1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak przeprowadzić detoks umysłu - pozbyć się przewlekłego stresu, niskiej samooceny i braku sensu życia?

Jak przeprowadzić detoks umysłu - pozbyć się przewlekłego stresu, niskiej samooceny i braku sensu życia?

Dzięki mindfulness twój umysł staje się mniej aktywny, mniej myślący i generujący zamieszanie, bardziej odczuwający. (fot. iStock)
Dzięki mindfulness twój umysł staje się mniej aktywny, mniej myślący i generujący zamieszanie, bardziej odczuwający. (fot. iStock)
Przewlekły stres, niska samoocena, brak poczucia szczęścia i sensu – to zwykle oznaka, że do naszego życia zbyt długo sączy się jakaś toksyna. A konkretnie wnika ona do naszego mózgu, zatruwając to, czym codziennie sami się karmimy, czyli nasze myśli. Dlatego jeśli chcesz znów poczuć spokój, zadowolenie i jasność umysłu – pora na program: detoksykacja.

Mózg to fantastyczne narzędzie. Jak zauważa Sylwester Kowalski, twórca treningów autogennych i autor ksiażki „Mózg. Rozwiń swój potencjał”, to organ stworzony po to, by nami kierować, a jednocześnie nam służyć. Coś w rodzaju wielkiego centrum dowodzenia, naszego centralnego komputera. Z kolei umysł, czyli ogół aktywności mózgu, można by porównać do programu wgranego do obsługi życia. Ma on wiele istotnych funkcji, jak zapamiętywanie, przetwarzanie informacji czy wyciąganie wniosków. Steruje też emocjami i zachowaniami. Wszystko po to, by było łatwiej i przyjemniej, a pewne czynności stały się bardziej zautomatyzowane i zajmowały mniej czasu.

Niekiedy jednak umysł, zamiast służyć, zaczyna nam bruździć. Zamiast na bieżąco rozwiązywać problemy, zajmuje się ich generowaniem, a czasem nadprodukcją. Zalewa nas mnóstwem myślowego spamu: niesprawdzonych plotek, fake newsów i reklam. Natrętnie wraca do tej samej informacji czy wspomnienia, odtwarzając je bez końca. Opracowuje strategie i algorytmy rozwiązania sytuacji, do których jeszcze nie doszło. Czasem aż łapiemy się za głowę, by na chwilę zatrzymać rozpędzoną machinę naszego umysłu. Zaczynamy sądzić, że albo to życie jest ogromnie skomplikowane, albo my zwyczajnie do niczego, bo jakoś go nie ogarniamy.

Prawda jest taka, że i z nami, i z życiem jest wszystko w porządku, tylko wskutek zawirusowania umysłu lub inaczej - braku higieny psychicznej (zarywania nocy, wiecznego pośpiechu, przepracowania i karmienia się negatywnymi przekazami) doszło do zaburzenia wewnętrznej równowagi pomiędzy myśleniem a działaniem.

Wykasuj szkodliwe przekonania

"Największym wrogiem psychologa jest to, co nazywamy neurotycznościa, czyli sztuką zatruwania sobie życia za pomocą tortury psychicznej" - mówi Rafael Santandreu, psychoterapeuta i autor książek, w tym "Twój umysł na detoksie". Większość pacjentów leczy się u niego na chorobę, która on nazywa "dramatyzowaniem". O co chodzi? O przesadne przejmowanie się rzeczami, popadanie w nastrój przygnębienia i wyciąganie zbyt pochopnych wniosków. Jak Jordi, który chciał popełnić samobójstwo, bo miał trzy poprawki pod koniec semestru, czy Eva, która prawie nabawiła się fobii społecznej, gdyż była - jej zdaniem - kuriozalnie niska (1,50 m wzrostu). Oboje uważali, że ich problem jest życiową katastrofą. Pozwolili rozpanoszyć się w głowie katastroficznym myślom, które sami pewnie uznaliby za absurdalne, gdyby w nie święcie nie wierzyli. Ale czy nie równie absurdalna jest nasza wiara w to, że jeden niezdany egzamin na prawo jazdy znaczy, że jesteśmy życiowymi nieudacznikami? Albo że jeśli w wieku 30 lat nie mamy partnera, to już do końca życia będziemy sami i nieszczęśliwi? Nie na darmo Sandtandreu mówi o torturze psychicznej - tego typu myślami potrafimy zadręczać się bez ustanku.

Dlaczego to robimy? Otóż podstaw tego wewnętrznego dialogu uczymy się w dzieciństwie, przejmując sposób argumentowania od bliskich nam osób, najczęściej rodziców. Jeśli oni byli emocjonalnie silni, uczymy się uciekać od negatywnego wewnętrznego przekazu jak od zadżumionego, jeśli byli emocjonalnie słabi - dajemy wiarę wszystkim katastroficznym myślom. Za tymi dwoma podejściami idą też określone postawy życiowe. Według pierwszej życie jest proste, według drugiej - skomplikowane, trudne i przysparzające cierpienia.

Na szczęście w każdym momencie i w każdym wieku możemy zmienić myślenie na bardziej pozytywne i konstruktywne. Jak? Robiąc porządki w głowie. I tak jak wyrzucamy z szafy rzeczy, które do nas nie pasują, są za ciasne, za stare lub po prostu nam nie służą i zamieniamy je na nowe i praktyczne, tak też możemy zmieniać nasze irracjonalne przekonania na racjonalne:

Przekonania irracjonalne:

  • Muszę to zrobić dobrze albo bardzo dobrze!
  • Ludzie muszą mnie zawsze dobrze traktować, sprawiedliwie i z szacunkiem!
  • Sprawy muszą się układać po mojej myśli.
Powyższe przekonania są nie tylko nieprawdziwe, ale też bezużyteczne (nie prowadzą do rozwiązania problemów) i powodujące emocjonalne cierpienie. To te wszystkie momenty, kiedy myślimy o czymś: "To straszne! To się nie powinno zdarzyć! Ja tego nie zniosę!".

Przekonania racjonalne:

  • Chciałabym zrobić wszystko dobrze, ale nie jest mi to niezbędne, by mieć dobry dzień.
  • Byłoby fantastycznie, gdyby wszyscy mnie dobrze traktowali, ale mogę się bez tego obyć.
  • Jakby to było dobrze, gdyby sprawy układały się po mojej myśli. Ale nie zawsze tak jest i godzę się z tym. Mimo to mogę być szczęśliwy.
Aby tak zgrabnie przekształcić szkodliwe przekonania, trzeba jednak praktyki, czyli codziennej wewnętrznej debaty z naszymi myślami. Santandreu podsuwa trzy rodzaje argumentów, których możemy użyć, jeśli w naszej głowie pojawia się zdecydowana reakcja: "to straszne!".
  1. Argument porównawczy: "Czy istnieją inne osoby, które są szczęśliwe w podobnej sytuacji?".
  2. Argument możliwości: "Czy mimo tej przeciwności, będę mógł realizować cele istotne dla mnie i dla innych?".
  3. Argument egzystencjalny: "Czy w życiu, które trwa tak krótko, to nieszczęście, które mnie spotkało, ma naprawdę aż tak duże znaczenie?".
Na początku będzie trudno, a może nawet i dziwnie, ale dzięki regularnemu podważaniu negatywnych myśli wejdzie nam w nawyk przejmowanie się tylko naprawdę istotnymi rzeczami. Bo nie chodzi o to, by od tej chwili udawać, że nasze życie to pasmo sukcesów, tylko by do smutnych, przykrych czy po prostu niespodziewanych sytuacji, jakie się zdarzają, nie dodawać przesadnego ciężaru emocjonalnego. Nie napędzać gonitwy myśli, z których każda kolejna wbija nas w jeszcze większy psychiczny dół. Pomartwić się i posmucić tyle, ile trzeba, a potem zastanowić się, co mogę zrobić, by poprawić tę sytuację. A jeśli okaże się, że da się zrobić niewiele, powiedzieć sobie: "Mimo to mogę być szczęśliwy".

