1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wielcy i sławni też mają lęki

Wielcy i sławni też mają lęki

Autoportret Stanisława Ignacego Witkiewicza (fot. BEW)
Autoportret Stanisława Ignacego Witkiewicza (fot. BEW)
Świadomość, że znani artyści także cierpieli na schorzenia psychiczne, dla osób zmagających się z własnymi lękami bywa pocieszeniem. O tym, jak bardzo różniła się jednak pomoc, jaką dostawał Prus czy Tuwim, od tej, jaką można uzyskać dzisiaj – z psychiatrą Sławomirem Murawcem rozmawia Tomasz Jastrun.

Boimy się pająków, myszy, latać samolotem. Niektórzy boją się nawet jechać windą, przejść przez most. Na agorafobię, lęk przestrzeni, fizyczny, psychiczny, a nawet metafizyczny cierpieli w ostrej postaci Bolesław Prus i Julian Tuwim, w słabszej Witkacy.

Lęk, kiedy się wisi nad przepaścią, to normalny instynkt, zagrożenie jest przecież realne. Agorafobia, jak wynika z nazwy, to lęk otwartych przestrzeni, schorzenie to jednak częściej dotyczy każdej przestrzeni oprócz tej jednej bezpiecznej, którą jest zwykle dom. Dom plus obecność kogoś bliskiego, kto w razie zagrożenia pomoże, wezwie pomoc, zareaguje. Już poza progiem zaczyna się lęk. Bywa tak silny, że nie do opanowania, zmuszający do powrotu. Wyjść można z domu, ale tylko z kimś, komu się ufa – tata, mama, żona… Ludzie odczuwają przerażenie już na ulicy, na przejściu dla pieszych. Agorafobia jest nerwicą, ale bywa bardziej inwalidyzująca niż najpoważniejsze choroby psychiczne, takie jak schizofrenia. Czasami człowiek przez lata nie wychodzi z domu.

Prusa i Tuwima chyba za bardzo nie leczono. Witkacy sam się „leczył” alkoholem i narkotykami.

Dzisiaj stosuje się leki przeciwdepresyjne i redukujące niepokój. I to działa! Zbliżony do agorafobii, często z nią współistniejący, jest lęk paniczny – ktoś ma poczucie, że zaraz oszaleje albo umrze, straci kontrolę nad sobą. To uczucie wielkiej grozy, wali serce, człowiek się dusi, poci, ciało alarmuje. Z moich doświadczeń jako lekarza wynika, że u źródeł lęku panicznego często leży doświadczenie umierania lub ciężkiej choroby własnej albo kogoś bliskiego.

Niedawno miałem pacjentkę, której dziecko było ciężko chore. Najpierw był lęk o nie, potem o bliskich, w końcu sama przestała wychodzić z domu. Pamiętam biznesmena, właściciela sieci sklepów, bał się dojechać do swego marketu samochodem, nękały go napady lęku panicznego. Okazało się, że jego współpracownik, z którym rozkręcał interes, zdrowy młody człowiek, nagle umarł. Pojawiły się u niego myśli: „taki młody mógł umrzeć, ja też mogę”, a parę miesięcy później napady lęku. Niedawno wszedł do mojego gabinetu imponująco zbudowany młody człowiek, patrzę niego z podziwem, niemal półbóg, siada i zaczyna płakać. Cała jego muskulatura była tylko obudową lęku. Kiedyś miał poczucie, że to już jego koniec, że umiera, rozpada się. Teraz ten lęk znów się pojawił.

Wróćmy do tej przestrzeni pod nogami lub nad głową, która tak nas przeraża.

Otchłań i przestrzeń może dawać uczucie wolności, tego doświadczają paralotniarze, otchłań ich pociąga, innych za to ogania groza bez granic. Widzę to też jako lęk przed utratą kontroli. Paralotniarz, nawet skoczek spadochronowy, walczą z przestrzenią, jakoś nad nią panują, ktoś, kto jedzie windą i ma pod nogami szyb, może czuć się bezradny.

Jedni bardzo się boją, inni w takiej samej sytuacji nic a nic, a może to jest czysto fizjologiczne i dotyczy choćby błędnika?

Ale gdzieś jest źródło, błędnik „pływa” w naszej psychice. Mogą być różne czynniki sprzyjające występowaniu tych problemów: narkotyki, alkohol, środki stymulujące. Naukowcy rozważają też wpływ nadwrażliwości na poziom dwutlenku węgla we krwi oraz wypadania płatka zastawki dwudzielnej w sercu, hipoglikemii, nadczynności tarczycy czy chorób układu oddechowego. Tak więc są to nie tylko przeżycia, lecz też inne czynniki. Ale moje doświadczenie pracy mówi, że wiele w tym lęku przed utratą kontroli, zagubienia. U źródła zwykle jest jakieś doświadczenie, trauma.

Tak na pewno było z Bolesławem Prusem, autor „Lalki” był dręczony przez lęk przestrzeni. Jak wspomina Wacław Horodyński, wszystko zaczęło się od kontuzji odniesionej przez Prusa podczas bitwy pod Białką (1 września 1861 r.): „Po bitwie dopiero znaleziono go, leżał na polu, skąd przewieziony został do któregoś z okolicznych dworów, gdzie zaopiekowano się nim”. Sam Prus pisał: „Ja, dawny ja, pochowany jestem z nadziejami moimi pod Białką, skąd drugi ja wyniósł dwumiesięczne szaleństwo, zwątpienie w tego rodzaju zabawy i kalectwo”. Współczesny mu Adam Breza pisał: „Prócz krótkowidztwa dręczyła Prusa obawa przestrzeni (agorafobia). Jedno i drugie postępowało z wiekiem. Znosiłem go na plecach z trzeciego piętra. Przez plac Saski trzeba było przeprowadzać. Nawet w wagonie kolejowym jadąc, zasłaniał sobie oczy, kiedy pociąg biegł trochę wyżej”.

Jakbym dzisiaj leczył Prusa? Porozmawiałbym z nim, by sam znalazł powiązanie między tym, co teraz przeżywa, a traumą, której doznał w przeszłości. Często pacjenci mówią: „zupełnie nie wiem, dlaczego to mi się dzieje”. Jeśli uda się znaleźć powiązanie, lęk nie ustępuje od razu, ale staje się bardziej zrozumiały, osadzony w kontekście życia i przestaje być magiczną siłą.

Zaproponowałbym mu pewnie leki z grupy przeciwdepresyjnych, które osłabiają lub znoszą objawy, oraz środek przeciwlękowy, by mógł sobie pomóc w sytuacji ostrego napadu. Przy kolejnej wizycie spytałbym, co sądzi o podjęciu psychoterapii. Jeśli miałby taką gotowość, wskazałbym mu psychoterapeutę.

 

Dr n. Med. Sławomir Murawiec psychiatra i psychoterapeuta; pracuje w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, ma prywatną praktykę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Chcesz uporać się z lękiem? – Przestań walczyć z życiem

Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Co najskuteczniej oddala nas od lęku? Bycie. Samo uczestniczenie w chwili obecnej. Filozof Marcin Fabjański twierdzi, że można nauczyć się tej trudnej sztuki – poprzez medytację i zmianę przekonań. Ale praca nigdy się nie kończy!

Zdaniem Marcina Fabjańskiego, filozofa i nauczyciela medytacji, lęk bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały. Całkowicie przewidywalny, bo zależny od nas, zachowujący się grzecznie, pod naszą kontrolą. – Wtedy czujemy się bezpiecznie. Ale świat stały nie istnieje, ze swojej natury jest zmienny. Zatem lepszą strategią jest zaniechanie buntu przeciwko własnemu doświadczeniu i dostrojenie się do procesu, który jest w nas i wokół nas – mówi.

Jego książka „Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu” traktuje o tym, jak medytować i badać proces życia. – Jest pełna osobistych opowieści z klasztorów Wschodu i miast Zachodu, gdzie metodami Buddy i Epikteta toczyłem boje z własną neurozą i głupotą, by przekonać się, że jeśli walczysz z życiem – przegrasz – opowiada. Jego zdaniem życiowe kłopoty wynikają z tego, że upieramy się, że ma być tak, jak my chcemy. To ego jest takie uparte. Stanowi opór przeciwko życiu. Istnieje jako pewnego rodzaju przekłamanie rzeczywistości. Z lęku zamrażamy rzeczywistość i żyjemy w opowieściach umysłu, które nie są prawdą. Żyjemy uczepieni jakiegoś scenariusza. Walczymy, męczymy się i napinamy, żeby obraz naszego życia był właśnie taki. A może lepiej z wewnętrznym spokojem poddać się nurtowi życia, zmianom, których nie da się uniknąć? To dynamiczny proces, wieczna niespodzianka. Problem polega na tym, że to właśnie niespodzianek najbardziej się lękamy.

