1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Fałszywa troska - na czym polega?

Fałszywa troska - na czym polega?

"Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń". (fot. iStock)
Im bardziej martwiła się o swoją mamę, tym mniej ją kochała. A to potęgowało poczucie winy, że za mało się stara. Przykład Anity pokazuje, że zamartwianie się tak naprawdę jest ucieczką od prawdziwego kontaktu.

Anita zbliża się do czterdziestki, ma dwójkę dzieci w wieku szkolnym i mieszka w małym miasteczku pod Poznaniem. Cztery lata temu Bożena, jej mama, przeszła mastektomię prawej piersi, obecnie jest pod stałą kontrolą lekarską. Bożena mieszka sama, jej mąż, ojciec Anity, umarł ponad 10 lat temu. Wraz z rakiem pojawiła się u niej również depresja, której nie chce leczyć farmakologicznie ani terapeutycznie, gdyż twierdzi, że i tak jej koniec się zbliża. Anita czuje się jak w potrzasku, obowiązek pomocy mamie miesza się u niej z potrzebą bycia blisko, niepokój o stan zdrowia wywołuje lęk, czasami niechęć i złość, której nie wyraża, ponieważ mama choruje. Jednak to, co najbardziej męczy Anitę, to właśnie stałe zamartwianie się, które wypełnia większość jej myśli. I chociaż kobiety spędzają ze sobą dużo czasu, to nie pamięta, by kiedykolwiek dzieliła je tak wielka emocjonalna przepaść.

Martwe zmartwienie

Słowo „martwić” jeszcze w XV wieku znaczyło tyle, co być martwym, uśmiercać czy zabijać. Wiek później „martwić” zaczęło oznaczać kłopoty, zgryzotę.

– Nie lubię słowa „zmartwienie”, kojarzy mi się z czymś śmiercionośnym, z wycofaniem się z relacji, z czegoś żywego – mówi Agata Algierska, psychoterapeutka pracująca w Centrum Psychoterapii Integralnej w Poznaniu. – Zamartwianie się bywa narcystyczną obroną przed spotkaniem z drugą osobą.

Dzieje się tak dlatego, że zamartwianie nigdy nie odbywa się w teraźniejszości, jest wyobrażaniem przyszłości w oparciu o jakiś fakt z przeszłości lub tylko owego faktu interpretację. Martwiąc się o kogoś, pozostajemy w złudzeniu, że dążymy do spotkania, do budowania, do dawania, ale tak naprawdę robimy krok od człowieka, od emocji, od bliskości, od intymności.

Pod zamartwianiem Anity znajduje się bardzo dużo złości i frustracji do mamy. Złość niesie w sobie zagrożenie utraty relacji. Zazwyczaj nie boimy się złości, tylko jej konsekwencji, a tak naprawdę fantazji na temat konsekwencji. Anita boi się konfrontacji, samej myśli o tym, że może się zezłościć na chorą mamę. Im więcej się martwi, tym rzadziej mierzy się ze swoimi wypartymi negatywnymi uczuciami. – Dlatego wolimy się zamartwiać, niż złościć, bo w naszej kulturze jest to łatwiej akceptowane. Dodatkowo zamartwianie kojarzone jest z miłością, bywa odbierane jako deklaracja, że jestem przy kimś. Ale to jest ucieczkowe, służy podtrzymywaniu iluzji kontaktu, a nie kontaktowi – komentuje Agata Algierska.

Czy sobie poradzisz?

Czym innym jest troska, rozumiana jako zainteresowanie drugą osobą i uważność na nią. Gdy ktoś obok nas cierpi, zazwyczaj doświadczamy bezradności, tym bardziej jeśli jest to bliska osoba. Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń. Wtedy ludzie nie są ze sobą, grają w grę pod tytułem „tak bardzo cię kocham, że będę się o ciebie zamartwiał i będę cierpiał jeszcze mocniej od ciebie”. To złudzenie obecności. Ale wolimy się martwić, niż być blisko.

– „Ja się, dziecko, o ciebie martwię”, tak naprawdę pod tym zdaniem bywa ukryty inny komunikat: „Nie ufam, że sobie poradzisz”, „Nie wierzę, że jesteś wystarczająco dorosły”. Czym innym jest zapytać: „Jak mogę ci pomóc?” albo powiedzieć: „Nie umiem ci pomóc, ale może ty wiesz, czego potrzebujesz”. To właśnie jest troska – komentuje Agata Algierska i dodaje, że zamartwianie się jest prawie zawsze nawykową formą obrony przed rzeczywistością zewnętrzną i wewnętrzną. A każda psychologiczna obrona służy ochronie przed jakąś odmianą bólu i realnością tego wszystkiego, co niesie ze sobą relacja. Dopóki się martwimy, nie musimy kontaktować się z rzeczywistością, nie musimy przeżywać takich emocji, jak złość, smutek, frustracja. Wtedy właśnie włącza się mechanizm wyobrażania sobie przyszłości, tego wszystkiego, co może się przytrafić, snucia historii, czyli martwienia się.

Daleko od bliskości

Niektórzy manipulują sobą nawzajem, dając drugiej osobie powody do zmartwienia, bo tak wyobrażają sobie bliskość. Czasami w ten sposób zachowują się zakochani, którzy pozostają w przekonaniu, że martwienie się o kogoś lub bycie z kimś, kto się martwi, jest równoznaczne z bliskością. Na podobnej zasadzie opartych jest szereg relacji koleżeńskich, niekiedy przyjacielskich, dopóki jedna ze stron pod wpływem psychicznego wyczerpania nie zechce odejść lub nawet uciec. Zmartwienie uniemożliwia pozostawanie w kontakcie z realnymi uczuciami, np. złością na drugą osobę o to, że nie dba o siebie, że zapomniała wziąć leków i jest chora, że oczekuje pomocy i wysłuchania.

– W troszczeniu się jest coś bardzo żywego, nastawionego na drugiego człowieka, w zamartwianiu przeciwnie – oddalamy się, odcinamy. Bo druga osoba nam zupełnie nie jest potrzebna, żebyśmy mogli się zamartwiać. Wystarczy wyobrażenie – mówi Agata Algierska.

Bywa również, że martwimy się nawykowo, że jest to nieświadomy odruch, którego nigdy nie poddaliśmy analizie, krytycznej ocenie, wtedy martwimy się, bo wydaje się to naturalne, dodatkowo nagradzane przez współczesną kulturę. Jednak za każdym razem, gdy zaczynam się martwić, warto siebie zapytać, po co to robię. Dlaczego wolę odpływać w zamartwianie, niż wybrać troskę.

Anita nie odważyła się powiedzieć mamie o złości, paraliżującym ją uczuciu bezradności, ale też lęku przed śmiercią. Taka rozmowa jest dla niej obecnie zbyt trudna, ale na konsultacjach z terapeutką uczy się rozpoznawać mechanizm zamartwiania, tego, jak wybiera pozostawanie ze swoimi myślami zamiast pozostawania w kontakcie z mamą. Uczy się też zadawać pytania: „Jak mogę pomóc? Czego potrzebujesz?” i słuchać odpowiedzi. Uczy się nie wybiegać w przyszłość i nie brać odpowiedzialności za nastrój mamy. Wie, że w spotkaniu dwojga osób potrzebna jest przestrzeń, stara się ją wypełnić nie tylko zabiegami pielęgnacyjnymi, rozmowami o receptach, ale również milczeniem, z którego powoli wyłania się bezradność, troska, i miłość.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dbanie o siebie pozwala nam troszczyć się o innych

Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to łatwiej nam troszczyć się o innych ludzi. (Fot. iStock)
Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to łatwiej nam troszczyć się o innych ludzi. (Fot. iStock)
Współczucie dla siebie, dbanie o własne zdrowie i wewnętrzną równowagę pozwala być wrażliwym na innych. W trudnych czasach powinniśmy jeszcze bardziej troszczyć się o tych, którzy mogą potrzebować pomocy – twierdzi psychoterapeuta Antti Ervasti. Bo szczęście przeżywane wspólnie z drugą osobą… liczy się podwójnie.

Przez ostatnie dwa lata to Finlandia stanęła na czele w Światowym Raporcie Szczęścia. Co za tym przemawia?
Na pewno po części jest to związane z faktem, że mamy bardzo sprawnie działający system socjalny i zdrowotny, a nasze uniwersytety są bezpłatne zarówno dla Finów, jak i studentów z zagranicy. Wszystkim zapewniamy równy dostęp do wiedzy i zawodu. Ale choć Finlandia należy do najszczęśliwszych krajów na świecie, to ma takie same problemy jak inne kraje i podobnie trudno nam je rozwiązać. Jednak  wydaje mi się, że bycie szczęśliwym nie oznacza, że mamy być superpogodni i radośni przez cały czas. Życie nie wygląda przecież tak jak w hollywoodzkich filmach!

A co szczęście oznacza dla ciebie jako terapeuty?
Równowagę, umiejętność zrównoważenia w życiu pozytywów i negatywów. Szczęśliwy człowiek to taki, który potrafi docenić dobre rzeczy w swoim życiu i dostrzec pozytywne strony wielu sytuacji. Umie wyrazić wdzięczność za to, co ma: za zdrowie, miłość i przyjaźń czy za dobrą pracę. No i co ważne, potrafi radzić sobie z trudnymi emocjami i kryzysami w życiu. Bo każdy z nas przechodzi jakieś kryzysy, co nie zawsze musi doprowadzić do depresji, ale może wpłynąć na pogorszenie samopoczucia czy obniżenie nastroju.