Przestaw się na pozytywny monolog

"Nieważne, czy jesteś introwertyczny czy ekstrawertyczny, kreatywny czy praktyczny - codziennie całymi godzinami przemawiasz... do siebie! Robisz to, gdy pracujesz, ćwiczysz, jesz, czytasz, piszesz, spacerujesz, esemesujesz, płaczesz, kłócisz się, negocjujesz, planujesz, modlisz się, medytujesz, uprawiasz seks (w pojedynkę albo w towarzystwie)... Nie martw się, to nie znaczy, że oszalałeś. Chyba że wszyscy jesteśmy trochę szaleni" - uspokaja w książce "Unf*ck Yourself. Napraw się!" Gary John Bishop, Szkot mieszkający na Florydzie, który pomaga ludziom zmieniać swoje życie. Zdaniem Bishopa ten nieprzerwany wewnętrzny monolog jest jednak zdominowany przez głos krytyka wewnętrznego. Czyli ma postać bezustannej połajanki: "Jestem zbyt leniwy", "Jestem zbyt głupi" albo "Jestem za słaby". I choć nie jesteśmy w stanie zatrzymać tego potoku myśli, to od nas zależy, do których z nich będziemy przywiązywać wagę, które będziemy wyławiać na powierzchnię - te neutralne, pozytywne czy negatywne. A jest to o tyle istotne, że jak ustalił prof. Will Hart z University of Alabama, pozytywny wewnętrzny monolog potrafi znacząco poprawić nam humor, zwiększyć naszą pewność siebie i produktywność.

To, co mówisz do siebie i o sobie, ma więc ogromną moc. Negatywny wewnętrzny monolog - co też potwierdzono badaniami - wywołuje złość, smutek i frustrację. A ponieważ emocje kształtują zachowania, tak jak o sobie myślimy, tak się też zachowujemy. Dlatego kolejnym krokiem w detoksykacji umysłu powinno być podjęcie świadomej decyzji, żeby mówić do siebie w sposób, który nam służy zamiast szkodzić. Na przykład sam Bishop zmienił sposób myślenia o codziennych problemach za pomocą bardzo prostej metody. Zaczął nazywać je "okazjami". W ten sposób zmieniły się w tę część jego życia, dzięki której uczy się i rozwija, a nie wkurza i irytuje. Proponuje też, by w wewnętrznym monologu akcentować czas teraźniejszy, nie przyszły, czyli mówić: "jestem...", "uważam, że...", "akceptuję...", zamiast: "będę...", "zamierzam...", "spróbuję...".

Przestańmy mówić do siebie rzeczy, które nas nie motywują, typu: "Jestem głupia, beznadziejna, naiwna". Przede wszystkim nie są prawdziwe, gdyż jedno zachowanie czy sytuację odnoszą się do oceny całej osoby. Możesz narzucić sobie, że od tej pory komentujesz jedynie swoje zachowanie, nie siebie, na zasadzie: "To było głupie z mojej strony, nigdy więcej tego nie zrobię", "Wykazałem się brakiem empatii", "Popełniłem błąd".

Trafnie ujmuje to przypowieść o rabinie Meirze Cohenie. Pewnego dnia wracał pociągiem do domu i wdał się w rozmowę z podróżnym, który powiedział, że jedzie właśnie poznać wielkiego rabina Cohena. Kiedy rabin zażartował, że nie sądzi, by ten rabin był kimś naprawdę szczególnym, podróżny wymierzył mu siarczysty policzek i wykrzyknął: "Jak pan śmie?!". Kiedy spotkali się po raz kolejny, podróżny już go rozpoznał i stokrotnie przepraszał za swoje zachowanie. Na co rabin odrzekł: "Nauczyłeś mnie czegoś bardzo istotnego, by nie mówić źle o innych, a nade wszystkim o sobie samym".

Włącz automatyczne oczyszczanie

Kiedy już wyrzucimy szkodliwe przekonania i negatywne sądy o osobie, w ich miejsce wstawiając myśli pozytywne lub neutralne, opisujące rzeczywistość, a nie oceniające ją - możemy wejść na wyższy poziom wtajemniczenia. Każdy, kto choć raz przechodził detoks lub robił w domu wielkie wiosenne porządki, wie, że aby zachować harmonię, trzeba co jakiś czas powtarzać całą procedurę, bo jak we wnętrzach domów, tak i w naszych umysłach mamy tendencję do zapełniania pustej przestrzeni.

Jeśli chcesz wprowadzić w swoje życie program długofalowy, a może nawet odczuć stan całkowitego "niemyślenia", skieruj się ku bardziej zaawansowanym metodom. Jedną z nich jest ciesząca się coraz większą popularnością praktyka uważności, czyli mindfulness. To w wielkim skrócie sposób na okiełznanie swoich myśli, a co za tym idzie uczuć i wynikających z nich przekonań oraz zachowań. Ćwicząc całkowite skupienie się na dowolnej czynności, choćby na oddechu czy jedzeniu, możesz spokojnie obserwować myśli pojawiające się w twojej głowie, nie przywiązując się do żadnej z nich, zauważając, że przychodzą i odchodzą, zupełnie jak morskie fale. Że są od ciebie niezależne, czyli w żaden sposób nie świadczą o tym, kim jesteś ani jaki jesteś. Spokojnie je obserwując, możesz podjąć decyzję, czy zrobić tak, jak ci podpowiadają, czy nie. Ale najważniejsze - żadnej z nich nie zachowujesz na dłużej, pozwalasz im wszystkim przeminąć, a tym samym zmniejszasz ich nadprodukcję. - Uważność pozwala wyłapać negatywne schematy myślenia, zanim zaczną się potęgować i nakręcać nas jak spirala. Daje początek procesowi przywracania kontroli nad życiem - piszą Mark Williams i Danny Penman w książce "Mindfulness. Trening uważności". Regularnie praktykowana, pozwala przełączyć się z trybu "działania" na tryb "bycia", z trybu "analizowania" na tryb czucia. Z błądzenia w przeszłości i przyszłości na pozostawanie w teraźniejszości i skupianie się na tym, co jest tu i teraz, bez roztrząsania, co będzie za chwilę, czy ciągłego powracania do tego, co było już kiedyś (a te właśnie działania powodują obniżenie naszego samopoczucia i samooceny i są ulubioną pożywką naszych umysłów). Dzięki mindfulness twój umysł staje się mniej aktywny, mniej myślący i generujący zamieszanie, a bardziej odczuwający. Pomagasz mu samoistnie się oczyszczać, sprawiając, że staje się bardziej wydajny wtedy, kiedy go naprawdę potrzebujesz.

