1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W jaki sposób przybliżyć do siebie szczęście?

W jaki sposób przybliżyć do siebie szczęście?

Tak zwany fart nie jest zasługą wyjątkowo korzystnego układu gwiazd w chwili narodzin, tylko wynikiem posiadania konkretnych umiejętności związanych z tworzeniem sprzyjających okoliczności, dostrzeganiem nowych szans i ich wykorzystywaniem. (Fot. iStock)
Tak zwany fart nie jest zasługą wyjątkowo korzystnego układu gwiazd w chwili narodzin, tylko wynikiem posiadania konkretnych umiejętności związanych z tworzeniem sprzyjających okoliczności, dostrzeganiem nowych szans i ich wykorzystywaniem. (Fot. iStock)
Szczęściarze są wśród nas? Nie! Szczęściarze to my! Oto krótki przepis na szczęśliwy zbieg okoliczności.

Wychodzą po bułki i poznają miłość swego życia. Na imieninach u krewnych dostają propozycję pracy. Od taksówkarza dowiadują się o możliwości kupna dobrego samochodu po okazyjnej cenie. Na Facebooku odnajduje ich – ni stąd, ni zowąd – dawna znajoma i zaprasza na wakacje do swego domu pod Paryżem... Czy to znaczy, że są na tym świecie farciarze, którym trafia się więcej szczęśliwych zbiegów okoliczności niż innym? Tak. Rzeczywiście wybrańcy są wśród nas. Tyle że ten ich tzw. fart nie jest zasługą wyjątkowo korzystnego układu gwiazd w chwili ich narodzin, tylko wynikiem posiadania konkretnych umiejętności związanych z tworzeniem sprzyjających okoliczności, dostrzeganiem nowych szans i ich wykorzystywaniem. Poniżej przedstawiamy cztery sprawdzone naukowo sposoby na… przywołanie szczęścia. Spróbujcie.

1. Zrób coś nowego, cokolwiek

„Definicją szaleństwa jest robienie ciągle tego samego i oczekiwanie za każdym razem innego rezultatu” – powiedział Einstein. Jeśli zatem czekamy na nową szansę, nie możemy oddawać się wciąż tym samym, sprawdzonym aktywnościom, w znanych miejscach, wśród starych znajomych.

– To może być naprawdę mała zmiana. Ona pociągnie za sobą lawinę innych – tłumaczy psycholog i coach Katarzyna Kuciel. – Zdarza się, jak to było w przypadku jednej z moich klientek, że nawet zmiana drogi do pracy może stać się początkiem wielu zdarzeń, których rezultatem są np. lepsze kontakty z ludźmi i nowe znajomości.

W takiej zmianie drogi do pracy nowa jest przecież nie tylko sama trasa, ale zmienia się także jej otoczenie, chociażby ogłoszenia na mijanych po drodze słupach. Również godzina przybycia na miejsce jest inna, a w związku z tym w drzwiach wejściowych spotykamy nowych ludzi... W każdej z tych drobnych zmian może skrywać się jakaś szansa. Podejmując inną niż zazwyczaj decyzję, w prosty sposób zwiększamy prawdopodobieństwo, że trafi nam się okazja spotkania z nową jakością. Ale to nie wszystko. Zwiększamy prawdopodobieństwo, że tę okazję dostrzeżemy, bowiem sprawimy, że nie nie dojdzie do zjawiska habituacji, czyli zobojętnienia na bodźce.

Jeśli całymi dniami słyszysz przejeżdżające pociągi, bo mieszkasz w pobliżu torów, to z czasem masz wrażenie, że pociągi jeżdżą rzadziej i ciszej, a potem przestajesz je nawet zauważać. Podobnie jest z codzienną trasą do pracy. Pokonujemy ją automatycznie i nie spostrzegamy tego, co dzieje się po drodze. Jest więc duże prawdopodobieństwo, że billboard z reklamą ciekawej inwestycji mieszkaniowej zwyczajnie umknie naszej uwadze. Ten sam billboard na nowej trasie będzie trudniejszy do przeoczenia.

2. Oderwij się od planu

Przy stole siedzą mężczyzna i kobieta. Ona uważa, że ma pecha. On wręcza jej gazetę i prosi o przeliczenie zdjęć. Kobieta posłusznie wykonuje zadanie. Po przejrzeniu całej gazety podaje wynik. Poproszona o to samo inna kobieta (tym razem taka, która uważa, że los jej sprzyja) przerywa po przejrzeniu zaledwie kilku stron tej samej (!) gazety. Dostrzega bowiem dużą na pół strony informację: „Przestań liczyć. W tej gazecie są 52 fotografie”. Opisany eksperyment można zobaczyć na You Tube. Mężczyzna to prof. Richard Wiseman z University of Hertfordshire. Brytyjski psycholog przebadał 400 osób, które uważały siebie za „pechowców” lub „szczęściarzy”, a potem wyodrębnił listę cech i umiejętności, które sprawiają, że niektórzy mają w życiu szczęście. Kobiety, które przeglądały gazetę, to uczestniczki eksperymentu Wisemana. Swoim zachowaniem potwierdziły między innymi, że osoby, które są bardziej zrelaksowane, rozluźnione i patrzą na świat z szerszej perspektywy, mają w życiu więcej szczęścia, bo... potrafią je dostrzec.

– Doświadczenie z gazetą świetnie dowodzi, że przed rozpoczęciem wędrówki do celu warto mieć ogólny plan, ale nie przygotowywać szczegółowej ścieżki dostępu – mówi Katarzyna Kuciel. – Planując trzeba mieć świadomość, że po kilku krokach nasza perspektywa się zmieni. Ci, którzy są otwarci, elastyczni i gotowi na modyfikację, wygrywają.

 
O tym, że należy raz na jakiś czas oderwać się od realizowanego zadania, żeby dostrzec nową możliwość, świadczy też tzw. efekt „aha!”. Dowiedziono, że moment olśnienia pojawia się najczęściej wtedy, gdy po wytężonej pracy robimy sobie przerwę, po czym znów wracamy do zadania.

3. Uwierz w swoje szczęście

Osoby, które uważają, że są w czepku urodzone, spodziewają się korzystnych zbiegów okoliczności, wypatrują ich i wykazują większą determinację w drodze do celu. W innym doświadczeniu prof. Wisemana uczestniczki zawzięcie próbują rozwiązać łamigłówkę, bo są przekonane, że wylosowały tę, która na szczęście ma rozwiązanie. Pechowcy natomiast szybko porzucają zadanie, bo są pewni, że trafiła im się łamigłówka, której nie da się rozwiązać. Przekonanie, że cel istnieje, sprawia, że uparcie go szukamy i w końcu rzeczywiście do niego docieramy.

Paul Arden, nieżyjący już dyrektor kreatywny agencji Satchi&Satchi radził: „Nie szukaj następnej okazji. To, co masz w rękach, to właśnie twoja okazja”. Przekonuje, że zbyt często zadania, które mamy przed sobą, oceniamy jako nudne i pozbawione potencjału. Czekamy na inne, które pozwolą nam odnieść sukces, wykazać się i zdobyć lepszą pozycję zawodową. Arden uważał, że to błąd, bo powinniśmy szukać w tym, co mamy. Jego życiorys zawodowy i opinia „geniusza kreatywności” wskazują na to, że wiedział, co mówi.

– Najtrudniej uwierzyć, że szansa jest w zasięgu wzroku tym osobom, które sądzą, że na szczęście nie zasługują. Że los powinien sprzyjać innym – w ich opinii mądrzejszym, zdolniejszym i piękniejszym – mówi Katarzyna Kuciel. – Nawet jeśli uda im się dostrzec jakąś okazję, ich wewnętrzny sabotażysta zrobi wszystko, żeby z niej nie skorzystały. Pojawią się charakterystyczne wymówki: „tak, wiem, że to ogłoszenie było dla mnie, ale nie miałam czasu na nie odpowiedzieć”. Dlaczego tak się dzieje? Między innymi dlatego, że wykorzystanie szansy mogłoby zburzyć bardzo wygodną teorię: „mnie to zawsze wiatr wieje w oczy”. A ludzie nie lubią zmieniać przekonań. I jeszcze jedno…

– Kiedy jesteśmy pochłonięci realizacją jakiegoś krótkoterminowego celu, świat nie czeka aż skończymy, by coś ciekawego nam zaproponować. On sypie propozycjami przez cały czas, więc warto mieć rękę na pulsie – mówi Katarzyna Kuciel.

