1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Co robić, gdy dochodzi do kolizji tych dwóch fundamentalnych wartości? Takie pytania zadają sobie Hubert i Hanna. Ich sytuację komentuje psychoterapeuta.

Na komodzie w sypialni Huberta i Hanny stoi fotografia. Obydwoje są na niej uśmiechnięci, objęci, w tle góry. – To wejście na Orlą Perć – mówi Hania. – Dawne czasy, jeszcze studenckie. Nieważne, czy to były polskie Tatry czy włoskie Dolomity – było nam dobrze, byliśmy razem. Łączyły nas przeżycia, przygoda...

Wspólna pasja sprawiła, że już na samym początku znajomości pojawiła się cudowna nić porozumienia. Zaiskrzyło między nimi właśnie na szlaku.

– Góry obnażają człowieka, bezlitośnie odsłaniają słabości. A, w moich oczach, Hubert ich nie miał. Odważny, silny, pomysłowy, z poczuciem humoru i do tego opiekuńczy. Po prostu nie sposób było się w nim nie zakochać – wspomina Hania. – Imponowało mu, że ja, taka drobna kobieta, wspinam się bez użalania i strachu.

Jej miłość do gór wygasła z końcem studiów. Zdecydowała się zostać na uczelni. Doktorat, dziecko, życiowy zwrot, nie dało się tego pogodzić ze wspinaczką. Po urodzeniu Michała życie stało się bardziej cenne. Mówi, że nie żałuje i nie tęskni. Za górami. Bo za tamtym Hubertem ze szlaku – tak. On nadal się wspina i to coraz wyżej, coraz częściej. Wyjeżdża na coraz dłużej i coraz dalej.

– Góry są dla mnie przeciwwagą tego, co robię na co dzień. W agencji reklamowej pracuję głową, siedzę za biurkiem – mówi Hubert. – Wspinaczka to dla mnie wyzwanie. Kiedy trzeba zmagać się z wysokością, zmęczeniem, kiedy wydaje ci się, że nie postawisz kolejnego kroku… Uzależniłem się od tego pokonywania słabości. Dzięki temu czuję, że żyję. Nie umiem tego przełożyć na żadne inne doświadczenie. Gdy widzę wysoką górę, wiem, że muszę na nią wejść. A Hania jest o to zła.

„Dla ciebie pasja jest ważniejsza”

Kiedyś łączyły ich góry, teraz kłótnie o nie. Ona ma do niego dużo żalu. Może długo wymieniać sytuacje, kiedy choroba dziecka, problemy na uczelni czy po prostu święta pokazały, że rodzina przegrywa z pasją męża. Czuje, że w udziale przypadł jej kierat codziennego życia. Narzeka, że Hubert nie daje jej poczucia bezpieczeństwa. Jego wyprawy postrzega jako zabawę, nieodpowiedzialność. Im bardziej nakłania go, by zrezygnował z wyjazdu, tym on więcej uwagi i czasu poświęca górskim wspinaczkom. Na zarzuty Hanki Hubert odpowiada, że przecież rodzina jest dla niego bardzo ważna. Według niej to puste słowa.

Dlaczego Hanka jest rozgoryczona?

Jarosław Józefowicz: Zrozumiała jest złość Hanki. Wartość rodzicielska leży u sedna człowieczeństwa. Wydaje się naturalne, że kobieta oczekuje, żeby jej partner podzielał taki sposób patrzenia na życie. Aby w momencie, gdy pojawia się dziecko, inne sprawy, na przykład samorealizację, postawił na drugim miejscu. Góry, jej zdaniem, są dla Huberta dziecięcą zabawką. Tymczasem to nie same zabawki są tu istotne, ale stan ducha kogoś, kto umie się nimi bawić.

Tak naprawdę jest dwóch Hubertów. Jeden, który pragnie żyć na łonie rodziny, i drugi, który pozwala sobie nie patrzeć na zobowiązania, tylko iść w góry. Hanka jest jedna i to właśnie ta jednostronność jest dla niej tak trudna. Relacja z Hubertem dostarcza jej cennej informacji: jak chce poszerzyć swój sposób funkcjonowania. Nasze marzenia, ale i frustracje, kryją w sobie głębokie tęsknoty. Za ich pośrednictwem coś w nas woła o zaistnienie. Pytanie, czy potrafimy usłyszeć ten głos?

Hanka boi się, bo nie wie, jak się rozwinąć, i swoje obawy przenosi na męża, próbując ściągnąć go do poziomu swoich ograniczeń. To zawsze łatwiejsza droga – ja czegoś nie mam, to ty też nie będziesz mieć. O wiele trudniejsze jest przedzieranie się przez własne blokady i lęki oraz sięganie po coś, czego potrzebuję, by spotkać się w punkcie: ty coś masz i ja też mam, cieszmy się tym. Chodzi oczywiście o wymiar psychiczny, a nie o to, że ona ma wrócić do wspinania się po górach. Dla Hanki mogłoby to oznaczać na przykład wprowadzenie do życia nuty szaleństwa albo wyjście poza zwykłe poczucie kontroli lub nieprzywiązywanie się w tak dużym stopniu do codzienności.

„Nie żyjesz naszym życiem”

Gdy Hubert wraca z wyprawy, przez jakiś czas w domu jest wesoło. Hanka lubi słuchać śmiechu synka, kiedy bawi się razem z tatą. Hubert ma niesamowite pomysły na zabawy z Michałem. Nagle dom zapełnia się ludźmi, którzy oglądają slajdy i zdjęcia z gór. Małżonkowie wychodzą na kolacje, stęsknieni cieszą się seksem… Ale nagle czar pryska, na scenę życia wkracza codzienność. Psuje się pralka, dziecko zapada na kolejną tej jesieni anginę. I Hubert traci swoją kreatywność, luz i dobry humor, staje się złośliwy, rozdrażniony, smętny. Słyszy od żony: „Tak, zbudować z synkiem wieżę z klocków do samego sufitu to potrafisz, ale nie wiesz, na co ostatnio chorował. Nawet nie pamiętasz, że ma alergię na laktozę. Nie masz pojęcia, gdzie w domu jest mąka ani ile płacimy za czynsz. Orientujesz się tylko, gdzie są twoje zabawki”.

Skąd się bierze pasja Huberta?

J.J.: Poprzez fascynację górami Hubert może konsekwentnie bronić tego, co dla niego ważne, świadomie nie dawać się ograniczać. A może cały czas pozostaje dużym chłopcem, który umie podążać jedynie za swoimi marzeniami i ma trudność z byciem dorosłym? W takim wypadku wyjaśnieniem będzie jakiś defekt wyniesiony z domu rodzinnego. Przykładowo dla mężczyzny wychowanego przez nadopiekuńczych rodziców, który nie miał nigdy okazji zmierzyć się z życiem, wszystko, co wykracza poza postawę chłopca, jest przerażające. Mógł też w dzieciństwie być zmuszany do odpowiedzialności, np. jako starszy brat opiekujący się rodzeństwem. Dlatego w dorosłym życiu codzienne trudności straszą go przymusem, pojawia się reakcja zastałego buntu.