Williams i Penman proponują ośmiotygodniowy program, który krok po kroku pozwoli ci przejąc kontrolę nad swoim umysłem. Na początek zacznij jednak od prostej minutowej medytacji. Rób ją za każdym razem, gdy czujesz, że twoja głowa potrzebuje "przewietrzenia":

Minutowa medytacja

Usiądź na krześle, z prostym kręgosłupem i stopami spoczywającymi płasko na podłodze. Zamknij oczy lub spuść wzrok. Skup się na swoim oddechu: na tym, jak powietrze wpływa do twojego ciała i wypływa z niego. Bądź w kontakcie z odczuciami płynącymi z każdego wdechu i wydechu. Obserwuj oddech, nie czekając na żadne wyjątkowe wydarzenie. Nie ma potrzeby, byś w jakikolwiek sposób go zmieniał. Po chwili twoje myśli mogą zacząć zmierzać w różnych kierunkach. Kiedy to zauważysz, delikatnie skieruj uwagę z powrotem na oddech. Nie karć się - uświadomienie sobie własnych myśli i przywrócenie uwagi bez krytyki to kluczowa zasada medytacji uważności. Twój umysł może się stać tak spokojny jak tafla stawu - lub nie. Poczucie całkowitego wyciszenia, nawet jeśli się pojawi, może być bardzo ulotne. Cokolwiek się zdarzy, pozwól, by to było takie, jakie jest. Po minucie otwórz oczy i ponownie zobacz pokój, w którym się znajdujesz.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Poranna i wieczorna praktyka medytacji

Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Poranna i wieczorna medytacja przynosi wiele dobrego. Praktykę tę zaleca Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa i autorka książki "Oświecenie 24h na dobę".

Poranna i wieczorna medytacja przynosi wiele dobrego. Praktykę tę zaleca Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa i autorka książki "Oświecenie 24h na dobę".

Medytacja poranna

Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl. Zazwyczaj przez kilka chwil po przebudzeniu się ciała nie doświadczamy żadnych myśli. W tym początkowym stanie przytomności Świadomość pozostaje pusta, bez zawartości. Myśli pojawiają się w jej obrębie dopiero po krótkim czasie. Spróbuj poprzedniego dnia wieczorem, kiedy kładziesz się spać, odświeżyć tę praktykę w pamięci, obiecać sobie, że przetestujesz ją od razu po przebudzeniu, czyli zwrócisz uwagę na Świadomość. Możliwe, że nie od razu uda ci się uchwycić ten moment przed nadpłynięciem pierwszej myśli. Nie poddawaj się jednak. Nadal próbuj, nadal patrz. Zauważ, że najpierw budzi się ciało, potem dostrzegasz pojawiające się myśli. Na ogół wraz z ich narastającą częstotliwością zaczynasz również odczuwać subtelny lub silny ucisk w ciele albo nawet pewnego rodzaju lęk. Zwróć jednak uwagę na kolejność tego, co następuje. Najpierw nie ma nic, potem wyłaniają się myśli, a wraz z ich wzmożeniem zaczynają się pojawiać emocje czy odczucia z ciała.

Dostrzeżenie tej dynamiki może ci sporo wyjaśnić: myśli nabierają wielkiej siły, kiedy podąża za nimi uwaga. Ten sam mechanizm towarzyszy nam w ciągu dnia, zaobserwowanie go staje się jednak trudne ze względu na pobudzenie umysłu. Dlatego właśnie warto przyjrzeć się temu procesowi wówczas, gdy umysł powoli zaczyna się ożywiać po okresie nocnego wyciszenia. Zatem powtórzmy.

Uchwycić rano po przebudzeniu ten moment, w którym, choć nie ma jeszcze myśli, nie ma jeszcze świata, to jednak coś jest. Wychwycenie tego może okazać się dla ciebie bardzo doniosłym odkryciem. Wykonuj to ćwiczenie tak długo, aż uda ci się za którymś razem intuicyjnie dostrzec czystą Świadomość, bez myśli. Pozostań w łóżku dopóty, dopóki nie zdystansujesz się od myśli i od tego wszystkiego, co pojawia się wraz z nimi. Innymi słowy, przekieruj Świadomość na Świadomość. Dopiero kiedy otworzysz się na tę perspektywę, poczujesz się z nią swobodnie, będzie to znak, że czas zacząć nowy dzień.

Medytacja wieczorna

Analogicznie kontempluj wieczorem, tuż przed zaśnięciem. Zauważ, kiedy kładziesz się do łózka, w jaki sposób ciało i umysł zapadają w niebyt. Zwróć na to uwagę. Jak najpierw rozluźnia się ciało, jak umysł powoli zaczyna się wyłączać. Nie kontroluj niczego, nie próbuj niczego zmieniać. Towarzysz świadomie procesowi zasypiania ciała i umysłu. Może uda ci się również zauważyć samą Świadomość - bez zawartości, bez wrażeń. Połóż się spać z intencją, by zapamiętać sen, by być we śnie w świadomy sposób. Spędź z tą intencją parę minut wieczorem przed zaśnięciem. W tym wypadku interesuje nas nie tyle samo senne marzenie, ile fakt, że Świadomość jest obecna również we śnie. Praktykuj w ten sposób wieczorem i z rana przez najbliższy tydzień.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się - z inspiracji swojego mistrza Mooji'ego - rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości. 

  1. Zdrowie

Choroby psychosomatyczne - znak naszych czasów

Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Przychodzi pacjent do lekarza i mówi, że boli. Tymczasem w badaniach czysto. Teoretycznie wszystko w porządku. A on cierpi. Idzie więc do kolejnego specjalisty. Znowu nic. Czasem trwa to latami. Dr Ewa Kempisty-Jeznach widziała wiele takich przypadków. Bo właściwa diagnoza brzmi: choroba psychosomatyczna. Znak naszych czasów.

Czy choroby psychosomatyczne to będzie epidemia XXI wieku?
Tak. Jestem o tym przekonana. Piszę o tym od dawna, widzę w moim gabinecie, jak problem narasta. Do chorób cywilizacyjnych, jak: nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, wywołanych przez niszczenie środowiska, przez to, czym oddychamy, co jemy – dołączają właśnie choroby psychosomatyczne.

Jaka jest tego przyczyna?
W dużym skrócie… Dolina Krzemowa. Człowiek w ciągu 25 lat musiał opanować cyfryzację, sztuczną inteligencję, wyzwania cały czas rosną, tempo jest olbrzymie. Zbyt duże. Do czasów XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej ludzkość żyła w trybie slow. Zmiany zachodziły, rzecz jasna, ale na tyle wolno, że byliśmy się w stanie do nich przystosować. Jednak rewolucja cyfrowa ostatnich 25 lat spowodowała, że zmiany już nie idą wolnym krokiem, ale pędzą. Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. Internet, telefony, e-maile, komunikatory, nieustanne życie w równoległych rzeczywistościach – realnej i wirtualnej – powodują, że nie nadążamy. Stres jest za duży. Mózg jeszcze daje radę, ale ciało mówi: „nie”.

