1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Życie z cieniem. Jak w pełni zaakceptować siebie?

Życie z cieniem. Jak w pełni zaakceptować siebie?

Koncepcja cienia wywodzi się od Junga, który pisał, że nie chodzi o pozbywanie się nielubianych cech, ale o znajdowanie ich jasnych stron i włączanie do naszego życia. (Fot. iStock)
Koncepcja cienia wywodzi się od Junga, który pisał, że nie chodzi o pozbywanie się nielubianych cech, ale o znajdowanie ich jasnych stron i włączanie do naszego życia. (Fot. iStock)
- Cień nosi wiele twarzy: strachu, chciwości, złości, mściwości, manipulacji, lenistwa, wrogości, brzydoty, braku akceptacji, słabości, krytyki, potępiania. Wszystko to, czego w sobie nienawidzimy, czego się wypieramy, zaczyna żyć własnym życiem, podkopując wiarę w naszą siłę i talenty – mówi Pernille Melsted, trenerka zajmująca się pracą z cieniem.

Cień to…
Wszystko, czym nie chcemy być; czym uważamy, że nie jesteśmy. Nieuświadomiony cień niszczy nasze związki, zabija ducha i uniemożliwia realizację marzeń.

Urodziłaś się w Danii, w kraju ludzi najszczęśliwszych na świecie. Duńczycy mają cień?
Każdy człowiek ma cień. I każdy naród. My mamy opiekuńcze państwo, które zaspokaja życiowe potrzeby. Państwo na przykład płaci każdemu, kto tylko zechce podjąć studia. Wstyd narzekać. W Danii nie jest w porządku się wyróżniać: wszyscy mają być równi. Wyrażanie wyjątkowości, unikalnego piękna, darów, talentów nie jest mile widziane. To właśnie cień Duńczyków. Mieszkałam jakiś czas w USA. Tam odwrotnie – wszyscy chcą być najlepsi, błyszczeć, lśnić. Ich cień to bycie skromnym. Jeśli chcemy być ludźmi autentycznymi, spełnionymi, nie możemy pominąć cienia.

W Polsce lubimy myśleć o sobie jako o narodzie wybranym, bohaterskim. Przydałaby się narodowa dyskusja na temat naszego cienia, ponieważ nieuświadomiony cień staje się groźny.
Staje się źródłem projekcji: „Ja taka nie jestem, to ty jesteś zła!”. Cień nosi wiele twarzy: strachu, chciwości, złości, mściwości, manipulacji, lenistwa, kontroli, wrogości, brzydoty, braku akceptacji, słabości, krytyki, potępiania. Wszystko to, czego w sobie nienawidzimy, czego się wypieramy, zaczyna żyć własnym życiem, podkopując wiarę w naszą siłę i talenty. Odrzucając cień, odrzucamy skarb. Skarby są ukryte w miejscu, którego nie braliśmy dotąd pod uwagę – w ciemności.

Jak powstaje cień?
Przychodzimy na ten świat jako pełne istoty; mamy dostęp do każdej części siebie. Małe dziecko jest – z chwili na chwilę – radosne, smutne, zniecierpliwione. Szybko jednak musi dostosować się do norm i oczekiwań swojej rodziny, kraju, kultury. Pragnie miłości i akceptacji ważnych dla siebie osób – rodziców, nauczycieli i innych autorytetów – dlatego zakłada maskę „poprawnego” zachowania. To, co nie jest mile widziane, zostaje zepchnięte do cienia. Koncepcja cienia wywodzi się od Junga, który pisał, że nie chodzi o pozbywanie się nielubianych cech, ale o znajdowanie ich jasnych stron i włączanie do naszego życia. Pisał, że pierwsza połowa życia schodzi nam na tym, żeby zepchnąć różne swoje części do cienia, a druga – na wyciąganiu ich z cienia, bo bez nich czujemy się niepełni.

Zwykle między 35. a 40. rokiem życia zaczynamy czuć się gorzej; pojawia się poczucie pustki, rozczarowania, lekkiej depresji. Mówią o tym zarówno kobiety, jak i mężczyźni.
I mamy ochotę na te wszystkie radykalne zmiany – rzucić pracę, rozwieść się, znaleźć młodego kochanka… Właśnie puka cień! Różne części nas wołają: „Zobacz mnie, zapomniałaś o mnie, i o mnie też!”. Zamiast patrzeć na to, co się dzieje, jak na kryzys, lepiej otworzyć się i przyjąć dary tych ukrytych części nas.

Jak rozpoznać cień?
Przede wszystkim obserwować, jak reagujemy na innych ludzi. Na przykład idziemy na imprezę, na której poznajemy atrakcyjną kobietę. Ty uważasz, że ona jest wspaniała, urocza, we mnie budzi niechęć. Dlaczego? Która z nas ma rację? Jeśli mocno na kogoś reagujemy, warto przyjrzeć się sobie. Czy wiem o istnieniu takiej osoby, czy ona głęboko mnie porusza? Jaki mój cień kryje się w tym poruszeniu? Dlaczego nie pozwalam sobie taką właśnie być? Co w tym złego, zagrażającego? Co dobrego mogłoby wyniknąć dla mnie, gdybym zaakceptowała tę część siebie? Każda z naszych części przynosi jakiś dar. Jaki dar przychodzi z osobą, do której czuję niechęć? To mogą być różne dary – odwagi, akceptacji, zrozumienia, współczucia, asertywności. Przyjmując dary, integrujemy kolejne części siebie.

Może się okazać, że osób, które wywołują w nas silne emocje, jest wokół wcale niemało.
Zacznijmy przynajmniej od trzech – takich, które irytują nas najmocniej. Zapytajmy także siebie, jakiej oceny swojego zachowania obawiamy się najbardziej. Co najgorszego ludzie mogliby powiedzieć, gdyby naprawdę mnie znali? Dużo cienia jest w tajemnicach, we wstydzie. To nie znaczy, że teraz po rozpoznaniu cienia cały czas mamy być przygnębione czy zagniewane. Jeśli jednak nikt nie może o mnie powiedzieć, że bywam zła, niemiła czy wściekła, to znaczy, że jestem w więzieniu swojego umysłu. Żeby być pełną ludzką istotą, potrzebujemy dostępu do swojego światła i do swojego cienia.

Nierzadko zdarza się, że czujemy niemoc, po prostu nie możemy ruszyć z miejsca; coś nas wstrzymuje, wątpliwości, opór… Niepokojące i nieprzyjemne.
Cień sabotuje plany i marzenia. Samotna kobieta, która pragnie kogoś poznać, wie, że dobrze byłoby wyjść z domu, chodzić na randki, poszukać partnera przez Internet. Nie może zebrać się do działania, ponieważ w cieniu jest ktoś, kto mówi, że gdy będzie robić te wszystkie rzeczy, ludzie uznają ją za desperatkę. Dopóki nie zawrze pokoju z „desperatką” w sobie, nic się nie zmieni. Kobiety przepracowane, wiecznie zmęczone potrzebują przyznać, że mają w sobie także kobietę „leniwą” i chętnie przyjmą jej jasną stronę – przyzwolenie na odprężenie, zdrowy odpoczynek. Niektóre z nas chętnie przeszłyby na zdrowy styl życia, ale w cieniu jest postać, która mówi, że to nudne i ortodoksyjne. Kobiety, które uważają się tylko za kochające i opiekuńcze, nie mają siły i odwagi, aby stworzyć coś własnego, doświadczyć własnej sprawczości. Możemy mieć jedno i drugie. Dopiero wtedy możemy wybierać. Są sytuacje, które wymagają naszej mocy wyrażanej w działaniu, i takie, w których wybieramy słodycz oraz matczyną opiekuńczość. Ten wybór to wolność.

Pernille Melsted trenerka zajmująca się pracą z cieniem i edukacją emocjonalną. Autorka książek na ten temat. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Sztuka pielęgnacji duszy i ciała

Kobieta powinna być dla siebie ważna! (Fot. iStock)
Kobieta powinna być dla siebie ważna! (Fot. iStock)
Lato to doskonały czas, by dopieścić swoje ciało. Spokojnie, nikt nie zapomniał o psyche. Jest obecna i zadowolona, bo kobieca dusza bardzo lubi swoje ciało – czy to dusza Japonki, Francuzki, czy Słowianki. Która jest ci najbliższa? Katarzyna Droga testuje egzotyczne i rodzime teorie pielęgnacji z popularnych poradników.