Jak osiągnąć taką równowagę?
Zobaczmy, co sprawia, że siebie lubimy i dobrze się ze sobą czujemy. Czy nie pracujemy za dużo, czy znajdujemy czas dla siebie, dla rodziny i przyjaciół, czy dajemy sobie prawo do odpoczynku? Czy pozwalamy innym zatroszczyć się o siebie i czy znajdujemy w sobie siłę oraz chęć, by pomagać innym? Czy w naszym życiu jest miejsce i na odpoczynek wśród przyrody, i na satysfakcjonującą pracę, i na zaspokojenie własnych potrzeb? Jeśli odpowiesz na te pytania „tak”, to chyba wszystko u ciebie dobrze.

Z czym wiążą się dziś największe lęki i zmartwienia Finów?
Dotyczą ograniczeń związanych z pandemią i jej gospodarczych skutków, które za chwilę będą widoczne. Niektórzy tracą lub za chwilę stracą pracę, inni będą musieli pracować jeszcze ciężej. Ludzie obawiają się zmian, ale też niewiadomej, jaką one niosą. Z mojej perspektywy wyzwania, jakie już się pojawiają, to m.in. konieczność zadbania o zdrowie psychiczne, bo izolacja i brak kontaktu z innymi nie sprzyjają poprawie nastroju.

Widzę, że moi klienci martwią się o swoje zdrowie psychiczne, ale też o zdrowie najbliższych. Przed pandemią wiele osób uciekało od kłopotów w związku czy rodzinie, po prostu wychodząc do pracy czy na spotkanie z przyjaciółmi. Dziś siedzą zamknięci w domu, a problemy się nasilają. Znam wiele rodzin i par, dla których to bardzo trudny czas, bo nie wszyscy chcemy przebywać ze sobą całą dobę siedem dni w tygodniu. Teraz trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, a dla wielu osób to jest prawdziwe wyzwanie. Nie ma dokąd uciec, więc niektórzy decydują się − na szczęście! −  na pomoc, są gotowi zatroszczyć się o swój związek albo o swoją rodzinę i to jest w tej sytuacji dobre rozwiązanie.

Czy doświadczenie pandemii sprawia, że szukamy raczej osobnej przestrzeni czy bardziej tęsknimy za wspólnotą?
Bycie samemu często nie oznacza, że czujemy się samotni. Dla wielu osób to dobry czas, potrafią  cieszyć się swoim towarzystwem i tym, że mogą być wreszcie sami z wyboru. Ale inni z tego powodu poważnie cierpią, zwłaszcza jeśli mieszkają na wsi, gdzie kontakt z drugim człowiekiem bywa utrudniony.

Natomiast czy jesteśmy zadowoleni z obecnej sytuacji, czy nie, nie zwalnia nas to z bycia częścią wspólnoty. Mam nadzieję, że jako społeczeństwo wyciągniemy taki wniosek z pandemii, że należy bardziej dbać o innych, bo wirus atakuje wszystkich, jest egalitarny. Tym bardziej powinniśmy troszczyć się o tych, którzy mogą potrzebować pomocy i wsparcia. Chciałbym też, żebyśmy zrozumieli, jak ważne jest branie odpowiedzialności za innych, bo nikomu nie uda się przetrwać samemu.

Bycie częścią grupy to najlepsza strategia przetrwania?
W tym sensie jesteśmy jak zwierzęta, a wszystkie zwierzęta mają swoje stada, grupy czy rodziny. Nie wydaje mi się, że ludzie powinni być sami, raczej powinniśmy widzieć wartość w tym, by otaczać się zróżnicowaną grupą ludzi, dbać o relacje i kontakty z różnymi ludźmi, ale też być blisko grup wsparcia. To wielkie szczęście wiedzieć, że mamy na kim polegać i że inni mogą polegać na nas.

Finowie uchodzą za samotników, więc wydaje się to wyzwaniem…
Rzeczywiście, nie lubimy zamieszania i kultywujemy naszą osobistą przestrzeń. Gdy przyjedziesz do Helsinek, zobaczysz, że ludzie na przystanku czy w windzie stoją możliwie daleko od siebie. Dlatego na pierwszy rzut oka trudno nas lepiej poznać, wybieramy dystans, ale gdy już uda się z nami zaprzyjaźnić, okazujemy się prostolinijni i otwarci oraz bardzo szczerzy. Nie dla nas small talk! Kilka tygodni temu przedstawiono wyniki badań międzynarodowych, dotyczących społecznych skutków pandemii i wynikającej z niej izolacji. Wyobraź sobie, że aż 23 proc. Finów wyznało, że ma się lepiej z powodu izolacji. W innych krajach odpowiedzi były inne, ludzie przyznawali, że cierpią z powodu niemożności kontaktu z innymi. A u nas samopoczucie się poprawiło (śmiech).

Skłonność do bycia samemu to chyba także efekt środowiska naturalnego, macie tyle przyrody, że możecie się w niej schować.
To prawda, nie mamy też wielkich miast, a większość ludzi mieszka w domach. Ale nawet w Helsinkach, gdzie żyje pół miliona ludzi, można złapać autobus czy pociąg i w ciągu 20 minut znaleźć się w środku lasu. Kraj nie jest bardzo zabudowany, dlatego tyle w nim przestrzeni i możliwości znalezienia się w przyrodzie zawsze, gdy tego potrzebujemy. Na każdym kroku mamy parki i lasy, jesteśmy bardzo związani z przyrodą i myślę, że tu też leży sekret naszego poczucia zadowolenia.

Po zakończeniu pandemii wiele się zmieni, ale ucieczka do lasu w ramach radzenia sobie ze stresem raczej pozostanie aktualna.
Podczas pierwszego lockdownu Finowie byli w szoku, bali się wychodzić z domów, ale wszyscy chodziliśmy do lasów tak licznie, że w wiadomościach apelowano o zachowanie dystansu dwóch metrów. I myślę, że to poszukiwanie kontaktu z naturą, żeby znaleźć ukojenie,  nam pozostanie. Zwłaszcza że według badań już pięć minut w lesie uspokaja nasz system nerwowy.

Jesteś współtwórcą metody samopomocy „CupOfTherapy” oraz książki pod takim tytułem. To zestaw miniporad z ilustracjami zwierząt, opartych na idei work-life balance. Czy dobrze rozumiem jej przesłanie, że kiedy dbamy o siebie, mamy więcej empatii i możemy lepiej troszczyć się o innych?
Tak właśnie jest i o tym piszemy w książce, którą wydaliśmy wspólnie z rysownikiem Mattim Pikkujämsą. Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to znajdziemy go jeszcze więcej dla innych. Jest tyle okrucieństwa na świecie, a ludzie potrafią być wobec siebie chłodni i nieprzyjemni, dlatego uważam, że naprawdę potrzebujemy więcej wzajemnej serdeczności i uważności. Gdy dbamy o siebie, gdy widzimy swoją wartość i doceniamy siebie takimi, jacy jesteśmy, to łatwiej nam troszczyć się o innych, nie tylko o najbliższych.

Antti Ervasti, fiński psychoterapeuta. Współtwórca (razem z psychoterapeutką Eliną Rehmonen oraz ilustratorem Mattim Pikkujämsą) koncepcji promocji zdrowia psychicznego „CupOfTherapy”.

  1. Styl Życia

Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze

Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmieniać życie, nie tylko nasze.

W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Rozmawiamy z Darią Mejnartowicz, która udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens" (9/2019).

Chciałam spytać o pani podróże, ale zacznę od lęku przed lataniem. Podobno długo się pani z nim zmagała…
Mój lęk przed lataniem przybierał naprawdę spektakularne rozmiary: uciekałam z lotnisk, w ostatniej chwili wyjmowano mój bagaż z luku… Paul, mój narzeczony, zawsze powtarzał, że latanie jest o wiele bezpieczniejsze od jazdy samochodem, o czym zresztą boleśnie się przekonałam, ale mimo to panicznie bałam się latać. Jestem spod znaku Panny, więc do wszystkiego podchodzę bardzo metodycznie, dlatego przez lata kupowałam mnóstwo audiobooków, DVD i książek na temat opanowywania lęku przed lataniem, mam pokaźną biblioteczkę. Byłam też na kursie na lotnisku Heathrow – Flying Without Fear, prowadzonym przez byłego kapitana brytyjskich linii lotniczych – Keitha Godfreya. A jednak lęk nie mijał. Aż przyszedł taki dzień, już po śmierci Paula, kiedy wracałam od jego rodziny w Londynie – zawsze jeździłam nocnym pociągiem do Niemiec, stamtąd do Brukseli, z Brukseli pociągiem Eurostar przez tunel pod kanałem La Manche – i w tej drodze powrotnej w połowie tunelu zabrakło prądu i pociąg stanął. Nie było nie tylko światła, ale też klimatyzacji, więc robiło się coraz goręcej… To było gorsze od wszystkiego, czego kiedykolwiek doświadczyłam w samolocie, choć nigdy nie doznałam złych rzeczy, chodziło głównie o zamknięcie na małej przestrzeni. Wtedy powiedziałam sobie: „Koniec. Następnym razem lecę samolotem”. Kolejna podróż, w jaką się wybrałam, to był już lot British Airways. Miałam specjalny list od Keitha skierowany do pilota samolotu, w którym on informuje: „to jest Daria, która jest w moim programie Fearful Flyers, opowiedz jej, proszę, o locie i o tym, co się będzie podczas niego działo”. Kapitan wyjaśnił, co trzeba, i dodał, że będziemy trochę krążyć nad lotniskiem, bo jest straszna pogoda…

No nie…
Ale to mnie uspokoiło, wiedziałam przynajmniej, co się będzie działo. Powiedział, że ma nadzieję, że pójdzie nam to sprawnie, bo chce zdążyć na kolację z żoną. Kiedy poznajesz kogoś, kto ma dowieźć cię bezpiecznie na miejsce i w dodatku jest taki wyluzowany, a jednocześnie profesjonalny jak ten pilot, chętniej oddajesz swoje życie w jego ręce. Na dodatek okazało się, że było wolne miejsce w klasie biznes, więc stewardesa przesadziła mnie, żeby móc mieć stale na oku. Kiedy wylądowaliśmy, wręczyła mi szampana ze słowami: „Niech pani weźmie go do domu i świętuje”.