Oblicza neurozy

W przyjrzeniu się lękom pomocna jest teoria neurozy niemieckiej psychiatry i psychoanalityczki Karen Horney, na którą powołuje się w swojej książce Marcin Fabjański. Według niej są trzy rodzaje reakcji na rzeczywistość, które oddzielają nas od spontanicznego przeżywania rzeczywistości, i sprawiają, że tworzymy neurotyczne strategie wymyślonych światów. Te neurotyczne ruchy to: „do”, „od” i „obok” życia.

Strategia „do” może polegać na ulokowaniu całego szczęścia w związku lub w karierze zawodowej. W tym przypadku wydaje nam się, że coś zewnętrznego ukoi nasz lęk. – Jest to ścieżka przepychania się z życiem, żeby coś mieć, coś trwałego – mówi Marcin Fabjański. – Prędzej czy później tego pożądanego kogoś lub czegoś zabraknie. Wtedy cały świat się rozpada, a lęk się nasila, zapętla.

Strategia „od” jest zarówno ucieczką od problemów, jak i budowaniem tożsamości na kontrze wobec czegoś. – Widać to wyraźnie choćby na przykładzie życia politycznego – mówi Marcin Fabjański. To nie tylko niezdrowe, ale i sztuczne. Odcinanie się od świata powoduje większe cierpienie.

Strategia „obok” oznacza udawanie, że jestem niezależny, bo żyję w swoim świecie, a wszystko, co znajduje się poza nim, nie ma tak naprawdę znaczenia. – Ta strategia jest jednym z niebezpieczeństw ludzi, którzy chcą medytować. Bierze się z niezrozumienia, czym jest medytacja. Bo jest ona czymś dokładnie odwrotnym: konfrontacją z życiem, nie ucieczką. Otwarciem się na samo życie, a nie tylko na opowieść o nim – tłumaczy.

Neuroza polega na tym, że się w nią niemal religijnie wierzy. I to uniemożliwia rozwój potencjału człowieka. Nie żyjemy pełnią swoich możliwości, tylko idziemy wąską ścieżką urojeń: że świat jest niebezpieczny, a ludzie źli. Że przestępczość wzrasta, a w jedzeniu jest sama chemia. Nic dziwnego, że czujemy wypalenie, brak sensu życia, nudę.

Fałszywe opowieści

– Kobiety, które przychodzą do mnie na warsztaty, często żyją opowieścią pod tytułem „jestem złą matką”. Zakłada ona, że istnieje wzorzec dobrej matki, która kocha swoje dziecko zawsze i bezwarunkowo. Ale ten wzorzec jest kompletnie nierealny, niemający nic wspólnego z procesem życia. Kiedy przychodzi chwila, w której kobieta złości się na dziecko, budzi się w niej poczucie winy, bo obraz matki, wokół którego zbudowała tożsamość, się sypie. A gdy coś ważnego ulega zniszczeniu, budzi się lęk – mówi Marcin Fabjański.

Kiedy w jakiś sposób się określamy, ta tożsamość staje się źródłem cierpienia. – Na przykład uznaję, że jestem człowiekiem sukcesu. Co się stanie, kiedy poniosę porażkę? –pyta filozof. – To uderzy bezpośrednio we mnie. A kiedy mam trochę szerszy obraz, kiedy rozumiem, że życie rządzi się swoimi prawami i charakteryzuje je zmienność, a ja jestem czymś znacznie szerszym niż myśl o sukcesie, to w chwili niepowodzenia nie wpadam w depresję, nie zaczynam się bać.

Często ludzie po poniesieniu porażki robią wszystko, żeby odbudować dawne status quo, podnieść z ruin tożsamość. Silna potrzeba natychmiastowego sukcesu uderza w nasze morale. Tymczasem i buddyści, i antyczni mędrcy nauczają, że poczucie własnej wartości powinno wypływać jedynie z powodu tego, że jest się człowiekiem. Dlatego, gdy nie udaje ci się być tym, kim zawsze pragnęłaś być, pomyśl, że może tak właśnie chciało życie, że może jego scenariusz jest lepszy niż twój. Nie bój się zaufać w mądrość świata, tak naprawdę tylko to nam pozostaje na tej ziemi. Wierzyć, że jest dla nas jakaś rola do spełnienia.

Rezygnacja z „moje”

Jak dotrzeć do prawdy o życiu? Są tacy, którzy latami siedzą w Himalajach, by to zrobić, a my byśmy chcieli na skróty, w jeden weekend.

Fabjański zaznacza, że podstawą dostrojenia się do procesu życia jest obserwacja samego siebie i swoich wyobrażeń. Uważność na to, jakie mamy oczekiwania wobec rzeczywistości, jaki według nas ma być świat oraz inni ludzie. Pomaga bycie świadomym tego wszystkiego, co się dzieje w naszych myślach i w ciele. Kiedy wszechświat nie spełnia naszych oczekiwań, pojawiają się napięcia, duszności, bóle.

– Obserwacja siebie i życia jest potrzebna, aby mieć podstawy do sformułowania realnego celu. Proces życia nie jest obietnicą szczęścia, tylko zaproszeniem, żeby otworzyć się na to, co się dzieje, zamiast na to, co sobie wyobrażamy – tłumaczy.

A gdy się dzieje źle? W tym momencie dochodzimy do pierwszej konstatacji, że nie jesteśmy szczęśliwi, bo nie dzieje się tak, jak chcemy. A życie z konieczności składa się z takich chwil, w których nie czujemy się tylko szczęśliwi. Dlaczego mamy być zawsze zadowoleni? Dzięki pogłębianiu praktyki filozoficznej szczęście możemy czerpać ze spokoju i nie mylić go z ekscytacją, jaką odczuwamy, gdy staje się coś, o czym marzyliśmy.

Według Fabjańskiego bez praktyki medytacyjnej nie jesteśmy w stanie podążyć za procesem życia: –  Istota medytacji to odzwyczajenie naszych mózgów od wizji, które nam wtłoczono. Zwrócenie uwagi na to, że jest jeszcze coś takiego jak samo życie. W zauważeniu życia przeszkadzają myśli, które tworzą opowieści. Medytacja ich nie wyeliminuje, ale sprawi, że rzadziej będą nas uwodzić.

Kolejny sposób na opanowanie źródła lęków? Rezygnacja ze słów: „ja”, „mój”, „moje”. – Te słowa zamrażają życie. Na przykład mówimy: „mój samochód”. Co w tym samochodzie naprawdę jest mojego oprócz pewnego aktu prawnego? I oprócz moich emocji, które są w ten samochód wpakowane? Bo kiedy ktoś go zadraśnie, będę cierpieć. Tak naprawdę on jest swój, jest częścią danego środowiska, za 100 lat nie będzie już go w takiej postaci – zauważa Fabjański.

„Mój”, „moje” to jedne z urojeń. Trening odzwyczajania się od tych słów możemy zacząć w momencie, gdy stłucze nam się „mój” ulubiony kubek. Potem przechodzimy do bardziej zaawansowanych elementów treningu, na przykład „mojego” dziecka, w końcu „mojego” ciała. Czy ono jest moje? Może raczej należy do przyrody? A świadomość? Też nie jest nasza. W ten sposób dochodzimy do ostatecznego buddyjskiego punktu widzenia, że nie ma nic, co można by nazwać „moim” albo „mną”. To jest ten najbardziej radykalny stopień rozumienia rzeczywistości. Wtedy brak lub strata przestają tak przeszkadzać, bo rozumiemy, że nie możemy utracić czegoś, czego nigdy nie mieliśmy. Przestajemy się bać sytuacji, kiedy zostaniemy z pustymi rękami.

Dlatego, idąc za Markiem Aureliuszem, Marcin Fabjański ostrzega: nie zakochuj się we wróblu, bo on już odleciał. Widok ćwierkającego wróbelka przynosić nam może radość. Co się stanie, gdy uleci ona wraz z nim? Trening stoicki dąży do tego, żeby poczucie radości wiążące się ze spokojnym stanem umysłu nie było zależne od tego, czy akurat patrzymy na wróbla, czy też nie. – W treningu medytacyjnym w jakimś stopniu się to osiąga – mówi Fabjański. – Można doprowadzić do takiego stanu psychofizycznego, w którym nie jest się już uzależnionym od tego, co się dzieje na zewnątrz. Można odczuwać rodzaj szczęścia także wtedy, kiedy zewnętrzne warunki są ogólnie niekorzystne.

Można też być spokojnym w momencie niepewności. Bo niepewność bierze się z wewnętrznych mechanizmów, ze sposobu myślenia o sytuacji. Najlepsza metoda, żeby nie cierpieć przez poczucie niepewności, to zaakceptowanie faktu, że wszystko jest niepewne. Stoicy szukali poczucia spokoju w zrozumieniu, że wszystko ciągle się zmienia. Żadna strategia, ani ta, która zakłada, że za pięć lat zostanę dyrektorem holdingu, ani ta o domu wypełnionym głosami trójki dzieci, nie uwolni nas od lęku ani nie zapewni szczęścia. Szczęście bezpieczniej jest budować na spokoju płynącym z bycia w chwili obecnej. Wtedy mamy je natychmiast.