”Kobieta powinna być dla siebie ważna!” – to najładniejsze zdanie, jakie znajduję na stronach poradników urodowych, których na rynku bez liku. Chcę być dla siebie ważna, więc buszuję wśród metod i teorii dotyczących naturalnej, zdrowej, przyjemnej pielęgnacji, także diet i ćwiczeń. Programów i pomysłów tyle co kultur, filozofii i doświadczonych terapeutek czy kosmetyczek. Który najlepszy? Ten dostosowany do osobowości. Kim jesteś w głębi duszy? Wdzięczną Francuzką, harmonijną joginką czy może rodzimą Słowianką? Ja każdego dnia wcieliłam się w jedną z nich. Do jakich wniosków doszłam?

Indyjska Parwati - piękno po indyjsku

Promienna, szczęśliwa i spokojna. Najłagodniejsza z żon Śiwy, piękna bogini z odsłoniętymi piersiami. A jednak…. Parwati robi, co chce. Zirytowała boskiego męża, bo usnęła z nudów, gdy czytał jej Wedy. Jeśli czujesz z nią więź, weź kurs na Indie, ku odwiecznej mądrości ajurwedy. Spodoba ci się, ale pod warunkiem że:

  • próbowałaś ćwiczyć jogę lub masz na to ochotę,
  • masz naturę spokojną, lubisz ciszę lub łagodną muzykę,
  • pociąga cię słowo „harmonia”,
  • podoba ci się pomysł, by piękno emanowało z wnętrza kobiety,
  • wierzysz w siłę oddechu.

Kasia Bem w książce „Happy uroda. Piękno jest w tobie” (wyd. Edipresse 2017) proponuje specjalny program zadbania o ciało i duszę, oparty na technikach jogi, naturalnej diecie i ćwiczeniach oddechowych. Plan „Happy uroda w 6 krokach” kończy się 3 holistycznymi programami dla ciała i duszy. Najistotniejszy jednak jest cel: piękno, które emanuje z kobiety nie dlatego, że zna arkana makijażu i mody, waży tyle, nie tyle i tuszuje wiek – ale dlatego że zna i akceptuje siebie. Jak to może wyglądać w praktyce?

Słoneczny poranek witam z wdzięcznością. Pierwszy pokarm dla ciała to woda z połówką cytryny. Ćwiczę świadomy oddech, który uświadamia mi, że prawdziwe życie przebiega tu i teraz. Jest wiele technik oddychania, ja lubię kwadrat. Daje energię i uspokaja, a do tego jest prosty: licząc do 4, wykonujesz powolny wdech, zatrzymujesz powietrze, też licząc do 4, wydychasz je w rytmie 4 i znów zatrzymujesz. Kwadrat powtarzam 10 razy. Potem kilka ćwiczeń jogi, na przykład: „pies z głową w dół” potem „pozycja dziecka”. To, co ważne, a nie pamięta o tym pospieszna cywilizacja Zachodu: energia kumuluje się w bezruchu. Każdą sesję jogi warto zakończyć śavasaną, czyli pozycją trupa. Brzmi fatalnie, ale jest to przyjemne 20 minut spokojnego leżenia przy muzyce relaksacyjnej. Rzeczywiście wchodzi się w dzień z nową energią. Tego dnia nie jem mięsa, piję toniki upiększające, które są miksem owoców i warzyw. Dieta dla zdrowia i urody opiera się dziś na kaszy jaglanej, zielonych warzywach, tłuszczu dostarczy awokado. Po drodze joga twarzy – kilka prostych ćwiczeń, wieczorem pielęgnacja naturalnymi kosmetykami: maseczka z avocado, peeling kawowy lub cukrowy, aromatyczna kąpiel, masaż olejkami. I jeszcze pudełko wdzięczności, do którego wrzucasz karteczki z tym, za co jesteś wdzięczna. Moim zdaniem może być też zeszyt, a nawet chwila refleksji, by podziękować za to, co przyniósł dzień. A przyniósł i wymagał wiele. Happy uroda wymaga sporo zachodu, odpowiednich zakupów i przygotowań. Choćbym chciała, nie umiem przeprogramować dnia, by skupić się tylko na tym. Mogę jednak do swojej codzienności wprowadzić cenne elementy.

Co biorę?

Na przykład pozytywne hasło na poranek – od dziś mówię sobie: „przydarzą mi się same dobre rzeczy” – i głęboki kwadratowy oddech przed oknem. Potem mały relaks „na trupa” w ciągu dnia (nieruchomo leżę przez kwadrans przy muzyce, przykryta kocykiem), kasza jaglana od czasu do czasu i koniecznie całowanie sufitu (podnoszę podbródek i wysyłam całusa do sufitu – wierzę, że wpłynie zbawiennie na owal twarzy).

Dumna Marianna - piękno po francusku

Marianna to symbol wolności, Francji, no i naszego myślenia o francuskich kobietach. Te zaś są inne niż wszystkie, bo potrafią żyć wdziękiem i radością. Jak to robią? Mireille Guilliano, która ujawniła już światu, dlaczego Francuzki nie tyją, w kolejnej książce „Francuzki nie potrzebują liftingu” (wyd. Znak 2016) podpowiada, jak – po francusku – zachować wieczną młodość. To trop dla ciebie, jeśli:

  • jesteś żywiołowa, masz poczucie humoru,
  • słowa: „systematycznie”, „wysiłek”, „mozoł” budzą twoją niechęć,
  • lubisz ładne buty, a jeszcze bardziej ładne i wygodne,
  • lubisz seks, śmiejesz się często, śpisz smacznie.

No i rób tak dalej. To, co urzeka w stylu francuskim, to zero przymusu. W życiu ma być przyjemnie! Marianna do każdego wyzwania podchodzi tak, jakby było stworzone dla jej radości. Dieta? Nie, dziękuję. Diety uzależniają, stają się zmorą życia. Nie znaczy, że jedząc jak Marianna, jem byle jak. Jadam teraz ślicznie i kreatywnie. Dbam, by spożywać pięć kolorów: na talerzu ma być białe (twarożek), czerwone (papryka, buraczek), żółte (ser, cytryna, kurkuma), zielone (choćby brokuł), brązowe (chleb, ziemniak). Marianna chętnie wypije kieliszek wina i dużo więcej wody, najlepiej w dobrym towarzystwie. Ruch? Bez spinki. Żadnych ćwiczeń na siłowni, biegania w pocie czoła ani reżimu aerobiku. Ruch staje się częścią mojego dnia. Marianna po zakupy jedzie rowerem, na randkę idzie pieszo, tańczy, bo lubi, a spośród wszystkich form aktywności ciała preferuje seks. Jej życie płynie zgodnie z naturą, więc oznacza pobudkę o poranku, a sen wczesny i długi, bo nie ma lepszego kosmetyku niż smaczne spanie. Marianna unika jedzenia przed komputerem, sztucznego światła i dusznych pomieszczeń. Jej dzień, czyli też i mój, zaczyna się od uśmiechu, a kończy przyjemnościami sypialni – od niej zależy, czy są to słodkie sny w miękkiej pościeli czy doznania we dwoje.

Co biorę?

Zasadę trzech darów natury. Są to: woda, światło, powietrze. Jako stałe elementy codzienności działają jak najlepsze antyoksydanty i źródła energii. Coś dla szczupłej sylwetki: aktywność przed śniadaniem, choćby rozciąganie lub taniec przy muzyce. Organizm czerpie wtedy z zapasów, i spala tkankę tłuszczową. No i to kolorowe menu (przynajmniej raz dziennie), a także każdą możliwą zamianę środków lokomocji na rower lub piechotę. Oraz życiowe motto: „działaj z pasją, a będziesz wiecznie młoda”!

Madame Butterfly - piękno po japońsku

Właściwie tragiczna, lecz piękna i pełna wdzięku. Dla świata – ikona japońskiej kobiecości. Była niezwykle urodziwa i bardzo kochała mężczyznę z obcej kultury. Dla miłości złamała zasady własnej tradycji i zapłaciła za to najwyższą cenę. Symbolizuje istotę tego, co uznajemy za godną zazdrości urodę Azjatek o nieskazitelnej cerze. Jesteś (bywasz) Butterfly jeśli:

  • interesujesz się kulturą Dalekiego Wschodu,
  • lubisz owoce morza,
  • zależy ci na pięknej cerze,
  • jesteś systematyczna, spokojna, delikatna,
  • wiele poświęcasz dla miłości.

