykają się z poczuciem niskiej wartości, tęsknią za bezwarunkową miłością. Jeśli nosisz w sobie emocjonalną pustkę, nie czujesz się zauważana i doceniana, wiecznie udowadniasz sobie i innym, że jesteś coś warta – przyjrzyj się swojej relacji z matką. Tak radzą terapeutki Karyl McBride i Susan Forward.

Nasza kultura ma swoje obwarowania, tabu. Podczas gdy gabinety psychoterapeutów zapełniają się klientami straumatyzowanymi przez rodziców, tzw. opinia publiczna oczekuje, by o matce mówiło się jak o zmarłym: dobrze albo wcale. A przecież miliony osób cierpią z powodu tego, co amerykańska terapeutka Susan Forward nazywa „matczyną raną”. Ich matki były przytłoczone macierzyństwem, może niezbyt dojrzałe. Albo zaabsorbowane innymi sprawami. Może zmagały się z depresją, uzależnieniem... Są też matki zaborcze, osaczające dziecko. Despotyczne – takie, które wciąż wymagają, egzekwują, karzą. Matki nieprzebierające w słowach, raniące dotkliwie swoją krytyką. Takie, które używają przemocy – szarpią, popychają, biją. Pewnie każda z nich chce jak najlepiej, ma swoje wyobrażenie o tym, co to znaczy być dobrą matką. Przecież karmią, myją, ubierają, kupują... Tylko że często są niedostępne, chłodne, nieczułe. Mówi się, że kochają po swojemu. Susan Forward nazywa je jednak „matkami, które nie potrafią kochać”. Matka może być też narcystyczna, wtedy wszystko kręci się wokół niej. Dla dziecka, które z natury jest egocentryczne, to niezwykle trudne, czasem nie do zniesienia. Zwłaszcza dla córki. Na szczęście jako dorosła kobieta może nauczyć się okazywać miłość zarówno sobie, jak i innym.

Syndrom pustego lustra

Terapeutka Karyl McBride w książce „Nigdy dość dobra” (wyd. Feeria) podkreśla, że matka stanowi dla córki główny punkt odniesienia i wzór jej ról – kochanki, żony, przyjaciółki. Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. Oczekuje od dziecka, że będzie zachowywać się i reagować na świat tak jak ona. Dziewczynka stara się sprostać temu wyzwaniu, tłumi własne potrzeby. Szybko uczy się, że niewiele znaczy, niewiele może. Skoro nie potrafi zadowolić mamy, coś z nią jest nie tak! Wniosek? Nie jest godna miłości.

Po czym poznać narcyzm? Zwłaszcza że każdy jest przecież w mniejszym czy większym stopniu egocentryczny. W książce „Matki, które nie potrafią kochać” (wyd. W.A.B.) Susan Forward mówi o „uporczywej manii wielkości” i „nienasyconym głodzie uwagi ze strony innych”. O potrzebie udowodnienia swojej wyższości, domaganiu się wyjątkowego traktowania. O zazdrości, braku empatii i instrumentalnym traktowaniu ludzi. Jak zauważa Karyl McBride, z postawy osoby narcystycznej przebija komunikat: „Ja jestem najważniejsza”. Albo: „Ty nie jesteś dość dobra”.

Czy twoja matka jest narcystyczna? Artykuł prasowy raczej nie powinien rozstrzygać takich kwestii, ale może okaże się zachętą, żeby przyjrzeć się bliżej tematowi. Karyl McBride zamieszcza w swojej książce stosowny kwestionariusz. Pyta m.in.: Czy matka rywalizuje z tobą, obwinia ciebie lub innych, zamiast przyjąć odpowiedzialność za własne uczucia i działania? Czy długo żywi urazę, krytykuje cię i zawstydza? Czy chce wpływać na twoje decyzje i zawsze stawiać na swoim, czy w jej obecności czujesz się bezradna? Im więcej udzielisz odpowiedzi twierdzących, tym większe spektrum narcyzmu odnajdziesz w swojej mamie.

Oczywiście, wcześniej czy później będziesz musiała przekierować uwagę na siebie... I być może zobaczysz nadwrażliwość, nieśmiałość, trudności w podejmowaniu decyzji i budowaniu trwałych relacji, brak zaufania do siebie, brak poczucia bezpieczeństwa. Będziesz musiała zmierzyć się z tym, że twój rozwój emocjonalny został zahamowany. Że dlatego trudniej ci doświadczać uczuć, ale też stworzyć własne, autentyczne życie, stać się odrębną osobą. „Ja” córek, o których jest ta opowieść, odzwierciedla przede wszystkim to, jak postrzegały je matki. A ten obraz nie jest zbyt pozytywny.

