1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kuchnia
  4. >
  5. Starecka śni o hamburgerach. Wyniki konkursu!

Starecka śni o hamburgerach. Wyniki konkursu!

123 rf
123 rf
Przesłaliście mnóstwo zabawnych i niezwykle sentymentalnych opowieści! Jak się okazuje, czasy PRL-u pod wieloma względami były wzruszająco niewinne i piękne.

Przynajmniej Wasze wspomnienia z "Cudownych lat" takie właśnie są. Po długim namyśle i zaciekłych sporach wewnętrznych wybrałam dwa, które ujęły mnie najbardziej:

JOANNA L.: Nie pamiętam, ile mieliśmy z bratem lat. Byliśmy jednak już na tyle duzi, że znaliśmy (nieliczne) amerykańskie filmy. Czego tam nie było! Na tle naszej spłowiałej polskiej rzeczywistości, amerykański serial młodzieżowy był jak sen. A jego symbolem właśnie ten kawałek mięsa w bułce i z frytkami obok. Och, tam wszystkie fajne dzieciaki spotykały się w dinerach na hamburgerze! Pewnie, że chcieliśmy wiedzieć, jak to smakuje. Ale Polska to nie Ameryka, a ursynowskie blokowisko, to nie przedmieście. Nasza mama, jak większość przedsiębiorczych, samotnych matek, stawała na rzęsach, żeby zaspokoić nasze głody - wymyśliła hamburgera. Zwykłą kajzerkę ze spożywczego podsmażała na maśle, jedną połówkę smarowała musztardą, drugą keczupem, na to kładła przekrojonego wzdłuż i podsmażonego wczorajszego kotleta mielonego i dokładała po kilka plasterków pomidora i ogórka kiszonego, listek sałaty, krążki cebuli. Wyglądało obłędnie, smakowało... nie tak jak trzeba. Ale dzieciaki mają nieprzeciętną wyobraźnię. Później przeżyliśmy z bratem fascynację pierwszym w Polsce McDonaldsem. Jednak od ponad piętnastu lat ze względów światopoglądowych tam nie wchodzę. Poszukiwań hamburgera idealnego zaprzestałam, odkryłam inne smaki, odkryłam inne części świata. Poza tym - Polska to nie Ameryka :) Ale wciąż, już jako ponad trzydziestoletnia babka, kiedy mam lenia, nie chce mi się nic, a mam ochotę na "pocieszające jedzenie", czasem smażę sobie na patelni bułkę, mielonego i przekładam, tak, jak robiła to moja mama. Jak by na to nie patrzeć, to jeden z moich smaków dzieciństwa :)

PIOTR B.: Ile wtedy miałem lat? Dziś nie pamiętam. Osiem? Może dziewięć? W każdym razie, trochę jako dziecko chorowałem, więc wyjazd do wesołego miasteczka i zoo w Chorzowie był długo wyczekiwanym, takim pourodzinowym prezentem. Zapakowaliśmy się do auta. Rodzice z przodu, nasza trójka w tyle, i naszym pomarańczowym maluchem dotarliśmy, bez większych przygód, na miejsce. Oczywiście, nie obyło się bez kłótni: "Najpierw do słoni", "A ja chcę na karuzele",  "Dostanę watę cukrową?", "Tato, loda!". To ja miałem czuć się wyjątkowo w ten dzień, więc to do mnie należało ostatnie zdanie.

- A ty, synku, na co masz ochotę na początek? - spytała mama.

- Chcę...

Dobrze wiedziałem, co chciałem. Marzył mi się od dawna. Dokładniej od dnia, gdy kolega się pochwalił, że go jadł. Jadł, a my widzieliśmy, jak się nim zajada.

- Chcę hot-doga! - krzyknąłem.

Budka była. Ogonek ludzi czekających na bułkę z parówką też. W końcu nasza kolej.

- Trzy hot-dogi - poprosiła mama.

- Nie ma parówek. Hamburgery dać?

Jadłem tego hamburgera, ale dziś już smaku nie pamiętam. Łzy kapały mi na bułkę, bo... hot-dog, to było COŚ. Coś, co spróbowałem dopiero kilka miesięcy później, a co wcale mi nie smakowało. Wtedy jednak tego nie mogłem wiedzieć. O hamburgerze w szkole nie wspomniałem. Wszyscy zazdrościli mi karuzeli, które w moim opisie były nieco większe i bardziej kolorowe jak w rzeczywistości :-)

Ze zwycięzcami skontaktujemy się mailowo! A wszystkim pozostałym bardzo dziękuję za udział i życzę powodzenia następnym razem!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wewnętrzne dziecko - jak o nie zadbać, by nie wyprowadziło nas na manowce?

Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Mity dotyczące dzieci są różne. Ale najważniejszy odnosi się do dziecka wewnętrznego. To dzięki zadbaniu o nie mamy mieć szansę na żywą uczuciowość, spontaniczność, kreatywność, czyli na udane życie. Ale dziecko wewnętrzne może nas też wyprowadzić na manowce, a nawet nam zaszkodzić. Kiedy tak się dzieje – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dziecko wewnętrzne pojawia się w teoriach i wypowiedziach wielu psychologów. Jesteśmy zachęcani do tego, by się nim zajmować, stwarzać warunki do wyrażenia siebie.
Wewnętrzne dziecko jest tą częścią ja, czyli naszego psychicznego oprogramowania, która jest z natury spontaniczna, uczuciowa, wrażliwa, twórcza, ufna i kochająca. W swoim postępowaniu – jak to dziecko – kieruje się zasadą: „chcę – nie chcę”, „podoba mi się – nie podoba mi się”. Jest więc świadome swoich chwilowych preferencji. Można powiedzieć, że same plusy. Ale nadmiernie aktywne, niemitygowane niczym, wewnętrzne dziecko w życiu dorosłej osoby może narobić wielkiego zamieszania. Tym bardziej, że niezmiernie rzadko się zdarza, aby wewnętrzne dziecko przetrwało w nas do dorosłości w niewinnym, nieznerwicowanym stanie. Niestety, rodzice, krewni, wychowawcy, duchowni i nauczyciele – prawie na pewno – je spacyfikują i upokorzą albo zarażą wstydem, lękiem i poczuciem winy. Dobrze skalę tego zjawiska ilustruje amerykański dowcip rysunkowy: sala widowiskowa, a na niej tylko dwie poczciwie wyglądające osoby i wielki baner: „Doroczna konwencja dzieci normalnych rodziców”.

To bardzo zabawne, ale i straszne. Uświadomiłeś mi, że właściwie wszyscy, których znam, mieli, powiedzmy, trudnych rodziców!
I w tej sytuacji idea wewnętrznego dziecka nabiera szczególnej wagi. Jej funkcją jest zwracanie powszechnej uwagi na dzieciństwo jako na kluczowy okres w życiu człowieka, w którym określają się, kształtują podstawowe wymiary naszego losu, zręby charakteru i podstawowa strategia przeżycia wśród ludzi. Wszystko to prawda. Lecz wydaje się, że we współczesnej popularnej psychologii i obyczajowości zaczyna obowiązywać wręcz kult wewnętrznego dziecka. A to pociąga za sobą deprecjonowanie, zanikanie naturalnego procesu psychicznego, czyli procesu dojrzewania człowieka.

Kultura każe nam dbać o to, byśmy się nie postarzeli, a z tym kojarzy się nam dorosłość. No więc mamy 50 lat, ale nadal nosimy T-shirty, trampki i wszystko wydajemy na gadżety, ciuchy albo na różne ekscytujące zabawy singli.
Doroślenie nie jest dziś trendy. Konsekwencje tego stanu rzeczy są wielorakie. Jedną z nich jest niezdolność do brania odpowiedzialności za innych – co może się wiązać z coraz bardziej powszechną niechęcią do posiadania prawdziwych, „zewnętrznych” dzieci.

Ale też psychoterapeuci zachęcają, by się zastanowić, czy na pewno chcemy zostać rodzicem, czy to może nasze wewnętrzne dziecko domaga się miłości i troski? No i patrząc na to, co niektórzy wyprawiają ze swoimi dziećmi, łatwo dojść do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby skorzystali z podpowiedzi terapeutów i jednak zajęli się sobą, a nie brali do rodzicielstwa.
Na wstępnym etapie usamodzielniania się i dojrzewania odblokowanie i dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne. Pozwala odzyskać – spacyfikowany przez błędy wychowawcze i edukacyjne – twórczy potencjał, uczuciowość, umiejętność zabawy, spontaniczność, energię i zdolność do empatii. To zaś jest niezbędne dla naszego dalszego harmonijnego dojrzewania i przyszłej, pełnej samorealizacji. Co więcej, dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka pomaga nam zrozumieć potrzeby naszych ewentualnych przyszłych dzieci. Ale warto pamiętać, że skupianie się na wewnętrznym dziecku ma być tylko etapem na drodze do dojrzałości. Dlatego najlepiej, możliwie jak najprędzej, zaczynając od wewnętrznego dziecka, zacząć stawiać sobie wymagania i mądre granice. W przeciwnym razie – podobnie jak to się może wydarzyć w relacji z prawdziwym dzieckiem – wyhodujemy rozkapryszonego tyrana, który rozwali nam życie, powodując nieustanny chaos i zagłuszając coraz to nowe, sprzeczne potrzeby. Wewnętrzne dziecko jako mały tyran pochłania tyle naszego czasu i energii, że z pewnością stanie się konkurencją dla posiadania realnego dziecka.