Skąd w Azjatkach tyle uroku, jak to robią, że po czterdziestce mają cerę niemowlęcia? Otóż potrzebę dbania o urodę i wiedzę o tym, jak to robić, dziedziczą z pokolenia na pokolenie – czytam w książce Charlotte Cho „Sekrety urody Koreanek” (wyd. Znak 2016). Chroń twarz przed słońcem, oczyszczaj, nawilżaj, zdrowo jedz, unikaj stresu – właściwie wszystkie dobrze znamy te zasady. Ale... Azjatki mają zdecydowanie lepsze wyniki niż białe kobiety. Czy chodzi o geny? Cho zdecydowanie twierdzi, że nie, a ja sądzę, że chodzi o pewną filozofię. „Sekrety urody Koreanek” opisują cały proces krok po kroku. Jak pielęgnować skórę: od powolnego, dokładnego oczyszczania, ze szczególną czułością dla powiek, poprzez nawilżanie, aż do delikatnego makijażu, który jest a jakoby go nie było. Solidnie, codziennie, od chwili, gdy dziewczynka staje się dziewczyną, bynajmniej nie wtedy, gdy ujrzymy pierwszą zmarszczkę. Pielęgnacja i kult skóry staje się rytuałem, sztuką i przyjemnością. Wspiera ją dieta bogata w owoce morza, dużo wody i zielonej herbaty, minimum używek. Cho proponuje program „dbanie o skórę twarzy w dziesięciu krokach”. Owszem, kusi mnie dokładność, personalizacja, wyniki porannych i wieczornych działań przed lustrem, ale prawdę mówiąc, nie do zrobienia codziennie, przynajmniej dla mnie. Za to przekonuje mnie pasja i uważność dla swojej skóry i urody, którą kobieta dostała od natury.

Co biorę?

Szacunek dla twarzy wyrażany przy codziennej pielęgnacji. Owoce morza od czasu do czasu. Zmianę myślenia o chwilach spędzonych przed lustrem. Żegnajcie pac, pac kremem, pudrem i pośpiesznie nakładany tusz. To ma być zatrzymanie, miłe spotkanie ze sobą.

Słowiańska Dziewanna - piękno po polsku

Dziewanna – polska bogini miłości i wiosny, jej kamień szlachetny to biała perła, jej kolor to czerwień, nosi kwiecistą sukienkę, jest odwrotnością Marzanny. Lubi zmysły – w końcu to królowa lata, biegnie przez łąki z wierną suką i sarenką. Innymi słowy: wracamy do korzeni. Pielęgnacja słowiańska będzie dla ciebie idealna, jeśli:

  • chociaż raz w życiu miałaś ochotę upiec własnoręcznie chleb,
  • jesteś żywiołowa i ciekawa świata,
  • własna tradycja jest dla ciebie wartością,
  • zdarzyło ci się zbierać zioła, hodować miętę i majeranek,
  • kochasz lato i zwierzęta.

„Sekrety urody babuszki. Słowiański elementarz pielęgnacji” Ukrainki Raisy Ruder (wyd. Znak 2017) to nic innego jak znakomity poradnik domowego recyklingu i maksymalnego wykorzystania darów natury w zasięgu ręki i z własnego regionu. Babuszka autorki tego programu, także Ukrainka, była zielarką, słowiańską znachorką. Miała radę na wszystko: na sińce pod oczami, na zmarszczki, na porost rzęs, a nawet na szczęście w związku. Mnogość maseczek, jaką proponuje, przyprawia o zawrót głowy: maseczka przed balem absolwentów, przed randką, przed ważnym wystąpieniem, bociankowa, czyli dla pań w ciąży… Miksujemy oleje z przyprawami, truskawki, ogórki, czekoladę. Brzmi smakowicie i działa. Jestem z Podlasia, więc niektóre sposoby znam od dawna: piwo albo jajko na włosy, sok z cytryny, który działa jak pianka powiększająca objętość fryzury. Maseczka z ogórka lub ze startego jabłka na rozjaśnienie cery. Kompresy herbaciane na podpuchnięte oczy. Nowe było dla mnie zastosowanie aspiryny: jako przeciwłupieżowy dodatek do szamponu. Ciekawa baza produktów, bo podstawowe składniki magii babuszki to ziemniaki, woda, mleko, oliwa i jajka. Jakie to słowiańskie i odległe od awokado i imbiru… Chociaż babuszka nie gardzi egzotycznymi roślinami. Dlatego może być fajnie zaufać jej miksturom! Masz wątpliwość, czy warto ubijać w moździerzu zioła w czasach, gdy można kupić wszystko? Babuszka grozi palcem: kupujesz trzy razy drożej, w dodatku marnujesz resztki żywności.

Co biorę?

Inaczej będę patrzeć na skórki ogórka i łupiny cebuli, przynajmniej czasami. To nie tylko oszczędność – także wolność, bo nie zależysz od koncernów kosmetycznych, tylko od własnej kreatywności. Można w każdej chwili urwać się z codzienności, zamknąć w kuchni wśród naturalnych produktów i żyć naturalnie jak Dziewanna.

Piękna Europa

Mitologiczną Europę uważano za najpiękniejszą kobietę na świecie. Królewna była tak cudna, że bóg wszystkich bogów – Zeus – musiał ją mieć i porwał do groty na Krecie. My, Europejki, córy królewny, też będziemy piękne i pożądane, takie jak chcemy. Na koniec program uniwersalny adresowany do Europy. Jesteś nią, jeśli:

  • często i z przyjemnością używasz słowa „dziękuję”,
  • lubisz podstawy naukowe wszelkich teorii,
  • wierzysz w energię i potęgę miłości,
  • nie obawiasz się lustra, kartki i flamastrów. Uwaga – zupełnie nie musisz umieć rysować.

„Pokochaj swoje ciało w 30 dni” Małgorzaty Gąski (wyd. Fabryka Siebie) to książka i program, który odwołuje się do fizyki kwantowej i filozofii, którą znam z metody dwupunktowej. Wszystko jest energią, nasze ciało jest zbiorem wibrujących cząsteczek, możemy na nie wpływać z poziomu uczuć – a z tych najsilniejsza jest miłość i wdzięczność. Mamy tu do czynienia z dzienniczkiem wdzięczności, ale nastawionym na ciało. Myśl podstawowa: jakiekolwiek jest, zasługuje na podziw i wdzięczność. Według metody Ewy Gąski należy energię dobrego uczucia, nakierowaną na daną część ciała, łączyć z czynnością motoryczną: rysować! Całą siebie, kolejne części ciała, z wdzięcznością i marzeniem, jakie mogłyby być. Śladem wskazówek obdarzam uwagą i rysuję kolejno: oczy, usta, plecy, nogi, strefy intymne, dłonie, biodra. Każdej dziękuję. Brwiom, że chronią oczy i są właściwą tylko mi dekoracją twarzy. Plecom, że tak wiele noszą, skórze, że oddziela mnie od całego świata… Co mogę dla was zrobić? Plecy wyprostować, skórę nawilżać i karmić, stopy masować. I tak przez 30 dni.

Co biorę?

Osobistą odpowiedź na pytanie, za co siebie kocham i poczucie, że mam wpływ na swój wygląd i zdrowie. Dzienniczek wdzięczności? Znam od dawna, polecam. To naprawdę działa.

  1. Psychologia

Dorota Kotas: "Z zespołem Aspergera da się żyć. Wystarczy się tego nauczyć"

Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. (Fot. Marek M. Berezowski)
Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. (Fot. Marek M. Berezowski)
Chce pokazać, że dziewczyny w spektrum autyzmu istnieją i mają głos. Otworzyć nas na inny sposób widzenia świata i funkcjonowania. Jej książka „Cukry” to świadectwo tym ważniejsze, że z pierwszej ręki. Dorota Kotas opisuje w niej siebie i przekonuje, że z zespołem Aspergera da się żyć. Wystarczy się tego nauczyć.

Podobno dla dorosłych osób, u których rozpoznano spektrum autyzmu, diagnoza – spóźniona, ale wreszcie trafna – jest pewnego rodzaju wyzwoleniem. Czy tak było i z tobą?
Diagnoza była potwierdzeniem tego, że mój mózg działa trochę inaczej. Inaczej przetwarzam dane, potrzebuję jasnych zasad i komunikowania się wprost. Mam dużą nadwrażliwość. Czasami się przebodźcowuję, jest dla mnie zbyt głośno, zbyt intensywnie, zbyt blisko – potrzebuję się wtedy odsunąć. Diagnoza potwierdziła, że to jest okej. Nie jest to nienormalne, po prostu tak mam. Dobrze było usłyszeć, że jest na to nazwa – ASD – która tłumaczy moje zachowania i to, skąd się biorą. Ale zaraz potem przyszło zmierzenie się z tym, jak tę diagnozę odbierały inne osoby z mojego otoczenia. Bardzo często mówiły: „Nie, niemożliwe, to na pewno nie autyzm! Przecież jesteś dorosła, skończyłaś studia i piszesz”. Uznały, że przecież można się ze mną jakoś dogadać, więc to nie może być spektrum autyzmu.

