1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego strata musi boleć?

Dlaczego strata musi boleć?

fot. iStock
fot. iStock
Jak radzimy sobie ze stratą? Różnie, zwykle jednak zaprzeczając, bo nie potrafimy jej ani zrozumieć, ani przyjąć. Ucieczką jest też trwanie w smutku długie tygodnie czy lata albo rzucanie się w nowy związek czy pracę.

Jak radzimy sobie ze stratą? Różnie, zwykle jednak zaprzeczając, bo nie potrafimy jej ani zrozumieć, ani przyjąć. Ucieczką jest też trwanie w smutku długie tygodnie czy lata albo rzucanie się w nowy związek czy pracę. O tym, jak mądrze żegnać ludzi i ważne dla nas związki, z psychologiem Pawłem Droździakiem rozmawia trenerka Renata Mazurowska.

Niewiele jest osób, których nie dotknęła w życiu jakaś strata – tracimy pracę, zdrowie, rozpadają się nasze związki, bliscy odchodzą lub umierają. Ostateczna strata, czyli śmierć, od samego początku wpisana jest w życie, ale na co dzień o niej nie myślimy, „nie pamiętamy”. Zauważam takie dwie postawy przeżywane współcześnie. Pierwsza to nieprzyjmowanie straty do wiadomości. Udajemy, że się nic nie stało, i po rozstaniu natychmiast wchodzimy w inną relację albo nawet będąc jeszcze w związku, gdy coś zaczyna się psuć, szukamy innego związku, na tzw. zakładkę…

Jedną z typowych reakcji na stratę jest dążenie do szybkiego jej anulowania albo kompensacji. Tendencja do natychmiastowego zastąpienia utraconego partnera kolejnym może wynikać z obawy, że nie będziemy w stanie w ogóle przeżyć uczucia smutku, tęsknoty czy poczucia porażki. Może to też być efekt specyficznego traktowania partnerów – raczej z perspektywy naszych potrzeb, które mają zaspokajać, niż jako konkretnych osób, z którymi coś niepowtarzalnego nas łączy. Może tu też występować pragnienie szybkiego zaprzeczenia tej niepowtarzalności. Jeśli natychmiast znajdujemy kogoś nowego, udowadniamy sobie, że ten poprzedni nikim specjalnym nie był. Nie chcemy przyznać, że był, bo to boli.

Druga postawa to nadmierne przeżywanie straty, wręcz nurzanie się w niej jako uzasadnienie dla niekonfrontowania się z życiem. Takie bolesne i długotrwałe przeżywanie straty związku jest dość bezpieczne, bo pozwala nie wchodzić w nowy, gdyż boimy się, że spotka nas ponowne cierpienie… Jednym słowem, mamy kłopot, żeby opłakać, że coś się skończyło, pożegnać się z tym i pójść dalej.

W temacie straty związku można mówić o trzech możliwych aspektach, które dla różnych osób mają różną wagę. Pierwszy to upadek wyobrażenia o tym, jak świat funkcjonuje. Mówimy wtedy coś w rodzaju: „Jak ona mogła odejść, tyle dla niej robiłem? Jak to możliwe, jak ten świat tak działa? To niesprawiedliwe” – czyli tak naprawdę strata dotyczy tego, czy świat jest spójny z jakąś regułą, która – jak myślimy – nim rządzi.

Na przykład reguła sprawiedliwości. Że za dobre otrzymamy dobre.

Właśnie. Mówimy wówczas na przykład: „Miał wyprane i wyprasowane, na fitness chodziłam, dbałam o siebie i o niego, seks z nim regularnie uprawiałam, a tu takie coś”, „Samochód jej kupiłem, a ona właśnie z nim w tym samochodzie…”. I tak dalej… Czyli dotąd myśleliśmy, że wiemy, o co chodzi w związku. Na przykład właśnie o samochód, gotowanie, seks, fitness, wierność małżeńską i tak dalej, ale oto nagle ziemia nam się usuwa spod nóg, bo wszystko to było, ale nie zadziałało. To tak, jakbyśmy nagle spotkali ducha. Nie możemy tego pojąć, bo to przychodzi z innego porządku. To narusza nasze poczucie bezpieczeństwa. Jeśli to, co robiliśmy w przekonaniu, że to oczywiste, jednak nie zapewnia gwarancji, to co ją zapewnia?

Druga forma straty jest wtedy, gdy wraz z końcem związku traci się jakąś część tożsamości, bo ona się opierała na byciu z tym kimś. Mówimy wówczas: „Ja bez niego nie istnieję”, „Bez niej moje życie jest bez sensu”. Czasem ten obraz siebie nie tyle się opiera na identyfikacji z konkretną osobą, co na jakimś wyobrażeniu o własnej wyjątkowości. Mówi się wówczas coś w rodzaju: „Mnie się nie porzuca”, „Nie będzie jakiś facet decydował, czy ze mną będzie czy nie”.

I trzecia strata – tracę rzeczywiście rodzaj przywiązania, miłości. Tęsknię za tą osobą.

Te trzy straty bolą różnie. I różnie też próbujemy sobie z nimi poradzić. Jedni poszukują od razu nowego partnera, drudzy uciekają w pracę albo inną hiperaktywność, ale też korzystają z szerokiej oferty „przemysłu rozwodowego”, którego propozycja polega na zamienieniu depresji w agresję.

Ciągnące się latami sprawy rozwodowe, sprawy o majątek, o widzenie się z dziećmi…

Czyli: „Zamień człowieka, za którym tęsknisz, na wroga, walcz z nim”. On musi zostać zmiażdżony, ma odczuć, jak bardzo cię zranił. Im bardziej nakręcasz się nienawiścią, tym mniej bólu odczuwasz. Rynek prawniczy i detektywistyczny, a nawet część oferty pomocy psychologicznej podpowiada ludziom takie rozwiązania, często przynoszące więcej szkody niż pożytku, bo w gruncie rzeczy prowadzą one do nakręcania konfliktu tam, gdzie jeszcze można byłoby coś uratować. Jeśli nie sam związek, to przynajmniej to, co po nim zostaje. Zamiast tego proponuje się zdefiniowanie traconej osoby jako wroga i zniszczenie go. Do pewnego momentu to nawet pozornie pomaga, bo nie czuje się smutku, gdy się walczy, ale niestety wiąże się to z destrukcją świata wspólnych dzieci, z całkowitym zniszczeniem wszystkich intymnych wspomnień.

Jest to też sposób na niekończenie tej relacji. 

Tak. I na przeżywanie złości zamiast bólu. Próbą pozostania w byłym związku i nieprzeżywania straty jest sublimacja, czyli niewchodzenie w nowy związek. Na przykład nie jesteś już czyjąś żoną, ale wciąż macie dziecko i poprzez tę więź, rodzicielską, symbolicznie pozostajecie się w relacji. To iluzja, ale czasem działa jak rodzaj plastra na zranienie.

Można też pozostać w związku, nie przyjmując straty do wiadomości i karmić się nadzieją, że on jednak wróci.

Można też nie przyjmować straty, zaprzeczając swoim uczuciom poprzez wchodzenie w związki perwersyjne, destrukcyjne, używając innych osób, mszcząc się na partnerach za tamtego, za tamtą. Tworzenie związków pozornych z kimś, kto nie poruszy nas zbyt mocno, jest częstą reakcją.

Swoistą próbą obrony jest kierowanie miłości na siebie, np. poprzez gadżety, przedmioty lub poprawianie wyglądu. Albo nadmierna praca – do pewnego momentu to pomaga, ale później siła napędu na pracę spada i wtedy dopada nas depresja.

Wszystkie inne sposoby radzenia sobie z bólem niż autentyczne przeżywanie straty, czyli żałoba po relacji, prowadzą do destrukcji – naszego świata, a czasami także świata naszych dzieci.

Dlatego stratę trzeba opłakać. Ona musi zaboleć. Dobrze jest też rozróżnić, co straciliśmy. Czy nasze wyobrażenie o własnym „ja”, czy rytuały życiowe codzienne, czy przekonanie o tym, jak świat działa, czy rzeczywiście podmiotową relację. Czasami towarzyszy nam uczucie, że ta osoba była najlepszym, co mogło nam się zdarzyć, odpowiadała nam na każdym poziomie – wtedy warto się zastanowić, dlaczego tak czujemy. Bo to jest jakiś rodzaj iluzji, który my podtrzymujemy. Gdyby ten związek mógł istnieć dalej, toby istniał.

Taką prawdę często trudno nam przyjąć.

Ale gdy się to zrozumie, jest lżej. Zdaje się nam, że związek, który straciliśmy, był wspaniały. Ale gdyby był wspaniały, tobyśmy go nie stracili. Skoro się skończył źle, to znaczy, że nie mógł skończyć się dobrze.

Podobnie, choć trochę inaczej, jest z przeżywaniem śmierci…

Śmierci nie da się do końca przyjąć do wiadomości, bo nie można nadać jej sensu inaczej niż przez dopisanie do niej jakiegoś pozoru. Stąd wymyślamy religie, rytuały, misje, w których umiera się „za coś” i tak dalej. Bez pozoru sensu śmierć jest nie do przyjęcia. W ostateczności szukamy tego sensu na przykład przez znalezienie winnego. Winnym może być lekarz, jeśli bliski umarł w szpitalu, albo sprawca katastrofy czy wypadku. Bo świat, w którym nikt nie jest winny, w którym można umrzeć w każdej chwili i nic, co należy do życia, nie daje się z tym połączyć, użyć do poradzenia sobie z tym doświadczeniem, jest po prostu nie do przyjęcia.

A jak jest wina, musi być też kara… Dążenie do ukarania winnych trzyma nas przy życiu. Zamiast rozpaczać, możemy działać.