Ekspert: dr Marcin Fabjański filozof, nauczyciel medytacji, twórca szkoły dostrojenia się do procesu życia, dziennikarz, autor wielu książek („Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu”, PWN 2014, najnowsza to „Uwolnij się! Dobre życie według siedmiu filozofów-terapeutów”, Znak 2020).

  1. Psychologia

Skąd się biorą nasze lęki?

W pewnym sensie jesteśmy skazani na lęki. Akceptujmy je, ale nie bądźmy wobec nich bezradni. To część naszego człowieczego doświadczenia. (Fot. iStock)
W pewnym sensie jesteśmy skazani na lęki. Akceptujmy je, ale nie bądźmy wobec nich bezradni. To część naszego człowieczego doświadczenia. (Fot. iStock)
Kiedyś ludzie obawiali się realnych zagrożeń: wojny, głodu, nieuleczalnych chorób. Dzisiaj wiele z tych niebezpieczeństw zniknęło, jednak w zamian powstały nowe lęki. Często z wyimaginowanych, absurdalnych powodów. Czy jesteśmy na nie skazani? Oswajać je czy walczyć z nimi?

Annę, 33 lata, menedżerkę w firmie farmaceutycznej, kilka razy dziennie dopada lęk, że za chwilę umrze, choć fizycznie jest całkowicie zdrowa. Joasia, 23 lata, studentka architektury, boi się wyjść z domu, ponieważ ma poczucie, że w miejscach publicznych czyha na nią niebezpieczeństwo. Jacek, 54 lata, fotograf, panicznie boi się zarazków, unika podawania ręki, a do restauracji zabiera swoje sztućce.

Psycholog Jarosław Przybylski wyjaśnia: – Lęki, które trapią tych ludzi, mają niewiele wspólnego z rzeczywistym zagrożeniem. W ogóle lęk jest stanem emocjonalnym nieadekwatnym do bodźców go wywołujących. Powstaje jako reakcja na przewidywane przez człowieka niebezpieczeństwo, które może nadejść z zewnątrz lub powstać w nim samym. Towarzyszą mu niepokój, napięcie, uczucie skrępowania, zagrożenia. Lęk – w przeciwieństwie do strachu, który pojawia się w odpowiedzi na realne niebezpieczeństwo, mobilizuje do działania i często ratuje życie – nie jest związany z bezpośrednim zagrożeniem lub bólem. Dzisiaj często boimy się czegoś wyimaginowanego.

Obawy jak przyprawy

Na drugim biegunie są ludzie – wydawałoby się – zupełnie lęku pozbawieni. Jak Evel Knievel, okrzyknięty największym ryzykantem i najlepszym kaskaderem na świecie, który przeskakiwał na motocyklu nad 50 samochodami, nad basenem z głodnymi rekinami, nad fontannami w Las Vegas. Znalazł się w Księdze rekordów Guinnessa jako człowiek, który doznał najwięcej złamań. Albo Reinhold Messner, alpinista, który pierwszy wszedł na Mount Everest bez butli tlenowej, co zagrażało jego życiu. Albo terroryści kamikadze wysadzający się w powietrze.

Lekarz specjalista w leczeniu zaburzeń lękowych, prof. Borwin Bandelow z Kliniki Psychiatrii w Getyndze, uważa, że odważni ludzie też odczuwają lęk, tylko jest on ulokowany gdzie indziej. Kaskader nie boi się skakać na motocyklu, ale boi się braku uznania. Terroryści nie obawiają się śmierci, która jest według ich religii wybawieniem, ale wiecznego potępienia.

Lękają się także ludzie przeżywający pozytywne uczucia: miłość, potrzebę ciepła, bliskości fizycznej. Zwyczajnie boją się utracić to, co jest im bliskie i co daje tyle przyjemności. Inni (zdecydowana mniejszość) zachowują się tak, jakby kochali się bać. Sami prowokują niebezpieczne sytuacje: skaczą na bungee, serfują na kilkumetrowych falach, wspinają się bez zabezpieczenia na wysokie budynki. Dlaczego ich to kręci?

Jarosław Przybylski: – Dlatego, że przezwyciężenie strachu jest zawsze bardzo przyjemne. Nie bez powodu Winston Churchill powiedział, że nie ma piękniejszego doznania, niż być pod obstrzałem i nie zostać trafionym.

Bandelow nie przesadza zatem, uważając, że lęk jest wszechobecny, że jest częścią nas. Twierdzi nawet, że gdyby nie on, życie byłoby banalne, niesmaczne jak zupa bez przyprawy. Według tego wybitnego znawcy tematu to lęk właśnie decyduje o tym, czy staniemy się zrezygnowani, czy też odważni, bierni albo aktywni, spokojni czy szukający zwady, weseli lub przygnębieni. „Bieg naszego życia określany jest przede wszystkim przez lęk. Jeżeli ludzie stają się słynnymi sportowcami, wybitnymi artystami, naukowcami, to w dużym stopniu przyczyniły się do tego uświadomione i nieuświadomione obawy” – pisze w książce „5 prostych sposobów radzenia sobie z lękiem”.

Z wieloletniej praktyki lekarskiej Bandelowa wynika, że lęk jest nie tylko przeszkodą w naszym życiu, ale także naszą szansą. Mobilizuje do twórczego działania, ożywia naszą wyobraźnię i kreatywność, co potwierdzają historie wielu wybitnych osób, jak Darwin, Goethe, Brecht, Beckett, Kafka, którzy cierpieli na napady lęku. Także współcześni sławni artyści przyznają się do swoich fobii. Michael Jackson panicznie unikał zarazków i bakterii, dlatego zakładał maskę ochronną. Duński reżyser Lars von Trier obsesyjnie boi się latać samolotami.

Jak wynika z badań Bandelowa, to nie sława rodzi lęk. Raczej odwrotnie – ludzie lękliwi łatwiej stają się sławni. A to dlatego, że usiłują go zwalczyć poprzez tworzenie. Lęk daje im motywację do pracy nad sobą. Gdy na przykład muzyk boi się, że może zawieść fanów, ćwiczy, aż gra coraz lepiej.

Amerykańscy psychologowie Robert M. Yerkes i John D. Dodson odkryli, że średni poziom lęku może popychać do najwyższych osiągnięć. Gdy na przykład zdajemy egzaminy, wygłaszamy wykład, czyli gdy przeżywamy mały dreszczyk emocji, lęk działa stymulująco.

Różne oblicza fobii

Co innego, gdy ten dreszczyk zamienia się w paraliżujące uczucie. Ale granica między tym, co „normalne”, a stanem patologicznym pozostaje płynna. Nie jest patologią to, że ktoś krzyczy na widok pająka, poci się przed spotkaniem z dziewczyną. A raczej na pewno jest wtedy, gdy człowiek boi się wyjść z domu, traci oddech w windzie, za żadne skarby nie usiądzie w fotelu dentystycznym.

Judith Bemis i Amr Barrada w książce „Pokonać lęki i fobie” opisują pięć rodzajów zaburzeń lękowych: agorafobię (lęk przed przebywaniem w tłumie i ciasnych pomieszczeniach), lęki dotyczące funkcjonowania własnego organizmu, fobię społeczną, fobię prostą i uogólnione zaburzenia lękowe. Pierwszy rodzaj – agorafobia, zwana też lękiem przed lękiem – jest najczęstszym i najbardziej dotkliwym w skutkach zaburzeniem. Choć pierwszy atak dopada nas w określonym miejscu, kolejny może zdarzyć się wszędzie, co wywołuje paniczny lęk, że sobie nie poradzimy. I nic dziwnego, bo tym atakom towarzyszą nieprzyjemne reakcje organizmu – przyśpieszone bicie serca, zawroty głowy, duszności, bóle brzucha, drgawki, pogorszenie widzenia. Czujemy się bezradni i pozbawieni kontroli nad swoim zachowaniem. Dlatego wprowadzamy do swojego życia mnóstwo ograniczeń – zero dalekich podróży, jazdy samochodem, wyjść do kina, teatru, a nawet na spacer, bo w razie napadu bylibyśmy pozbawieni opieki. Pewną ulgę (choć nie zawsze) przynosi obecność drugiego człowieka.

Inaczej niż u chorych na fobię społeczną – oni z kolei unikają wszelkich kontaktów. Boją się, że będą oceniani, narażeni na ośmieszenie, kompromitację. Człowiek dotknięty panicznym lękiem o swoje zdrowie mawia: „Po trzydziestce nie jest się zdrowym, tylko źle przebadanym”. I odwiedza lekarza za lekarzem. Wykańczają go psychicznie jednak nie te wizyty, ale sprzeczność między uspokajającymi diagnozami lekarzy a śmiertelnym lękiem przed chorobą. W końcu naprawdę może się rozchorować, właśnie z tego powodu, że tak bardzo nie chciał.

