1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Szlakiem dawnych osadników

Szlakiem dawnych osadników

Najstarsza muzyka Ameryki ma w sobie ton cierpienia i potęgę nadziei. Protestanckie hymny białych ludzi zasiedlających nowe ziemie wcale nie należą do przeszłości. Można poddać się ich mocy - w Warszawie, w Klasztorze Dominikanów.

Sacred Harp to stare protestanckie pieśni osadników amerykańskich. Śpiewy czterogłosowe zapisane za pomocą figur: fa - trójkąt, sol - koło, la - kwadrat, mi - romb. Dawniej, dzięki temu prostemu zapisowi ludzie niewykształceni muzycznie szybciej uczyli się śpiewać. „Sacred Harp” - śpiewnik wydany w Georgii w roku 1844, nie zmienił swojego kształtu do dziś. Na północy Stanów ten sposób śpiewu dopiero się odradza, ale na południu tradycja jest żywa, przekazywana z pokolenia na pokolenie.

- Spotykamy się i siadamy w kwadracie, w którym każdy bok tworzą inne głosy: tenory, basy, soprany i alty -opowiada Allison Schofield, która śpiewa i uczy śpiewów Sacred Harp od 10 lat. Gościła w Polsce w październiku 2009 roku. - Ktoś, kto chce wywołać jakąś pieśń, zgłasza jej numer, wychodzi na środek i prowadzi, pokazując rytm ręką. Śpiewamy solmizacją (wypowiadając nazwy nut), potem słowami. To są proste i dojrzałe teksty. Jest w nich dużo radości, życia i piękna, ale też cierpienia, bólu i śmierci. Pełne spektrum uczuć.

- W Massachusetts, gdzie mieszkam, takie śpiewy odbywają się każdego tygodnia - mówi Allison. - Ponadto raz w miesiącu organizujemy duży zjazd. Na spotkaniu śpiewamy przez 3-4 godziny. Każdy współtworzy pieśń, jednocześnie podąża za głosem i prowadzi. Czasem jeżdżę do innych miast. To wielka radość podróżować do nowych miejsc i środowisk. Ludzie przyjmują mnie jak swoją. Obdarowują śpiewem, gościną i jedzeniem. Bo kocham tę samą muzykę co oni.

Śpiewamy i uczymy się

- Po raz pierwszy wybrałam się na koncert Tima Eriksena, kiedy byłam jeszcze w college’u. I wtedy usłyszałam Sacred Harp - wspomina Allison. - Padło publiczne zaproszenie na niedzielne śpiewanie. Poszłam. Nagle znalazłam się w czyimś domu, gdzie było mnóstwo rodzin, staruszków i dzieci, i wszyscy śpiewali tę dziką muzykę. Podeszła do mnie jakaś rodzina z Alabamy i mówi: „Musisz do nas przyjechać, pomieszkać z nami i pośpiewać”. Widziałam ich pierwszy raz w życiu. Pojechałam.

- Wszyscy okazali się bardzo otwarci i wyrozumiali. Chciałam śpiewać i to było najważniejsze. Robiłam błędy, a oni mówili, że to dobrze, że dzięki temu się uczę. Nigdy nie usłyszałam: „nie umiesz, źle...”. Za każdy właściwy dźwięk byłam chwalona, a gdy mi nie szło, ktoś pomagał mi prawidłowo wykonać dany dźwięk albo intonował go sam, bym mogła się nauczyć na jego przykładzie. Osoby doświadczone dzieliły się ze mną swoją wiedzą. Teraz ja uczę innych. Uwielbiam to - oczy Allison błyszczą radością. - To cudowne podejmować wspólnie trud, by poskładać różne głosy w jedną całość, we wspólną pieśń, której wcześniej nie było. To niezwykłe przeżycie, radość i przerażenie. Ludzie otwierają się, dojrzewają, w końcu znajdują w sobie odwagę na poprowadzenie pieśni .

O śpiewach Sacred Harp Allison opowiada z wielką pasją. Nie ma wątpliwości, że kocha to, co robi. - Daję ludziom przekonanie, że każdy może śpiewać, że każdy głos jest tak samo piękny i potrzebny. Na warsztatach powstaje bezpieczna i pozytywna przestrzeń. Allison zachęca, by wszyscy śpiewali jak najgłośniej i dawali z siebie jak najwięcej. Więzi, które powstają podczas śpiewania i pokonywania trudności, tworzą niezwykłą wspólnotę. Im jest silniejsza, tym silniejszy jest śpiew. Ta energia udziela się uczestnikom Sacred Harp.

Wspólny radosny trud

- Moim zwyczajem jest coroczny wyjazd na Festiwal Muzyki Dawnej do Jarosławia - opowiada ojciec Błażej Matusiak, przeor klasztoru dominikanów. – W ubiegłym roku odbyły się tam warsztaty śpiewów Sacred Harp. Oczarował mnie prowadzący Tim Eriksen i porwała muzyka. Głośny śpiew, piękne melodie i teksty. Słowa o życiu i śmierci, o radości i cierpieniu, pytania, po co jesteśmy tu, na ziemi. Powaga i surowość. Muzycznie - nowy świat o spójnych i czytelnych regułach, którym chciałem się podporządkować.

- Zawiązała się cała grupa miłośników Sacred Harp i pomyślałem, że skoro mam taki duży dom, to chętnie zaproszę wszystkich do śpiewania - wspomina ojciec Błażej. - Zaczęliśmy spotykać się co dwa tygodnie. Po kilku miesiącach wybrałem się do Stanów. Wielki zjazd, Western Massachusetts Sacred Harp Convention, dwa dni śpiewania z bing bandem Lionela Hamptona. Całe stoły jedzenia, otwartość i radość. Ludzie podchodzili, by mnie poznać. Ta gościnność i prostota bardzo mnie ujęły. Aby dopuścić jak najwięcej prowadzących, śpiewaliśmy często tylko 2 zwrotki, ale z wielkim zaangażowaniem. To było niezwykłe przeżycie, poczucie wspólnej drogi do domu. Po poprowadzeniu przeze mnie pieśni „Hallelujah”, 1. I 4. zwrotki, ktoś podszedł do mnie i powiedział, że to najważniejsze strofy tej pieśni, inny wyznał, że to była ulubiona pieśń jego mamy, kolejna osoba dziękowała za moją lekcję. Bardzo mnie to wzruszyło, bo to pieśń nadziei, która jest pewnością, radością i oczekiwaniem.

 
Według ojca Błażeja, Sacred Harp to lekcja tolerancji. W tych pieśniach spotykają się wszyscy, bez względu na wiarę i pochodzenie. - Cieszę się, że jest takie miejsce, do którego można ludzi zaprosić. Robimy tu coś dobrego i pięknego. Dla mnie to wspólny radosny trud, dzielimy się nie tylko śpiewaniem, lecz także uczuciami wyrażanymi w tych pieśniach - smutkiem i radością. Mam poczucie, że to są moje pieśni, że to jest moja muzyka.

Każdy może się przyłączyć

- O starych protestanckich pieśniach o dziwnym zapisie nutowym dowiedziałem się przypadkiem - wspomina Mikołaj, uczestnik warsztatów. - Obejrzałem kilka filmów w internecie i ten śpiew przyciągnął mnie swoją szczerością. Choć nie umiałem czytać nut, pojechałem do Jarosławia. Spodobało mi się, że w krótkim czasie mogłem wtopić się w ten potężny śpiew i wielką tradycję, w to prymitywne szczere piękno, z którego powstaje sztuka wysokiej próby. Śpiew jest harmonijny i autentyczny, bliski temu, co jest nam, ludziom, wspólne. Pieśni są o cnotach - słowo staroświeckie i dziś niepopularne - zwłaszcza o wytrwałości i nadziei.

I tak Mikołaj zaczął śpiewać. - Na początku trafiała do mnie sama muzyka, zwracałem uwagę przede wszystkim na melodię, którą mam do zaśpiewania, potem na brzmienie całości, a dopiero na koniec - na słowa. Amerykanie mówią, że każda śpiewana pieśń jest lekcją. Siadamy w tzw. klasie, ktoś wychodzi na środek i daje lekcję. Czasem to jestem ja, czasem ktoś inny - młodszy lub starszy. Siadam wtedy i pozwalam obcej osobie udzielić sobie lekcji. I ona to robi, nawet jeśli nie czuje się nauczycielem. Przemawiają przez nią głosy jej nauczycieli, autorzy tekstów i melodii. Gdy zrozumiałem, że to są lekcje, zacząłem więcej uczyć się od innych. Patrzyłem, jak ktoś prowadzi. Słuchałem, jak śpiewa. Obserwowałem, jak komuś pomaga. Uczyłem się od ludzi cnót, o których mówią pieśni.

Mikołaj przytacza słowa Allison: Aby poprowadzić pieśń, trzeba być pewnym i pokornym. Porządek rzeczy jest oparty na równowadze tych dwóch cech. Ale każdy może się w tym śpiewaniu odnaleźć, także niepokorni i niepewni, którzy nie wiedzą, jak im ono pójdzie. I mogą przychodzić tak długo, aż poczują się wystarczająco pewni, by sami dawać lekcję innym. To są proste pieśni i proste zasady.

