1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czas na na drugą, wielką miłość

Czas na na drugą, wielką miłość

Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. (Fot. Getty Images)
Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. (Fot. Getty Images)
Rozstanie nie musi oznaczać końca świata. To szansa na stworzenie nowego związku, w którym będziemy bardziej w zgodzie ze sobą. Pod warunkiem że wcześniej odrobimy lekcję i wejdziemy w niego świadomi własnych potrzeb i wartości. Jak zacząć śnić swój własny sen o miłości, pytamy coach psychologii procesu - Agatę Gebhardt.

Często opiewamy pierwszą miłość i pierwsze zauroczenie, ale ono rzadko okazuje się tym na zawsze, więc wchodzimy w kolejny związek. Czy to znaczy, że łatwiej go zbudować, bo wcześniej przerobiliśmy lekcję pierwszego? Czy za każdym razem rozpoczynamy od nowa?
Może na początek warto znaleźć odpowiedź na pytania: Czym był ten pierwszy związek? Czy to była przyjaźń czy kochanie, czy zauroczenie, które z czasem minęło, ale ważne zobowiązania nie pozwoliły nam się rozstać? A może był jeszcze czymś innym: ucieczką, transakcją, układem? Nie brzmi to już tak romantycznie, prawda? Często przyczepiamy do pudełka z pamiątkami po pierwszej relacji tabliczkę „pierwsza miłość” albo inną, i kładziemy na najwyższej półce pamięci, z adnotacją „nie otwierać”. Ale warto je otworzyć, bo to niesie bezcenny dar świadomości, który zwiększa szansę na drugą miłość… a może właśnie pierwszą? Przyjmijmy więc, że rozmawiamy o ważnym związku, często sformalizowanym, ale nie do końca wiemy, czym on był, kto go tworzył i po co. Warto poszukać odpowiedzi na te pytania, bo jeśli wchodzimy w nowy związek, to jego jakość w dużej mierze zależy od tego, czego z poprzedniej relacji dowiedzieliśmy się o swoich potrzebach, wartościach, zachowaniach, reakcjach... I z jakimi przekonaniami na temat siebie i ogólnie relacji z niego wyszliśmy, jakie obietnice złożyliśmy sami sobie.

To znaczy…?
W rozmowach z kobietami, które zakończyły długoletnie, ważne dla siebie związki, nawet gdy są już w kolejnych, często pojawia się poczucie winy lub porażki, wątpliwości w postaci pytań: Czy mogę sobie zaufać, skoro już raz zawiodłam? Czy mogę zaufać drugiej osobie, skoro już raz zostałam zdradzona? Do głosu dochodzi też często Wewnętrzny Krytyk, który dodaje: Czy ja w ogóle potrafię kochać, być w związku? Jako coach wierzę w sens zadawania sobie ważnych, mocnych pytań, ale nie z miejsca krytyka – bo wtedy odpowiedzi zmierzają w stronę negatywnych ocen: jestem beznadziejna, inni są beznadziejni, związki są beznadziejne. Gdy zadajemy pytania z miejsca przyjaciółki w sobie, wtedy jest to dobra, konstruktywna rozmowa ze sobą. Jej konkluzja mogłaby brzmieć tak: „Teraz wiem, jaką ważną dla mnie wtedy potrzebę, wartość zaspokajałam. Chciałam, żeby on mnie docenił, chciałam być perfekcyjną żoną i matką, chciałam mieć rodzinę, chciałam zrobić karierę. I byłam, zrobiłam – i doceniam to niezależnie od opinii innych. Ale też dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę, jaka była tego cena: zaniedbałam siebie, zaniedbałam innych, umknęło mi to, co ważne. Nie zmienię przeszłości, ale mam wpływ na to, co teraz. Z tym doświadczeniem wiem już, jaki związek chcę zbudować”.

Bo przecież w relacje wchodzimy z różnych powodów...
Rozpoznanie osobistych powodów jest kluczowe. W psychologii procesu nazywamy to snami, które uwodzą. Zwykle uważamy, że uwodzi nas osoba, ale bardziej jesteśmy uwodzeni przez sen, jaki zaczynamy śnić na temat tej osoby i relacji z nią. Oczywiście jest on oparty na tym czymś, co w tej osobie jest i co pozwala nam go śnić i mieć nadzieję na jego spełnienie. Ale mimo stosowania różnych strategii na jego podtrzymanie – wcześniej czy później musimy się zbudzić. I najważniejsze jest, co – a właściwie kogo – zobaczymy obok po tym przebudzeniu. Jeżeli mamy bardzo wybujałą wyobraźnię, a realne przesłanki do ziszczenia się snu w tej osobie były mierne, to przebudzenie bywa trudne, a nawet bolesne. Często prowadzące do decyzji o rozstaniu...

A co dzieje się ze snem? Czy możemy go śnić w następnym związku z kimś innym?
Oczywiście, że tak! Ale przedtem polecam zadać sobie kontrolne pytania: Jaki to był sen? Czyj to był sen? I mieć odwagę przyznać, jeśli sen o małżeństwie, domu z kominkiem, dzieciach, kocie i psie – to był bardziej sen mojej matki lub przyjaciółki niż mój. Mieć gotowość, by usłyszeć: „Bo mama o tym marzyła, bo bałam się ich rozczarować, bo to takie fajne, bo chciałam, żeby przyjaciółki mi zazdrościły...”. Moment dotarcia do tej prawdy bywa trudny. Odkrycie, że może chodziło mi tylko o białą sukienkę i dobrą imprezę, ale bez krytykowania, tylko ze zrozumieniem dorosłej kobiety w sobie: ciepłej, kochającej, wyrozumiałej – jest tym, czego w tym momencie potrzebujemy najbardziej, bo cena przecież została już zapłacona. Warto przytulić siebie i powiedzieć: „Może nikt tego nigdy nie zrozumie, ale ja cię rozumiem”. I zapytać siebie: „A jaki jest ten mój prawdziwy sen? Jak go mogę teraz zrealizować?”.

Zatem co zrobić, żeby ten nowy związek stał się faktycznie nowym otwarciem, naszym ziszczonym snem?
Po pierwsze, zrozumieć, czym był ten pierwszy związek, i zrozumieć siebie. Po drugie, wybaczyć, bo samo uświadomienie bez zrozumienia i bez wybaczenia może nas jeszcze bardziej uwikłać w poczucie winy. Jedna z moich klientek zrobiła taki piękny, spontaniczny, rytualny gest – zmazała cytat, który napisała kilka lat temu na tablicy nad swoim biurkiem o dążeniu do doskonałości, a napisała własny, z serca „To, co robię, jest najlepsze na ten moment”. I to jest dobry początek nowego otwarcia – z tego miejsca możemy stworzyć związek „najlepszy dla nas na ten moment”.

Co może być sygnałem alarmowym, że jednak nieświadomie odtwarzam poprzednią relację?
Wierzę, że jeśli już sobie pewne rzeczy uświadomimy, ponazywamy, zrozumiemy, wybaczymy, czasem też przepracujemy na terapii, bo jeśli trzymają nas silne wzorce, to może to być niezbędne – to wtedy wybierzemy właściwego dla nas partnera. Ale pomimo to mogą się pojawić emocje, słowa, gesty – nasze lub tej drugiej osoby – które dobrze znamy i wiemy, że nie są one dobre dla relacji. Czasem jest to jak déjà vu.

Co możemy z tym zrobić?
Ja na przykład – kiedy to zauważam – pytam siebie: Czy chcesz się jeszcze trochę pooszukiwać, czy już jesteś gotowa się temu przyjrzeć? (śmiech) Lubimy się oszukiwać, ale poprzednie trudne doświadczenia są swoistym mementum, że to się nie opłaca. Jednak trzeba też uważać, żeby nie popaść w przewrażliwienie. Czasem coś, co jest podobne, nie jest tym samym. I przed tym chroni nas rozmowa – warto zakomunikować partnerowi wprost: „Słuchaj, doświadczyłam już czegoś takiego, nie chcę tego powtórzyć w naszej relacji. Porozmawiajmy”.

Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać, z uważnością i ciekawością. Nie wierzę w dobre związki bez rozmów. Ale nie o książce czy filmie, co oczywiście też jest cenne, tylko o potrzebach, odczuciach, emocjach. Związek jest czymś żywym, zmiennym. Nie da się go ustawić dobrze raz na zawsze. I to jest piękne!

Na ile warto sięgać do przeszłości i pytać się nawzajem o to, co się zdarzyło wcześniej?
Ja kieruję się zasadą, którą stosuję też w coachingu: coach ma być ciekawy, a nie ciekawski. I tutaj jest dokładnie to samo. Na ile to, o co pytam, ma zaspokoić moją ciekawskość, za którą często jest postać krytyka – a na ile ta informacja jest ważna, znacząca dla zbudowania, rozwoju tej relacji? Takie rozmowy są trudne, wymagają uważności i szacunku dla siebie i drugiej osoby.