A więc trzeba okazać miłość, akceptację i czułość sobie, czyli swojemu wewnętrznemu dziecku, ale potem także dowiedzieć się, jak je dobrze wychować?
Jeśli nasze wewnętrzne dziecko zostało bardzo poranione przez bolesne i trudne doświadczenia naszego dzieciństwa, tę naukę najlepiej pobierać w formie psychoterapii. Zaniedbując tę drogę edukacji, odrzucając ją czy lekceważąc, sprawimy, że nasze wewnętrzne dziecko dostanie od nas albo taką samą edukację, jaką my dostaliśmy kiedyś od naszych rodziców i opiekunów, albo dostanie od nas coś, co będzie tego, co my doświadczyliśmy w dzieciństwie, skrajnym przeciwieństwem. A wówczas, starając się je „wychować”, będziemy całkowicie negować rodzicielski model znany nam z domu rodzinnego i nie postawimy mu żadnych granic, żadnych zasad, żadnych wymagań. I tak wylejemy dziecko z kąpielą. Znów nie damy sobie, dziecku wewnętrznemu, tego, czego nam najbardziej brakowało, gdy byliśmy dzieckiem. Jest niemalże regułą, że gdy wewnętrzne dziecko jest ciężko doświadczone, boleśnie poranione i naznaczone odrzuceniem, to dorosła część naszego ja także je odrzuci, będzie nim gardzić, nienawidzić go i niszczyć na różne sposoby. Dlatego też to psychoterapia jest najważniejszą formą właściwej opieki nad dzieckiem wewnętrznym.

 

Mówisz pewnie do tych z nas, którzy wciąż tylko dokręcają sobie śrubę, podnoszą poprzeczkę, wciąż uważają, że za mało osiągnęli, że nie zasłużyli, że jeszcze muszą coś więcej zdobyć.
Tak, to ci, którzy biorą swoje wewnętrzne dziecko w karby, nadmiernie wymagają od siebie, za dużo pracują, są nadodpowiedzialni. Często wpadają w pracoholizm lub wycofują się z życia i uzależniają od różnych toksycznych substancji, ideologii czy przynależności. Ale coraz liczniejszą grupę pośród tych, którzy źle się zajmują i źle się troszczą o swoje wewnętrzne dziecko, stanowią ci, którzy idą na oślep w drugą stronę i chcąc wynagrodzić swojemu wewnętrznemu dziecku trudne dzieciństwo, ból i upokorzenie, brak miłości czy akceptacji, rozpuszczają je i rozkapryszają, nie stawiając żadnych granic i niczego nie wymagając. Wbrew pozorom obie te postawy są równie groźne dla naszego życia i dojrzewania. Brak im umiaru i zrozumienia, na czym tak naprawdę dojrzewanie polega.

Tutaj kłania się znana koncepcja Zygmunta Freuda – w latach 70. ubiegłego wieku zmodyfikowana przez Erica Berne’a – mówiąca o tym, że aby nasze dojrzewanie przebiegało prawidłowo i żebyśmy nadawali się do życia w świecie dorosłych, oprócz wewnętrznego dziecka i wewnętrznego rodzica konieczne jest rozwinięcie trzeciej, najważniejszej, części naszego ja, zwanej wewnętrznym dorosłym.

Czym wewnętrzny dorosły różni się od wewnętrznego rodzica i od dziecka?
Jest to ta część w nas, która potrafi być bezstronnym obserwatorem i narratorem naszego życia i postępowania. Ta część, która jest zdolna do podejmowania autonomicznych i odpowiedzialnych decyzji, a także spełniająca funkcję skutecznego mediatora w wiecznym konflikcie pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem. Wewnętrzny dorosły kieruje się bowiem zasadą: wybieram – decyduję – odpowiadam. Posiada więc zdolność do świadomego kierowania swoim postępowaniem w zgodzie z okolicznościami, a nie z przyzwyczajeniami, nawykami czy przekonaniami. Wewnętrzny dorosły potrafi nawet – gdy trzeba – przekraczać swój własny charakter, być wolnym od swojej ulubionej strategii życiowej. A więc nie zawsze reaguje na zagrożenie ucieczką czy agresją. Jest wolny zarówno od rodzicielskiej zasady powinności i obowiązku, jak i od dziecięcej zasady: chcę – nie chcę. Wewnętrzny dorosły podejmuje własne, niezależne decyzje, tak by osiągnąć najlepszy efekt swoich działań. Dziecko i rodzica traktuje jak – wprawdzie zawsze pokłóconych – ale użytecznych doradców.

Kiedy tak o nim opowiadasz, wewnętrzny dorosły wydaje mi się bardzo potrzebny, zwłaszcza jeśli chcemy w życiu coś osiągnąć i uniknąć niepotrzebnych kłopotów.
Właśnie. Dlatego póki nie wykształcimy w sobie tej części, która nazywa się dorosłym, nie możemy uświadomić sobie, co niedobrego dzieje się w naszym życiu. W dodatku żyjemy w wewnętrznym konflikcie, napięciu i lęku. By zarządzać nadaktywnym lub wycofanym dzieckiem, a także zbyt represyjnym i okrutnym lub bezgranicznie opiekuńczym rodzicem, niezbędny jest choćby zaczątek wewnętrznego dorosłego. Podobnie jest on nam konieczny do tego, byśmy mogli zachowywać się i odczuwać zgodnie z okolicznościami. A wracając do wątku świadomego rodzicielstwa – dopiero wtedy, gdy wewnętrzny dorosły urealni się i znajdzie w dobrym kontakcie z rzeczywistością, dopiero gdy pozna swoje ograniczenia i mocne strony, będzie mógł podjąć w pełni odpowiedzialną decyzję w sprawie rodzicielstwa.

Właśnie! Może wtedy uda się mu tak wychować dzieci, by te nie musiały zbierać się do kupy na psychoterapii.
Większość z nas ma niepozałatwiane sprawy związane z wewnętrznym dzieckiem i jest uwikłana w jego neurotyczne lęki, neurotyczną omnipotencję – czyli wiarę w nieograniczoną, nierealną moc.

Mimo tej niedojrzałości dzieci nam się na szczęście przydarzają, inaczej ludzkość przestałaby istnieć – czasami nawet na mocy jakiejś na poły świadomej decyzji. Wtedy jednak są od razu siłą rzeczy włączone w naszą niedokończoną wewnętrzną rozgrywkę pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem.

Na czym ta rozgrywka między wewnętrznym rodzicem a wewnętrznym dzieckiem polega? Jak wpływa na życie realnych dzieci?
Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest nadopiekuńczy, straszy nas światem lub/i rozpieszcza oraz uzależnia, to siłą rzeczy nasze realne dziecko będziemy traktować w podobny sposób. Tacy też byli nasi rodzice, opiekunowie z dzieciństwa. Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest z naszym wewnętrznym dzieckiem w wyniszczającej relacji, to wtedy jest wysoce prawdopodobne, że nasze realne dziecko zostanie przez nas w jakiś sposób – zazwyczaj nieświadomie – skrzywdzone. W obu sytuacjach dziecko jest przez rodziców obsadzone w dramacie rozgrywającym się w ich wewnętrznym teatrze. W tym sensie prawie wszyscy – wyjątki są bardzo nieliczne – bezwiednie traktujemy dzieci instrumentalnie. Mieć i wychowywać dzieci z nieegoistycznej potrzeby sprowadzenia na ten świat jakiejś potrzebującej tego istoty, dbania tylko o to, by w pełni mogła rozwinąć swój niepowtarzalny potencjał, niezależnie od naszych rodzicielskich ambicji, potrzeb, zranień i wyobrażeń – to ideał niezwykle trudny do zrealizowania. Wymaga bowiem od rodziców całkowitego przekroczenia ich egocentryzmu.

  1. Moda i uroda

Wygraj zestaw kosmetyków Ziaja jagody acai (konkurs zakończony)

Zobacz galerię 11 Zdjęć
Jak dbać o skórę, aby była zdrowa, wypoczęta i pełna blasku? Ziaja proponuje serię kosmetyków z wysoką zawartością kompleksu naturalnych substancji aktywnych.

Życie w „miejskiej dżungli” zdecydowanie nie jest sprzymierzeńcem prawidłowej pielęgnacji. Zanieczyszczone powietrze, kurz i klimatyzacja mogą niekorzystnie wpłynąć na stan naszej skóry. Profilaktyce zmarszczek nie sprzyja także rozwój technologii, bez których dziś nie wyobrażamy sobie codziennego życia. Tech neck, czyli technologiczna szyja to zmarszczki na szyi powstałe w wyniku ciągłego pochylania głowy podczas korzystania m.in. z telefonów komórkowych.