I w jaki sposób ciało może zamanifestować ten swój „sprzeciw”? Na co skarżą się chorzy, z którymi ma pani do czynienia?
Objawy alergii – zarówno na skórze, jak i w drogach oddechowych. Szumy w uszach, zawroty głowy, zaburzenia pamięci i koncentracji. Problemy z sercem: kardiomiopatia stresowa, czyli zespół Prinzmetala, do złudzenia przypominający zawał. Zaburzenia pracy hormonów – a to miewa przeróżne konsekwencje. Zaburzenia pracy woreczka żółciowego, problemy z jelitem drażliwym, prostatą, pęcherzem moczowym. Choroby autoimmunologiczne. I wiele więcej.

Jaki jest mechanizm powstawania takich chorób?
Największym wrogiem człowieka jest stres. Dziś ludzie nie dają już sobie z nim rady. Przekroczyliśmy poziom, w którym jesteśmy w stanie stres opanować, zaczynamy uciekać w ciało – oczywiście podświadomie, nie mamy na to żadnego wpływu. Najczęściej choroba „lokuje się” w najsłabszym organie. Najsłabszym u nas albo w poprzednich pokoleniach. Jeśli mama chorowała na astmę czy alergię, my, gdy się bardzo zestresujemy, będziemy reagowali kaszlem. Albo: mama miała kamicę woreczka żółciowego. To się dziedziczy w linii żeńskiej. I teraz ta mama ma syna – on na kamicę nie cierpi, ale przy stresie reaguje problemami z woreczkiem żółciowym, czyli dostaje dyskinezy, zaburzeń pracy dróg żółciowych. Słaby organ – tu uderza psychosomatyka. Inny przykład: jeśli mieliśmy chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy czy częste zapalenia pęcherza, to kiedy się denerwujemy, latamy co pięć minut siusiu albo pojawiają się problemy z żołądkiem, z nadkwasotą, choć nie mamy wrzodów. W gastroskopii nic nie wychodzi, a jednak reagujemy żołądkiem, bo on nie jest już anatomicznie idealny. Często pojawia się kilka objawów niepasujących do siebie: ma pani bóle mięśni przykręgosłupowych i biega często siusiu. Różne organy strajkują w różnym czasie, chodzimy po lekarzach, robimy badania, nic nie wychodzi. To nie hipochondria, która jest rozmyślnym szukaniem chorób. My wcale nie chcemy być chorzy, to nasze ciało wymyka się nam spod kontroli. Nie mamy nad tym panowania. Ludzie mdleją z nerwów, mają bóle, szumy w uszach, ataki padaczkowe, które wcale padaczką nie są.

I co się dzieje z pacjentem, który cierpi, chodzi od lekarza do lekarza, a żaden nie stwierdza choroby? Każdy mówi: „Wszystko jest w porządku”.
Tacy pacjenci odbywają turystykę lekarską. Chory na przykład ma bóle w prawym podbrzuszu. Badania, USG, rezonans; gastrolog, urolog – i każdy mówi: „Tu nic nie ma”. Tylko że bóle są. Pacjent myśli: „Oni się nie znają”. Idzie do kolejnych specjalistów, ci sprawdzają, może jelito drażliwe, może borelioza, choroby z autoagresji – ale nie. A boli cały czas. Ciało stres z codziennego dnia w korporacji przerzuca na jakiś organ. Na 100 moich pacjentów dziś 80 to chorzy psychosomatycznie. To oczywiście moja własna statystyka, a ja leczę specyficzną grupę: ludzi wyzwań. Ale takich przecież jest coraz więcej. Robiących kariery w korporacji, codziennie ścigających się w wyścigu o osiągnięcia, wyniki, targety, chcących być „zwierzętami alfa”.

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o znaczeniu zdrowego życia, relaksu, aktywności fizycznej, prawidłowej diety. Mamy wiedzę, mamy świadomość – nie przekłada się to na nasze życie i na zdrowie?
No właśnie nie do końca. Mamy świadomość, ale wiele spraw traktujemy zadaniowo. Zdrowe odżywianie? Zadanie do wykonania. Aktywność fizyczna? Kolejne. A to generuje stres. Stworzyłam swój własny system pięciu S. Cztery z tych S są pozytywne: sport, sposób odżywiania, sen i seks. A jeden negatywny – stres. Te cztery pierwsze pomagają w radzeniu sobie z piątym: sport rozładowuje napięcie, wyzwala hormony szczęścia, czyli endorfiny; sen regeneruje organizm; właściwy sposób odżywiania to budulec dla organizmu, siła, lepsza przemiana materii. Ale nam trzeba czegoś jeszcze – techniki wyciszania. Dopiero ona poradzi sobie ze stresem. A o tym wciąż za mało się mówi. Gdy pani powie: „Jestem joginką”, to nadal dziwnie na panią patrzą. Jakiś New Age, jakieś medytacje… Lepiej pójść na siłownię albo pobiegać. A najlepiej trenować triatlon. Wcale nie najlepiej! Wyścigi, zawody, konkurencja – to wszystko oznacza stres. A to przed nim właśnie mamy się bronić. Na szczęście już mindfulness zaczyna być przyjmowany ze zrozumieniem, wiele osób z tych technik korzysta. Ale joga jest ciągle zbyt „spirytualna”. Techniki wyciszenia to podstawa, to nas czeka w XXI wieku. Widzę to u moich pacjentów, spotykam się z tym w pracy na co dzień. Ale to trudne, lekarz tego pani nie przepisze, bo widzi tylko choroby organiczne.

I nie ma dla pacjenta czasu.
Tak, to kolejna sprawa. Ale przede wszystkim, moim zdaniem, problemem jest kształcenie lekarzy. Na studiach uczymy, jak leczyć organikę. Lekarze starszego pokolenia nie poszli z przemianami, dalej nie widzą tej ewolucji, która się na naszych oczach dokonuje. I tak uczą młodych, którzy są automatycznie nastawieni na choroby organiczne.

Bo to jest proste.
Zapisują pigułkę i załatwione. Druga rzecz to właśnie brak czasu dla pacjenta. Dlaczego takie wzięcie w krajach zachodnich mają homeopaci czy specjaliści medycyny alternatywnej? Na całym świecie służba zdrowia jest niewydolna, wszędzie panuje zasada: „szybko, następny proszę”. I naturopaci w takiej sytuacji wchodzą w rolę lekarzy. Mają czas, zajmą się, dadzą poczucie, że wysłuchali, że się zaopiekowali…

Może sprawę załatwi psychiatra albo psycholog?
Też nie dadzą rady. Pierwszy zapisze antydepresant, drugi zachęci do gadania, analizowania – a to nie wystarczy, trzeba samemu nad sobą pracować. I tu mamy lukę w leczeniu pacjenta. Bo trzeba leczyć i ciało, i duszę – ale nie pigułkami, a zmianą stylu życia. A lekarze – i rodzinni, i specjaliści – do prowadzenia takich pacjentów nie są przygotowani. Medycyna robi postępy, ale nie może być tak, że będziemy wrzucać do komputera dane, a on wypluje zalecenia. Lekarz musi mieć empatię.