Ludzie cierpiący na kolejny rodzaj zaburzeń, fobię prostą, boją się konkretnych sytuacji: kontaktu z określonymi zwierzętami, wysokości, zamkniętych pomieszczeń. Na stronach internetowych poświęconych tym zaburzeniom wymienia się wiele egzotycznych rodzajów fobii, jak na przykład: alliumfobia (lęk przed czosnkiem), alektorofobia (przed drobiem), paraskavedekatriafobia (przed piątkiem, trzynastego). Są to jednak rzadkie przypadłości i dość łatwo je okiełznać. Ktoś, kto nie lubi czosnku, po prostu go nie je. Ktoś, kto ma lęk wysokości, nie chodzi po górach.

O wiele trudniej jest poradzić sobie z fobią przed zarażeniem się wirusami czy bakteriami (przypadek Michaela Jacksona). Ten lęk jest częstym symptomem zagadkowego schorzenia obsesyjno-kompulsywnego. Ktoś myje ręce kilkadziesiąt razy dziennie, kilka godzin porządkuje w łazience szczoteczki do zębów, sprawdza pięć razy z rzędu, czy wyłączył światło lub żelazko.

Skąd przychodzą?

Niemiecki psychoanalityk Fritz Reimann w książce „Oblicza lęku” (1961 rok) przedstawił teorię, że lęk uwarunkowany jest głównie przez wczesne wychowanie. Podzielił ludzi na cztery typy odpowiadające czterem formom lęku: osoby depresyjne, schizoidalne (niedostępne), neurotyczne, histeryczne. Według niego z tych czterech form można wyprowadzić wszystkie nasze dobre i złe cechy. Na przykład neurotyk jest pedantyczny, nieustępliwy, skąpy, ale także porządny, konsekwentny, uczciwy. Z kolei histeryk jest nieobliczalny, niepunktualny, egoistyczny, ale także namiętny i pełen fantazji.

Dzisiaj uważa się, że zaburzenia lękowe powstają w wyniku złożonego powiązania różnorakich czynników: genetycznych, wychowania, stresu, uwarunkowań społecznych. W wyjaśnieniu zagadek lęku coraz większą rolę odgrywa neurobiologia. Ale nadal nie da się odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie: Dlaczego ludzie panicznie czegoś się boją? Więcej na temat lęku nie wiadomo, niż wiadomo. Jedno jest bezsprzeczne: u kobiet zaburzenia lękowe diagnozuje się zdecydowanie częściej niż u mężczyzn. Ale statystyki mogą nie oddawać rzeczywistej sytuacji. Jak wiadomo, mężczyźni wstydzą się przyznawać do swoich słabości, tym bardziej do tego, że się boją.

Psychiatra Borwin Bandelow przestrzega przed uproszczonymi teoriami na temat przyczyn lęków (nazywa je teoriami stempla pocztowego, bo próbują maksimum fenomenów wyjaśnić za pomocą minimum przyczyn). Jeśli na przykład lek, który podwyższa w mózgu poziom serotoniny, okazuje się skuteczny, to nie należy automatycznie zakładać, że przyczyną problemów jest zakłócenie gospodarki serotoniną, i rezygnować z szukania innych przyczyn. Gdy z kolei pomocna bywa teoria behawioralna (oparta na prawach uczenia się, na treningu), nie musi to oznaczać, że proces powstawania lęków można wyjaśnić wyłącznie na podstawie teorii uczenia się.

Czas leczy lęki? Borwin Bandelow uważa, że tak. Rozkład wiekowy jego pacjentów ma formę piramidy, a jej wierzchołek wypada w połowie trzydziestki. Po czterdziestce stan jego pacjentów się poprawia, a bardzo rzadko zgłaszają takie problemy ludzie po pięćdziesiątce. Co nie oznacza, że seniorzy nie cierpią na lęki. Wraz z wiekiem wzmagają się lęki realne – że zachoruję, ulegnę wypadkowi, stracę ukochaną osobę – podczas gdy zmniejszają się lęki urojone, nierzeczywiste, charakterystyczne dla zaburzeń lękowych.

Pływaj albo toń

Jak opanować to paraliżujące uczucie? Pewne lęki (na przykład na tle obsesyjno-kompulsywnym) wymagają leczenia u lekarza psychiatry. W przypadku innych pomaga psychoterapia, na przykład behawioralna. Psychoterapeuci behawioralni dowodzą, że można oduczyć się lęku, na przykład metodą desensytyzacji (odwrażliwiania). Człowieka cierpiącego na przykład na fobię wobec psów stopniowo oswajają z małymi, potem coraz większymi psami. Inni leczą fobie końską dawką „lekarstwa”, które chorobę wywołało. Terapia ta nazywa się floodingiem (zatapianiem), ponieważ pacjenta wystawia się na bodziec, którego panicznie się boi. I na przykład tego z psią fobią zamyka się w klatce z dobermanem, a temu z lękiem przed wężami wiesza kilka tych gadów na szyi. Niektórzy doświadczyli tej metody przy nauce pływania. „Pływaj albo toń”, krzyczał kiedyś trener, wpychając ucznia do wody. I albo człowiek uczył się pływać, albo nabawiał lęku przed wodą na całe życie.

Amr Barrada i Judith Bemis, autorzy książki „Pokonać lęki i fobie”, proponują trzyczęściowy program autoterapii. Pierwsza część polega na zaakceptowaniu choroby, przyznaniu się, że cierpimy na zaburzenia lękowe, że straciliśmy kontrolę nad swoim życiem. Dlaczego to jest takie ważne? Ponieważ oznacza pogodzenie się z tym, że nie istnieje żadne cudowne lekarstwo, które spowodowałoby nagłe ozdrowienie. Wmawianie sobie, że problem nas nie dotyczy albo że powinniśmy jak najszybciej przestać odczuwać lęk, powoduje tylko, że stajemy się coraz bardziej przerażeni i niepewni. Tak naprawdę musimy nauczyć się, jak zaakceptować swój lęk. Pierwszy krok w tym kierunku to właśnie przyzwolenie sobie na odczuwanie niepokoju. Bemis i Barrada radzą: Nie przeciwstawiajmy się atakom lęku, spróbujmy się nimi nie martwić. Nie opanowujmy napadów paniki, bo im mniej będziemy je kontrolować, tym łatwiej nam to przyjdzie. Zaryzykujmy i skonfrontujmy się z miejscami (i sytuacjami), które wywołują nasz niepokój. Gdy już tam (w tych sytuacjach lub miejscach) się znajdziemy, powtarzajmy sobie: „Nic nam nie grozi, potrafimy zachować się naturalnie nawet teraz, gdy czujemy się niezbyt dobrze”. Nie walczmy z katastroficznymi myślami, pozwalajmy im swobodnie przepłynąć przez głowę, jednocześnie pamiętając, że to tylko przeczucia. Postarajmy się jak najwięcej dowiedzieć o naszej chorobie. Traktujmy każdy nawrót jako naturalny i niezbędny, ale przejściowy etap na drodze do wyleczenia. Nie zakładajmy jednak żadnych ram czasowych. Przyjmijmy zasadę, że każdy ma w sobie siłę, którą może wykorzystać, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Druga część programu autoterapii autorstwa Bemis i Barrady to prowadzenie dialogu wewnętrznego. Umiejętnie stosowany stanowi przeciwwagę dla samooskarżania, jakie nieustannie funduje sobie chory, obwiniając się o wszystko i tym samym pogłębiając swoje stany lękowe. Gdy na przykład dopada nas lęk, na ogół mówimy do siebie rozkazującym tonem, który wywołuje poczucie winy: „To straszne! Przecież nie powinienem się tego bać! Musi się ze mną dziać coś okropnego! Jestem do niczego”.

Powrót do zdrowia zależy od tego, czy będziemy w stanie w inny sposób kierować swoimi myślami. Tak aby nie wywoływać w sobie wstydu, nie karcić się, nie kontrolować, nie oskarżać, tylko akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy, razem ze swoimi niedoskonałościami czy przewrażliwionym stosunkiem do otoczenia. Ten nowy sposób prowadzenia wewnętrznych rozmów powoli odbuduje nasze poczucie własnej wartości, które ma fundamentalne znaczenie w leczeniu zaburzeń lękowych.

I ostatnia część programu autoterapii – analiza stylu naszego życia. Przyjrzyjmy się, jak próbujemy rozwiązywać nasze codzienne kłopoty i jak to wpływa na natężenie lęku, jaki odczuwamy. Może okazać się, że pewna dziedzina życia – może to być rodzina, praca, relacje z przyjaciółmi, religia – stała się dla nas pułapką, z której nie potrafimy się wydostać.