Dla skóry zmęczonej, pozbawionej blasku i wrażliwej Ziaja proponuje serię kosmetyków z wysoką zawartością kompleksu naturalnych substancji aktywnych. Najważniejsze z nich to jagody acai - bogate źródło polifenoli, antocyjanów, resweratrolu, witamin, tanin, które neutralizują wolne rodniki i chronią skórę przed uszkodzeniami oksydacyjnymi. W rozumieniu pielęgnacji skóry, przeciwdziałanie procesom oksydacyjnym zapewnia skórze profilaktykę powstawania zmarszczek, ujędrnianie, wzmocnienie skóry, łagodzenie podrażnień, a także promienny i zdrowy wygląd.

Seria Ziaja jagody acai zawiera 8 produktów:

Ekspresowe serum do twarzy i szyi wygładzająco-ujędrniające to kremo-żel o natychmiastowym wchłanianiu i satynowej aplikacji. Nawilża i uelastycznia skórę, a także łagodzi zaczerwienienia oraz ujednolica koloryt. Ekspresowe serum do twarzy i szyi wygładzająco-ujędrniające to kremo-żel o natychmiastowym wchłanianiu i satynowej aplikacji. Nawilża i uelastycznia skórę, a także łagodzi zaczerwienienia oraz ujednolica koloryt.

Krem na dzień ochronno-łagodzący SPF 10 ochrona niska to emulsja nawilżająca z ochroną UV, która dba o nawilżenie, elastyczność i gładkość skóry. Chroni przed czynnikami zewnętrznymi oraz przynosi ulgę zaczerwienionej skórze. Krem na dzień ochronno-łagodzący SPF 10 ochrona niska to emulsja nawilżająca z ochroną UV, która dba o nawilżenie, elastyczność i gładkość skóry. Chroni przed czynnikami zewnętrznymi oraz przynosi ulgę zaczerwienionej skórze.

Krem na twarz i szyję odżywczo-regenerujący redukujący suchość skóry to emulsja nawilżająca na dzień i/lub na noc. Redukuje szorstkość i suchość naskórka oraz uelastycznia skórę. Łagodzi podrażnienia, regeneruje lipo-strukturę naskórka. Zmniejsza i wygładza zmarszczki. Krem na twarz i szyję odżywczo-regenerujący redukujący suchość skóry to emulsja nawilżająca na dzień i/lub na noc. Redukuje szorstkość i suchość naskórka oraz uelastycznia skórę. Łagodzi podrażnienia, regeneruje lipo-strukturę naskórka. Zmniejsza i wygładza zmarszczki.

Tonik z kwasem hialuronowym zawiera naturalne substancje aktywne: jagody acai, glukonian wapnia, witaminę C i prowitaminę B5. Delikatnie nawilża pozostawiając przyjemny zapach. Przygotowuje skórę do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Tonik z kwasem hialuronowym zawiera naturalne substancje aktywne: jagody acai, glukonian wapnia, witaminę C i prowitaminę B5. Delikatnie nawilża pozostawiając przyjemny zapach. Przygotowuje skórę do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych.

Oczyszczający żel micelarny z peelingiem zawiera naturalne substancje peelingujące oraz ściągająco-normalizujący Zinc Coceth Sulfate. Wyjątkowy zapach i łagodne działanie zapewniają uczucie czystej skóry. Oczyszczający żel micelarny z peelingiem zawiera naturalne substancje peelingujące oraz ściągająco-normalizujący Zinc Coceth Sulfate. Wyjątkowy zapach i łagodne działanie zapewniają uczucie czystej skóry.

Maseczka na twarz i szyję na noc aktywnie wygładzająca, łagodząca podrażnienia to emulsja intensywnie nawilżająca do wieczornej pielęgnacji. Ujędrnia i zmiękcza skórę, a także koi podrażnienia. Maseczka na twarz i szyję na noc aktywnie wygładzająca, łagodząca podrażnienia to emulsja intensywnie nawilżająca do wieczornej pielęgnacji. Ujędrnia i zmiękcza skórę, a także koi podrażnienia.

Żel z balsamem pod prysznic i do kąpieli zawiera naturalne substancje aktywne: jagody acai oraz beta-glukan. Ma konsystencję pielęgnacyjnego balsamu, jest gęsty, wydajny, dobrze się pieni i spłukuje. Wyjątkowy zapach i łagodne działanie zapewniają uczucie czystej skóry. Żel z balsamem pod prysznic i do kąpieli zawiera naturalne substancje aktywne: jagody acai oraz beta-glukan. Ma konsystencję pielęgnacyjnego balsamu, jest gęsty, wydajny, dobrze się pieni i spłukuje. Wyjątkowy zapach i łagodne działanie zapewniają uczucie czystej skóry.

Satynowy mus do ciała skutecznie nawilżający to lekki, odżywczy produkt do ciała, który skutecznie pielęgnuje skórę. Wygładza, zmiękcza i odczuwalnie redukuje szorstkość naskórka. Satynowy mus do ciała skutecznie nawilżający to lekki, odżywczy produkt do ciała, który skutecznie pielęgnuje skórę. Wygładza, zmiękcza i odczuwalnie redukuje szorstkość naskórka.

Weź udział w konkursie i wygraj zestaw kosmetyków Ziaja jagody acai

Co trzeba zrobić?

1. Wyślij odpowiedź na pytanie „Jak dbasz o swoją skórę jesienią?” na adres mailowy konkurs@zwierciadlo.pl, w treści maila wpisując nazwę konkursu „Ziaja jagody acai”. 2. Na odpowiedzi (maksymalnie w pięciu zdaniach) czekamy w terminie od 10 do 20 listopada 2020 roku. 3. Biorąc udział w konkursie, akceptujesz regulamin konkursu. 4. Zestawy kosmetyków Ziaja jagody acai trafią do autorów najciekawszych odpowiedzi.

Konkurs zakończony!

Lista laureatów konkursu "Ziaja jagody acai"

asia_55 agatha1979 anna.diamenty michalina.reimus26 walczakowa3 pat.woz cytcytcyt63 martabandzul marta-oleszczuk1 janinka.r janczakowieaa czarnula.s eslomka-90 slomianab edmar88

  1. Styl Życia

Sylwia Chutnik - kamikadze

Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Jej dzieciństwo to najpierw brokat i cekiny, a potem marzenie o irokezie i rebelia. Plus zawsze dla niej ważne książki. nie mówiąc już o tym, że Sylwia Chutnik jako niemowlę ledwo uszła z życiem, a jej krewka babcia gotowa była się za nią bić.

Tego nie mogę pamiętać, bo miałam tylko trzy miesiące. Mieszkaliśmy wtedy na warszawskiej Woli, razem z dziadkami od strony mojego taty. Blisko był szpital. To ważne, bo nieśli mnie tam na rękach bardzo chorą. Spędziłam w szpitalu pół roku. Trafiłam na oddział z odmą czy może pierwotnie z jakimś zapaleniem płuc, a po drodze zakażono mnie gronkowcem i sepsą. W każdym razie miałam umrzeć, mama do tej pory ma w swoich dokumentach karteczkę: dowód na to, że odprawiono za mnie mszę. W końcu wróciłam do żywych, ale zostało mi kilka pamiątek. Na przykład ślad, chyba po wkłuciach igły, na udzie. Charakterystyczne szlaki żył. Uważałam, że tworzą mapę, i bawiłam się, że to mapa skarbów. Dla mojej rodziny to doświadczenie musiało być traumatyczne, w domu jeszcze długo w ogóle się o tym nie mówiło. Chyba dopiero jak byłam nastolatką, trafiały do mnie takie opowieści jak ta, że moja mama, kiedy lekarz powiedział, żeby się ze mną pożegnała, bo na odratowanie mnie raczej nie ma szans, zemdlała na schodach szpitala. Albo że już jakiś czas później mój tata – perkusista – grał na ślubie Grażyny Torbickiej i w trakcie wesela odkrył, że na sali jest lekarz, który uratował mi życie. Oczywiście się we dwóch ubzdryngolili, tata dziękował, rzucał mu się na szyję. O, jeszcze jest historia o babci, jak wparowała do szpitala na salę, gdzie ja ledwo ciepła osuwałam się w niebyt, a jedna z pielęgniarek akurat piłowała paznokcie. Babcia, krewka dziewczyna wychowana na Ochocie, rzuciła się na nią z pięściami.