4. Doceń innych

Nowe szanse zawsze niosą ze sobą ludzie. Szkopuł w tym, czy naprawdę wierzymy, że przyjaciele, krewni, znajomi, a nawet nieznajomi wnoszą w nasze życie coś dobrego. Jeśli mamy takie przekonanie, to świat należy do nas. I odwrotnie. Jeśli podejrzewamy ich o wszystko, co najgorsze, to też częściej będą pokazywać nam swoją gorszą stronę. Odpowiada za to zjawisko potwierdzenia zachowaniem.

Badacze Mark Snyder, Elisabeth Tanke i Ellen Berscheid z University of Minnesota przeprowadzili eksperyment: mężczyźni rozmawiali przez telefon z nieznaną im kobietą. Przed rozmową mogli zobaczyć jej zdjęcie. Okazało się, że podświadomie oczekiwali, że kobiety, które uznali za ładne, będą cieplejsze i milsze w rozmowie, niż te ocenione przez nich jako nieatrakcyjne. W rzeczywistości sami, nieświadomie, prowadzili z ładniejszymi kobietami rozmowę w taki sposób, że te stawały się bardziej sympatyczne.

Jeśli więc chcesz, żeby znajomi wnieśli w twoje życie nowe możliwości, daj im szansę. Po prostu uwierz, że potrafią to zrobić. A kiedy nieoczekiwanie zaproponują: „wybierzmy się dziś na koncert”– daj się namówić. Nawet jeśli właśnie dopadł cię nawał pracy, to przynajmniej sprawdź, czy zaległości nie da się nadrobić jutro. I zadaj sobie pytanie: „czy mój sprzeciw nie wynika jedynie z tego, że nie chce mi się zmieniać swoich planów?”.

Katarzyna Kuciel psycholog i coach, założycielka Akademii Rozwoju Przywództwa w Warszawie. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co wpływa na poziom szczęścia?

Na to, w jakim stopniu odczuwamy szczęście, wpływa kilka elementów. (fot. iStock)
Na to, w jakim stopniu odczuwamy szczęście, wpływa kilka elementów. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Każdy człowiek chce być szczęśliwy. Życzymy sobie szczęścia składając życzenia przy różnych okazjach. Marzymy o życiu pełnym sensu, spełnienia i pozytywnych emocji. Jak pokazują badania, na szczęście wpływają trzy czynniki.

Pierwszym czynnikiem są geny, czyli to co dostajemy w spadku po naszych przodkach (wrażliwość układu nerwowego, biologiczne dyspozycje organizmu, a także temperament). Badania dowodzą na przykład, że ekstrawertycy są bardziej skłonni do częstego i silnego przeżywania pozytywnych emocji. Neurotycy natomiast dostrzegają więcej negatywnych aspektów, lepiej je pamiętają, co w konsekwencji wzmacnia ich nastroje negatywne.

Kolejnym czynnikiem są okoliczności, w których żyjemy. Wielu z nas wydaje się, że jeśli wygramy w lotto, to już będziemy szczęśliwi do końca życia. Badania jednak tego nie potwierdzają. Owszem, niezaspokojenie podstawowych potrzeb materialnych jest źródłem dyskomfortu a nawet nieszczęścia. Jednak po ich zaspokojeniu dalszy przyrost dochodu tylko nieznacznie wpływa na poziom odczuwanego szczęścia. Okoliczności, które nas spotykają tylko na chwilę zmieniają poziom naszego szczęścia.

Ostatni element, który wpływa na szczęście to aktywność własna. Mowa tu o celowych działaniach i intencjonalnym zachowaniu człowieka. W przeciwieństwie do okoliczności, które się „przydarzają” i w większości przypadków mamy na nie niewielki wpływ, nasze zachowanie zależy w całości od nas. To człowiek decyduje jak się zachowa i jak zareaguje na to, co go spotyka. Tu kryje się wielka odpowiedzialność, ale i wielka moc. Aktywność własna to nasze wybory, sposób patrzenia na rzeczywistość i podejście do życia. Tutaj właśnie leży klucz do szczęśliwego życia. Jeśli nauczymy się zachowywać tak, aby wzmacniać nasze szczęście, będziemy mieli go w życiu więcej. To jest wybór każdego człowieka, bo każdy z nas może wpływać na swoje zachowanie.

Badania amerykańskich psychologów pokazują jakie czynniki odpowiadają za poziom szczęśliwości u człowieka:

  • geny są odpowiedzialne w 50%,
  • okoliczności, które nas spotykają - w 10%,
  • aktywność własna - w 40%.
Można więc przyjąć założenie, że zmieniając nasze nawyki, zachowanie, sposób działania i myślenia, możemy sprawić, że więcej szczęścia pojawi się w naszym życiu. Gra jest warta świeczki, bo bycie szczęśliwym niesie ze sobą wiele korzyści. Konsekwencją dobrostanu są duże osiągnięcia życiowe, lepsze zdrowie, dłuższe życie, a także głębokie i satysfakcjonujące relacje społeczne.

Zatem, co można zrobić, żeby być w życiu bardziej szczęśliwym? Poniżej proponuję dwa ćwiczenia, które wpływają na poczucie dobrostanu. Badania pokazują, że ludzie którzy chociaż przez tydzień je wykonują mają podwyższony nastrój i czują się bardziej szczęśliwi niż przed ich wykonaniem.

Ćwiczenie 1: Prowadzenie dziennika wdzięczności

Codziennie wieczorem zastanów się przez chwilę za co jesteś wdzięczny, co doceniasz w swoim życiu. Może jest to praca, która pozwala Ci się realizować, może obecność ważnej dla Ciebie osoby. Zapisz trzy rzeczy w swoim notesie.

Badania pokazują, że wyrażanie wdzięczności podnosi poczucie własnej wartości, hamuje gniew i poczucie krzywdy. Co więcej, zbliża nas do innych ludzi i pomaga uzyskać wsparcie w trudnych sytuacjach.

Ćwiczenie 2: Co dobrego się dziś wydarzyło?

Zastanów się co dobrego spotkało Cię danego dnia. Być może dobrze poradziłeś sobie z jakimś zadaniem, być może znalazłeś wyjście w trudnej sytuacji, być może zachowałeś spokój w stresującej sytuacji, może ktoś dał Ci kwiaty albo był dla Ciebie miły. Pomyśl przez chwilę co dobrego przyniósł dany dzień. Zapisz trzy rzeczy w swoim notesie. A następnie przy każdym zdarzeniu zapisz dlaczego tak się stało, np. „koleżanka pomogła mi przygotować prezentację, ponieważ jestem osobą, którą wspierają inni ludzie”.

Każde z tych ćwiczeń to zachęta do zmiany podejścia do życia. Zamiast skupiać się na tym co nam nie pasuje, czego mamy za mało, można zacząć dostrzegać rzeczy dobre, wartościowe, które są obecne w naszym życiu. Bo szczęście to nie tylko to co życie nam daje, ale także to czego nie zabiera.

Karolina Wicenciak: coach szczęścia, trener, psycholog, praktyk i mistrz NLP. Autorka licznych artykułów na temat szczęścia i jakości życia.

  1. Psychologia

Radość - gdzie jej szukać? Zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger

Bezinteresowna, nieuzasadniona radość istnienia jest dotknięciem prawdy. (Fot. iStock)
Bezinteresowna, nieuzasadniona radość istnienia jest dotknięciem prawdy. (Fot. iStock)
Jest wszędzie: w zieleni trawy, błękicie nieba, w doskonałości człowieka. Cały świat jest dziełem radości. Rabindranath Tagore, indyjski uczony i mędrzec, twierdzi, że to radość jest ostatnim wezwaniem człowieka. Dar życia to dar radości – dodaje psycholog ciała Alexander Lowen. Stan naturalny, który możemy odzyskać, gdy... Właśnie, co nam w radości przeszkadza, a co pomaga? – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Alexander Lowen w książce „Radość” pisze, że tytułową radość daje nam wolność od poczucia winy. Czy naprawdę stan radości zależy od nas? Ja od rana czuję się tak, jakbym wygrała milion. Nie mam pojęcia, dlaczego. Może sfiksowałam i to jest dowód na radość bez powodu?
Obawiasz się, że to nie radość, ale tzw. głupawka albo wręcz mania? Naprawdę łatwo je odróżnić od tej prawdziwej głębokiej radości, o jakiej mówili Rabindranath Tagore czy Alexander Lowen. A nie chodzi im o stan nazywany radością, w który może nas wprawić złapanie ostatniego nocnego autobusu. Nie o takiej radości też chcę mówić, ale o tej głębszej, o radości istnienia. Towarzyszą jej zawsze jeszcze inne ważne uczucia, takie jak: spokój, spełnienie, lekkość, jasność, ciepło, otwartość, zanikanie poczucia czasu, nieustraszoność, miłość. A więc chcę mówić o radości, która to wszystko zawiera. Zgadzasz się?