A co może być naprawdę fajnego w tym drugim związku?
Musi być dużo tego fajnego, bo też często sporo rzuca się na szalę – w taką sytuację uwikłane są przecież i inne osoby: dzieci, rodzina, przyjaciele, którzy również ponoszą koszty naszej decyzji. Największą rekompensatą jest nasza miłość, nadająca wyższy sens, wartość. Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. Wtedy związek jest spotkaniem dwojga świadomych siebie osób, poszukujących nie kompensaty, nie dopełnienia, czyli nie drugiej połówki, ale kogoś, kto jest pełnym owocem. Wtedy razem możemy być kimś więcej, a nie kimś innym. Kimś, komu bliżej jest do postawy: „nie muszę być z kimś, ale chcę być z tobą. Chcę ci zaufać, otworzyć się. Mam gotowość podjęcia ryzyka pokazania siebie prawdziwej, nagiej nie w sensie fizycznym – co często jest łatwiejsze – ale w sensie osobowości”. Bycie z kimś, kto akceptuje mnie taką, jaka jestem, i taką mnie kocha, jest naprawdę czymś fajnym. Bo bycie w autentycznej relacji jest czymś najbardziej wartościowym. Z wiekiem zaczynamy rozumieć, że maski i fasady nie mają znaczenia, a odbierają nam szansę na prawdziwe uczucia. Każdy chce i też ma prawo być kochanym tak, jak tego potrzebuje, w zgodzie ze sobą. Kiedyś usłyszałam od jednej z moich klientek: „W tym związku mam to, co miałam najlepszego w poprzednim, i to, czego tak bardzo mi tam brakowało”. I myślę, że to jest to!

Agata Gebhardt
, coach psychologii procesu. Prowadzi indywidualne sesje coachingowe, warsztaty rozwojowe, wyjazdy z coachem. Wspiera kobiety i mężczyzn w budowaniu autentycznych relacji ze sobą oraz realizowaniu swojej misji życiowej. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mit pierwszego zakochania - czy warto wracać do miłości sprzed lat?

Jest jakaś magia w tych pierwszych miłościach – pocałunkach na karuzeli, nieporadnych podchodach, spojrzeniach rzucanych znad szkolnej ławy. Niespełniona miłość pozostaje na długo w pamięci i sercu. (Fot. iStock)
Jest jakaś magia w tych pierwszych miłościach – pocałunkach na karuzeli, nieporadnych podchodach, spojrzeniach rzucanych znad szkolnej ławy. Niespełniona miłość pozostaje na długo w pamięci i sercu. (Fot. iStock)
Kiedy spotkasz dawną szkolną miłość… strzeż się porywu uczuć i czaru dawnych wspomnień. To piękne romanse, ale rzadko kończą się szczęśliwie.

AKT I

Związek Anny z Robertem był już od lat w kiepskim stanie. On pił, nie pracował, ona – kobieta tuż przed emeryturą – musiała utrzymać dom i dwie córki na studiach. Pozostała dwójka dorosłych dzieci dawno się wyprowadziła. Małżonkowie prawie ze sobą nie rozmawiali. Robert zajmował parter, Anna – piętro ich wspólnego domu. Prawie jak separacja.

Wtedy pojawił się Darek – jej miłość z czasów studenckich. Wielka, romantyczna i… niespełniona. Bo niegdyś, pewnego dnia, zniknął z życia dziewczyny jak kamień w wodę, jakby nagle przestał istnieć. Dopiero po jakimś czasie otrzymała list z informacją..., że żeni się, bo wkrótce zostanie ojcem.

Trzydzieści lat później przejeżdżał przez Olsztyn – rodzinne miasto Anny i zatelefonował. Wpadł na kawę z naręczem kwiatów dla niej i prezentami dla jej wnuków. Była oszołomiona. Mówił o własnej firmie, o separacji z żoną i dorosłych dzieciach. Po kilku tygodniach przyjechał drugi raz i znów przywiózł jej kwiaty oraz perfumy. Tryskał optymizmem. Annę to zachwyciło. Chyba właśnie wtedy raził ją piorun. Ten sam co kilkadziesiąt lat temu.

Dawna dziewczyno!

Jest jakaś magia w tych pierwszych miłościach – pocałunkach na karuzeli, nieporadnych podchodach, spojrzeniach rzucanych znad szkolnej ławy. Niespełniona miłość pozostaje na długo w pamięci i sercu. Wspominamy, marzymy i idealizujemy ją tak bardzo, że – według prof. Wiesława Łukaszewskiego z sopockiego oddziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej – większość osób wchodzi w związki małżeńskie nie tylko z wybrankiem czy wybranką, ale także… ze wspomnieniem „tego trzeciego” lub „tej trzeciej”. Mit pierwszego niewinnego zakochania utrwalają w dorosłym życiu rozczarowania, nieudane związki, zdrady. Pojawia się tęsknota.

Pewnie dlatego w latach 90. dojrzali Amerykanie masowo, za grube pieniądze wynajmowali detektywów, żeby odnaleźć miłość sprzed lat. Ale gdy na świecie upowszechniły się portale typu Facebook czy Nasza Klasa, detektyw okazał się zbędny. Ludzie rzucili się do odnajdywania byłych kochanków w internecie. Powstawały nawet specjalizujące się w tym portale – na niektórych nie trzeba nawet pamiętać imienia i nazwiska, wystarczy podać miejsce i czas romansu.

Z badań prowadzonych od 20 lat w 46 państwach przez prof. Nancy Kalish – psycholożkę, autorkę książki „Utraceni i odzyskani kochankowie” – wynika, że dawnej miłości najchętniej szukają w sieci osoby powyżej 35. roku życia. Większość, bo aż 55 proc., wydobywa ją z czasów, gdy nie mieli jeszcze 17 lat, a prawie wszyscy (84 proc.) – gdy nie przekroczyli 22. Co ciekawe, osoby starsze, po 65. roku życia też często starają się wracać do miłości z bardzo wczesnej młodości – nawet z podstawówki.

Powroty do szkolnych miłości stały się w Stanach tak popularne, że powstało nawet słowo „retroseksualni”, określające partnerów w takim związku. Czemu tak łakniemy retroromansów? Bo relacje z dawnych lat są najbardziej czyste i idylliczne, i często przerwane w sposób niezależny od młodych, np. przez rodziców czy zmianę miejsca zamieszkania. Rzadko wracają do siebie ci, którzy już w młodości stwierdzili: „nie jest nam ze sobą dobrze”.

AKT II

Anna spotkała się z Darkiem kilka razy w ciągu czterech miesięcy. To wystarczyło. W ekspresowym tempie rozwiodła się z mężem, zaczęła często jeździć do Darka do Warszawy. Rozpromieniona opowiadała o swoim szczęściu dzieciom. Przeżywała drugą młodość.

Robert – już eksmąż – manifestował swoją bezsilność: przebijał opony w aucie Anny, pił jeszcze więcej niż kiedyś. Któregoś dnia wyszedł z domu i nie wrócił. Po okolicznych lasach szukała go policja, dzieci, znajomi. Nic. Anna dzwoniła na komisariat, nasłuchiwała pod drzwiami, czekała na jakikolwiek znak. Co kilka dni zapalał się płomyk nadziei: ktoś widział go na rynku, był gdzieś w sąsiednim mieście… To zdarzenie jakby znów wtłoczyło ją w teraźniejszość. Do Darka przestała jeździć.

Nie wszystek zapomnę

Większość retroromansów zaczyna się od niewinnych mejli, często inicjowanych przez osobę samotną. Ta forma kontaktu jest bezpieczna, bo niweluje strach przed ewentualnym odrzuceniem. Potem są telefony i wreszcie – spotkanie. Dawni kochankowie nie planują wskrzeszenia uczuć, chcą tylko powspominać stare czasy. Ale dzieje się inaczej. Prawie 2/3 takich rozmów szybko zamienia się w romans. Dawne emocje ożywają i szaleją, jakby chciały nadrobić stracony czas. Ponad 70 proc. pytanych twierdzi, że powrót do starej miłości był wyjątkowo intensywnym doznaniem, nierzadko najbardziej ekscytującym w ich życiu.

Pary, które powstały po kilkudziesięciu latach hibernowania uczuć, wierzą, że są bratnimi duszami, że to jakaś siła wyższa połączyła ich po latach i to ona sprawi, że już nigdy się nie rozstaną. – Są zdeterminowani do podtrzymania tego uczucia, bo już kiedyś los stanął na drodze ich szczęścia. Teraz wszystko zależy wyłącznie od nich – mówi prof. Nancy Kalish.