Nasz dom

Teraz, jako dorosła osoba, rozumiem, jak działa wzorzec. Dziewczynka socjalizowana do bycia miłą i sympatyczną obserwuje kobiety z najbliższego otoczenia. I widzi, że potrafią walnąć pięścią w stół, mogą zadecydować, mówią wprost, czego chcą, a czego nie. Moja mama też w niestandardowy sposób jest twarda, ale babcie to w ogóle niezłe wymiataczki. Ta druga krótko po wojnie razem z dziadkiem miała epizod squatowania. Ich dzieci były już na świecie, także młodszy brat mojej mamy, całkiem wtedy mały. Wiadomo, w zrujnowanej Warszawie zajmowało się, co tylko było można, ale przyszła milicja i chciała całą ich rodzinę wyrzucić z pustostanu. Babcia najpierw ukryła mojego dziadka pod pierzyną, a potem, jako że właśnie gotowała w wielkim garze pieluchy, chwyciła gar z wrzątkiem. Zagroziła milicjantom, że jak tylko przekroczą próg, obleje ich, siebie i dzieci. W skrócie: won stąd! Nie musiałam nawet słuchać tych opowieści z przeszłości. Widziałam, jak babcie funkcjonują na co dzień, że dziadkowie może robią dużo hałasu, ale wiadomo, kto rządzi. A jakiś czas po tamtej historii z pustostanem babcia z dziadkiem dostali mieszkanie w nowo wybudowanym domu, w ścisłym centrum Warszawy. Do tej pory tam mieszkają.

Skok na główkę

Wszystko to znam w formie anegdot, nigdy nie było na ten temat jakiejś poważniejszej rozmowy. To taka cecha mojej rodziny. Mówić o złych rzeczach? A po co to, na co? Ta wesołkowatość mnie zresztą wiele razy ratowała i ratuje do tej pory. Przede wszystkim poczucie humoru na własny temat. Autoironia pomagała mi uciekać z opresji i depresji. Od ciężkiego doła, że ja naprawdę odstaję, i to na wielu frontach, że nijak się nie dopasuję. I nie chcę się dopasować. Często słyszę, szczególnie teraz, po tym, jak zrobiłam coming out, że jestem odważna. Nie, nie jestem i nigdy nie byłam. W wieku ośmiu, może już nawet dziewięciu lat nie mogłam się pogodzić z tym, że tata odkręcił mi w sankach oparcie. Umierałam ze strachu, darłam się i cały czas zapierałam nogami przy zjeżdżaniu. To samo na huśtawce – robiłam wszystko, byle tylko nie rozhuśtać się na tyle, żeby całkowicie stracić kontakt z podłożem. To mi zostało, nadal jestem control freakiem, muszę mieć nad wszystkim kontrolę. Ale jest też we mnie coś takiego, że kiedy staje przede mną wyzwanie, kiedy tak bardzo jestem zestrachana, że nie podołam, to po prostu zamykam oczy i skaczę na główkę. Ta – nie wiem – skłonność, cecha bardzo się przydaje, kiedy jest się introwertyczką, a jednocześnie ma się silne poczucie bycia innym. Dlatego kiedy już trochę później, pod koniec podstawówki i w liceum, zaczęły się niewybredne komentarze i żarciochy na temat moich kolorowych włosów, ciuchów, kolczyków, kiedy zdarzało się, że na mnie zwyczajnie, po prostu pluli, to może i chciało mi się, jak małej dziewczynce, płakać, ale zamiast tego zapierałam się i kolejnego dnia wychodziłam znowu w tych ciuchach, kolczykach, z tymi włosami. Robiłam rzeczy, które chciałam robić. I to naprawdę nie jest kwestia odwagi. Może bardziej jakiś rodzaj bezczelności? Rozumianej nie jako arogancja wobec ludzi, ale upór, stupor. Nie oglądasz się za siebie, idziesz dalej. Kamikadze.

A rodzice wiedzą?

Po Woli były Bielany, ale do szkoły podstawowej dojeżdżałam na Żoliborz. Do kościoła też. Kościół Świętego Stanisława Kostki na tyłach placu Wilsona był super. Realizowałam się tam jako mała aktywistka. Byłam z życiem kościelnym mocno związana. Czasy Solidarności – kościół był miejscem, gdzie się dużo działo. Nie mówiąc o nieograniczonych ilościach zagranicznych słodyczy. Jako dzieci z represjonowanego kraju dostawaliśmy z Zachodu paczki, których zawartość rozdawano w salce katechetycznej. Była tam siostra zakonna, bardzo aktywna, zawsze z gitarą, organizowała jasełka i różne inne występy, w kółko były jakieś próby i mama mnie na nie odprowadzała. Już wtedy miałam ciągoty do intelektualnego życia wyższych sfer, a kościół tak mi się kojarzył. Czuło się, że walczymy, że to jest ważne, choć wtedy nie wiedziałam za bardzo, w związku z czym. Poza tym ta forma! Na bogato, wszędzie kwiaty. Robiło to na mnie wrażenie, moja przyjaciółka ze szkoły miała nianię i mieszkała w willi na Żoliborzu. To ciekawe, bo przecież mimo różnic klasowych chodziłyśmy do jednej klasy. Tymczasem ja po szkole wracałam do kawalerki przedzielonej szafą. Na religię chodziłam, dopóki była w kościele. A w momencie, kiedy została wprowadzona do szkół – moja piąta klasa podstawówki – przestałam. Uważałam, że religia i wiara to są nasze osobiste sprawy i że nie można robić kolejnej lekcji z tak ważnej rzeczy. A poza tym, co mają robić ci, którzy nie wierzą? To, że nie mieli wyboru, wydawało mi się bardzo niesprawiedliwe. Przez cały pierwszy rok, kiedy wprowadzili religię, byłam jedyna w szkole, która w czasie tych lekcji siedziała na korytarzu, w bibliotece albo w świetlicy, jak była otwarta. I przez cały rok, za każdym razem, któryś z nauczycieli podchodził i pytał, dlaczego tu siedzę. A ja za każdym razem odpowiadałam: bo nie chodzę na religię. „Dlaczego?”. Bo nie chcę chodzić. „A rodzice wiedzą o tym?”. Tak, wiedzą. To, że w tym wieku musiałam to mówić, tak jasno sformułować, było dla kształtowania moich poglądów totalnie ważne. Co na to moja rodzina? Oni, wierzący niepraktykujący, uważali, że to pierwsze oznaki buntu. Trochę wczesne, ale przeczekamy. Tak samo było z moim niejedzeniem mięsa. Myśleli, że mi w końcu kiedyś przejdzie.

Córka dansingu

Mój tata jako muzyk jeździł na tak zwane kontrakty. Dwu-, trzymiesięczne wyjazdy, grał gdzieś na statku między Finlandią a Polską. Albo jechał do Abu Zabi w ramach kontraktu z Pagartem. Przed rokiem 1989 to była jedyna agencja artystyczna, przez którą można było wyjechać oficjalnie, dostać paszport, pobierali oczywiście kosmiczne prowizje. Tata grał razem z moim wujkiem gitarzystą i przed wyjazdami często spotykali się w mieszkaniu mojej prababci, gdzie mieli bazę i trzymali wszystkie rzeczy. Tam się przygotowywali, czasem mieli jakieś próby. Moje wspomnienia z tamtego czasu są takie, że zajmują się mną te wszystkie ciocie, czyli dziewczyny, bo w ich zespole zawsze były dwie wokalistki, najlepiej blondyna i brunetka. I że mnie przebierają. Już wtedy wiedziałam, że chcę zostać artystką, cokolwiek to znaczy. Akurat wtedy chciałam chodzić odpierdzielona jak one, codziennie od rana do wieczora, mieć szalone życie. Na te wyjazdy jechały całe skrzynie ciuchów scenicznych. Brokat, cekiny, błysk, kicz, kicz, kicz, dansing. Coś, co razem z „Akademią pana Kleksa” ugruntowało mój gust. Dwa razy byłyśmy z mamą w trasie razem z nimi za granicą. Raz w Turku w Finlandii, raz w Berlinie Zachodnim. Szał. Większość zdjęć z tamtego wyjazdu to jestem ja wśród zabawek, nienaturalnie pobudzona. Samo to, że one tam były, to już było dla mnie wiele. Że są nieosiągalne, było w jakiś sposób oczywiste i nie wiązało się ze szczególnym żalem. Fajnie się było napatrzeć. Jak się dostawało z zagranicy katalog wysyłkowy, to te katalogi się pożyczało, kursowały po rodzinie, znajomych, sama oglądałam je z 50 razy dziennie, coś wycinałam i wklejałam do zeszytu. Pamiętam też ten zapach. Zapach luksusu. W zeszłym roku pojechałyśmy z moją mamą do Berlina i chodziłyśmy śladami tamtego wyjazdu, nas z roku 1986. Zrobiłyśmy sobie superzdjęcia, w tych samych miejscach, w których byłyśmy wtedy, mój syn był fotografem. Weszłyśmy między innymi do wielkiego centrum handlowego. Chodziłyśmy po nim teraz bez wielkiego wow. Ale ten zapach!

Klucz w zamku

Mama długo pracowała w gastronomii, w knajpie, na zmiany. Pachniała fryturą i papierosami. Cudzymi, bo sama nie paliła. Kiedy wracała z pracy po wieczornej zmianie, to ja, siedząc w mieszkaniu, z korytarza na klatce schodowej najpierw czułam moją mamę, a dopiero potem słyszałam dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Przychodziła, zdejmowała wszystko i od razu szła do łazienki, żeby tylko to z siebie zmyć.