No pewnie! Radość ze złapania autobusu jakoś ogarniam. A tę drugą, bogatą w te wszystkie piękne uczucia, niekoniecznie.
Badaczem takich radosnych stanów ludzkiego umysłu był amerykański psycholog Abraham Maslow. Najpierw zauważył, że wprawdzie każdy człowiek w jakiś sposób czuje, że jest i że żyje, lecz jakość odczuwania tego istnienia – choć fundamentalna – u większości ludzi jest słaba i na ogół obarczona smutkiem i lękiem. Postanowił więc znaleźć i przebadać tych, którzy doświadczają swego bycia w pełni i radośnie, i to tak dalece, że powoduje to zasadniczą, pozytywną przemianę w ich życiu i relacjach z  innymi. Przepytał także ich najbliższych, krewnych i przyjaciół. Gdy przekonał się, że rzeczywiście udziałem tych ludzi jest niezwykłe i radosne przeżycie, nazwał je doświadczeniem szczytowym (peak experience), czyli stanem szczęścia, radości, spokoju i spełnienia.

A więc radość dla Maslowa to z jednej strony stan naturalny, a z drugiej – dowód mądrości. Podobnie o radości piszą Rabindranath Tagore i Alexander Lowen. Taka gloryfikacja kłóci się z uznawaniem cierpienia za najistotniejsze doświadczenie transformujące?
To prawda, że jest takie masochistyczne odchylenie w chrześcijaństwie.  Lecz jednocześnie wiele przeżyć mistycznych opisywanych przez praktykujących z determinacją i wiarą – również w tradycji chrześcijańskiej – jest bliskie temu, co opisał Abraham Maslow. A także temu, co w określeniu przepływ (flow) zawarł inny amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi. Ten przy okazji stwierdził, że ludzie najczęściej doświadczają stanu flow w pracy. Nie na urlopie, nie na łonie przyrody ani w świątyni podczas modlitwy czy medytacji, lecz – o zgrozo – w pracy! Czyż to nie wygląda na upadek religijności czy nawet świętokradztwo? Tylko na pierwszy rzut oka. Jak się chwilę zastanowić, nie ma w tym nic dziwnego. Praca stała się dla nas skrajnie wymagającą i angażującą formą spędzania czasu, wyzwaniem wymuszającym maksymalną koncentrację. A koncentracja dokonuje cudów. Sprawia, że jesteśmy nie tylko superskuteczni i kreatywni, lecz zarazem doświadczamy wolności i radości. To zgadza się w pełni z mało znaną mistyczną zasadą Pascala, którą zacytuję z pamięci: jeśli bez reszty zaangażujesz się w poznanie choćby najmniejszego skrawka rzeczywistości – odnajdziesz tam Boga. Przypuszczam, że Pascal raczej nie miał na myśli imponującego, brodatego starca o mądrym wejrzeniu, lecz tajemnicze i radosne doświadczenie pełni istnienia. Dodajmy, że z badań Csíkszentmihályiego wynika także, że flow jest doświadczeniem danym większości ludzi, lecz pozostaje ono z reguły niezauważone i niedocenione.

Praca jako źródło doświadczenia radosnego i mistycznego? Zasuwam bez pamięci, ale jednocześnie kocham cały świat i w uniesieniu widzę świętych, jeśli nie samego Boga.
Dlaczego nie? W doświadczeniach mistycznych często pojawiają się symbole świętości, zazwyczaj te pochodzące z ikonografii wyznawanej religii. Ale mistyczne wglądy związane z wyobrażeniami – choćby najświętszymi – nie należą do najbardziej cenionych. Do najwyższej kategorii należy odczucie bezgranicznego, wzruszającego, radosnego i spokojnego zachwytu tym, czego doświadczamy tu i teraz, np. kwiatem, wodospadem, szklanką wody czy wina, kęsem chleba, smakiem herbaty, oczami, w które patrzymy, ciałem kochanej osoby, tańcem, dźwiękiem dzwonu, koncertem lub śpiewem słowika. Zaznaczmy, że ten mistyczny zachwyt uznaje się za jeszcze bardziej wartościowy – bliższy prawdy – jeśli dotyczy niekoniecznie tego, co stereotypowo i powszechnie uznawane za piękne i święte. Czyli gdy wyzwala go np. widok ropuchy, robala. Tak właśnie doświadczają świat dzieci. Bez ocen, nastawień i upodobań. Jak to się mówi w zen: z pustym umysłem. Cechą wyróżniającą takiego stanu jest całkowite zjednoczenie się – komunia – z tym, co jest naszym udziałem tu i teraz. Maslowowski typ B (being, czyli bycie), a także opisany przez Csíkszentmihályiego stan flow, zdarzają się często podczas ekstremalnego wysiłku. To w takim stanie umysłu sportowcy osiągają wyniki przekraczające granice ludzkich możliwości. W całkowitej koncentracji na tym, co tu i teraz, gdy żadna inna, nawykowa czy kompulsywna myśl ich nie rozprasza. Instynktownie i uparcie poszukujemy tego nagradzającego stanu. Dlatego tak chętnie np. jeździmy na nartach. Wymagający, zatłoczony stok zmusza do koncentracji. Więc being, flow czy mistyczny wgląd – wbrew przekonaniom ignorantów – nie są egzaltowanym odlotem, lecz przeciwnie – przylotem, doświadczeniem tego, co jest i jak jest naprawdę, a więc urealnieniem.

Z „urealnieniem” kojarzy mi się taki żart psychoterapeutyczny. Pacjent mówi: „Przed psychoterapią odczuwałem neurotyczne lęki, a po – grozę istnienia”. Jeśli to jest „urealnienie”, to co ma wspólnego z radością?
Urealnić się to w pełni doświadczać tego, co jest, a to bywa trudne, bo przecież nieodzownym wątkiem życia w naszym dualnym świecie jest przemijanie, cierpienie i śmierć. To ważny etap w dążeniu do radości bardzo silnie motywuje do szukania rozwiązania. I znajdujemy je w rzeczywistości kwantowej i mistycznej, skoro jak się dowiadujemy, nie ma tam śmierci i nie ma życia – jako dwóch przeciwstawnych, wykluczających się bytów czy procesów. „Życie powstaje z życia i do życia powraca”. Jak tego doświadczyć i to pojąć?! Jeśli przeczuwamy, że doświadczenie nie-dualności jest doświadczeniem rzeczywistości prawdziwej, doświadczeniem wolności, radości i niepokalania – to znajdziemy drogę i nic nas na niej nie powstrzyma.

Trudno uwierzyć, że jeżdżąc na nartach, dotykam prawdy i radości, czyli zasady istnienia...
Do tej rzeczywistości prowadzą dwie drogi. Ta najczęściej uczęszczana to poszukiwanie przeżyć ekstremalnych. Zwykle  prowadzi ona do radości wyjątkowej, ale raczej chwilowej, a tym samym niezdolnej do przełamania bariery dualności. Jej dodatkową wadą jest to, że by jej doświadczać, wciąż trzeba zwiększać dawkę adrenaliny, co bywa niebezpieczne.

Druga droga to prawdziwa droga mistrzów. Wiedzie dokładnie w przeciwną stronę. Uczy odnajdywania nadzwyczajnego, zachwycającego i świętego w tym, co codzienne i zwyczajne, subtelne i niezauważalne. Wymaga uporczywego treningu wyciszania i koncentrowania umysłu oraz treningu obecnego praktykowanego od wieków we wszystkich ważnych tradycjach religijnych, w postaci kontemplacji, medytacji, modlitwy, mantry czy koanu (jednoczenia się z jakimś zasadniczym pytaniem).