Cudowne zakończenie!
Ale okupione latami zmagań i panicznego lęku. Długo byłam przekonana, że to jest największe ograniczenie w moim życiu, że najtrudniej będzie mi sobie z nim poradzić.

Dlatego, że chciała pani podróżować?
Po prostu chciałam realizować swoją pasję i wtedy wydawało mi się, że nie ma trudniejszego wyzwania. Że łatwiej jest założyć rodzinę, urodzić dziecko, zmienić pracę, a to, ten lęk, jest zupełnie poza moją kontrolą. Teraz się z tego śmieję, bo lęk przed lataniem zwalczyłam, byłam w 73 krajach, a rodziny nie udało mi się założyć, choć bardzo bym chciała.

Podobno kiedy jako dziewczynkę ktoś pytał, na co pani odkłada pieniądze, odpowiadała pani: „na podróże”.
Zawsze miałam ogromną potrzebę, by zarabiać pieniądze i bardzo nie lubiłam ich wydawać. Przez siostry jestem postrzegana jako sknera. Dla mnie shopping na poprawę humoru jest całkowicie irracjonalny. Kiedy czegoś potrzebuję, kupuję to. Proste. Jako dziewczynka nie dostawałam kieszonkowego i nie zawsze alimenty, musiałam na siebie zarabiać. Mojej mamy nie obchodziło, że nie mam zimowych butów, mówiła: „Chcesz buty, idź sobie zarób”. Moją pierwszą pracą było zbieranie jagód, które sprzedawałam potem sąsiadom. Czasem wydawałam te pieniądze na niezbędne rzeczy, ale głównie odkładałam. Oczywiste było, że na to, by jeździć po świecie. Miałam na tym punkcie świra. Kiedy oglądałam w telewizji programy o dzieciach z Afryki, to czułam, że moje całe ciało się rwie, chciałam tam jechać i pomagać. Podróżowanie zawsze było dla mnie jednoznaczne z pomaganiem.

Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne) Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne)

Czyli nie tyle marzyła pani o podróżach, co o pomaganiu?
To zaczęło się bardzo wcześnie. Sama pochodziłam z trudnego, choć, jak to się mówi, dobrego domu, moi rodzice – lekarka i student prawa – szybko się rozstali, mama nadużywała alkoholu i, jak później dowiedziałam się z dokumentów, cierpiała na chorobę dwubiegunową. Prawie się nami nie zajmowała, musiałyśmy same dbać o to, by odrobić lekcje czy zorganizować sobie czas wolny. Może dlatego już jako dziecko miałam bardzo rozwiniętą wrażliwość na potrzebujących, a ponieważ nie byłam w stanie pomagać innym dzieciom, mogłam przynajmniej pomagać zwierzętom. Dokarmiałam okoliczne psy i koty, czasem przemycałam je do domu.

Pani historię znam z reportażu w „Wysokich Obcasach” i jest ona wstrząsająca: trauma dzieciństwa, zdrada narzeczonego, niesprawiedliwe zwolnienie z pracy, potem śmierć ukochanego w wypadku, mobbing. Mówi pani, że pomaganie potrafi uratować nam życie. Gdy patrzy pani wstecz, sądzi pani, że pomagając innym, chciała pani pomóc też sobie?
Na pewno. Oczywiście widzę to dopiero dzisiaj. Jako dziecko tego nie analizowałam, to był po prostu impuls, odruch serca. I zwierzęta kochały mnie bezwarunkowo. Dziś moja chęć niesienia pomocy wynika z poczucia niesprawiedliwości, potrzeby naprawiania tego świata i zmniejszania zła, jakie się na nim dzieje. Na pewno moje życiowe wybory są podyktowane dawną traumą, choćby wybór studiów. Miałam potrzebę, by służyć innym, a służba zdrowia wydawała mi się idealnym terytorium do pomagania; medycyny się bałam, wybrałam rehabilitację ruchową. Pracę magisterską pisałam o stanie psychicznym kobiet po usunięciu macicy, potem na studiach doktoranckich zajęłam się seksualnością i przemocą seksualną wobec osób z zespołem Downa – też nie przez przypadek. Szukałam grup, które potrzebują specjalnej uwagi i nie bałam się zajmować tematami tabu.

Zawsze idę tam, gdzie niewygodnie. Chcę zabierać głos w imieniu tych, którzy nie potrafią lub których krzyk jest niesłyszalny. Przez wiele lat pracowałam jako menedżer na basenie na Inflanckiej. Organizowałam różne zajęcia w wodzie i na sali gimnastycznej dla nastolatków z upośledzeniem umysłowym, w tym z zespołem Downa. Widziałam, jak wiele im to daje. Że wreszcie są traktowane godnie, dorośle, a nie infantylnie, jak bywa na zajęciach warsztatowych, gdzie proponuje się im głównie lepienie kwiatków. Potem zaczęłam aktywować warszawskich seniorów w ramach programu „Senior: starszy, sprawniejszy”.

A kiedy pojawiły się dziewczynki z Tanzanii? W przemówieniu podczas konferencji Sieci Przedsiębiorczych Kobiet „Be the Change” mówiła pani wzruszająco, że marzą o komplecie majtek i paczce bawełnianych podpasek.
Zanim do nich dojdę, musimy się trochę cofnąć w czasie. Po intensywnych latach pracy na Inflanckiej przeniosłam się do kliniki ortopedycznej Carolina Medical Center, gdzie odpowiadałam za fizjoterapię, rozwój i marketing. Zaczęłam wtedy współpracę z nieistniejącą już organizacją PWNet, założoną przez Dorotę Warakomską. Wspólnie organizowałyśmy różne akcje edukacyjne dla kobiet. Dorota któregoś razu wspomniała mi o programie mentoringowym dla kobiet organizowanym pierwszy raz w Polsce przez fundację Vital Voices Global Partnership i zarekomendowała mnie do niego. Potem Agnieszka Bilińska i Ambasada Amerykańska, która mnie wtedy obserwowała, zgłosili mnie do programu Fortune Magazine/US State Department Global Women’s Mentoring Partnership w Stanach Zjednoczonych, którego celem było spotkanie nas, 25 kobiet z całego świata z mentorkami, kobietami sukcesu z USA. To było niesamowite przeżycie. Zaczęłam myśleć, że może to jest szansa na to, by spełnić marzenie z dzieciństwa. Wcześniej aplikowałam do różnych organizacji pomocowych, ale bez powodzenia, a dzięki temu programowi mogłam być w kontakcie z działaczkami z kilkudziesięciu krajów na świecie. VVGP stworzył networking, który wtedy liczył około 130 kobiet, teraz ponad 300. Cały czas jesteśmy ze sobą w kontakcie i spotykamy się podczas różnych eventów. To zakręcone liderki z pasją wprowadzania zmian w lokalnych społecznościach. Prowadzą fundacje, są akademiczkami, polityczkami, biznesmenkami.

Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne) Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne)

Zaprzyjaźniłam się wtedy z liderką z Birmy Misu Borit  i zaplanowałyśmy wyjazd. Zlinkowała mnie ze swoim kuzynem dr. Wunna, który pracuje jako wolontariusz w bardzo biednej klinice Golden Girls Clinic. To był 2012 rok. Zorganizowałam zbiórkę pieniędzy wśród znajomych i pojechałam do nich z podstawowym sprzętem medycznym i pomocami rehabilitacyjnymi, które zmieściłam w dwóch walizkach, resztę dokupiłam na miejscu. Przez dwa tygodnie urlopu zajmowałam się rehabilitacją osób po udarach, w Birmie zupełnie niepraktykowaną.

Warto zaznaczyć, że za wszystkie podróże płaci pani sama i przeznacza na nie urlopy…
Tak, choć trzy ostatnie bilety lotnicze – na wyjazd do syryjskich uchodźców, do Jordanii i na Filipiny – zasponsorowała mi jedna z mentorek Katarzyna Kołczewska, z niewykorzystanych mil lotniczych swojej firmy medycznej. Ale zwykle za przelot, wizę i pobyt płacę z własnych środków. Wróciłam do Birmy w 2015 roku, wtedy odwiedziłam tamtejsze domy dziecka, ujął mnie bardzo ten kraj i tamtejsi ludzie, jeśli ktoś szuka wolontariatu, to polecam klinikę, w której byłam. Kolejne miejsce to był Ngoenga School for Tibetan Children With Special Needs, gdzie pojechałam na misję rehabilitacyjną dla tybetańskich niepełnosprawnych dzieci uchodźców. Ten projekt realizowałam z ministrem zdrowia Tybetu. No i Kenia, czyli Kibera Slum w Nairobi. Tu mogłam połączyć pomoc z moją kolejną pasją – sportem, który mnie samej bardzo wiele dał.

Pomaga nadać sens czy odrywa od problemów?
Sport to cudowne narzędzie, by rozwijać osobowość, cechy liderskie, dawać poczucie własnej wartości i nadawać życiu sens. Podam przykład. W Kibera Slum, drugim z największych miejskich slumsów na świecie, gdzie średnia życia to 33 lata ze względu na AIDS i wysoką przestępczość, powstała drużyna Challengers, która składa się z żon przestępców. Na co dzień jest im tu bardzo trudno, spotykają się z dużą agresją, do tego każda ma gromadkę dzieci i jest całkowicie zależna od męża. Jane, moja koleżanka, która prowadzi na miejscu fundację, wymyśliła, że aby dać im trochę oddechu i nowe perspektywy, stworzy z nich drużynę piłki siatkowej, która będzie regularnie trenować i rozgrywać mecze. Od tamtej pory to jest stały projekt, w który jestem zaangażowana. W Kibera Slum rozwijamy głównie siatkówkę, edukację dziewczynek i temat podpasek, które w Kenii są luksusem. Zależy nam na tym, żeby dawać je dziewczynkom, by w czasie menstruacji mogły chodzić do szkoły, a przy okazji by lokalne kobiety mogły je szyć i sprzedawać.