- Każdy śpiew jest otwarciem się, jest formą ekstazy -mówi Mikołaj. - Zgadzam się na to, by coś mnie opuściło. Ryzykuję. I uczę się. Nie mam opanowanej techniki, po prostu zaczynam to robić. Trzeba zdobyć się na pewną dozę pewności siebie, ale i pokory – i zaśpiewać swoim głosem, w sposób jak najbardziej naturalny. Inaczej się nie da. Głos stylizowany nie współbrzmi z innymi. Siadamy do śpiewania tacy, jacy jesteśmy. Po prostu się przyłączamy.

Śpiewy Sacred Harp pomagają:

  • otworzyć się
  • odkryć swój głos
  • zbudować właściwą pewność siebie
  • nabrać odpowiedniej pokory
  • wejść we wspólnotę, którą się współtworzy i z której się korzysta
  • nauczyć się dawać i brać
  • wyrażać głębokie uczucia
  • zrozumieć wspólnotę ludzkich doświadczeń
  • zbudować więzi z innymi
  • odczuć radość wspólnego trudu
  • uczyć się współpracy i nadziei
Zaproszenie do św. Jacka

Spotkania z pieśniami Sacred Harp odbywają się  w klasztorze Dominikanów w Warszawie, przy ul. Freta 10. Organizują je miłośnicy tradycyjnego śpiewu liturgicznego ze Stowarzyszenia „Sztuka Żywota”. Do udziału w spotkaniach zapraszają wszystkich, którzy zapragną wspólnie zaintonować starą, rdzennie amerykańską pieśń. Nie są tu wymagane muzyczne umiejętności ani znajomość języka angielskiego. Wystarczy przyjść i śpiewać.

„Na przestrzeni wieków wspólny śpiew jednoczył ludzi, nadawał rytm ich codziennemu życiu i przydawał blasku wspólnemu świętowaniu” – piszą na swojej stronie członkowie Stowarzyszenia. „Chcemy naszą pracą chronić jego pamięć, przywracać teraźniejszości dawne dźwięki i harmonię. Pragniemy zarażać naszym zachwytem innych, dlatego nie możemy zgodzić się na to, aby ten śpiew zupełnie zamilkł. Każdy może dołączyć do naszej grupy, poczuć siłę śpiewu w samym sobie, a przez osobiste i wręcz fizyczne doświadczenie poznać jego pierwotny charakter”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Roma Gąsiorowska o emocjach w zawodzie aktora

Roma Gąsiorowska uważa, że zanim zacznie się grać, najpierw trzeba zamknąć drzwi do swojego domu. (Fot. Mieszko Piętka/AKPA)
Roma Gąsiorowska uważa, że zanim zacznie się grać, najpierw trzeba zamknąć drzwi do swojego domu. (Fot. Mieszko Piętka/AKPA)
Aby wiarygodnie pokazać emocje, trzeba je zrozumieć, poczuć, a jednocześnie zachować dystans. – Zanim zaczniesz grać, musisz najpierw zamknąć drzwi do swojego domu – mówi Roma Gąsiorowska. Jej zdaniem dobry aktor musi być też dobry dla siebie. 

Aktorstwo to praca wyłącznie na emocjach?
To przede wszystkim nieustająca praca nad sobą. Weryfikacja tego, czego się boimy, jak siebie czujemy, jak radzimy sobie z wewnętrzną krytyką. To praca nad akceptacją każdego aspektu swojej osobowości poprzez odnajdywanie siebie w postaciach i poszukiwanie, gdzie stawiamy granicę, i to na wielu polach. To umiejętność komunikowania się, wsłuchiwania się w to, kim jesteśmy oprócz tego, że jesteśmy aktorem czy aktorką. Dopiero później przychodzi praca z emocjami. W tym zawodzie potrzebne są duża elastyczność i dyscyplina emocjonalna. Nazywam to dystansem, bo trzeba być gdzieś pomiędzy sobą a rolą, aby umieć oddawać autentycznie emocje postaci, ale nie brać ich z siebie i do siebie, umieć oczyszczać tę energię, która towarzyszy sztucznemu generowaniu emocji, a potem świadomie wracać do wewnętrznej harmonii. To podstawowa umiejętność. Tego nie uczy się w szkołach, no, chyba że w mojej (śmiech).

Zawód, który uprawiam, uczy mnie bardzo dużo. Wiele lat zagłębiania się w psychikę nie tylko moją czy osób, które gram, ale każdego napotkanego człowieka. Aby zagrać wiarygodnie, trzeba nie tylko zrozumieć postać i siebie, ale obserwować innych ludzi i mechanizmy, które rządzą naszymi zachowaniami. Aktor zawsze działa w warunkach trudnych. Jest wystawiony na krytykę, wybebesza się emocjonalnie przed publicznością.

Na czym polega to wybebeszanie się?
Wybebeszaniem się nazywam emocjonalne obnażenie. Nie mamy możliwości skontrolowania wszystkiego, co jest odbierane przez innych podczas wchodzenia w emocje postaci. Trzeba zaufać sobie i bezpiecznie przejść przez ten proces, starając się nie oceniać, ale działać w emocjach. Świadomie się w nich „nakręcać”, szukając prawdy i zbliżając się do postaci. A po wszystkim umieć się wyciszyć i zaakceptować efekt. Przeprowadzić wewnętrzny dialog.

Na reżyserii czy aktorstwie przez długi czas nie było podobno żadnych zajęć z psychologii. Psychologia interesuje się filmem, a film – co dziwne – psychologią nie do końca.
No właśnie, różne mechanizmy psychologiczne powinny być podstawą edukacji każdego aktora i aktorki, ponieważ sami z siebie nie jesteśmy tego świadomi. Oczywiście fajnie jest, jeśli wkręcasz się w swoją rolę, a nawet trochę schizujesz, bo jesteś wtedy dziką artystką, a tego się od nas oczekuje. Ale musisz mieć w tym procesie jakąś autokontrolę i samoświadomość. Inaczej to jest eksperyment na żywym organizmie, który nie wiadomo jak się skończy. Bo zanim zaczniesz grać na serio, musisz najpierw zamknąć drzwi do swojego domu. O tym kiedyś się nie mówiło. Aktorzy byli pozostawieni sami sobie i musieli sobie jakoś umieć poradzić z emocjami, które generowali podczas tworzenia postaci. Jedni radzili sobie lepiej, inni gorzej. Dlatego uważam, że podstawą edukacji artystycznej, bo nie tylko aktorskiej, powinny być narzędzia psychologiczne, aby każdy twórca mógł świadomie rozgraniczyć fikcję twórczą i rzeczywistość. To bardzo pomaga w procesie tworzenia, a przede wszystkim w zachowaniu prawdziwego kontaktu ze sobą w życiu prywatnym.

Ja tego wszystkiego uczyłam się krok po kroku, kiedy miałam możliwości doświadczania siebie w postaciach w przeróżnych okolicznościach. Wzbogaciłam to w narzędzia psychologiczne ze względu na to, że się tym interesowałam, i połączyłam to w autorską metodę pracy. Dlatego osiem lat temu postanowiłam otworzyć własną szkołę. Dziś jestem przekonana, że to był dobry ruch, bo narzędzia wsparcia, świadomości i poczucia własnej wartości, które dajemy naszym studentom, powodują, że oni nie tylko osiągają sukcesy statystycznie większe niż aktorzy po państwowych szkołach, ale jako ludzie stają się bardziej stabilni, pewni siebie i szczęśliwi.

Co według ciebie znaczy to wyświechtane określenie „dbać o siebie”?
Być uważnym i czujnym w stosunku do siebie, obserwować, nazywać, analizować, zmieniać, otwierać, przepracowywać, wybaczać, zamykać, akceptować, wspierać… To też, niezależnie od doświadczeń, wyciągać wnioski i zwycięsko z nich wychodzić; stanąć na nogi i poukładać sobie wszystko w głowie.

Czy dzisiaj wsparcie psychologiczne w pracy aktorki to już standard?
Nie wiem. To kwestia indywidualna, ale chyba już od kilkunastu lat zmienia się ogólna tendencja i społeczeństwo nabiera świadomości. Wiele osób w moim zawodzie przechodzi czy przechodziło swoją terapię, co kilkanaście lat temu nie było tak powszechne. Fajnie, że nasze społeczeństwo bierze się za siebie. Myślę, że moje pokolenie jest pierwszym, które może mieć realny wpływ na swoje życie, używając narzędzi samoświadomości szerzej, niż robiło się to 20 czy 30 lat temu. Mamy dziś wiedzę psychologiczną, czytamy książki, dokształcamy się, rozwijamy. W AktoRstudio prowadzimy m.in. coaching dla aktorów i reżyserów. Coaching przydaje się już na pierwszym etapie rekrutacji do szkoły, kiedy trener rozmawia z młodymi ludźmi o tym, co będzie, jeśli się nie dostaną. Jaki mają plan? Jakie są ich zasoby i alternatywna droga rozwoju?