Zespół Aspergera stwierdzono u ciebie, gdy miałaś 26 lat. To bardzo późno.
Długo szukałam właściwych terapeutów. Nie wszyscy potrafili ze mną pracować. To było trudne – trafić na kogoś, z kim mogłabym pracować, czując, że ma to sens i w czymś mi to pomaga. Zaliczyłam mnóstwo specjalistów, sprawdzając, jaki rodzaj terapii jest dla mnie najlepszy, i testując to, czy jakiś konkretny nurt u mnie zadziała, czy w ogóle nie chwyci i okaże się stratą czasu. Bliska była mi diagnoza depresji czy stanów lękowych, ale nie miałam jasnego pomysłu na to, skąd one mogą się brać i jak mogłabym sobie pomóc. Na jednej z konsultacji jako możliwy kierunek pojawiły się zaburzenia osobowości, to podobno częsty trop przed diagnozą spektrum, kiedy trzeba dopasować jakieś rozpoznanie, a nie bardzo wiadomo, jakie wybrać. Ale kiedy zaczęłam czytać o spektrum autyzmu, od razu obraz złożył się w całość i zauważyłam, że właściwie wszystko się zgadza.

Co takiego ci się zgadzało?
Piszę o tym sporo w „Cukrach”. Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam. Mam empatię i wyobraźnię, ale nie umiem do końca obchodzić się z ludźmi tak, jak należy. Dużo dzieje się u mnie w środku, za to niewiele wypływa z tego przeżywania na zewnątrz.
Dziewczynki trudno trafnie zdiagnozować, bo potrafią świetnie ukrywać swoje objawy, naśladować zachowania neurotypowych rówieśników i dostosowywać się do oczekiwań otoczenia.Tak są wychowywane. Starają się spełniać oczekiwania.

Czy z tobą było podobnie?
Myślę, że tak. Moi rodzice mieli ze mną liczne problemy. Nie do końca umieli obchodzić się z dzieckiem takim jak ja. Nasza komunikacja była pełna frustracji, czułam, że nie spełniam ich oczekiwań i nie jestem do końca taką córką, jakiej oni by chcieli. Mieszkaliśmy w małym mieście, więc nikt nie brał pod uwagę możliwości diagnostyki. Nie był to temat, o którym by się mówiło. W szkole, w mojej klasie, chłopcy przyciągali strasznie dużo uwagi dorosłych – nauczyciele bardzo zwracali uwagę na ich zachowanie; byli prawdziwym wyzwaniem, bo często się bili i byli głośni. Dziewczynki miały być po prostu tłem: być ciche i dobrze się uczyć. Nikt im się nie przyglądał i nie zastanawiał nad tym, co się kryje pod skorupką grzecznej dziewczynki, która nie sprawia zbyt wielu problemów i ma dobre oceny.

Chcesz pokazać, że nie tylko chłopcy cierpią na autyzm?
Dlaczego cierpią? To jest cecha, z którą się rodzisz – jedna z bardzo wielu cech stałych. Ta cecha nie jest dobra ani zła; w ogóle nie oceniam jej w tych kategoriach. Nie uważam, że chłopcy są częściej w spektrum. To, że częściej się ich diagnozuje, wiąże się z masą stereotypów i z błędnym założeniem, że ten temat nie dotyczy dziewczyn. Test ICD-10, który zawiera punktową skalę wskazującą prawdopodobieństwo bycia w spektrum autyzmu, jest ułożony pod chłopców. To na ich próbie były prowadzone pierwsze badania. W męskocentrycznym świecie – w którym tak naprawdę dopiero od niedawna dziewczyny mogą studiować albo podejmować decyzję o tym, z kim się zwiążą – kobiety bardzo długo nikogo nie obchodziły. Ta tendencja dopiero od niedawna zaczyna się zmieniać. Testy są skonstruowane dosyć stereotypowo. Kładą nacisk na zupełnie nietrafione rzeczy i są ułożone z myślą o dzieciach. Kiedy byłam diagnozowana, nowe kwestionariusze dla osób dorosłych były dopiero w budowie, choć istniały wersje po angielsku, które jeszcze nie zostały przetłumaczone i wdrożone do procesu diagnostycznego w Polsce. Byłam badana także takim testem, który był tłumaczony na bieżąco – dla uzupełniania standardowych narzędzi, ale miało to raczej pomocniczy charakter.

Według badań przeprowadzanych w szkołach dzieci w spektrum doświadczają nękania i fizycznej przemocy o wiele częściej niż ich neurotypowi koledzy.
Ja nie doświadczyłam tego osobiście. Ale widziałam, jak moi rówieśnicy traktują inne dzieci, które choć trochę odbiegają od normy: są zbyt ciche, niezdarne w grach zespołowych albo nie mają markowych ubrań. W mojej szkole było bardzo dużo przemocy. Niestety, nauczyciele też często byli przemocowi. To był ich sposób, żeby budować w dzieciach „szacunek”. Ja byłam mocno odcięta. Zajmowałam się pisaniem. Nie było mi potrzebne bycie w grupie najpopularniejszych dziewczyn w klasie. Chciałam tylko pisać i robić to jak najlepiej.

Dorota Kotas: 'Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam'. (Fot. Marek M. Berezowski)Dorota Kotas: "Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam". (Fot. Marek M. Berezowski)

Skąd ta potrzeba, żeby opowiedzieć o autyzmie? Chodzi o budowanie nowej tożsamości? A może to instrukcja obsługi?
Bardziej to sposób reprezentacji często pomijanego tematu. Spektrum u dziewczyn to przypadek, którego prawie nie ma w literaturze. Jeśli pojawiają się jakieś książki, to opowiadają głównie o chłopcach i są napisane z ich perspektywy. Moja książka to próba pokazania, że dziewczyny w spektrum istnieją i że mają głos. Otworzenie perspektywy na inny sposób widzenia albo trochę inny sposób funkcjonowania i sygnał, że to jest w porządku i że da się w ten sposób żyć, wystarczy się tego nauczyć.

Deklarujesz, że nie rozumiesz ironii, że lubisz jednoznaczne komunikaty. Ale w swojej książce z powodzeniem ironię stosujesz.
To kwestia wyuczenia się. Traktuję język jak narzędzie. Nauczyłam się, jak go używać. Wiem, że wszystko można wypracować. Kiedy przeczyta się odpowiednio dużo książek i ma się z tym narzędziem do czynienia na co dzień, cały czas, to w końcu się je opanowuje. Czasami dzieje się to z pewnym trudem, ale w końcu jakoś przejmuje się język i się go przyswaja. Traktuję też język jak grę. To jedno z moich obsesyjnych zainteresowań. Bardzo lubię zapisywać słowa i lubię, kiedy słowa są ładnie ułożone, w taki sposób, że wszystkie znajdują się na właściwych miejscach.

„Cukry” są rozliczeniowe, piszesz dużo o swojej rodzinie i dzieciństwie, i to bez cackania się.
W pierwszym wywiadzie, którego udzieliłam po napisaniu pierwszej książki [„Pustostany” – przyp. aut.], powiedziałam, że chyba nigdy nie napiszę o dzieciństwie, bo już nic nie pamiętam. Te moje słowa ciągle do mnie wracały. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i przypominać sobie, odbudowywać tę pamięć. Wydało mi się to ciekawe – spróbować przypomnieć sobie jak najwięcej z emocji, których kiedyś nie umiałam jeszcze nazwać ani nie wiedziałam, co z tymi emocjami zrobić.

Z jakiego powodu konfrontujesz się z rodziną?
Nigdy nie podobał mi się mit świętości rodziny, nie czułam tego. Tak naprawdę trafiają nam się przecież przypadkowe osoby, które są naszymi rodzicami, i bywają zupełnie innymi osobami niż my. Czasami mają zupełnie inne poglądy, zupełnie inny sposób życia, smakują im zupełnie inne rzeczy i zupełnie inne rzeczy im się podobają. Nie widzę racjonalnego powodu, żeby utrzymywać kontakt i żeby się lubić, jeśli różnic jest zbyt dużo i jeśli z ich powodu jesteśmy dla siebie skrytymi wrogami. Nie czuję tego konceptu, że mam mieć rodzinę i być z nią związana na całe życie. Moja rodzina to osoby zbyt różne ode mnie. Jest między nami przepaść, dlatego wybieram sobie inną rodzinę, która bardziej mi odpowiada i jest rodziną z wyboru. Taki dom, w którym najbliżej są przyjaciele, jest po prostu zdrowszy.