Najnowsze badania tłumaczą też dynamikę takich powrotów… hormonami. U nastolatków podczas podniecenia wydziela się oksytocyna oraz wazopresyna. Substancje te, tworząc rodzaj emocjonalnej pamięci, gromadzą się w ciele migdałowatym. Kiedy kochankowie spotykają się po latach, znany widok, zapach, głos – uwalniają zahibernowaną pamięć. I emocje zaczynają buzować jak dawniej.

Romanse po latach zwykle jednak powodują ból. I dotykają zwykle więcej niż dwóch osób. „Odnalazłem swoją byłą dziewczynę i teraz w głowie mam zamęt” – pisze na forum mężczyzna ukrywający się pod pseudonimem „depressed now”. Barbara uważa, że popełniła wielki błąd, spotykając się ze swoim chłopakiem sprzed 13 lat. „Bo mam męża i dziecko, a on ma syna i żonę. A wiecie co jest najgorsze? Że widziałam tamtą kobietę” – zwierza się.

AKT III

Miesiąc po zaginięciu Roberta znaleziono jego ciało. Okazało się, że utonął. Dzieci przygotowywały się na taką informację, ale i tak przeżyły szok. Po śmierci byłego męża Anna znów zaczęła wyjeżdżać do Darka. Spotykała się z nim jeszcze długo, z czasem jednak coraz rzadziej. Telefon z Warszawy także dzwonił sporadycznie i nie cieszył Anny tak jak dawniej. Darek okazał się pracoholikiem, człowiekiem bez duszy. Książę z młodzieńczej bajki stał się zwykłym śmiertelnikiem. Teraz, po czterech latach od pierwszego retrospotkania, są już tylko znajomymi.

Pięć procent happy endu

Jeszcze kilkanaście lat temu, gdy odnalezienie utraconego kochanka wiązało się z dużym nakładem energii i pieniędzy, aż 78 proc. takich powrotów kończyło się trwałym związkiem. Obecnie, gdy kontakt z miłością sprzed lat jest na wyciągnięcie ręki, statystyki są zdecydowanie mniej optymistyczne – tylko 5 proc. dawnych kochanków łączy się węzłem małżeńskim – im starsi, tym większe prawdopodobieństwo, że szczęśliwym i trwałym. Bo zazwyczaj mają większe doświadczenie życiowe, są bardziej cierpliwi i nie przeszkadzają im w partnerze cechy, które drażniły, gdy byli młodzi. Najstarsza z par, którą badała prof. Kalish, nie widziała się przez 75 lat. Gdy się pobierali, ona miała 95 lat! Ale i młodszym udaje się znaleźć szczęście po latach.

Marcin i Emilia znali się od dziecka: razem chodzili do szkoły, należeli do jednej drużyny harcerskiej.

– Emilia zawsze mi się podobała, było w niej coś takiego, co nie pozwalało mi o niej zapomnieć – wspomina Marcin. Po szkole „rozminęli się” w życiu.

Kilkanaście lat później, gdy Marcin zapisał się do serwisu sympatia.pl, natknął się na zdjęcie Emilii. Ona czy nie ona? Niby podobna, ale... Napisał do niej. W mejlu zapytał: „Od czego zaczynasz każdy nowy dzień?”. Odpisała już następnego dnia. Poznała go. Zdębiał.

Dalej wszystko potoczyło się według klasycznego wzoru: najpierw mejle, potem komunikator, wreszcie telefony i... Spotkali się po roku. Wtedy Emilia była jeszcze z kimś związana. Ale już rok później, po 17 latach od szkolnej znajomości, Marcin i Emilia stanęli na ślubnym kobiercu. – Warto było czekać te 17 lat właśnie na nią – mówi Marcin.

  1. Seks

Przestań gadać, chodź do łóżka

Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
W kobietach często pokutuje przekonanie, że grzeczne dziewczynki nie są nachalne, że to mężczyzna powinien inicjować znajomość czy zbliżenie. To stereotypy. Gdy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, będzie też umiała przejąć inicjatywę, jeśli tego zechce – mówi terapeutka Olga Haller.

Żyjemy w czasach, kiedy każdy wyciąga rękę po to, na co ma ochotę. Tak zawsze robiły dzieci. Teraz wszyscy trochę jakby zdziecinnieliśmy. Mężczyźni sięgali po kobiety, gdy one były skrępowane tradycją i więzami woli rodziny. Mogły tylko dawać znaki, upuszczać chusteczkę, błysnąć oczkiem, niewiele więcej. Więcej to jedynie kobiety upadłe...
Dzisiaj rzeczywiście wielu z nas przypomina rozbrykane dzieci w sklepie z zabawkami. Może się zakręcić w głowie od możliwości konsumpcyjnych. A seks przez wielu jest do tej kategorii zaliczany. Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, przynajmniej nie otwarcie, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, nawet potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. A wolność to więcej możliwości, ale i nowe wyzwanie, jak z niej korzystać.

Nawet zmiany na lepsze trzeba okupić jakąś karą... Były przecież zalety tradycyjnej sytuacji.
Tak, nie da się ukryć, że to było wygodne dla kobiet – nie przejmować inicjatywy, czekać i patrzeć, jak oni się krzątają, starają, dwoją i troją.

Czasami wam zazdrościłem, że możecie tak wyczekiwać i obserwować. Ale jak coś nie szło po waszej myśli, była katastrofa!
Dramat! Obu stronom nie było więc wygodnie. Kobieca seksualność w niewoli stereotypów musiała być skrywana, ujarzmiona, skrępowana regułami obyczajów. Każda niewola pozbawia wpływu, tym samym odpowiedzialności, a poczucie wpływu jest człowiekowi niezbędne. Powstał więc cały system znaków, sygnałów, zachowań w kontaktach damsko-męskich. Dlatego kobiety w relacjach z mężczyznami opanowały sztukę uwodzenia, flirtu: ruch brwi, spojrzenie spod rzęs, półsłówka, półruchy, półmroki i nagłe zwroty akcji. Ile z tego jest prawdziwą zabawą dla obu stron, a ile pamiątką po czasach niewolnictwa – to właśnie powinny odkrywać współczesne kobiety. Gdy pragniemy kontaktu, np. w sytuacji zakochania czy pożądania, najważniejszy jest ten obszar „pomiędzy” – czyli to, co się dzieje  p o m i ę d z y  odczuwaniem potrzeby a jej zaspokojeniem. To nie jeden skok, ale cały proces. Warto uczyć się iść małymi krokami....

Kiedy odczucia związane z potrzebą kontaktu są silne, a nic nie można zrobić, pojawia się nieznośne cierpienie. Wszyscy próbujemy tego uniknąć różnymi sposobami.
Jako niepewna siebie 18-latka próbowałam sobie poradzić, stawiając wszystko na jedną kartę. On miał 19 lat, poeta, taki cudny. Kochałam się w nim z daleka, on nie zwracał na mnie uwagi. Zadręczając się brakiem pewności, nie mogłam czekać. Pojechałam do jego miasta... A czy miałam nadzieję? Chyba nie. Nie miałam odwagi, by poflirtować, ale pojechać miałam. Zapukałam do drzwi. Otworzyła matka, a on w wyrku, oszołomiony, bo jeszcze spał. Powiedziałam... Nie miał pojęcia, że się w nim kocham, a ja: „dziękuję, cześć”. I wyszłam. A potem płakałam pół dnia.

Trudno to nazwać dialogiem i dobrym porozumiewaniem się, już raczej desperacją z braku umiejętności dogadania się.
O tak. Brakowało mi tego wszystkiego, co potrzebne „pomiędzy”. Wielu dziewczynom brakuje treningu w komunikowaniu się z rówieśnikami. Nie mają wsparcia dorosłych, kiedy pojawiają się potrzeby kontaktów z chłopakami. A wcześniej brak tego, co uważam za bazę dojrzałej kobiecości – za mało pomocy matek oraz innych kobiet w zaakceptowaniu swojego ciała i seksualności. Dorastają w przekonaniu, że muszą się z tym ukrywać, że od inicjowania znajomości czy zbliżenia są mężczyźni, a one mogą tylko wymyślać sposoby, manipulacje, podchody. Kiedy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, to będzie umiała inicjować kontakty, kiedy tego zechce, ale i powiedzieć „nie”. Będzie miała więcej oparcia w sobie, pewności siebie, niezależności. A w patriarchacie nie o to chodziło, prawda?

To straszne odmawiać kobiecie, która wbrew obyczajom ośmiela się pierwsza wyciągnąć rękę. Kobiety miały trening w mówieniu „nie” w takiej sytuacji. My przeciwnie. Pamiętam nieszczęsną, która zapukała nagle do mego mieszkania bez zapowiedzi i stała bidula na progu. Nie wpuściłem jej. Czułem się potem jak bydlę. A przecież to było uczciwe.
Zgadzam się, że uczciwe. Ale w tej sytuacji odbiła się cała nierówność między kobietami a mężczyznami. Ty nie dałeś sobie pozwolenia, żeby jej odmówić wprost, a ona nie miała szansy tego usłyszeć i przeżyć. W nowym porządku, którego wszyscy się uczymy – ani ty bydlę, ani ona bidula. Jako partnerzy równi sobie macie te same prawa: pytać, prosić, zgadzać się, odmawiać i przeżywać. W otwartej odmowie mógł ci przeszkodzić stereotyp mężczyzny, którego obowiązkiem jest nie przepuścić okazji, być zawsze gotowym do seksu i romansu. Lepiej było udać, że nikogo nie ma w domu.