Musi nastąpić zmiana systemu kształcenia?
Tak. Trzeba go poszerzyć. Powinien być na medycynie, najlepiej na szóstym roku, dział poświęcony nawet nie psychologii, ale chorobom psychosomatycznym właśnie. Niechby tam uczyli i psychologowie, i lekarze, którzy mają w takich przypadkach doświadczenie. Którzy to widzą w gabinetach. I którzy coś z tym robią, a nie wypychają pacjenta na kolejne badania do specjalistów. Trzeba popracować ładnych parę lat, żeby odróżnić, gdzie się kończy organika, a zaczyna psychosomatyka. A leczenie takich dolegliwości nie jest proste, bo pacjenci najpierw muszą uwierzyć, że ich problem na tym właśnie polega. Muszą to sobie ułożyć w głowie. To się nie dzieje od razu. Trzeba czasem kilku wizyt, cierpliwości, tłumaczeń, żeby przekonać. A kiedy pacjent już uwierzy, to jest połowa sukcesu. Bez tego z kolei nie ma mowy o wyleczeniu. Bo chory będzie cały czas pielgrzymował po lekarzach i szukał „prawdziwej choroby”.

Mówi się teraz coraz głośniej, że trzeba na człowieka patrzeć holistycznie, widzieć go „w całości”. To z jednej strony. Bo jest i druga – coraz bardziej postępująca w medycynie specjalizacja. Czy to się da pogodzić?
Trudno. I nie tylko u nas, także na Zachodzie wcale to nie idzie szybko. Kiedy wyjechałam wiele lat temu z Polski do Niemiec, pracowałam jako Facharzt für Allgemeinmedizin, czyli lekarz chorób ogólnych. W Polsce nie ma takiej specjalizacji, a szkoda. My mamy lekarzy rodzinnych. Ale w nich nie inwestujemy. A taki lekarz to powinien być omnibus. Lekarz medycyny ogólnej na Zachodzie sam wykonuje USG brzucha i tarczycy, robi testy alergiczne, badania przeciwrakowe i wiele badań, które w Polsce zlecają specjaliści. A przecież lekarz rodzinny to ktoś, kto ma wiedzę w każdej dziedzinie medycyny i potrafi to połączyć w całość. Zna też doskonale swojego pacjenta. W Polsce, mam wrażenie, lekarz rodzinny traktowany jest jak „gorszy”. To tragedia dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. Właśnie ci lekarze powinni świetnie zarabiać, dla nich powinno się organizować kongresy, inwestować w ich wykształcenie – bo oni są najważniejsi i najbliżsi pacjentowi. Oni go widzą najczęściej, oni go najlepiej znają, często zresztą nie tylko jego, ale i jego rodzinę, historię, jego tryb życia. Do nich pacjent ma zaufanie, jest więź, zbudowana relacja. Specjalistę pacjent widzi tylko dwa, trzy razy w roku, przy okazji zlecenia badań czy kontroli. Gdyby lekarz rodzinny miał większe uprawnienia, mógł zlecać więcej badań, to 80 proc. skierowań do specjalistów w ogóle nie byłoby potrzebnych. Odciążylibyśmy służbę zdrowia, która leży na łopatkach. Oszczędzilibyśmy jako system pieniądze, a pacjent oszczędziłby czas i nerwy. To lekarz rodzinny ma największe szanse rozpoznać coś, co się wymyka diagnozie. Czyli chorobę psychosomatyczną. I jeśli on słyszy, że panią boli serce, to nie będzie robił od początku całej diagnostyki, bo wie z pani historii dużo. A tak to się dzieje, kiedy wyląduje pani u specjalisty. To nonsens.

Jak powinno wyglądać leczenie chorób psychosomatycznych?
Często kłopot jest już na samym początku – lekarz nie umie przekonać pacjenta co do diagnozy. A dalej – nakłonić do zmian w życiu. Pacjenci też mają w głowach stereotypy. Kiedy mówię takiemu samcowi alfa: „Proszę iść na jogę”, to patrzy na mnie co najmniej dziwnie. „Joga? To przecież nie dla mnie”. Trzeba umieć do takiej osoby dotrzeć. Zaproponować jej metody alternatywne, techniki wyciszenia, jak: mindfulness, tai-chi czy może medytacje.

A jaką rolę w leczeniu czy w ogóle w naszym życiu gra system pięciu S?
Każde z tych czterech pozytywnych S jest ważne. Ale muszą „działać” razem. Spójrzmy na nie po kolei. Sport. Podczas stosunku seksualnego, ale i uprawiania sportu produkowany jest hormon szczęścia – endorfina, czyli wewnętrzna morfina. Zmniejszająca ból i wprawiająca nas w błogostan. Sprawia, że stres ma mniejszy wpływ na nasz mózg, bo zalewa go pozytywnymi hormonami i związanymi z nimi emocjami. Każdy sportowiec zna uczucie zadowolenia po zakończonej aktywności fizycznej. Sport działa jak afrodyzjak i uzależnia, podwyższając poziom endorfin oraz testosteronu. Co daje siłę do zmagania się ze stresorami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Choć ekstremalne sporty, takie jak choćby triathlon, podwyższają w początkowej fazie poziomy adrenaliny i testosteronu, to w późniejszej powodują wzrost poziomu hormonu stresu kortyzolu i spadek wolnego testosteronu odpowiedzialnego za radość i spokój psychiczny. Dalej: sen. Ważny jest sen regularny, 7-8 godzin, ale też nie więcej. Badania naukowe wskazują, że dziewięciogodzinny sen powoduje spadek poziomu hormonów płciowych – zarówno testosteronu, jak i estrogenów. Badania prof. Dietera Riemanna, kierownika Kliniki Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu we Fryburgu, pokazują, że kobiety śpią gorzej niż mężczyźni, dlatego ryzyko zachorowania na depresję jest w ich przypadku dwukrotnie większe. W stresie spadek serotoniny – hormonu szczęścia – prowadzi do spadku produkcji hormonu snu (melatoniny), co utrudnia wejście w głęboką fazę snu. Trzeba przestrzegać zasad higieny snu: unikać drzemek w ciągu dnia, zadbać o odpowiednie oświetlenie w sypialni, w łóżku wyłącznie spać, a nie pracować na laptopie, przeglądać Internet czy oglądać filmy. Unikać późnego chodzenia spać, spożywania ciężkich i obfitych posiłków i picia alkoholu przed snem. Kolejny jest seks. Wspaniała forma zwiększania produkcji hormonów, i to nie tylko płciowych, ale przede wszystkich hormonów szczęścia i miłości, takich jak oksytocyna, która wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie kochających się ludzi. Podczas seksu produkujemy także fenyloetylo­aminę – zwiększającą ilość energii, a jednocześnie ograniczającą odczuwanie zmęczenia, podnoszącą też poziom dopaminy, wpływając pozytywnie na motywację i uczucie pewności siebie w walce ze stresem. Serotonina produkowana podczas aktu miłosnego zwana jest hormonem szczęścia. Na końcu sposób odżywiania. Musi być zrównoważony, logiczny, odpowiedni dla danej płci i indywidualnych potrzeb. Z kolei one powinny uwzględniać stan zdrowia, o którym świadczą m.in. wynikach badania krwi i badań obrazowych. Nie kierujmy się wskazaniami paramedycznych „cudownych” aparatów, których skuteczność nie została potwierdzona przez badania naukowe, ani modnymi dietami.