W jaki sposób pracujesz z aktorami i aktorkami jako coach?
Dzięki temu, że przez kilka ostatnich lat trafiały do mojej szkoły przeróżne osoby z rozmaitymi problemami, na różnych poziomach zamknięcia i z odmiennymi zaburzeniami dotyczącymi poczucia własnej wartości – miałam szansę na wypracowanie uniwersalnych metod. Pracuję już nie tylko z aktorami, lecz także z biznesem, prowadzę warsztaty, spicze motywacyjne i indywidualny coaching. Uskrzydla mnie, kiedy mogę dzielić się wiedzą i doświadczeniem, które powodują, że ludzie dokonują w sobie zmiany. Na moich oczach zdarzyło się to wielokrotnie. Na przykład przy „Córkach dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej pracowałam z dwiema młodymi dziewczynami, które już skończyły szkołę aktorską – Złotą i Srebrną Syreną, czyli Michaliną Olszańską i Martą Mazurek, otwierając je na pracę z ciałem, nagością i kobiecością. Rozgrzebywałyśmy na bieżąco różne emocje i próbowałyśmy stworzyć im na planie odpowiednie warunki po to, żeby dziewczyny mogły wydobyć z siebie to, co mają już zakotwiczone w wyobraźni. To nie jest łatwy proces, szczególnie na początku drogi potrzebujesz w tym jakiejś ochrony, kogoś, kto cię poprowadzi. Prowadzę aktorów przed castingami, daję master­classy przed filmem czy serialem, kiedy budują rolę. Pracuję też z młodzieżą, wspierając rozwój ich poczucia własnej wartości opartego na samoakceptacji, pozytywnej motywacji i umiejętności czerpania z kreatywnego potencjału, który jest w każdym z nas.

A jak ty doszłaś do samoświadomości?
To proces. Składa się na niego wiele elementów: doświadczenia życiowe, ciekawość świata, pasja w dążeniu do wiedzy i poznawania narzędzi psychologicznych, wola życia, wewnętrzny optymizm, determinacja, empatia oraz pokora. To mieszanka cech, które mi pomagają w poznawaniu siebie. Samoświadomość to przecież nie jest raz osiągnięty cel czy cecha, którą można nabyć. To raczej pewna droga do poznawania siebie i zgoda na to, aby ciągle nie wiedzieć jeszcze wielu rzeczy o sobie i o świecie, o ludziach. To gotowość do zmiany i otwartość na pokonywanie trudności. Jestem wielką fanką procesu. Lubię wprowadzać do mojego życia pozytywne zmiany i wciąż się uczyć czegoś, co może mnie wzbogacić wewnętrznie i w czymś pomóc.

Jaką metodą pracujesz najczęściej jako aktorka?
Głównie metodą pracy z wyobraźnią. Wypracowałam własne techniki, które polegają na wyciszaniu wewnętrznego krytyka i selektywnym skupieniu, które nie mają nic wspólnego z psychodramą. Ta metoda jest właśnie po to, żeby od siebie odpocząć i uruchomić wyobraźnię, a nie czerpać nieustannie z siebie. Jest wynikiem głębokiej analizy psychologicznej wszystkich postaci i próbą budowania napięć między nimi. Czyli nie tak jak często wykorzystywana metoda Stanisławskiego, w której filtrujesz wszystkie emocje przez siebie, czerpiąc mocno z własnego doświadczenia. Wiesz, co słyszałam, kiedy byłam jeszcze w szkole? „Roma, twoja mama umarła, to może wykorzystaj to, poczuj to teraz, pokaż nam”... A ja czułam, że tak nie można, to nie jest dobre! Nie da się pracować na swoich trudnych emocjach, używając ich do stworzenia postaci i obnażania publicznie najintymniejszych zakamarków umysłu, bez uszczerbku dla własnej osobowości i psychiki. Zawsze wiedziałam, że muszę ochronić przede wszystkim siebie. Dlatego metody pracy, którymi się dzielę, są nie tylko skuteczne, ale i bezpieczne, a jednocześnie pozwalają wejść bardzo głęboko w emocje, które są wiarygodne. Natomiast nie dotykają prywatności.

W psychologii znany jest eksperyment, który dotyczy mimicznego sprzężenia zwrotnego. Polega na tym, że wkładasz ołówek poziomo do ust i dzięki mimicznej reakcji uśmiechu, angażującej mięsień jarzmowy większy, po kilku minutach czujesz się zadowolona. To pokazuje, że nasz wyraz twarzy czy postawa ciała mogą wpływać na doświadczane przez nas emocje.
No właśnie, w tym wszystkim chodzi o większą świadomość swojego ciała. Bo na przykład stan delirki możesz zagrać na różne sposoby. Możesz się najpierw zastanowić, co czuje człowiek w tym stanie, kiedy to przeżywa. I później dołączasz do tego ciało, zaczynasz się trząść, co dzieje się bardziej mechanicznie. To bliskie metodzie Stelli Adler. Z kolei w metodzie fizycznej wychodzisz od ciała i dopiero wtedy zaczynasz coś czuć, nie uruchamiasz głowy.

Myślę, że każdy aktor i aktorka muszą przejść przez metodę Stanisławskiego, choćby po to, by dowiedzieć się o sobie więcej, ale niekoniecznie muszą tą metodą pracować, na dłuższą metę jest to bowiem zbyt eksploatujące. Moim zdaniem powinni znaleźć coś bezpieczniejszego dla siebie. Te metody działały i były potrzebne wtedy, kiedy w teatrze czy filmie grano jeszcze bardzo sztucznie. Teraz już wszyscy przywykliśmy do tego, że bierzemy z siebie i jesteśmy naturalni. Inaczej się nie da. Dlatego uważam, że edukacja aktorów powinna zostać zaktualizowana. I ja staram się to robić.

Czyli my tu o emocjach, a jednak w pracy aktorki wszystko sprowadza się do fizyczności...
Absolutnie nie! Uważam, że dużym błędem jest myślenie o zawodzie aktorki od strony fizyczności, chociaż rzeczywiście teraz zwraca się na to uwagę. To dobry temat na szerszą rozmowę. Ogólnie myślę, że z powodu kultu piękności i ciała oddalamy się od głębi i od podążania za własną intuicją, nie tylko w aktorstwie. Dlatego warto zwracać uwagę na takie sprawy, jak akceptacja siebie i swojego ciała, warto podkreślać naturalność, warto mówić o tym, że się od siebie różnimy i że to jest cenne. Nie zmieniać swojej urody zgodnie z obowiązującymi trendami i przede wszystkim jej sztucznie nie podkreślać. Podam ci pewien przykład: niedawno widziałam okładkę z Angeliną Jolie, spojrzałam jej w oczy i musiałam zasłonić ręką dół jej twarzy. Bo tylko oczy mówiły prawę.

Roma Gąsiorowska, aktorka, coach, reżyserka, producentka, menedżer kultury, założycielka szkoły aktorskiej AktoRstudio, twórczyni kierunku studiów Manager Sektora Kreatywnego na WSG w Bydgoszczy. Właścicielka W-arte Dom Produkcyjny. Znana z ról w filmach: „Pogoda na jutro”, „Rozmowy nocą”, „Wojna polsko-ruska”, „Ki”, „Sala samobójców”, „Listy do M” czy „Podatek od miłości”. Mama dwójki dzieci, żona aktora Michała Żurawskiego.

  1. Psychologia

Oczy mówią o nas najwięcej, niczego nie ukryją – przekonuje Wojciech Eichelberger

Każdy zna powiedzenie, że oczy są zwierciadłem duszy. Dlatego warto nauczyć się jak w nie patrzeć. (fot. iStock)
Każdy zna powiedzenie, że oczy są zwierciadłem duszy. Dlatego warto nauczyć się jak w nie patrzeć. (fot. iStock)
Ze spojrzenia można wyczytać naszą przeszłość i przepowiedzieć przyszłość. A to dlatego, że to, co przeżyliśmy, ukształtowało wyraz naszych oczu, ale też wpływa na to, co nas spotka w przyszłości. Z tego determinizmu możemy się wydostać, pod warunkiem jednak, że spojrzymy prawdzie o sobie prosto w oczy. Jeśli chcemy być szczęśliwi, warto też, byśmy wiedzieli, dlaczego nikt nie jest tak samotny jak Narcyz i dlaczego nie warto się wstydzić – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Można czytać z naszych oczu jak z otwartej książki czy to tylko poetycka metafora?
Tak, można, bo trudno oczy zmusić do udawania. Choć gdy w dzieciństwie jesteśmy nadmiernie kontrolowani i zmuszani do konspiracji, ukrywania prawdy, to jako dorośli potrafimy kłamać w żywe oczy. Jeśli najbliżsi nas zawiedli i sprawili masę bólu, nasze oczy stają się puste i milczące. Jeśli nas zawstydzano i upokarzano, oczy stają się ciężkie jak kule bilardowe, wiecznie spadają w dół, nie sposób ich podnieść. Uciekają przed wejrzeniem innych oczu, by skryć wmówioną nam winę czy hańbę. Gdy w dzieciństwie nie dostaliśmy miłości, która nam się z urodzenia należy, to oczy wyrażają głód i bolesne oczekiwanie. Jeśli doznaliśmy wiele przemocy, oczy staną się twarde i nieobecne, znieruchomieją w wyrazie gniewu i pogardy – i już nigdy nie zapłaczą. Jeśli dojrzewaliśmy pod nadopiekuńczym kloszem, doświadczając jedynie jasnej, różowej i łagodnej warstwy życia, to nasze oczy nabiorą wyrazu zdezorientowanego dziecka. Jeśli mamy powody, by wycofać się z tego świata do bezpiecznej przestrzeni myśli i marzeń – oczy staną się mętne i nieobecne, jakby zwrócone do wewnątrz. Oczy wyrażają najmocniej emocjonalnie przeżyte, formatywne wątki i epizody naszej biografii. Dlatego nazywamy je zwierciadłem duszy.