Znajoma pisze: „Pokutuje w nas przekonanie, że to on powinien zapraszać i że grzeczne dziewczynki nie są nachalne... A co, jak wyśmieje, odrzuci!?”. Dziewczyny boją się drwin, obmowy, etykietki dziwki. Te nasze obawy sprawiają, że tak się „podchodzimy” od wieków, kobiety i mężczyźni, w poszukiwaniu miłości, spełnienia. I wszyscy staramy się, jak możemy, uniknąć cierpienia. Różnie nam to wychodzi.

To, że czasami nie dajecie wyraźnego znaku przyzwolenia, marnuje tyle okazji! Kobiety nie wiedzą, jak często faceci nie startują, gdyż błędnie uważają, że nie mają szans...
Ileż jest opowieści po latach: byłem taki zakochany w tobie. – Co, naprawdę?! A ja w tobie. Jaka szkoda, że nie wiedziałam. Czy to dobrze czy to źle? Ta niepewność jest nieodłączna i naturalna, o ile nie wynika z represyjnej obyczajowości! Przecież nie chodzi wcale o to, żeby każde młodzieńcze zauroczenie przeradzało się w związek! Coraz więcej kobiet uświadamia sobie nowe możliwości. Coraz częściej dzieje się to nie tylko w wyniku zmiany obyczajów, ale i głębszej przemiany, tej „wewnętrznej podróży”, by odnaleźć i poznać siebie wbrew stereotypom. Dziś wiele kobiet zachowuje się odważniej niż kiedykolwiek. Okazują mężczyznom zainteresowanie, inicjują znajomości, bo facet je interesuje, chcą go poznać bliżej, a także dlatego, że po prostu mają ochotę na seks.

Moja znajoma, pani profesor, która zwiedziła pół świata, pisze do mnie: „W dawnych czasach mojej młodości zapraszanie faceta do łóżka było czymś sporadycznym. Dobrze wychowana dziewczyna tego nie robiła. Teraz – w dobie Internetu, kolosalnych możliwości poznawania ludzi  – wszystko jest dozwolone. I myślę, że tak lepiej i prościej. A czy boimy się odrzucenia? Tak. Ale młodsze są odważniejsze, a starsze nie mają nic do stracenia”.
Wiele z nas jest nadwrażliwych w tej kwestii. Uogólniając – męskie zainteresowanie ma dla kobiet nadmierne znaczenie, jest potwierdzeniem ich wartości, którego tak często im brakuje. Znowu, niestety, odzywa się patriarchalny spadek – musimy mieć mężczyznę, żeby utwierdzić się w prawie do istnienia. Kobiecość obolała, niepewna, samokrytyczna, nadwrażliwa zmaga się z tym, jak zasłużyć na uwagę, jak go zdobyć, podejść, jak się nie narazić? To często przynosi kolejne rozczarowania.

Dlatego w listach do nas czytam: „Zapraszając się do łóżka, warto zostawić jakąś furtkę, żeby się wycofać”.
Tę wypowiedź rozumiem nie jako prostą asekurację na wypadek niepowodzenia, co kobiety rzeczywiście często robią. Warto zostawić furtkę, bo przecież inicjowanie seksu to jednak nie transakcja handlowa, umowa kredytowa czy biznes. To raczej sztuka kontaktu, kochania, uwodzenia. A jak sztuka, to proces twórczy, nieprzewidywalny. Pełen rozmaitych możliwości, które warto wspólnie odkrywać. Kiedy w tym procesie spotkają się dwie osoby równe sobie, każda z nich ma prawo zaangażować się, ale i wycofać. To jak gdyby pójść w odwiedziny, nie będąc do końca pewnym, czy gospodarz jest w domu, czy ma czas i chęć na wizytę. Możemy być odważni, ale i gotowi do odwrotu, jeśli rozpoznamy, że to nie ten czas. Dzięki temu będziemy mogli zaryzykować i wybrać się znowu. Czasem wyrażenie chęci wprost jest dobre, wyjaśniamy sytuację, oszczędzamy energię. Czasem zaś bywa przedwczesne – unikamy niepewności i ryzyka, ale zabieramy potrzebom, uczuciom możliwość dojrzewania. Dzisiaj w codziennym pośpiechu brakuje nam cierpliwości. W wielu sprawach, także w seksie, w relacjach.

Mówimy o świecie, który się zmienia. Internet – jakie to ułatwienie w podchodzeniu się nawzajem! W dodatku daje przewagę kobietom dialogu. Dla nieśmiałych jest osłoną i pomocą... Tam mamy te same prawa, a kobiecie łatwo przejąć inicjatywę, zwykle lepiej od nas piszecie i ubieracie ładniej uczucia w słowa.
Ukazało się już kilka książek o internetowych kontaktach, także erotycznych. Wiele kobiet szuka partnerów przez Internet, na portalach towarzyskich, dla singli czy na czatach. Nie sądzisz chyba, że to same nimfomanki czy seksoholiczki. To często kobiety, które właśnie w Internecie znalazły okazję, żeby dać upust swojej seksualnej naturze. Odważają się na to, na co zapewne nie pozwalają sobie w realu – bezwstydnie wykazywać inicjatywę, zapraszać, stawiać warunki. Bywają wulgarne, ostre, wyuzdane. Szczegółowo potrafią mówić o tym, co chcą zrobić mężczyźnie albo czego oczekują od niego. Znam takie, którym to posłużyło. Kiedy już odkryły, jakie mają możliwości w sieci, gdy są anonimowe, i że mężczyźni z chęcią je przyjmują, potrafiły spożytkować to doświadczenie w życiu. Często jednak trudno im zintegrować te doświadczenia, nadal przeżywają siebie jako osobę podzieloną: na tę opętaną seksem, godną pożałowania, i tę porządną, która panuje nad sobą, nie odkrywa wszystkich kart.

Myśląc o sobie z dawnych czasów, jednak żałuję, że nie było Internetu. Nieśmiały, dręczyłem się z wyrokiem aktywności, też z lęku przed odtrąceniem... A to lęk głębinowy i powszechny. Wszyscy go doświadczamy.
Biegłość w zapraszaniu do łóżka nie wyratuje nas od tego lęku. Musimy się z nim zmierzyć – dać mu się poprowadzić bez panicznej przed nim obrony. To paradoks, że kiedy odważamy się iść tropem niechcianych uczuć, niewygodnych konfliktów wewnętrznych, one poprowadzą nas w kierunku większego oparcia w sobie. To podstawa naszej wolności osobistej, także seksualnej. Dzięki temu kobiety wreszcie mogą decydować o sobie w seksie – sięgać, po co chcą, a nie godzić się na to, czego nie chcą. Bo do tej pory zbyt często decydowano za nas.

  1. Psychologia

Przejdziemy przez to razem. Gdy w związku pojawia się choroba

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Wczoraj jeszcze: plany na wakacje, seks, zakupy. Dziś: leki, szpital, niewiadoma. Kiedy w związku pojawia się choroba, nic już nie będzie takie samo.

Obiecujemy sobie: być razem ,,na dobre i na złe”, ale wierzymy, że to złe nas ominie. Kiedy się pojawi, na przykład jako ciężka choroba, złorzeczymy na niesprawiedliwy los: ,,Dlaczego to spotkało właśnie nas?, Co teraz będzie?”. Zmienia się wszystko- harmonogram dnia i hierarchia wartości. Zmienia się miłość. Jak? To zależy – bo choroba jest bolesnym, ale najbardziej wiarygodnym testem siły związku i każdego z nas z osobna.

Jedziemy do lekarza

Kilka tygodni temu mąż mnie zapytał, czy zawiozę go na badania. Od jakiegoś czasu miał problemy z jelitami. Lekarka zleciła kolonoskopię. Poprosił o badanie w znieczuleniu, po którym nie mógł prowadzić samochodu. W naszej rodzinie to ja – jak typowa kobieta – przyznawałam sobie prawo do migren, jesiennych infekcji czy gorszego samopoczucia przed miesiączką. On był tym twardym, opiekuńczym i unikającym (prawdopodobnie z lęku) ,,gadania” o chorobach. Kiedy patrzyłam po badaniu na tego silnego faceta, teraz spoconego ze strachu, zmęczonego, z wyrazem bezradności w oczach czekającego na diagnozę – miałam mieszane uczucia. Był lęk, czy to na pewno nic poważnego, przerażenie: "a co, jeśli okaże się najgorsze?", bezradność: "jak mam się zachować, co powiedzieć, jak go wesprzeć?" i… trochę wściekłości: "jak on mógł mi to zrobić?", buntu: "to ja jestem ta słabsza, a on mocniejszy, to niesprawiedliwe".