Szukanie winnego to częsty sposób na poradzenie sobie ze stratą. Alternatywny do religijnych opowieści o tym, że tak naprawdę śmierć to wcale nie śmierć. Pełni podobną funkcję, ale stanowi odmienne rozwiązanie. Szukając winnego, chcemy zamienić rozpacz w działanie, natomiast wierząc w religijną opowieść o „nieśmierci”, chcemy się tylko uspokoić. Raczej co do własnej przyszłości. Nie tolerujemy sytuacji, w której czyjaś obecność zmieniłaby się w czysty brak. Ludziom potrzebne są punkty odniesienia – jeśli nie grobowiec, który można odwiedzać, to chociaż ustawione w mieszkaniu zdjęcia. Albo przedmiot, który można mieć zawsze przy sobie. Musi istnieć obiekt zastępczy, bez niego uczucie, nawet nie pustego miejsca, ale wręcz zniknięcia miejsca, jest zbyt trudne.

Pracuję z osobami po stracie – one często pytają, ile może trwać żałoba, że przeżywanie jej przeszkadza w normalnym życiu, mówią też, że inni oczekują od nich, żeby się szybko pozbierały. Często pojawiają się też wyrzuty sumienia, że czegoś nie dopatrzyliśmy, coś zaniedbaliśmy…

Zdarza się, że jest w nas głębokie przeświadczenie, iż dopóki cierpimy, to ta więź istnieje – dlatego w żałobie często nie pozwalamy sobie na poczucie czegoś radosnego, bo to tak, jakby ta więź nie była ważna albo jakbyśmy zdradzili zmarłą osobę. Dopóki opłakuję, dopóty się na to odejście, na tę śmierć nie zgadzam.

Ale zgodzić się jednak trzeba.

Trzeba, ale w takim czasie, jaki jest nam potrzebny, by żałobę przeżyć do końca.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Uroki tajemnicy. O sekretach, które mogą ratować i niszczyć życie

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Historyczne, polityczne, to tajemnice sensacyjne, ale tak naprawdę szokują przez chwilę. Za to sekrety nasze codzienne potrafią zniszczyć życie albo... je odbudować.

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. Jeśli kiedykolwiek ukrywałeś czyjś ważny sekret – znasz ciężar tego brzemienia. A ujawnienie czyjejś tajemnicy? Nierzadko postrzegamy taki czyn jak przewinienie podobne do zdrady. Poinformowanie żony o tym, że jej mąż ma drugą rodzinę, wnuka o zbrodni dziadka albo dziecka, że jest adoptowane... Wiadomo, otwarcie takich tajemnic wywraca ludzkie biografie. A czy tajemnice potrafią zniszczyć życie tego, kto je nosi w sobie?

– Kiedy obawiamy się, że coś, co chcemy ukryć, może wyjść na jaw, żyjemy pod stałą presją, co nie pozwala nam swobodnie oddychać – mówi Zuzanna Celmer. – Funkcjonujemy niejako w dwóch rzeczywistościach: zewnętrznej i wewnętrznej, a takie rozszczepienie na pewno nie służy zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Niekiedy jednak, jeśli jest się absolutnie przekonanym, że zachowanie tajemnicy w jakiejś kwestii jest konieczne dla dobra człowieka lub sprawy – wówczas klauzula „tajne” ma wysoki priorytet w hierarchii wartości. Niesiemy ją w sobie przez całe życie z poczuciem słuszności tej decyzji.

Takim szczególnym przypadkiem jest adopcja. – Kiedy rodzice uważają, że adoptowane przez nich  dziecko nie może się dowiedzieć o tym fakcie, bo mogłoby mieć żal i poczuć się odrzucone przez biologicznych rodziców, będą ukrywać tę prawdę, ale i zadręczać się tym, że może ją usłyszeć od kogoś innego – mówi Zuzanna Celmer. – W historii rodzin często kryją się zdarzenia, o których nie mówi się nawet między sobą, pokrywając je milczeniem. Dodajmy do tego tajemnice biografii poszczególnych członków rodzin, ujawniające się na przykład w ustawieniach hellingerowskich, i nasze własne sprawy czy zachowania – większe lub mniejsze – o których dla swojego dobra wolelibyśmy zapomnieć.

Oczywiście, każda epoka ma swoją specyfikę. Na przykład nieślubna ciąża córki czy wdanie się syna w tzw. nieodpowiednie towarzystwo – starannie kiedyś ukrywane, wraz ze zmianą obyczajowości i poluzowaniem norm moralnych, nie jest już hańbą czy powodem do wstydu. Może nie rozpowiada się o tym wszem i wobec, ale też nie tai przed otoczeniem. Niemniej tajemnice istnieją nadal. Związane są choćby z historycznymi zawieruchami, jak druga wojna światowa, okres powojenny czy kolejne dekady polskich dziejów. Słowo sekret wydaje się mieć lżejszy ciężar gatunkowy i bardziej oznacza umowę o niezdradzaniu czegoś przed konkretnym terminem, zanim nie zostanie to „coś” ogłoszone, wykonane lub nie nadejdzie pora, żeby to ujawnić. Natomiast tajemnica jawi się jako „tajna”, a więc ukryta tak długo, jak to tylko możliwe. Czasami aż do śmierci.

Dziewczyna i chłopak

Piotrek pojawił się na szkolnym balu przebierańców niespodziewanie – do wczoraj mówił, że to głupie. Ubrany był w czarne skórzane kozaczki na obcasie. I miał makijaż! Przebił wszystkie zakonnice, pielęgniarki, hinduskie tancerki. Był lepszy od diabła i Batmana. Ola patrzyła na niego zauroczona. Minął rok odkąd zaczęli się spotykać, ale takiego Piotrka jeszcze nie znała. Zazwyczaj bywał spięty, zamknięty w sobie, znikał na treningach siatkówki. Twardziel. Ale ona cieszyła się, że nie włóczy się po pubach i nie ogląda za dziewczynami. Tego by nie zniosła. Jej poprzedni chłopak wariował na widok każdej z jej koleżanek i wreszcie bezpowrotnie odszedł z jedną z nich. Długo czuła się zraniona, przestała ufać chłopakom.

A potem pojawił się Piotrek. Nad łóżkiem zamiast Rihanny miał plakat z Eltonem Johnem. Spokojny, długo nalegał na spotkanie. Aż poszli wreszcie do kina i... trzymali się za ręce. Potem spacer, trochę pocałunków. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Wszystko po kolei. Tak jak według Oli powinno być. Najpierw poznawanie się, chodzenie za rękę, przytulanie, dopiero potem seks, układanie życia, rodzinne wakacje, dzieci...

I oto wyluzowany i rozbawiony Piotrek rozdawał wszystkim kokieteryjne spojrzenia i co chwilę wybuchał śmiechem. Tańczył nawet z Marcinem. „Nareszcie!”– pomyślała Ola. „Otworzył się. Dziś pójdziemy do... niego”.

Po balu chciała pojechać z Piotrkiem, on jednak zaprotestował. I w tym momencie Ola naprawdę się załamała. Wiedziała, że taka noc nieprędko się powtórzy. Płakała całą drogę.

Od tej pory nie było już tak jak dawniej. Coś się popsuło. Piotrek bardzo rzadko do niej dzwonił, nie zawsze też odpisywał na jej SMS-y. „Może jestem zbyt natarczywa? Seks to przecież nie wszystko” – myślała Ola. Ale po tygodniu nacisnęła guzik przy numerze 25 na jego domofonie.

Piotr nie chciał z nią rozmawiać, ale nie dała za wygraną. Winda. Jeszcze nigdy jazda tak się nie dłużyła. Drugie piętro. Setki myśli. Piąte piętro. Miliony pytań. Siódme. Zapukała. Drzwi otworzył Marcin. Ten, z którym Piotrek tańczył na balu. „Nie męcz mnie, Olu” – powiedział Piotrek – „Ja cię nie kocham. Chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi”. „Jeśli mężczyzna proponuje kobiecie przyjaźń, to znaczy, że to koniec miłości” – Ola przypomniała sobie słowa mamy.  Łzy spadały na niebieską sukienkę... Nie pamięta, jak wróciła do domu. Ale nie zapomni chwili, kiedy tajemnica wyszła na jaw.

Zadzwonił domofon. Ola odebrała. Znała ten głos! To głos Marcina. Skoczyła na równe nogi. „Skończmy te sekrety. To paranoja. Wszystkim będzie lżej. Ja i Piotrek jesteśmy razem od pół roku. Piotrek nie wiedział, jak ci to powiedzieć” – usłyszała.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: Największą tajemnicą w tej historii jest to, dlaczego Ola po raz kolejny zakochała się w kimś, kto ją zdradził. Bo to, że Piotr wybrał Marcina, a nie Martę – jest bez znaczenia. Niepokoi to, że znów została sama, oraz że przez pół roku nie dostrzegła, że jej ukochany ma kogoś innego.

Najłatwiej w tej sytuacji byłoby oskarżyć Piotrka, że ją oszukiwał i ukrywał przed nią swoje prawdziwe uczucia i potrzeby. Ale to pójście na łatwiznę. Ono nie wniesie do życia niczego kreatywnego. Ola musi zrobić coś trudniejszego – rozwiązać własną tajemnicę, odpowiedzieć sobie: „dlaczego wybieram takich chłopaków i wchodzę w takie związki?”. Musi zrozumieć destrukcyjny mechanizm, który popycha ją w ramiona tych, którzy ją odrzucają i ranią. Zostawiają samą.