Wydajesz się szalenie niezależna.
Od dzieciństwa nie pozwalałam narzucić sobie tego, w co będę ubrana ani co będę jeść. W wieku dziesięciu lat zaczęłam sama gotować. Robiłam sobie kaszę wymieszaną z ryżem i przyprawą do kurczaka albo makaron z vegetą, bo zdecydowałam, że nie będę jadła kotletów, mięsa, tego, co rodzice mi dają. Wydaje mi się, że moi rodzice w którymś momencie po prostu ze mnie zrezygnowali i zauważyli, że nie mogą tego opanować. Że jestem zbyt uparta na to, żeby mnie zatrzymać. Oczywiście podejmowali jakieś próby, które zresztą opisuję, ale to było skazane na porażkę, bo moja potrzeba robienia tego, co chcę, jest zbyt duża, żeby ktoś mógł ją zatrzymać.

Masz poczucie, że przed diagnozą udawałaś kogoś innego, niż jesteś?
Tak, bo bardzo chciałam, żeby wszyscy mnie polubili. Dlatego bardzo starałam się być taka jak wszyscy, postępowałam wobec siebie dosyć brutalnie. Sprawdzałam, czy mogę być przebojowa i pewna siebie oraz czy stanę się taka, jeśli będę udawać, że taka jestem. Później bardzo chciałam, żeby wszyscy mnie podziwiali. Pragnęłam pochwał i uznania. Ale już ich nie chcę. Teraz moje marzenia są takie: chcę zasypiać wieczorami bez wielu godzin przewracania się w łóżku i myślenia o wszystkich złych rzeczach oraz budzić się wypoczęta i pełna energii. Chcę być dla siebie dobra i znaleźć w tym spokój.

Jesteś minimalistką?
Nie, dlaczego? Myślę, że to bardzo duże marzenie i trudne w realizacji.

Pokutuje silne przekonanie, że osoby w spektrum są pozbawione empatii. Nie do końca tak jest.
Można mówić o różnicach w sposobach reagowania. O trudności w wyrażaniu emocji w sposób, który jest społecznie akceptowalny i zgodny z tymi wszystkimi normami zachowania wyznawanymi przez ogół społeczeństwa. Kiedy ktoś mówi mi, że jest smutny, to nie mam odruchu, żeby powiedzieć mu: „ojeeej, ojej”, i po prostu pobyć z tą osobą. Zamiast tego chcę natychmiast znaleźć jakieś rozwiązanie i myślę, jak mogę pomóc, przerwać ten stan. Reaguję na emocje, raczej działając, niż rozmawiając o tym. Tak jest w moim wypadku, ale to pewnie też nie jest reguła. Nadal jestem dosyć słaba w emocje i duży problem sprawia mi to, że ludzie często coś innego mówią, a inaczej czują albo myślą, że są w tym tak duże rozbieżności. Albo że ktoś mówi jedno, ale ma na myśli coś innego. I nie sposób się w tym odnaleźć, a jednak oczekuje się ode mnie empatii i zrozumienia – to straszny paradoks!

A jak jest z własnymi uczuciami, dobrze je czytasz?
Nie jestem pewna. Bardzo dużo wyczytuję z ciała. Nie wiem, skąd neurotypowe osoby wiedzą, że czują się w określony sposób. U mnie wszystko przepływa przez ciało. Wiem, że jeżeli czuję sztywność rąk, to znaczy, że jestem zdenerwowana, a kiedy mam odruch poruszania się, to jest we mnie napięcie. Ale często te reakcje przychodzą z opóźnieniem i to bywa problematyczne. Ponieważ nie zawsze czuję od razu, że coś się wydarzyło, tylko odkłada się to we mnie i ta świadomość przychodzi po czasie. Bardzo dużo dała mi joga i to, że nauczyłam się kontaktu z ciałem. Umiem teraz je zeskanować i zauważyć różnicę w jego strukturze albo precyzyjnie zlokalizować miejsce, w którym odłożyło się napięcie. Czasami wiem też, co mam zrobić, żeby je z siebie wyrzucić. Wentylem dla napięcia są stimy, zachowania takie jak trzepotanie rąk czy miarowe stukanie nogą. Z drugiej strony to naraża na stygmatyzację.
W reklamach tak zwanych terapii leczących autyzm mówi się często o wyciszaniu niepożądanych zachowań, które są źle widziane. Ja bardzo chciałabym być spontaniczna i robić wszystko, na co mam ochotę – i iść za tym, co pojawia się w moim ciele, czego ono potrzebuje. Ale mam blokady związane z wychowaniem i z tym, że nie wolno. Staram się jednak pilnować tego coraz mniej. Nie wiem, dlaczego miałabym nie robić czegoś, co mi pomaga, czego potrzebuję. A jednak prawie każdy swój ruch wykonuję z przyzwyczajenia z ogromnym namysłem.

Mówi się, że osoby w spektrum są odrzucane społecznie, choć pragną kontaktów. Często wycofują się też z relacji, jeśli spotkał je zawód.
Wydaje mi się, że trzeba znaleźć właściwych ludzi, którzy do nas pasują, z którymi się rozumiemy. To jest dość skomplikowane w wypadku każdej osoby. Ale w czasach Internetu to jest do zrobienia. Można łatwiej znaleźć właściwe osoby i nie trzeba od razu patrzeć sobie w oczy.
Nie czuję się samotna, ale też nie potrzebuję bardzo wielu relacji. Dużo dają mi książki. Nie potrzebuję być w bezpośrednim kontakcie, codziennego spotykania się ani dzwonienia. Wystarcza mi sama świadomość, że mam bliskie osoby. Czasami wystarcza mi, że rozmawiamy raz na pół roku. Nie jestem w tym zakresie bardzo wymagająca.

Kluczem do przyjaźni jest podobieństwo?
Niekoniecznie, raczej dogranie się, przystawalność do siebie, zgodność energii. Relacje są trudne, ale da się je „zrobić”, w przypadku gotowości obu stron do tego, żeby rozmawiać.

Przyznajesz się do tego, że dużo rzeczy wyzwala w tobie strach. Jak udaje ci się z nim walczyć?
Nie jestem pewna, czy walczę ze strachem. To w moim życiu coś niezmiennie obecnego, jakaś stała jakość. Może po prostu uczę się go obsługiwać. Strach jest we mnie prawie cały czas. Robię tyle, ile mogę, żeby było dobrze. 

W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się  druga książka Doroty Kotas „Cukry”.(Fot. materiały prasowe)W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się druga książka Doroty Kotas „Cukry”.(Fot. materiały prasowe)

Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się jej druga książka „Cukry”.

  1. Psychologia

Jakie cechy, według nas, są najważniejsze w związku?

Nie tylko poczucie humoru! W głębszej relacji liczą się także inne cechy... (fot. iStock)
Nie tylko poczucie humoru! W głębszej relacji liczą się także inne cechy... (fot. iStock)
Kiedy przeglądam czasami profile na portalach randkowych, aby zorientować się w waszych oczekiwaniach, stwierdzam, że bardzo często jako pożądaną i ważną cechę u partnera wymieniacie poczucie humoru. To oczywiste. Poczucie humoru to umiejętność zażartowania z niezręcznej sytuacji, sympatyczny uśmiech, rozładowujący napięcie z powodu gafy lub nieoczekiwanej ciszy, dystans do własnej osoby...

Czas spędzany z osobą traktującą życie aż nazbyt serio, pozbawioną owej lekkości bytu, która pozwala obrócić wszystko w żart, to dla odmiany randkowy koszmar numer jeden. Jednak okazuje się, że gdy myślimy o poważnym związku, samo pogodne usposobienie nie wystarczy.

Poczucie humoru w nadmiarze

- Kiedy poznałam Jacka – opowiada Mirella, 34-letnia specjalistka HR – byłam nim zauroczona. Poznaliśmy się przez internet. Na pierwszą randkę poszłam z wieloma obawami, ale Jacek okazał się wesołym kompanem, bezproblemowym i miłym facetem. W dodatku całkiem przystojnym. Pierwsze lody szybko stopniały, bo żartował i sprawił, że świetnie się bawiłam. Akurat zbliżały się wakacje, dni stały się coraz dłuższe i cieplejsze, więc większość wieczorów spędzaliśmy wspólnie i pamiętam, że nie raz śmiałam się do łez. Kiedy zapoznałam go ze znajomymi, zrobił na nich bardzo dobre wrażenie. Pomyślałam, że z kimś takim życie jest lepsze, bo pełne pozytywnych emocji. Po kilku miesiącach zamieszkaliśmy razem i niestety, już nie jestem taka pewna, że chcę z nim być. Czy się zmienił? Nie! Jest taki, jaki był wcześniej. Przylepia zabawne liściki na lodówce, kiedy się mijamy. Nadal mnie rozśmiesza i ma zawsze dowcipny komentarz do sytuacji, które dla kogoś innego byłyby irytujące.