W pewnym sensie jesteśmy skazani na lęki. Akceptujmy je, ale nie bądźmy wobec nich bezradni. To część naszego człowieczego doświadczenia.

  1. Psychologia

Autoterapia na wypadek wystąpienia ataku paniki

Atak paniki to pierwszy znak, że w twoim życiu jest zbyt dużo stresu. Choć wydaje się przerażający, nie jest niebezpieczny, a lęk, że za chwilę stanie się coś złego, to tylko wyobraźnia. (Fot. iStock)
Atak paniki to pierwszy znak, że w twoim życiu jest zbyt dużo stresu. Choć wydaje się przerażający, nie jest niebezpieczny, a lęk, że za chwilę stanie się coś złego, to tylko wyobraźnia. (Fot. iStock)
Większość pacjentów, których problem stanowi lęk przed lękiem, jest w stanie koncentrować się wyłącznie na tym, jak przerwać atak paniki. Tymczasem bardzo wiele można zrobić, by zminimalizować szansę kolejnego – pisze Ewa Klepacka-Gryz.

Marta zadzwoniła i poprosiła o jak najszybszy termin sesji. Powiedziała, że ma komplet badań lekarskich, teraz jeszcze wizyta u mnie, a jeśli to nie pomoże – to już tylko psychiatra. Wszystkie informacje wyrecytowała na jednym wdechu, a kiedy skończyła, sapała jak po przebiegnięciu maratonu. „Źle oddycha – pomyślałam – może chodzić o lęk”. To żadna eureka, większość pacjentów zmaga się z lękiem, już sama wizyta u terapeuty może budzić niepokój. Ważne jest, żeby pierwsza sesja nie miała jedynie na celu obniżenie poziomu lęku. Na szczęście najbliższy wolny termin miałam dopiero za dwa tygodnie, liczyłam, że przez ten czas problem Marty lepiej się skrystalizuje.

Krok 1. Okazuje się, że atak paniki można mieć na zawołanie

Marta już w progu wysapała: – Nikt nie wie, co mi jest. – Biegłaś po schodach? – Nie, ale ostatnio ciągle mam zadyszki. – Dlaczego nie skorzystałaś z windy? – A co, gdybym się źle poczuła? – Z jakim problemem do mnie przyszłaś? – Nikt nie wie, co mi jest – powtórzyła.  – Sądzisz, że możesz mi pomóc? – kiedy słyszę to pytanie i widzę błagalny wzrok pacjentki, wiem, że przed nami ciężka praca. Marta wyraźnie szuka „uzdrowiciela” swojego problemu na zewnątrz. Musiałam ją skierować do wnętrza, a to nigdy nie jest łatwe. – Powiedz jednym zdaniem, na czym polega twój problem. – Dwa miesiące temu miałam atak paniki, przynajmniej tak to nazwała moja lekarka. – A ty jak to nazwałaś? – Myślałam, że umieram, ale nie jestem w stanie o tym mówić, bo od razu się wkręcam.

Oczywiste stało się dla mnie, że mamy do czynienia z lękiem przed lękiem, co oznacza, że gorzej być nie może. W zasadzie powinnam powiedzieć Marcie, że to nie jest temat na Terapię Jednego Spotkania, lęk zawsze wymaga dłuższej pracy. Mimo to spytałam: – Jak się czujesz w tej chwili? – Od tamtej pory to już nie wróciło i czuję się dobrze, ale na samą myśl, że znowu może zaatakować, miękną mi nogi. – Nie chcesz o tym mówić, ale ciągle o tym myślisz. – To od myślenia też to może wrócić? O nie, tylko nie to…

Marta zaczęła szybciej oddychać i zaciskać pięści na oparciu fotela, głowę odchyliła do tyłu. Przyniosłam jej papierową torebkę, siadłam obok i poprosiłam, żeby spokojnie do niej oddychała. Po kilku minutach uspokoiła się. – O matko, co to było? – Na skutek hiperwentylacji wywołałaś atak paniki.

Wyjaśniłam jej, że w konsekwencji przyspieszonego i pogłębionego oddychania dochodzi do obniżenia poziomu dwutlenku węgla we krwi, co prowadzi do wzrostu pH krwi, a w dalszej kolejności do niedotlenienia organizmu. To uruchamia drżenie mięśni, powodujeprzyspieszony rytm serca, zawroty głowy, zaburzenia widzenia, ucisk w klatce piersiowej i wiele innych, czyli typowe objawy ataku paniki. Jeśli pojawią się po raz pierwszy, człowiek rzeczywiście ma poczucie, że umiera. Nie rozumie, co się z nim dzieje, udaje się do lekarza, który zleca badania. Wyniki najczęściej nie odbiegają od normy, pacjent dostaje diagnozę, że to na pewno stres, więc ma się nie denerwować, mniej pracować, zażywać więcej ruchu i się nie przejmować.

Problem polega na tym, że hiperwentylacja staje się z czasem nawykowym sposobem oddychania, czego konsekwencją jest stałe napięcie w ciele, zawroty i bóle głowy, drżenia i mrowienia, zimne dłonie i stopy – i robi się błędne koło. – Czy to znaczy, że lekarstwem dla mnie jest papierowa torebka? – Ona jedynie pozwala uspokoić oddech – powiedziałam. Zaproponowałam, żebyśmy porozmawiały o tym, co się dzieje z Martą od momentu ataku paniki. – Gdybym wtedy miała torebkę, to dziś pewnie bym się tym nie zajmowała. – Bardziej chodzi mi o twój ogólny poziom lęku.

Marta się obruszyła. Lęk? Co za bzdura! Zaczęła tłumczyć, że zawsze śmiała się z ludzi, którzy z powodu migreny odwoływali ważne spotkania. Ona się ze sobą nie pieści, jest perfekcyjna, dokładnie wszystko planuje, szef ją docenia, przed nią kolejny awans… – Wszystko się świetnie układało, aż do dnia, kiedy… nie chcę o tym mówić, chcę, żeby to się nie powtórzyło. Od dziś będę mieć zawsze przy sobie papierową torebkę – szybko skończyła. – Możesz też oddychać do dłoni złożonych w łódkę – pokazałam, jak je ułożyć. – No nieźle, ciekawe, dlaczego żaden z lekarzy nie wpadł na ten pomysł? – Czy czegoś jeszcze potrzebujesz? – spytałam, bo wiem, że praca z lękiem wymaga ostrożności i powolnego tempa, adekwatnego do gotowości pacjenta. Pierwszy etap to danie człowiekowi jakiegoś najprostszego narzędzia do szybkiego opanowania ataku paniki. Bo silny lęk uniemożliwia jakąkolwiek pracę.

– Mamy jeszcze sporo czasu, więc możemy popracować. Tylko powiedz, czego potrzebujesz – poprosiłam.

Krok 2. Próbujemy wyciszyć lęk przed lękiem

– Czy dużo ludzi trafia do ciebie z tym, co ja? – pyta po kilku minutach Marta. – Każdemu przytrafiają się ataki paniki, ważne jest, co się potem z tym zrobi.

Widzę, że temat jest dla Marty tak zagrażający, że trudno jej zrozumieć, o czym mówię. – To nie atak paniki jest twoim problemem, ale lęk, że wydarzyło się coś, czego nie mogłaś przewidzieć ani skontrolować i na dodatek nie masz pewności, czy to się nie powtórzy – mówię. – Dokładnie tak – kiwa głową.

Proponuję, że opowiem jej o lęku i proszę, żeby robiła notatki, tłumacząc, że to pomoże jej zachować spokój. – Poczujesz się tak, jakbyś siedziała na wykładzie na temat lęku, no i w przyszłości w każdej chwili będziesz mogła wrócić do tych notatek – mówię. Mam świadomość, że w ten sposób umacniam Martę w byciu „w głowie” zamiast w ciele, ale czuję, że to w tym momencie najlepszy dla niej sposób na oswojenie lęku.

Straszenie nas to jedno z podstawowych zadań naszego mózgu, w końcu ma zapewnić nam przetrwanie, czyli szybko wykryć potencjalne zagrożenie, którym może być każda nieznana sytuacja. Mózg analizuje wszystkie nowe bodźce z uwagą i nieufnością – i jest w ciągłej gotowości do uruchomienia reakcji alarmowej. – Czyli nieomal miałam zawał w metrze, bo mój mózg ześwirował? – pyta Marta. – Twój mózg zareagował adekwatnie; być może zaniepokoił go jakiś szczególny dźwięk, zapach albo widok, a może, i to jest najbardziej prawdopodobne, od jakiegoś czasu napięcie kumulowało się w twoim ciele i jakiś mechanizm spustowy uruchomił reakcję paniki.