Do rozwikłania pozostają też tajemnice rodzinne. Jaki wzór związku Ola wyniosła z rodzinnego domu? Czy mama i tata dawali jej poczucie, że jest kochana? Ta wiedza będzie jej potrzebna po to, żeby w przyszłości zbudować udany związek. Radziłabym także rozmowę z kimś starszym i godnym zaufania. Psychoanalitykiem, psychoterapeutą, szkolnym pedagogiem…

Ojciec i syn

Gdy matka opowiedziała mu wszystko, Paweł poczuł ulgę. Od lat podejrzewał jakiś rodzinny sekret. Coś, co nieuchronnie prowadziło ich rodzinę do dezintegracji, nie pozwalało budować, za to łatwo gasiło z trudem zapalany ogień. Czasem się nad tym zastanawiał. Wiedział, że jego matka poznała w młodości mężczyznę, z którym łączyło ją wielkie uczucie, że po rozwodzie wróciła z córeczką do rodzinnego domu, a presja wywierana przez konserwatywnego dziadka doprowadziła do tego, że wyszła za mąż za jego ojca.

„Zaczęłam spotykać się z twoim ojcem z czystego rozsądku” – wyznała. „Szukałam kogoś, kto zaakceptuje mnie i twoją siostrę. Chciałam uciec z domu twojego dziadka, z zaściankowego świata, w którym rozwódka z dzieckiem była traktowana jak czarownica”.

Gdy Paweł przyszedł na świat, jego matka miała 28 lat, męża, M4 i jako takie szczęście. Mąż jednak pił regularnie. Paweł pamiętał ojca od zawsze jako alkoholika. I awantury, a przede wszystkim brak kontaktu. „Zawsze czułem, że nie jesteśmy do siebie podobni, że brak między nami więzi emocjonalnej. Że ja go tak naprawdę nie kocham, a on mnie też jakoś tak, dziwnie. Moją siostrę brał na kolana, mnie nigdy. Nienawidziłem chwil, kiedy atakował mamę. Zawsze brałem jej stronę i wtedy często padały słowa: »Bo mu powiem, bo mu powiem!«. Pewnie nieraz chciał wszystko wykrzyczeć, ale mama tak to organizowała, żeby prawda nie wyszła na jaw”.

Teraz, kiedy zmarł, Paweł wiedział już wszystko. „Był bezpłodny” – powiedziała matka – „Z tego powodu odeszła od niego pierwsza żona. Tak jak ja padł ofiarą małomiasteczkowych konwenansów. Facet, a nie może mieć dzieci? Doszliśmy do porozumienia. Skoro on był dobry dla mojej córki, postanowiłam zrobić coś dla niego. Pracowałam w kancelarii prawnej. Podobałam się mężczyznom. Wiedziałam, kiedy pójść do łóżka, żeby zajść w ciążę”.

Paweł słuchał z ciekawością. Jego dorosłe życie było już poukładane, nie czuł żalu do matki: „Chroniła mnie przed prawdą, szczególnie w okresie dojrzewania, z obawy przed tym, żebym nie wykorzystywał tego przeciwko niemu. Tak było lepiej. Co mógłbym zrobić jako zbuntowany nastolatek? Gnębić „mojego” ojca, który wychowywał mnie tak, jak potrafił? Ileż energii musiał wkładać w dochowanie tej wielkiej tajemnicy? Tak naprawdę bardzo mu współczuję” – mówi z przekonaniem Paweł.

A biologiczny ojciec? „Pan z kancelarii, tuż po tym jak mnie stworzył, został wydelegowany do pracy za granicą. Najprawdopodobniej nie ma zielonego pojęcia, że jestem na świecie. Nigdy się nie spotkaliśmy. Na początku korciło mnie, żeby go odnaleźć. Spotkanie własnego ojca na pewno stanowi jakąś pokusę. Może jest biedakiem, a może milionerem? To przecież mój prawdziwy ojciec. Tylko jeden i aż jeden, ale... z drugiej strony, po co miałbym mu fundować frustracje? Wchodzić nagle w jego może poukładane życie? Co nasze spotkanie mogłoby dla niego znaczyć? Szok? Zmianę światopoglądu? Nie, nie, nie zrobię mu tego. Na razie cieszę się wszystkimi pozytywnymi genami, jakie w sobie dostrzegam. Może właśnie po nim?”.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: W historii Pawła widać, że poznanie rodzinnej tajemnicy ma wyzwalającą, twórczą siłę. Dlaczego? Każdy z nas potrzebuje spójnej autonarracji, czyli czegoś w rodzaju powieści lub scenariusza, w którym jesteśmy głównym bohaterem. Jeśli w tym „filmie” są białe plamy i sprzeczności, nasza postać jest niepełna, czegoś jej brakuje. Odkrycie brakujących „scen” we własnej historii daje pewność, że wiemy, kim jesteśmy. Pozwala lepiej zrozumieć to, co się w życiu wydarzało i wydarza.

W chwili gdy Paweł odkrył rodzinną tajemnicę, zrozumiał, dlaczego ojczym był dla niego taki obcy. Poczuł współczucie do człowieka, którego przez lata oskarżał i nie znosił. Dopiero teraz docenił jego starania. Przestał czuć się niekochanym synem. Dzięki temu uwolnił się od ciężaru przeszłości i był wreszcie w stanie wziąć odpowiedzialność za swoje wybory.

Odszyfrowanie rodzinnej tajemnicy bywa szansą na odnalezienie w sobie siły życiowej, zaakceptowanie tego, kim się jest, i uwolnienie twórczej energii.

  1. Psychologia

Jaka jest przyczyna nietrwałości współczesnych związków? Pytamy psychoterapeutów

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Łatwo dziś ludziom przychodzi robić w tył zwrot, nawet w dobrych związkach. Powód nie musi być dużego kalibru. Właściwie każdy powód jest dziś dobry. Ale pod tymi błahymi pretekstami często kryją się bardzo głębokie przyczyny.

Rozstania to nowa specjalność współczesnego człowieka. Z roku na rok bijemy w tej dziedzinie rekordy. I co ciekawe – najczęściej mówią sobie „żegnaj” ludzie młodzi.

Pieniądze, seks i dzieci

Magda (28 lat, kieruje działem sprzedaży w firmie kosmetycznej) i Maciej (30 lat, informatyk w prężnym wydawnictwie) planowali ślub. Obydwoje pochodzą z małego miasteczka z robotniczych rodzin. Wszystkiego sami się dorabiają, z tym że ona oszczędza, a on wydaje na lewo i prawo. Ona ogląda każdą złotówkę, on kupuje drogie sprzęty, markowe ubrania, zmienia samochody. I z tego powodu ciągle się kłócili. Już nie mają okazji. Kiedy Maciej wyjechał w delegację, Magda zmieniła zamki.

Iwona i Andrzej (32 lata, lekarze) byli parą od podstawówki. Rozstali się po dwóch miesiącach wspólnego mieszkania.

Iwona: – Wydawało mi się, że znam Andrzeja, że mamy takie same potrzeby, że seks jest dla nas bardzo ważny. Na bycie ze sobą kradliśmy każdą wolną chwilę. Myślałam: „to facet mojego życia”. A wystarczyło, że zamieszkaliśmy razem, i zbliżenia przestały go już ekscytować. Odkryłam, że ma romans. Potem dowiedziałam się, że gdy byliśmy razem, też mnie zdradzał. Wniosłam pozew o rozwód.

Bożena (45 lat, nauczycielka) i Jarek (47 lat, strażak) w przyszłym roku obchodziliby 25-lecie małżeństwa. Dopóki nie mieli dziecka, ich związek kwitł, choć już wtedy kłócili się o ciążę – on naciskał, ona zwlekała. Po urodzeniu córki problemy narastały. On nie widział poza dziewczynką świata, żona od początku podchodziła do dziecka z rezerwą (przeszła depresję poporodową). Jarek każdą wolną chwilę poświęcał małej, rozpieszczał, pozwalał na wszystko, Bożena trzymała ją krótko. Apogeum konfliktu przypadło na wiek dorastania. Wtedy on jawnie stanął po stronie córki. Bożena uznała to za zdradę. Sprawa o rozwód jest w toku.

Tina B. Tessina w książce „Pieniądze, seks i dzieci” właśnie te trzy czynniki – pieniądze, seks i dzieci – uważa za najbardziej zapalne w związkach. Pieniądze – bo stają się substytutem miłości, władzy, poczucia własnej wartości, pozycji społecznej, bezpieczeństwa. Bywają też źródłem konfliktów: Jaka część zarobków jest wspólna, a jaka każdego z partnerów? A co wtedy, gdy jedno nie pracuje? Na co wydawać? Gdzie inwestować? Seks – bo bywa wykorzystywany do kontrolowania partnera i manipulowania nim. A z badań naukowych niezbicie wynika, że trwałość małżeństwa zależy nie tylko od tego, jak partnerzy radzą sobie z nieuniknionymi konfliktami, ale także od jakości zbliżeń. Dzieci – bo zmieniają w życiu małżonków wszystko: priorytety, życie towarzyskie, sytuację finansową i wzajemne relacje. Potem dochodzą konflikty na temat podziału obowiązków i wychowania.

Już nie mamy ochoty grać

Oficjalnie ludzie zeznają, że przyczyną rozstania jest niezgodność charakterów, zdrada i nadużywanie alkoholu. Mniej oficjalnie – na przykład w ogólnoświatowej ankiecie dla miesięcznika „Reader’s Digest” – mówią o przemocy (tak odpowiada 67 proc. ankietowanych we Francji, 50 proc. w Polsce; w Wielkiej Brytanii, Rumunii i Rosji – 49 proc.), ale również o niewierności (w Meksyku 64 proc., Chinach 57 proc., Rumunii 50 proc., RPA 49 proc. i Indiach 39 proc.).

Statystyki dowodzą, że przyczyny rozwodów są stare jak świat. Ale z drugiej strony obserwujemy nowe zjawisko rozstań z byle powodu i pod byle pretekstem. Psycholog Jarosław Przybylski:

– Ludzie trafiający do mnie po kolejnym zerwaniu związku są sfrustrowani i rozczarowani życiem we dwoje. Mówią, że odchodzili, bo się odkochali, bo on coraz bardziej ich denerwował albo że ona za dużo mówi. Powody rozstania czasem są wręcz groteskowe. Jeden z mężczyzn z rozbrajającą szczerością oznajmił: „po prostu któregoś dnia się obudziłem i już mi się nie podobała”.