Aby odnaleźć się w tym konflikcie, trzeba pamiętać o zasadzie równowagi. Wartości, które rozdzielają Hankę i Huberta – codzienna odpowiedzialność i uskrzydlająca samorealizacja powinny w zharmonizowany sposób istnieć w życiu każdego z nich, nie zaś rozdzielać się na dwa przeciwstawne obozy. Konflikt między nimi może prowadzić do oddalenia. Mogą pojawić się takie uczucia jak zazdrość o zainteresowania, niezrozumienie, złość – szczególnie wtedy, gdy stoi za nimi poczucie odrzucenia. A także lęk przed rozstaniem.

Hanka musi poczuć się ważna

J.J.: Mówiąc: „nie jedź”, Hanka wysyłała Hubertowi komunikat: „pokaż mi, że jestem ważniejsza niż te góry”. Nie pomoże sama rezygnacja z wyjazdu, bo Hanka żyje z deficytem poczucia bycia ważną. Tak się dzieje, kiedy w odpowiednim czasie nie zostaliśmy w wystarczającym stopniu obdarzeni miłością, akceptacją. W tym przypadku oznacza to, że Hania musi wykonać porządną pracę nad sobą. Postawa Huberta może złagodzić trudne uczucia i jedynie pomóc rozwiązać sytuację.

Frustracja Hanki nie musi być wynikiem jej trudnej przeszłości, lecz teraźniejszych problemów, usprawiedliwionego poczucia zagrożenia. Hubert wysyła jej sprzeczne sygnały. Mówi, że jest ważna, natomiast zachowuje się w sposób, który wcale tego nie potwierdza. Dobrze by było, żeby Hubert zastanowił się, skąd wzięła się ta niespójność. Może mu coś w ich relacji przestało pasować? A może boryka się z problemem, który go przerasta i nie potrafiąc sobie z nim poradzić, ucieka w Himalaje?

Nasuwa się proste rozwiązanie: wspólna pasja. Ale to niekoniecznie musi zadziałać. Tu bardziej chodzi o rodzaj bycia. O to, czy kiedy przebywamy razem, to jesteśmy dla siebie ważni. I nie ma znaczenia, czy osiągamy ten stan jeżdżąc na nartach czy przygotowując wspólnie posiłek, siedząc razem na kanapie i rozmawiając czy nie mówiąc nic. Nieważne gdzie, ważne jak. A do tego nie potrzebujemy gór, tylko siebie.

Jak rozmawiać z partnerem o swoich pasjach?

To ćwiczenie pozwoli ci reagować na marzenia partnera, ale też wyrażać własne. Słuchając, nie omawiaj poszczególnych spraw z partnerem, ani ich nie komentuj. Ćwiczenie nie ma służyć udowadnianiu racji. Kiedy jedna strona skończy, zamieńcie się rolami.

Zapytaj partnera:

  • Dlaczego to marzenie jest dla ciebie ważne?
  • Jaki jego aspekt jest dla ciebie najważniejszy?
  • Dlaczego jest on tak ważny?
  • Czy wiąże się z tym jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?
  • Czy coś w twoim życiu ma z nim związek?
  • Powiedz mi, co czujesz w związku z tym marzeniem.
  • Czy nie powiedziałeś mi jeszcze o jakichś uczuciach związanych z tym marzeniem?
  • Czego teraz pragniesz?
  • Jakie jest w tej chwili twoje największe marzenie?
  • Jakbyś się czuł, gdyby udało się je zrealizować?
  • Czy jest w nim jakiś głębszy zamysł lub cel?
  • Czy wiąże się ono z twoimi wierzeniami lub systemem wartości?
  • Czy obawiasz się tego, że ktoś odrzuci twoje marzenia? A może boisz się czegoś innego?

Gdy opowiecie sobie już o swoich marzeniach, sprawdźcie, do jakiego stopnia jesteście elastyczni, by wspomóc partnera w jego dążeniach.

Jaki poziom jesteś w stanie osiągnąć?

Poziom pierwszy: Szanuję twoje marzenia.
Poziom drugi: Szanuję twoje marzenia i chcę się więcej o nich dowiedzieć.
Poziom trzeci: Mogę do pewnego stopnia wspomagać cię w twoich dążeniach finansowo lub w inny sposób.
Poziom czwarty: Możemy do pewnego stopnia wspólnie realizować twoje marzenia.
Poziom piąty: Jestem gotowy. Zróbmy to razem.

Pamiętaj, że chodzi tu o kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. W ćwiczeniu chodzi przede wszystkim o to, by mieć poczucie, że partner rozumie, szanuje i popiera nasze marzenia. To może uzdrowić konflikt o pasję.

Źródło: John M. Gottman, Julie Schwartz Gottman, Joan DeClaire, „10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo”, wyd. Media Rodzina.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"Nic nie muszę, każdy wybór jest możliwością" – mówi psycholożka Ewa Woydyłło

- Każda droga dokądś prowadzi, ale najistotniejsze wydarza się przed osiągnięciem celu. Tak jak w życiu. Tu każdy wybór jest możliwością - mówi Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Każda droga dokądś prowadzi, ale najistotniejsze wydarza się przed osiągnięciem celu. Tak jak w życiu. Tu każdy wybór jest możliwością - mówi Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
– Przyjemność życia kryje się w tym, że można je dowolnie tworzyć – mówi Ewa Woydyłło, psycholożka, terapeutka.

Artykuł archiwalny.

Podejrzewam panią o duży apetyt na życie…
Można tak rzeczywiście powiedzieć, tylko nie dotyczy on jedzenia, raczej doznań. Prawdziwy smak życia to dla mnie wolność – robię to, co chcę i wybieram to, co wydaje mi się najbardziej gratyfikujące. Przyjemność jedzenia nie należy do moich priorytetów. Lubię za to grać w tenisa, chodzić z kijami, biegać z psem albo jeździć na rowerze. Czasem jeżdżę daleko, rezerwuję wtedy czas na to, żeby po drodze się zatrzymać, podziwiać widoki, wypić kawę, spotkać się z przyjaciółką…

Cel podróży jest nieistotny?
Każda droga dokądś prowadzi, ale najistotniejsze wydarza się przed osiągnięciem celu. Tak jak w życiu. Tu każdy wybór jest możliwością. Nawet jeśli robię coś na zasadzie „a dlaczego nie?” – to też jest wolność. Nie muszę się kurczowo trzymać jakiegoś przykazania, dyktatu czy imperatywu. Ja budzę się z myślą: „zobaczymy, w którą stronę dziś się udam”. W tym jest smak. Niedawno zakładałam w moim domu nowe poręcze – ze szkła, nie drewniane, jakie mają wszyscy. To jest właśnie wolność. W tym kryje się przyjemność życia, że można je dowolnie tworzyć. Otwieram katalog, który się nazywa „życie” i wybieram z niego różne rzeczy, które czasem są przyjemnością, a czasem trudem, który przynosi pewną nagrodę.

Ale wybór musi być świadomy.
Oczywiście. Ja mam taką wadę, że ustawiam się bardziej po stronie racjonalnej niż emocjonalnej. Nazwałam to wadą, bo to jest pewne ograniczenie, wyrzeczenie się spontaniczności, dziecięcego stosunku do zdarzeń, który może pociągać za sobą rzeczy nieprzewidziane. Ale mnie bardziej ciekawi to, o czym wiem, że może się zdarzyć, mam większe przywiązanie do świadomych, przemyślanych decyzji. Nie zdaję się na przypadek.