Do zobaczenia

Kiedy miałam 11 lat, tata odprowadził mnie na przystanek tramwajowy, jechałam do szkoły. Pożegnaliśmy się, wiedziałam, że wyjeżdża na kolejny kontrakt. Kolejne dwa, trzy miesiące grania w Stanach. Następnym razem zobaczyliśmy się siedem czy osiem lat później, kiedy mógł już do Polski przyjechać. Tata został tam, zamieszkał niedaleko Nowego Jorku. Mieliśmy w tym czasie kontakt, ale telefoniczny i listowny. Kiedy wspominam swoje dzieciństwo, mam wewnętrzną cezurę. Na własny użytek używam sformułowania: „Jak jeszcze tata był z nami”, więc myślę, że to ważny punkt w ogóle w moim życiu, nie tylko w dzieciństwie. Właściwie non stop mam poczucie tymczasowości w kontaktach z ludźmi. Takie poczucie, że jest ktoś, i fajnie, ale ten ktoś w każdej chwili może zniknąć.

Wychowanie seksualne

Zostałam uświadomiona przez moją mamę. Subtelnie. Pamiętam, że posłużyła się broszurą zakupioną w kiosku Ruchu. Tytuł „Mamo i tato, opowiedzcie mi, skąd się wziąłem”. Niebieska okładka, dość niewielka pozycja, z ilustracjami. Wydanie kryzysowe, czas nie za dobry dla polskich książek. Już wtedy – a byłam może w czwartej klasie podstawówki i moja wyniesiona z podwórka wiedza na temat seksualności człowieka była naprawdę mikro – kuriozalny wydawał mi się obrazek przedstawiający, uwaga, ubrane postaci. Parę, która jest w uścisku, plus podpis: „Dzieci są, kiedy mama i tata się przytulają”. Nie pamiętam, żebym była przerażona dojrzewaniem. W ogóle ciało było dla mnie w jakiś sposób drugorzędne, to nie był dla mnie wielki temat. Chyba że w kontekście kreacji, przerabiania go na własną modłę. Miałam 16 lat, kiedy w Baszcie na moście Poniatowskiego, w pomieszczeniu nad knajpą dla harleyowców, zrobiono mi, osobie niepełnoletniej, pierwszy tatuaż. Sporo też dowiadywałam się o cielesności z książek, mam wrażenie, że to one mnie na różne doświadczenia przygotowały. „Czy już wtedy coś wiedziałaś, przeczuwałaś?”, „Kiedy się zorientowałaś?”. Tak, teraz często słyszę tego typu pytania. Przede wszystkim były inne czasy, nie mieliśmy nawet języka, słownictwa, sposobów na określanie siebie. Co mnie, nawiasem mówiąc, z wiekiem coraz mniej interesuje. Kocham tę albo tę osobę. Mój coming out był ważny ze względu na okoliczności, czułam, że ważne jest powiedzieć to, wyraźnie, właśnie teraz. Ale wtedy? Jesteś młoda, masz pierwsze doświadczenia, eksperymentujesz. Byłam inna, akceptowałam to, także w kwestiach seksualności. Po prostu zawsze podobali mi się i faceci, i dziewczyny. Oglądałam się za dziewczynami i mówiłam koleżankom, że są piękne i fajne.

Heca

Bardzo wcześnie przeczytałam „Bunt długich spódnic”, biografię Emmeline Pankhurst, założycielki i przywódczyni ruchu sufrażystek w Wielkiej Brytanii. Mocna rzecz, o rebelii, naparzaniu się z policją. Pamiętam wstrząsające sceny przymusowego karmienia Pankhurst w trakcie strajku głodowego w więzieniu. „Bunt…” leżał na działce moich dziadków, nie mam pojęcia, co tam robił, chyba los mi go zesłał. Ale jeszcze wcześniej czytałam, i to nie raz, „Dziewczynę i chłopaka, czyli hecę na 14 fajerek” Hanny Ożogowskiej. Bliźniaki, dziewczyna i chłopak, zamieniają się rolami i siostra jedzie za brata na wakacje w jedno miejsce, a on za nią w drugie. Był też serial, ale powieść lepiej pokazywała dziewczynkę, która musi zadbać, żeby wszystko było w rodzinie w porządku. Siostra godzi się przecież jechać i udawać chłopca, żeby ratować tyłek tego nieogara, swojego brata. Irytowało mnie to na bardzo podstawowym poziomie, „ej, czemu jego traktują inaczej?!”. Ten jego całkowity brak sprawczości. Aż mnie korci, żeby zajrzeć do tej książki teraz i zinterpretować ją genderowo.

Klub ludzi artystycznie niewyżytych

Miałam 12, 13 lat i mama nie pozwalała mi jeszcze wychodzić wieczorami. W sąsiedztwie mieszkał chłopak. Starszy ode mnie, punk z irokezem. Obserwowałam go z oddali, z okna, i na tle tych wszystkich ludzi widziałam tylko jego, bo się wyróżniał. Totalnie mi to imponowało. On mi się niekoniecznie podobał jako mężczyzna, ale był ucieleśnieniem pewnej idei. Chciałam być taka jak on. Latem jechałam na kolonie i wróciłam z nich już z nową fryzurą. Tak się złożyło, że reakcja mojej mamy na tę fryzurę została uwieczniona. Wujek pożyczył kamerę VHS i poszedł z moją mamą mnie odebrać, bo ja z tych kolonii wracałam autokarem. Na nagraniu widać, jak autokar wjeżdża, dzieciaki wysiadają i słychać głos mamy: „O, jest Sylwia, jest!”. Ja w tym samym momencie się odwracam i słychać takie „ooooo!”, tylko już trzy tonacje niżej. Czytaj: „O mój Boże!”. Od tych włosów poszło szybko. Porwane swetry, przestałam jeść mięso, no i trafiłam do Klubu. W gazecie „Filipinka”, którą czytałam, swoją rubrykę „Cześć, poeci i poetki” miała Danuta Wawiłow [1942–1999, poetka, prozaiczka, tłumaczka, autorka literatury dla dzieci, w tym słynnego wiersza „Daktyle” – przyp. red.]. Młodzi ludzie wysyłali jej swoje utwory, a ona je publikowała i komentowała. Wyczytałam, że raz w tygodniu spotyka się założony przez Wawiłow Klub Ludzi Artystycznie Niewyżytych. Ja, będąc wtedy jeszcze w podstawówce, powinnam iść z osobą starszą, ale poszłam sama. Taki moment w życiu, że wiesz już, kim chcesz być, potrzebujesz tylko wsparcia, potwierdzenia tej twojej intuicji, że dobrze kombinujesz. W Klubie znalazłam osoby myślące tak jak ja. Jedni z nas interesowali się filmem, inni fotografią, były punki, byli hip-hopowcy. Ważne było to, czego ci ludzie słuchali, co czytali, czym się interesowali, jak wyglądali. Dorwałam się do tego źródła wiedzy, pamiętajmy, że nie mieliśmy jeszcze Internetu. Czytaliśmy, tłumaczyliśmy poezję, przynosiliśmy swoje wiersze, omawialiśmy je. Ale to był pretekst, chodziło o to, żeby być razem. Trochę jak w kawiarniach literackich, już samo to, że nawzajem się inspirujemy, było ważne. Pisałam wiersze na maszynie do pisania, którą wtedy miałam, ozdabiałam kolażami lub swoimi rysunkami i robiłam z nich książeczki, które potem, jak ziny, odbijałam na ksero i rozdawałam. Nadal mam mnóstwo takich tomików, także tych pisanych przez innych. Zostało mi trochę przyjaźni. Klub to była szkoła życia, polana artystycznym kontrkulturowym sosem.

Gdyby

Liceum księgarskie wybrałam świadomie. Opcja licealna, ale z możliwością zrobienia dyplomu zawodowego: technik księgarstwa. Idealne miejsce – uwielbiałam książki – i dość niedaleko mojego domu. Klasa żeńska, w większości hipisiary, tylko my z koleżanką byłyśmy punkówami, grupa niezłych freaków. W drugiej klasie oblałam matmę. Jak dziewięć innych osób z klasy. Miałam rok do tyłu. Poznałam superfajne osoby, ale moje doświadczenie z edukacją w liceum oceniam raczej negatywnie. Gdybym tak zebrała to, co mówili do mnie nauczyciele i nauczycielki... Gdybym tylko miała cieńszą skórę… No cóż, to były intensywne lata, nie miałam czasu na naukę. Ale w ostatniej klasie się ogarnęłam. Wiedziałam już, że chcę iść na kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie bardzo ważne były punkty i wyniki na świadectwie maturalnym. Zorientowałam się, że wreszcie mam cel, wiem, po co mam się uczyć, i zupełnie inaczej zaczęłam podchodzić do tego, co mi proponowało szkolnictwo. No i miałam praktyki księgarskie. Potem pracowałam w Stanach w księgarni, już w czasie studiów w ramach wakacyjnej pracy. I nadal, kiedy wchodzę do jakiegokolwiek sklepu z książkami, mam odruch porządkowania. Kiedy coś jest źle rozplanowane, jestem okropna, mądrzę się potwornie. Potrafię nawet fukać jak Magda Gessler w „Kuchennych rewolucjach”. I tak sobie myślę, że gdyby to wszystko szlag trafił, gdyby była na rynku zapaść, gdybym straciła źródła dochodów – to w porządku, otworzę swoją księgarnię. Albo zatrudnię się w jednej z tych, które lubię.