Internautka na forum dla singli: „Jak dla mnie sprawa jest prosta. Rozstajemy się, bo nagle się okazuje, że już nie mamy ochoty grać. Już nie chcemy być tacy, jakim chce nas widzieć partner. Chcemy być sobą, a okazuje się, że nasze prawdziwe JA już takie interesujące nie jest. Bo taka jest prawda – po zakochaniu stajemy się ikoną, bliżej nam samym nieznaną. Stajemy się »lepsi«, bo staramy się być takimi, jakimi chce nas widzieć partner. Ale ile tak można? Potem wychodzimy z założenia, że tak dłużej się nie da i game over. W drugą stronę też to działa – lata mijają i okazuje się, że ukochany nie jest tą samą osobą co kiedyś. Jeśli zostanie przyjaźń, związek jest do uratowania, bo przecież chemia to nie wszystko. Prawda jest jednak taka, że większość z nas w związkach nawet się nie lubi. Gdy mija namiętność, zaczyna nas drażnić wszystko. I kobiety poświęcają się dzieciom, a faceci szukają kochanek”.

Jesteśmy samowystarczalni

Psycholog profesor Katarzyna Popiołek uważa, że przyczyny rozstań podawane przez partnerów, na przykład w sądzie, mają się nijak do rzeczywistych: – Ludzie mówią o niezgodności charakterów, a tak naprawdę przyczyną jest podobieństwo. To, że zderzają się tymi samymi kolcami: agresja spotyka się z agresją, nietolerancja z nietolerancją, niepohamowanie z niepohamowaniem. Rzeczywiste powody, takie jak przemoc, alkoholizm, też mają inne głębsze przyczyny.

Według Katarzyny Popiołek stabilność związku zależy od czterech czynników. Pierwszy to troszczenie się o kogoś, pragnienie niesienia pomocy. Drugi to współzależność. Czyli wzajemne poleganie na sobie, które przejawia się tym, że obchodzi nas to, co dzieje się z partnerem, że jego działanie ma wpływ na nasze, że wzajemnie na siebie oddziałujemy. Trzeci to zaufanie – czyli rodzaj pewności, że partner będzie wrażliwy na nasze potrzeby. Im dłuższy związek, tym większe zaufanie. A im większe zaufanie, tym mniejsza niepewność. I czwarty czynnik – zaangażowanie, czyli gotowość pozostania w relacji bez względu na okoliczności. Gotowość ta wywodzi się z traktowania związku jako wartości.

 
– Myślę, że przyczyną epidemii rozstań jest to, że te wszystkie cztery czynniki obecnie bardzo słabną – mówi prof. Popiołek. – A słabną dlatego, że świat się zmienił i to, co obowiązywało kiedyś, dziś wydaje się ludziom anachroniczne. Dziś dominującą postawą jest indywidualizm wypływający z filozofii, która mówi, że człowiek powinien dbać przede wszystkim o swoje potrzeby, czerpać z siebie, bo jest samowystarczalny. Jak tu więc przejmować się drugą osobą, gdy mam dbać o własne interesy, rozwijać się? Partner z problemem jest kulą u nogi, przeszkadza, więc lepiej wymienić go na nowy model.

Dzisiaj nie mamy przekonania, że będziemy razem w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji życiowej. Stanowimy parę indywidualności, a każda myśli o własnej karierze. Rywalizujemy ze sobą, kto atrakcyjniejszy. Im większa atrakcyjność jednego z partnerów, tym większe prawdopodobieństwo, że porzuci on tego, który nie nadąża. Z kolei młodzi ludzie stoją przed pułapką zastawioną na nich przez biologię. Otóż natura tak sprytnie to zaprogramowała, że przyciągają się osobnicy dający szansę na najlepsze potomstwo. Ale czasem, gdy przyciąganie słabnie, okazuje się, że ludzie są tak różni, że nic ich ze sobą poza tym nie łączy.

Zabawiamy się na śmierć

Zdaniem psychologów przyczyną nietrwałości współczesnych związków jest też istny wysyp narcystycznych osobowości. Skąd się biorą? Z braku bliskich kontaktów z ważnymi dla nich osobami na wczesnym etapie rozwoju albo ich utratą. Wiele badań pokazuje, że w rodzinach słabną więzi, że rodzice zajęci są karierą, że brakuje wielopokoleniowych domów, czasu na rozmowę, którą zastępuje Internet. Na tej glebie wyrasta narcyz próbujący wypełnić poczucie bezsensowności i pustki bajkami o swojej wspaniałości. Ktoś taki nie jest zdolny do miłości innej niż własna.

Kolejnym gwoździem do trumny związków jest konsumpcjonizm. Zapełniamy swoje życie przedmiotami. Im są one wartościowsze, tym sami czujemy się wartościowsi. W końcu zaczynamy postrzegać siebie jak towar. Chcemy dobrze się sprzedać, być popularni, a to wymaga ciągłego pilnowania, co teraz jest na topie, zmusza do nieustannego udawania. Łatwiej udawać, że się jest kimś, niż być kimś, bo jak się chce być kimś, to trzeba wiedzieć, starać się, pracować. I tak spotyka się towar z towarem, a nie człowiek z człowiekiem. A towar, jak wiadomo, można szybko wymienić.

Winna też jest płynna nowoczesność (termin ukuty przez światowej sławy socjologa i filozofa Zygmunta Baumana). Czyli błyskawiczna zmienność wszystkiego, co nas otacza.

Prof. Katarzyna Popiołek: – To, co wczoraj było pożądane, dzisiaj jest śmieszne. Zasady wczoraj cenione dzisiaj są do niczego. Wszystko musi być tymczasowe, chwilowe. Następuje przedłużona bezdecyzyjność. Ludzie nie chcą się wiązać na dłużej, bo nie wiedzą, czy związek będzie do czegoś przydatny. A jak okazuje się nieprzydatny, to do widzenia. Ale to nie znaczy, że ludzie są dzisiaj źli. Oni po prostu poddawani są piekielnej presji mediów, popkultury, kusi ich bogactwo wyborów i wymóg życia chwilą, która powinna być łatwa, lekka i przyjemna. Amerykański filozof Neil Postman mówi, że świat się teraz zabawia na śmierć. Związek też musi być zabawny i przyjemny. Nie umiemy radzić sobie ze złym nastrojem, który nazywamy często na wyrost depresją. Każdy chce być u szczytu szczęścia, wrażeń, przeżyć. Odrzucamy naturalny rytm emocji, które raz są lepsze, raz gorsze. Panuje wielki lęk przed lękiem czy bólem. Źródłem takich postaw jest m.in. wychowanie. Współcześni rodzice chcą dzieciom dać wszystko, nie pozwalają się im ponudzić, posmucić. A w dodatku dzieci mają być nieustającym powodem do dumy i radości.

Chcemy odmiany

Kasia Żelaska, malarka mieszkająca we Francji, od 32 lat żona Gerome’a: – Prawie wszyscy nasi znajomi są po rozwodzie. Większość z nich to dobre, sprawdzone związki. Rozstali się bez jakichś większych przyczyn, po prostu chcieli odmiany.

Podobną tendencję zauważa Katarzyna Popiołek – rozpadają się całkiem dobre związki. Powód? Nudno. A nowy obiekt zawsze jest bardziej podniecający od starego. Zwłaszcza w seksie, który współczesna kultura przewartościowała do maksimum. Juwenalizacja społeczeństwa, czyli kult młodości, powoduje, że trwa totalna wymiana partnerów na młodszych. Ci wymieniający mają poczucie, że przez to sami stają się młodsi, że oddalają od siebie starość i śmierć.

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. Zupełnie zmieniła się definicja związku – nie pragniemy dobra partnera, lecz chcemy poprzez niego być szczęśliwi. Partner jest tylko środkiem do samorealizacji, sukcesu, szczęścia, ewentualnie do podwyższenia naszej pozycji. Nie uczymy się trudu głębokiego bycia z nim. Nad trwały związek przedkładamy relacje powierzchowne, które szczęścia nie przynoszą, a męczą, więc je kończymy.

– Dzisiaj mentalność długiego trwania jest zastępowana mentalnością trwania krótkiego, zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej – mówi prof. Popiołek. – Teraźniejszość jest oceniana przez pryzmat tego, co nadejdzie. A ponieważ przyszłość jest niewiadoma, więc wolimy nie mieć niczego na stałe.

Kasia Żelaska: – Jednemu z moich znajomych wydawało się, że jak rzuci partnerkę, będzie miał więcej energii do życia, innemu – że napisze wreszcie książkę, pewnej koleżance – że zajmie się sobą. Wszyscy po jakimś czasie stwierdzili, że nic takiego nie osiągnęli. Zupełnie tak jak w filmie Woody’ego Allena „You Will Meet a Tall Dark Stranger” ("Spotkasz wysokiego nieznajomego bruneta"). Starzejący się pisarz znudzony związkiem goni za kobietami, w tym za sąsiadką, którą podgląda przez okno. W końcu nawiązują romans. Pisarz przeprowadza się do kochanki i z jej mieszkania podgląda byłą żonę. Z nowej perspektywy żona wydaje mu się niezwykle atrakcyjna. Wszyscy bohaterowie żyją iluzjami, wpadają w pułapki własnych pragnień i w pogoni za idealnym związkiem rzucają partnerów. I co? Przekonują się, że jest tak samo albo gorzej.

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno dzisiaj dorosnąć?

Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Rodzice narzekają: „Syn ani myśli się wyprowadzić, skończył studia, a siedzi nam na głowie i w kieszeni. Córka sprowadziła do domu chłopaka, i to miesiąc przed maturą”. Dzieci z kolei żalą się: „Rodzice ograniczają nam wolność, traktują jak przedszkolaków, choć jesteśmy przecież dorośli”. No więc jak to jest z tą dorosłością?

Hanka, lat 30, tłumaczka z włoskiego i doktorantka na italianistyce, mieszka z rodzicami i sześcioletnią córeczką w ich domu pod Warszawą. Tym samym, w którym się urodziła i wychowała. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, a było to na ostatnim roku studiów, miała nawet pomysł, że przeprowadzi się do kraju ojca dziecka, czyli do Włoch. Potem – że do wynajętego w centrum Warszawy mieszkania. Ale pomysły te umarły w chwili narodzin córeczki. Rodzice, od początku przeciwni związkowi jedynaczki, szybko przejęli inicjatywę – zabrali dzieci (tak mówią o wnuczce i córce) ze szpitala prosto do domu, argumentując, że tu będzie im lepiej niż w ciasnej klitce. Oddali całe piętro, urządzili, kupili niemowlęce akcesoria, wynajęli nianię (sami są aktywni zawodowo). Można powiedzieć, że „dzieci” mają wszystko, co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Świetne warunki, wikt i opierunek, pieniądze na wakacje i ekstrazakupy. Ale córka nie ma już męża, a wnuczka ojca. Wyjechał do… swoich rodziców. Hanka co kilka dni odgraża się, że już, już się wyprowadza. Tata podsuwa jej wtedy kubek z ulubioną kawą po turecku, której „nikt nie parzy tak jak on”, i pyta: „A gdzie, córeczko, będzie ci lepiej?”. I córeczka zostaje.

Dorosłe dzieci

Podobnie czyni w Polsce ponad 43 procent młodych ludzi w wieku 25–34 lata. Prawie tyle, ile we Włoszech słynących z tego zjawiska, które ma tam nawet swoją nazwę: „mammisimo” albo „bamboccino”. Nie jest jednak prawdą, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne dzieci, ponad dwie trzecie mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Ci bez pracy stanowią zaledwie 13,8 procent i te proporcje nie zmieniły się nawet w kryzysie.

Socjologowie zauważają, że dorosłe dzieci trzymają się kurczowo rodzinnych domów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także ze względów kulturowych. Mocne związki z rodzicami kultywuje religia katolicka. I to między innymi dlatego największy odsetek dzieci po 25. roku życia mieszka z rodzicami w krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Polska.

Psycholog Jarosław Przybylski przyczyn tego zjawiska upatruje przede wszystkim w zmianie stosunku rodziców do dzieci.

– W ostatnich dekadach diametralnie zmieniły się relacje międzypokoleniowe. Z autorytarnych na liberalne. Pokolenie dzisiejszych 50-latków nie mogło liczyć na to, że rodzice zaakceptują ich decyzje w wielu sferach życia. Nie było na przykład mowy, żeby mieszkać z dziewczyną przed ślubem. Robiło się to w tajemnicy albo trzeba było wziąć ślub. Młodzi ludzie, żeby żyć po swojemu, nie słuchać krytyki ojca i matki, jak najszybciej wyprowadzali się z domu. Dzisiaj rodzice są partnerami, kumplami, którzy dają dzieciom wolność wyboru. Po cóż więc córka czy syn ma się wyprowadzać, skoro dostaje w domu wszystko – i wolność, i opiekę?

Psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj część młodych ludzi może liczyć ze strony rodziców na pomoc: mieszkaniową, organizacyjną, finansową. Ale to, że mają łatwiej, oznacza też, że trudniej im z tego wszystkiego zrezygnować. Trudno bowiem porzucić coś, co jest przyjemne, wygodne, i zdecydować się na poniewierkę, niepewny los, wynajmowanie mieszkania za własne, ciężko zarobione pieniądze. Kalkulują: „U rodziców mam pokój, jedzenie, nie płacę rachunków. Żyć na własny rachunek? Jeszcze nie teraz”. I odkładają decyzję o wyprowadzce.

Małgorzata Halber, dziennikarka, autorka książki „Najgorszy człowiek na świecie”, określa ludzi w podobnym wieku „pokoleniem, które non stop się boi, że nie jest dorosłe”. Dlaczego młodzi ludzie się tego boją? Bo jej zdaniem nie wiedzą, co to znaczy być dorosłym. W jednym z wywiadów dziennikarka mówi: „Możemy mieć dzieci, kiedy chcemy i jeśli chcemy, brać ślub, kiedy chcemy i jeśli chcemy, możemy grać na PlayStation i kupować koszulki z postaciami z dobranocek, mimo że mamy prawie 40 lat. Nasi rodzice żyli inaczej i przekazali nam przesłanie: żeby nie ryzykować, żeby się ustatkować. Chcemy żyć inaczej niż oni, ale nie umiemy się uwolnić od ich wpływu”.

Czego boją się rodzice

Rozmawiam z ojcem Hanki, zadbanym, wysportowanym panem koło sześćdziesiątki. Wie, o czym piszę, zgodził się na rozmowę, ale teraz ma wątpliwości: – Chyba nie jesteśmy dobrym przykładem do pani artykułu. Bo czy my zatrzymujemy Hanię? Absolutnie nie. Niczego jej nie zabraniamy, może się wyprowadzić, kiedy zechce. A nawet myślę, że powinna to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę. Ale przecież jej nie wygonię, a poza tym one z wnusią nas potrzebują.

I tu tata Hani wylicza powody, dla których jednak córka powinna zostać. Według Elżbiety Pożarowskiej odpowiedzialność za to, jak dorosłe dzieci radzą sobie ze swoją dorosłością, leży w dużej mierze po stronie rodziców.

– Narzekamy, że dzieci nie wyprowadzają się z domu, ale robimy wszystko, żeby je zatrzymać. Owszem, na świadomym poziomie planujemy, że teraz, kiedy dzieci są dorosłe, zajmiemy się sobą, swoimi zarzuconymi pasjami, bo wreszcie mamy czas i warunki. Ale na poziomie nieświadomym trzymamy dzieci przy sobie. Trudno nam bowiem zrezygnować z bycia potrzebnymi, z kontrolowania dzieci, z wywierania na nie wpływu. Całe życie tak dużo ode mnie zależało, a teraz co, nie mam nic do powiedzenia? Moja miłość, moje poświęcenie są już niepotrzebne? Trudno pogodzić się z tym brakiem, trudno żyć bez „obiektu” do kochania, zwłaszcza matkom, które często dla dzieci rezygnują ze wszystkiego: pracy, pasji, przyjaciół. No więc jeśli rodzicielstwo i dom były do tej pory treścią ich życia, to po odejściu dzieci tej treści dotkliwie brakuje, pojawia się pustka, samotność, poczucie braku sensu życia. Zatrzymujemy je w domu właśnie z lęku przed tymi uczuciami. A także z obawy przed konfrontacją ze starością, bo dzieci i ich problemy w jakimś sensie nas przed tym chronią.

Kolejny nieuświadomiony, a częsty powód trzymania dzieci pod skrzydłami, na który zwraca uwagę wielu psychologów, to obawa rodziców o przyszłość ich małżeństwa. Do tej pory to dziecko cementowało ich związek – organizowało ich życie, bywało katalizatorem sporów między nimi, sprawiało, że musieli się pilnować, określać wobec siebie.

Elżbieta Pożarowska: – Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, matka i ojciec na nowo muszą stać się mężem i żoną. Wielu małżonków tego bardzo długo nie ćwiczyło, bo skupili się wyłącznie na roli ojca i matki. Kiedy zostają sami, nagle okazuje się, że dziecko to jedyne, co ich łączy. Stają twarzą w twarz jako zupełnie obcy sobie ludzie, którzy tylko mieszkają ze sobą od 20 lat w jednym mieszkaniu. Dlatego podświadomie robią wszystko, żeby nie konfrontować się z tym, że ich relacja jest pusta.

Mieszkanie z rodzicami

Mama Hanki, szczupła, modnie ubrana, w nieokreślonym wieku, podobnie jak ojciec wylicza powody, dla których córce i wnuczce w ich domu jest wygodniej, taniej, przyjemniej, zdrowiej. Po prostu lepiej. – Byłoby czystą głupotą wpędzać się w koszty, wynajmować mieszkanie, skoro one mają u nas wszystko, czego potrzebują – powtarza. – Gdyby córka zapytała, czy może się wyprowadzić, na pewno bardzo bym to przeżyła, bo tylko jedną ją mamy. Ale cóż, nie mogłabym się nie zgodzić.

Jarosław Przybylski oburza się na sam pomysł, żeby dorosłe dzieci pytały rodziców o zgodę na wyprowadzkę.

– To jakaś aberracja! Dorosłość oznacza prawo, a nawet obowiązek samostanowienia, podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. 30-letnia kobieta pytająca matkę o pozwolenie na odejście z domu jest emocjonalnie i mentalnie małą dziewczynką, tak naprawdę psychicznie przez nią ubezwłasnowolnioną. Matka nadal traktuje ją jak dziecko, które musi jej  słuchać, a może też chce, żeby to ona teraz się nią zajęła. Tak czy owak taka kobieta jest w psychicznej matni i dopóki nie przepracuje relacji z rodzicami, dopóty trudno będzie jej się od nich uwolnić.

Kolej na Hankę. Ona też zaczyna od uzasadniania, dlaczego nadal mieszka z rodzicami. Bo tak wygodniej i racjonalniej. A potrzeba bycia prawdziwie dorosłą, na swoim, na własny rachunek?