Badania nie wykazały niczego poważnego. Na szczęście. Ale zadałam sobie pytanie: ,,Czy znalazłabym wystarczającą siłę do walki z poważną chorobą? Czy coś zaniedbałam?”.

Mariola Kosowicz, psychoonkolog, codziennie pracuje z ludźmi dotkniętymi takim problemem, osobami, dla których diagnoza zabrzmiała jak wyrok. Pytam ją, jak dbać o kogoś bliskiego. Zauważa, że w związku umawiamy się na wiele ważnych rzeczy: podział obowiązków, sposób wychowywania dzieci, zarządzania domowym budżetem itp., ale rzadko świadomie bierzemy odpowiedzialność za nasz – swój i partnera – stan psychofizyczny. Nie pamiętamy na przykład o tym, że mąż wszedł w okres, kiedy powinien robić badania pod kątem prostaty. Bagatelizujemy swoje migreny, bo tyle jest ważniejszych spraw! Gorsze samopoczucie? Odsuwamy ten ,,przykry” temat, wypieramy niepokojące objawy, zrzucając wszystko na kark zmęczenia, upływu lat. Tracimy czujność albo próbujemy zaczarować bolesne fakty. Mariola Kosowicz przytacza przykłady ze swojej praktyki.

Pacjentka w okresie okołomenopauzalnym od jakiegoś czasu lekko krwawi. Mąż zauważa to przy stosunku. Pyta, czy była u lekarza. Ona uspokaja go, że w jej wieku takie dolegliwości się zdarzają. Gdy po ciężkim krwotoku trafia do szpitala, słyszą: zaawansowane stadium raka jajnika, z przerzutami.

Albo inny: czterdziestolatek umiera na ulicy na zawał. Zrozpaczona żona tłumaczy znajomym: "Zawsze po pracy był zmęczony. Czasami narzekał na bóle w klatce piersiowej. Gdybym wiedziała…".

– Nie chodzi o to, żeby być nadwrażliwym, ale żeby nie zatracać wrażliwości – wyjaśnia psychoonkolog.

Trzeba odejść od sztywnych ról, że w naszej rodzinie to zawsze on biega po lekarzach, a ona jest ta silna. Mieć odwagę podzielić się z partnerem niepokojem: "Wiesz, ostatnio pobolewa mnie podbrzusze. Boję się, co to może być". I dobrze, kiedy on odłoży wtedy gazetę, wyłączy telewizor i powie: "To pewnie nic poważnego, ale lepiej sprawdzić. Zapisz się do lekarza, zawiozę cię". Albo odwrotnie: kiedy on w nocy kilka razy wstaje do łazienki, ona mówi, żeby zrobił badania. A potem, konsekwentnie, o tym nie zapomina. Pyta znajomych o dobrego lekarza, pomimo protestów jedzie z mężem na wizytę. Bo w obliczu choroby, zwłaszcza w tym pierwszym momencie, gdy słyszy się diagnozę, człowiek nie powinien być sam.

Test dla dwojga

Choroba to nie wyrok, nawet ta przewlekła czy śmiertelna. Wola walki, a nade wszystko wsparcie osób bliskich mają ogromny wpływ na jej przebieg i pomyślne rokowania. Nowotwór, cukrzyca, zawał – to potrafi zaburzyć poczucie bezpieczeństwa, wygenerować potworny lęk, niepewność oraz postawić na głowie bliższe i dalsze plany. Ale też obnaża prawdę o życiu – tym wspólnym i każdego z nas z osobna. Pokazuje, jakie role pełnimy w związku, jak radzimy sobie z emocjami, czy potrafimy rozmawiać o tym, co trudne i przerażające. Testuje rodzinny system, to, jak reaguje na zmiany. Zmusza do uważności, skończenia z małżeńskimi grami, konfrontuje z prawdziwym życiem. Pytasz: "Dlaczego to przydarzyło się właśnie nam?". A dlaczego miałoby właśnie was ominąć?

Najpierw pojawia się szok, z którym każdy z partnerów radzi sobie na swój własny sposób. Być może on – z rozpoznaniem poważnej choroby – udaje, że jego to nie dotyczy. Zaraz po chemii idzie do pracy, nie przestrzega zaleceń lekarza i magicznie chce wierzyć, że nie jest tak chory, jak to widzą inni. Za to ona rzuca się w wir działania, bo tak redukuje napięcie. Załatwia kolejnego lekarza, sprowadza lek z zagranicy, na forach internetowych czyta, co napisano na temat tej choroby. Czasami jest wściekła, że on to bagatelizuje, może nawet robi mu okrutny wyrzut: "Jasne. Ty sobie umrzesz i zostawisz mnie samą z tym wszystkim". Tymczasem z psychologicznego punktu widzenia, osoby, które określają swoją tożsamość na podstawie działania w świecie: pracę, konto bankowe, troskę o rodzinę – wolą zaprzeczać chorobie. On mówi: "Daj mi spokój. Jeszcze nie jest ze mną tak źle". A ona – określająca swoje "ja" przez relacje – ma poczucie, że ich świat rozpada się jak domek z kart i musi walczyć za oboje.

 
Z kolei, jak wynika z badań, mężczyźni na wieść o chorobie żony częściej reagują ogromnym niepokojem, złością, bezradnością... Tym bardziej kiedy mąż mówi: "Nienawidzę szpitali, ale pójdę z tobą na te badania, bo nie powinnaś być wtedy sama" – daje tym dowód prawdziwej odwagi i dojrzałej miłości. I nawet jeśli ona odpowie: "Dam sobie radę. W czym ty mi pomożesz?" – jego zdecydowana postawa w takiej chwili będzie naprawdę ważna. To naturalne, że obydwoje przeżywają lęk. Najpewniej nigdy wcześniej o tym nie rozmawiali.

Choroba to dobry moment, żeby zdobyć się na szczerość. Bo mąż na przykład unika zbliżenia, bojąc się, że jego żonę będzie za bardzo bolało, a ona jest przekonana, że po mastektomii przestała być kobietą, że on jej nie kocha. Może być też tak, że na poszczególnych etapach choroby każde z partnerów jest w innym miejscu. Osoba zdrowa, wspierająca musi uznać decyzje i zwyczajowy sposób reagowania chorego w sytuacjach stresowych. Może jednak powiedzieć: "Wiem, że ty zawsze w takich chwilach się wycofujesz, ale tym razem sprawa jest poważna i nie możemy jej zbagatelizować", albo: "Moim zdaniem, powinieneś pójść na zwolnienie. Ale jesteś dorosły i zrobisz, jak zechcesz". Bardzo ważne jest takie werbalizowanie potrzeb partnera, nawet kiedy im zaprzeczamy.

Bywa jednak, że wszystkie próby spokojnej rozmowy są odrzucane i wówczas z bezradności, lęku, rozpaczy, partner wykrzykuje wszystko to, czego nie mógł wyrazić inaczej. Dla niektórych związków to jedyny sposób wyrażania trudnych myśli. Za chwilę można przecież powiedzieć: "Wcale tak nie myślę. Byłam zdenerwowana". Są też chwile, kiedy krzyk nie wyraża złości, lecz niewyobrażalny lęk. Mamy do tego prawo. Podobnie jak do kłótni, awantur, chwil zwątpienia czy łez. Byle nie zaprzeczać chorobie i uczuciom, które nami targają.

– Kiedy patrzysz na tego niegdyś silnego mężczyznę, który leży blady w łóżku i jest bezradny jak dziecko, i chce ci się płakać, nie oszukuj go, nie hamuj łez, powiedz: "Czasami jest mi tak ciężko, że muszę sobie popłakać, ale razem sobie z tym poradzimy". W dojrzałym stosunku do choroby jest miejsce i na siłę, i na słabość – mówi psychoonkolog.

Stary dom, nowe meble

W obliczu sytuacji kryzysowych każdy system rodzinny dąży za wszelką cenę i za pomocą znanych sobie sposobów zaradczych do przywrócenia równowagi sprzed problemu. A tymczasem poważna choroba nie da się przykryć „normalnością”. Przekonanie, że: "jak nic nie zmienimy, będziemy żyć tak jak dawniej, to może choroba zniknie" – jest nierealne. Życie z chorobą w związku można porównać do kupna nowych mebli do starego mieszkania. Po prostu musimy zrobić miejsce na nową kanapę.