Sylwia Chutnik, rocznik 1979. Pisarka, działaczka społeczna (założycielka Fundacji MaMa), feministka, publicystka, promotorka czytania. Była trzykrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike, za książki: „Kieszonkowy atlas kobiet”, „Cwaniary” i „W krainie czarów”. W lipcu tego roku oficjalnie dokonała coming outu jako osoba nieheteronormatywna.

  1. Psychologia

Ratujmy chłopców! Różnią się od dziewczynek na każdym etapie rozwoju, wymagają odpowiedniej troski

Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. (Fot. Getty Images)
Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. (Fot. Getty Images)
Syn ma być grzeczny i miły jak dziewczynka. A chłopcy nie będą jak dziewczynki, choć przez lata utrzymywano, że są tacy sami. Najwyższa pora, żeby ich zrozumieć i im pomóc. Bo w ten sposób pomagamy także ich przyszłym żonom, dzieciom i – nie bójmy się patosu - światu, który będą tworzyć

Obrazek z pierwszego lepszego przedszkola: Dziewczynki bawią się razem, słuchają poleceń pani, chłopcy natomiast krzyczą, biegają, biją się, dokuczają koleżankom. W szkole podstawowej podobnie - chłopcy rozrabiają, trudno im wysiedzieć na lekcji, gorzej czytają, niestarannie piszą, porozumiewają się jednowyrazowymi „co, no, nie”. W szkole średniej mniej niż ich koleżanki są zaangażowani w dyskusje, życie szkolne, poza oczywiście sportem. Udają, że na niczym im nie zależy, że bycie błaznem jest cool. Nie mają pojęcia, co zrobić, żeby polubiły ich dziewczyny. Jedni stają się nieśmiali, wycofani, inni – agresywni, niekulturalni, a nawet wulgarni. Statystyki pokazują, że nastoletni chłopcy są trzykrotnie bardziej narażeni na śmierć w wyniku wypadków, bójek i samobójstw niż ich rówieśniczki.

Wgrać męskie oprogramowanie

To oczywiście obrazki mocno upraszczające. Bywają bowiem mali chłopcy grzecznie bawiący się w przedszkolu, bywają zdyscyplinowani, świetnie się wysławiający, zaangażowani w życie szkoły i dobrze radzący sobie w kontaktach z dziewczynami nastolatkowie. O zdecydowanej większości dzieciach płci męskiej mówi się jednak, że sprawiają różne kłopoty: wychowawcze, z nauką, z dyscypliną, z bezpieczeństwem.

Sama mam dwóch synów i doskonale pamiętam ten strach na wywiadówkach w szkole starszego syna (młodszy chodził do bardzo dobrej, niepublicznej), co też tym razem usłyszę od nauczycieli. Siadałam w ostatniej ławce, razem z innymi rodzicami chłopców. Rodzice córek siadali w pierwszych rzędach. Scenariusz tych zebrań zawsze był podobny – zaczynało się od wyliczania przewin chłopców i wzywania na rozmowy ich rodziców. Główny zarzut? Że chłopcy nie zachowują się jak dziewczynki. I w sumie nic dziwnego, bo przez wiele lat wmawiano nam, że chłopcy i dziewczynki niczym, poza płcią, się nie różnią. Stąd egzekwowanie od wszystkich dzieci takiego samego zachowania. Ale gdy chłopiec, nie daj boże, zapłakał, przyznał, że się boi albo wstydzi, to dopiero były kpiny i śmiechy. Żądania wobec chłopców były więc sprzeczne - mieli zachowywać się jak dziewczynki, a jednocześnie nie wolno było im ujawniać „dziewczyńskich” emocji.   

Nowe badania naukowe pokazują to, co zresztą od lat zauważało wielu rodziców, że chłopcy są inni, i to na każdym etapie rozwoju. Nie gorsi, ani lepsi, tylko inni. Różnice widać już w pierwszym etapie – od narodzin do szóstego roku życia. Niemowlęta płci męskiej (w większości) słabiej reagują na twarze, mają mniej rozwinięty zmysł dotyku, później raczkują. Kiedy zaczynają chodzić (też na ogół później niż dziewczynki) są bardziej ruchliwi, chętniej biorą do rąk nowe przedmioty, budują z klocków wysokie wieże (dziewczynki na ogół niższe). W wieku przedszkolnym trudniej niż ich rówieśniczki nawiązują nowe kontakty, mają słabszą motorykę.

A jak traktują ich rodzice? Z badań wynika, że o wiele rzadziej przytulają, częściej natomiast ich karcą. Te same badania pokazują, że mali chłopcy są bardziej niż dziewczynki podatni na lęki związane z rozstaniem z rodzicami, czują się wtedy porzuceni, zamykają się w sobie. Psychologowie badający naturę chłopców apelują, aby – jeśli to możliwe – nie posyłać ich do żłobków przed ukończeniem trzeciego roku życia. Może to bowiem źle wpłynąć na ich rozwój: rodzić nerwowość, agresję lub emocjonalne wycofanie.

Następny etap – od szóstego do trzynastego roku życia – zaczyna się od radykalnej wolty syna. O ile wcześniej matka była tą najważniejszą osobą w jego życiu, o tyle teraz syn chce przebywać z tatą (ojczymem, dziadkiem, wujkiem), naśladować go, uczyć się od niego. Tak jakby chciał „wgrać” sobie męskie oprogramowanie. Dziewczynki na tym etapie aż takiej zmiany nie dokonują. Jeśli tata nie interesuje się synem, chłopiec zrobi wszystko, żeby zwrócić na siebie jego uwagę – może stać się agresywny, a nawet moczyć się i chorować.

Uwaga: testosteron!

W niektórych kulturach (plemię Lakota) wzmacnia się kontakt synów z ojcami separując ich na jakiś czas od matki, w innych wysyła chłopców do szkół z internatem. A wszystko po to, aby „zmężnieli”. Według wielu psychologów takie postępowanie nie jest mądre. Chłopcy powinni wiedzieć, że mogą liczyć na oboje rodziców. Optymalna sytuacja to być nadal blisko mamy i mieć do tego bliskość taty. Niektórzy ojcowie zarzucają matkom kurczowe trzymanie synów przy sobie. Psychologowie ripostują: zamiast cierpkich słów pod adresem matek, powinniście bardziej się zaangażować. Bo powodem chowania się syna pod skrzydła mamy może być to, że go nadmiernie krytykujecie i stawiacie mu zbyt duże wymagania.

Etap od czternastu lat do dorosłości to prawdziwa jazda bez trzymanki. Zarówno dla dziewcząt, jak i chłopców. Zasadnicza różnica polega na rodzaju hormonów, które rządzą młodymi ludźmi: dziewczynkami władają estrogeny, a chłopcami testosteron (choć obie płcie są wyposażone w obydwa hormony, tylko w innych proporcjach). Bywa, że niektóre dziewczynki przejawiają więcej  „testosteronowych” zachowań (i te są przebojowymi przywódczyniami), a część chłopców – więcej „estrogenowych” (ci sprawdzają się w budowaniu relacji, mediacjach). Ale ogólny schemat sprawdza się w przypadku większości młodych ludzi. To etap gwałtownych zmian, za które odpowiedzialny jest właśnie testosteron. U czternastolatka wzrasta prawie o 800 procent! Testosteron powoduje szybki wzrost, przyrost tkanki mięśniowej, a ograniczenie tłuszczowej, rozwój jednej części mózgu, a spowolnienie innej,  hałaśliwe zachowanie, brawurowość, skłonność do ryzyka.

Chłopcy po 14. roku życia hormonalnie i fizycznie są gotowi do dorosłego życia, natomiast psychicznie – wcale. W dodatku rodzice i nauczyciele traktują ich nadal jak dzieci. A im potrzebne są nowe bodźce, coś, co ich zafascynuje, nakłoni do twórczego życia, pozwoli się sprawdzić. Większość problemów, które zdarzają się młodym ludziom (ryzykanctwo, nałogi, przestępstwa) bierze się stąd, że młodych ludzi, dopingowanych testosteronem, rozsadza energia, a my dorośli nie robimy nic, aby skierować ją na bezpieczne tory.

Chłopcy lubią porządek i jasne reguły

Co zatem możemy zrobić jako rodzice nastolatka? Po pierwsze – stworzyć wokół syna coś w rodzaju  społecznej sieci bezpieczeństwa. Bo młody chłopiec nie jest gotowy, aby tak po prostu, bez przewodnika, wejść w życie. My rodzice mamy małe szanse pełnić taką rolę, bo to czas kontestowania przez syna naszego autorytetu. Nie możemy też zdać się na mądrość jego rówieśników. Pozostają inni dorośli – trenerzy, mentorzy, wujowie, nasi przyjaciele. Ich rolą jest dopilnowanie, aby błędy, których popełnianie w tym wieku jest nieuniknione, nie okazały się tragiczne w skutkach. My z kolei możemy stać się przewodnikami dla synów naszych przyjaciół.