Ten sam pomysł widzimy w Oscarowym dokumencie „Okresowa rewolucja”.
My robimy dokładnie to samo, tylko nasze podpaski są materiałowe, wielokrotnego użytku, z wkładką, którą się wyjmuje i pierze. W filmie jest mowa o Indiach, ale w Afryce kobiety i dziewczynki są w podobnej sytuacji. A ponieważ los kobiet i dziewczynek zawsze był mi specjalnie bliski, trafiłam do Tanzanii i do New Hope For Girls Organization. Pojawiła się ona w moim życiu po raz pierwszy w 2015 roku. To dom założony przez Consoler – sama miała bardzo trudne dzieciństwo i postanowiła, że jeśli przetrwa, to poświęci swoje życie dziewczynkom, które dotyka przemoc czy bieda. Adoptuje je, w porozumieniu z biologicznymi rodzicami, i daje im nowy dom. Mogą chodzić do szkoły, a jeśli nie ma na to środków, sama je uczy. Coraz częściej udaje się znaleźć sponsorów, którzy łożą na edukację dziewczynek. Jestem zapaloną ambasadorką tej organizacji, działa w Tanzanii nieprzerwanie, nawet teraz, przed naszą rozmową udało mi się za sprawą sponsorki z Irlandii, Polki, która prowadzi własną klinikę, dopiąć ufundowanie ubezpieczenia zdrowotnego dla dziewczynek, bo niektóre często chorują. Ta sama Margo postanowiła niedawno zaadoptować jedną z tamtejszych dziewczynek, która chciałaby rozwijać się w kierunku medycznym, będzie jej fundować szkołę, a potem studia, a kiedy dorośnie, zaprosi ją do Irlandii. Joe pojechała w lipcu na uczelnię z internatem…

Dziewczynki z Tanzanii są mi bliskie też dlatego, że dostałam od nich cudowny prezent, wielki plakat, na którym każda z nich się podpisała, wkleiła swoje zdjęcie i wszystkie napisały, że od teraz są moją rodziną, że mnie adoptują i żebym do nich przyjechała spędzić starość – będą się mną opiekować. W Polsce nie miałam jeszcze takich propozycji (śmiech).

Zdążyłyśmy przejrzeć zaledwie część pani pamiątek z podróży. Jest tego mnóstwo.
Wśród innych projektów były: Ghana, Gwatemala, San Salwador, Nepal, Madagaskar, Liberia, Jordania, Nigeria, Indie, Kamerun, Vanatu, Syria, Filipiny i Litwa. Obecnie organizuję je na pięciu kontynentach. Pomagam też w Polsce. Wszystko staram się opisywać i dokumentować. Zachowuję zdjęcia, rysunki dzieci, maile wysyłane przy okazji każdej misji… Co jakiś czas sprawdzam, co dzieje się z osobami, którym pomagamy, i też to dokumentuję…

Jak tak pani teraz patrzy na to, co udało się dokonać, pani wewnętrzne dziecko się uśmiecha? Jest bardziej spokojne? Szczęśliwe?
Na pewno jest to dla mnie działanie terapeutyczne, budujące poczucie sensu i nadające życiu wartość. Największy kryzys miałam po śmierci Paula. Musiałam zdecydować: strzelić sobie w głowę czy zrobić coś sensownego z resztą mojego życia? Byłam po trzydziestce i pracowałam na różnych warsztatach rozwoju osobistego. Ewa Foley i Joy Manne, z którymi wtedy miałam częsty kontakt, poradziły mi: „Po prostu trzeba życiu nadać wartość”. Gerhard Walper powiedział: „Pozwól sobie na dobre życie, wreszcie”. Przestałam siebie pytać: „Dlaczego?”, czyli wyszłam ze stanu ofiary, a zaczęłam pytać: „Po co? Jaki jest w tym sens? Po co ja przeżyłam?”. Zobaczyłam, że wiele osób pyta mnie, jak pomagać i jak może pomóc mi pomagać innym. I że to się samo nakręca. A ponieważ powinno się robić w życiu to, co przychodzi nam bez trudu, naturalnie i bez wysiłku – stwierdziłam, że pomaganie jest chyba moim darem, talentem. Że jest we mnie jakiś potencjał. Może właśnie dzięki temu wszystkiemu, co przeżyłam, potrafię się wczuć w perspektywę ofiary, kogoś, kto potrzebuje pomocy. Może gdybym tych wszystkich traum nie przeszła, nie miałabym w sobie tej wrażliwości. Bardzo boli mnie ludzka krzywda i niesprawiedliwość, i uważam, że jeśli się ją widzi, trzeba natychmiast reagować. Na przykład, gdy widzę, jak fizjoterapeuci są zmuszani do pracy na rzecz wskazanych przez lekarza pacjentów bez wynagrodzenia, od razu protestuję, piszę maile, dzwonię. Bo to nie jest OK. Nie boję się reagować i iść pod prąd, co niekiedy przysparza mi wrogów.

Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne) Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne)

Wyjeżdza pani czasem tylko po to, by poleżeć na plaży?
Jakby ktoś chciał mnie bardzo ukarać, to musiałby mnie wysłać na wycieczkę do Egiptu do pięciogwiazdkowego hotelu na tydzień. Najgorsza kara, naprawdę!

Jak można więc pani pomóc w pomaganiu?
Na stałe współpracuję z fundacją, która ma grzecznościowo utworzone dla mnie konto. Można na nie przelewać środki; są one w 100 proc. przekazywane na cele akcji, które organizuję. Można się ze mną skontaktować przez Facebooka, Messengera i LinkedIn. Każdemu, kto będzie zainteresowany, powiem, czego aktualnie potrzebujemy: opłacenia nauki dziewczynce, kursu zawodowego, pomocy edukacyjnych, sprzętu medycznego, rehabilitacyjnego czy sportowego.

Zaczęłyśmy od lęku przed lataniem, co jest teraz dla pani największą barierą do pokonania?
To, z czym się zmagam, to wbrew pozorom lęk przed osamotnieniem. Kiedy przychodzi weekend, święta czy czas wolny, tych wszystkich moich przyjaciół z całego świata przy mnie nie ma. A ja potrzebuję mieć wokół siebie ludzi. Być może swoją nadaktywnością uciekam od poczucia pustki, bycia niepotrzebną, bezwartościową. Wciąż mam poczucie, że jestem nie dość dobra, i ciągle muszę udowadniać światu, że warto mnie kochać. Czasem się zastanawiam, co bym robiła, gdybym nie robiła tego, co robię. Jaki sens miałoby wtedy życie. Choć zaraz sobie przypominam, co powiedziała jedna z moich mentorek Nemi Nath – że celem życia jest samo życie. Tego muszę się jeszcze nauczyć. Ale może to przyjdzie samo, tak jak sam odszedł lęk przed lataniem. Nadal czasem nie czuję się komfortowo w powietrzu, ale powtarzam sobie to, co kazał mi Keith napisać na karteczce: „turbulencje są nieprzyjemne, ale nie są niebezpieczne” i że odwaga polega na tym, że bojąc się czegoś – robię to mimo lęku.

Daria Mejnartowicz zrobiła doktorat w zakresie rehabilitacji ruchowej, magisterium zarządzania i marketingu oraz MBA, ukończyła też studia podyplomowe w zakresie wychowania seksualnego, spełnia swoje marzenia, podróżując po świecie i wspierając mieszkańców krajów rozwijających się, głównie kobiety i dziewczynki.

  1. Psychologia

Mężczyźni i emocje – wyprawa do czyśćca

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Nawet kilkuletni chłopcy, gdy stłuką kolano, nie są przytulani! Nikt im nie współczuje, a więc gdy dorosną, nie są zdolni do empatii. Mogą się jej nauczyć, ale muszą odpłakać dziecięce zranienia. Inaczej będą odcinać się od wszystkich uczuć poza złością i depresją – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mężczyźni i emocje? Od razu myślimy: chłopaki nie płaczą! Bardziej poruszające jest dla mnie co innego: chłopaki nie współczują! Powiedzmy wprost: kiedy kobieta płacze, to mężczyzna często się wścieka. Bo świat męskich emocji nadal jest ubogi i często sprowadza się do złości lub doła. Czy tak musi być?
Zacznijmy od tego, dlaczego mężczyźni mają kłopot z doświadczaniem i wyrażaniem współczucia, a najczęściej wyrażaną przez nich emocją jest złość. Ta ich choroba duszy zwykle ma swój początek we wczesnym i bolesnym doświadczeniu przemocy lub całkowitego ignorowania przez psychopatycznego, często pijącego ojca. Matka jest na ogół bezradną, upokorzoną i współuzależnioną niewolnicą męża, która nie dość, że nigdy nie staje w obronie syna, to jeszcze „kabluje” na niego albo oczekuje obrony i wsparcia. W rezultacie ani dla ojca, ani dla matki syn nie jest dzieckiem i nie dostaje tego, czego wszystkie dzieci potrzebują, czyli: miłości, czułości, uznania i troski. Czuje się więc kimś, kto jest tylko obiektem rozładowywania rodzicielskich frustracji i okrucieństwa.