O co więc chodzi? O to, że poza poczuciem humoru, nie ma w nim tego wszystkiego, czego potrzebuję. Kiedy chcę porozmawiać o naszej przyszłości, Jacek mówi coś zabawnego. Kiedy potrzebuję się wyżalić, robi śmieszną minę i tym podobne. Mam wrażenie, że to jego sposób na życie. Podchodzi do życia lekko, a ja czasem potrzebuję zmienić klimat i poczuć, że jesteśmy razem na serio – kończy Mirella.

Jakie cechy są ważne w partnerstwie?

Myślę, że poczucie humoru to znakomity kapitał na pierwszą randkę, początek związku, a także na jego kontynuację. Jednak we wspólnym życiu cenimy te cechy partnera, które pozwalają nam czuć się bezpiecznie, być sobą i mieć poczucie, że jesteśmy wysłuchani i zrozumiani.

Oto cechy, które przeważają w rozmaitych sondach na temat relacji. Ja starałam się na ten temat bardzo często rozmawiać z osobami, z którymi pracuję nad jakością związków.

Odpowiedzialność – ponieważ dzięki niej ciężar najróżniejszych życiowych obowiązków rozkłada się symetrycznie. Nie ma nic gorszego niż poczucie, że na nas spoczywa cały ciężar wspólnej egzystencji.

Opiekuńczość – miło jest wiedzieć, że jest ktoś, kto choć nie jest naszym rodzicem, chce się nami opiekować i myśli o nas.

Pracowitość – życie większości z nas wypełnione jest obowiązkami. Dbałość o wspólny dom, ogród, samochód, do tego praca zawodowa… Ta codzienność nie jest niczym uciążliwym, jeśli dbamy o nią wspólnie. Jednak partner, który zrzuca na nas prace, których nie chce mu się samemu wykonać, to niezbyt pociągająca perspektywa.

Wyrażanie uczucia – nie musi mówić „kocham" siedem razy dziennie. Szczerość uczucia objawia się wzięciem za rękę na spacerze, spojrzeniem, przytuleniem, czułym przezwiskiem… Jest też mnóstwo innych możliwości. Partner, który nie mówi i nie wyraża swojej miłości (choć niewykluczone, że kocha głęboko) pozbawia nas wielkiej, emocjonalnej przyjemności.

Zaradność życiowa – nie chodzi o nic szczególnego… ot, wyszukanie dobrej i niedrogiej oferty wakacyjnej nad morzem, aktywność w sytuacji, gdy trzeba zmienić koło w samochodzie, zrobić mały remont, zasilić rodzinny budżet. Parter, który nie załamuje rąk, tylko działa, ma dobre notowania.

Wrażliwość, empatia – chodzi nie tylko o te cechy w naszej relacji, ale także o stosunek do ludzi, zwierząt, przyrody. Tę cechę także cenimy wysoko u partnerów.

Inteligencja – co ciekawe, nie chodzi tu o wykształcenie, bo ono plasuje się na niższej pozycji, tylko o zdolność pojmowania, mądrego reagowania, właściwego oceniania oraz również o inteligencję emocjonalną.

Otwartość emocjonalna – czyli z kolei dzielenie się z partnerem rozmaitymi uczuciami. Gdy tego nie robimy, zwykle towarzysząca nam osoba czuje się odsunięta i między nami powstaje mur.

Atrakcyjność seksualna – bez tego nasz związek nie byłby przecież pełny. Nie znajduje się na najwyższej pozycji w rankingu, ale jest to bardzo ważny element relacji i warto o niego zadbać.

To cały czas dopiero początek listy. Może dopiszecie do niej cechy partnera, które wy uważacie za najważniejsze?

Joanna Godecka: dyplomowany life coach, trener i praktyk Integracji Oddechem, należy do International Association of Coaching w Maryland.

  1. Seks

Toksyny zatruwające radość z seksu – skąd się biorą i jak bronić się przed ich wpływem

Mając pełną akceptację siebie i partnera, możemy się kochać całą noc – ale też tylko kwadrans. Nie musimy się z nikim ścigać. (Fot. iStock)
Mając pełną akceptację siebie i partnera, możemy się kochać całą noc – ale też tylko kwadrans. Nie musimy się z nikim ścigać. (Fot. iStock)
Zdrada, niespełnienie w związku, poczucie winy lub krzywdy to toksyny, które zatruwają radość z seksu. Coach Maciej Bennewicz pokazuje, skąd się biorą i jak się bronić przed ich wpływem.

Seks może być trujący?
Relacje intymne często bywają niesłychanie trudne, skomplikowane i obciążone różnymi toksynami. I wynika z nich wiele kłopotów. Kluczowa jest tu koncepcja trzech elementów miłości według prof. Bogdana Wojciszke: intymności, namiętności i zaangażowania. Jeśli któregoś z tych czynników brakuje lub gdy są zakłócone, to powstają dysproporcje, które nazwiemy właśnie toksynami.

Jakie toksyny mogą powstać z zaburzenia harmonii tych czynników?
Na przykład zdrada. Jest jedną z najbardziej zabójczych trucizn. W naszej obyczajowości lojalność i zaufanie wobec partnera są niesłychanie ważne. Zdrada to absolutne ich naruszenie. Powoduje zburzenie jednego z podstawowych filarów relacji erotycznej i miłosnej: intymności. Do zdrady dochodzi najczęściej wtedy, kiedy między partnerami szwankują intymność i namiętność, a zostaje zaangażowanie. Mają wspólny kredyt, dom, dziecko, nie myślą o zakończeniu związku. Ale stracili już nadzieję na znalezienie w ramionach bliskiej osoby tego, czego potrzebują, więc szukają namiętności i intymności na zewnątrz. To naturalny odruch, bo każdy pragnie zaspokoić wszystkie trzy potrzeby.

Inna toksyna to oziębłość – emocjonalna bądź seksualna, czyli różna gradacja odrzucania partnera. Zwykle robimy to podświadomie, by ukarać drugą osobę.

Czyli manipulujemy seksem?
Używanie seksualności w celu zmanipulowania drugiej osoby to silna trucizna. Częściej jest stosowana przez kobiety, potwierdzają to zresztą badania, m.in. prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza. Kobieta mówi np.: „Będzie seks, jak skosisz trawę. Nie skosiłeś, nie masz na co liczyć”. Kiedy seks staje się monetą przetargową, ona przestaje czerpać z niego przyjemność, a on – satysfakcję. Oboje mogą nawet mieć orgazm, ale jednocześnie na głębszym poziomie pojawia się poczucie, że nie o to chodziło. I coraz rzadziej im się chce, bo po co powtarzać doświadczenie, które jest rozczarowujące? Poza tym wrażenie, nawet podświadome, że jest się manipulowanym, zabija lojalność, nieskrępowanie, odwagę.

A mężczyźni? Nie manipulują seksem?
Też manipulują i robią to w celu zamanifestowania lub uzyskania władzy. To także zatruwa i pozbawia seks jego naturalnego sensu. Ale mężczyźni robią to rzadziej, bo generalnie mają poczucie, że mogą sobie pozwolić na pełną ekspresję swojej seksualności, także bez zobowiązań. Poza tym mają większą łatwość oddzielania różnych ról: kochanka, partnera, szefa czy kolegi. I nawet jeśli w roli kochanka czasem manipulują, to jako partnerzy wciąż czują się w porządku. Kobiety są tu w gorszej sytuacji: ich seksualność jest silnie zidentyfikowana z ich „ja” i spleciona z różnymi społecznymi rolami. I tu dochodzimy do kolejnej trucizny: wpływu środowiska.

Czyli szeregu przekonań zaburzających czerpanie przyjemności z seksu?
Od otoczenia, w którym dorastamy, dostajemy komplet dość sztywnych skryptów myślowych typu: „tego nie rób, tamtego nie wypada, tego nie wolno”, które nierzadko dotyczą właśnie strefy seksualnej. Ponieważ najbardziej restrykcyjne są wobec kobiet, to często właśnie u nich są przyczyną hamowania libido. Negatywny wzorzec często utrwalają pierwsze doświadczenia seksualne, a potem nieudane pożycie małżeńskie: gdy zmienia się w rutynowe, automatyczne i przez to niesatysfakcjonujące. Paradoksalnie to właśnie taki seks staje się dla kobiety strefą komfortu: zachowania seksualne są przewidywalne, a więc bezpieczne, rezygnacja ze swojego szczęścia wydaje się właściwą drogą życiową. Ale najważniejsze jest to, że one same nie wiedzą, czego mogłyby się spodziewać po seksie.