– Na przykład jaki? – Myślę, że mogła to być hiperwentylacja. Może rano wypiłaś za mocną kawę, źle spałaś w nocy, a w wagonie było duszno, zaczęłaś szybciej i głębiej oddychać… – podsuwam możliwe przyczyny.

– Przypominam sobie, że miałam wrażenie zaciskania się klatki piersiowej, próbowałam nabrać więcej powietrza, potem poczułam mrowienie ust i języka. Ręce mi zlodowaciały, do tego pojawiło się mrowienie palców. Najpierw myślałam, że to zawał, potem, że raczej wylew – tłumaczy Marta. – Chciałabym, żebyś zrozumiała, co tak naprawdę wydarza się w momencie ataku paniki i zaufała swojemu ciału. – Trudno w to uwierzyć, skoro dzieje się z tobą coś tak strasznego. – Atak paniki, choć wydaje się przerażający, nie jest niebezpieczny. Z badań wynika, że zdrowe serce może pracować w tempie 200 uderzeń na minutę przez wiele dni, a nawet tygodni. Wzmożone napięcie mięśni szyi i klatki piersiowej zmniejsza wydolność oddechową, ale płuca nadal są wydolne. Zawroty głowy i obawa przed zemdleniem uruchamiają pierwotny lęk przed upadkiem, ale właściwie nie zdarza się, by ktoś upadł w trakcie ataku paniki. Lęk, że za chwilę stanie się coś złego, to tylko wyobraźnia. – Co jeszcze mogę zrobić, oprócz oddychania do torebki? – Przestać się bać, że atak się powtórzy. – A dasz mi gwarancję, że tak się nie stanie? – To zależy od ciebie, a nie ode mnie.

Krok 3. Uczymy się, jak zmienić życie, by w miejsce lęku pojawiły się radość i odprężenie

Proszę, żeby Marta opowiedziała mi, jak wyglądało jej życie dwa, trzy miesiące przed pierwszym atakiem. Twierdzi, że tak jak przez ostatnie kilka lat: dużo pracy, mało odpoczynku, niewiele aktywności ruchowej, szybkie tempo życia, czyli normalka współczesnego trzydziestoparolatka. – Moi znajomi mają wrzody żołądka, drażliwe jelito, Hashimoto, insulinooporność, ale nie dostają zawału w metrze – mówi z wyrzutem. – Nie miałaś zawału. To było właśnie ostrzeżenie przed tymi wszystkimi chorobami, na które ty również możesz zachorować, jeśli nie zmienisz stylu życia. – Chcesz mnie przestraszyć? – Choroby autoimmunologiczne biorą się ze stresu, a atak paniki to pierwszy znak, że w twoim życiu jest go zbyt dużo.

– Chcesz mi powiedzieć, że moje ciało się o mnie troszczy i mnie ostrzega? – pyta nieco ironicznie. – A jak ty sądzisz? – Może masz racje, tak się wystraszyłam, że przebadałam się tak dokładnie jak nigdy dotąd. – I? – No niby wszystko jest w porządku. – To świetnie, ale jeśli nie zwolnisz tempa, być może kolejny atak paniki ci się nie przytrafi, ale niedoczynność tarczycy albo nadciśnienie – owszem. Czy jesteś w stanie wyciągnąć wnioski z tego, co ci się przydarzyło? – Mam się zwolnić z pracy? – Masz zacząć słuchać swojego ciała: zauważać, kiedy jest głodne, zmęczone albo potrzebuje ruchu. Obserwować swój oddech, żeby zauważyć, kiedy przyspiesza i się pogłębia. – Jak mam się tego nauczyć?

Proszę, żeby Marta usiadła wygodnie, jedną dłoń położyła na klatce piersiowej, a drugą na brzuchu i oddychała swoim rytmem. Ustalamy, że oddycha głównie klatką piersiową. – A co z twoim brzuchem? Tam oddech prawie w ogóle nie dochodzi, twój brzuch jest martwy. Spróbuj oddychać tak, żeby przy wdechu brzuch robił się wypukły, a przy wydechu wklęsły – tłumaczy.

Początkowo Marta ma z tym problem. Zresztą jak większość kobiet w naszej kulturze, w której od dzieciństwa jesteśmy uczone wciągać brzuch. Pokazuję jej kilka ćwiczeń na puszczenie brzucha. Potem zdmuchujemy świeczkę i robimy bąbelki przy użyciu słomki do picia, żeby pogłębić wydech, co zapobiega hiperwentylacji. Marta jest coraz bardziej zrelaksowana. Wybucha śmiechem, aż jej się brzuch trzęsie, co jest doskonałym ćwiczeniem dla przepony, która w stresie jest podciągnięta do góry, co blokuje swobodne oddychanie.

– Co teraz? – pyta i widzę, że świetnie się bawi. – Musisz skoncentrować się na przyjemnościach i optymistycznym myśleniu, żeby wytworzyć w mózgu nowe, nielękowe ścieżki. – O matko, co to znaczy?

Mózg jest nawykowcem i działa na zasadzie automatyzmu, czyli uruchamia najczęściej używane połączenia, co oznacza, że w podobnych sytuacjach działa tak jak zwykle. Jeśli po ataku paniki unikasz sytuacji, w której wystąpił atak, np. przestajesz jeździć metrem i ciągle myślisz o tym, czy i kiedy dopadnie cię kolejny – mózg jest nieustająco w trybie gotowości. Wzmożone napięcie lękowe sprawia, że gorzej śpisz, odczuwasz sztywność w ciele, twój puls jest szybszy niż zwykle – jakby cały organizm szykował się do walki albo ucieczki. W takim stanie każdy bodziec może wyzwolić atak paniki.

– Musisz koncentrować się na pozytywnych aspektach życia, czyli wytworzyć nowe nawyki, by nauczyć twój mózg wychodzenia ze stanu zagrożenia. Opisz w dziesięciu zdaniach, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś przestała koncentrować się na lęku przed lękiem. Co miałabyś ochotę zrobić? Co sprawiłoby ci największą przyjemność? Myśl o tym przed zaśnięciem i po obudzeniu.

Krok 4. Marta dowiaduje się, że ma w sobie zarówno „straszyciela”, jak i „uspokajacza”

Sesja dobiega końca, a ja czuję, że brakuje tu kropki nad „i”, czegoś, co domknęłoby naszą pracę, która, niestety, ograniczała się głównie do intelektualnych rozważań. Miałam świadomość, że Marta odprężyła się, a w stanie spokoju uwierzyła w moje zapewnienia, że wszystko w jej rękach, a atak paniki nie jest niebezpieczny. Ale wiedziałam też, że jeśli wróci do swojego zwyczajowego stylu życia, nie zmieni sposobu oddychania, nie zadba o regularny dialog z ciałem – kolejny atak przerazi ją równie silnie jak pierwszy.

Umówiłyśmy się, że opracuję dla niej scenariusz autoterapii lęku, jeśli tylko obieca, że będzie go realizować. Na pożegnanie przytuliłyśmy się, powiedziałam jej, że wszystko będzie dobrze.

– Jak to cudownie usłyszeć takie słowa. Jaka szkoda, że w moim życiu nie ma kogoś, kto by mi je powtarzał. – Ależ jest, w twoim wnętrzu! Taki osobisty „uspokajacz”, który potrafi zwyciężyć twojego osobistego „straszyciela”. Jeśli będziesz regularnie obserwować oddech, puszczać brzuch, codziennie z czułością i miłością namydlać w kąpieli każdy kawałek ciała, pewnego dnia go usłyszysz. – Obiecujesz?

– Obiecuję.

Autoterapia na wypadek wystąpienia ataku paniki

  • Pomyśl, że to, co się z tobą dzieje, nie będzie trwało wiecznie. Lęk osiąga maksymalne natężenie po 10, 15 minutach, a następnie się zmniejsza. Jeśli czujesz, że już dłużej nie wytrzymasz, to znak, że za chwilę objawy będą się wyciszać.
  • Pamiętaj, że możesz poprosić o pomoc: zadzwonić do kogoś zaufanego i opowiedzieć, co się z tobą dzieje. Ważne, żeby to był ktoś, kto dodatkowo cię nie przestraszy. Jeśli jesteś w tramwaju albo innym zamkniętym pomieszczeniu, podejdź do kogoś i powiedz, że źle się czujesz. Jeśli takie ataki już ci się zdarzały, noś przy sobie butelkę z wodą, gumę do życia albo cukierki miętowe. Łyk wody czy miętowy smak w ustach pomogą ci uspokoić oddech.
  • W wypadku hiperwentylacji możesz oddychać do dłoni złożonej w łódkę albo przynajmniej postarać się zmniejszyć ilość i głębokość wdechów i wydłużać oddech.
  • Zamiast czekać na to, jaki jeszcze objaw pojawi się w twoim ciele, w myślach nazywaj to, co się z tobą dzieje, np. „Trzęsą mi się ręce. Wali mi serce. Boję się”. Taki wewnętrzny dialog pomoże ci się uspokoić.
  • Kiedy atak już minie, spróbuj opracować swój scenariusz radzenia sobie z lękiem.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Psychologia

Negatywne emocje. Jak zrozumieć swój lęk?