Przejmująco smutne i samotne dzieciństwo.
Z takiego domu chłopiec wychodzi z ogromną raną w sercu. I z przekonaniem, że jest kimś, kto nie zasługuje ani na współczucie, ani na szacunek, ani na żadne inne ludzkie odruchy. Niestety, właśnie w takich warunkach formowana jest w psychice chłopca psychopatyczna obrona (charakter), która jest dramatyczną próbą poradzenia sobie z bólem, którego doświadczył. Sposobem na ukrycie piekącego wstydu upodlonej, pozbawionej godności ofiary będzie więc stanie się samemu dręczycielem i złoczyńcą. Patrząc głębiej – chłopiec wyrośnie na mężczyznę, który będzie wypierał ze swojej świadomości tę upokorzoną i zawstydzoną część i umieszczał ją w innych, słabszych od siebie istotach. A potem będzie niszczył je – na próżno dążąc w ten sposób do unicestwienia własnego wstydu i bólu. Podsumowując, pod brakiem współczucia i agresją mężczyzny prawie zawsze skrywa się głęboka rozpacz.

Współczuję rany w sercu. Ale przeraża mnie sposób gojenia! Żona i dzieci stają się ofiarami, bo on zamienia się w ojca?
Zapewne tak, bo jego ojciec miał w sercu podobną ranę. Trzeba też zrozumieć, jak został sformatowany przez matkę stosunek syna do kobiet. A więc chłopiec, a potem mężczyzna odczuwa do matki żal za to, że go nie broniła. Czuje też do niej pogardę, bo stała się niewolnicą ojca. Te trudne uczucia jednak głęboko ukrywa nawet przed samym sobą, a w zamian ślepo idealizuje matkę. Robi tak nie dlatego, że chce ją oszczędzić. Aby psychicznie przetrwać terror, dziecko musi uznać choćby jednego z rodziców za kogoś, z kim ma pozytywną więź. Ta mieszanka trudnych emocji ukształtuje raz na zawsze w jego umyśle obraz kobiet i sposób budowania z nimi relacji. Im bardziej w głębi serca będzie spragniony kobiecego zachwytu, czułości, troski i lojalności, tym bardziej będzie kobiety uznawał za słabe, niedojrzałe i żałosne istoty: „lalki, cipy, świnki, dziwki”. Będą w nim budzić litość, pogardę i podświadomą chęć zemsty. Im bardziej będą dla niego zachwycające, godne szacunku i upragnione – tym bardziej będzie je dewaluował. Zaakceptuje tylko kobietę dzidzię. Zaopiekuje się nią, będzie rozpieszczać, ale też zdradzać, wykorzystywać, a nierzadko nawet bić.

To teraz rozumiem, czemu tak nieskuteczne są apele kobiet o to, by ich partnerzy mówili o swoich uczuciach. Choć w takiej sytuacji to może nawet dobrze, że nie mówią?
Jeśli kobieta zaproponuje swojemu psychopatycznemu partnerowi, żeby zajrzał w głąb siebie i zaczął okazywać prawdziwe uczucia i potrzeby, to usłyszy: „Mam tylko dwie potrzeby i dwa uczucia. Nienawidzę wszystkich frajerów i chętnie wpierdoliłbym każdemu, a poza tym przeleciałbym każdą fajną dupę, jaką spotykam na mieście”. Tacy mężczyźni bronią się przed jakąkolwiek refleksją na swój temat. Po pierwsze, nie biorą pod uwagę, że zostali specyficznie zdeformowani przez okoliczności swego dorastania. A po drugie, trafnie przeczuwają, że pod pancerzem, który ich chroni, kryje się skrajnie zrozpaczone, skrzywdzone dziecko. Wolą zginąć niż się z nim spotkać i odczuć jego ból.

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. Czy dlatego, że mężczyzna woli zaatakować niż ukoić ból serca?
Patriarchalna kultura mu na to zezwalała. Dlatego takich mężczyzn trudno zainteresować pytaniem: Czy jest się czym chwalić i czy to aby na pewno twoje prawdziwe uczucie? Warto pamiętać, że są trzy poziomy uczuć i emocji. Pierwszy poziom to emocje wyuczone i nawykowe, często neurotyczne, na przykład reagowanie agresją lub lękiem na każdy kontakt z ludźmi. Drugi poziom to uczucia głębokie, często wyparte i przykryte przez te pierwsze, na przykład rozpacz, tkliwość, pragnienie miłości, słabość. Trzeci poziom to uczucia związane z istotą naszego człowieczeństwa, takie jak: empatia, szacunek, czułość, miłość, szczodrość, radość.

Ktoś, kto ciągle chce tylko komuś przyłożyć, z pewnością nie ma kontaktu ze swoimi prawdziwymi i głębokimi uczuciami.
Właśnie. Jeśli więc taki mężczyzna zdecyduje się na psychoterapię, to dopiero wtedy będzie mógł dotrzeć do swoich prawdziwych, wypartych uczuć i potrzeb. Będzie mógł opłakać to, czego jako dziecko nie dostał. A dzięki temu zrozumie i wyłączy niepotrzebny mu już psychopatyczny mechanizm obronny, który pomógł mu mniej cierpieć, gdy był dzieckiem, a którym teraz krzywdzi innych i siebie.

(Ilustracja Paweł Jońca) (Ilustracja Paweł Jońca)

Widziałam poruszający filmik „Emocje i mężczyzna”, którego bohater, youtuber Grzegorz Szpilka, opowiada, jak z zimnego macho stał się mężczyzną, który potrafi współczuć. Ale ceną było wiele dni płaczu, otwierania się na kolejne zranienia z dzieciństwa.
Właśnie tak ten proces przebiega. Wiem to nie tylko jako psychoterapeuta, lecz także jako mężczyzna, który podczas własnej terapii sam otworzył się w końcu na ból wczesnych zranień. Łez jest wiele, bo pamiętajmy, że w męskich chorych duszach mieszka głęboko schowany chłopiec, który utracił całe swoje dzieciństwo. Przedwcześnie musiał stać się dzielnym wojownikiem, nieczułym na ból własny i innych.

Zraniony ranił innych.
Dlatego proces psychoterapeutycznego leczenia rany w duszy mężczyzny porównuje się często do czyśćca. Dopiero gdy opłacze swoje zranienia, zyska zdolność do współczucia. Bo żeby współczuć, musimy odnaleźć w sobie te emocje, których doświadcza drugi człowiek. A wtedy, widząc płaczącą partnerkę, nie tylko nazwie to, co widzi, smutkiem czy rozpaczą, ale też poczuje to w sobie, a nawet wesprze ją w ekspresji emocji. W rezultacie tej podróży w głąb swojego zranienia doświadczy uczuć i potrzeb z trzeciego poziomu, czyli tych fundamentalnych i jednoczących, definiujących jego prawdziwą tożsamość, jak radość, miłość czy właśnie empatia.

To optymistyczna wiadomość, ale zdaje się, że psychopaci rzadko idą na psychoterapię.
To prawda, bo obrona psychopatyczna polega na przekonaniu, że tylko ja jestem okay, a wszyscy inni, to „leszcze, cwele i frajerzy”. To szalone i skrajnie niebezpieczne przekonanie pozwala przykryć wstyd i upokorzenie dzieciństwa tak skutecznie, że człowiekowi z psychopatycznym charakterem bardzo trudno z niego zrezygnować.

Łatwo zacząć współczuć takiemu psychopacie. Zwłaszcza że, jak pisze Jerzy Mellibruda, kiedy kobieta widzi złoszczącego się faceta, myśli, że miał zły dzień czy dzieciństwo. Bo dla kobiety złość to przejawy emocji. Ale dla mężczyzn to często tylko narzędzie sprawowania władzy, narzucenia swojej woli. Czyli my, głupie, przez tysiące lat współczujemy tyranom?
To prawda, że mężczyźni używają agresji jako narzędzia sprawowania władzy i kontroli nad kobietami i słabszymi mężczyznami. Dlatego mimo tej wiedzy, że agresja odcina tyrana od jego głęboko skrywanego cierpienia, lepiej powściągnąć ostentacyjne współczucie i odważnie przeciwstawiać się tyranii. Tym bardziej że w zlodowaciałym sercu tyrana uległość budzi pogardę i nienawiść. Tragiczne jest też to, że partnerki tyranów, ulegając im, zapominają nie tylko o sobie, lecz także o ochronie dzieci. Tak więc mechanizm produkowania następnych pokoleń chorych dusz może trwać.

A więc kobieta powinna oczekiwać od mężczyzny, żeby on sam znalazł sposób na to, żeby sobie poradzić ze swoją agresją?
To prawda. Dodam jeszcze, że męskiej agresji nie należy zamiatać pod dywan, lecz warto ćwiczyć chłopców i mężczyzn w dedykowaniu jej działaniom pozytywnym, konstruktywnym i kreatywnym. Pamiętam, jak wiele wysiłku musiałem włożyć w to, by opanować moją młodzieńczą agresję. Zarówno tę wrodzoną, jak i tę zassaną z powojennej atmosfery: z domów dziecka, z obcowania z poranionymi wojną agresywnymi kolegami, nauczycielami wyżywającymi się fizycznie na uczniach i z innymi dorosłymi – w tym z matką. Sprawdziłem na sobie słuszność starej zasady, że aby opanować agresję, trzeba uprawiać dużo sportu i ćwiczyć sztuki walki. Jako młody chłopak często musiałem stawać do walki. Ale od czasu, gdy już jako dorosły w ramach treningu walki kilkakrotnie doświadczyłem całkowicie bezwstydnej i nieustraszonej eksplozji agresji wraz z tym, że nie musi się ona wiązać z nienawiścią, lecz z uznaniem i szacunkiem dla przeciwnika – poczułem, że to ja dysponuję moją agresją, a nie ona mną.

Dziś uważamy, że agresję można wyciszyć wychowaniem. Nie dawać chłopcom zabawek militarnych i nie pozwalać się bić, a będą łagodni.
Chłopiec, który ma kochających rodziców, nie ma tak wielkiego problemu z agresją, jak syn psychopatycznego ojca i wycofanej matki. Ale jednak jego organizm też wytwarza testosteron. Odczuwa więc potrzebę obrony, rywalizacji i walki. Zatem to wielka szkoda, że dziś nie uczy się chłopców, jak radzić sobie z własną agresją, a w zamian piętnuje się ją. W ten sposób doprowadza się do wyparcia jej ze świadomości. A przecież to, co wyparte, nie poddaje się kontroli, z ukrycia działa na różne pokrętne sposoby. Stąd zapewne aż tak wielu młodych mężczyzn, a także tych przekraczających cezurę połowy życia, albo nie potrafi panować nad swoją agresją, albo próbuje sobie z nią radzić za pomocą różnych uzależniających substancji chemicznych.