Gdy mówiłam o apetycie na życie, myślałam też o głodzie doświadczeń – tyle pani jeździ, czyta, uczy się…
To trafne spostrzeżenie, ale zrobię małą poprawkę: nie interesują mnie nowe doświadczenia, tylko sprawdzanie siebie, poszerzanie swoich granic. Dostaję na przykład zaproszenie do wystąpienia na temat, o którym nigdy wcześniej nie myślałam, i tak mi się to podoba, że odkładam inny projekt, który przygotowywałam. W ruch idą książki, internet, dzwonię do kogoś, kto może mnie zainspirować. Robię to, żeby było ciekawiej. Ale efekty bywają różne – zdarza się, że się czegoś podejmuję, dużo się uczę i jestem zadowolona, a zdarza się też, że czymś się zaciekawiam, robię to i wiem, że to nie była dobra robota. Ale wtedy dowiaduję się, że na tę ścieżkę weszłam w nieodpowiednich butach albo nieodpowiednio przygotowana i zabrnęłam w jakieś chaszcze. Brałam kiedyś udział w projekcie teatralnym – sztuka przedstawiająca problem uzależnienia, a po niej dyskusja na ten temat. Czułam, że to nie jest miejsce dla mnie. Wiedziałabym, co zrobić, gdyby siedziała przede mną osoba, która przyszła porozmawiać o tym problemie, ale widownia to nie dla mnie. To była dobra lekcja. Zrobiłam to i wiem, że mogę już tego nie robić.

Temat, który panią ostatnio pociągnął?
Sumienie. Psycholog mówi o tym „konflikt wewnętrzny”. Jak człowiek jest ze sobą pogodzony, to jest w stanie, który można nazwać harmonią, spokojem czy szczęściem. Zostałam zaproszona do debaty, w której będą brali udział filozofowie i teologowie chrześcijańscy, bo to jest chrześcijańskie pojęcie, więc szalenie mnie to ciekawi. Z tego powodu odłożyłam projekt, który już miałam zaawansowany – wykład na temat kosztów psychologicznych transformacji w Polsce. Są bardzo duże – obniżyło się zdrowie psychiczne, wzrósł poziom stresu i lęku oraz wszystkiego, co je wywołuje. Ludzie nie byli i nadal nie są przygotowani na zmianę. Pojawiła się wolność, a do konsumpcji wolności potrzebny jest trening. Mój mąż nienawidził sklepów i chciał, żeby były 2 musztardy, a nie 22, obezwładniał go ogrom możliwości, ale on nie miał ochoty zdobywać w tym wprawy. A ja się wprawiam, bo mnie to kręci, żeby z tego ogromu wyłuskać na przykład jeden krem do rąk. Tam, gdzie jest wolność, jest niebezpieczeństwo pomyłki, tylko że pomyłka jest częścią tej zabawy. Ktoś, kto myli często kierunek, poznaje więcej smaków.

To zmusza do ciągłego pytania siebie: „Czego chcesz?”.
Tylko że wtedy nie ma już świętego spokoju. Ludzie są różni: są tacy, którym dobrze jest w ich stałych koleinach, i są też tacy, dla których sensem jest zmiana kierunków i wehikułów. Niektórzy dochodzą do kresu życia i są sfrustrowani, że ono było nie takie, jak chcieli, choć nie wiedzą, jakiego by oczekiwali. Gdy ktoś przychodzi do mnie i mówi, że ma dążenia i nie potrafi ich zrealizować, zaczynamy szukać, co mu w tym przeszkadza.

Terapia to droga do szczęścia?
To proces uruchomiony w celu zmiany. Zmiana, z terapeutycznego założenia, powinna prowadzić do poprawy funkcjonowania człowieka, a funkcjonowanie składa się z kilku aspektów – jeden z nich to samopoczucie, czyli właśnie szczęście. Czasem jednak ktoś wprowadzi zamierzoną zmianę i nie wpłynie to na jego samopoczucie. Potrzebny może być zabieg farmakologiczny, bo w głowie mogą źle pracować pewne przekaźniki czy hormony. Ale te próby naprawy też mogą nie skutkować – ktoś może w swoim dzisiejszym życiu wszystko uporządkować, ale wczorajsze będzie zawierało w sobie jakąś kość, która utkwiła w gardle i przez to życie nie będzie smakowało. Ktoś może mieć wszystko i może go to nie cieszyć z powodu jakiejś traumy z wczesnego okresu, kiedy nie rozumował, ale cielesna reakcja na zdarzenie pozostała w postaci blokady, która uniemożliwia wyswobodzenie się ku szczęściu. Czasem to pamięć zniekształca zdarzenia z przeszłości i jest źródłem cierpienia. Wszystko jest w nas. Ludzki umysł posiada ogromną moc. Możemy mówić sobie dobre albo niedobre rzeczy. Ja wybieram te sprawy, które mnie cieszą.

A co panią cieszy?
Osiągnięcie podstawowego spełnienia w różnych dziedzinach: zawodowej, rodzinnej, zdrowotnej. Nie czuję głodu w takim sensie, że chciałabym gdzie indziej mieszkać czy pracować, być kimś innym. Gdy ktoś mnie spytał, czego bym sobie życzyła, pomyślałam o moich dzieciach. Chciałabym, żeby one znalazły to, co ja już wiem: że można żyć bez walki i zmagania. Całą energię przeznaczać na to, na co mamy ochotę.

To na co najczęściej ma pani ochotę?
Pociągają mnie głównie rzeczy nowe. Stare jakoś szybko mi się nudzą. Często chodzę do kina i teatru, uczę się włoskiego, niemieckiego, czytam, piszę książki. Lubię te rzeczy, które mnie wypróbowują. Lubię swoją sprawność. Lubię też piękno. Na ukoronowanie Roku Chopinowskiego byłam na prawykonaniu cyklu pieśni Krzysztofa Pendereckiego. Muzyka wokalna, z chórem, niezwykle piękna – do tej pory ją pamiętam. To też jedno z takich doświadczeń, do których chcę wracać. O ten koncert życie wydaje mi się piękniejsze i lepsze. Ale nie jestem w stanie powiedzieć, co będzie mnie dalej pociągać. Nie umiem i nie chcę. Wtedy bym tylko czekała, czy to się spełni czy nie. A tak, nic nie muszę.

  1. Seks

Jak walczyć z egoizmem w sypialni?

Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Najlepsze relacje seksualne tworzą ci, którzy znają swoje pragnienia, potrafią o nich mówić i dążyć do ich realizacji, ale też umieją przesunąć je na drugi plan i skierować reflektor na potrzeby partnera. O tym, jak wiele złego może wyrządzić w sypialni źle rozumiany, przesadny egoizm mówi seksuolożka prof. Marią Beisert.

Co możemy zrobić, jeśli trafimy w łóżku na partnera, który myśli wyłącznie o sobie?
Jeśli jest to osoba narcystyczna, to trzeba mieć świadomość, że dla niej spojrzenie na seks czy związek z innej perspektywy niż własna może być niemożliwe. Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. To dwie strony tego samego medalu. Pakiet.

Jednak nie każdy, kto w łóżku myśli tylko o sobie, jest Narcyzem.
Oczywiście. Młodzi ludzie, którzy dopiero zaczynają życie seksualne, dość często w seksie biorą pod uwagę tylko siebie, bo wydaje im się niemożliwe, by druga osoba przeżywała coś innego. Swoje wyobrażenia o potrzebach partnera budują więc na tym, czego sami potrzebują. Ten problem wynika z braku wiedzy i jest bardzo prosty do rozwiązania – wystarczy zacząć się komunikować. Można mówić wprost: „ja potrzebuję tego i tego”, „lubię to i to”, „bawi mnie to i to” albo położyć rękę drugiego człowieka tam, gdzie trzeba, pokazać, jaki ruch ręką jest odpowiedni czy zmienić pozycję.