Wszystkie one budzą uśpioną zdolność do jednoczenia się z tym, co tu i teraz jest naszym udziałem, czyli torują drogę do rzeczywistości nie-dualnej.

Czy możemy nie-dualność świata odczuć bez duchowej praktyki?
Możemy, właśnie w stanie wielkiego szczęścia. Na przykład w trakcie najczęściej przeżywanego przez ludzi prototypu doświadczenia nie-dualności, czyli w kontakcie seksualnym. Przecież w momencie głębokiego, pełnego orgazmu przestajemy istnieć jako odrębny byt. Szczęśliwi, choć przerażeni, spadamy w niepodzielną przestrzeń, gdzie nie istnieje ani ja, ani ona/on, ani nawet doświadczający podmiot. Całkowicie zatracamy się w istnieniu. Nieudolnie – ryzykując egzaltację – nazywamy ten stan radością, wolnością i miłością. I tu znowu Pascal się kłania. Bo seks zaprasza, a przynajmniej powinien zapraszać, do pełnej koncentracji i zaangażowania.

Czy ćwicząc drogę mistrzów, mogę zjednoczyć się z tym wazonikiem ze stokrotkami, stać się z nim jedną falą kwantową?
Gdy dualnie – czyli z „normalnej”, egocentrycznej perspektywy – patrzysz na te kwiatki w wazonie, to myślisz albo mówisz: „Ja widzę kwiatki w wazonie”. I zobacz, ile tworzysz bytów. Aż trzy: ja, patrzenie i kwiatki w wazonie. Krótko mówiąc, roztrajasz się. Ale gdy popatrzysz na te same kwiatki i spróbujesz wprowadzić się w stan nie-dualny, myśląc: „Patrząca i to, co widziane… to nie-dwa”, czujesz w całym ciele egzystencjalny dreszcz albo…

Czuję lekkość!
No właśnie! To jeden z atrybutów nie-dualnej radości. Proszę więc, nie nazywaj tego „odlotem”. Nie wolno dewaluować przeczucia prawdy. Z punktu widzenia tego, jak się rzeczy mają, to jest „przylot”. Lądujesz w krainie wolnej od lęku, chciwości, nienawiści i rywalizacji. Czyż nie to właśnie nazywamy krainą miłości? Jest okazja, by zauważyć, że na „odlocie” jesteśmy przez większość życia. Prawdziwa radość jest więc na co dzień w naszym zasięgu. Problem w tym, że siła nawykowego, dualnego myślenia jest wielka. Radość, śmiech, dystans są na to doskonałym antidotum. Bezinteresowna, nieuzasadniona radość istnienia jest dotknięciem prawdy. Smutek, nienawiść, pragnienie zemsty, zazdrość, chciwość, poczucie winy i inne negatywne stany umysłu sprawiają, że prawda znika za ciężką, odwieczną zasłoną dualności.

  1. Psychologia

Jak pomóc samemu sobie? Autocoaching

Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. (Fot. iStock)
Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. (Fot. iStock)
Po raz kolejny nie udało ci się wytrwać w decyzji, by regularnie biegać? Nawet nie pamiętasz swoich noworocznych postanowień? Próba wprowadzenia zdrowszej diety znowu spełzła na niczym? To znak, że masz problem z realizacją swoich planów. Możesz poprosić o pomoc coacha albo zgodnie z zasadą „zrób to sam” zostać swoim własnym trenerem. Na początek wystarczy uwierzyć, że możesz się zmienić.

Coach to ktoś, kto ma nam pomóc w uwolnieniu potencjału i wprowadzeniu zmian w naszym życiu, a także ułatwić osiągnięcie wybranych przez nas celów. Jak to wygląda w praktyce? Coach zadaje pytania, żeby skłonić swojego klienta do szukania odpowiedzi, samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków. Czy zgodnie z modną ostatnio na świecie, a od czasów PRL-u w Polsce, filozofią DIY (do it yourself, czyli zrób to sam) można zostać swoim własnym trenerem, takim Adamem Słodowym osobistego rozwoju? Na pewno warto spróbować, stawka jest wysoka, kto by nie chciał osiągać własnych celów, poprawić swojej motywacji i skuteczności.

Prosto do celu

Trudność polega na tym, że autocoaching to samodzielne wypracowanie planu działania. Naszym zadaniem jest stawianie sobie pytań, tylko jakich? O odpowiednie narzędzia pracy ze sobą podpytuję zajmujące się coachingiem, konsultingiem i mentoringiem Katarzynę Ramirez-Cyzio i Dagmarę Miąsek.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – Pierwszym i najważniejszym krokiem jest określenie celu, nawet jeśli on nie jest wyrażony wprost („Tego nie chcę” znaczy przecież, że czegoś chcę w zamian). To może być na przykład jakiś problem do rozwiązania, który przeformułujemy na cel. Dobrze wyobrazić sobie, jak to będzie, gdy ten cel już zrealizujemy. Pozwoli nam to dokonać wstępnego sprawdzenia, czy to przypadkiem nie jest cel pozorny (np. uwewnętrznione oczekiwania innych). Pobudzi też do refleksji nad tym, jak jest, a jak chcę, żeby było. Podobnie działają pytania doprecyzowujące. Jeśli ktoś chce „być dobrym ojcem”, dobrze dookreślić ten przymiotnik. Zastanowić się, co to znaczy i jak to będzie, jak już nim się stanie, co się zmieni. Gdy ktoś mówi: „Chcę więcej biegać”. Zastanawiamy się: „Więcej, czyli ile?”. A potem: „Jak często? Gdzie?”. Po takim doprecyzowaniu czasem człowiek zauważa, że jednak właściwie nie chodzi mu o bieganie, tylko na przykład o to, żeby być zdrowym, a o zdrowie można zadbać na różne sposoby.

Pytania o cel: Czego chcę? Do czego w życiu dążę?, powinny nas skłonić do zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę jest dla nas ważne.

Dagmara Miąsek: – Bo jedno to jest mierzalny i dookreślony cel, a drugie to wartości: Po co chcesz biegać? Co dzięki temu będziesz miał, a co stracisz? Tych pytań może być wiele, ale tu chodzi o dojście do tego, jakie korzyści stoją za naszym celem. Co zyskam, jeśli coś w swoim życiu zmienię, czy bilans zysków i strat wprowadzania danej zmiany jest dla mnie korzystny?

Porozmawiaj – ze sobą

Budowaniu samoświadomości sprzyjają ćwiczenia medytacyjne i trening mindfulness. Bycie obecnym w sobie, uważność na to, co się dzieje dookoła, ale także w nas samych, to podstawa. Trenerki z Pracowni Satysfakcji mówią, że taką uważność najprościej uruchomić z poziomu ciała. Proponują proste ćwiczenie – podczas rozmowy koncentrować uwagę nie tylko na relacji z drugą osobą, ale też na własnych odczuciach: czy mi gorąco, co robi moja lewa noga itp. Kolejnym ćwiczeniem może być świadome skupienie na ciele podczas wykonywania prostych fizycznych czynności, takich jak zmywanie albo kopanie w ogródku.

Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. Ludzie bardzo często unikają takiej refleksji, bo boją się, że poczują brak satysfakcji i nie będą wiedzieli, co z tym dalej zrobić. Wybierają więc życie w pędzie, na autopilocie, bo obecny stan rzeczy jest znany i oswojony. Jeśli chcę stosować autocoaching, muszę się zatrzymać, sprawdzić, w którym miejscu swojego życia aktualnie się znajduję, co mi się podoba, a co przeszkadza. Innymi słowy każdego dnia zadawać sobie pytanie o to, czy chcę być tu, gdzie jestem. Czy mam radość z tego, czym się zajmuję.