– W domu rodziców czuję się absolutnie jak u siebie. Oni mieszkają na dole, my zajmujemy z córeczką piętro. Owszem, pokrywają wszystkie koszty naszego utrzymania, ale sami to zaproponowali. Gdybym chciała, mogłabym się od nich odizolować. Ale nie chcę. Jak by to zresztą wyglądało? Mieszkamy razem, korzystam z ich pomocy, a ich ignoruję? Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili i robią. Mam wobec nich dług do spłacenia, tak uważam. I dlatego jeśli widzę, że oni są szczęśliwi z tego powodu, że z nimi mieszkam, to mieszkam.

Bert Hellinger, słynny niemiecki terapeuta, twórca tak zwanych ustawień, przy wszystkich okazjach (na warsztatach, w książkach) podkreśla, że relacja rodzice – dzieci z definicji nie jest dwukierunkowa. To znaczy: rodzice zawsze dają, a dzieci biorą, nigdy odwrotnie.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w książce „Skąd się biorą dorośli” pisze, że jeśli rodzice oczekują, żeby syn czy córka zaspokajali takie ich potrzeby, jak ambicje, poczucie ważności, to nie traktują ich jak kogoś, komu powinni dawać, ale jak istoty, od których powinni ciągle coś dostawać. „A przecież to naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. Może iść naprzód i to robić, bo czuje ich wsparcie. Nie przychodzimy na świat z długiem. I nie zaciągamy go przez to, że rodzice nas wychowują, opiekują się nami, zapewniają nam byt, bezpieczeństwo i czułość! To nam się od nich należy, bo wynika to z charakteru naszych wzajemnych relacji”.

Jak się uniezależnić od rodziców?

Elżbieta Pożarowska zna ze swojej praktyki terapeutycznej wielu młodych ludzi podobnych do Hanki, którzy nie potrafią wyprowadzić się z domu. Nie fizycznie, bo większość z nich w końcu to robi, ale psychicznie.

– „Wyprowadzić się” z domu psychicznie, uniezależnić, odpępowić od matki i ojca, to stanowi dzisiaj dla młodych ludzi duży kłopot. Oni tych rodziców cały czas noszą w sobie w taki sposób, że na ich działanie, wybory, uczucia ma wpływ to, czego oczekiwali i nadal oczekują od nich rodzice. Czyli próbują zadowolić rodziców, a nie realizować własny plan na życie. Płacą za to trudnościami w zawieraniu i utrzymaniu swoich związków, wzięciu odpowiedzialności za swoje uczucia, emocje, działania, także za myślenie. Staram się im pokazać, że to, co czują i myślą, pochodzi od nich, a nie od kogokolwiek innego.

Psychoterapeutka zauważa, że młodzi ludzie są dzisiaj pogubieni. Rodzice całe życie ich wyręczali, podstawiali pod nos pełny talerz, uprasowane ubrania, sprzątali ich pokój, dawali pieniądze na wszystkie zachcianki. No, a teraz oni muszą sobie radzić. Skąd mają to umieć?

– Jeżeli dziecko wychowuje się w nierzeczywistym świecie, w dodatku bez kontaktu z rodzicami, staje się bezradne, pogubione i boi się odpowiedzialności. Żeby w dorosłości mogło stać się samodzielne, już od najmłodszych lat powinno poznawać prawdziwą rzeczywistość, uczestniczyć w domowych czynnościach. Rolą rodzica jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości, czyli nazywanie czynności, emocji, uczuć dziecka. Ale jest to możliwe wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo dla niego uwagi i zainteresowania. Współcześni rodzice mają mało czasu dla dziecka, a jeśli już ten czas znajdują, to jego jakość – z komórką, laptopem albo przed telewizorem – pozostawia wiele do życzenia. Bo jakie są te podstawowe warunki potrzebne do tego, żeby dziecko nie pogubiło się w dorosłym życiu? Poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które buduje się poprzez bliskie, czyli pełne miłości relacje, najpierw, w okresie niemowlęcym, z matką, potem z ojcem.

Zdaniem psychoterapeutki rodzice dają dzisiaj dziecku za mało mądrego wsparcia, są zagarniający, mówią, co ma ono robić, myśleć i czuć. Dzieci nie mają więc możliwości sprawdzenia, co jest dla nich dobre, co złe, co lubią, a czego nie. Nic dziwnego, że stają się potem całkowicie od nich zależne. Jak pewien młody człowiek, który na pytanie, czy jest głodny, odpowiada pytaniem: „A która jest godzina?”. On nie umie odczytać sygnałów płynących ze swojego organizmu, tylko szuka ich na zewnątrz. Do tej pory żył pod dyktando rodziców, nie miał szansy przetestować, jak to jest na przykład być głodnym, bo zanim poczuł głód, już był nakarmiony.

Psychologowie podkreślają, że na dorosłość dziecka pracujemy od momentu jego urodzenia. Według Elżbiety Pożarowskiej ważne jest to, żeby nie bać się wpuszczania dziecka w nowe rewiry, na przykład wyprawiać na obozy czy kolonie, a potem pozwalać na samodzielne wyjazdy. Każde takie doświadczenie to kolejny krok w dorosłość.

– Pamiętam pożegnanie mojej wówczas 22-letniej córki, która postanowiła polecieć na dłużej do Londynu – opowiada. – Starałam się ją w tym wspierać, ale jak już samolot oderwał się od ziemi, to ja w ryk. Strasznie ważne, żeby nie zarazić dziecka naszymi lękami. Moja córka, już z Anglii, napisała mi coś, co cytuję moim klientom: „Wiem, że się o mnie martwisz, mamusiu, ale nic nie mogę na to poradzić”. To piękne zdanie, które pokazuje, że moje jest zmartwienie, a jej życie. Wiele razy słyszałam w moim gabinecie: „Nienawidzę tego, jak moja mama mówi, że się o mnie martwi”. Takie określenie jest jak ciężar włożony na plecy.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w cytowanej już książce pisze: „Rodzice powinni pozwolić, żeby dziecku wyrosły skrzydła. Nie mogą się na tych skrzydłach wieszać, ale dać mu poczucie bezpieczeństwa, prawo do autonomii, odrębności, z których będzie mogło korzystać bez lęku, że rodzice przeżywają z tego powodu trudne emocje – odrzucenie, niezrozumienie, brak uszanowania, nielojalność”.

Co tych skrzydeł dodaje? Słowa otuchy, odwagi, na przykład: „Wierzę, że sobie poradzisz, zawsze możesz do nas zadzwonić, ale teraz przyszedł czas na twoje samodzielne życie”.

Elżbieta Pożarowska: – Smutek po wyprowadzce dzieci to nic złego, powinniśmy dać sobie prawo do przeżycia syndromu pustego gniazda. Ale dobrze jest uświadomić sobie, że w pewnym momencie naprawdę nie mamy już na dzieci wpływu poza tym, że im sekundujemy i nadal je zapewniamy, jak są dla nas ważne. Rozstanie – i to fizyczne, i psychiczne – powinno nastąpić, choćby było dla nas bardzo bolesne, bo jest dobre dla dziecka. Może nie widzimy tego od razu, w tej chwili, ale na pewno zobaczymy w długofalowej perspektywie. Nie próbujmy więc zatrzymać płynącej rzeki, co najwyżej starajmy się, aby jej fale były jak najmniej wzburzone.

  1. Psychologia

Życie po stracie dziecka

Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień. (Fot. iStock)
Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień. (Fot. iStock)
Mówi się, że śmierć dziecka jest wbrew naturze, że to dzieci powinny chować swoich rodziców, a nie odwrotnie. Pewnie dlatego brak jest rytuałów żałobnych, które pozwoliłyby przetrwać tę najokrutniejszą z możliwych stratę.

Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu… Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień, a potem jeszcze jeden i następny.

Podobno pomaga pisanie, przelewanie na papier tych wszystkich myśli, emocji, opisów wydarzeń, których nie sposób objąć rozumem ani pomieścić w ciele. Justyna Wincenty, autorka „Kołysanki z huraganem” (Wyd. Fundacja Instytut Reportażu) tydzień po nagłej śmierci Tadka, swojego niespełna trzymiesięcznego synka, zaczęła pisać dziennik. Notowała błahe wydarzenia, rozmowy z mężem i starszą córeczką, lęki dopadające ją nagle jak zły pies czający się za rogiem ulicy, niechciane myśli, koszmarne sny, które nie pozwalały zmrużyć oka do rana. Opisywała postępy w terapii, spotkania z psychiatrą i innymi rodzicami w żałobie. Pisanie pomagało utrzymać w ryzach rozpacz i lęk, ale… „Przed żałobą nigdzie się nie schowasz, donikąd nie uciekniesz, zażąda od ciebie daniny rozpaczy prędzej czy później. Musisz ją poznać, zrozumieć, ulec jej” – przyznaje w książce.

Nic nie czuję

Strata bliskiej osoby dotyka każdej komórki twojego ciała, wyzwala całą gamę emocji, również takich, których istnienia nie podejrzewaliśmy. Żal, smutek, gniew, poczucie winy – idą ramię w ramię z doznaniami z ciała: zimno na przemian z uczuciem roztapiania się z gorąca, drżenie rozchodzące się od małego palca u stopy aż po czubek głowy, a zaraz potem zamrożenie wywołujące przerażenie, że zamienisz się w głaz i nie będziesz w stanie się ruszyć. Trudności z nabraniem powietrza, a kiedy już uda ci się wziąć oddech, masz wrażenie, że nie możesz go zatrzymać i powietrze napełnia twoje ciało jak balonik, który za chwilę pęknie. Ale najgorszy jest początek, pierwsze dni po stracie, kiedy nie czujesz nic.

„Nie jestem w stanie rozmawiać – brakuje łez, słów, emocji” – wyznaje Justyna Wincenty. Nie czujesz bicia swojego serca, kładziesz dłoń na klatce piersiowej i nie czujesz ani dotyku, ani ciepła skóry. Nie wiesz, czy cię to dziwi, czy przeraża, a może śmieszy? Podchodzisz do lustra i widzisz swoją twarz i szeroko otwarte oczy, a w nich pustka, jak studnia bez dna. Nigdy nie zapomnisz tego dnia, kiedy po raz pierwszy uda ci się zapłakać, potem łzy będą towarzyszyć ci często, bardzo często. A od czasu do czasu pojawi się szloch, taki głęboki, z dna miednicy, który przyprawia o zawrót głowy, wymioty. Nie sposób go powstrzymać, ale przynosi największą ulgę.