Żmudny, często bolesny proces leczenia, skutki uboczne, zmieniające się samopoczucie chorego, pobyt w szpitalu, badania kontrolne i oczekiwanie, na poprawę – to wszystko zmienia życie, decyduje nawet o tym, czy i gdzie wyjedziecie na wakacje. Jesteście z tym razem, ale też każde z osobna: ze swoimi emocjami, lękami, nadziejami…

To może doprowadzić do nieporozumień czy wzajemnego krzywdzenia się. Jak w tej historii – on po operacji raka prostaty, widząc, jak ona wychodzi do pracy, rzuca mimochodem: "Nie spiesz się, poradzę sobie. Idź na kawę z tym swoim szefem. Niedługo umrę, nie będę stał na drodze do twojego szczęścia". Co odpowiedzieć w takiej sytuacji? Że jego słowa bolą. Czyli mówić o swoich uczuciach, pragnieniach: "Wiesz, kiedy mnie tak odtrącasz, jest mi przykro", "Pamiętasz, kiedyś tak lubiliśmy siedzieć przytuleni na kanapie. Brakuje mi tego" albo "Bardzo chciałbym się z tobą kochać, ale boję się, że ty nie chcesz".

Przede wszystkim jednak trzeba dać sobie czas i dużo wzajemnego zrozumienia i ciepła. Oczekiwanie, że z chwili na chwilę wszystko samo powróci do normalności, generuje napięcie, oczekiwania i frustrację, gdy tak się nie dzieje.

Zdaniem Marioli Kosowicz, umiejętność towarzyszenia w chorobie, to także umiejętność nabywania nowych ról – kiedyś on zawsze płacił rachunki, dziś ona musi przejąć tę rolę, zwykle to partnerka dawała sygnał: "musimy porozmawiać", teraz zamknęła się w swoim milczeniu, które on szanuje, ale nie może przecież pozwolić, by w nim trwała bez końca, więc zaczyna być tym, kto zachęca do konfrontacji.

Najwięcej wysiłku wkłada się zwykle w to, żeby wszystko działo się po staremu, żeby święta były takie jak dawniej – nie w mniejszym gronie czy minorowym nastroju, ale na wesoło i z rozmachem. Ale przecież gdzieś z tyłu czai się strach, obawa, którą czasem werbalizują dzieci, pytając "Tato, czy mama umrze?".

Nawet jeśli potraficie rozmawiać o trudnych sprawach, zwykle wspólnie podejmowaliście ważne decyzje, to słowa: "gdy ty umrzesz…" z trudem przechodzą przez gardło. "My o takich strasznych sprawach nie rozmawiamy" – powiedział mi niedawno znajomy, którego żona umiera na raka piersi.

Gdy mówię o tym Marioli Kosowicz, ona odpowiada, że to ich prawo. – Nikogo nie można zmusić do rozmów o śmierci. Często odwiedzam moich przewlekle chorych pacjentów, bywa że towarzyszę im w procesie odchodzenia. Zdarza się też, że po śmierci dzwoni do mnie mąż pacjentki i pyta: "Czy pani wie, w czym żona chciała być pochowana?", bo on ją o to nigdy nie spytał. Umieramy samotnie, pomimo tylu ludzi dookoła – konstatuje.

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. Powspominać wspólnie spędzone chwile i podziękować za wszystko, co dobre.

  1. Psychologia

Praktyka współczucia uchroni nas przed znieczulicą

Pod wpływem trudnych doświadczeń możemy twardnieć (w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk), albo łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co w nas ten lęk budzi. (Fot. iStock)
Pod wpływem trudnych doświadczeń możemy twardnieć (w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk), albo łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co w nas ten lęk budzi. (Fot. iStock)
Czy w momentach trudnych, chwilach cierpienia i rozpaczy można nadal mieć otwarte i wrażliwe serce? Mniszka buddyjska Pema Chödrön twierdzi, że jak najbardziej. I że praktyka współczucia uchroni nas przed znieczulicą.

Miałam jakieś sześć lat, kiedy dostałam ważną lekcję bodhiczitty od starej kobiety, która siedziała i wygrzewała się w słońcu. Pewnego dnia przechodziłam obok jej domu, czując się samotna, niekochana i  wściekła. Kopałam wszystko, co tylko się dało. Ta kobieta, śmiejąc się, powiedziała do mnie: „Dziewczynko, nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce”. Właśnie wtedy dostałam tę ważną lekcję: możemy pozwolić, żebyśmy pod wpływem doświadczeń twardnieli w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i  lęk, albo możemy pod ich wpływem łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co budzi nasz lęk. Zawsze mamy wybór.

Moment bezradności

Czitta oznacza: „umysł”, a także „serce” lub „postawa”. Bodhi znaczy: „obudzić się”, „oświecony” lub „całkowicie otwarty”. Czasami całkowicie otwarte serce i umysł bodhiczitty nazywane są miękkim miejscem, miejscem tak wrażliwym i czułym jak otwarta rana. Po części jest to równoznaczne z naszą zdolnością do miłości. Nawet najbardziej okrutni ludzie mają ten miękki punkt. Nawet najgroźniejsze zwierzęta kochają swoje potomstwo. Jak ujął to Trungpa Rinpocze: „Każdy coś kocha, nawet jeśli to tylko tortille”.

Bodhiczitta jest także częściowo utożsamiana ze współczuciem – naszą zdolnością do odczuwania bólu, który dzielimy z  innymi. Ból nas przeraża, więc bronimy się przed nim, nie zdając sobie z tego sprawy. Z opinii, uprzedzeń i strategii stawiamy mury obronne; bariery budowane na głębokim lęku przed cierpieniem. Mury te są dodatkowo wzmacniane wszelkiego rodzaju emocjami: gniewem, żądzą, obojętnością, zazdrością i  zawiścią, arogancją i  dumą. Ale na nasze szczęście miękkie miejsce – nasza wrodzona zdolność do kochania i  dbania o  innych  – jest jak pęknięcie w murze, który wznosimy. Jest to naturalna szczelina w ścianach, które wznosimy ze strachu. Dzięki praktyce możemy nauczyć się znajdować tę szczelinę. Aby obudzić bodhiczittę, możemy nauczyć się chwytać ten moment bezbronności – miłość, wdzięczność, samotność, zakłopotanie, nieadekwatność.

Środek bólu

Do bodhiczitty podobna jest bezbronność rozpaczy. Czasami budzi ona trwogę i  panikę, niekiedy złość, niechęć i poczucie winy. Ale pod twardością tego pancerza kryje się miękkość prawdziwego smutku. To jest więź łącząca nas z tymi wszystkimi, którzy kiedykolwiek kochali.

Uczucie głębokiego smutku może nas nauczyć wielkiego współczucia. Może nas poskromić, gdy stajemy się aroganccy, i  stonować, gdy jesteśmy nieżyczliwi. Budzi nas, kiedy wolimy spać, i przebija się przez naszą obojętność. Ten nieustanny ból serca jest błogosławieństwem, które może być dzielone ze wszystkimi, jeśli jest w pełni zaakceptowane.

Otwartość i serdeczność bodhiczitty są w rzeczywistości naszą prawdziwą naturą i stanem. Nawet jeśli nasza nerwica ma się o wiele lepiej niż nasza mądrość, nawet jeśli czujemy się najbardziej zagubieni i pozbawieni nadziei, bodhiczitta jest zawsze tutaj jak bezkresne niebo, ani trochę niepomniejszone przez chmury, które chwilowo je zasłaniają. W samym środku naszego cierpienia, w najtrudniejszych chwilach możemy skontaktować się ze szlachetnym sercem bodhiczitty. Jest ono zawsze dostępne, zarówno w bólu, jak i w radości.

Pewna młoda kobieta napisała do mnie o tym, jak w małym miasteczku na Bliskim Wschodzie została otoczona przez tłum ludzi, którzy gwizdali, wrzeszczeli i  grozili, że zaczną rzucać kamieniami w nią i w jej przyjaciół, ponieważ są Amerykanami. Oczywiście była przerażona, jednak to, czego doświadczyła, jest niezwykle interesujące. Nagle utożsamiła się z  każdą osobą w dziejach, która kiedykolwiek była znienawidzona i poniżana. Zrozumiała, jak to jest być pogardzaną z jakiegokolwiek powodu: rasy, przynależności do grupy etnicznej, preferencji seksualnych, płci.

Coś w niej pękło i poczuła to samo, co miliony uciśnionych ludzi. Spojrzała na to z nowej perspektywy. Zrozumiała, że wspólnota człowieczeństwa łączy ją nawet z tymi, którzy czują nienawiść wobec niej. To poczucie głębokiej więzi, przynależności do tej samej rodziny – to właśnie bodhiczitta.

Nieagresywny wojownik

Istnieją dwa poziomy bodhiczitty. Pierwszy to absolutna bodhiczitta, natychmiastowe doświadczenie, które jest całkowicie wolne od koncepcji, opinii i typowego dla nas przekonania, że wiemy już wszystko. To coś tak niezwykle dobrego, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie tego określić, coś jak intuicyjna pewność, że nie mamy absolutnie nic do stracenia. Drugi poziom, relatywna bodhiczitta, to zdolność do utrzymywania naszych serc i umysłów otwartych na cierpienie, bez odcinania się.