Przekonanie podlega zmianie

Warunkami coachingowej pracy z samym sobą są dyscyplina i uczciwość wobec samego siebie. Kiedy już nazwiemy cel i wartości, pora zastanowić się nad tym, które doświadczenia pomogą nam w jego realizacji, a które będą tylko przeszkadzać. Dochodzimy do szczególnego momentu – pracy z własnymi przekonaniami.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – W coachingu zawsze zaczynamy od celu i wartości, potem są zasoby i na końcu działanie. Ale clou to także obawy i przekonania, one mogą dotyczyć celu („To nie dla mnie, to za trudne”; „Nie dam rady”). Mogą dotyczyć wartości („Nie wiem, czy to jest do końca uczciwe”; „Co na to mój mąż czy przełożony?”), mogą dotyczyć zasobów („Nie umiem tego zrobić, bo nigdy tego nie robiłem, nie potrafię”) albo działania („Jak to, ja mam tak po prostu pójść i zapytać?!”).

Dagmara Miąsek: – Własne przekonania trudno rozpoznać bez pomocy kogoś z boku. Są widoczne na przykład w języku, którego używamy. Warto się przyjrzeć choćby przekonaniu o tym, że coś muszę. Mogę przecież powiedzieć: „Powinnam, należy, wybieram, decyduję” albo po prostu: „chcę”. Może się okazać, że ja wcale nie „muszę”, tylko decyduję się coś zrobić w tej chwili, bo przyniesie to określone skutki w niedalekiej przyszłości. To jest przeformułowywanie i praca z wewnętrzną motywacją. Jak ja mam w głowie, że coś muszę, to ja tej motywacji nie mam. Zmuszam się, jestem w napięciu.

Jak ważne są nasze przekonania, dowodzą zwolennicy psychologii pozytywnej, mózg o wiele lepiej działa z optymistycznym niż z negatywnym nastawieniem. Optymista potrafi porzucić dotychczasowe schematy, znajduje nowe drogi do ważnych celów, ma konstruktywne podejście do porażek, traktuje je jak lekcję, informację zwrotną na temat tego, jak należy działać. Ba, bardziej niż pesymista dba o swoje zdrowie i przyszły dobrostan. Nawet realiści mają niższą samoocenę, częściej czują się przygnębieni i chorują. Choć może nam się to nie podobać, złudzenia na własny temat nam służą, oczywiście, pod warunkiem że są pozytywne. Na szczęście nie musimy być raz na zawsze optymistami albo pesymistami. Możemy nauczyć się reinterpretacji zdarzeń w taki sposób, żeby zmieniać swoje skłonności do czarnowidztwa. Zmieniając sposób myślenia, możemy z kolei zmienić swoje uczucia, zachowanie, a więc to, kim się stajemy.

Przekonaniem, które jest fundamentem podejmowania trudnych wyborów i wytrwałego dążenia do celów – oprócz optymistycznych zapatrywań na przyszłość – jest nastawienie: „Myślę, że dam radę” . Profesor Walter Mischel z Uniwersytetu Columbia, autor książki „Test marshmallow...” (wydawnictwo Smak Słowa), widzi w połączeniu tych dwóch elementów sedno definicji samokontroli. To dzięki samokontroli właśnie przypominamy sobie o wybranych celach i warunkach ich osiągnięcia, sprawdzamy postępy w naszych dążeniach, panujemy nad pokusami, które nas od nich odciągają. Poczucie kontroli można budować, pielęgnując w sobie przekonanie: „Mam wpływ na swoje zachowanie, mogę się zmieniać, rozwijać, uczyć”, i zmieniając swoje nawyki.

Dagmara Miąsek: – Przypominam jeszcze raz – uważajmy na słowa! Nie mówmy: „Udało się”, bo w tym sformułowaniu brakuje poczucia sprawczości, tylko: „Zrobiłam to”. Zamieniamy słowa, wypracowujemy pewien automatyzm, a pójdzie za tym refleksja, że ja jednak mam wpływ na to, co robię.

Wyrokujący kontra uczeń

Myślenie przebiega według wzoru: pytanie – odpowiedź, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nasz mózg instynktownie szuka odpowiedzi na postawione pytania. Opierając się na tym założeniu, doktor psychologii Marilee Adams w swojej książce „Myślenie pytaniami” (wydawnictwo Studio Emka)  dowodzi, że poprzez umiejętne zadawanie pytań sobie (ale również innym) możemy kształtować swój sposób myślenia i działania oraz wpływać na osiągane rezultaty. Cała sztuka to nauczyć się formułować w myślach odpowiednie pytania. Jedne mogą bowiem stymulować naszą ciekawość, otwierać na nowe rozwiązania, a inne doprowadzać do rozpaczy, wywoływać bierność lub poczucie przegranej.

Adams przedstawia dwie strategie reagowania na otaczającą rzeczywistość obecne w naszych głowach. Pierwsza to postawa wyrokującego związana z automatycznymi reakcjami pod wpływem emocji, skupieniem na obwinianiu innych albo siebie, a co za tym idzie – z zamknięciem na nowe pomysły i kompletnym brakiem efektywności. Uciekamy w taki sposób myślenia zwłaszcza podczas wszelkiego rodzaju konfliktów. Wyrokujący jest często defensywny, przekonany o własnej nieomylności, ma poczucie wyższości i potępia innych albo siebie. Pytania, które mu towarzyszą, to: Kto jest winien? Jak mogłem przegrać? Jak mogę udowodnić, że mam rację? W jaki sposób przejąć kontrolę? Co jest z nimi/ze mną nie tak? Dlaczego oni są tacy głupi? Dlaczego jestem nieudacznikiem? Po co się tym przejmować?

O wiele bardziej efektywna jest postawa uczącego się, którą charakteryzuje przemyślany wybór, ciekawość, dociekliwość oraz koncentracja na rozwiązaniu i relacjach wygrana – wygrana. Pytania, które reprezentują tę postawę, to: Co się stało? Co w tym pożytecznego? Czego chcę? Czego mogę się nauczyć? Za co jestem odpowiedzialny? Co druga osoba myśli, czuje, czego potrzebuje, chce? Jakie są fakty? Co jest możliwe? Jaki mam wybór? Co teraz najlepiej zrobić?

Wprawdzie nie zawsze mamy wpływ na to, co nam się przytrafia, ale zawsze możemy wybrać, jak to potraktujemy. Rozwinięta zdolność obserwacji samego siebie pozwoli nam na dokonywanie świadomego wyboru naszych reakcji w taki sposób, by nie kierowały nimi negatywne emocje, poczucie zagrożenia czy bodźce z zewnątrz.

Oba sposoby myślenia – wyrokującego i uczącego się – w nas współistnieją i najlepiej to zaakceptować. Adams podpowiada na szczęście prosty sposób na przestawienie się na tryb uczącego się. Jak to zrobić? Oczywiście, zadając sobie odpowiednie, tzw. przełączające pytania. Oto kilka z nich: Jak mogę inaczej o tym myśleć? Jakie przyjmuję założenia? Gdzie chciałbym być? Czy moje nastawienie da mi to, czego chcę? Czy jestem w pozycji wyrokującego?

Wcześniej jednak dobrze się upewnić, czy rzeczywiście przyjęliśmy postawę wyrokującego. Najłatwiej zrobić to na podstawie sygnałów wysyłanych przez ciało, takich jak napięcie, wyczerpanie, niepokój, podenerwowanie, przygnębienie. W rozpoznawaniu różnic między wyrokującym a uczącym się „ja” pomocna bywa także umiejętność spojrzenia na siebie z zewnątrz, bycia świadkiem swoich myśli i działań.

Zmieniamy się poprzez działanie

Kolejnym krokiem autocoachingowej pracy jest sprecyzowanie planu działania, który ma nas doprowadzić do obranego celu. Ta droga powinna być zgodna z naszymi umiejętnościami, czyli zasobami. Jak do nich dotrzeć? Pomocne okażą się pytania, takie jak: Jakie mam doświadczenie w tej dziedzinie? Czego mogę się nauczyć? Kto może mi pomóc w osiągnięciu celu? Czego potrzebuję, żeby to osiągnąć?