Razem z odblokowaniem łez i czucia pojawia się niepamięć „Nie mogę sobie przypomnieć, jak płakał” – czytamy w ,,Kołysance”. Głos zapomina się jako pierwszy, w przeciwieństwie do zapachu, który jeszcze przez miesiące będziesz pamiętać, a czasami – gdy pojawi się lęk, że jakoś trudno jest ci go odtworzyć – w panice będziesz biec do dziecięcego pokoju i wąchać kocyk, koszulkę czy ukochaną maskotkę. Niepamięć, także tego, co wydarzyło się tuż przed i tuż po śmierci dziecka mija powoli; wracają pojedyncze wspomnienia, dalekie obrazy, które w miarę przybliżania się i nabierania ostrości, będą uruchamiać – pojawiające się falami – emocje. Złość na tych wszystkich, którzy mogli coś zrobić, żeby uratować życie dziecka, wściekłość na partnera lub partnerkę, lekarza i wreszcie na siebie. O to, że nie przewidziałaś, nie zapobiegłaś, nie odczytałaś znaków (pierwszy syn babci autorki książki, Tadeusz, zmarł nagle w trzecim miesiącu życia – to samo imię, podobny wiek). Poczucie winy czai się za rogiem. A wina zawsze wymaga kary. Czy wystarczającą karą może być ciągnąca się tygodniami bezsenność, a właściwie całkowity zanik potrzeby snu, kiedy najsilniejsze leki pomagają jedynie na chwilę? A może będzie nią totalne odrealnienie, życie pomiędzy dwoma światami: jawą i snem albo odczucie zimna tak dotkliwe, że prawie zamieniasz się w kostkę lodu? Albo ten wszechogarniający lęk, że za chwilę pojawi się coś bardzo złego, a ty boisz się, że kolejnego „złego” już nie przeżyjesz, nie dasz rady…

Nikt mnie nie rozumie

Obok ciebie, pogrążeni w rozpaczy lub współczuciu są inni ludzie, na przykład twój partner czy partnerka. Nawet jeśli potraficie się wspierać w tych najtrudniejszych chwilach, to śmierć i żałobę po stracie dziecka każde z was przeżywa inaczej.

Jaś, trzytygodniowy synek Majki umierał przez tydzień. Urodził się przedwcześnie, w szóstym miesiącu ciąży, miał wiele wad rozwojowych, lekarze nie dawali mu szans. Obydwoje z mężem czuwali nad nim przez ten cały czas. – Michał w pewnej chwili zapytał lekarza, czy nie można mu pomóc, żeby dłużej się nie męczył – opowiada Majka. – Długo nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. Kiedy zrozumiałam, uderzyłam męża w twarz, kazałam mu się wynosić. Jaś zmarł następnego dnia, w moich ramionach. Potrzebowałam wielu lat, żeby zrozumieć i zaakceptować, że dla Michała to było za trudne.

Mężczyźni w naszej kulturze wychowywani są według scenariusza „chłopaki nie płaczą”. Ich pierwsza reakcja tuż po śmierci dziecka bywa silniejsza niż reakcja matki, ale tuż po pogrzebie chcą jak najszybciej wrócić do tzw. normalności: do pracy, kolegów, swoich pasji. Często pragną też mieć od razu kolejne dziecko. Potrzebują jakiejś zmiany: chcą wyjechać w podróż, zmienić pracę, miejsce zamieszkania, kupić nowy samochód. Kobieta jest przede wszystkim w nieczuciu, a potem czuciu ponad miarę, kiedy nic innego się nie liczy. Badania mówią, że po śmierci dziecka w małżeństwie może pojawić się poważny kryzys, bywa, że dochodzi do zdrady, nawet rozwodu. Szok jako pierwsza reakcja na wieść o śmierci izoluje osobę go doznającą przed odczuwaniem czy nawet uświadamianiem sobie bólu innych osób. To naturalne, że uznajesz swój sposób przeżywania za jedynie słuszny. To odpowiedni moment, żeby poprosić o pomoc kogoś z zewnątrz: terapeutę czy grupę wsparcia rodziców po stracie dziecka.

Poczucie bycia niezrozumianym potęguje cierpienie, czasami nasila złość, innym razem budzi rozczarowanie czy niechęć. Nagle pusto się robi wokół ciebie, przyjaciele przestają dzwonić, a ci, co pozostają, często nie potrafią cię wesprzeć tak, jak tego potrzebujesz. Justyna Wincenty pisze wprost, że jeśli nie przeżyło się śmierci dziecka, trudno używać słów „rozumiem” czy „wiem, co czujesz” – „to tak jakby wiedzieć, co się czuje, gdy tramwaj odetnie komuś nogę, jednocześnie mając dwie własne”. Czasami ktoś zapyta cię, jak ci pomóc. Może po prostu wystarczy być obok, bez słów, w milczeniu. Zaakceptuj, że to się będzie zmieniać. Jednego dnia będziesz potrzebować wysłuchania, innego – pocieszenia. Czasami radość sprawi ci obecność w domu przyjaciółki i obserwowanie jej małego synka. Innym razem z płaczem wybiegniesz z parku, widząc matkę karmiącą na ławce niemowlę…

„Żałoba przychodzi falami – niby jest zwyczajnie, ale coś pod spodem się czai – potem nadchodzi kolejna fala uderzeniowa, ciężka i straszna, zmiatająca z pokładu okruchy normalności, które udało się stworzyć” – próbuje opisać ból autorka „Kołysanki” . Spróbuj sobie po prostu odpuścić, na tyle, na ile się da. Nie zwracaj uwagi na to, co mówią inni: co powinnaś, jak powinieneś. Daj się pokierować procesowi żałoby.

Czasami siebie nie rozumiem

Mózg, który ma za zadanie jak najdłużej podtrzymać życie, chroni nas przed przeżyciami trudnymi do pomieszczenia, na przykład w takich momentach jak strata dziecka. Włączają się wówczas mechanizmy obronne – ratują przed myślami i wspomnieniami, którym nie jesteśmy gotowi stawić czoła. Jednym z takich mechanizmów jest dysocjacja, którą ludzie opisują jako stan, w którym na jawie czują się tak jak we śnie; są emocjonalnie odrętwiali; mają problemy z koncentracją; trafiają do różnych miejsc, ale nie wiedzą, jak się tam znaleźli; mają wrażenie, że są oderwani od rzeczywistości. Czasami pojawia się magiczne myślenie, którego konsekwencją jest na przykład niemożność rozstania się z rzeczami zmarłego dziecka, wynikająca z przeczucia, że dziecko wróci. Granica pomiędzy poczuciem kontroli swojego życia a poczuciem zagubienia jest bardzo cienka. Nie bój się, to nie są oznaki szaleństwa, ta odrealniona jazda właśnie chroni cię przed chorobą psychiczną. Ale kiedy czujesz, że ten proces się nasila, poproś o pomoc.

Irena, której siedmioletnia córeczka zmarła na białaczkę, przez wiele miesięcy, absolutnie nieświadomie, trafiała pod szkołę dziewczynki. – Nagle o tej godzinie, kiedy zwykle ją odbierałam, urywał mi się sen, kiedy odzyskiwałam świadomość, stałam przed szkolnym budynkiem – opowiada.

Psychiatra rozpoznał u niej PTSD, czyli zespół stresu pourazowego, podobnie jak u autorki przywoływanej książki. Irena nie była w stanie nie chodzić pod szkołę dziecka, Justyna nie była w stanie mówić o tym, co się wydarzyło w dniu śmierci synka, reagowała paniką na sygnał karetki. Terapeutka zastosowała metodę przedłużonej ekspozycji – podczas cotygodniowych spotkań nagrywała opowieść Justyny o tym dniu z poleceniem, by każdego dnia pomiędzy sesjami odsłuchiwała ją i szacowała na skali od 0 do 100 poziom stresu, który odczuwa w trakcie. Najbardziej stresujące momenty opowieści były omawiane na terapii. Celem miało być zrozumienie, że opowieść sama w sobie nie jest groźna, tak jak sygnał karetki czy zapach szpitala.

„Umysł nie jest w stanie poradzić sobie ze wstrząsającym przeżyciem, którego człowiek był świadkiem. Ono co chwila odtwarza się w głowie jak zapętlony film – moje dziecko umiera mi na rękach” – wspomina Justyna Wincenty. To wszystko kiedyś minie. Potrzeba czasu, wsparcia, profesjonalnej pomocy, leków…

Dlaczego to tak boli i kiedy się wreszcie skończy?

Wszyscy chcielibyśmy kontrolować czas cierpienia – dokładnie wiedzieć, kiedy poczujemy się lepiej, kiedy to wszystko minie. Ale próby określenia limitu czasowego dla procesu opłakiwania straty dziecka są całkowicie pozbawione sensu. Można starać się określać, od czego to zależy: od wieku dziecka, stanu twojego zdrowia, wsparcia, jakie dostajesz, tego, czy dziecko chorowało, czy może śmierć przyszła nagle – ale to pozorne ruchy, które niczego nie zmienią, nie przyspieszą, nie ułatwią. Wyniki badań wskazują, że domykanie żałoby po stracie dziecka może trwać latami. Tego bólu nie sposób przeżyć w przyspieszonym tempie, nie można go też uniknąć. Są rodzice, którzy w smutku pogrążają się do końca życia, czasami nieświadomie porzucając emocjonalnie pozostałe dzieci.