Niektórzy uważają, że seks z instruktażem jest gorszy.
Tak, tak, że jest mniej spontaniczny, obdarty z tajemniczości… To wynika z dość powszechnego, ale fałszywego wyobrażenia, że dobry seks jest wtedy, gdy dwie osoby rzucają się na siebie i osiągają orgazm w tym samym momencie. Nie muszą się dostosowywać, bo wszystko samo się układa, pasuje jak w puzzlach. Tyle że w życiu tak się zwykle nie dzieje, więc jeśli ludzie chcą mieć przyjemność w seksie, dobrze, by zaczęli komunikować swoje potrzeby.

A jeśli to pokaże, że pragną czegoś zupełnie innego? Na przykład jedno chce uprawiać seks bardzo często, a drugie bardzo rzadko. Kto ma ustąpić?
Wcześniejsze podejście terapeutyczne skłaniało się ku rozwiązaniu, by osoba o mniejszym temperamencie dostosowywała się do partnera, który ma większe potrzeby. Dzisiejsze wskazuje raczej odwrotny kierunek. Ja myślę, że wszystko zależy od kontekstu i tego, co dla każdego z partnerów oznaczałoby dostosowanie się do drugiej osoby. Jak duży koszt każdy z nich musiałby ponieść. Akurat kwestia różnych temperamentów jest jedną z najtrudniejszych do rozwiązania i, niestety, nie zawsze, nawet przy najlepszych chęciach obu stron, da się znaleźć dobre wyjście.

Porozmawiajmy więc o różnych poglądach na antykoncepcję. Powiedzmy, że mężczyzna chce, by kobieta brała tabletki, a kobieta woli, żeby stosowali prezerwatywy.
Trzeba się dowiedzieć, co stoi za każdą z potrzeb. Może na przykład kobieta woli prezerwatywy, bo boi się, że zapomni wziąć tabletkę i zajdzie w ciążę, ale ostatecznie daje się namówić na wysiłek związany z pilnowaniem regularnego przyjmowania leków, bo uznaje, że nie jest to wielkie poświęcenie. A może jest przeciwna antykoncepcji z powodów religijnych i branie pigułek byłoby dla niej rezygnacją z istotnych wartości.

Rozumiem, że dobra relacja seksualna wymaga tego, by wiedzieć, kiedy odpuścić, uznać: „To ustępstwo wiele by kosztowałoby mojego partnera, więc ja ustąpię, bo dla mnie to niewielki wysiłek”?
Tak. Taka elastyczność jest bardzo ważna. Nie chodzi jednak o rezygnację, która pojawia się wtedy, gdy ktoś w seksie rezygnuje z zaspokajania swoich potrzeb, bo czuje, że nie ma innego wyjścia, na przykład jest zależny od partnera ekonomicznie i sprzeciw mógłby oznaczać stratę dachu nad głową – to jest bardzo niszczące, rodzi bierną agresję i wielkie pretensje. Chodzi o akceptację, czyli sytuację, w której ktoś godzi się, by jego potrzeby nie były w danym momencie zaspokojone i nie doznaje z tego powodu krzywdy. Wie, że też coś na tym rozwiązaniu zyskuje. To jest zdrowa sytuacja.

Może pani podać przykład takiej akceptacji?
Pracowałam kiedyś z młodą parą. Jej zależało na seksie oralnym, na który on nie miał ochoty, a jemu na seksie analnym, który z kolei jej nie sprawiał przyjemności. Ostatecznie, trochę żartując, ustalili, że będzie na zmianę – raz seks oralny, raz analny. Oboje coś odpuścili, bo byli przekonani, że nagroda jest atrakcyjna, a koszt niezbyt wysoki. Oczywiście nie doszłoby do tego porozumienia, gdyby jedno z nich było skrajnym egoistą, bo dla takiej osoby każdy wysiłek jest zbyt duży do poniesienia. Miałam w przeszłości takiego pacjenta. Lubił, niby mimochodem, cytować swojego dziadka: „Nie rób nikomu dobrze, nie będzie ci źle”.

Co na to jego partnerka?
Najpierw skarżyła się na brak gry wstępnej, bo mąż bardzo szybko się podniecał, dążył do penetracji, miał szybko orgazm i od razu kończył wszelkie działania. W końcu odeszła do innego mężczyzny. Mąż miał szansę, by temu zapobiec, ale nie chciał się zgodzić na żadne modyfikacje kontaktów seksualnych. Mówił, że nie chce ingerować w naturalną reakcję swojego organizmu i na propozycję, by tuż po orgazmie starał się jak najszybciej doprowadzić do kolejnego stosunku, odpowiadał: „Ja już wtedy nie mam ochoty i nie będę się zmuszał!”.

Nadal wielu jest mężów, którzy sądzą, że kontakt seksualny służy głównie zaspokojeniu potrzeb mężczyzny?
Jest ich coraz mniej, ale to oni najgłośniej krzyczą, że współczesne kobiety powariowały, bo mają jakieś życzenia i żądania w seksie. Są zaskoczeni, że mieliby się do czegokolwiek w łóżku dostosowywać. Kiedyś mężczyzna nadawał kobiecie wyższy status, czynił ją na przykład panią dyrektorową, i oczekiwał, że w zamian dostanie seks na swoich warunkach. Ale dziś ona może odpowiedzieć: „Co z tego, że ty mnie czynisz panią dyrektorową, skoro ja cię czynię panem profesorowym?”. Nie każdy mężczyzna potrafi pogodzić się z tym, że kobiety wyraźnie mówią: „Tego i tego potrzebuję. Chętnie się dowiem także, czego ty potrzebujesz”. I to jest zdrowe. Dbanie o własne potrzeby to baza, która pomaga zbudować dobrą relację, także seksualną. Przecież jeśli widzimy, że partner nie czerpie radości z seksu, sami też czujemy dyskomfort. Pod warunkiem oczywiście, że nie idzie to w narcyzm. Poza tym mówienie o swoich potrzebach uatrakcyjnia życie seksualne. Stwarza pole dla nowych doznań. Ktoś może nie wpadłby na jakiś pomysł w seksie, a dzięki temu, że partner wystąpił z inicjatywą, może poszerzyć wiedzę o sobie, o tym, co lubi i pragnie.

Zastanawiam się, czy w związku z przemianami społecznymi i kulturowymi trzeba jeszcze kobiety przekonywać, że w łóżku mają prawo myśleć o swoich potrzebach?
Jestem przekonana, że tak, bo zmiany, o których mówimy, nie dotyczą jednak całego społeczeństwa. W Polsce wciąż dość silna jest kultura patriarchalna, w której kobieta przyzwoita to ta, która nie myśli o swoich potrzebach, tylko koncentruje się na tym, by partnerowi było przyjemnie. Niektóre kobiety świadomie stawiają siebie na drugim miejscu, bo chcą w ten sposób przywiązać do siebie mężczyznę albo zyskać poczucie, że postępują zgodnie z normami, zachowują się tak, jak należy. Są też takie, które teoretycznie przyznają, że również mają prawo dążyć do przyjemności w seksie, ale jednocześnie mocno w nich tkwi to, co wpojono im w dzieciństwie – że mądra żona nie myśli o sobie, tylko o tym, jak zatrzymać męża. Ten konflikt między tym, co podpowiada nam zdrowy rozsądek, a tym, co mamy wdrukowane, może być bardzo trudny do pokonania. Dlatego jestem przekonana, że nadal bardzo ważna jest edukacja i przypominanie, że każdy człowiek ma prawo realizować swoje potrzeby seksualne.