Presja i porzucenie

W filmie „Pocztówki znad krawędzi” była gwiazda musicali grana przez Shirley MacLaine odwiedza w ośrodku odwykowym córkę, w którą wcieliła się Meryl Streep. Co ją interesuje? Fryzura, makijaż i wystrój pomieszczenia. Potem role się odwracają – pijana matka powoduje wypadek i trafia do szpitala. Czym się przejmuje? Nie chce być pochowana bez brwi! „Zostałyśmy stworzone raczej na widok publiczny niż do życia prywatnego”– tłumaczy bohaterka grana przez Streep lekarzowi.

Dla narcystycznej matki najważniejsza jest fasada, wizerunek. Córka ma go strzec, pielęgnować, szlifować. W efekcie nie potrafi też ukształtować własnego. Narcystyczne matki, o których kręci się filmy, Karyl McBride określa jako typ ekstrawagancko-ekstrawertyczny (swoją drogą taką postać zagrała później Meryl Streep w filmie „Sierpień w hrabstwie Osage”). Inne wyróżnione typy to: psychosomatyczny (wykorzystuje swoje choroby, cierpienie i dolegliwości do manipulowania innymi), uzależniony (wiadomo), skrycie podły (opiekuńcza i serdeczna w towarzystwie, okrutna i poniżająca w domu) czy typ nastawiony na osiągnięcia (swoje i dzieci).

Kluczowa klasyfikacja, jaką posługuje się McBride, wynika jednak ze sposobu sprawowania opieki. Mamy więc matkę ignorującą – taką, która zaniedbuje dziecko, przekazując mu sygnały, że nie zasługuje na miłość i wsparcie – i matkę pochłaniającą, czyli mającą duże oczekiwania wobec potomka, dominującą, kontrolującą i wywierającą presję. Taka matka nie zostawia małemu człowiekowi przestrzeni na indywidualny rozwój, wymusza określone zachowania, a nawet zainteresowania, gusty. Niby dwa różne style macierzyństwa, a efekty podobne: dziecko ma trudności z prawidłową indywiduacją, jego obraz siebie zostaje zniekształcony. Czuje się zagubione. Oczywiście te dwa style zachowania i wychowania mogą się łączyć, występować naprzemiennie.

Sukcesy i sabotaże

Nie trzeba chyba przekonywać, że osoba wychowana przez narcystyczną matkę nie ma zbyt wysokiego poczucia wartości. Przekaz, jaki przyswoiła, brzmi: „Moja wartość tkwi w tym, co robię, a nie w tym, kim jestem”. Może to doprowadzić do dwóch diametralnie różnych sposobów funkcjonowania. Jeden polega na realizowaniu wielkich ambicji i nierzadko perfekcjonizmie. Drugi na rezygnacji ze swoich aspiracji i siebie oraz na autosabotażu. Ambitna córka próbuje zdobyć uwagę, uznanie (czytaj: miłość) innych poprzez gromadzone laury. Jak pisze McBride, taka osoba jest bardziej „aktywnością ludzką” niż „istotą ludzką” zadowoloną z bycia sobą. Nierzadko odczuwa chroniczne wyczerpanie, nie potrafi zatroszczyć się o siebie. Dwoi się i troi, żeby się pokazać, wykazać i wciąż słyszy wewnętrzny głos: „To za mało!”. Być może nawet osiąga więcej niż inni, tylko jakim kosztem? Jeśli z determinacją dążysz do celu, dbając o siebie i doceniając swoje osiągnięcia, wszystko w porządku. Co innego, jeśli czujesz się wyczerpana, wydrenowana, a pochwały z zewnątrz tylko chwilowo wypełniają wewnętrzną pustkę, bo w końcu nie o nie chodzi... Zdaniem McBride sabotująca siebie córka jest tak naprawdę wewnętrzną bliźniaczką ambitnej. Obie uwierzyły, że są nie dość dobre. Ta sabotująca po prostu nie próbuje udowodnić, że jest inaczej. Godzi się na bycie nieudacznicą, mniej czy bardziej świadomie się poddaje. Na złość matce, po swojemu. Niewykluczone, że stępia ból poprzez nałogi czy inne autodestrukcyjne zachowania.

Córki narcystycznych matek próbują wypełnić emocjonalną pustkę, poszukując opiekunów zastępczych. Mają wypaczony obraz miłości – mylą ją z zadowalaniem drugiej osoby. Trudno im zaufać innym albo ufają za bardzo. Ich „partnerski radar” jest uszkodzony. W ich domach uczucia były wypierane, a komunikacja zaburzona, oparta głównie na krytyce albo triangulacji (przekazywaniu informacji za pośrednictwem innych osób, np. ojca). Brakowało zdrowych granic. Takie kobiety czują się bardzo niepewnie w relacjach intymnych, ich związki z mężczyznami oparte są zwykle na zależności lub współzależności. Od matki nauczyły się, że miłość to jest to, co ktoś może zrobić dla ciebie (i odwrotnie).