„Kiedy umarł Tadek, otworzyło się wieczne źródło bólu. Będzie biło do końca życia” – to kolejny poruszający fragment książki, bo kiedy umiera dziecko, rodzice odczuwają również utratę części siebie: swoich niespełnionych marzeń, które lokowali w dziecku, planów na przyszłość, marzeń i aspiracji. W obliczu śmierci ich własna nieśmiertelność staje pod znakiem zapytania.

Nadejdzie dzień, w którym poczujesz, że boli trochę mniej, a kiedy boli, już wiesz, jak sobie z tym poradzić. „Wymyślam ćwiczenie. Wdech, mówię w głowie: mi. Wydech, mówię w głowie: łość. Wdech – mi. Wydech – łość. Powtarzam to bardzo długo, dopóki nie zasnę” – pisze autorka „Kołysanki”. Zaczynasz ufać naturalnemu procesowi przeżywania straty.

Doktor Lisa M. Shulman, autorka książki ,,Mózg w żałobie”, twierdzi, że leczenie traumy straty polega na przekształcaniu traumatycznych wspomnień we wspomnienia o mniejszym ładunku emocjonalnym. „Z neurologicznego punktu widzenia traumatyczne wspomnienia tworzą własne szlaki bodźców nerwowych: pewne bodźce wyzwalające aktywują szlaki związane z niepokojem, walką czy ucieczką. Wyzdrowienie wynika z neuroplastyczności mózgu, czyli utworzenia nowych szlaków dla bodźców nerwowych” – wyjaśnia.  Przyjmujesz wszystkie emocje, które pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie i zalewają cię tak mocno, że z trudem łapiesz równowagę. Dzięki temu, że od nich nie uciekasz, ból powoli jest coraz mniejszy. A potem pewnego dnia uśmiechasz się, kiedy niespodziewanie znajdujesz w jakimś rzadko odwiedzanym miejscu w mieszkaniu jego skarpetkę i nie przepłakujesz z tego powodu nocy. Już nie starasz się obsesyjnie ustalić wszystkich szczegółów dotyczących jego śmierci, bo śmierć po prostu istnieje, jest elementem życia. Domknięcie procesu żałoby oznacza, że akceptujesz fakt, że być może nigdy się do końca nie pogodzisz ze stratą, że jeszcze nieraz zatęsknisz, zaszlochasz, poczujesz złość, dlaczego to spotkało właśnie ciebie… ale nie umrzesz już od tego.

  1. Psychologia

Doświadczenie kłamstwa wpływa negatywnie na naszą samoocenę. Jak uzdrowić trudne emocje?

Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Kłamstwo wzbudza całą gamę emocji i to zarówno u osoby, która go doświadcza, jak i tej, która jest jego autorem. Ważne, aby dokładnie określić, jakie to emocje, żeby następnie móc je przepracować, przetrawić i rozwinąć  - pisze Lisa Lettesier, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Mocny koktajl emocjonalny

Podczas mojego sondażu poprosiłam uczestników o opisanie, co odczuli, gdy zostali okłamani przez osobę, z którą są w związku (lub byli w związku, ale aktualnie już nie są). Najczęściej wskazywali oni takie emocje lub uczucia, jak poczucie zdrady i utrata zaufania do partnera.

Pojawiły się również: poczucie zranienia, irytacja, obraza, niezrozumienie, uraza, pogarda, ból, poczucie wykluczenie, upokorzenie, niesmak.

Wielu respondentów zwróciło uwagę też na utratę zaufania do siebie i spadek samooceny, czemu towarzyszyły myśli w rodzaju „nie zasługuję na zaufanie”, „nie ufają mi”, „biorą mnie za imbecyla”, „traktują mnie jak dziecko, które nie jest w stanie sprostać rzeczywistości albo infantylizują mnie”, „uważają, że nie uniosę prawdy”, „nie szanują mnie”.

W rzeczywistości to, czy kłamstwo uważamy za poważne, czy nie, wiąże się z konsekwencjami, jakie ma ono dla nas, i z tym, w jaki sposób odbija się na naszej samoocenie. Stanie się ofiarą kłamstwa ze strony kogoś bliskiego, do kogo mieliśmy zaufanie; ze strony osoby, dla której wydawaliśmy się być kimś ważnym – jest zranieniem narcystycznym. Poza wspomnianym koktajlem emocjonalnym cierpi nasze ego, gdy dowiadujemy się, że inni byli na bieżąco, a my nie. Tracimy dobre zdanie o drugiej stronie, ale i na własny temat. Niekiedy umniejszanie własnej wartości jest tak mocne, że prowadzi do poczucia winy: „To moja wina, że ktoś mnie okłamał; jestem tak beznadziejną osobą, że musiał mnie okłamać albo nie zasługuję na jego szacunek”. Niektórzy mogą doświadczyć także poczucia utraty punktów zaczepienia. „Kotwice” zbudowane wspólnie z drugą osobą, we wzajemnym zaufaniu i szacunku, zrywają się.

Gdy przytłaczają nas negatywne emocje, ból może stać się nadzwyczaj uciążliwy i nasze myśli zmienić w obsesję. Wtedy wszystkimi środkami staramy się zminimalizować napięcie, odrzucając te myśli, unikając ich i starając się rozwiązać problem.

Zdrada w związku

Psycholog Dennis Ortman zidentyfikował syndrom zespołu stresu po zdradzie na tej samej zasadzie co zespół stresu pourazowego (Ortman, 2011). Jeśli dotknął cię ten zespół, prawdopodobnie czujesz przytłoczenie, wściekłość i nie potrafisz stawić czoła całej sytuacji. Nieustannie rozpamiętujesz zdradę, masz koszmary i doświadczasz retrospekcji. Możesz również odczuwać emocjonalne znieczulenie albo wprost przeciwnie: tak bardzo przepełniają cię emocje, że masz wrażenie, że za chwilę oszalejesz. Dławi cię lęk i łatwo się irytujesz. Wydaje ci się, że nie możesz nikomu ufać ani cieszyć się życiem. Rozpada się wszystko, na czym zbudowałaś obraz samego siebie lub partnera. Druga strona wydaje się nagle obca. Całkowicie kwestionujesz sposób, w jaki postrzegasz swój związek.

Poczucie zaufania i poczucie bezpieczeństwa w relacji z drugim człowiekiem należy do podstawowych potrzeb, które pozwalają budować swoją tożsamość od najmłodszych lat. Utrata tego bezpieczeństwa prowadzi do wyjątkowo głębokiego zranienia psychologicznego. Może wywołać strach, niemoc, czyli poczucie zagrożenia życia. Tak jakby to, co było postrzegane w związku jako solidne, nagle stało się iluzją.

Podobnie jak w przypadku zespołu stresu pourazowego, osoba doświadczająca stresu po zdradzie bezustannie przeżywa na nowo moment, gdy się dowiedziała prawdy lub sama ją odkryła, i wizualizuje obrazy zdrady. Może również wejść w proces unikania, żeby nigdy nie skonfrontować się ze wspomnieniem wydarzenia: odrzuca wszystkie emocje i unika ich, żeby zamknąć się w bezpiecznej wieży. W efekcie odrywa się od tego, co odczuwa, i mówi bliskim osobom: „Jest dobrze, mam to za sobą”. Christophe André pisze: „Wyjątkowy ból całkowicie zamyka świadomość na cokolwiek innego poza powstrzymaniem bólu” (André, 2015).

W rzeczywistości (i – zgadzam się – całkowicie wbrew intuicji) po to, żeby poczuć się lepiej, trzeba pozwolić sobie poczuć się gorzej. Przyjęcie bolesnych emocji i pozostawienie sobie czasu na ich odczucie to pierwszy krok w stronę dobrostanu. Całą energię, którą tracimy na walkę przeciwko emocjom, warto przeznaczyć na szukanie rozwiązania, wyjścia z sytuacji.

Przyjmowanie emocji - ćwiczenie inspirowane praktyką mindfulness

  • Usiądź wygodnie na krześle, stopy postaw płasko na podłodze, wyprostuj plecy, połóż ręce na udach, kierując wnętrze dłoni ku górze. Przyjmij pełną godności, wyprostowaną podstawę wyrażającą otwarcie na chwilę obecną.
  • Zamknij oczy i zacznij skupiać się na oddechu, oddychaj naturalnie, przez nos, nie wymuszaj zmiany rytmu.
  • Obserwuj swój oddech, to, jak powietrze wchodzi i wychodzi, oraz co czujesz w nosie, płucach, w brzuchu.
  • Obejmij uwagą całe ciało, przyjmując wrażenia przyjemne i nieprzyjemne, napięcie i odprężenie – nie próbuj niczego zmieniać, tylko obserwuj to, co już się dzieje.
  • Obserwuj poczucie uziemienia w stopach, wrażenia płynące z krzesła, na którym siedzisz, z powietrza, które otacza twoje ciało. Oddech po oddechu, moment po momencie, zakotwiczasz się mocniej w chwili obecnej, w tu i teraz.
  • Za każdym razem, gdy twój umysł zaczyna błądzić, zanotuj, w którą stronę się skierował, nie odrzucając myśli, lecz odsuwając w tył głowy, i połącz się ponownie z ciałem, które oddycha tu i teraz.
  • Gdy poczujesz wystarczające skupienie, przyjrzyj się emocjom, myślom związanym z doświadczonym kłamstwem. Oddychaj tymi emocjami, przyjmij je, aż być może poczujesz je w pewnych partiach ciała. Jeśli pojawią się obrazy, wyobraź sobie, że wyświetlasz je na ekranie kinowym i obserwujesz – tak jak oglądamy filmy.
  • Nadal oddychaj tymi trudnymi emocjami, ewentualnie powtarzaj „akceptuję, że to czuję, i tyle na razie”.
  • Postaraj się praktykować to ćwiczenie przez 20 minut.
Fragment książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”