Jest w nich coś więcej. Zakochałam się w moim przyszłym mężu, kiedy tylko zobaczyłam jego zielone oczy.
Zakochałaś się więc od pierwszego wejrzenia. Zapewne wejrzałaś, czyli głęboko zajrzałaś w głąb jego duszy przez te zielone oczy. Najwidoczniej wejrzenie to obiecywało coś, czego, nie wiedząc o tym, długo szukałaś. Czy kolor oczu odegrał w tym jakąś rolę – trudno powiedzieć. Wyraz oczu wydaje się w tych sprawach ważniejszy. Barwa tęczówki to tylko kolor drzwi wejściowych. On może nam, oczywiście, coś mówić o mieszkańcu domu – ale może też zmylić. Najprawdopodobniej jednak zdecydowała jakaś twoja nieświadoma asocjacja związana z tym kolorem. Pewnie kiedyś, dawno, jeszcze w kołysce albo w poprzednim życiu, zobaczyłaś takie oczy patrzące na ciebie z radością, miłością i zachwytem. Lub też zobaczyłaś w jakichś ważnych dla ciebie zielonych oczach rezerwę, dystans i chłód. Może podjęłaś wtedy decyzję – o której później całkowicie zapomniałaś – że kiedyś jeszcze rozkochasz w sobie takie zielone oczy.

A może właśnie zielony kolor kojarzy się nam z miłością?
Na pewno z rodzącym się życiem, a życie rodzi się przecież z miłości. Jak już powiedziałem, najistotniejszy jest wyraz oczu i coś, co odbieramy w kategoriach jasne – ciemne. Dla większości ludzi to, co niezależnie od koloru oczu nazywamy jasnym spojrzeniem, jest pociągające, bo pozwala przeczuwać, że ta osoba ma jasno w duszy, że jest wewnętrznie rozświetloną istotą, która z zachwytem patrzy na świat. Jasne, szeroko otwarte, zachwycone i zadziwione światem, nieznające krzywdy ani straty to wzruszające nas oczy niemowlęcia. Żeby dorosły człowiek mógł tak patrzeć na świat, musi uwolnić serce i umysł od gniewu, chciwości, lęku i wstydu, od fałszywych przekonań na temat świata i siebie. Bo jasne oczy ma ten, kto ma otwarty, niedogmatyczny, czysty umysł – w żaden sposób do świata nienastawiony, który każdą chwilę odbiera jako nową i jedyną w swoim rodzaju, cudowną. No ale takich ludzi jest na świecie niewielu. Więc jeśli ktoś nie jest w takim stanie umysłu, ale ma jasny kolor oczu, to nas może nieźle...

...nabrać!
Całkiem niechcący. Analogicznie i stereotypowo uważa się, że ciemny kolor oczu wiąże się z depresyjną, czarną wizją świata. Ale tu znowu nie chodzi o kolor, lecz o trudno uchwytną jakość spojrzenia: jasność versus ciemność. Gdyby kolor miał świadczyć o depresji, to ciemnookie, ale przecież jakże radosne, ludy południowej półkuli gremialnie cierpiałyby na depresję. Chyba większość Polaków też ma ciemne oczy, lecz raczej nie ma ciemnego spojrzenia. Przecież większe kłopoty z depresją mają jasnoocy nordycy. Ale poza – a raczej ponad – różnicami w kolorze oczu oraz w ich kształcie mamy coś wspólnego wszystkim, coś łączącego nas ze wszystkimi ludźmi i innymi istotami posiadającymi oczy. Chodzi o źrenicę – czarną, intrygującą, nieodgadnioną. To przez nią tak naprawdę zaglądamy do wnętrz naszych dusz, a być może do przeczuwanej wspólnej duszy.

Jak się ten wgląd w duszę poprzez oczy odbywa?
W większości wypadków zupełnie podświadomie. Każdy z nas ma doświadczenie z tysiącem oczu. Bo wszędzie tam, gdzie są ludzie – kiedy wsiadamy do autobusu, wchodzimy do biura, do sklepu, na imprezę – pierwszą rzeczą, jaką odruchowo potrzebujemy zrobić, jest spenetrowanie stanu oczu obecnych tam ludzi. To superważna informacja o intencjach i emocjach grupy, do której wchodzimy: czy są spokojni, czy są agresywni, czy są zdystansowani, czy są otwarci. Ponieważ w naszych mózgach mamy fantastyczną bazę danych na temat wszystkich napotkanych w życiu oczu, więc wynik wyświetla się w ułamku sekundy. Często nie rejestrujemy go świadomie. Mamy tylko niejasne wrażenie lub przeczucie.

Psychoterapeutów uczy się czytania z oczu?
Nie trzeba się tego uczyć. To nasze dziedziczone od milionów lat wyposażenie. Praca terapeuty tylko wyostrza i usprawnia to szczególne narzędzie. Po wielu latach takiej pracy, polegającej w dużej mierze na byciu w dobrym kontakcie z ludźmi, na pewno uważniej obserwuję ludzkie oczy i więcej informacji z tego czerpię.

Podobno reakcja źrenic jest nie do zakłamania. Z wielu badań wynika, że źrenice zwężają się, kiedy nie lubimy tego, na co patrzymy, albo kiedy weźmiemy narkotyki itp. środki. Rozszerzają się, kiedy widzimy to, co nam się podoba, jesteśmy szczęśliwi albo podnieceni. I dlatego kobiety kiedyś zakrapiały oczy belladonną, by mieć „sympatyczniejsze” źrenice.
„Sympatyczniejsze”, czyli nadające komunikat: otwieram się na ciebie, fascynujesz mnie, zachwycasz, proszę, jeszcze, jeszcze więcej ciebie! Jedna para takich oczu w audytorium pełnym słuchaczy może dodać wykładowcy skrzydeł. W innych sytuacjach patrzenie drugiej osobie uważnie i głęboko w oczy może się okazać spotkaniem bardziej intymnym i pochłaniającym niż seks. Tylko trzeba wytrzymać, przekroczyć granicę układności i zdecydować się na jazdę bez trzymanki. Polecam. Bo ani słowa, ani gesty nie wyrażą złożoności i intensywności naszych uczuć i pragnień lepiej niż oczy. Nawet najlepsi poeci nie są w stanie znaleźć odpowiednich wyrazów.

Zostać zobaczonym to w dzisiejszych czasach pragnienie coraz większej liczby ludzi.
Niestety, rzadko dane jest nam spotkać ludzi, którzy, gdy patrzą, to widzą. Spotkanie z kimś takim jest poruszające. Zostać zobaczonym i usłyszanym to w dzisiejszych czasach pragnienie coraz większej liczby ludzi. Nazbyt często dorastamy w klimacie chaotycznych, pospiesznych, powierzchownych kontaktów z ważnymi dla nas osobami. Zabiegani, przepracowani i zestresowani bliscy nie są w stanie dać nam wystarczająco dużo czasu i uwagi. Więc gdy w gabinecie psychoterapeuty siadamy naprzeciwko kogoś, kto się nie spieszy, widzi nas i słyszy, to czasami niewiele więcej trzeba, byśmy odzyskali poczucie wartości i spokoju. Przecież: „Mamo! Tato! Popatrz! Popatrz!” – to chyba najczęściej wypowiadana przez dzieci prośba. Warto pamiętać, że tam, gdzie spoczną choćby na parę chwil nasze jasno patrzące, rozszerzone, zachwycone źrenice, tam rodzi się miłość i spokój.

Czyli kiedy nie jesteśmy widziani, czujemy się tak, jakby nas nie było?
Gdy dorastamy, potrzebujemy dobrych oczu innych ludzi, by odbijać się w nich jak w lustrze. By dowiadywać się, że jesteśmy i że jesteśmy na tyle ważni, aby inni chcieli kierować na nas od czasu do czasu uważne spojrzenie. Bo tylko oczyma możemy coś/kogoś zauważyć, czyli uznać za ważnego i zarazem uczynić ważnym.

Dlaczego to takie trudne i takie rzadkie patrzeć na kogoś tak, żeby go widzieć? Przecież wszyscy na siebie wciąż patrzymy.
Patrzymy, ale byle jak. A najbardziej byle jak patrzymy na ludzi, których znamy. By naprawdę widzieć innych, niezbędna jest postawa otwartej życzliwości i uważności, świadomość, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Więc także osoba, którą znamy i spotykamy codziennie, każdego dnia jest inną rzeką, inną osobą. Wszystko się nieustannie zmienia: nasze twarze, nasze ciała, nasze umysły, nasze uczucia i pragnienia. Najmniej zmieniają się oczy. Ale nigdy dość uwagi, by na zawsze nie zamrozić bliskiego człowieka w postaci sprzed lat.