Dagmara Miąsek: – Zwykle koncentrujemy się na porażkach, mamy łatwość zapominania o własnych sukcesach, a one budują poczucie sprawczości, poczucie własnej wartości. Polecam ćwiczenie „Linia życia”. Polega na wypisaniu pozytywnych zdarzeń ze swojego życia, które wydarzyły się dzięki nam, mieliśmy na nie wpływ, czyli swoich sukcesów, a potem umiejętności, cech, doświadczeń, które pomogły je osiągnąć. Tak powstaje mapa zasobów.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – Każdy krok, który zrobimy samodzielnie, przybliża nas do tego, żebyśmy wsparcia potrafili też szukać obok. Jeśli ja się rozwijam i w którymś momencie dochodzę do ściany, to szukam wsparcia. Zaczynam zbierać informacje z najbliższego otoczenia. Często proszę klientów, żeby ich najbliżsi zadali im pytania dotyczące celu, jaki sami sobie wybrali.  Na przykład: „Chcę wybudować dom. Zadajcie mi jakieś inspirujące pytanie, które może mi pokazać coś, czego nie wziąłem pod uwagę”. 50 otrzymanych tak pytań to mogą być kwestie dawno przez nas przemyślane, ale któreś może nas zainspirować. To prosta metoda na selfcoaching wśród najbliższych. Można też zbierać sobie pytania, robić ich listę: Kiedy? Po co? Dlaczego? Z kim? W jaki sposób? Którędy? I badać za ich pomocą własne cele.

Pozostaje jeszcze realizacja planu. Jeśli wybraliśmy cel zgodnie z założeniami SMART, możemy go podzielić na konkretne zadania i dać sobie na nie określony czas. Ważne jest sprawdzanie postępów, to informacja zwrotna o skuteczności działań i źródło wewnętrznej motywacji. Zaczynamy od pierwszego punktu z listy kroków, które mają nas przybliżyć do osiągnięcia celu. Nie ma się czego bać, jak śpiewała Anna Jantar: „Najtrudniejszy pierwszy krok, za nim innych zrobisz sto”.

  1. Psychologia

Szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością

Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Ludzie mogą być szczęśliwi, jednak bardzo często są tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć – mówi Christophe André, psycholog i psychiatra, twórca francuskiej szkoły psychologii pozytywnej.

Jest pan jednym z mistrzów psychologii pozytywnej zainicjowanej przez amerykańskiego psychiatrę Martina Seligmana. Na czym polega jej specyfika?
Zadaniem psychologii pozytywnej jest ulżenie cierpieniu i pomoc w dostrzeżeniu pozytywnych aspektów życia. Smutek, frustracja czy gniew zawężają nasze pole emocjonalnej percepcji – skupiamy się na tym, co wywołuje nasze cierpienie, nie zauważając tego, co mogłoby przynieść nam ulgę. Należy pamiętać, że 50 procent pozytywnych odczuć zależy od nas i że właściwa proporcja to trzy czwarte myśli pozytywnych i jedna czwarta negatywnych. Ta logika jest szczególnie skuteczna przy leczeniu depresji i problemów psychologicznych.

„Każdy z nas może być szczęśliwy” – głoszą poradniki. Również u pana szczęście zajmuje centralną rolę – jedna z pana bestsellerowych książek nosi tytuł „Et n’oubliez pas d’être heureux” [I nie zapomnij być szczęśliwym]. Skąd w człowieku przekonanie o jego prawie do szczęścia?
Pojęcie szczęścia jest zdeterminowane historycznie – znane było już starożytnym filozofom, ale oni zwracali się tylko do elity. W Europie przez całe wieki Kościół wpajał wiernym, że życie to padół łez i że należy myśleć tylko o zbawieniu. Zmiana nastąpiła w epoce oświecenia – koncepcja szczęścia ulega wtedy demokratyzacji i zaprząta najwybitniejsze umysły. Jednak w XIX wieku europejscy intelektualiści odwracają się od niej jako wulgarnej i adresowanej do mas – we Francji zadowolenie z życia i dobroć zostają wtedy przypisane niskiemu poziomowi intelektualnemu. XX i XXI wiek to triumf życiowego sukcesu – nikt nie kwestionuje prawa jednostki do szczęścia, ale szybko „być” oznacza „mieć”. Osobiście uważam, że nie należy wylewać dziecka z kąpielą: wprawdzie pojęcie szczęścia zostało w dużym stopniu zwulgaryzowane, ale nie przestało być wartością i celem, do którego trzeba dążyć. Bo szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością: ktoś, kto nie jest do niego zdolny, zmarnuje swoje życie, będzie koncentrował się na problemach i cierpieniach i w rezultacie zwracał mniejszą uwagę na innych. Nie będzie potrafił dawać – tylko ludzie szczęśliwi mogą być wielkoduszni i otwarci na świat. Dążenie do szczęścia wydaje mi się więc podstawowym warunkiem udanej egzystencji dla siebie i dla innych.

Na czym polega to prawdziwe szczęście?
Ująłbym to tak: nasz życiowy obowiązek polega na byciu szczęśliwym i wielkodusznym. Prawdziwe szczęście to dar siebie samego – szczęście i solidarność są jak najbardziej kompatybilne. Niestety, wciąż jeszcze stawia się znak równości między szczęściem a egoizmem czy szczęściem a naiwnością. Musimy prowadzić prawdziwą walkę, żeby nobilitować to pojęcie.

To prowadzi nas do pojęcia optymizmu.
Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. Optymista uważa, że można rozwiązać spotykane w życiu problemy, stara się więc działać. Pesymista w to nie wierzy, jest pasywny. To właśnie dlatego pesymizm przynosi najwięcej szkód: wyobraźmy sobie lekarza pesymistę, który nie wierzy w wyzdrowienie pacjenta. Czy pacjenta niewierzącego w skutki terapii – badania wykazały, że im mniej optymizmu wykazuje chory, tym mniejsze są jego szanse na wyzdrowienie. Nie dlatego, że optymizm sprawia cuda, ale że pozwala na skuteczniejsze działanie. Podobne mechanizmy funkcjonują na każdym poziomie naszego życia osobistego, gospodarki, polityki...

Pana zdaniem szczęścia można się nauczyć, należy tylko w tym celu regularnie ćwiczyć. Przytacza pan swój własny przykład, chociaż trudno uwierzyć, że posiada pan tendencje depresyjne...
Bardzo dużo nad sobą pracowałem – dyscyplina to więcej niż połowa sukcesu. Istnieje wiele pozornie błahych ćwiczeń, które każdy z nas może wykonywać. Po pierwsze, codziennie przed zaśnięciem spróbujmy przypomnieć sobie trzy przyjemne momenty kończącego się dnia. Jest to bardzo interesujące z punktu widzenia mechanizmów naszej percepcji, z reguły koncentrujemy się bowiem na problemach. Zawsze możemy znaleźć pozytywy: skrawek błękitnego nieba, zapach róż w ogrodzie, telefon od przyjaznej osoby... Już po upływie 15 dni nasz mózg nastawi się na ich dostrzeganie – zmieni to nasze spojrzenie na życie. Bardzo ważny jest też uśmiech. Zwykle uśmiechamy się, kiedy jesteśmy zadowoleni, ale badania wykazały, że uśmiech wpływa pozytywnie na receptory mózgowe i stan naszej psychiki. To tzw. fenomen retrofeedbacku. Budda zawsze się uśmiecha: uważa się, że to nie tylko dowód wewnętrznej harmonii, ale także sposób na jej osiągnięcie. Powtarzam więc moim pacjentom: „Jeśli nie macie autentycznych powodów do płaczu, zmuszajcie się do uśmiechu!”. Odkąd sam stosuję tę metodę, ludzie częściej pozdrawiają mnie na ulicy, częściej ze mną rozmawiają. Uśmiech jest znakiem społecznej akceptacji. Są też inne plusy: lekarze stwierdzili, że osoby uśmiechnięte i zadowolone mniej chorują i z reguły dłużej żyją.

Wspomniał pan także o wielkoduszności...
To bardzo ważne, żeby robić coś dla innych. Może się to wydawać paradoksalne, ale im bardziej jesteśmy przygnębieni i sfrustrowani, tym bardziej zainteresowanie się innymi poprawi nasze samopoczucie. Nie chodzi o to, żeby stać się Matką Teresą – starajmy się po prostu sprawić komuś przyjemność czy wyświadczyć przysługę, nie oczekując niczego w zamian.