Nikt nie jest w stanie zaspokoić naszych potrzeb z dzieciństwa, zwłaszcza takich, które nie do końca rozumiemy. Dlatego tak ważne jest, by kobieta wychowana przez narcystyczną matkę odkryła własną tożsamość, swoje autentyczne „ja”.

Gdybym była dobra

Taka praca składa się z kilku etapów i nie jest łatwa. W wielu wypadkach wymaga wsparcia profesjonalisty. Punktem wyjścia jest zwykle akceptacja ograniczeń matki. Nie obędzie się bez spotkania z trudnymi uczuciami: gniewem, żalem, może rozpaczą. Bez opłakania matki, której nie dane było ci mieć, i własnego Wewnętrznego Dziecka, któremu zabrakło miłości. Potem przyjdzie czas na oddzielanie się od matki, uwalnianie spod jej wpływów, w tym od negatywnych monologów, które są jej zinternalizowanym głosem.

Karyl McBride podkreśla potrzebę pracy nad własną tożsamością, odkrywania pasji i zainteresowań, talentów i upodobań. Możesz sięgnąć do wspomnień z dzieciństwa, przypomnieć sobie, co cię najbardziej bawiło, cieszyło, pociągało, zachwycało. Możesz zrobić listę wartości, jakim hołdujesz: wypisać przekonania i preferencje dotyczące polityki i religii, miłości i przyjaźni, filmów, książek, muzyki, mody, biżuterii, samochodów, architektury, ćwiczeń, pór roku i pogody, jedzenia, wakacji, kolorów, kwiatów, kamieni szlachetnych... A może zechcesz zrobić kolaż, wyklejając arkusz papieru zdjęciami kobiet, które symbolizują dla ciebie pozytywną, dojrzałą kobiecość; emanują energią, którą chcesz poczuć, wytyczają ci drogę? McBride proponuje też ćwiczenie „Gdybym była dość dobra...”. Napisz na kartce taki nagłówek i wynotuj rzeczy, które zrobiłabyś (zrobisz?), kiedy uznasz siebie za dość dobrą.

No dobrze, a relacje z matką? Zwłaszcza z taką, która wciąż próbuje manipulować, kontrolować, wpływać, zawłaszczać? Obie terapeutki przyznają, że zmiana tych relacji to ogromne wyzwanie – w niektórych sytuacjach najlepszą decyzją (choć zawsze ostateczną!) jest zerwanie kontaktu. W większości wypadków udaje się jednak wypracować tzw. kulturalne stosunki, sprowadzające się do uprzejmych, niezobowiązujących rozmów. Bez oczekiwań i rozczarowań. Ważne, by pamiętać, że narcyzm matki z czegoś wynika. Nie urodziła się taka. Prawdopodobnie w jej dzieciństwie też zabrakło miłości, empatii, matczynej uwagi. Dała tyle, ile mogła. Doceń to. Znajdź w sobie miejsce na wdzięczność.

Stwórz swoją wewnętrzną matkę

Karyl McBride radzi, by w trakcie pracy nad oddzielaniem się od matki i leczeniem ran z dzieciństwa stworzyć swoją Wewnętrzną Matkę. Taka matka zawsze jest blisko, gotowa dawać opiekę i wsparcie. To sposób, by samemu sobie matkować. Chodzi o łagodny, serdeczny głos wewnętrzny, do którego często nie mamy dostępu. Czas, by go usłyszeć, pozwolić mu rozbrzmiewać w tobie. Jak to zrobić? Znajdź zaciszne miejsce, gdzie nikt nie będzie ci przeszkadzać, i sporządź listę swoich zalet, zaczynając od słowa „jestem”. Niech wskaże je ten życzliwy, wspierający, doceniający głos. Zapisz wszystkie słowa uznania, jakie podpowiada: „jestem silna, inteligentna, mądra, jestem kochająca, empatyczna, wrażliwa, jestem zaradna, energiczna, odpowiedzialna, jestem uczciwa, uczynna, troskliwa, jestem uzdolniona, uduchowiona, jestem piękna wewnętrznie i zewnętrznie, jestem zdrowa...”.

Podczas tej pracy odsuń wszelkie negatywne sygnały: zaprzeczanie swoim zaletom, podważanie ich czy stwierdzanie, że jesteś ich pozbawiona. W głębi serca wiesz, że to nieprawda.