Po drugie – powinniśmy umiejętnie wprowadzić w życie chłopców jasne zasady i porządek. W grupie przypominają oni czasem hordę z piekła rodem - przepychają się, biją, ale tak naprawdę w każdej chaotycznej sytuacji czują się niepewnie. Zachowują się tak dlatego, żeby ukryć strach. Jeśli więc znajdzie się mądry przywódca, ktoś, kto w sposób życzliwy i sprawiedliwy rozsądzi spory, wprowadzi zasady – chłopcy się odprężają i uspokajają. Psychologowie zauważają, że reakcje na niepewne, chaotyczne sytuacje to jedna z podstawowych różnic między płciami. Dziewczynki raczej zamykają się wtedy w sobie i siedzą cicho. Chłopcy natomiast przepychają się, hałasują.

Nie załamujmy rąk nad zachowaniem synów, nie krytykujmy ich, nie łammy. Postarajmy się zrozumieć ich zachowania wynikające przecież nie ze złej woli, tylko z ich natury. No i pomóżmy im zrozumieć siebie samych.

„Obsługa” syna wcale nie jest jakoś szczególnie trudna. Wystarczy nasza wiedza na temat jego rozwoju i kilka prostych instrukcji: Okazujmy mu jak najwięcej miłości, podobnie, jak robimy to wobec córek. Pamiętajmy, że  chłopcy źle znoszą rozłąkę z rodzicami. Może więc zastanówmy się zanim oddamy syna do żłobka przed trzecim rokiem życia.

Nie reagujmy krzykiem na jego krzyki, bo to tylko utrwala takie zachowanie. Starajmy się spokojnie, ale stanowczo wszystko tłumaczyć. Nigdy nie straszmy, nie groźmy, nie stosujmy przemocy. Dobry przykład, spokój i konsekwencja to jest to, czego potrzebuje syn (córka zresztą także).

Uczmy go porządku, systematyczności, czyli na przykład, że należy planować, dzielić większe zadania na mniejsze. Chłopcy dobrze czują się w uporządkowanym, przewidywalnym świecie, dlatego trzymajmy się ustalonych reguł, porządku dnia, stałych pór posiłków i zajęć (zmiany oczywiście trzeba wprowadzać, ale regułą ma być przewidywalność).

Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. Ponieważ chłopcy w wieku przedszkolnym rozwijają się na ogół wolniej niż dziewczynki, warto zastanowić się nad opóźnieniem posłania syna do pierwszej klasy. Wiadomo także, że chłopcy mają większe niż dziewczynki problemy z mówieniem, wysławianiem się. Dlatego powinniśmy im dużo czytać, opowiadać, dużo z nimi rozmawiać, szczególnie między pierwszym, a ósmym rokiem życia. Dobrze jest też jak najwcześniej rozmawiać z nimi o możliwościach wyboru, sposobach rozwiązywania problemów, o tym, jak postępować w trudnych sytuacjach, jak mówić „nie”. A także o uczuciach, emocjach. Uczmy ich nazywania stanów, jakie przeżywają, mówmy na przykład: O, widzę, że teraz jesteś zły, a teraz radosny. Określajmy także swoje stany: uwaga, jestem wściekła.

Pomagając synowi w rozeznaniu  swoich uczuć i emocji, pomagając mu zrozumieć siebie i sobą kierować, tak naprawdę pomagamy jego koleżankom, przyszłej kobiecie, jego dzieciom, światu.

Korzystałam z książek Steve’a Biddulpha: „Wychowanie chłopców”, „Sekrety szczęśliwego dzieciństwa”, „Jeszcze więcej sekretów szczęśliwego dzieciństwa” (wszystkie wydane przez REBIS)

Co trzeba wiedzieć o synach?
  • Jako niemowlęta i małe dzieci przeżywają lęki z powodu rozstania z rodzicami.
  • Kłótliwość, agresywność (zwłaszcza około 14. roku życia) to sprawka skoków poziomu testosteronu, a nie tylko charakteru.
  • Ich mózg rozwija się wolniej niż dziewczynek, co może wpływać na opóźnioną dojrzałość szkolną.
  • Mają mniej połączeń między półkulą mózgu odpowiedzialną za język a tą, która odpowiada za uczucia.
  • Potrzebują wyraźnych zasad i świadomości, kto nimi kieruje.
  • Mają skłonność do działania, zanim pomyślą.

  1. Psychologia

Skandynawska koncepcja rodziny - wszyscy jesteśmy jednakowo ważni, i rodzice i dzieci

Skandynawowie stworzyli koncepcję rodziny dialogicznej, gdzie nic nie jest sztywne. (Fot. Getty Images)
Skandynawowie stworzyli koncepcję rodziny dialogicznej, gdzie nic nie jest sztywne. (Fot. Getty Images)
Nie obarczajmy dzieci odpowiedzialnością za swoje problemy, nie przelewajmy na nie swoich frustracji. Rady szukajmy u innych dorosłych – mówi Zofia Schacht - Petersen, terapeutka, propagatorka skandynawskiego modelu wspierania dzieci w rozwoju.

Skandynawia wyprzedza inne kraje w rozwiązaniach legislacyjnych dotyczących dzieci. Rzeczywiście kraje skandynawskie są na świecie prekursorem podejścia z szacunkiem do dziecka jako istoty ludzkiej. Bardzo serio potraktowały problem przemocy wobec najmłodszych. W Szwecji zakaz bicia wprowadzono pod koniec lat 60., w Polsce dopiero w 2010 roku.

Zakaz zakazem, ale prawdziwym problemem jest zmiana mentalności dorosłych. Krzyczeć na dziecko to u nas norma. Krzyku, wyzwisk, zamykania w pokoju nie uważa się za przemoc. Chcemy, żeby dzieci z nami współdziałały, ale ich nie szanujemy.

Jesper Juul, duński terapeuta rodzinny, pedagog o światowej renomie, autor książek m.in. „Twoje kompetentne dziecko” i „Twoja kompetentna rodzina” pisze, że widząc dzieci można powiedzieć dużo o rodzicach. Bo to prawda. Dziecko wyzwala w nas pokłady emocji, w tym złości, irytacji, agresji. Tak naprawdę stajemy wobec niego twarzą w twarz, takimi jacy jesteśmy. To trudne, zwłaszcza w naszej kulturze pozorów, udawania, nieszczerości, zamiatania pod dywan.

Wychowanie według Juula nie ma nic wspólnego z tym tradycyjnym. Dla Juula najważniejsze jest to, co dzieje się między rodzicami a dziećmi, jaki jest proces wzajemnej komunikacji. Skandynawowie wrócili do sposobu patrzenia na dziecko jako na człowieka, a na konflikt jako na ujawnienie różnic, które są potrzebne do dialogu. Stworzyli koncepcję rodziny dialogicznej, gdzie nic nie jest sztywne.

I w związku z tym nie ma recepty na wychowanie. Ale jest jasno powiedziane, że człowiek ma godność, zasługuje na szacunek bez względu na to ile ma lat, jaką rolę pełni. Skandynawowie są społeczeństwem dialogu, negocjacji, współodpowiedzialności i to przynosi owoce.

Według Juula rodzice nie są wszystkowiedzący, ale dziecko też nie jest najważniejsze.  Juul podważa podejście, które pozwala dzieciom na wszystko. Jego złoty środek polega na tym, że wszyscy jesteśmy jednakowo ważni, i rodzice i dzieci. Ale to rodzice biorą odpowiedzialność, także za swoje błędy. Juul pracując z trudną młodzieżą odkrył, że są to dzieci, które przejęły bardzo dużą odpowiedzialność za tak zwanych liberalnych rodziców. Dziecko nie może robić co chce, ono potrzebuje wskazówek, przykładu. I kiedy te wskazówki dostanie, będzie z nami współpracować, a nie wówczas, gdy słyszy kazania, moralizowanie.

Juul pisze, że dzieci, choć domagają się uwagi, nie potrzebują jej tak dużo. Dziecko potrzebuje informacji: „widzę cię” i to mu wystarcza. Nadmiar uwagi to ingerencja w jego integralność. Juul podkreśla, że każdy członek rodziny, która składa się z odrębnych indywidualności, potrzebuje ochrony swoich granic. Rodzice kontrolujący, sterujący, ingerujący w wolność dziecka tak naprawdę zaspokajają swoje potrzeby. Dzieciom do rozwoju potrzebne jest prawo decydowania o sobie. Istnieje cały zakres odpowiedzialności dziecka, w który rodzice nie mogą ingerować, jak jedzenie, sen, higiena. A jeśli to robią to na ogół łamią dziecko.