Ci, którzy całym sercem oddają się ćwiczeniom w budzeniu absolutnej i relatywnej bodhiczitty, nazywani są bodhisattwami lub wojownikami – nie takimi, którzy zabijają i krzywdzą, ale takimi, którzy słyszą wołanie świata, nieagresywnymi. Są to mężczyźni i kobiety gotowi ćwiczyć, gdy wybucha pożar. Trening w czasie pożaru oznacza, że wojownik wchodzi w trudne sytuacje, aby złagodzić cierpienie. Odnosi się to również do jego chęci przebicia się przez własną reaktywność i przez oszukiwanie samego siebie, do zaangażowania w odkrywanie podstawowej, niezakłóconej energii bodhiczitty.

Wojownik akceptuje to, że nigdy nie wie, co się z nim stanie. Możemy próbować kontrolować to, co niekontrolowalne, szukając bezpieczeństwa i przewidywalności, zawsze mając nadzieję, że będziemy czuć się wygodnie i bezpiecznie. Ale prawda jest taka, że nigdy nie unikniemy niepewności. To, że nie wiemy, jest częścią przygody, ale wywołuje w nas również lęk. Kluczową kwestią treningu wojownika nie jest to, jak uniknąć niepewności i strachu, ale jak odnieść się do uczucia dyskomfortu. Bodhiczitta jest jak odkrycie mądrości i odwagi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tak jak alchemia zmienia każdy metal w złoto, tak bodhiczitta może, jeśli na to pozwolimy, przekształcić każdą czynność, słowo lub myśl w narzędzie, które przebudzi nasze współczucie.

Praktyka współczucia

  • Obudź współczucie wobec siebie: „Obym był wolny od cierpienia i przyczyny cierpienia” – lub wyraź tę aspirację własnymi słowami.
  • Obudź współczucie dla osoby (lub zwierzęcia), wobec której odczuwasz już spontaniczne współczucie: „Oby (imię) był wolny od cierpienia i przyczyny cierpienia” – lub wyraź to swoimi słowami.
  • Obudź współczucie dla przyjaciela (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla kogoś, kogo uważasz za osobę neutralną (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla kogoś, kto jest dla ciebie trudny (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla wszystkich istot wymienionych powyżej (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla wszystkich istot w całym wszechświecie, zaczynając blisko domu i coraz bardziej rozszerzając zasięg: „Oby wszystkie istoty były wolne od cierpienia i przyczyny cierpienia”.
Fragment książki "Odważne życie" Pemy Chödrön. Wszystkie skróty pochodzą od redakcji. Książka do kupienia na www.zwierciadlo.pl/sklep. 

  1. Psychologia

Jedenaste: bądź lojalna. Jak poradzić sobie z nielojalnością?

Lojalność buduje poczucie bezpieczeństwa. Wybraliśmy kogoś, ktoś nas obchodzi, ważny jest dla nas jego czy jej dobrostan. (Fot. Getty Images)
Lojalność buduje poczucie bezpieczeństwa. Wybraliśmy kogoś, ktoś nas obchodzi, ważny jest dla nas jego czy jej dobrostan. (Fot. Getty Images)
Nielojalność rozbija związek, to wiemy. Ale czy wiemy, wobec kogo mamy być lojalni? Wobec rodziców, partnera czy siebie? I co tak naprawdę to znaczy? – Podstawą lojalności jest uznanie uczuć partnera za ważne – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Co jest nielojalnością? Czy tylko kłamstwa albo zdrada?
Nie tylko, choć tak nam się wydaje i nie rozumiemy, dlaczego nasza miłość się sypie jak domek z kart. Pewien pan bardzo kochał swoją żonę, a ona jego niby też. Byli bardzo szczęśliwi przez kilka lat, ale potem żona stała się wobec niego uszczypliwa, i to w towarzystwie innych ludzi. Początkowo to były drobne docinki. No więc pan się tylko uśmiechał, że niby też go to bawi. Ale powolutku zaczynał czuć się z tymi niby-żartami źle. Zwłaszcza że stawały się coraz bardziej jadowite. Nic jednak nie mówił do czasu, kiedy przy znajomych żona powiedziała, że prawdziwy z niego maminsynek. Kiedy goście poszli, powiedział: „Kochanie, wiem, że nie przepadasz za moją matką, ale nigdy mi nie mówiłaś, że jestem maminsynkiem. Powiedzenie tego przy ludziach było dla mnie bardzo przykre. Dlatego proszę cię, żebyś więcej tego nie robiła”. A ponieważ był mądry, dodał, że jeśli ma do niego jakieś zastrzeżenia, to niech mu o nich powie, kiedy są sami. A on zastanowi się, czy da radę coś z tym zrobić.

To nielojalność żartować przy ludziach z partnera? A może raczej to test na to, czy ma dystans do siebie?
Podstawą lojalności jest uznanie uczuć partnera za ważne. Mamy je brać pod uwagę, a nie testować jego dystans do siebie! A więc nigdy świadomie go nie krzywdzić, nie ośmieszać. Możemy myśleć, że to zabawne, bo tak się żartowało w naszym domu. Ale kiedy już wiemy, że to go rani, to nielojalnością jest robić to nadal. Ta kobieta, niestety, stała się jeszcze bardziej uszczypliwa, kiedy partner powiedział jej, co czuje. Ponieważ okazywała się napastliwa i nieżyczliwa, jeszcze raz powiedział jej, żeby przestała. Nic to nie dało. Więc odszedł. Dopiero wtedy się opamiętała. Zaczęła go przepraszać i przekonywać, że się zmieni. On jednak powiedział, że już nie czuje do niej tego, co czuł.

Dlaczego ona tak postępowała? Nie kochała go?
Nie umiała sobie poradzić z rosnącą w niej złością, a ta złość brała się stąd, że było im razem za dobrze, za spokojnie. Wiele kobiet ma taki problem jak ona. No, bo jak wychowałyśmy się w domach, gdzie były krzyki i szyderstwa, to się przyzwyczaiłyśmy do huśtawki nastrojów. Bez niej czegoś nam brakuje. Ta kobieta wytrzymała trzy lata dobroci. Na początku była zachwycona, że ma męża innego niż jej ojciec, sarkastyczny krzykacz. Ale potem zaczęło jej czegoś brakować, czuła się nieswojo w atmosferze akceptacji i czułości. Nie wiedziała, skąd te emocje płyną, i odreagowywała je na mężu.

Nielojalność, czyli lekceważenie uczuć partnera, niszczy miłość?
Nielojalność jest toksyczna dla miłości. A jest nią także obgadywanie partnera. Możemy jednej, góra dwóm przyjaciółkom, i to tym najbliższym, opowiedzieć o tym, co czujemy. Mężczyźni to wiedzą i znam pana, który gdy jego partnerka szła z przyjaciółkami na wino, mówił: „Idziesz mnie poobgadywać?”, a ona odpowiadała z uśmiechem: „Tak, ale tylko troszkę”. No i w tym nie było nic złego. Złe jest wtedy, kiedy zdradzamy jego sekrety, oceniamy. To poważne naruszenie zasad lojalności wobec niego i siebie jako jego partnerki. Chyba że już podjęłaś decyzję, że chcesz rozwodu. Nie czujesz się już z nim związana. W innej sytuacji mówienie o problemach emocjonalnych, seksualnych czy nawet finansowych albo zawodowych partnera jest nie tylko nielojalne, ale i niemądre! No bo kiedy taki obsmarowany przez żonę mężczyzna przychodzi do przyjaciół na kolację, robi się niefajnie. On to czuje… A jak przyjaciółka wygada swojemu mężowi, że twój zawalił coś w pracy i dlatego ją stracił? To czy mąż przyjaciółki da twojemu pracę? No, nie będzie ryzykował…

A w rozmowie z ojcem czy matką to też nielojalność skarżyć się, że coś nie gra między nami?
Pewnie! Niestety, taka nielojalność jest częsta i mam dużo przykładów synów, którzy pozwalali swoim matkom wywierać na żony presję. Czyli wtrącać się w ich życie, w prowadzenie domu czy nawet w to, czy będą mieli dzieci! Taki nielojalny syn słucha, jak matka nadaje na jego żonę, a nawet potwierdza jej zarzuty: „No tak, ona taka jest”. Bywa też, że zmawia się z mamusią przeciw żonie. „Jak ona nie chce mieć dzieci, to ja jej powiem, że nie zapiszę wam majątku, tylko dopiero waszym dzieciom!”. A on się na to zgadza, choć przed żoną udaje, że jest inaczej. Taki syn jest mentalnie mężem mamusi.