„Patrzycie, a nie widzicie” – te słowa Jezusa dotyczą więc także naszych relacji z drugim człowiekiem. A oczy służą do tego, by widzieć.
Ale też do tego, aby nie widzieć, by widzieć tylko to, co chcemy lub spodziewamy się zobaczyć. Jezus zwraca uwagę na to, że nie wystarczy patrzeć, aby widzieć, że aby zobaczyć świat, tak jak On go widział, trzeba spojrzeć oczyma niewinnego, czyli niezaprogramowanego, zachwyconego dziecka. A to znaczy wywalić z umysłu stare, dziedziczone od niezliczonych pokoleń emocjonalne klisze, racjonalne filtry i przyjęte na wiarę przekonania, które interpretują nam wszystko, na co patrzymy, jeszcze zanim skierujemy tam oczy. Oczy widzą to, co jest, ale nasze zaprogramowane mózgi selekcjonują i zniekształcają te dane. Trzeba dużo odwagi i determinacji, aby się przez to przebić, a potem utrzymać mózg na wodzy. Budzimy się wtedy w raju, odkrywając z ulgą i wzruszeniem, że nikt nas z niego nigdy nie wypędził, lecz to my tylko zapadliśmy w długi koszmarny sen.

Przekonuje się nas dzisiaj, że mamy być ważni i uważni tylko sami dla siebie. Że nie liczy się to, czy inni nas widzą i jak nas widzą. Ale z tego, co mówisz, wynika, że bycie zauważonym przez ważnego innego to podstawa naszego poczucia istnienia i poczucia bycia kimś ważnym.
Tak. To bardzo istotny wymiar naszego dorastania i dojrzewania. Ale gdy jesteśmy już dorośli i jakoś ukształtowani, to warto się zmierzyć z tym, że nikt nas nie będzie zauważał. Dzięki temu uzyskamy wiarygodne świadectwo autonomii, niezależności i dojrzałości, odkryjemy bowiem, że nasza wartość jest niezależna od tego, jak odbijamy się w umysłach innych ludzi, a także we własnym – że jest immanentna, nierozłączna z naszym istnieniem. Jeśli jednak w dzieciństwie potrzeba bycia zauważonym została kompletnie stłumiona, to będziemy starać się ją zaspokoić w naszym dorosłym życiu – co stanie się powodem wielu rozczarowań, konfliktów z otoczeniem i cierpień. Bo nieustannie będziemy domagać się uwagi innych dorosłych. A dorośli innym dorosłym nie mogą i nie chcą dostarczać tego, czego nie byli skłonni ofiarować nawet własnym dzieciom, tym bardziej że w świecie dorosłych obowiązuje zasada partnerstwa i symetrii.

Kim tak naprawdę są zapatrzeni w siebie ludzie? Kim jest narcyz?
Narcyz tylko śni sen narcyza. W istocie niczego mu nie brakuje. Zapatrzył się na siebie, ponieważ nie patrzono na niego wtedy, gdy było to dla niego bardzo ważne. Albo patrzono w sposób, który dawał mu fałszywe odbicie – zbyt dobre albo zbyt złe. Więc nie miał wyjścia – aby zdobyć pozycję w ludzkim stadzie, musiał wynieść siebie najwyżej, jak się dało. Z braku innych, którzy winni mu byli pełne niekłamanego zachwytu zauważenie, zakochuje się sam w sobie, w stworzonym przez siebie wizerunku, i rozpaczliwie usiłuje przekonać do niego innych, a nawet wzbudzić ich zachwyt. W głębi serca boleśnie tęskni za spotkaniem z pozbawionym założeń, nastawień, oczekiwań oraz przeniesionych skądinąd emocji, rzetelnym lustrem, czyli za spokojnymi, uważnymi, cierpliwymi, kochającymi oczami o lekko poszerzonych źrenicach. Nie znajdzie ich już w świecie dorosłych. Zaś wypracowanym w pocie czoła zachwytem i poklaskiem dla swojej autokreacji nie może się nasycić, bo nie potrafi zapomnieć, że jest ona wielką ściemą. Jeśli jednak kiedyś bardzo zechce odnaleźć zapomnianego siebie, to z radością ujrzy, że jego prawdziwa twarz istniała także wtedy, gdy jego rodziców jeszcze nie było na świecie.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Prawdziwa odwaga to umiejętność współistnienia z lękiem. Kształtują ją rodzice

Im więcej doświadczyliśmy zrozumienia od rodziców, tym więcej nabieramy odwagi w wyrażaniu siebie bez obawy o konsekwencje (fot. iStock)
Im więcej doświadczyliśmy zrozumienia od rodziców, tym więcej nabieramy odwagi w wyrażaniu siebie bez obawy o konsekwencje (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Myli się ten, kto myśli: odwaga to brak strachu. Platon twierdził: „odwaga to wiedza, czego się bać trzeba, a czego nie”. Psychologia dodaje: brak strachu to patologia, potencjalne niebezpieczeństwo dla „śmiałka”. Prawdziwa odwaga to umiejętność współistnienia z lękiem i działania mimo niego. Rodzi się... w dzieciństwie.

Odwaga to cecha po części wrodzona, a po części nabyta. Już malutkie dzieci różnią się pod względem reaktywności: jedne wolą święty spokój i wtedy jest im dobrze, inne preferują dużą ilość bodźców. Te pierwsze są bardziej wycofane i łatwiej je zaspokoić pod względem wrażeń; drugie są bardziej ofensywne, widać po nich, że czegoś chcą dla siebie. Wrodzona jest też pewna agresywność: nie w sensie destrukcji, ale ekspansji, sięgania, zagarniania. Dzieci od urodzenia mniej agresywne, mające delikatniejszy układ nerwowy, są mniej odważne, bardziej płochliwe, spokojniejsze. Bodźce docierają do ich układu nerwowego z większą intensywnością, więc w niebezpiecznej sytuacji mogą się cofać, uciekać. Maluchy żywsze, obdarzone mniej wrażliwym układem nerwowym, będą bodźców poszukiwać, wychodzić im naprzeciw. Odporność ich układu nerwowego stanowi podwaliny pod silniejszą, odważniejszą osobowość. Ale nie daje gwarancji, że tak się właśnie stanie, bo...

To mama buduje odwagę!

Na to, czy dziecko wyrośnie na odważnego człowieka, wpływa relacja z rodzicami. Kiedy rodzice potrafią dobrze zrozumieć i tolerować lęki i niełatwe emocje dziecka, ważna, trudna część jego osobowości zostaje „oswojona”. Kiedy ekspansywny maluch złości się na matkę, bo nie dostał tego, czego chce, matka może zareagować dwojako. Może przyjąć, zrozumieć zachowanie dziecka; postawić w mądry i łagodny sposób granice. Ale może się też zemścić czy odepchnąć dziecko – wówczas chęć sięgania po coś okazuje się dla dziecka niebezpieczna w skutkach, grozi utratą miłości. Im więcej doświadczyliśmy zrozumienia od rodziców, tym więcej nabieramy odwagi w wyrażaniu siebie bez obawy o konsekwencje. Ta odwaga to przewaga śmiałości w wyrażaniu siebie nad lękiem, że coś nam się stanie.

Niech nic nie zagraża więzi, nawet kara. Mądra mama mówi maluchowi, co w jego zachowaniu jest niedobre czy niebezpieczne, i określa: „Za karę nie pozwalam ci dziś oglądać bajki, ale jutro już będziesz mógł”, i małe dziecko czuje, że więź nie została zerwana, że choć zrobiło coś złego, nie oznacza to utraty miłości rodzica czy relacji z nim. Bardzo niszczące dla poczucia pewności siebie są sytuacje, gdy mama się obraża (nie będę z tobą rozmawiać, bo jesteś niedobry). Dziecko traci wówczas poczucie możliwości naprawienia błędu. W człowieku rodzi się bardzo silny lęk, że szkoda, jakiej się dopuścił, jest nie do naprawienia. Jeśli twoja mama chciała, byś zapamiętał raz na zawsze – zapamiętasz, ale inaczej. Jako ktoś niepewny, przestraszony, tracisz tym samym część spontanicznej śmiałości do wyrażania siebie, jaką miałeś.

Załóżmy, że jako dziecko – chcąc zbadać, co się stanie, popchnąłeś stolik, rozlałeś to, co na nim stało. Jeśli twoja mama powiedziała: „Będzie nam potrzebna ściereczka i zmiotka, musimy posprzątać ten bałagan”, dała wsparcie i możliwość naprawy błędu. Nawet jeśli jest trochę zła na dziecko, z wyrozumiałością przyjmuje skutki jego ciekawości.