A więc mamy do czynienia z agresją mężczyzn, która ma wiele źródeł i postaci. A co z innymi emocjami?
Na szczęście nie wszyscy mężczyźni idą przez życie zakuci w szczelny psychopatyczny pancerz, choć większość mężczyzn ma mniej lub bardziej rozległy psychopatyczny rys. Ci zdolni są do przeżywania wielu innych uczuć. Ale trzeba się liczyć z tym, że jednak większość mężczyzn w sytuacjach dla nich trudnych zareaguje nawykową agresją lub zamrożeniem, wycofaniem. Kto wie, czy to mimo wszystko nie lepsze niż usiąść i płakać? Jeśli jednak mężczyzna zdecydował się na tę odważną podróż w głąb siebie i odpłakał dziecięce zranienia, to stał się naprawdę silny. Nadal potrafi być wytrzymałym i odważnym obrońcą czy brać na siebie duże ciężary. Nie upokarza już jednak tych, którzy są słabi, aby poradzić sobie z własną rozpaczą.

  1. Psychologia

Jaka piękna awantura!

Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Świat bez konfliktów, społeczeństwa w zgodzie, rodziny bez kłótni, my sami w harmonii ze sobą. Komu nie marzy się taka rzeczywistość? Czy jednak jest możliwa? Pewnie tylko w bajkach. Bo konflikty są nieuchronną częścią naszego życia. Co więcej, może na nich skorzystać każda ze stron. Wszystko zależy od tego, jak je traktujemy. I jak rozwiązujemy.

Ewa, 31 lat, właśnie wprowadziła się z mężem do pierwszego własnego mieszkania. Opowiada, że przy jego urządzaniu o mało się nie rozwiedli. I to był dla niej szok. Bo znają się pięć lat, przez ten czas wynajmowali sześć mieszkań i zawsze byli zgodni. W starej kamienicy? Super. Na piątym piętrze bez windy? A co to za problem! W ogóle się nie kłócili, nie tylko w sprawach mieszkań. A teraz? Awantura za awanturą. O wszystko. O kolor ścian, meble, łóżko. Czy kuchnia ma być zamknięta, czy otwarta, z wyspą czy bez. A przede wszystkim o styl mieszkania.

– Wymarzyłam sobie chłodny skandynawski, on uparł się przy rustykalnym, jak u mamy. Nie to, żeby głównie awanturował się Tomek. Bardziej walczyłam ja. Nie wyobrażałam sobie, że nasze pierwsze mieszkanie będzie tak staroświeckie. Czasem szło na noże.

Kto górą?

Przyjrzyjmy się na tym przykładzie naszemu bohaterowi, konfliktowi. Kiedy się rodzi? Wiadomo – gdy dochodzi do różnicy interesów lub opinii pomiędzy dwoma lub więcej stronami. Gdy każdy dąży do osiągnięcia swojego celu, wykluczając cel konkurenta. Ewa, forsując pomysł na skandynawski klimat mieszkania, przekreśla plany męża na ten bardziej przytulny.

William L. Ury, współtwórca programu negocjacji na Uniwersytecie Harvarda, w książce „Dochodząc do zgody” pisze, że konflikt ma tym lepszą pożywkę, im podmioty są od siebie bardziej zależne. A Ewa i Tomasz mieszkają pod jednym dachem, są małżeństwem, mają więc wiele pretekstów do waśni. Ury zwraca uwagę na trzy różne, często mylone interpretacje konfliktu. Pierwszy odnosi się do rzeczywistego konfliktu interesów – pragnień i potrzeb ludzi. Ewa czuje się dobrze w surowych wnętrzach, Tomek – w tych przypominających rodzinny dom. Drugi poziom dotyczy różnicy stanowisk, ujawnionych w formie żądań. Ci młodzi, a właściwie bardziej ona, takie żądania wyrazili. Trzeci poziom konfliktu to już walka sił. Ta para była o krok od tego etapu. Choć nie musiała, bo – jak uważa Ury – to, że ludzie mają różne interesy, nie musi oznaczać, że skończy się walką. Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. To niemożliwe.

Tymczasem od lat słyszymy, że konfliktów należy unikać. A co widzimy? Że sami jesteśmy nimi targani na co dzień. Choćby wtedy, gdy mamy ochotę na słodycze, ale wiemy, że są niezdrowe. Gdy złościmy się na szefa, ale tego nie okazujemy, bo boimy się stracić pracę. Psychologowie nazywają takie konflikty intrapersonalnymi. Wyróżniają ponadto te między grupami ludzi (zawodowymi, społecznymi, państwami) oraz wewnątrz grup, na przykład facebookowych (tak zwane konflikty interpersonalne). Źródła konfliktów mogą obejmować idee, myśli, emocje, wartości, predyspozycje lub popędy.

Mimo że konflikty towarzyszą nam na każdym kroku (a może dlatego), mają wyjątkowo złą sławę. Według niektórych są konsekwencją błędów (najczęściej czyichś, nie naszych). Efektem działania złych ludzi, awanturników, pieniaczy. Czymś, co burzy spokój, ład i harmonię.

Karolina Dyduch-Hazar, psycholożka z Uniwersytetu SWPS: – To, że większość z nas ma negatywne skojarzenia z konfliktem, wynika z tendencyjnej prezentacji konfliktu w mediach, gdzie to słowo sklejone jest z epitetami „zbrojny”, „międzypartyjny”, „wielopokoleniowy”. To sprawia, że konflikt jawi nam się jako coś zagrażającego, czego należy unikać.

Liv Larsson, światowej sławy trenerka Porozumienia bez Przemocy, uważa, że rezultatem takiego podejścia do konfliktu, a zwłaszcza do oponentów, jest eskalacja sporu. Bo skoro druga strona jest złem wcielonym, to ta pierwsza okopuje się na swoim stanowisku, szuka mocniejszych argumentów, żeby być górą. Wystarczy zerknąć na internetowe fora. Ludzie nie przebierają w słowach, obrzucają się nawzajem błotem. Ileż na to potrzeba sił i energii! A to z kolei utwierdza niektórych w przekonaniu, że lepiej nie wdawać się w dyskusje, unikać wyrażania swojego zdania, jeśli wiadomo, że jest kontrowersyjne. Efekt? Kumulowanie problemów i frustracji. A zamiatane pod dywan wcześniej czy później wybuchną.

Karolina Dyduch-Hazar wyjaśnia, że konfliktom pomagają nasze mechanizmy poznawcze, takie jak na przykład upraszczanie sądów o rzeczywistości, kategoryzowanie (na przykład: my i oni). A upraszczamy i kategoryzujemy, ponieważ sprzyja temu życie w skomplikowanym świecie pełnym zależności.

– Większość z nas preferuje bardziej jednoznaczność niż wieloznaczność – mówi psycholożka. – Mamy też skłonność do kurczowego trzymania się jednej opinii. Taka postawa utrudnia przyjęcie perspektywy innej strony czy wzięcie pod rozwagę konkurencyjnej opinii. Ale daje poczucie kontroli nad otaczającą nas rzeczywistością. Nie bez znaczenia jest narcystyczna kultura, w jakiej żyjemy. Ludzie porównują się do innych. Gdy do kogoś w ich odczuciu lepszego– czują się źle, natomiast, gdy do tego stojącego niżej w hierarchii, biedniejszego, nieuprzywilejowanego – lepiej.

Dzięki ci, kłótnio!

Ewa opowiada, że kiedy doszli z mężem do ściany, wzięła urlop i wyjechała. Sama. Żeby wszystko przemyśleć.

– Przeczuwałam, że spór o urządzanie mieszkania kryje pod spodem głębszy problem w naszej relacji. Przeanalizowałam wszystkie nasze wcześniejsze decyzje. I eureka! Nagle zobaczyłam, że to on je podejmował, ja tylko mu przytakiwałam. Nie dlatego, że był despotą, nie. Zgadzałam się na wszystko, bo tak chyba było mi wygodnie. Bo chciałam, żeby było miło. A może po prostu poprzednie tematy nie były dla mnie aż tak ważne. Tak czy siak, unikałam konfrontacji. A tu nagle wyskoczyłam ze swoim zdaniem, którego broniłam jak lwica. Pokłóciliśmy się tak, że Tomek zgłupiał. Ale ja zmądrzałam. Więc powtarzam sobie w duchu: „Dzięki ci, kłótnio! Dopiero ty mi uświadomiłaś, w co brnę!”. Unikanie konfliktu za wszelką cenę o mały włos nie rozwaliło mi małżeństwa. Liv Larsson w książce „Porozumienie bez przemocy w mediacjach” pisze: „Konflikty są naturalną częścią naszego życia. Powstają tam, gdzie płynie życie i gdzie ludzie mają marzenia”. Kiedy to zaakceptujemy, łatwiej zauważyć ich pozytywne strony. A te są niezaprzeczalne.

Po pierwsze, konflikt sygnalizuje potrzebę zmiany. Ewie uzmysłowił, że dla swojego dobra i w interesie związku powinna mówić otwarcie, co myśli, być bardziej aktywna, przejmować inicjatywę. Po drugie, spór pozwala przyjrzeć się głębiej naszym potrzebom i nam samym w ogóle. Dzięki niemu poznajemy także innych. Czyli – dostajemy złożony, ale całościowy i prawdziwy obraz sytuacji.