Tylko po co mu był ślub z tą obcą babą?
Kobiety też mają nie opowiadać matkom o tym, jacy ich mężczyźni są niemądrzy? Kobiety często myślą, że nie dotyczą ich te same zasady, co ich mężczyzn, bo wiedzą, jak ma być, i mogą sobie na to pozwolić. Otóż nie powinny sobie pozwalać, jeśli chcą, żeby ten facet był dla nich i z nimi. Tymczasem nagminne jest opowiadanie mamie czy siostrze, że jego matka to jędza. No nie, takie rzeczy załatwiamy z mężem. Mówimy co i jak: że jego matka się wtrąca. On stawia matce granice. A my w stosunku do niej zachowujemy się uprzejmie, ale nie nadskakujemy.

Czyli nie każda krytyka zachowania partnera jest nielojalnością?
Jeśli mówisz, co czujesz, a nie oceniasz jego samego, to masz to robić! Być lojalną to właśnie mówić o tym, co czuję z powodu zachowania czy zaniechania jakiegoś działania przez partnera. Każda para składa się z dwóch osób, które się docierają – a więc mogą się na siebie złościć, mogą czuć rozczarowanie. Ale trzeba o tych trudnych emocjach porozmawiać. Wtedy oboje mogą się zastanowić, co z tym zrobić. Jeśli cię denerwuje, jak on je zupę, powiedz. Może zacznie jeść inaczej. Jeśli nie powiesz, będziesz dla niego niemiła przy posiłkach, a on nie będzie wiedział, o co ci chodzi. Czasem trzeba się nawet pokłócić. To bywa drogą do naprawy.

Nie lepiej wygadać się przyjaciółkom?
Ale co to da? Powiedzmy, że powiesz im o tej zupie, że ciebie strasznie irytuje! Wyobraź sobie, co się stanie podczas wspólnej kolacji, jeśli przyjaciółka poda krem z dyni? Jak się poczujesz? Jak poczuje się ona, kiedy sobie przypomni to, co mówiłaś? A jeśli zobaczysz na jej twarzy złośliwy uśmieszek i pomyślisz, że właśnie dlatego jest takie menu?

Wieczór nie będzie należał do udanych.
Znam oczywiście związki, w których żona o trudnych rzeczach nie mówi mężowi, pozornie z troski i delikatności, żeby go nie martwić. Ale w gruncie rzeczy powodem jest brak lojalności. Ona nie traktuje go poważnie. Myśli, że jest słaby, że sobie nie poradzi. Matkuje mu! No i okłamuje! Bo on myśli, że żyje w innym świecie, niż żyje. No i żyją obok, a nie ze sobą. Mogą więc zacząć się rozglądać za kimś, kto sprawi, że nie będą czuć się samotni w związku…

No właśnie, najczęstszym powodem rozstań są zdrady! To ogromna nielojalność serca, która zasłania jeszcze jedną nielojalność – finansową.
Dlatego ważne jest, aby pamiętać, że uczucia są po to, żebyśmy wiedzieli, co jest dla nas ważne. Niestety, bardzo często, kiedy kobieta dowiaduje się od męża, że on woli inną, jest tak zrozpaczona, że odpuszcza dopilnowanie podziału majątku. Szkoda jej sił i emocji, chociaż wydała na remont domu zarobione przez siebie 500 tysięcy i wie, że je straci, bo dom jest zapisany na niego! Znam taką sytuację, że gdyby nie koleżanki z grupy terapeutycznej, które porzuconą zmotywowały, to nie poszłaby do sądu upomnieć się o swoje. A tak poszła i odzyskała pieniądze.

Warto było?
Co za pytanie! Gdyby tego nie zrobiła, do nielojalności mężczyzny, który chciał ją zostawić z dziećmi, ale za to bez pieniędzy, musiałaby dopisać własną nielojalność – wobec samej siebie. Bo nielojalnością wobec samej siebie jest nie zadbać o swoją sytuację materialną po rozwodzie. A wobec siebie zawsze mamy być lojalni. Wtedy też, kiedy jesteśmy lojalne wobec siebie, umiemy być lojalne wobec innych, a więc tworzyć udane związki.

Nielojalność emocjonalna słono kosztuje w nieformalnych związkach.
Tak, bo bardzo często bogaty facet nie żeni się z nową partnerką. Mają dzieci, więc ona jest spokojna i kiedy on mówi: „Nie pracuj, kochanie, stać nas na to”, zgadza się i – niestety – traci samodzielność finansową. A jeśli on pewnego dnia powie: „Już cię nie kocham, kocham inną”, to ma poważny problem. Bo jeśli on nie zechce podzielić się z nią pieniędzmi, to ona nic nie dostanie poza alimentami. A na rynku pracy musi zaczynać od zera, bo choć ma 40 parę lat, dotąd nie pracowała. Trzeba by się zastanowić, czy godząc się przez lata na taką sytuację, była lojalna wobec siebie.

Tak, ale czy najważniejsza nie jest miłość?
Miłość bez lojalności? Lojalność buduje poczucie bezpieczeństwa. Wybraliśmy kogoś, ktoś nas obchodzi, ważny jest dla nas jego czy jej dobrostan. A jeśli tak, to warto formalnie uregulować pewne sprawy, choćby na wypadek jakiegoś losowego nieszczęścia. Na przykład: zbierać rachunki za remont domu partnera. Nie przeciw miłości, tylko dla siebie.

Lojalne wobec siebie, choć w związku?
Tak, nie powinnyśmy rezygnować ani z dbania o siebie, ani z realizacji swoich indywidualnych celów. Bo w związku mamy cele wspólne, ale też każde z nas ma swoje. Nielojalność pojawia się dopiero wtedy, kiedy realizując swoje cele, partner lekceważy potrzeby i emocje partnerki. Na przykład słysząc, że cały czas nie ma go w domu, że go tu brakuje, rzuca z irytacją: „Nie ma mnie w domu, bo zarabiam na ten dom!”. „Ale ja nie chcę pieniędzy, chcę, żebyś z nami był, żeby dzieci miały z tobą kontakt”. „Mnie nie ma, ale są pieniądze!”. To jest nielojalność wobec bliskich – ignorowanie ich prawdziwych potrzeb. Lojalne jest działanie na rzecz związku, a nielojalne – przeciwko. Ta sytuacja rozbija relacje, bo nieobecny partner tak naprawdę buduje i wzmacnia relację z pieniędzmi. To wobec nich jest lojalny, im poświęca czas, jest skupiony na tym, aby je pomnażać. No to wobec kogo jest lojalny? Wobec pieniędzy.

Ma mniej zarabiać? Przecież wtedy bliscy mniej dostaną?
Jeśli tak wolą, to trzeba to uznać. Bo jak się z kimś wiążemy, to ją czy jego potem uwzględniamy w naszych decyzjach i celach. Oczywiście nie chodzi o to, żeby swoje priorytety uzależniać od drugiego człowieka. Ale decydując, co, kiedy i jak robię, muszę się liczyć z tym, czego ona czy on potrzebuje. Jakie to wzbudzi w nim, czy w niej uczucia. Żyjąc z kimś, czasem z czegoś rezygnujemy, na przykład z konsumpcyjnych apetytów. A wtedy w zamian zyskamy to, co dla nas cenne – czyli dobrą bliską relację.

Czy to się nie wyklucza: lojalność wobec siebie i związku?
Lojalność wobec samej siebie jest na pierwszym miejscu, ale ona polega na tym, że jeśli chcę mieć rodzinę, to biorę ją pod uwagę. Nielojalna wobec siebie jestem wtedy, kiedy pozwalam się bliskim krzywdzić. A warto się zachować, jak ten mężczyzna, którego żona obrażała przy znajomych. Najpierw poprosić, żeby partner zaprzestał niszczącego zachowania, przyznać, że to mnie rani. Potem poprosić jeszcze raz, a jeśli nadal mnie krzywdzi, powiedzieć, że już nie chcę z nim być. Chyba że jesteśmy nauczone życia w domu bez wzajemnego szacunku. Wtedy wytrzymuje się bardzo dużo.

Czemu jesteśmy nielojalni, kiedy kochamy?
Bo nas lojalności nie nauczono w domu. Bo nie umiemy żyć blisko z drugim człowiekiem, bo się tej bliskości boimy. No i nie umiemy kochać, czyli akceptować drugiego człowieka w tym, jaki on jest. A przecież jak kogoś bierzesz i chcesz z nim być, to musisz brać pod uwagę jego ułomności, a on – twoje. Twój partner boi się latać samolotem i nie ma dobrej relacji z ojcem? Zaakceptuj to. Ma byłą żonę, której pomaga ze względu na dzieci? Uwierz mu i wspieraj. Albo podziękuj za związek, może znajdzie kogoś, kto go zaakceptuje i będzie lojalny. A ty znajdź kogoś, kto się nie boi samolotów, jeździ z ojcem na ryby i nie ma byłej żony ani dzieci. Tylko może się okazać, że chrapie.