Wymaganie, żeby myło zęby to łamanie? Rodzice są po to, żeby dać informację, dlaczego należy myć zęby. Ważniejsze od tego, czy osiągniemy cel, czyli czy nauczymy myć zęby, jest to, w jaki sposób go do tego zachęcamy. Czyli ważniejszy jest sam proces kształtowania relacji w rodzinie niż to, żeby ono coś zrobiło. Według Juula rodzice, którzy myją codziennie zęby i zapraszają do tej czynności malca - to model idealny. Dziecko wtedy współpracuje z nimi, a nie robi coś z nakazu. Jego zdaniem dużo mniejszą szkodę przyniesie nieumycie zębów niż umycie pod przymusem. Nawet małe dzieci są w stanie wziąć odpowiedzialność za siebie, chcą coś robić, bo mama i tata to robią. Uczenie przez „musisz” nie działa. Juul mówi o potrzebie zmiany języka wobec dzieci. Nie mówić, że jestem mądra i musisz mnie słuchać. To jest nieskuteczne, a w dodatku narusza emocjonalną integralność dziecka.

Na świecie tryumfuje azjatycki model wychowania: „musisz, wiem lepiej, co dla ciebie dobre”, bo efektem takiego wychowania są mistrzowie. Alice Miller pisała o dramacie udanego dziecka, czyli takiego, które spełniło potrzeby rodziców. Ono robi wszystko, żeby rodzice byli zadowoleni. Ale czy samo jest szczęśliwe? Bardzo często tak zwane udane dzieci jako dorośli kończą depresją, ucieczką w narkotyki, ponieważ nie znają siebie, nie wiedzą gdzie kończy się ich świat, a gdzie zaczyna świat ich wielbicieli, nie potrafią żyć bez pochwały innych.

Pochwała to według Juula rodzaj kary. O co chodzi? O to, żeby wychować człowieka, który podejmuje działania z wewnętrznej motywacji, a nie dlatego, że ktoś go nagradza. Jeżeli ktoś robi coś dla nagrody, tak naprawdę ośrodek kierowania uwagi jest poza nim, nie rozpoznaje więc, co czuje i czy w ogóle chce to robić. Małe dzieci, widzimy to w przedszkolu, potrafią zatopić się w działaniu. A gdy dziecko jest w głębokim kontakcie ze sobą, wtedy dokonują się niezwykłe procesy rozwojowe, aktywizowana jest największa liczba połączeń nerwowych, rodzi się zaufanie do siebie samego, do swoich kompetencji. W Polsce nadal króluje jednak system karania i nagradzania. W szkole zadaje się prace domowe, które tak naprawdę są narzędziami przymusu. To niszczy osobowość dziecka.

Uważa się, że w ten sposób kształtuje się poczucie obowiązku, przygotowuje do pełnienia ról. Współczesny świat zmienia się gwałtownie. Skąd wiemy, jakie role będą potrzebne za parę lat? Autorytarne wychowanie przygotowywało do wykonywania obowiązków bez względu na to, co dzieci czuły, kim były. Efekt? System pracowniczego niewolnictwa w korporacjach. Wiem co mówię, sama tam pracowałam. Wychowywanie do ról to krzywdzenie dziecka, pokazywanie mu: masz robić to, co ci każemy, bo jesteśmy rodzicami. A potem dziecko widzi rodziców w szefach.

W domu możemy dialogować, ale dziecko idzie do szkoły i musi się podporządkować.  I to jest problem, bo rodzice, którzy pozwalają na wypowiadanie dziecku swojego zdania muszą się liczyć z tym, że w szkole usłyszy: masz to wykonać bez dyskusji. Dlatego bardziej świadomi rodzice podejmują decyzje o homeschoolingu (nauczaniu domowym) albo posyłają do mniejszych szkół społecznych.

Można też mówić dzieciom, że świat nie jest idealny. To właśnie zaleca Juul. Zamiast udawać, że dziecko musi się podporządkować  nauczycielowi, który ewidentnie nie jest autorytetem, lepiej powiedzieć: nauczyciel się myli. Ważne, aby rozmawiać z dzieckiem otwarcie. Tymczasem wiele rodziców ufa nauczycielowi. Juul mówi, że nasze starania, żeby doprowadzić dziecko do pełnienia określonej roli powodują, że tracimy to, co najważniejsze – dziecko i ten moment, w którym mogłoby nam zaufać. A ono nam zaufa, gdy przyznamy: faktycznie, masz rację. Tak rodzi się jego osobista odpowiedzialność, a potem odpowiedzialność społeczna. Różnica między takim podejściem a modelem autorytarnym polega na tym, że tu dziecko samo dokonuje wyboru, a tam wszystko mu się narzuca.

Dzisiaj rodzice są skupieni na swoich dzieciach. Pokolenie współczesnych młodych rodziców jest nauczone, że rodzicom się nie odmawia. Kiedy tak wychowanemu człowiekowi rodzi się dziecko, budzi się w nim ta sama relacja, jaka łączyła go ze swoimi rodzicami. Kiedyś nie liczono się z tym, co on czuł, dziś on nie liczy się z tym, co czuje dziecko.

Ale przecież spełnia wszystkie zachcianki dziecka. Mówi się nawet, że wychowuje małego tyrana. Ale to nie jest tyran, tylko dziecko zagubione w tej bardzo intymnej emocjonalnej relacji z rodzicami. Obserwuję tak zwanych rodziców bliskościowych. To przecudowna idea – noszenie niemowlaka w chuście, przytulanie. Kiedy jednak dziecko staje na nogach i się czegoś domaga, mama, którą uczono, że rodzicom się nie odmawia, nie wie co robić, w jaki sposób kontynuować zaspokajanie bliskości, a jednocześnie chronić swoją wolność. Nie potrafi powiedzieć dziecku „nie” ze spokojem. A jej emocjonalne miotanie się natychmiast przekłada się na dziecko, które staje się zagubione, roztrzęsione, niepewne. Juul mówi, że trzeba pomóc rodzicom skontaktować się z tamtymi sfrustrowanymi dziećmi, którymi byli, bo z bezradności, zagubienia mogą wpaść w tę sama pułapkę, co ich rodzice i podobnie jak oni mówić: masz robić to, co ci każę.

Na czym polega taka pomoc? Kiedy widzę, że matka nie może dogadać się z dzieckiem, próbuję najpierw dociec, w czym dziecko ma problem, potem, co chce mama. Staram się pomóc zbudować pomost między tymi dwoma światami. Trzeba odkryć przestrzeń, w której rodzice i dzieci mogą współdziałać w oparciu o wzajemne poszanowanie. Nie wolno mówić: ty jesteś mała, więc nie wiesz, a ja wiem. Znam rodziców, którzy odpowiadają mi: stosowaliśmy podobne techniki. Tylko że to, co proponuje Juul nie jest techniką. Dzieci w ogóle nie reagują na techniki. Juul proponuje współdziałanie. To nie znaczy, że dziecko ma zrobić to, co ja chcę, tylko, że ja chcę dowiedzieć się, co ono chce, a potem mu powiem, co ja chcę i sprawdzimy, co możemy zrobić razem. Kiedy naszym celem jest taki kontakt, to czasem musimy powiedzieć: odpuszczam. Bo przecież nie chodzi o to, żeby dziecko zrobiło coś na siłę, tylko żeby samo chciało chcieć.

Rodzice są tylko ludźmi, mają wiele problemów. Zgoda, ale muszą brać za swoje problemy odpowiedzialność i nie obarczać nimi dzieci. Czasami przyznają: biję, bo jestem bezradna. Też byłam bezradna, też biłam syna. Czego wtedy potrzebujemy? To kryje się w samym słowie bezradny - potrzebujemy rady. Nie szukajmy jednak rady u dziecka, tylko u innych dorosłych. Załatwmy swoje problemy, a jak się uspokoimy, idźmy do dziecka. Miałam skłonność do bycia przemocową matką, bo sama doświadczyłam przemocy w dzieciństwie, i to od najbliższej mi osoby, od mamy. Pamiętam, że kiedy potem dałam synowi klapsa, zobaczyłam moją mamę we mnie. To był tak silny emocjonalny schemat, że nie umiałam z niego wyjść. Chciałam wspierać syna, a nie umiałam. Czułam jakby między nami wyrosła szyba, nie potrafiłam nawiązać z nim kontaktu. Przeszłam głęboką terapię. Dzięki wsparciu na Family Campach (warsztaty metodą Jespera Juula) przepracowałam swój problem. Teraz używam języka serca, a jak mam problem szukam rady u przyjaciół. Sama też pomagam rodzicom. Mówię im: Jeżeli przyszliście po to, żeby poznać receptę na wychowanie, lepiej od razu wyjdźcie. Pomagam rodzicom radzić sobie ze sobą, a potem tak wspierać dzieci, żeby też umiały same sobie radzić z trudnymi emocjami. Jestem w stu procentach przekonana, że bycie z dziećmi w takim ludzkim wymiarze, czyli nie pouczanie ich, tylko wspieranie ich w emocjonalności, otwartości, empatii pomaga im się rozwijać. Ale wzbogaca także nas, dorosłych. Ja cały mój rozwój zawdzięczam moim dzieciom.

Zofia Schacht – Petersen – terapeutka, mediatorka, propagatorka Porozumienia bez Przemocy, dziennikarka. Prowadzi szkolenia dla rodziców i nauczycieli w ramach Szkoły Empatii.