To cztery pozytywne S. I przeciwstawione jest im jedno: stres.
Stres, którego my już nawet nie widzimy. Pytam moich pacjentów, menedżerów z korporacji, jak oceniają swój poziom stresu w skali 1–10. Mówią: 5, a ja widzę, że 12… Wbudowali stres w swoje życie, już tego nie zauważają, już im się wydaje, że tak ma być, że to normalne, nie czują, że dawno przekroczyli barierę.

Czyli poza zadbaniem o cztery S musimy znaleźć swoją własną drogę wyciszania, rozładowania emocji?
Tak. To konieczne. Jest joga, mindfulness, medytacje. Ale też adaptogeny. Mamy wiele substancji roślinnych o właściwościach adaptogennych: żeń-szeń chiński i syberyjski, cytryniec chiński, różeniec górski, szczodrak krokoszowaty, ashwagandhę, reishi, cordyceps sinensis, nazywany himalajską viagrą, nasz rodzimy ostropest plamisty i wiele wiele innych… Według definicji adaptogeny muszą spełniać trzy warunki. Być nietoksyczne dla odbiorcy, wykazywać szerokie spektrum działania i uodparniać organizm poprzez szerokie działanie fizyczne i biochemiczne, wreszcie powinny wykazywać właściwości normalizujące, tonizujące. Adaptogeny nie poskromią stresu, ale wspierając organizm – m.in. wątrobę, układ krążenia i układ odpornościowy – pomogą znosić przewlekły stres dużo lepiej. Czasami mówi się wręcz o budowaniu „zapasów energii adaptogenicznej” – silniejszy organizm lepiej sobie radzi. Jak ma pani wysoki kortyzol, powiedzmy 350, i pobierze ashwagandę trzy miesiące, to poziom kortyzolu spadnie pani na 250.

Czy lekarze, pani koledzy, potwierdzają pani obserwacje dotyczące narastającego problemu chorób psychosomatycznych, czy mówią: przesadzasz?
Lekarze, tak jak już mówiłam, koncentrują się raczej na chorobach organicznych, a kiedy podejrzewają, że problem jest związany z psychiką, wysyłają pacjenta do psychiatry albo psychologa. I na nich przerzucają odpowiedzialność. Tymczasem sam psycholog nie pomoże, musi mieć wsparcie lekarza. A psychiatra leczy depresję. Tabletką. Nie ma ogniw pośrednich, które są konieczne. Nikt nie mówi o technikach wyciszenia, o adaptogenach, o hormonach. A o tym trzeba mówić. I dopiero kiedy wyczerpie się te wszystkie możliwości, kiedy okaże się, że nic już nie działa, powinno się sięgać po antydepresanty. Zadbajmy o siebie. Zwłaszcza teraz, kiedy jest trudniej niż kiedykolwiek, bo na „zwykły” stres nałożyła się pandemia, często lęk o byt, o zdrowie, nawet życie. COVID-19 pokazał, że wisieliśmy na cienkiej nitce, która łatwo może pęknąć. 

Dr Ewa Kempisty-Jeznach, jedyny w Polsce lekarz medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem, kierownik medyczny Kliniki Medycyny Wellness w szpitalu Medicover. Autorka książek, między innymi „Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne” (wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Psychologia

Słuchanie jest aktem miłości

Umiejętność słuchania wiąże się z otwartością na autentyczne zaangażowanie się w relację. (Fot. iStock)
Umiejętność słuchania wiąże się z otwartością na autentyczne zaangażowanie się w relację. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy naprawdę kogoś słuchamy, to ta osoba trafia do centrum naszej uwagi, staje się  ważniejsza niż jakiekolwiek inne nasze potrzeby.

Gdy całkowicie się na kimś koncentrujemy i poświęcamy mu całą swoją uwagę, rozmówca czuje, że dajemy siebie całkowicie. Wtedy w pewnym sensie traci poczucie własnej odrębności i energetycznie zespala się z nami.

Sztuka słuchania w 6 krokach

1. Prawdziwe słuchanie polega na tym, że przestajemy oceniać. Nasz rozmówca staje się dla nas jak czysta biała kartka. Przyjmujemy tę osobę w danym momencie taką, jaka ona jest.

2. Prawdziwe słuchanie polega na tym, że kiedy druga osoba mówi, nie planujemy tego, co mamy zamiar powiedzieć. Nie zajmujemy się sobą, swoim punktem widzenia i swoimi emocjami, tylko próbujemy wczuć się w położenie rozmówcy.

3. Prawdziwe słuchanie jest celem samym w sobie.

4. Prawdziwe słuchanie wymaga uważnej obecności. To stan bycia, którego doświadczasz, dając całą uwagę temu, co robisz. W takim słuchaniu nie jest nawet konieczna bliska fizyczna obecność, w ten sposób można też rozmawiać przez telefon. Chodzi po prostu o pełną świadomość tego, co się wydarza podczas rozmowy.

5. Prawdziwe słuchanie polega nie tylko na uważności na słowa, ale także na sygnały pozawerbalne, na przykład ton głosu czy mowę ciała.

6. Po prawdziwym wysłuchaniu, kiedy odpowiadamy tej drugiej osobie, więcej jest w nas empatii i autentyczności. Jesteśmy bardziej w tu i teraz, a więc także bliżej siebie.

  1. Psychologia

Sztuka łapania dystansu - mindfulness dla dzieci i młodzieży

Ucząc dzieci, żeby skupiały się na przyszłości, zupełnie zapomnieliśmy, że teraźniejszość jest wspaniałym obszarem życia. (Fot. iStock)
Ucząc dzieci, żeby skupiały się na przyszłości, zupełnie zapomnieliśmy, że teraźniejszość jest wspaniałym obszarem życia. (Fot. iStock)
Wolimy myśleć, że humory dzieci są zmienne jak pogoda, zatem nie ma co się przejmować ich złym nastrojem, bo „zaraz przejdzie”. Tak nie jest, a dziś nawet najmłodsi są skazani na stres wywołany niemożnością sprostania narzuconym im oczekiwaniom. Dlatego już od przedszkola warto tłumaczyć im, jak się relaksować.

Ucząc dzieci, żeby skupiały się na przyszłości, zupełnie zapomnieliśmy, że teraźniejszość jest wspaniałym obszarem życia. Dlatego dziś zajmiemy się uważnością i pokażemy ćwiczenia, które pozwolą im odprężyć się psychicznie i fizycznie.