– Po trzecie – dodaje psycholożka – konflikty są szansą na rozwój nie tylko osobisty, lecz także kulturowy, naukowy, społeczny. Konflikt pomiędzy biało- i czarnoskórymi Amerykanami w latach 60. doprowadził do poprawy sytuacji Afroamerykanów. Ten między Carlem Gustavem Jungiem a Zygmuntem Freudem skutkował rozwojem psychologii głębi. A toczący się obecnie konflikt na Białorusi być może doprowadzi do rozwoju demokratycznych rządów w tym regionie. Ale oczywiście lepiej byłoby, gdyby źródła tych sporów zidentyfikować wcześniej i próbować im zapobiec. Wtedy różnice pomiędzy stronami nie przerodziłyby się w długotrwałe spory, które są dla wszystkich wyniszczające. Przykład? Konflikt Izrael–Palestyna, w którym obie strony postrzegają się jako wrogów. Takie konflikty wiążą się z brakiem nadziei na zmianę, bezsilnością i wrogością – stanami, które nie motywują do podjęcia konstruktywnych działań. Bo „i tak nic się nie zmieni”, „nic to nie da”, „po co się starać”.

Propozycja i opozycja

Przykład konfliktu między Ewą i Tomaszem pokazuje, że najgorsze, co możemy zrobić, to udawać, że sporu nie ma. Bo kiedy wcześniej ona przymykała oko na dzielące ich różnice, to nie znaczy, że one nie istniały. Dopiero kiedy je zidentyfikowała i ujawniła, mogła je rozwiązać.

Jak ich szukać? Karolina Dyduch-Hazar wylicza pomocne umiejętności: patrzenie na problem z wielu stron (ja – on, młodsi – starsi), akceptacja wieloznaczności, różnorodności, skomplikowania.

– Jedną z technik przydatnych w rozwiązywaniu konfliktów jest reinterpretacja poznawcza, czyli zmiana znaczenia bodźca, który wywołał konflikt, bo wtedy możliwa jest zmiana reakcji emocjonalnej na ten bodziec. Krytykę na przykład możemy odebrać jako prowokację i zareagować agresją. Ale możemy też zmienić znaczenie prowokującego bodźca, zobaczyć w nim wartość i zareagować chęcią rozmowy. Istnieją techniki pomagające skoncentrować się na rozwijaniu pozytywnej emocjonalności, takiej jak pokorność (ang. humility), czyli stan, w którym zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy częścią większej całości, kiedy jesteśmy świadomi własnych ograniczeń, niedoskonałości, błędów. Jak uważność (ang. mindfulness) skierowana na pojawiające się doświadczenia w danym momencie w sposób intencjonalny, nieoceniający i akceptujący. Jak wdzięczność (ang. gratitude), czyli docenianie tego, co się już ma, zamiast narzekanie na to, czego się nie ma. Jak empatia. Takie cechy nie są oznaką słabości, a wręcz przeciwnie – samoświadomości, czyli naszej wewnętrznej siły.

Tymczasem w najlepsze się opluwamy, skaczemy sobie do oczu, niszczymy się. Bo nie umiemy dyskutować. Na świecie od lat w spornych sprawach wykorzystuje się tak zwane dyskusje oksfordzkie. To bardzo ciekawy rodzaj sformalizowanej dyskusji: prowadzi ją osoba nazywana marszałkiem, dyskutanci podzieleni są na dwie grupy – propozycja (obrońcy tezy) i opozycja (przeciwnicy). Nie wolno nawzajem się obrażać, sięgać po argumenty ad personam. Liczy się umiejętność formułowania własnej koherentnej opinii, ale też umiejętność merytorycznego odnoszenia się do opinii innych. Dyskusja ma doprowadzić do wyboru najlepszego rozwiązania konfliktu, problemu, sprawy. To są gotowe techniki do nauki rozwiązywania sporów. Dlaczego nie korzystają z tego narzędzia polskie szkoły?

– Dziecko uczy się zachowywania poprzez obserwację zachowań dorosłych. Jeśli dorasta w domu, w którym inny jest wrogiem, a konflikty nie są konstruktywnie rozwiązywane, to trudno oczekiwać, by umiało je w przyszłości rozwiązywać z korzyścią dla siebie i innych – mówi psycholożka.

Różnice między ludźmi nie znikną. Spory też. Dlatego musimy naprawdę poważnie zabrać się do uczenia dzieci w rodzinach i szkołach rozwiązywania konfliktów. Pięknie się różnić to jest to, na czym nam wszystkim powinno zależeć.

  1. Styl Życia

Dlaczego warto mieć zwierzaka?

Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Zwierzęta na prawach przyjaciół albo domowników? To jest możliwe. Coraz częściej dzielimy się z nimi przestrzenią, jedzeniem i miłością. Przygarniamy je ze schronisk, ratujemy przed okrucieństwem innych. Czyżbyśmy stali się bardziej empatyczni? A może siebie oszukujemy? Psychologa Pawła Droździaka pyta Renata Mazurowska.

Przez lata zmieniał się nasz stosunek do zwierząt. Choć w środowiskach wiejskich zwierzę wciąż pełni rolę usługową, użyteczną – pomaga w pracy, strzeże obejścia, jest źródłem jedzenia – to już w mieście psy i koty nie tylko mają imiona i stałą opiekę lekarską, ale też fryzjera, ubrania, bogatą w minerały karmę… To coraz bardziej aktywny ruch, gdzie zwierzę staje się towarzyszem rodziny. A nawet rodziną jako taką.

Jest też i drugi biegun reprezentowanej przez człowieka postawy wobec zwierząt, gdzie zwierzęta są porzucane, bestialsko traktowane… Czyli mamy dwa różne i skrajne zjawiska dotyczące traktowania zwierząt, które jednak coś łączy. Co? Ano to, że nie umiemy poradzić sobie z faktem, że zwierzę co prawda posiada jakieś życie psychiczne, ale jednocześnie pozostaje inne od nas. Albo przypisujemy zwierzętom ludzkie uczucia i cechy, albo odbieramy im jakiekolwiek uczucia w ogóle, i traktujemy jako przedmioty. Coraz częściej też w zbiorowej świadomości pojawia się obraz zwierzęcia jako ofiary do uratowania. To postać będąca uosobieniem niewinności i bezbronności, wykorzystywana przez ludzi niemających empatii. Ale oto my, mocą naszej miłości, ratujemy zwierzę z opresji. Odtwarzając tę opowieść, odczuwamy mieszaninę wzruszenia i oburzenia. Zwierzę i jego ludzcy nieliczni stronnicy reprezentują tu dobro, zaś ludzkość jako całość uosabia zło. Walka dobra i zła, jak w bajce. Zresztą z bajką ma to sporo wspólnego: grupą, która naturalnie jest zainteresowana życiem zwierząt, są dzieci – dla nich to są pieseczki, koteczki, kaczuszki, słoniki. A w bajkach często te zwierzątka mają ludzkie cechy i przeżywają ludzkie przygody.

Wystarczy przypomnieć filmy „Gdzie jest Nemo” czy „Król Lew”… W „Gdzie jest Nemo” tatuś szuka synka, a synek za nim tęskni – tyle tylko że to zjawiska ze świata ludzi, nie zwierząt. W świecie ryb ojciec nawet by nie wiedział, kto jest jego synem. Ale w świecie bajek przebieramy człowieka za zwierzę, a zwierzę za człowieka, na dodatek wszystkie nieszczęścia zwierzęcego bohatera są efektem ludzkich działań. Dziecko solidaryzuje się z bajkowymi zwierzętami, bo widzi, że są one równie bezradne wobec świata dorosłych jak ono. Zwierzę, można powiedzieć, jest czystą emocją i to emocje decydują o jego reakcjach. Nie kryje uczuć, od razu je okazuje (no, może poza szympansami, które potrafią udawać) – zatem dziecku łatwiej się ze zwierzęciem identyfikować, bo i u niego emocje decydują o reakcjach.

Dlaczego, Paweł, masz dwa koty, dlaczego ja mam psa? Mam koty, bo moja dziecięca część ma koty.

Współczując zwierzętom, cofamy się do etapu dziecka? Współczując nie, ale już utożsamiając zwierzęta z ludźmi – tak. To, co nas odróżnia od zwierząt, to myślenie, nadawanie sensu przeżyciom. Zwierzęta tego nie robią, one tylko przeżywają. Dlatego jeśli twierdzimy, że między nami a nimi nie ma żadnej różnicy, odcinamy to górne piętro. Dziś stało się to modne. To, że ktoś „tak czuje”, stało się nawet argumentem w dyskusjach. Mało tego, wskazanie, że emocja nie jest wystarczającą racją, może wręcz skutkować posądzeniem o brak empatii. A to mniej więcej tak, jak dawniej być podejrzanym o ateizm.

A może ten świat jest tak skomplikowany, że ratujemy się relacjami ze zwierzętami, ponieważ są oparte na szczerości i bezinteresowności? Pies cię nie porzuci, co najwyżej człowiek porzuci psa… Może to jakiś ratunek przed tymczasowością, zmiennością, nieprzewidywalnością? W życiu wielu z nas przychodzi taki moment, kiedy ponosimy porażkę w świecie międzyludzkich relacji. Czasem bywa to na tyle bolesne, że mamy dość i nie chcemy tego doświadczenia powtarzać. Co nie oznacza, że nie mamy emocjonalnych potrzeb. No i wtedy w sukurs przychodzi relacja ze zwierzakiem, z którym wszystko jest prostsze. Wielu osobom to pomaga. Coraz częściej zwierzęta są używane do tego, by można uchylić się od budowania relacji rodzinnych. Bo to krępuje człowieka, umieszcza w jakiejś strukturze, której on nie chce, każe stać się dorosłym na jakiś bardzo typowy sposób – więc człowiek odrzuca społeczne oczekiwania, przyjmując zwierzę za swoje symboliczne dziecko. To niekiedy ma zastąpić rodzinę, której nie daje się zbudować, ale czasem przeciwnie – i to szczególnie ciekawe – jest to forma buntu przeciwko przymusowi jej tworzenia.