W końcu rodzice są tylko ludźmi. Jeśli rodzic wybuchnie, a potem powie: „Przepraszam, że cię przestraszyłam, ale sama się zdenerwowałam, dziecko dostanie komunikat: „Mama jest na mnie zła, bo zbroiłem, ale to nie oznacza katastrofy, zerwania więzi, wycofania miłości – nie muszę się bać”. Mądry rodzic potrafi przyznać się do błędu. Dziecko zalało klawiaturę soczkiem? Tak, ale to tata trzymał je na kolanach, pisząc raport. Jeśli wyrazi żal, że tak się stało (nawet jeśli w pierwszym odruchu wybuchnął ) i powie: „Nie płacz, skarbie, w sumie to moja wina, że pozwoliłem ci pić soczek nad laptopem”, nauczy dziecko odwagi.

Nagromadzone napięcie

W bardzo trudnej sytuacji emocjonalnej są osoby, które w dzieciństwie zaznały przemocy, np. gdy były siłą karmione, gdy rodzice się nie liczyli z tym, czego potrzebują, lub odwrotnie – czego nie chcą. Każda forma przemocy prowadzi do chaosu niszczącego zdrowe reakcje obronne. Dla człowieka, którego wnętrze zostało w dzieciństwie naruszone, nawet niewielkie zewnętrzne zagrożenie oznacza bardzo silne pobudzenie wewnętrzne. Wyobraźmy sobie taką sytuację: mamy sprawę w urzędzie, ale urzędniczka jest niemiła. Można by wszystko wyjaśnić, zadając jej pytania albo grzecznie zwracając uwagę, ale wycofujemy się z kontaktu, uciekamy. Wewnątrz nas zachodzi wyładowanie, owocujące w takich sytuacjach poczuciem wewnętrznego zniszczenia, rozbicia – choć nic się nie stało, ani my nikomu nic nie zrobiliśmy, ani nikt nam nic nie zrobił.

Czasem następuje reakcja odwrotna: odreagowanie, zaprzeczenie własnym emocjom i lękom nieproporcjonalnie do okoliczności. Objawia się na przykład tym, że potrafisz nawrzeszczeć na niemiłą urzędniczkę (choć częściej wrzeszczymy na partnera, który stoi obok). I nie ma to nic wspólnego z odwagą, jest raczej związane z napięciem, które gromadziło się w dzieciństwie w duszy człowieka doświadczającego przemocy, a które powraca w sytuacjach jawiących się jako wymykające spod kontroli. To reakcja na poziomie biologicznym: całe ciało reaguje nieadekwatnie do obecnego bodźca czy sytuacji. Układ nerwowy reaguje automatycznie tak jak w dzieciństwie, poza osądem naszego rozumu. Dlatego ktoś, kto jako dziecko doświadczał przemocy, może w dorosłym życiu usłyszeć: „Co za tchórz, urzędniczka trochę na niego warknęła, a on od razu położył po sobie uszy”. Jeśli nasze lęki, słabości i agresja nie były dobrze przyjmowane i rozumiane, jako dorośli możemy się okazać odważniejsi, gdy mamy bronić innych. Walcząc w swoim imieniu, musielibyśmy uznać własną słabość (w obronie której stajemy). Broniąc innych, nie musimy mieć z własną słabością kontaktu, możemy szarżować i zaprzeczać lękowi – bo nas ta słabość dotyczy.

Premia za tchórzostwo

Zdarza się, że rodzice sami czują się niepewni – czasem generalnie, czasem okresowo. Wówczas dają dziecku premie za tchórzostwo. Dlaczego? Bo dobrze im z lękliwym dzieckiem, podświadomie hołdują przekonaniu, że będzie posłuszniejsze, grzeczniejsze, łatwiejsze do ustawienia. Odważne dzieci są niewygodne, są bowiem bardziej twórcze, ciekawsze, bardziej ekspansywne. Dlatego lękliwi, nieporadni rodzice nie premiują odważnych zachowań, które tylko utrudniają im zadanie. Doprowadzają więc do tego, że lęk przytłumia i przykrywa w życiu dziecka inne przeżycia, np. złość czy chęć sięgania po coś. Tłumią ciekawość i twórcze pomysły wiążące się z zadawaniem pytań, kłopotania kogoś chęcią sprawdzania własnych hipotez czy powiedzenia „nie”, kiedy coś dziecku nie pasuje. Kiedy lękliwe zachowania są przez rodzica mile widziane, stopniowo tłumią ważne tendencje w życiu dziecka i nie pozwalają mu wyrosnąć na odważnego człowieka.

Często promuje się odwagę u chłopców i ostrożność u dziewczynek. Zgodnie ze społeczną rolą chłopców skłania się, by znaleźli w sobie odwagę konieczną do wycieczki na ciemne schody czy złapania pająka. Dziewczynek się w wielu rodzinach do szukania wewnętrznej odwagi nie zachęca, pozwala się im bać ciemnych pomieszczeń, myszy czy obcych ludzi. Po córeczce rodzice oczekują raczej spolegliwości i uznają jej zalęknioną postawę za właściwą.

Miej odwagę... bać się!

John Wayne powiedział „Odwaga to być śmiertelnie przerażonym, ale i tak wspiąć się na siodło”. Jeśli w harmonijnym procesie budowania wewnętrznej dojrzałości nauczyliśmy się rozumieć własne emocje, nie będziemy bali się bać. Będziemy umieli racjonalizować strach, powiedzieć sobie: „Boję się, ale nic złego nie musi się stać; rozumiem, że się boję, ale to nie oznacza nic strasznego”. Odwaga to sposób podejścia do lęku. Jeśli traktujemy go jak katastrofę – taki będzie, bo nadajemy mu moc. Ale jeśli potrafimy potraktować strach z takim zrozumieniem i życzliwością, tak jak kiedyś traktowali nasze obawy rodzice, znajdziemy w sobie odwagę, by działać.

Skąd się biorą czarne owce?

Czarne owce to zwykle ludzie, którzy dostali w dzieciństwie największą dawkę mądrej miłości i zrozumienia! Zapewne także obdarzeni talentem, posiadający potencjał twórczy. Ale miłość z pewnością daje odwagę, by być sobą i iść swoją drogą – nawet wbrew całemu światu. To paradoks, ale właśnie te najbardziej kochane dzieci w rodzinie dostały taki potencjał miłości i wsparcia, że mają siłę, odwagę i energię konieczne, by wyłamać się z rodzinnych tradycji.

Tomasz Tuszewski psycholog, psychoterapeuta, związany z Laboratorium Psychoedukacji. Zajmuje się głównie klasyczną, długoterminową psychoterapią indywidualną, choć prowadzi także terapie grupowe.

  1. Psychologia

Odkryj swoje wewnętrzne piękno – 6 kroków do samoakceptacji

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
Znów jakiś głos w twojej głowie mówi ci, że jesteś za gruba, za stara, niedoskonała? Naucz się z niego śmiać, ignorować go, a czasem konstruktywnie z nim rozmawiać.

Co przeszkadza nam ujrzeć naszą prawdziwą twarz, rozwinąć skrzydła kobiecości? – Brak odwagi, by spotkać się ze swoimi zranieniami. Żeby zrobić miejsce na nową kobietę, trzeba wyrzucić stare ograniczenia – odpowiada Beata Markowska, trenerka rozwoju osobistego.

Jeśli myślisz o sobie: „mam małe oczy, wąskie usta, wydatny nos, cofnięty i w dodatku podwójny podbródek…” – to taka informacja dociera do nieświadomej części ciebie samej i staje się źródłem kompleksów i zahamowań. Oczywiście, nie robisz tego świadomie. Taki komunikat już dawno usłyszałaś od swojej matki, ciotki, przyjaciółki. Przyzwyczaiłaś się myśleć w ten sposób i nawet nie wiesz, że opinia innych stała się twoją własną. Podpowiada ci ją twój wewnętrzny krytyk. Dopóki nie rozprawisz się z jego poglądami, twój nadajnik będzie emitować fałszywy sygnał. Będziesz czuła się źle ze światem, a świat z tobą.

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka.

Każdy nosi w sobie – mniej lub bardziej świadomie – jakiś ideał samego siebie. Przez całe życie próbujemy sprostać swoim wyobrażeniom. Być takie, jak to sobie wymyśliłyśmy. Dlatego przez długie lata nie zmieniamy naszego stylu ubierania się czy sposobu, w jaki się malujemy. Zamiast trwonić energię na kogoś, kim nie jesteśmy, poświęćmy trochę czasu na to, aby lepiej poznać siebie.

Kim jest ta osoba, którą codziennie widzę w lustrze? O czym myśli, jakie są jej marzenia, potrzeby? Co jest dla niej ważne, co lubi, a czego nie? Tak rzadko dajemy sobie szansę, by się poznać. A przecież w tym wypieranym aspekcie naszej kobiecości tkwi prawdziwy skarb. Nasionko, z którego rozwinie się kwiat.

– Wewnętrzne piękno to samoakceptacja, zgoda na siebie taką, jaką jestem, na sukces taki, jakim go rozumiem, poczucie spełnienia – uważa Beata Markowska. – To siła, która bierze się ze zgody na słabość, świadomość własnych ograniczeń i umiejętność życia z tą wiedzą. Radość, optymizm i szczypta pewności, a może właśnie niepewności siebie.