Są relacje, w których to kobiety nie szanują seksualnych potrzeb partnera?
Oczywiście. Narcystycznych kobiet są całe bukiety. Jest też grupa, która uważa, że ich potrzeby seksualne są ważniejsze i powinny być zaspokajane w pierwszej kolejności. Te kobiety oczekują, że mężczyźni będą się wokół nich uwijać, i to najlepiej bez instrukcji. Ich podejście wynika z przekonania, że kobieca seksualność jest wyjątkowa i skomplikowana, a męska nie wymaga uwagi. Mówią: „Facet zawsze się jakoś zaspokoi”.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą też żyć w przekonaniu, że to, czego chcą w seksie, się nie liczy, bo oni sami są mało ważni.
Zwykle są to ludzie, których potrzeby w dzieciństwie nie były zaspokajane albo były zaspokajane w nieodpowiedni sposób czy w nieodpowiednim momencie, np. musieli jeść, mimo że nie byli głodni. Czasem słyszeli: „Nie ma: chcę. Są obowiązki”. Takie doświadczenia mogą potem utrudniać czerpanie radości z życia i z seksu. Jeśli jednak trafią na dobrego partnera, który powie: „Zajmijmy się wreszcie tobą” albo będzie często dociekać, co im sprawia przyjemność, mają szansę nauczyć się rozpoznawać swoje potrzeby i dbać o ich zaspokojenie. Wiedza na temat własnej seksualności rozbudowuje się przecież z każdym kolejnym kontaktem erotycznym. Nikt nie rozpoczyna życia seksualnego z pełną świadomością swoich pragnień i preferencji.

  1. Psychologia

Jakie cechy mężczyźni lubią u kobiet? Perfekcjonizm czy naturalność...

Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Ryzykując pokazanie się facetowi taką, jaka jesteś możesz zyskać go naprawdę, na długo. Udając kogoś innego, kogoś łatwego w życiu i przyjemnego do patrzenia skazujesz siebie na to, że cały czas trzeba będzie ten wizerunek pielęgnować i poświęcać mu dużo czasu i wysiłku.

Na pewno faceci mają kilka ulubionych cech u kobiet, ale chyba po prostu są to cechy, które są doceniane zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn. Do nich można zaliczyć: poczucie humoru, optymizm, ciekawą osobowość, dojrzałość emocjonalną, poczucie własnej wartości.

Najważniejsze, żeby najpierw polubić siebie i swoje wady, a nie tylko zalety! Żeby potem móc polubić kogoś innego, również z jego zaletami i wadami.
Jeżeli masz takie wysokie oczekiwania w stosunku do siebie – to nie będziesz też akceptować normalności i wad u mężczyzny – to obusieczna broń.

To, ile jesteśmy w stanie dać swobody innym – tyle możemy dać akceptacji sobie. I odwrotnie!
Nie pytaj więc, jak możesz być atrakcyjniejsza dla facetów, tylko jak być sobą w relacji z facetami..,

  • Mężczyzna może się w tobie zakochać, jeśli pokażesz mu siebie. Jeżeli będziesz się starała byś perfekcyjna, to zakocha się w idei, o ile w ogóle się zakocha, a nie w tobie.
  • Jeżeli pozwolisz mu na to, żeby mężczyzna się zakochał w koncepcie ciebie idealnej, to jesteś zamknięta w celu, w jaskimi, w klatce własnego wizerunku.
  • Bycie w tej celi oznacza, że musisz umniejszać swoje prawdziwe "ja" cały czas. Oznacza, że będziesz coraz bardziej rozgoryczona i ściśnięta.
  • Dlaczego tak się dzieje? I co powoduje, że kobiety same zamykają się w więzieniu, nie mówią i nie pokazują siebie, a co gorsze - boją się siebie?
  • Bierze się to z tego, że przez dłuższy czas lub całe życie twoje pragnienia nie były ważne i nikt nie zachęcał cię żebyś je okazywała, a wręcz przeciwnie: Twoje pragnienia były nieważne, a ty żeby przeżyć, musiałaś być nieobecna.
  • Kobiety z takim syndromem są często bardzo pomocne, chętne do dawania, bardzo miłe, chętnie do uśmiechu, wyglądają bosko, tak też się prezentują, a w środku jest lęk, że ktoś odkryje, że nie są takie świetne, że mają fałdkę na brzuchu.
  • Uwierz, że mężczyźni chcą poznać ciebie, a nie twój obraz ciebie. Bo przy kobiecie, która akceptuje się ze wszystkim i potrafi być wyluzowana i normalna - oni także mogą poczuć się swobodnie.
  • Musisz budować granice, a nie mieć ich coraz mniej, a twoje pytanie brzmi, jakbyś jeszcze i tę resztkę chciała usunąć.
  • Budowanie granic to uczenie się tego, co lubisz lub nie lubisz, chcesz lub nie chcesz, godzisz się lub nie godzisz, a potem okazywanie tego. Dla przykładu takie stwierdzenie "Nie lubię, jak mężczyzna moich marzeń mnie ignoruje. Nie chce być ignorowana". To jest hasło do ciebie, o tobie, to nie jest hasło, które ma zmienić jego. Jest związane z tobą. Ty musisz najpierw wiedzieć, czego nie chcesz i nie zgadzać się na to.
  • Masz się uczyć poznawać swoje potrzeby i wyrażać je. Wprost.
  • Z czasem będzie cię coraz bardziej drażnić, że nie masz czegoś, co chcesz lub masz coś, co cię nie spełnia. Coraz lepiej będziesz wiedziała, co robić. Ale na to potrzeba czasu, bo też przez długi czas zagłuszałaś swoje pragnienia.
  • Wracając do twojego pytania. Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. Ta sama wada u jednej kobiety jest zaletą według innego faceta. Trzeba trafić na swojego, na tego, który będzie lubił twoje duże biodra, to że śpisz do południa i to że lubisz się kochać po kilka razy dziennie lub odwrotnie.
  • To co jest ważne, to bycie sobą i stanie za sobą. Taka kobieta jest bardzo atrakcyjna, gdyż związek z nią ma duże szanse być długi i spełniający. Kobieta, która umie powiedzieć: "Nie, dziękuję" jest dla mężczyzny atrakcyjna. Oznacza, że jest silna i dba o swoje potrzeby przez co on nie musi się bać, że ją skrzywdzi.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, wyd. Zwierciadło.

  1. Seks

Zamieszanie wokół orgazmu – jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji?

Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Syzyfowa praca – takie odnosi się wrażenie, śledząc tytuły artykułów o orgazmach. Mężczyźni zagrzewani są do boju: „Podaruj jej wielki finał w 15 minut!”, a kobiety utwierdzane w nieustannym niespełnieniu: „Osiem powodów, dla których nie możesz mieć orgazmu”. I tak będzie już do końca świata?