Lęk, w przeciwieństwie do strachu, istnieje jedynie w wyobraźni. (Ilustracja: iStock)
Lęk, w przeciwieństwie do strachu, istnieje jedynie w wyobraźni. (Ilustracja: iStock)
Każdy się czegoś boi, ale nie każdy się do tego przyznaje. Wyparty lęk wraca ze zdwojoną mocą, oswojony traci na sile. Dlatego kiedy się pojawi, przyjmij go z ciekawością, jak niespodziewanego gościa. I zapytaj, co ma ci do powiedzenia.

Nie lubię sama spać. Kiedy moja rodzina wyjeżdża, a ja zostaję w domu, bywa, że do rana nie mogę zmrużyć oka. Nie pomaga zapalona lampka przy łóżku, szklanka ciepłego mleka ani książka czytana przed snem. Nie boję się włamywaczy czy duchów. Tłumaczę sobie, że mieszkam w centrum miasta, w bezpiecznej dzielnicy, za ścianą mam przyjaznych sąsiadów, komórkę na nocnej szafce… ale sen nie nadchodzi. Mięśnie napięte do granic możliwości nie pozwalają rozluźnić się ciału, a niespokojny umysł nieproszony wyświetla film z minionego dnia. Trudna sesja z pacjentem, w trakcie której nie mogłam dać po sobie poznać, że czegoś nie wiem, że z trudem hamuję łzy, że chwilami czuję się równie bezradna jak osoba siedząca przede mną. Niebezpieczna sytuacja na jezdni; zachowałam zimną krew, ale po fakcie czułam, jak pot kropelkami spływał mi po plecach. Kolejna niespodziewana sprawa, która wypadła nagle, jak królik z kapelusza. Załatwiłam ją, dałam radę, ale napięcie w ciele pozostało.

Do odważnych świat należy?

Takie hasła zwykle rozpowszechniają ci, którzy boją się najbardziej. Bo oficjalnie bać się nie przystoi. Lęk przed ciemnością, zwierzętami, windą, która może stanąć między piętrami, czy potknięciem się na ulicy to cena, jaką płacimy za przymus bycia odważnymi w codziennym życiu. Konsekwencja pośpiechu, mnóstwa spraw do załatwienia „na przedwczoraj”, pracy do późna w nocy, ciągłych wyborów pomiędzy własnymi potrzebami a rozlicznymi obowiązkami czy oczekiwaniami innych. Zwłaszcza my, kobiety, zwykłyśmy robić dobrą minę do złej gry. Grać silną i odważną, kiedy wewnątrz trzęsiemy się jak galareta. Nie przyznajemy sobie prawa do lęku, bo bać się mogą tylko dzieci. Ignorowany, nieprzeżyty lęk domaga się swoich praw. Karmi się naszą wyobraźnią, syci scenami z przeszłości (czasami z bardzo wczesnego dzieciństwa) i potencjalnymi wydarzeniami z przyszłości (co strasznego może przynieść jutro). Lęk nie rodzi się tu i teraz, dlatego tak trudno nad nim zapanować. Pojawia się znikąd, atakuje znienacka i powraca, dopóki nie staniesz z nim twarzą w twarz. Nie ma przed nim ucieczki, prędzej czy później cię dogoni.

Narodziny lęku

Lęk, w przeciwieństwie do strachu, który jest naturalną reakcją organizmu, mającą uchronić nas przed realnym zagrożeniem, istnieje jedynie w wyobraźni. Paraliżuje ciało. Bez przyzwolenia uruchamia wewnętrzny mechanizm stresowy, włączając reakcję: „walcz albo uciekaj”. Przyspiesza oddech, pracę serca, ciśnienie krwi, zwiększa napięcie mięśniowe. Zdaniem Alexandra Lowena, twórcy bioenergetyki, najbardziej podstawowym lękiem jest lęk przed upadkiem. Ów lęk rodzi się w bardzo wczesnym dzieciństwie, indukowany reakcjami rodziców. Naturalna ciekawość dziecka, która popycha do sięgania po nieznane, wspinania się, skakania, brania do ust – zostaje zatrzymana przez pełne niepokoju słowa: „Uważaj, nie dotykaj, odłóż to, nie wchodź tam”. Lęk pojawia się we wczesnym dzieciństwie, kiedy rodzice nie dają wsparcia, rzadko biorą na ręce, nie przytulają, straszą, zamiast tłumaczyć niezrozumiały dla dziecka świat. Bywa, że utrwala się w ciele jeszcze w okresie płodowym.

Kasia, jedna z moich pacjentek, dowiedziała się, że kiedy matka była z nią w ciąży, ojciec odszedł do innej kobiety. Lęk matki o to, czy sama da sobie radę, w życiu mojej pacjentki eksponuje się w postaci zaburzeń odżywiania. – Mój brzuch drży ze strachu zarówno wtedy, kiedy jestem głodna i odczuwam pustkę, jak i po obfitym posiłku, gdy myślę tylko o tym, by pozbyć się wszystkiego, co zjadłam – opowiada Kasia. W trakcie jednego z ćwiczeń, kiedy koncentrowała się na doznaniach płynących z brzucha, poczuła lęk ciężarnej matki.

Zdaniem Lowena lęk przed upadkiem przyjmuje różne postaci w zależności od typu charakteru. I tak np. osoby kontrolujące „trzymają się w garści”, boją się odpuścić, ponieważ odpuszczenie utożsamiają z rozpadnięciem się na kawałki. Poczucie braku oparcia zaburza podstawową orientację w świecie. Osoby nim dotknięte są bardzo ostrożne, boją się ryzyka. Często pracują w tej samej firmie przez lata. Są perfekcyjne, sumienne i unikają zmian. Wszystko dokładnie planują, improwizacja i spontaniczność śmiertelnie je przeraża. Dla innych lęk przed upadkiem wiąże się z lękiem przed samotnością w wyniku wycofania lub niedotrzymania kroku. Dlatego otaczają się mnóstwem ludzi, są duszami towarzystwa, wszędzie ich pełno. Z hucznej imprezy przenoszą się na Facebooka, by przez całą dobę być na bieżąco, a jeśli zdarzy im się chwila samotności, umierają z przerażenia, że za chwilę znikną, a świat o nich zapomni. Lęk przed upadkiem często przybiera również formę lęku przed porażką. Dotyka wszystkich tych z pozoru nieustraszonych ryzykantów. Skok na bungee? – proszę bardzo. Nagły wyjazd na koniec świata? – czemu nie. Rzucenie pracy z dnia na dzień? – bułka z masłem. Kiedy ryzyko sięga zenitu, zwykle pojawia się protest z ciała: wypadek, nagła choroba czy jakiekolwiek inne wydarzenie, które zmusza ryzykanta do zatrzymania się. Dopiero kiedy sięgnie dna, będzie w stanie poprosić o pomoc.

Bywa, że upadek wyobrażany jest jako rozstąpienie się ziemi, wizja ta zazwyczaj dochodzi do głosu w sytuacji rozpadu związku czy końca jakiegoś etapu życia. Wtedy świat przestaje istnieć. Pojawia się depresja, myśli samobójcze, niemożność zamknięcia przeszłości i ruszenia do przodu. Osoby o charakterze sztywnym (co wyraźnie widać w ich ciele) postrzegają upadek jako utratę dumy, poczucia wartości i ważności. Dla nich potknięcie się na ulicy czy popełnienie jakiegokolwiek błędu jest rzeczą najtrudniejszą do przeżycia.

Zdaniem Lowena w przypadku każdego człowieka upadek symbolizuje porzucenie sztywnego wzorca zachowania, który jest mechanizmem obronnym. A to wydaje się przerażające, bo wszyscy bez wyjątku walczymy o to, by stać się kimś innym, ponieważ będąc sobą, nie zyskaliśmy aprobaty rodziców.

Ćwiczenia na oswojenie lęku na co dzień

Przyznaj się sama przed sobą, że czasami świat cię przeraża, że boisz się czegoś, co dla innych (tak ci się przynajmniej wydaje) jest śmieszne. Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie swoje lęki, także te najdziwniejsze. Następnie stań przed lustrem i powiedz: „Mam prawo bać się…”.

Stwórz w głowie najczarniejszy scenariusz tego, co może ci się przydarzyć. W wyobraźni przeżyj to wydarzenie i spróbuj poczuć, co będzie, kiedy to już się stanie. Prawdopodobnie poczujesz ulgę, a może zauważysz śmieszność całej sytuacji.