Jednak – chciałbym to podkreślić – relacja ze strony zwierzęcia nie jest bezinteresowna. Psy towarzyszą ludzkości od setek tysięcy lat z powodu kości, najpierw przypadkowo, a później już celowo pozostawianych wokół ludzkich siedzib. Z czasem oba gatunki nauczyły się wspólnie polować i walczyć. W końcu pies nauczył się czegoś, czego żadne zwierzę nie potrafi. Odczytuje pewne elementy ludzkiego zachowania, podąża spojrzeniem za naszym wzrokiem, umie odczytać gest pokazania czegoś ręką, reaguje na nasz wzrost czujności, w nieznanym otoczeniu czeka ze swoją reakcją na naszą reakcję, trafnie odczytuje hierarchię w ludzkiej grupie… Nawet szympansy tego nie umieją. Niestety, początkiem tej wspólnej historii jest mięso, nie miłość. Dziś swoje domostwa chronimy już w inny sposób, ale nauczyliśmy się wykorzystywać psy w całkiem nowym celu. Często stają się one substytutem rodziny. Czymś w rodzaju naszych dzieci.

Ale dziś można nie mieć dzieci bez społecznego potępienia, a poprzez relacje ze zwierzętami realizować na przykład potrzebę opieki. Moim zdaniem coraz szerszy ruch w kierunku ochrony zwierząt wynika w dużej części ze wzrastającej świadomości tego, w jaki sposób traktuje się zwierzęta w masowej, przemysłowej hodowli. To zwierzęcy holokaust – myślę tu na przykład o „fabrykach mięsa”, w których zwierzę nie ma żadnych praw. Więc żeby nie zwariować, próbujemy „wyrównać emocje”, adoptując zwierzaki ze schronisk, przestając jeść mięso. Przemysłową hodowlę trudno przyjąć do wiadomości, jeśli się ją zobaczy. Większość ludzi jest zbyt wrażliwa na to, żeby trzymać zwierzaka w pojemniku nieruchomo przez całe jego życie, a jednak milcząco czerpiemy korzyści z takich działań. Można próbować to rozumieć jako próbę znieczulenia się.

Wiemy na przykład, że dzieci potrafią spontanicznie znęcać się nad zwierzętami i bawić się uśmiercaniem ich, ale potrafią też równie spontanicznie nimi się opiekować. O dziwo, czasem to są te same dzieci, tylko innego dnia. Niektórzy celowo zabijają w sobie całą empatię, żeby wyzbyć się oporów i ograniczeń. Tak chcą zyskać siłę, która ma ich ochronić.

Na przykład po to, by przywiązać psa do drzewa w lesie? I nic w związku z tym nie czuć? Niektórzy wiele robią, by nic nie czuć. Zabijają w sobie wrażliwość, bo w czymś przeszkadza. I teraz rodzi się pytanie, na ile to masowe zabijanie zwierząt – na skórę, na jedzenie, klej do tapet – ma rzeczywiście ekonomiczne uzasadnienie, a na ile można na to patrzeć jako na próbę usunięcia uczuć albo nawet problemu istnienia śmierci. Traktujemy zwierzę jak rzecz, bo rzecz nie może być zabita. Może robimy to, by uciec od strachu wywołanego wiedzą, że sami jesteśmy śmiertelni?

Od czasów nazizmu wiemy, że całkiem normalni ludzie, niezdolni do okrutnych czynów w kontakcie bezpośrednim, mogą przyczynić się do zła, jeśli działają w ramach instytucji, której są częścią. Częściowość własnego udziału, rozproszenie odpowiedzialności na „zbiorowego nikogo”, brak bezpośredniego kontaktu z tym, do czego się przykłada rękę, pewna abstrakcyjność obiektu, który jest jakby nigdzie. To wszystko sprawia, że można w tym uczestniczyć bez poczucia winy. Czyli można mieć pełną szafę skórzanych rzeczy i jednocześnie na Facebooku określać się jako przeciwnik polowań. Tak działa umysł. Reagujemy emocjami na to, co widzimy, a jak czegoś nie widzimy, to tego dla nas nie ma. Żeby opiekować się psem, kupujemy mu pokarm ze świni albo krowy i nie zastanawiamy się nad tym. Realność byłaby trudna do zniesienia. Szczególnie realność niemożliwa do zmiany.

Ale może fakt, że empatyzujemy ze zwierzętami, świadczy o tym, iż stajemy się coraz wrażliwsi? Nie jestem pewien, czy zawsze, kiedy mówimy, że empatyzujemy, to faktycznie empatyzujemy. Odnoszę wrażenie, że dość często, choć oczywiście nie zawsze, na przykład za restrykcjami dotyczącymi diety bezmięsnej kryje się nie tyle współczucie dla zwierząt, ile pragnienie zbudowania pewnej bariery między sobą a resztą ludzi. Podobnie jest z niektórymi przypadkami dość specyficznego traktowania zwierząt domowych – jako czegoś w rodzaju dziecka czy partnera życiowego. Myślę, że to nie zawsze empatia, bo empatia wobec psa czy kota polegałaby raczej na pozwoleniu mu, by psem albo kotem pozostał i żył w swym psim czy kocim świecie. Czasem chodzi o to, by tym zwierzęciem stworzyć jakąś barierę między sobą a innymi ludźmi, coś zastąpić, zanegować. A o cóż wówczas gramy? O wolność. O to, by się nie dać dookreślić jakkolwiek. To bardzo współczesny styl.

Poza tym generalnie mamy inną perspektywę, bo nie jesteśmy zagrożeni w naszym przetrwaniu i jesteśmy bardzo bogaci w porównaniu do naszych przodków. To sprawia, że dostrzegamy problemy, na których zauważenie naszym przodkom w ich ciężkim życiu nie starczyłoby miejsca. Można więc na nas spojrzeć albo jak na istoty wrażliwsze, bo dużo bardziej od swych przodków rozwinięte, albo jak na bardziej rozpieszczone przez nierealnie bezpieczne warunki. Zależy, co wolimy.

A pokusiłbyś się o odpowiedź, w czym świat ludzki i zwierzęcy jest podobny? Wydaje mi się, że jednak więcej nas łączy niż dzieli… Istnieje, oczywiście, wiele podobieństw, ale jedno jest szczególnie zaskakujące. Otóż okazuje się, że na przykład szympansy wykazują skłonność do czegoś, co chyba musimy nazwać mistycyzmem. U ludzi jest tak, że wyznają różne kulty. Nawet tam, gdzie nie ma żadnego, istnieje jakiś kult wodza i jest w tym coś na tyle charakterystycznego, że jeśli nie wiesz nic o kulturze danego kraju czy plemienia, to kiedy znajdziesz obiekt kultu, od razu widzisz, że to „to”. No i okazuje się, że żyjące dziko szympansy mają coś podobnego! Wybierają w lesie potężne drzewa, daleko od miejsc, w których mieszkają, i znoszą tam wielkie kamienie. Przychodzą tam, siedzą jakiś czas bez ruchu i odchodzą. Czasem przynoszą nowy kamień, żeby go dołożyć do kopca. To zupełnie niezwykłe, dosyć nowe odkrycie. Podobieństwo tych miejsc do pierwotnych miejsc kultowych ludzi, w których oni układali stosy kamieni, jest uderzające. W Internecie są już zdjęcia. Warto zobaczyć.

Moc terapeutyczna zwierząt - kilka argumentów na rzecz zaproszenia pod swój dach czworonoga

  • Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne (ile znajomości zawieranych jest w parkach z innymi właścicielami psów!), troskę o innych, otwartość, ufność i uważność na to, co dzieje się tu i teraz.
  • Kontakt z domowym futrzakiem, a zwłaszcza dotyk, przytulanie się z nim, głaskanie, stymuluje wydzielanie endorfin, hormonu, który nas nastraja pozytywnie i pobudza odporność organizmu, a także obniża poziom kortyzolu, hormonu stresu.
  • Od zwierząt otrzymujemy też bezwarunkową miłość i akceptację, ale to niejedyna terapeutyczna korzyść, jaka się wiąże z bezpośrednim kontaktem ze zwierzęciem.
  • Okazuje się, i zbadali to Sam oraz Elizabeth Corson, małżeństwo amerykańskich psychiatrów, że pacjenci, którym pozwalano na kontakt z psem, nabrali większej pewności siebie i stali się bardziej niezależni.
  • Jako terapię wspomagającą chętnie wykorzystuje się dziś kontakt z końmi, delfinami czy psami w leczeniu lub rozwijaniu m.in. funkcji poznawczych, słownictwa, pamięci długo- i krótkotrwałej, motoryki, koncentracji uwagi, koordynacji ruchowej, a także niwelowania lęków, podnoszenia samooceny, nauki relaksacji czy rozwijania empatii i umiejętności współdziałania w grupie. Asystę zwierząt wykorzystuje się wspomagająco w rehabilitacji dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym, ADHD, zespołem Downa, nerwicami i autyzmem. W ramach terapii z udziałem zwierząt możemy mówić o dogoterapii (psy), hipoterapii (konie), felinoterapii (koty), delfinoterapii (delfiny) i pet therapy – terapii związanej z obecnością różnych zwierząt, nawet chomików. Warunkiem koniecznym we wszystkich przypadkach jest dobrowolny udział zwierząt i ich dobre zdrowie psychiczne (m.in. pewność siebie, brak lęków).
  • Koty mają zbawienny wpływ na osoby z zaburzeniami psychicznymi i ruchowymi, na dzieci nadpobudliwe, ale także na osoby nieśmiałe. Dobre efekty uzyskuje się w pracy w asyście kotów lub psów z osobami uzależnionymi i więźniami.