Do szczęścia prowadzi także medytacja...
Od lat medytuję – świadoma medytacja to jeden z elementów wiodących do harmonii ze sobą samym i światem. Nie chodzi o godziny przebywania w samotności – wystarczy regularnie poświęcać na medytację kilka minut dziennie. Mogą to być trzy minuty spokoju, kiedy możemy głęboko oddychać, spacer ulicą, kiedy koncentrujemy się na przyjemnych odczuciach, czy smaczny posiłek. Służy temu także ćwiczenie, które nazwałem „ćwiczeniem wdzięczności” – wieczorem podziękujmy za wszystko, co przydarzyło się nam w ciągu dnia, i zadajmy sobie pytanie, komu to zawdzięczamy. Cieszmy się, że te osoby istnieją, że piekarz upiekł dobry chleb, że przyjaciele o nas myślą, że ktoś okazał nam sympatię. Że otaczają nas ludzie, którzy przynoszą nam radość.

A jeśli jest inaczej? Jeśli nasze otoczenie jest nieprzyjazne i toksyczne?
Psychologia pozytywna nie twierdzi, że zawsze można i trzeba być szczęśliwym. Mówi, że dobrze jest nim być, kiedy to możliwe, ale w życiu każdego człowieka istnieją etapy, na których przeżywa dramaty, spotykają go przeciwności losu. Naszym priorytetem nie jest wtedy szczęście, ale walka o przeżycie. Psychologia pozytywna nie głosi pasywności – jeśli w naszym otoczeniu znajduje się osoba toksyczna, możemy, oczywiście, próbować zrozumieć źródła jej patologicznych zachowań, ale nie znaczy to, że mamy się do niej przyjaźnie ustosunkowywać. Wręcz przeciwnie, należy się przed nią chronić. Psychologia pozytywna nie próbuje ukazać takiej osoby w pozytywnym świetle – chodzi o to, żeby po zakończeniu kontaktu negatywne przeżycia nie zatruły naszej psychiki. Myślmy o naszych źródłach energii i radości, nie tylko o problemach. Szersze spojrzenie na otaczający świat pozwala na większą relatywizację i chroni przed zgorzknieniem.

Problemy jednak nie znikają drogą psychologicznego wypierania.
Nie chodzi o maskowanie problemów, chodzi o to, żeby nie opanowały całej naszej mentalnej przestrzeni. Konkretny problem istnieje, ale istnieją też aspekty pozytywne. Jeszcze raz zaznaczam, że nie mówię tu o prawdziwych tragediach czy walce o przeżycie.

Pomówmy o relacjach w związkach – nigdy dotąd nie były one tak kruche. Czy to również rezultat niewłaściwego podejścia do problematyki szczęścia?
Kryzys związków wynika m.in. z tego, że za wiele od nich oczekujemy: nie możemy wymagać od naszego partnera, żeby był jednocześnie wspaniałym kochankiem, przyjacielem, terapeutą, bankierem i żebyśmy wciąż były w nim zakochane jak pierwszego dnia. Nie idealizujmy przesadnie życia w parze! Jeśli założymy, że wybraliśmy wartościową osobę, bardzo ważne jest regularne myślenie o jej zaletach, nawet jeśli widzimy w niej same wady. Oczywiście, istnieją ludzie, którzy nie są stworzeni do życia razem, ale jestem przekonany, że wiele par można by uratować.

Naukowcy twierdzą, że odkryli gen szczęścia – słynny gen H5TT. Czy niektórzy ludzie rodzą się szczęśliwi?
Specyficzna forma tego genu jest odpowiedzialna za stres, inna wpływa na pozytywne nastawienie do życia. Powiedziałbym, że szczęście to raczej kwestia temperamentu niż genów, chociaż to prawda, że istnieją osoby bardziej zdolne do szczęścia niż inne. Ale na naturalne dyspozycje nakłada się historia rodziny i edukacja, nie mówiąc o kontekście kulturowym.

Często podkreśla pan, jak bardzo ważne jest smakowanie chwili. Czy nie prowadzi to jednak czasami do taktyki strusia chowającego głowę w piasek?
Życie chwilą nie oznacza wymazania przeszłości, pomaga za to uświadomić sobie wagę tego, co właśnie przeżywamy. Inaczej zapominamy żyć. Psychologia pozytywna mówi: mamy takie czy inne trudności, zastanówmy się, jak je rozwiązać, a następnie pójdźmy na spacer, zagrajmy w piłkę, pobawmy się z dziećmi. Inaczej nasze życie nie będzie interesujące. Ludzie mają na ogół możliwość bycia szczęśliwymi, są jednak tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć, ponieważ zostali uformowani przez takie czy inne doświadczenia. Czują się wypaleni, sfrustrowani, nie mają ochoty walczyć, odnajdują poczucie bezpieczeństwa w inercji i złym samopoczuciu. Po co szukać szczęścia, skoro depresja jest za progiem? – głosiło satyryczne hasło.

Szczęście byłoby więc bronią?
Jak najbardziej! Szczęście jest jak zbroja – chroni nas przed przeciwnościami losu. Jest także wielką siłą pomocną w walce z tragediami życia – bez niego nie bylibyśmy w stanie im sprostać.

Może nasze przekonanie o tym, że mamy prawo do szczęścia, przeszkadza nam w jego dostrzeżeniu?
Należy założyć, że szczęście w naszym życiu pojawia się i znika, że nigdy nie jest pewnikiem. Najtrudniej jest być szczęśliwym w dwóch sytuacjach: losowych dramatów i życiowej rutyny. W pierwszym przypadku psychologia pozytywna zaleca nam nie negować smutku i rozpaczy, tylko przeżyć okres żałoby i następnie zwrócić się ku życiu, w drugim – przypominać sobie regularnie, jak wielkie szczęście spotyka nas choćby z tego powodu, że nie toczy się wojna, że żyjemy w wolnych krajach, możemy podróżować, uczyć się, pracować... Wydaje nam się to oczywiste.

Zbudowanie własnego szczęścia nie jest możliwe bez szacunku dla siebie samego. Co zrobić, żeby go zachować?
Szacunku dla siebie uczymy się od wczesnego dzieciństwa. Zależy on od stosunków panujących w rodzinie, kultury otoczenia, rodzaju odebranej edukacji. W wiek dorosły wkraczamy z szeregiem automatyzmów i przekonań – jeśli nas nie szanowano, możemy zachowywać się aspołecznie, dezawuować się bądź przeciwnie – zbudować osobowość narcystyczną. Szacunek dla siebie samego rodzi się z sympatii – nasza własna osoba jest przyjacielem, którego pragniemy chronić przed złem i któremu życzymy jak najlepiej. Troska o samego siebie jest aktem odpowiedzialności cywilnej. Zrównoważone, zadowolone z siebie jednostki czynią świat lepszym. I nie ma to nic wspólnego z egoizmem – jeśli jesteśmy szczęśliwi, dajemy szczęście innym. Należy jednak uważać, bowiem w naszej epoce wpadliśmy w pułapkę rozbuchanego indywidualizmu. Musimy być bardzo czujni i jednocześnie strzec się przed myśleniem schematami – to nieprawda na przykład, że trzeba brać udział w wyścigu szczurów i że wszyscy ludzie są źli...

Nasze społeczeństwo charakteryzuje ciągła pogoń za młodością i lęk przed śmiercią. Pan głosi zdumiewająco pogodną wizję własnego odejścia.
Szczęście pozwala nam oswoić strach przed śmiercią. Jeśli skoncentrujemy się tylko na naszej śmiertelności, życie wyda się absurdalne. Jaką postawę powinniśmy zająć? Ubolewać nad nicością egzystencji czy też korzystać z każdego dnia? Odpowiedź wydaje mi się oczywista: smakujmy każdą chwilę i nie zamartwiajmy się tym, co nas czeka. I tak najczęściej nie mamy na to wpływu. Bądźmy szczęśliwi i wielkoduszni. Szczęście może naprawdę czynić cuda – tu i teraz.

Christophe André psychiatra i psycholog, ojciec francuskiej szkoły psychologii pozytywnej i terapii behawioralnych, do których jako jeden z pierwszych wprowadził techniki medytacji. Specjalizuje się w leczeniu stanów lękowych i depresyjnych. Jest autorem wielu książek, m.in. „Niedoskonali, wolni i szczęśliwi”, „Medytacja dzień po dniu”, "Życie wewnętrzne". 