Z maluchami na wesoło

Przedszkolaki przebywają w dużej grupie, na krótko wychodzą na dwór. Wracają z przedszkola czasami bardziej wyczerpane po całym dniu niż dorośli. Złość, zmęczenie, gniew, zazdrość i niepokój są dla nich trudne. Często myślą o sobie, że są złymi dziećmi, bo się na kogoś zdenerwowały. Pokażmy im, najlepiej na wesoło, że to po prostu uczucia i można je rozładować za pomocą zabawy w uważność.
  • Jestem pancernikiem. Gdy dziecko jest zmęczone, złe lub rozczarowane, poproś, by stało się pancernikiem. Niech uklęknie, pupę oprze na piętach, czoło na podłodze, a ręce położy przy kolanach. To dziwna pozycja, rzadko przez ludzi przyjmowana. Ponieważ jest nietypowa, świetnie nadaje się do skupienia na tu i teraz. Zapytaj: „I co teraz czujesz, pancerniku? Czujesz swoje nóżki, brzuszek, plecki?”. Przedszkolak z humorem skupi się na tym, jak odczuwa swoje ciało w tej dziwacznej pozycji, a każde (nawet chwilowe) oderwanie się od trosk przyniesie mu natychmiastową ulgę.
  • Skanowanie ciała. Kiedy dziecko ma kłopot lub jest smutne, warto stanąć naprzeciwko niego i poprosić, żeby „zeskanowało” całe swoje ciało. Kieruj jego uwagą, pytając: „Czujesz paluszki u stóp, czujesz pięty, czujesz kostki, czujesz pupę?” To ćwiczenie nie tylko przynosi ulgę i pozwala uspokoić umysł, ale podnosi świadomość ciała. Można je wykonywać, jadąc samochodem, przed snem lub po powrocie z przedszkola, łącząc z ćwiczeniem „jestem pancernikiem”.
  • Piłka-równoważnia. Jeśli nie masz w domu, podpytaj znajomych: może u kogoś leży niepotrzebna platforma lub piłka do utrzymywania równowagi. Gdy przedszkolak ma zły nastrój, zaproś go, żeby „złapał równowagę”. Nie jest to łatwe, więc skupiając się na utrzymaniu równowagi, dziecko oderwie się od złych myśli.
  • Oddech z efektami specjalnymi. Oddychanie to wielka broń w walce ze stresem. Dzieci śmieszy oddychanie w innym niż normalne tempie lub oddychanie z wydawaniem dźwięków: wdech przez nos i głośny (np. z rykiem lwa) wydech przez usta. Przy okazji poproś dziecko, żeby wyobraziło sobie, że wdycha różowe powietrze, a wydycha zielone. To zwykła zabawa, ale wizualizacja powietrza wymaga skupienia.
  • Moja buzia. Gdy dziecko jest smutne, rozczarowane, zmartwione, zaproponuj mu, żeby spojrzało do lustra. Często sam widok nabzdyczonej twarzy zmienia nastrój, ale ponieważ mięśnie twarzy są silnie połączone z układem nerwowym, pobawcie się w „miniarstwo”. Jesteś wściekły, jesteś wesoły, jesteś przerażony, jesteś zaciekawiony… Dziecko robi miny, o jakie prosisz. Przyda mu się to na wyższym etapie nauki uważności, gdy za pomocą sygnałów ciała będzie rozpoznawać, w jakim jest nastroju.

Trudne początki

Szkoły, w których uczniowie dowiadują się, jak reagować na stres, porażkę, niemożność wykonania polecenia czy na bycie najsłabszym w grupie – wciąż należą do rzadkości. Warto wyposażyć naszego ucznia w narzędzia pozwalające mu poradzić sobie z odczuwanymi w takich sytuacjach emocjami.
  • Zamiana miejsc. Dzieci przeżywają wiele stresów z powodu tego, że inni zachowują się niezgodnie z ich oczekiwaniami. Naucz swoje dziecko zabawy w zamianę miejsc: poproś syna, aby wyobraził sobie, że to on jest panią od polskiego, albo córkę, że jest koleżanką, która nie chciała z nią usiąść. Już sam ten pomysł oderwie ich umysł od żalu czy rozczarowania.
  • Co czujesz teraz? „Teraz” jest kluczowym słowem w uważności. Z uczniem pierwszych klas, zwłaszcza w samochodzie, można bawić się w to nieustająco. Gdy rodzic powie, że czuje, jak go boli pupa od siedzenia, albo że chce mu się siku, rozbawi dziecko. Pamiętajmy, jak bardzo dziś naszym dzieciom brakuje humoru.
  • Smak, zapach, słuch, wzrok i dotyk. Dla ucznia wyjątkowo męczące jest przeskakiwanie myśli z jednego tematu na inny lub uporczywe wracanie do tego samego problemu. Dlatego dobrze jest uczyć uważności na aktualne bodźce. Daj dziecku kawałek cytryny, migdały, skórkę od chleba, poproś, by opisało, jaki czuje smak. Daj mu do powąchania humus, jabłka, świeżo wyprane ręczniki. Niech opisze, co czuje i co widzi w głowie dzięki temu zapachowi.
  • Mam wiele cech (ćwiczenie dla starszych). Gdy twojemu dziecku ktoś dokuczy, zachęć je, by wymieniało swoje inne cechy. Posłuż jako przykład i powiedz np.: moja koleżanka w pracy mówi, że robię wszystko na ostatnią chwilę. Może to prawda, ale jestem też optymistyczna, życzliwa, dociekliwa, pracowita i mam piegi! Warto nauczyć dzieci, że zamiast się skupiać na krytyce, lepiej zalać je falą jego mocnych stron. A te ma każdy.

Na wzburzone fale

Licealista to młody dorosły. Żyje już z przygnębiającą świadomością, że cokolwiek zrobi, może nie odnieść sukcesu. A ta świadomość plus burza hormonalna, nadmiar sprzecznych oczekiwań i przebodźcowanie aż się proszą o dostarczenie mu narzędzi do szybkiego odzyskiwania równowagi psychicznej, która umożliwi podjęcie racjonalnej decyzji.
  • Przez minutę o jednym. To zadanie o wyższym stopniu trudności: myśleć tylko o jednym, ale aż przez minutę. Uważność na stan swojego umysłu, na rozbiegane myśli, na niemożność ich okiełznania to ćwiczenie skutecznie rozwijające autouważność.
  • W jeden punkt. Wpatrywanie się w jeden punkt również przez minutę jest tak samo trudne jak myślenie o jednym. Licealista będzie miał sporo zabawy, gdy odkryje, jak nasze umysły są niespokojne, nieposłuszne, jak wymykają się naszej woli.
  • Wsłuchiwanie. U nastolatka warto rozwijać umiejętność wsłuchiwania się, zanim podejmie się decyzję. Powiedz mu: zanim zareagujesz na to, co mówię, chwilę się zastanów, co teraz słyszysz. Od razu się uspokoi, bo skupi się na uważnym wychwyceniu bodźców słuchowych.
  • Nazywanie emocji „co teraz czuję?”. Pamiętam, gdy wiele lat temu weszłam do pracowni malarskiej mamy mojej koleżanki i… zabolały mnie oczy. Musiałam je przetrzeć, a po chwili uświadomiłam sobie, że oczy zabolały mnie z zazdrości. Mądrość przysłów nie wzięła się przecież z niczego. Oczy pierwsze powiedziały mi, co odczuwam. Ćwiczenie nazywania emocji przyda się licealiście bez względu na to, jaki fach wybierze.
  • Następna myśl. Teraz myślę o tym, że chce mi się pić. A jaka będzie następna myśl? Zanim zrobicie z dzieckiem pierwsze ćwiczenie tego typu, sprawdźcie sami na sobie, jaką ulgę daje umysłowi i ciału uważność oraz świadomość, że myśli są aż tak chaotyczne.
  • Jak się czułem od początku dnia? Analiza, jakie uczucia, nastroje i myśli towarzyszyły mi od początku dnia lub tylko przez ostatnie pół godziny, uświadamia, że uczucia mijają, że jest ich w ciągu dnia cała masa, że nie ma takiej możliwości, żeby przez cały dzień być w jednakowym nastoju, czyli że wszystko przemija, więc nieprzyjemne emocje także odchodzą.
  • Nazywanie bez oceniania. Dla przedszkolaka bardzo proste, a dla licealisty, skażonego już wartościowaniem dosłownie wszystkiego – bardzo trudne. Co teraz czujesz? Szczerze, ale bez oceniania. Sprawdź na sobie, jak przyjemnie jest tylko coś nazywać. Ja, pisząc ten tekst, czuję, że bolą mnie opuszki palców od stukania w klawiaturę, że mam spierzchnięte usta i lekko sklejone rzęsy na lewej powiece. Jest mi też zimno w ramię. Nazywam, a niczego nie wartościuję.
Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Styl Życia