Każdego dnia zrób coś, czego się boisz. Idź do sklepu i zareklamuj coś, co kupiłaś, choć na samą myśl dostajesz gęsiej skórki. Pierwsza zadzwoń do mężczyzny, który ci się podoba, podejmując ryzyko, że nie odbierze telefonu i nie oddzwoni.

Spróbuj odpuszczać sprawy, na których najbardziej ci zależy, zaufaj temu, co się wydarzy. Nie planuj, jak zwykle, weekendu, poczekaj, aż pojawi się jakaś propozycja, a jeśli się nie pojawi – zaakceptuj fakt, że być może spędzisz go samotnie. Pogódź się z tym, że na wiele spraw nie masz wpływu, ale kiedy odpuścisz, świat o ciebie zadba.

Codziennie pobudzaj swoją naturalną ciekawość: odkryj nową drogę do domu, spontanicznie wybierz się na spacer, jakąś prozaiczną czynność, jak umycie zębów, wykonaj zupełnie inaczej niż do tej pory. I jakie to uczucie?

  1. Psychologia

Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dobie współczesnych przemian gospodarczych, kulturowych i społecznych Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmuje, że na zaburzenia związane z depresją cierpi ok. 350 mln ludzi na świecie. Depresja staje się powoli jedną z cywilizacyjnych chorób, która dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Mężczyznom jednak trudniej przyznać się, że sobie z czymś nie radzą i zaakceptować własne słabości. Jak wygląda depresja mężczyzn z perspektywy metody Gestalt? - wyjaśnia psychoterapeuta Krzysztof Pawłuszko.

Niestety, pomimo wielu doniesień świadomość społeczna dotycząca depresji i możliwości jej leczenia jest wciąż niewielka. Moje doświadczenie pracy jako terapeuty pokazuje, że zwykle ludzie szukają informacji lub pomocy dopiero w momencie, kiedy oni sami lub ich bliscy zaczynają cierpieć z powodu depresji. Często jest to już głęboki stan powodujący trudności w codziennym funkcjonowaniu i pełnieniu ról społecznych. Wówczas chcą jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do normalnego trybu życia.

W pracy terapeutycznej z klientami doświadczającymi depresji wielokrotnie miałem wrażenie, że traktują siebie jak samochód, a mnie jak mechanika, oczekując szybkiej naprawy lub recepty na to, jak sami mogą siebie naprawić. Jest to przykład pokazujący, jak bardzo ludzie nie chcą mieć styczności z tym problemem. Dotyczy to w dużej mierze mężczyzn, którym bardzo trudno przyznać się do własnych trudności i sięgnąć po pomoc. A wynika to wyraźnie z kontekstu kulturowo – społecznego.

Od dziecka chłopcom narzucane są zasady i normy (w podejściu Gestalt zwane introjektami), mające na celu przygotowanie do życia w dorosłości. Główny nacisk jest w nich położony na rozwój sfery racjonalnej. Chłopiec ma być przecież w przyszłości głową rodziny. Sfera emocjonalna i cielesna jest przez rodziców skutecznie blokowana, pomijana lub zawstydzana. Chłopcom nie wypada płakać, złościć się czy smucić (choć powoli to się zmienia). Tym bardziej przeżywać różne popędy cielesne (np. seksualność, agresję), ponieważ wykraczają wtedy poza granice ustalonych norm i są niegrzeczni.

Dziecko, żeby przyswoić i wyrobić się w realizacji tego rodzaju przekazu kulturowo – społecznego, jest zmuszone usztywnić swoją naturalną ekspresję oraz odciąć się od sfer, które nie są mile widziane. W konsekwencji rozwija mechaniczny sposób obchodzenia się ze sobą, który później kontrolowany jest przez racjonalność. Kojarzę to z zainstalowanym oprogramowaniem komputerowym, które dba, by komputer sprawnie i bez zarzutu spełniał swoje funkcje. Analogicznie jest z głową mężczyzny skoncentrowanego w tym kontekście na realizacji szeregu ról, norm, obowiązków, zadań i celów - jak maszyna.

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny. Jest to bardzo częste doświadczenie mężczyzn zgłaszających się na terapię. Siła przekazu kulturowo – społecznego jest wówczas tak duża, że pogłębia proces utraty równowagi. Zwykle mężczyźni nie są tego procesu świadomi.

Doświadczają trudnych do wyjaśnienia objawów. Na poziomie racjonalnym: problemów z pamięcią i koncentracją. Na poziomie cielesnym: zmęczenia, bólu głowy, ciągłego stanu napięcia i stresu. Na poziomie emocjonalnym: obniżonego nastroju, drażliwości, stanu złości i zdenerwowania, braku odczuwania przyjemności i zainteresowania. Na poziomie codziennych zachowań: trudności z zasypianiem, aktywnością seksualną, codzienną aktywnością i pełnieniem ról społecznych. Na poziomie społecznym: chęcią wycofania się z kontaktów i ukrycia. Czasem wymienionym objawom towarzyszą choroby somatyczne wynikające z wieloletniego tłumienia emocji. Są to m.in. choroby układu sercowo - naczyniowego, układu odpornościowego, pokarmowego, dolegliwości bólowe w różnych obszarach ciała.

Bardzo często mężczyźni łączą te objawy z trudnościami lub niepowodzeniami w pracy, zbyt długo trwającym przeciążeniem zawodowym, brakiem możliwości wzięcia urlopu, nie rozwiązanym konfliktem w relacji partnerskiej czy prowadzeniem niezdrowego trybu życia. Poszukują wówczas różnych sposobów poradzenia sobie z sytuacją lub jej odreagowania. W tym celu sięgają po alkohol, leki przeciwbólowe i nasenne, narkotyki, hazard, internet, gry komputerowe, sporty ekstremalne czy siłownię. W rezultacie pogłębiają swój stan i dochodzą po pewnym czasie do tzw. ściany. Nie wiedzą, co i w jaki sposób mogłoby im pomóc. Niektórzy mężczyźni, pomimo wstydu i oporu, przyznają się sami przed sobą, że potrzebują pomocy. Zazwyczaj wtedy decydują się również sięgnąć po pomoc innych ludzi, w tym pomoc terapeutyczną.

W terapii Gestalt depresja nie jest traktowana jako objaw, którego trzeba się za wszelką cenę pozbyć np. za pomocą leków czy technik terapeutycznych. Depresja jest postrzegana jak czubek góry lodowej widoczny nad powierzchnią wody. Pod powierzchnią znajduje się jej większa część (sedno problemu), powodująca stan depresji. Część, o której myślę, składa się z różnych czynników. Jeśli pomijamy te czynniki i skupiamy się na redukcji objawów choroby, w konsekwencji doprowadzamy do jej nawrotu w przyszłości.

Koncepcja Gestalt proponuje inną drogę, ktora polega na spotkaniu z tym, co pod powierzchnią i uświadomieniu sobie czynników powodujących depresję. Jest to proces wymagający czasu i zaufania, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Wsparcie farmakologiczne jest wówczas zwykle działaniem wspierającym ten proces - ze względu na jego intensywność i głębokość. W trakcie terapii szokujący dla klientów jest paradoks, że doświadczenie depresji ich ratuje. Nigdy wcześniej nie pozwoliliby sobie na zatrzymanie się i zweryfikowanie, czy ich dotychczasowy sposób funkcjonowania jest zdrowy. Depresja jest tym wydarzeniem, które odsłania fakt odcięcia się od siebie i twórczego przystosowania, żeby sprostać wymaganiom kulturowo - społecznym. Ukazuje szereg sztywnych schematów postępowania, reagowania i myślenia oraz rozwinięte mechanizmy obronne różnego rodzaju.

Klient odkrywa w terapii, że depresja jest jego nieświadomą odpowiedzią manifestującą, że dłużej w dotychczasowy sposób nie może i nie chce funkcjonować, ponieważ jest to dla niego destrukcyjne. Zaczyna również odkrywać swoje prawdziwe Ja, rozwijać świadomość własnej emocjonalności i procesów cielesnych, stopniowo odzyskiwać równowagę oraz bardziej świadomie decydować, w jaki sposób chce funkcjonować. Przy tym uczy się w codziennych sprawach sięgać po wsparcie innych ludzi, nie postrzegając tych sytuacji jako wyraz słabości czy osobistej porażki.

Terapia Gestalt jest więc zupełnie innym spojrzeniem na problem depresji. Nie tylko tej doświadczanej przez mężczyzn, ale także kobiety. Stwarza możliwość świadomego przejścia procesu depresji oraz trwałego rozwiązania tego problemu.

Krzysztof Pawłuszko, certyfikowany psychoterapeuta i trener w Instytucie Terapii Gestalt, European Association for Gestalt Therapy, European Association for Psychotherapy oraz Polskim Towarzystwie Psychoterapii Gestalt. Jest również psychoterapeutą szkoleniowym terapeutów będących w procesie szkolenia w nurcie Gestalt.