Ćwiczenia - 6 kroków do samoakceptacji

1. Twarzą w twarz z wrogiem

Przypomnij sobie sytuację, w której źle o sobie myślałaś. Naprzeciwko krzesła, które zajmujesz, postaw drugie. Wyobraź sobie, że siedzisz tam ty sama, chwilę po jakimś zdarzeniu, w którym „nie popisałaś się”. Przyjrzyj się sobie. Jaka jest twoja postawa ciała, gestykulacja, mimika? Powiedz do niewidzialnej siebie, co o niej myślisz. (Możesz położyć na krześle lalkę albo misia, jeśli miałoby ci to ułatwić dalszą część pracy). Powiedz jej, jaka jest beznadziejna. Użyj określeń, którymi zwykle siebie łajasz.

Zaobserwuj, w jaki sposób mówisz, gestykulujesz. Skieruj uwagę na ton głosu i pojawiające się emocje. Zastanów się, kim jest twój wewnętrzny krytyk? Kto traktował cię w taki sposób? Zmień miejsce. Teraz spójrz na swojego krytyka. Co masz mu do powiedzenia? Co chciałabyś zrobić? Czy jest coś, co cię przed tym powstrzymuje?

2. Wyśmiej go!

Bardzo dokładnie wyobraź sobie swojego wewnętrznego krytyka. A teraz zacznij proces nadawania mu niechcianych cech. Najpierw wyciągnij go z jego nory. Jeśli zadomowił się w twojej głowie, wyjmij go stamtąd i przenieś tam, gdzie masz ochotę: na stół, pod krzesło, do kubka po kawie... Bądź kreatywna. Następnie zmień jego głos. Jeśli do tej pory mówił cicho, niech zacznie głośno, a kobiecy sopran zamieni się w męski bas. Może nawet kwiczeć jak świnia, kwakać jak kaczor Donald, piszczeć jak mysz. Możesz jego głos odtworzyć na taśmie, na przyspieszonych lub zwolnionych obrotach. Dobrze także dać krytykowi trochę helu z balonu.

A teraz chwila dla oczu. Zabaw się ze swoim krytykiem w przebieranki. Jeśli to mężczyzna, pewnie niezbyt dobrze będzie się czuł w reformach i wałkach na głowie. Może zrobisz mu trwałą…?

Czas na ubranie. Legginsy czy może raczej baletki? Eksperymentuj, baw się, popuść wodze swojej fantazji. Masz nieograniczone możliwości. Możesz zmieniać do woli całą jego postać. Warunek jest jeden – twój wewnętrzny krytyk ma być śmieszny.

Jak się czujesz po tej krótkiej terapii? Rozbawiona? Dobrze. Następnym razem, gdy twój wróg pojawi się na horyzoncie, przypomnij sobie jego najśmieszniejsze wydanie. Obdarz go najzabawniejszym z głosów i powiedz, żeby powtórzył to, co usłyszałaś przed chwilą. Kiedy przestaniesz się śmiać, zrób to, co chciałaś zrobić.

3. Lubię, nie lubię

Wpisz co najmniej 15 zakończeń następujących zdań: „Lubię siebie za…”, „Nie lubię siebie, bo…”. – Musimy wybaczyć sobie niepowodzenia i unikać wyolbrzymiania swoich wad. Umieć zażartować z nich, a przede wszystkim nie starać się na siłę ich pozbyć – mówi Beata Markowska. – Im bardziej przed czymś uciekamy, tym bardziej to coś nas goni i w efekcie dopada. To brzmi jak absurd, ale jeśli nie damy sobie zgody na bycie nadmiernie obfitą, ze zbyt małym biustem, za to za dużą pupą, nie mamy szans na to, że kiedyś w odbiciu w lustrze zobaczymy atrakcyjną kobietę.

4. Co myślą inni

Przystąp do konfrontacji swoich lęków i ocen z tym, jak jesteś postrzegana przez innych. Wypisz 10 swoich atutów, z czego 5 niech dotyczy ciała, pozostałe intelektu. Według podobnego wzorca wypisz 10 swoich wad. Następnie poproś kilka zaprzyjaźnionych osób, żeby sporządziły podobną listę na twój temat. Sprawdź, w których punktach się rozminęliście i jak bardzo.

5. Pożyczona umiejętność

Poszukaj cechy, której najbardziej ci brak. Może to być coś, czego w sobie nie akceptujesz, a jest ci potrzebne. Znajdziesz ją w osobie, której najbardziej nie lubisz. Wynotuj sobie na kartce: „Nie znoszę jej, bo jest wyniosła, przemądrzała, wyzywająca, bezmyślna, kapryśna…”.

Nie chodzi o to, byś epatowała tą cechą, ale żeby wzbogacić siebie o coś nowego. Na przykład: od zapatrzonej w siebie koleżanki wziąć więcej wiary w siebie, od butnego szefa – umiejętność stawiania granic, od narcystycznej bratowej – więcej dbałości o ciało i troski o wygląd zewnętrzny.

– Może się okazać, że teraz bogatsza o jakąś cechę, nagle zupełnie inaczej spojrzysz na swoje odbicie w lustrze. Dręczy cię fałdka na brzuchu? Jeśli przestaniesz się na niej koncentrować, zwrócisz energię do wnętrza, okażesz sobie zainteresowanie, to pewnego dnia zniknie nie tylko z twojej głowy, ale i z twojego brzucha – tłumaczy trenerka.

6. Wywiad z ciałem

Rozluźnij się... Zapytaj swoje ciało, czy jest zadowolone z właściciela. Czy czuje się dobrze traktowane, zadbane, lubiane. Zagadnij je o potrzeby, pragnienia, oczekiwania. Sprawiaj sobie przyjemności, obdarowuj się prezentami – mogą to być nawet drobiazgi, które sprawią ci radość. Tak przecież postępujesz w stosunku do osób, które cenisz i lubisz. Potraktuj to jako nagrodę za każdy, nawet najmniejszy sukces, jaki cię w życiu spotka.

  1. Psychologia

Zakazany romans – dlaczego kobiety pożądają żonatych mężczyzn?

Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Zakazany owoc jest słodki i chrupki. Ceną za posmakowanie była utrata raju! A jaka może być cena zakazanego romansu przyjaciółki?

Oscar Wilde mawiał, że najlepszym sposobem na zwalczenie pokusy jest jej ulec – bo kiedy się opieramy, dusza choruje z pożądania, a niedostępne nabiera na atrakcyjności. Justyna w pełni popiera opinię Wilde’a. Od lat podkochuje się w mężach i partnerach przyjaciółek.

– Czasem mam z nimi romanse, czasem nie, ale jeśli kogoś pragnę, podziwiam, uwodzę – to prawie zawsze jest to czyjś mąż. Wolni faceci mnie nie kręcą. Czemu? Nie wiem – wyznaje.

Dziwne? Z pozoru. Antropolog i badaczka ludzkich zachowań, Helen Fisher, w swojej książce „Anatomia miłości” opisała to zjawisko. Fakt, że „cudzy” mężczyźni wydają się kobietom ponętni, nie jest wcale rzadkością, a raczej… normą!

– Pociągają nas mężowie innych kobiet, ponieważ są „sprawdzeni” – mówi Joanna Twardo-Kamińska, seksuolog i psycholog. – Wiele kobiet, widząc, że mężczyzna jest pożądany przez inne, zaczyna uważać go za atrakcyjnego. To ewolucyjna część postrzegania: wydaje nam się, że fajne osoby są na rynku matrymonialnym najszybciej rozchwytywane i tworzą dobre związki.

Bo, paradoksalnie, im bardziej udany związek obserwujemy, tym bardziej pociągający wydaje się mężczyzna. To tak, jakby inna kobieta dawała mu certyfikat wysokiej jakości. Twardo-Kamińska: – Mamy tu do czynienia z mechanizmem projekcji: ponieważ przyjaciółka wybrała danego mężczyznę, to musi coś w nim być. Nie wiemy dokładnie, co to takiego, więc przypisujemy mu cechy pożądane. Idealizujemy.

To fajne, mieć romans z ideałem. A czy można skuteczniej nakarmić kompleksy i poczuć własną atrakcyjność? Zdaniem seksuologa Justynie romanse dają poczucie bezpieczeństwa. Żyje w świecie fantazji i to jej wystarcza. – To, że dziewczyna nie robi kroku dalej i nie myśli o stałym związku, wynika prawdopodobnie z lęku przed bliskością i odrzuceniem – mówi Twardo-Kamińska. Podobnie rasowe łowczynie – są zainteresowane mężczyzną, dopóki go nie podbiją. A żonaci faceci to idealny cel: można ich upolować, skonsumować i pójść dalej. Choć łowczynie wydają się drapieżnymi kocicami bez skrupułów, tak naprawdę są, podobnie jak Justyna, uciekającymi od bliskości, pełnymi lęku rozbitkami. Co można im poradzić?

Twardo-Kamińska: – Najlepiej terapię, dzięki której nauczą się wchodzić w prawdziwe relacje i odkryją, czemu od nich uciekają. Bo kiedy czterdziestka zastanie łowczynię w pustym mieszkaniu, satysfakcja z dotychczasowych trofeów nagle okaże się mniejsza niż poczucie pustki i samotności.