Niedawno portal I Fucking Love Science przeanalizował tytuły czasopism w gazetach męskich i kobiecych. W tych pierwszych natknął się na: „Dziesięć lekcji o kobiecym orgazmie”; „Jak dać jej Wielki Koniec, na który zasługuje”; „Cztery zmysłowe sposoby na przyspieszenie jej orgazmu”; „Jak ją zadowolić, ale nie stracić całej nocy?”. – Tytuły tekstów do gazet dla mężczyzn są czysto zadaniowe: damy ci instrukcję, a ty podwijaj rękawy i bierz się do roboty. Z podobnym zadaniowym nastawieniem przychodzą do mnie mężczyźni. Mówią: „Proszę pana, mam 40 lat, jestem w stałym związku. Od kilku miesięcy (może kilku lat) mam zaburzenia erekcji. Tyle o mnie. Teraz zamieniam się w słuch, a pan doktor da mi instruktaż, jak mieć stalowy wzwód na zawołanie i jak doprowadzić partnerkę do zniewalających orgazmów. Proszę mówić” – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta z gabinetu CBTseksuolog.

Gazety kobiece mówią o orgazmie w zgoła innym tonie: „Osiem powodów, dla których nie jesteś w stanie osiągnąć orgazmu”; „Dziesięć faktów, których faceci nie rozumieją o orgazmie kobiecym”; „Sposoby na to, żeby osiągnąć orgazm razem”. – Tytuły dla kobiet są bardziej realne, nastawione na wsparcie. Opisują ogromne skomplikowanie kobiecej seksualności, dodają otuchy. Zachęcają do niezmuszania się, do dania sobie na spokojnie przestrzeni na seks, poznawania swoich stref erogennych. Motywują do niezniechęcania się w przypadku nikłych efektów – mówi Andrzej Gryżewski. Ale wnioski z analizy tych tytułów są jeszcze bardziej przewrotne:

Ona udaje – on myśli, że umie

Pod koniec 2017 r. roku zespół psychologów z Oakland University podał 63 (tak! tak!) przyczyny, dla których kobiety udają orgazm. Przypomnijmy, że David M. Buss, amerykański psycholog ewolucyjny, opisał 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. I tylko jeden z nich mówił o orgazmie. Naukowcy z Oakland posegregowali przyczyny fałszowania orgazmu na trzy grupy:

  1. Brak zainteresowania seksem (czyli „im szybciej mam orgazm, tym szybciej skończymy”);
  2. Wsparcie partnera („nie wychodzi mu, ale przynajmniej się stara”, również: „udaję orgazm, żeby utrzymać związek”),
  3. Manipulacja i oszustwo („świetnie udany orgazm za świetne futro” albo „czuję się niepewna, a udawanie orgazmu sprawia, że jest mi lepiej”).

286 kobiet, które naukowcy poprosili o pomoc, opowiedziało, jak często w życiu stosowały (stosują) określone strategie. Psychologowie nie mają, niestety, dobrych wiadomości. Udawanych orgazmów może być coraz więcej. Dlaczego? Z powodu coraz bardziej skomplikowanych relacji i kruchości związku. Niebagatelny jest także fakt, że coraz więcej par bezskutecznie stara się o dziecko: ich seks dawno temu przestał być spontaniczny i wypełniony orgazmami. Szacuje się, że połowa kobiet na pewnym etapie życia przez dłuższy czas udaje orgazmy. Co z mężczyzną, który myśli, że potrafi dać partnerce wielki finał, a w rzeczywistości tego nie umie? Najlepiej nie mówić mu o tym po dziesięciu latach związku. Dobrze jest zacząć od pierwszej randki. – Wygląda na to, że nijak nie możemy się dogadać. Kompletnie nie interesuje nas druga strona, tak jesteśmy skupieni na własnej perspektywie. Co z tego, że mężczyzna dowie się o technikach z poradnika, a kobieta ponarzeka, że jej partner nie potrafi jej doprowadzić do orgazmu. Co z tego, jeśli oni nawzajem sobie tego nie mówią? – pyta Anna Moderska, edukatorka seksualna, ekspert Tulipan.pl.

Co z męskim orgazmem?

Wyobraź sobie, że role się odwracają i czytasz w gazecie kobiecej: „Jak dać mu gigantyczny wzwód”? A w męskiej: „Dlaczego ona nie umie spowodować u ciebie orgazmu”. Czy ze wstrętem odłożysz instrukcje o gigantycznym wzwodzie? Z jakich przyczyn? Ponieważ orgazm męski jest w przekonaniu wielu kobiet prosty, łatwy, a seksualność facetów zwierzęca i niskich lotów. Anna Moderska: – Nasza wiedza o kobiecej seksualności i przyjemności (choćby czysto fizycznym jej aspekcie) jest mocno do tyłu. U mężczyzn z penisem na wierzchu wydaje się to oczywiste i łatwe od setek lat: dotykanie go powoduje wzwód i wytrysk z orgazmem. Z kobietami i ich schowaną łechtaczką sprawa wydaje się bardziej zawiła – odkrycia naukowe w tej dziedzinie to nowość – przez to sądzimy, że jest to kwestia skomplikowana. Poza tym postrzeganie męskiej przyjemności jest bardziej sprymitywizowane, choć zupełnie niesłusznie. Mężczyźni mogą mieć niesamowicie rozbudowane i zróżnicowane orgazmy. Tak jak kobiety, wszystko w rękach kochanki, warunków, w jakich uprawiają seks, i tego, co między nimi seksualnie się odbywa, a więc także komunikacji. Jakie są tego konsekwencje? – Statystyczne 34 procent mężczyzn w stałych związkach nie chce uprawiać seksu. Dlaczego? Bo czują, że muszą obsługiwać kobietę w seksie. Słyszę często całą sekslitanię zażaleń mężczyzn do ich partnerek. Mówią to z mieszanką wstydu i złości, bo nie za bardzo wiedzą, czy mają do tych uczuć prawo w sferze seksualnej. Bo podobno facet w seksie bierze wszystko jak leci. Nic bardziej mylnego – mówi Andrzej Gryżewski. Kobiety z kolei łapią się w pułapkę: „Nie mogę być ekspertem od męskiej seksualności, bo to by oznaczało, że jestem puszczalska”. – Kobiety przyuczane kilkusetletnią tradycją sądzą, że mają być skromne, czekać, aż je książę na białym koniu wybudzi pocałunkiem ze snu i wprowadzi w świat piękna i cudownej zmysłowej relacji – pokpiwa Anna Moderska.

Przyjemność jako straszak

Seksuologowie obserwują w gabinecie mężczyzn zalęknionych faktem, że nie dają partnerce orgazmu, że to oni są za niego w 101 proc. odpowiedzialni. – Mają przekonanie, że niedoprowadzenie kobiety do orgazmu skutkuje „byciem nikim” również i w innych sferach. Mówią: „Odkąd mam zaburzenia erekcji, zauważyłem, że coraz gorzej jeżdżę samochodem, gdy występuję na scenie, to już nie daję z siebie tyle energii, ile przed impotencją. To mi rujnuje życie” – opowiada Andrzej Gryżewski. – Kobiety są zniechęcone do seksu z partnerem, bo on się spina, jest sztuczny. Wiele kobiet dalej ma przekonanie, że mężczyzna jest „gospodarzem balu”, a ona jest księżniczką. Mężczyźni mają szereg zarzutów do kobiet: ona leży i pachnie, nie wydaje z siebie żadnego dźwięku, nie ruszy nawet powieką. Nie dzielą się z mężczyznami swoimi fantazjami seksualnymi, ciągle zwodzą, że powiedzą później, jutro, za miesiąc, jak nabiorą większego poczucia bezpieczeństwa...