  1. Psychologia

Każda chwila jest ważna. W niej szukaj szczęścia

Podziwiać widoki, rozkoszować się chwilą, która właśnie trwa, ucieszyć się pięknem świata - to recepta na szczęście. (fot. iStock)
Podziwiać widoki, rozkoszować się chwilą, która właśnie trwa, ucieszyć się pięknem świata - to recepta na szczęście. (fot. iStock)
A gdyby tak w każdą chwilę codzienności wnosić spokojny umysł i wypełnione radością serce? Świat byłby lepszy. Od czego więc zacząć? „Bądźmy świadomi wszystkiego, każdego kroku. I nie wikłajmy się w niepotrzebne historie, myśli i emocje. To wszystko.” – powtarzała Dipa Ma, wybitna mistrzyni buddyjska.

Gdy Dipa Ma, buddyjska nauczycielska medytacji i uważności, wieszała na podwórku pranie, jeden z jej przyjaciół nakręcił o tym film: trzyminutowe ujęcie w blasku słońca, w ogrodzie – łagodnie uśmiechnięta kobieta cieszy się z prania. W poświęconej jej książce („Dipa Ma”) uczniowie i przyjaciele wspominają jej niezachwianą wiarę w to, że w każdą chwilę codzienności możemy wnosić spokojny umysł i wypełnione miłością serce. Lubiła pytać: „Jak przeżywacie swoje życie? Jak zmywacie naczynia? W jaki sposób reagujecie, kiedy ktoś zajeżdża wam nagle drogę na autostradzie? Co czujecie, gdy odprowadzacie dziecko do przedszkola? A co, gdy prasujecie, robicie zakupy, rozmawiacie z sąsiadką? Gdzie jest wtedy wasza uwaga, serce i troska?”.

Duchowość to radość. To nasze – żywe i akceptujące – związki ze światem, z ludźmi, z Absolutem, z ziemią, z naturą, z domem, ze zwierzętami, z codziennymi czynnościami, z naszą pracą. To wybory, których dokonujemy z intencją dobra dla wszystkich.

Uważni najszczęśliwsi

O potędze świadomości czytamy w wielu publikacjach wydanych w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Książki Jona Kabata-Zinna, Thich Nhata Hanha, Franka Kinslowa, Ronalda Siegela i wielu innych kierują nas w stronę ukrytej rzeczywistości, naszej wiecznej, czystej świadomości, o której zapomnieliśmy, że nią właśnie jesteśmy. To tutaj ulokowana jest nasza wolność, spokój, siła i radość; duchowość, którą możemy nasycić każdą chwilę.

Nasze umysły jednak żyją w przeszłości albo w przyszłości, martwią się, żałują, pragną sukcesu, porównują się z innymi, osądzają i krytykują, przewidują, co będzie dalej, starają się uniknąć rozczarowań i porażek, planują, kontrolują. Myślenie i planowanie są w porządku; kłopot, że myślimy niemal nieustannie, co jest przyczyną naszych codziennych zgryzot. To narzędzia, których nie odkładamy nawet wtedy, kiedy ich nie potrzebujemy. Żyjemy zagubieni w myślach; częściej myślimy o życiu, niż go doświadczamy. Radość pojawia się rzadko i wymyka pod byle pretekstem. Ponieważ ciało podąża za umysłem, zestresowany, niezadowolony, pełen pretensji umysł napina ciało. Napięcie w ciele blokuje witalność i twórczą ekspresję.

Wszystkie badania szczęścia, jakie przeprowadzono na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, pokazują, że przeceniamy okoliczności zewnętrzne – od małżeństwa po życie w słonecznym klimacie – jeśli chodzi o moc uszczęśliwiania nas. Te badania wyraźnie wskazują, że jesteśmy szczęśliwi wtedy, gdy jesteśmy spokojni i radośni, bez względu na to, co robimy, i w jakim życiowym położeniu się znajdujemy. Nawet ludzie chorzy nie są mniej szczęśliwi od zdrowych, pięknych i bogatych. Różnicę stanowi jakość naszej uwagi. Najczęściej podążamy za umysłem, w którym rodzi się niezliczona ilość koncepcji, idei, pomysłów, sprzecznych dążeń i pragnień. Dawanie uwagi wytworom umysłu to prosta droga do szaleństwa. „Odpocznę kiedyś, niech tylko wydarzy się to i to”, ale tak naprawdę ta chwila nie przychodzi.

Dajmy światu odetchnąć

Wszystko się zmienia, gdy jesteśmy świadomi. Obserwujemy narratora w naszej głowie, który nieustannie opowiada historie z przeszłości albo z przyszłości, ale nie utożsamiamy się z nim, ponieważ wiemy, że nie jesteśmy nim. Możemy odczuwać gniew, ale wiemy, że nie jesteśmy gniewem. Obserwujemy osądzające myśli, demaskujemy lęki, oswajamy je i wyciszamy. Schodzimy głębiej, do serca. Dopiero wtedy możemy docenić bogactwo każdej minuty.
Poczuć zapach róży, smak jedzenia, zachwycić się zachodem słońca i rozgościć się we wspólnocie wszystkich ludzi.
Chodzi o to, by wiedzieć, co się wydarza, i poświęcać temu uwagę. Jeśli będę się spieszyła z powieszeniem prania, bo przecież czeka mnie tyle ważniejszych zajęć, utracę bezcenną chwilę, przeoczę ją, nie zauważę; stracę okazję do radości z dotykania mokrej bielizny, rozciągania jej w dłoniach, wieszania na sznurku, obserwowania, jak poddaje się subtelnym ruchom powietrza.

W pośpiechu umyka chwila za chwilą naszego życia. Pośpiech wyklucza serdeczność. To uwaga i akceptacja sprawiają, że nasz stosunek do świata i ludzi nabiera ciepła, staje się przyjazny, życzliwy i współczujący. Widzimy i przyjmujemy rzeczy takimi, jakie są. Czy ma sens zamartwianie się? Czy rozwiązania siłowe, to wszystko, co robiliśmy pod presją umysłu, przyniosły nam kiedykolwiek jakikolwiek pożytek? To jest moment zatrzymania się. Zaprzestania walki. Świadomości; jeśli narrator w mojej głowie nakazuje mi zdobyć kolejny szczyt, może lepiej podziękować mu za ambitną propozycję i raczej przygotować piknik pod tym szczytem. Podziwiać widoki, rozkoszować się chwilą, która właśnie trwa, ucieszyć się pięknem świata. Odetchnąć.

20 lat temu w moim pokoleniu modne było hasło: „Pomóż sobie, daj światu odetchnąć”. Co to znaczy pomóc sobie? Bardzo często to znaczy zatrzymać się, nie podążać za ambicjami, planami, ulepszaniem, zdobywaniem. Pobyć ze sobą w ciszy. Chwila bezruchu, spokoju, radości odświeża, harmonizuje, koi, a w konsekwencji pobudza kreatywność i zwraca ku działaniu. Działanie pod presją umysłu i działanie wynikające z ciszy to dwa różne doświadczenia. Pierwsze osłabia i udręcza, drugie obejmuje i wypełnia.

Obfitość kiełkuje w sercu

Odkrycie ciszy na dnie umysłu sprawia, że godzimy się z nieuchronnością zmian. Wiemy, że wszystko się zmienia, a opór przed zmianą unieszczęśliwia nas. Że wszystko, co mamy, to chwila obecna. Że nasze myśli nie są rzeczywistością. Że jesteśmy częścią sieci życia. Wtedy zamartwianie się, że coś pójdzie nie tak, które codziennie wypełnia nasze myśli, traci moc. Nie przywieramy do dramatów i problemów, skoro mamy świadomość, że wszystko przemija. Odczuwamy. Doświadczamy. Jesteśmy obecni, spokojni i radośni. To święty stan kairos, jak mawiają Grecy. Gdy wówczas, w tym stanie, z głębi serca pomyślimy o jakimś pragnieniu, zasiejemy ziarna zdrowia i pomyślności.
Obfitość kiełkuje w sercu, nie w zamartwiającej się głowie.
Gdy schodzimy głębiej, do serca, które jest naszym duchowym centrum, źródłem intuicji i wiedzy, wybór właściwej drogi staje się prosty i oczywisty. Ufanie sercu jest ufaniem sobie, swojej najgłębszej mądrości. Żyjemy w czasach budzenia się świadomości, duchowego wymiaru życia. Każdy z nas może być swoim mistrzem. O duchowości codzienności mówią ludzie zwyczajni, a jednocześnie niezwykli – jak my wszyscy.