Mężczyźnie jest łatwiej, jego ku przyjemności pcha biologia. A kobieta, jeśli sama nie poszuka, nie spróbuje – nie ma szans na takie doznania. Dlatego tak ważne jest poznawanie własnego ciała, pozwalanie sobie na myślenie o seksie i niekarcenie się za „brudne” myśli. I rozmowa o seksie, łóżkowa komunikacja.
Nie warto kupować wibratorów czy kulek gejszy, póki nie nauczymy się komunikować z partnerem. Bez komunikacji nie ma udanego seksu. Im więcej partnerzy ze sobą rozmawiają i informują o swoich potrzebach, tym lepszymi kochankami się stają. Tymczasem u nas rozmowa o seksie wciąż jest czymś kłopotliwym, o „tych sprawach” się po prostu nie mówi. Przekaz edukacyjny jest fikcją. Panuje hipokryzja. A seksualność to dialog dwojga ludzi. Ale z rozmową będzie ciężko, jeśli nie pokonamy kolejnej toksyny: sposobu myślenia o płci. Szczególnie ważne jest, by myśleć o własnej płci, że jest OK. I stwierdzić: „twoja płeć także jest OK”. Wszystkie inne obrazy płci, które własną płeć przedstawiają jako niedostatecznie dobrą, a tę drugą jako obcą, wnoszą w związek stereotypy silnie zakłócające seksualność.

A czy toksyną jest patriarchalna kultura?
Jak najbardziej, i ma poważne konsekwencje: dosłownie wywraca naszą seksualność do góry nogami. Właściwe zachodniej kulturze myślenie jest obciążone maskulinizmem, patriarchalizmem i wszystkimi grzechami męskości. Objawem tego jest współczesna popkultura, w której seksualność jest skierowana do mężczyzn, a kobieta, jej uroda, ciało i wdzięk, są towarem. Ona ma być uwodzicielką, wabiącą, intrygującą i przyciągającą mężczyznę. A to jest zupełnie sprzeczne z dynamiką gry miłosnej i intymności. Mężczyźni szybciej i łatwiej się podniecają, dochodzą do pełnej rozkoszy i rozładowania. Kobiety, aby się podniecić, potrzebują dużo więcej czasu, bodźców, elementów gry miłosnej i zachęty. A zatem, by w sypialni było dobrze, powinno być odwrotnie: to mężczyźni mają wabić, nęcić i uwodzić, starać się, budować nastrój – a kobiety ulegać. I wszyscy będą zadowoleni.

O, to raczej mało popularne podejście.
Owszem, to teza pod prąd zakorzenionym wzorcom i nawykom kulturowym – a często nawet samym kobietom, które uwewnętrzniły rolę uwodzicielek. Ale to prawda: psychoseksualnie i biologicznie mężczyźni są znacznie prostsi, nawet ich układ nerwowy jest mniej złożony. Kobieta jest bardziej skomplikowana, jej układ nerwowy jest podatniejszy na emocjonalność, odczuwanie niuansów. I to na nią powinny być nakierowane starania w sferze erotyki. Może wtedy byłoby mniej kolejnej toksyny: ciemnej triady, jaką jest krzywda, wina i „krzywdowina”.

Dwie pierwsze rozumiem, ale ta trzecia?
„Krzywdowina” to sytuacja, gdy wobec jednej osoby ma się poczucie jednocześnie winy i krzywdy. Na przykład on myśli: „Za mało dbam o swoją żonę. Ostatni raz pomyślałem o niej czule tydzień temu, a w łóżku też myślę raczej o sobie. Mam poczucie winy, że się nią nie zajmuję. Ale ona też o mnie nie dba. Powiedziała, że jestem wredny. Nie zauważyła moich czułych gestów i nie zrobiła mi kanapek do pracy”. Ta toksyna powoduje, że jesteśmy ze sobą blisko, ale tak jakbyśmy byli skrępowani drutem kolczastym – każdy ruch powoduje ból. I żaden ruch nie jest dobry, bo może być zinterpretowany jako kolejna krzywda lub wina.

I co tu zrobić?
Coaching podpowiada: dopóki opierasz swoje relacje na strukturze ciemnej triady, zwalniasz się z odpowiedzialności. Przestajesz więc mieć wpływ na swoje życie seksualne. Pozwalasz, by się przydarzało, nie masz wpływu na jakość, ilość ani na to, co z niego wynika. Trzeba odejść od nieustannego porównywania, co kto zrobił czy powiedział. Za to pielęgnować świadomość, że w relacji jesteśmy współzależni. Bo oboje coś wnosimy do związku. W niektórych obszarach się spotykamy i jest nam cudownie, ale są obszary, w których idziemy osobnymi drogami. I tak też jest dobrze. Razem dajemy sobie nową jakość, ale się nie „pożeramy” nawzajem. Związek jest wspólną decyzją. Kiedy mamy tego świadomość, nie ma miejsca na krzywdę czy winę.

Taka dojrzałość pozwala się wyzwolić spod dyktatu sprawności seksualnej. Nie musimy się z niczym mierzyć, z niczym ścigać – z żadnym wzorcem czy wytyczną. Mając pełną akceptację siebie samych i partnera, możemy się kochać całą noc – ale też kwadrans, jeśli chcemy. A kiedy nie mamy już nic do udowodnienia, każde doświadczenia jest po prostu dobre.

Maciej Bennewicz, coach, trener, pisarz, autor licznych poradników, m.in. książki „Seks trujący, seks doskonały”.

  1. Psychologia

Kłopoty z wolnym wyborem według Hanny Samson

Miło, jeśli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. Dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. (Fot. iStock)
Miło, jeśli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. Dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. (Fot. iStock)
Dla wielu z nas wolność jest ważną wartością, jednak na co dzień często tkwimy w pułapce powinności i lęku przed opinią innych. Zamiast podążać za swoimi pragnieniami, wolimy spełniać to, czego oczekuje od nas świat. Gdzie leży problem – zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

Praca z grupą kobiet na platformie Zoom różni się zdecydowanie od tej w realu, ale problemy, z którymi się mierzymy, są podobne.

– W waszych wypowiedziach znacznie częściej padają słowa „powinnam” i „muszę” niż „pragnę” czy „chcę” – zauważyłam na ostatnim spotkaniu. Kobiety nie były zdziwione.

– No jasne! Dzieci, praca, dom, nie mam czasu na jakieś chcenia – oburzyła się Krysia. – A gdybyś miała czas, to co byś chciała zrobić? – zapytałam. – Nie wiem, nawet o tym nie myślę. – Może warto się nad tym zastanowić? Z badań wynika, że pod koniec życia ludzie częściej żałują tego, czego nie zrobili niż błędów popełnionych w działaniu. Co byście chciały zrobić, żeby nie żałować tego zaniechania w przyszłości? – Chciałabym zmienić zawód – mówi Mirka. – Często o tym myślę, ale nikt by tego nie zrozumiał, mąż by się nie zgodził, muszę trwać. – A ty rozumiesz to swoje pragnienie? – Jasne, że tak. Jestem księgową, bo mama chciała, żebym miała dobry zawód, więc mam. I mam stabilną pracę, nieźle zarabiam. Na początku nawet to lubiłam, ale od kilku lat bardzo się męczę. Gdy pomyślę, że całe życie mam siedzieć w tych fakturach i rachunkach, robi mi się słabo. Mam 38 lat, a marzę o emeryturze, chcę, żeby moje życie już minęło – Mirka uśmiecha się smutno.

Dobrze wie, co chciałaby robić, gdyby nie była księgową. Uwielbia projektować i szyć ubrania, skończyła liceum plastyczne, chciała iść na ASP. Czasem uszyje coś sobie albo córce, ludziom się bardzo podoba, mogłaby się tym zajmować na szerszą skalę, ale mąż tylko puka się w głowę: „Zwariowałaś? Jak się ma dobrą pracę, to należy się jej trzymać”. Nawet gdyby przez jakiś czas mniej zarabiała, nic by się nie stało, a zawsze znajdzie pracę jako księgowa. Ale jej mąż nie chce o tym słyszeć, nie lubi zmian, a poza tym boi się, że Mirka nie będzie miała czasu dla domu.