Pokutuje stereotyp, że oni mają nie zawieść, mają obowiązek znać się na „tych sprawach” i wprowadzać kobietę w świat seksualności. Bo oni są bardziej doświadczeni. Czy tak jest? – Niekoniecznie, ale tego się oczekuje. Oczekują tego zarówno kobiety, jak i sami mężczyźni. Mężczyzna niewiedzący, jak postąpić, jest w powszechnym rozumieniu ostatnią fajtłapą, niedojdą. Przyznanie się do niewiedzy czy niekompetencji jest tragedią, do której ten za wszelką cenę nie chce dopuścić – mówi Anna Moderska. – Prawda jest taka, że mężczyźni powinni uczyć się, jak rozmawiać z partnerką o seksie i jak się od niej dowiedzieć, co jej sprawia największą przyjemność, a nie zakładać, że wiedzą, co jest dla niej najważniejsze. Kobiety lepiej wychodzą na uczeniu się własnej seksualności, mówieniu o niej bez wstydu i niezakładaniu, że mężczyzna, jak ten bohater romansu, doprowadzi ją do szaleństwa.

Ale zanim tak się stanie, wciąż nie ma jasności w temacie orgazmu.

Droga do rozkoszy okiem ekspertki

Jak podkreśla Anna Golan, seksuolożka: Mam wrażenie, że cytowane media odwołują się do naszych kompleksów i stereotypów na temat płci. Przekaz dla mężczyzny brzmi: kobiety oceniają twoją sprawność (oraz wielkość członka). Dla kobiet: powinnaś sprawić mu przyjemność swoim orgazmem. Można by tu dorzucić jeszcze wciąż, niestety, popularny pogląd, że orgazm osiągany w wyniku stosunku jest bardziej wartościowy niż ten osiągany poprzez stymulację łechtaczki. I tak obie płcie zamiast cieszyć się ze spotkania dręczą się myślami: „Jak wypadam?”. Jakie ma to skutki? Ludzie są nieszczęśliwi, nieautentyczni w swoich relacjach. Oczekujemy od mężczyzn bliskości, umiejętności wyrażania emocji i reagowania na nasze, jednocześnie bezlitośnie oceniamy ich w tej sferze życia, gdzie wszyscy jesteśmy najbardziej bezbronni. Z kolei młode kobiety, które dopiero zaczynają życie seksualne, już zaczynają się czuć mniej wartościowe, ponieważ nie osiągają orgazmu. Wymagają od siebie zbyt wiele. Z moich rozmów z kobietami jasno wynika, że seks oceniamy, biorąc pod uwagę jakość relacji, uwagę, jaką poświęca nam partner. To, że inspirujemy, ekscytujemy siebie nawzajem, jest ważniejsze w ocenie kobiet niż najbardziej wyszukane techniki oferowane przez mężczyznę, który nie wzbudza emocji. Kobietom doradzałabym samodzielne poznawanie swoich ciał, tak jak to robią mężczyźni! Dzielcie się tą wiedzą w sypialni, pokazujcie, kiedy kochanek rzeczywiście dostarcza wam rozkoszy. Często przeszkodą w osiągnięciu orgazmu jest presja na to, żeby go przeżyć.

  1. Psychologia

Związek kobiety z młodszym mężczyzną - czy wiek ma znaczenie?

- Istnieje niepisany nakaz społeczny, według którego starsze kobiety są aseksualne. A przecież tak nie jest - mówi psychoterapeutka Olga Haller. (Fot. iStock)
- Istnieje niepisany nakaz społeczny, według którego starsze kobiety są aseksualne. A przecież tak nie jest - mówi psychoterapeutka Olga Haller. (Fot. iStock)
Czy zmiany obyczajowe spowodują, że kobieta, która ma o wiele młodszego partnera, nie będzie budziła zdziwienia lub zgorszenia? A może sprawią, że takie związki staną się powszechne? To bardzo smutne, kiedy wyobrażamy sobie, że tracąc młodość, tracimy siebie, naszą kobiecą tożsamość i prawo do seksualności – mówi psychoterapeutka Olga Haller.

Związki, w których mężczyzna jest starszy od swojej partnerki zdarzają się często, sam w takim jestem. Na odwrót to już rzadkość.
Znam całkiem sporo związków: on starszy, ona o wiele młodsza. Bywają dobre i szczęśliwe. Takich, gdzie to ona jest starsza – niewiele. A z różnicą wieku ponad 10 lat nie znam wcale. Taka była tradycja, tak ukształtowała nas kultura. W pierwszym przypadku wydaje się, że jemu ta niesymetryczność nawet czegoś przydaje, na przykład uznania otoczenia. Gdy ona starsza, to raczej jej czegoś brak, i problemy wiszą w powietrzu. Niezrozumienie i zakłopotanie otoczenia, podejrzenia – on szuka matki lub jest interesowny.

Zgoda, takich stałych związków jest niewiele, chociaż romansów pewnie znacznie więcej. Ale nadal wydaje mi się, że kobiety raczej rzadko interesują się o wiele młodszymi facetami.
Tego nie możesz wiedzieć! Która się przyzna? Same przed sobą się nie przyznajemy. Nie ma przyzwolenia, by starsze kobiety, jak starsi panowie, mogły się choćby zachwycić młodością, nie mówiąc już, że uwodzić, flirtować... Kobiety paraliżuje wstyd przed śmiesznością.

Przed wieloma laty kobieta, która wydawała mi się stara, a pewnie była o wiele młodsza niż ja teraz, westchnęła: „Ach, gdybym była młodsza”, i popatrzyła na mnie czule. Pomyślałem oburzony: „Coś takiego!”. Innym razem, też dawno temu, jakaś inna pani, o wiele starsza, chciała ze mną tańczyć. Poczułem, że to śmierć bierze mnie w ramiona, i uciekłem. A teraz wstyd, ale tak było... To pewnie był też lęk przed czasem, który zjada nas wszystkich.
Związek z młodszym wyostrza problemy atrakcyjności fizycznej, na co młody i głupi zareagowałeś tak brutalnie. Tego też boją się kobiety. Wszystkich nas wiążą normy, co wypada, a czego nie, szczególnie kobiety, gdy są już „w pewnym wieku”. Obawiam się, że tak mocno boimy się przekroczenia tych reguł, że negujemy naszą wrażliwość erotyczną w tym obszarze.

Związek z młodym zawsze dramatycznie podkreśla wiek kobiety, ale i mój, gdy jestem z młodą żoną.
Jeśli to trwa dłużej – zmusza kobietę do szczególnych starań, żeby zatrzymać czas. Nawet jeśli partner nie przywiązuje do tego wagi. Są jednak wielkie zmiany w stosunkach męsko-damskich, podwójne standardy w sferze seksu wyraźnie się kruszą. Jedna z moich koleżanek po czterdziestce (świeżo upieczona babcia) jest w związku z 30-latkiem. Mówi, że wreszcie rozumie tych wszystkich starszych facetów pożądających młodych dziewczyn, kiedy teraz sama zachwyca się pięknem ciała partnera – to takie pociągające! Zawrót głowy! A przy tym idealnie się uzupełniają – on dużo może, ona dużo chce. I nie martwi się, że jej ciało nie jest doskonałe – z rozstępami i blizną po porodzie. Inna znajoma (45 lat) dzieli się swoim doświadczeniem: „Może właśnie dlatego możemy cieszyć się z takich związków, bo ta różnica wieku zwalnia kobietę z dalekosiężnych projektów – planów na ślub i życie wieczne, pozwala zanurzyć się w tym, co jest”. Zmieniając jedną regułę gry, łatwiej zmienić kolejne i być w takim związku bardziej w zgodzie z sobą niż z wymogami kobiecej roli. Ale by w pełni się to dokonało, musi minąć trochę czasu. Przecież ile trzeba było czekać, by praca zawodowa kobiet stała się czymś naturalnym. Tak też będzie z prawami kobiet do różnych form ekspresji własnego erotyzmu.