Przewodnik po medytacjach - trzy najważniejsze nurty medytacji

Wśród wielu technik można wyróżnić medytację ruchową, powtarzanie mantr, wizualizacje, koncentrację czy wykorzystywanie naturalnej tendencji umysłu. (Fot. iStock)
Wśród wielu technik można wyróżnić medytację ruchową, powtarzanie mantr, wizualizacje, koncentrację czy wykorzystywanie naturalnej tendencji umysłu. (Fot. iStock)
Wiele jest technik, sposobów, nawet pozycji medytowania. Jaką ścieżkę wybrać? Przedstawiamy trzy najważniejsze nurty. 

Tak naprawdę medytować można zawsze i wszędzie – zmywając naczynia, ścierając kurze czy jadąc zatłoczonym autobusem. W takich codziennych sytuacjach możemy ćwiczyć skupienie na wykonywanej czynności, na oddechu lub reakcjach ciała. Chodzi przecież o to, żeby znaleźć się tu i teraz, uświadomić sobie chwilę, spotkać się z emocjami, które się w nas pojawiają. Reagować na nie w dobry sposób – dla siebie i innych. Bo medytacja jest rodzajem uzdrawiającej kąpieli umysłu, służy uwolnieniu od myśli i wyobrażeń, wbrew źródłosłowu, który znaczenie terminu wywodzi od meditatio, czyli zagłębiania się w myślach, rozważaniach.

Wśród wielu technik można wyróżnić medytację ruchową (np. joga), powtarzanie mantr, wizualizacje (niektóre medytacje buddyjskie i chrześcijańskie), koncentrację (np. na oddechu) czy wykorzystywanie naturalnej tendencji umysłu (np. Medytacja Transcendentalna).

W nurcie wiedzy wedyjskiej

Osiąganie świadomości

Medytacja Transcendentalna to technika, która wykorzystuje naturalne właściwości umysłu – dążenie do wiedzy, szczęścia i rozwoju. Pozwala odnaleźć indywidualny, delikatny impuls, dzięki któremu umysł bez wysiłku „osiada do swojej podstawy” – pozostaje aktywny, a też odpoczywa, staje się nieograniczony.

Wiedza epoki wedyjskiej, z której wywodzi się ta medytacja, uczy, jak żyć, by cieszyć się „Niebem na Ziemi”. Mówi, że jeśli działamy zgodnie z prawem naturalnym, każda czynność może prowadzić do oświecenia. Kluczem do tego jest świadomość. Zwykle korzystamy jedynie z ok. 3 proc. możliwości naszego umysłu, medytując, używamy więcej jego potencjału.

W nurcie buddyjskim

W ruchu i bezruchu

Medytacja buddyjska to rodzaj wyciszenia się, osobistej terapii. Polega na ciągłym zapytywaniu siebie, kim jestem, co to jest „ja”, a co „nie-ja”, czym jest ten dualizm i ta rzeczywistość absolutna, która w nas jest. Istnieje wiele ośrodków medytacji buddyjskiej i duża liczba jej odłamów. My postanowiliśmy przybliżyć buddyzm zen.

W tym nurcie wygląda to następująco: siadamy na poduszce lub krzesełku i staramy się oddychać w sposób świadomy. Oddech symbolizuje bowiem naszą relację ze światem: pobieramy, przetwarzamy, oddajemy. Zaczynamy go obserwować i w ten sposób wprowadza nas w głąb myśli. Patrzymy na to, co się dzieje, starając się nie oceniać i nie podążać za myślami. Jesteśmy tu i teraz, niczego sobie nie wyobrażamy, zgadzamy się na to, że nie wiemy, co będzie. Siedzimy przez 30 min, następne 10 – to medytacja w ruchu – chodzimy po sali. Stan bezruchu jest stanem absolutnym, bez czasu i bez działania. Ruch powoduje, że przenosimy ten stan do zwykłego funkcjonowania. Gdy obie perspektywy się połączą, powstaje pełnia.

Ta droga nie ma końca. Nasza świadomość się zmienia, a nasza przestrzeń wewnętrzna się powiększa. Przestajemy zaskakiwać siebie, ale też kontrolować się i tłumić. Zaczynamy medytować na ogół wówczas, gdy odczuwamy brak wiedzy o nas samych i niedobór relaksu. Chcemy siebie ulepszyć, uspokoić, zaspokoić pragnienia. Ale z czasem orientujemy się, że już nie robimy tego tylko dla siebie. Stajemy się odpowiedzialni za siebie, za innych, za całą planetę.

W nurcie chrześcijańskim

Modlitwa z Pismem

To wczesnochrześcijańska forma medytacji, która polega na całkowitym wyciszeniu ciała i myśli. Wspomaga ją powtarzane w rytmie wdechu i wydechu „słowo”: hebrajskie „Abba” (Ojcze), aramejskie „Maranatha” (Przyjdź, Panie) lub modlitwa: „Jezu Chryste, Synu Boga wiecznego, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”. Najbardziej znanym ośrodkiem medytacji chrześcijańskiej w Polsce jest Lubińska Wspólnota Grup Chrześcijańskich w klasztorze Benedyktynów w okolicach Poznania.

Porządek dnia jest następujący: o 6 rano jutrznia, później medytacja, następnie obiad, sprzątanie klasztoru i prace w ogrodzie, a wieczorem kompleta i dwie sesje medytacyjne po 25 minut. Na początku każdej medytacji czyta się fragment Pisma Świętego albo teksty ojców Kościoła. Potem wszyscy siedzą w skupieniu, w ciszy własnego serca, spotykając się z Bogiem, który inspiruje do lepszego życia.