Czas dorosnąć

– Marzę o emeryturze, bo wreszcie będę mogła robić to, co kocham – wzdycha na koniec Mirka. – A do emerytury to mąż kieruje twoim życiem, a nie ty – mówię. – Skoro jesteśmy razem, to nie mogę sama decydować – oponuje. – A on może sam decydować o twojej pracy? On nie chce, żebyś ją zmieniała, więc nie zmieniasz. Najpierw mama wybrała ci zawód, teraz mąż nie pozwala ci go zmienić. Co by się stało, gdybyś odeszła z pracy bez jego zgody? – Mielibyśmy ciche dni albo awantury, włączyłby mamę, z pewnością byłby niezadowolony… – Skoro zadowolenie męża jest ważniejsze od twoich pragnień, to rzeczywiście musisz czekać do emerytury – stwierdzam z nadzieją, że to zdanie będzie w niej pracować.

Jeśli nie robisz czegoś, co chciałbyś zrobić, ponieważ boisz się opinii innych, to oddajesz im kontrolę nad swoim życiem i tak naprawdę nie jesteś dorosły.

Jest taka przypowieść o ojcu i synu, którą już kiedyś tu opowiadałam, bo pasuje do wielu sytuacji. Rzecz dzieje się gdzieś w odległej wsi, syn przychodzi do ojca i mówi: „Ojcze, jestem już dorosły, chciałbym odejść z domu i założyć własne gospodarstwo. Czy zgadzasz się na to?”, „Nie, jeszcze nie czas, synu” – odpowiedział ojciec, więc syn został w domu. Po roku znów młody mężczyzna zadał to samo pytanie i otrzymał tę samą odpowiedź. W kolejnym roku rozmowa wyglądała tak samo, ale gdy się skończyła, ojciec zapłakał: „Czy on nigdy nie dorośnie i po prostu nie odejdzie z domu, zamiast pytać mnie o pozwolenie?”.

Nie, nie spodziewam się, że mąż Mirki czeka z utęsknieniem, aż ona zdecyduje o zmianie pracy. Rzecz jedynie w tym, że dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. Nie oczekuje, że inni będą z niego zawsze zadowoleni i będą myśleć tak samo jak on.

Trudno być zołzą

Moja przyjaciółka Aśka na piątym roku studiów urodziła dziecko. Mąż był już po studiach, pracował w placówce wychowawczej i utrzymywał rodzinę, Aśce została do napisania praca magisterska. Znam wiele kobiet, które po urodzeniu dziecka odłożyły zrobienie dyplomu na kilka lat, czasem okazywało się, że na zawsze. Aśka napisała swoją pracę w terminie. Nim zaszła w ciążę, ustalili z mężem, że obydwoje chcą mieć dziecko i będą się nim wspólnie zajmować. Wkrótce po porodzie umówili się na dyżury przy dziecku. Mąż miał zmienny grafik w pracy, więc do niego dostosowywali godziny opieki nad Zosią. Każdy dzień dzielili sprawiedliwie, ten, kto miał popołudnie, miał też noc. Mąż wychodził do pracy, Aśka zostawała z córką, a gdy wracał, zamykała się w pokoju i pisała magisterkę. Ale w pracy jak to w pracy, czasem coś wypadnie i człowiek wraca później. Aśka to rozumiała, jednak nie zamierzała rezygnować z równego podziału. Zapisywała każdą godzinę spóźnienia i mąż miał dłuższe dyżury w weekendy, ona miała wtedy wolne. Mąż oczywiście się buntował, ale Aśka wychodziła z domu lub zamykała się w swoim pokoju, a on zostawał z dzieckiem.

A że nie działo się to w próżni, każdy miał swoje zdanie na ten temat i byliśmy w tym zadziwiająco zgodni. Dyżury? Co to za pomysł?! Postawa Aśki bulwersowała całe nasze środowisko, wszyscy próbowaliśmy jej tłumaczyć, że to wcale nie jest sprawiedliwe, przecież on pracuje, a ona może pisać swoją pracę, kiedy chce, ale Aśka była nieugięta. Wszyscy współczuliśmy Tomkowi, że jego żona okazała się zołzą, a Aśka trwała przy swoim, choć z pewnością nie było jej łatwo.

– Przecież po obronie ja też pójdę do pracy – wyjaśniała. – I wtedy co? Jego praca także będzie ważniejsza od mojej? Kiedy Zosia zachoruje, to zawsze ja będę brała wolne? Jeśli jemu się przedłuży praca, to nie odbierze jej ze żłobka, tylko ja rzucę swoją i pobiegnę po nią? No hej, to jest nasze wspólne dziecko, więc co w tym dziwnego, że obydwoje tyle samo się nim zajmujemy?

Niby nic, ale nie byliśmy przekonani. Za to Aśka zaraz po obronie poszła do pracy i mogła się w nią angażować w takim samym stopniu jak Tomek w swoją. Dziś już nie muszą nic sztywno ustalać, bo Zosia jest dorosła, a oni obydwoje w równym stopniu angażują się w życie domowe, tworzą naprawdę partnerskie małżeństwo.

Czy byłoby tak, gdyby Aśka tak twardo nie egzekwowała zawartej umowy? Gdyby uległa presji społecznej i odpuściła na jakiś czas? Nie wiem. Ale znam wiele początkowo partnerskich związków, które po pojawieniu się dziecka zmieniają się i bardzo trudno to potem odkręcić. On zarabia, ona zajmuje się dzieckiem i domem – taki układ też można uznać za partnerski, tyle że tworzy podwaliny do nierówności. Dzieci podrastają, ona wraca do zawodu, ale jej odpowiedzialność za dom i dzieci się nie zmienia. Mąż czasem jej pomaga, ale właśnie: pomaga, w jej utrwalonym już zakresie obowiązków. Zdarza się też, że ona w ogóle nie idzie do pracy, bo w domu ma co robić przez długie lata.

Nasze decyzje, nasza odpowiedzialność

Iza ma 57 lat, nie pracuje i właściwie nigdy nie pracowała zawodowo, jeśli nie liczyć udzielanych czasem dzieciom znajomych korepetycji z niemieckiego. Na szczęście pieniędzmi nie musi się przejmować, mąż zarabia wystarczająco. Poznali się na studiach, mają czworo dzieci, najmłodsza córka Julka ma już 17 lat i myśli nad wyborem kierunku studiów.

– Rozmawiali o tym z mężem, podeszłam i chciałam się włączyć, zaczęłam zdanie, że ja uważam..., a wtedy córka przerwała mi, kpiąc, że ja nawet rachunków nie potrafię zapłacić, więc co niby wiem! A więc tak mnie widzi moja córka? – w oczach Izy pojawiają się łzy. – A ty jak siebie widzisz? – zapytałam. – Zupełnie inaczej! – Czyli jak? – nie ustępuję. – Byłam świetną studentką! Miałam propozycję pracy na uczelni! Zrezygnowałam z innych pomysłów na życie, żeby zająć się domem i dziećmi. Uważałam, że powinnam tak zrobić, żeby dzieci były zadbane. Mąż też tego ode mnie oczekiwał! Latami robiłam wszystko, żeby byli ze mnie zadowoleni, byłam na każde skinienie. A w oczach mojej córki jestem nikim! – Żyłaś tak, jak uważałaś, że powinnaś żyć. – Tak! I byłam szczęśliwa, że oni są szczęśliwi dzięki mnie! Byłam pewna, że doceniają to, co robię. A teraz coraz mniej mnie potrzebują. W domu została tylko Julka, wnuki mieszkają daleko, już nie jestem nikomu potrzebna. – Już nie masz tylu powinności, możesz żyć, tak jak chcesz. – Czyli jak? – pyta Iza niepewnie. – Tak, żebyś ty była zadowolona, a nie inni.

Iza milczy przez dłuższą chwilę, w końcu zaczyna mówić: – Koleżanka zaprasza mnie do domu nad morzem, ale oczywiście odmówiłam, bo przecież mąż pracuje, a córka się uczy. Ale chyba mogą sobie sami poradzić przez kilka dni? Tak bardzo chciałabym zobaczyć morze. Myślisz, że to dobry pomysł? – A co cię obchodzi, co ja myślę? – Iza patrzy zdziwiona, a po chwili wybucha śmiechem. – Ważne jest to, co ja myślę, prawda... – Pytasz czy stwierdzasz? – Stwierdzam, bo wiem, że ważne jest to, co ja myślę, to przecież moje życie. Inni niech sobie myślą, co chcą. – A czy mąż się zgodzi na twój wyjazd? – zadaję jeszcze pytanie podchwytliwe, ale Iza nie daje się zwieść. – On mnie nie pyta, kiedy jedzie w delegację, tylko mówi. Ja też go oczywiście poinformuję – odpowiada ze śmiechem.

Miło, jeżeli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. W końcu to my ponosimy za nie odpowiedzialność.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.