Ale jeśli chodzi o model: on młodszy, ona o wiele starsza, chyba nie przewidujemy jego wielkiej popularności?
To zapewne będzie zawsze margines, tak jak marginesem jednak pozostaje model: on o wiele starszy od niej. Być może te dwa marginesy kiedyś się zrównają. Związek starszego z młodszą kobietą ma większe szanse na trwałość ze względu na biologię – możliwość posiadania potomstwa. W drugą stronę spotykamy się z biologicznym ograniczeniem.

Jednak duży potencjał seksualny dojrzałych kobiet, ich doświadczenie i odwaga, często także głód zmian, mogą przyciągać młodszych mężczyzn i prowadzić do tworzenia wolnych związków potrzebnych obu stronom na jakiś czas. Niektóre z nich przetrwają.

Z tradycjami jest tak, że nigdy do końca nie wiemy, na ile napędza je natura, a na ile kultura. Zwykle okazuje się, że kultura bywa silniejsza, niż nam się zdaje. A nam nadal sporo brakuje, by mówić o tym szczerze.

To mów szczerze: jak to z wami naprawdę jest?
Trudno otwarcie przyznać się, że interesują nas młodzi urodziwi mężczyźni, że patrzenie na szczegóły męskiego ciała czy śledzenie wzrokiem zgrabnego chłopca może być dla nas ekscytującym zajęciem. I może to dotyczyć realnych kontaktów lub postaci z filmu czy muzyki. Kilka lat temu pozwoliłam sobie na taką fascynację – spędziłam wiele godzin na oglądaniu koncertów Led Zeppelin i słuchaniu zachwycająco zmysłowego i bezwstydnego młodego Roberta Planta… Czy to śmieszne? Może dojrzałej kobiecie to nie uchodzi? Możemy też zachwycić się urokiem nastolatka, zobaczywszy w nim zapowiedź przystojnego mężczyzny. Też niedobrze – powinnam widzieć w nim tylko dziecko, coś ze mną nie tak. Albo w twarzy jakiegoś młodzieńca dostrzec rysy pierwszego chłopaka, aż zabije nam mocniej serce, jak kiedyś… Cięcie wewnętrznego cenzora – i przestajemy patrzeć na świat w ten przyjemnie pobudzający sposób. Odcinamy się od naszej seksualnej witalności. To zablokowanie zubaża nasze życie, pozbawia je smaku. Czasem rodzi agresję, np. szefowe lub nauczycielki tępią młodych, zamieniając nieakceptowane uczucia na agresję.

Kobiety na wszelki wypadek blokują te „nieskromne” zainteresowania, frywolne myśli czy erotyczne tęsknoty, żeby nie narazić się na upokorzenie, krytykę, zawstydzenie. Mężczyźni mają tu dużo więcej swobody, dla nich jest przyzwolenie na odmianę, na rozmaitość...

Począwszy od romansów z młodymi po prostytutki czy sponsoring.
Tak, mężczyźni korzystają z prawa do najróżniejszych form ekspresji seksualnej. A sądzi się, że kobieta po czterdziestce powinna traktować młodszych facetów jako synów, a nie obiekty erotyczne. Jeśli jest inaczej, podejrzewa się nas o jakieś odchylenie. Z moich rozmów z kobietami wynika, że istnieje silne tabu – 10–12 lat różnicy to jeszcze OK, ale więcej absolutnie nie! O wiele młodszy partner zbyt mocno kojarzy się z relacją matka – syn, co zabija erotyczne zainteresowanie! Rzeczywiście zabija? A może pod społeczną presją kobieta stosuje mechanizm wyparcia? Dlaczego dla mężczyzn ta blokada nie jest tak mocna? Czemu „Lolita” znalazła na stałe miejsce w kulturze, sankcjonując w pewnym sensie zakazane męskie pragnienia? Czemu nie ma jej chłopięcego odpowiednika?

Nadal upieram się, że kobiety „naturalnie” wolą nieco starszych partnerów, młodsi są dla nich za mało dojrzali.
Ja raczej zwróciłabym uwagę na to, jak powszechne i głęboko zakorzenione są przekonania, które odbierają starszym kobietom prawo do seksualności.

Gdy kobieta musi się skonfrontować z przemijaniem, ma cięższe zadanie niż mężczyzna. Tracąc młodość, traci urodę, figurę, a wraz z nią atrakcyjność, z której korzystała w relacjach z ludźmi i która, co gorsza, stanowi w naszej kulturze o jej wartości jako osoby. Traci władzę, możliwość wpływu – przyciągania spojrzeń, uwagi. Jakby stała się niewidzialna. Podczas gdy mężczyzna, starzejąc się, pozostaje atrakcyjny jako partner seksualny, kobieta z każdym dniem rozstaje się z tą szansą. To bardzo smutne, kiedy wyobrażamy sobie, że tracąc młodość, tracimy siebie, naszą kobiecą tożsamość i prawo do seksualności. Istnieje niepisany nakaz społeczny, według którego starsze kobiety są aseksualne. A przecież tak nie jest. Jak bardzo mogłaby pomóc nam świadomość, że wciąż możemy odczuwać erotyczne zainteresowanie światem, w tym mężczyznami, także młodszymi, a nawet o wiele młodszymi? I że nie musimy tego ukrywać, narażając się na kpinę czy etykietę „niewyżytej baby”.

Zauważmy, że to same kobiety potępiają i wykpiwają te starsze, które chcą być wolne od ograniczeń wieku. Może po prostu zazdroszczą, ale nie są tego świadome?
Samo uświadomienie sobie czegoś, czego nie akceptujemy, może być uwalniające. Może pomagać rozwinąć się tolerancji. Najwięcej napięcia rodzą te uczucia i potrzeby, które musimy skrzętnie skrywać. Nie powstrzymujmy więc zainteresowania mężczyznami i seksem, mimo że lat nam przybywa.

Myślę, że wyobraźnia już niemal została odblokowana, teraz czas na realne życie.
Okropne jest to zamknięcie, też je czuję. A przecież to nie musi od razu oznaczać intencji romansu, lecz jedynie szanse na przepływ energii, wymianę zdań, na taki rodzaj międzypokoleniowego flirtu, który odświeża i odżywia obie strony – odmładza jedną, a dowartościowuje drugą.

To prawda, bliskość młodości doprowadza życiowe soki do zardzewiałego organizmu.
Od razu zardzewiałego! Niekoniecznie, starsze organizmy bywają całkiem sprawne, jeśli są zadbane. Seksualność żyje w każdym wieku, od urodzenia do końca, zawsze jest obecna, choć się zmienia. Mamy jeszcze dużo do zrobienia, by się na nią zgodzić i z niej korzystać – rozumnie i swobodnie.