Wbrew wszystkim

Zośka zbliża się do czterdziestki. Przez kilka lat była sama, zraniona po nieudanym związku. Niedawno pojawił się Adam. Powoli i cierpliwie torował sobie drogę do jej serca i łóżka. – To wspaniały mężczyzna, dba o mnie i naprawdę mnie kocha – mówi Zośka. – W łóżku – ideał: czuły, namiętny otwarty na moje potrzeby. W dodatku kręci nas to samo.

Dobrze im razem. Zośka pierwszy raz jest szczęśliwa, a jednak ukrywa ten romans przed światem. A już najbardziej przed najbliższymi. Dlaczego? – Adam jest byłym mężem mojej starszej siostry. Wprawdzie rozwiedli się 15 lat temu, ich dziecko już jest dorosłe, a siostra jest od lat z kim innym, ale moja rodzina i tak wpadłaby w histerię na samą myśl, że sypiam z Adamem. Nikt, dosłownie nikt tego nie zaakceptuje – zwierza się Zośka. Dlatego to sekretny romans. Ale Zośka nie ma zamiaru rezygnować z Adama. Wprost przeciwnie! Desperacko pragnie z nim i sypiać, i żyć…

Zdaniem Twardo-Kamińskiej możemy mieć tu do czynienia z efektem Romea i Julii. – Zjawisko to polega na tym, że obiekt pożądania jest atrakcyjny właśnie dlatego, że stanowi tabu i nie wolno nam się z nim związać – wyjaśnia seksuolog. – Nie mogąc z nim być, pragniemy go z całych sił. Możemy go też idealizować. Nie widzimy jego wad, przypisujemy mu różne zalety, wiele interpretujemy na korzyść. Im bardziej świat staje między nami, tym bardziej pragnienie rośnie. Ono karmi się oporem rzeczywistości.

Zośka łamie swego rodzaju tabu. To może podniecać, dawać zastrzyk energii, nastrajać do walki o „swoje”. Ale czy kochankom się uda? Twardo-Kamińska uważa, że obiektywnie nic nie stoi na przeszkodzie: oboje są wolni, mają poukładane życie, pozamykane poprzednie związki. Nie ma nic złego w tym, że kobieta wiąże się z byłym mężem siostry, jeśli tamta relacja jest zakończona. Co więcej, to mógłby być bardzo udany związek, bo Zośka i Adam znają się od lat, wiedzą o sobie dużo, przyjaźnią się. Odpada więc element niepewności i zaskoczenia. – Ale to może się okazać za mało. Otóż efekt Romea i Julii ma też drugi komponent: kiedy już przełamiemy bariery i jesteśmy razem; gdy wreszcie dane jest nam funkcjonować w związku ze wszystkimi jego blaskami i cieniami, Romeo… rozczarowuje. Dlaczego? Bo okazuje się tylko człowiekiem. Ale przede wszystkim dlatego, że znika przeżywanie tęsknoty i pragnienia – cała emocjonalna huśtawka, która towarzyszyła walce o miłość. A bez tej ekstazy nawet seks, choć udany, staje się równie codzienny jak reszta – podsumowuje seksuolog.

Krzyżowy ogień uczuć

Karina czuje, że się strasznie zaplątała. Ona i jej mąż, Jarek, co roku wyjeżdżali do Włoch wspólnie z zaprzyjaźnioną parą małżeńską. Tak było weselej i taniej. Podczas ostatnich wakacji między Kariną a mężczyzną z drugiej pary zaiskrzyło. I to jak! Nie opanowali tego, nawet nie próbowali – toskańskie wieczory uderzyły im do głów. Ukradkowy, wakacyjny romans przetrwał jesień i zimę. Kochali się coraz bardziej.

– A seks? Seks był naprawdę nieziemski! Pełen pasji i zatracenia w sobie nawzajem, że na samą myśl o nim kręciło mi się w głowie. Nigdy z nikim tak mi nie było, należałam tylko do niego – wspomina Karina. Postanowili być razem. Pierwsze miesiące: ekstaza. A potem… porażka. Pretensje, wyrzuty sumienia, kłótnie i awantury – a do tego obustronne poczucie, że spaprali sobie życie… Nie wytrzymali nawet roku.

– Zadziałała tu odwrócona teoria niedostępności i zasada reaktancji – tłumaczy seksuolog. – Pierwsza: kiedy już coś zdobędziemy, to nam powszednieje i przestaje przedstawiać wartość. Druga: ludzie mają tendencje do zawyżania wartości i podążania za tym, do czego mają utrudniony dostęp. Obie dotyczą nie tylko życia seksualnego, ale także dóbr materialnych... Potrzebujemy odmienności, ekscytacji. Wiele osób nie potrafi docenić tego, co ma i szuka czegoś, co zapewnia silne bodźce.

Bardzo łatwo wpaść w tę pułapkę. Dlatego lepiej się zatrzymać i pomyśleć: „Co z tego, że inny mężczyzna jest bardziej przystojny? Dobry seks to dobra relacja – a tę buduje się latami”.

– Zamiast gonić wrażenia, lepiej jest docenić fakt, że partner też ma wiele zalet, np. jest opiekuńczy, w łóżku uważny, wrażliwy – radzi Twardo-Kamińska.

Dojrzały kochanek

Młodość jest atrakcyjna? Nie dla każdego. Na pewno nie dla Krystyny. Jako 20-latka związała się z dwa razy starszym od siebie kochankiem. – Byliśmy niedopasowani życiowo, co innego nas interesowało, ale łóżko wszystko rekompensowało – opowiada Krystyna. – W sypialni dogadywaliśmy się idealnie. Wprowadzał mnie w świat seksu i dawał mi dokładnie to, czego potrzebowałam. Po prostu uwielbiałam się z nim kochać.

Dziś jest związana z Jackiem, swoim rówieśnikiem – też ma 26 lat. Kocha go, ale… jest zafascynowana jego 40-letnim ojcem! Ilekroć go spotyka, czerwieni się, jąka i spuszcza oczy – jak pensjonarka. To jego twarz i ciało sobie wyobraża, gdy zamyka oczy, kochając się z Jackiem.

Krystyna nie jest wyjątkiem. Kobiety, które pociągają nawet sporo starsi mężczyźni, wchodzą w relacje z młodszymi, bo tak chcą rodzice, tak wypada… Ale nie są szczęśliwe – podziemny strumyczek pożądania płynie w innym kierunku.

– Niektóre koncepcje psychologiczne wiążą fascynacje kobiet starszymi parterami z tzw. deficytem ojca – tłumaczy seksuolog. – Element seksualnej ekscytacji odgrywa tu rolę, ale nie jest pierwszorzędny. Takie dziewczyny uwielbiają towarzystwo starszych mężczyzn, lubią pławić się w ich cieple i opiekuńczości, podziwiać życiową mądrość i doświadczenie. Partner symbolizuje ojca, którego brakowało im całe życie.

– Należy jednak podkreślić, że to tylko jedna z teorii. Część kobiet preferuje starszych partnerów, bo są bardziej odpowiedzialni, dają poczucie bezpieczeństwa i w związku z tym są dla nich atrakcyjni – zaznacza seksuolog.

Co można poradzić kobiecie zapatrzonej w dojrzałych mężczyzn? – Niech wiąże się ze starszymi mężczyznami, jeśli jest z nimi szczęśliwa. Relacje, w których partner jest starszy, nawet dużo, są społecznie akceptowane – uważa Twardo-Kamińska.

Mniejsze zło

Anka ma swój mały sekret: podkochuje się w kuzynie. Niby to tylko krewny drugiego stopnia, ale jednak. – Nie odważyłabym się iść z nim do łóżka – wyznaje Anka. – Ale na samą myśl, że mogłabym się z nim kochać, dostaję gęsiej skórki.

To, czego nie wolno, kręci, ekscytuje i podnieca. Im bardziej zakazane, tym bardziej ekscytujące. Jedni oprą się chętce łamania tabu, ale inni nie. – Silniejszą potrzebę łamania barier mają… grzeczne dziewczynki – uważa seksuolog. – Te, od których przez całe życie wymagano, by były poukładane, miłe i potulne. Te, które zawsze wracały do domu przed 22.00. Mogą odczuwać impuls, by się wyrwać z tego ugrzecznionego świata. Instynkty nie zostają bowiem przez takie wychowanie usunięte, a jedynie wyparte – i pewnie kiedyś dojdą do głosu. Może się to objawiać właśnie pokusą łamania tabu.

Program dla grzecznych dziewczynek? Jeśli chcecie się uchronić przed pokusami robienia czegoś musicie być choć trochę niegrzeczne na co dzień. Bo choć zakazany owoc (a w tym wypadku seks) jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. Może nią być społeczne odrzucenie i samotność, na jaką nas skaże. Dlatego szukajmy wrażeń, łamiąc drobniejsze zakazy. Film tylko dla dorosłych? Dzika przejażdżka motocyklem? Taniec w klubie do rana? To zdrowe sposoby na to, by rozładować napięcie pomiędzy grzeczną a tą dzikszą częścią nas samych.