1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Chemia zakochanych. Jak działa miłość?

Chemia zakochanych. Jak działa miłość?

Wystarczy 1/5 sekundy, żeby się zakochać. To stan, który zmienia chemię naszego mózgu. (Fot. iStock)
Wystarczy 1/5 sekundy, żeby się zakochać. To stan, który zmienia chemię naszego mózgu. (Fot. iStock)
Co sprawia, że zadurzamy się w drugiej osobie? Co nami wtedy kieruje – serce czy rozum? Odpowiedzi podsuwają nowoczesne technologie obrazowania mózgu.

Tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny i elektroencefalografia pozwalają szczegółowo zbadać aktywność elektrochemiczną mózgu. Dzięki temu naukowcy doszli do wielu przełomowych wniosków, w tym takiego, że to właśnie w mózgu znajduje się ośrodek miłości. Amerykańska antropolożka Helen Fisher należy do najbardziej uznanych badaczek procesu zakochiwania się i miłości długotrwałej.

O miłości naukowo

Pierwsze wydanie jej legendarnej już książki „Anatomia miłości” ukazało się w 1992 roku, gdy neuroobrazowanie mózgu dopiero raczkowało. Ponad 20 lat później Fisher przygotowała jej „kompletnie uzupełnioną i uaktualnioną” edycję. We wstępie napisała: „Pierwszą wersję pisałam przez dziesięć lat; sądziłam, że jej powtórne przeredagowanie zajmie mi dziesięć dni. A potem przeczytałam tę książkę i z miejsca uświadomiłam sobie, że muszę napisać ją niemal od nowa”. W nowej wersji znalazły się bowiem wyniki eksperymentów z użyciem nowoczesnych technologii obrazowania mózgu, które wymagały skomentowania.

Energia i euforia to zakochanie

Fisher jest zdeklarowaną popularyzatorką nauki, więc prowadzone przez swój zespół badania prezentuje regularnie, m.in. wystąpiła kilkakrotnie na konferencjach TEDx. Wobec rosnącej populacji singli znany dziennikarz David Gergen nazwał ją kiedyś „ostatnią optymistką w Ameryce”. Miał na myśli jej przekonanie, że wszystkim nam przyświeca nieugaszona, pierwotna pogoń za miłością, a dziś mamy większą niż kiedykolwiek szansę na tworzenie szczęśliwych związków. Tyle że za twierdzeniem Fisher stoją konkretne badania. W pierwszym wzięły udział osoby deklarujące się jako szczęśliwie zakochane. „Spodziewałam się odkryć wzmożoną aktywność mózgu w układzie dopaminowym, ponieważ dopamina jest naturalnym stymulantem, a układ ten odpowiada za energię i euforię, które po części stanowią główne cechy miłości romantycznej” – pisze antropolożka. I faktycznie rezonans ujawnił u badanych pobudzenie w miejscu, w którym neurony uwalniają dopaminę odpowiedzialną za uczucie przyjemności. To początek tzw. układu nagrody, który działa poza sferą naszego myślenia. Łączy się z tzw. Gadzim mózgiem, czyli jego najstarszymi strukturami, a więc i podstawowymi instynktami.

Miłość jak narkotyk

Ten sam obszar mózgu uaktywnia się pod wpływem kokainy. „Ale miłość romantyczna to coś więcej niż haj kokainowy” – mówi Helen Fisher. To obsesja, tym silniejsza, gdy jesteśmy odrzuceni. Dlaczego? Wyjaśniło to badanie z udziałem osób, które zostały dopiero co porzucone. Okazało się, że ich mózg nadal wykazuje pobudzenie układu nagrody, i to w kilku miejscach. Poza tym rezonans wykazał aktywność sfer związanych z oceną zysków i strat oraz niedosytem i uzależnieniem. Te same obszary wiążą się z głodem narkotykowym. Nic więc dziwnego, że odrzuceni w miłości zachowują się jak narkomani i pragną tylko znów znaleźć się w ramionach tego, kto ich zostawił. Jako kolejnych Fisher wraz z zespołem wzięła na naukowy warsztat weteranów miłości z 25-letnim stażem w związku, deklarujących się jako szczęśliwie zakochani. „Oni nie kłamią” – powiedziała, gdy okazało się, że obszar ich mózgu leżący na początku układu nagrody jest pobudzony tak samo jak u osób, które dopiero co się zadurzyły. Wnioski? Za stan zakochania odpowiada najbardziej pierwotny obszar mózgu (ten sam, który rządzi m.in. instynktem głodu), a miłość do tej samej osoby może utrzymać się nawet przez kilkadziesiąt lat! Dlaczego niektórym przydarza się takie doświadczenie, a innym – nie? Nie wiadomo do końca, ale podstawowy wydaje się właściwy dobór partnera.

Przeciwieństwa czy podobieństwa?

Temperamenty według Fisher Czy zatem przyciągają nas podobieństwa czy przeciwieństwa? To zależy od naszego temperamentu – odpowiada badaczka. Na podstawie odpowiedzi w specjalnym kwestionariuszu (udzieliło ich kilkanaście milionów ludzi z 40 krajów) wyróżniła ona cztery wzorce myślenia i zachowania, z którymi łączą się preferencje wyboru partnera. I tak: Więcej cech związanych z układem dopaminowym ujawniają tzw. eksploratorzy: ciekawi świata, kreatywni i spontaniczni. Z kolei tzw. budowniczowie mają przewagę cech związanych z układem serotoninowym – są tradycyjni, szanują zasady i autorytety, często są religijni. Obie grupy preferują związki z osobami podobnymi do siebie. W kolejnych dwóch przypadkach działa zasada „przeciwieństwa się przeciągają”. Tak zwani dyrektorzy są analityczni, logiczni i zdecydowani. Oni szukają tzw. Negocjatorów (i wzajemnie), czyli osób związanych z układem estrogenowym i oksytocynowym, którzy dają się poznać jako komunikatywni, intuicyjni, opiekuńczy i wyrażający emocje. Jak widać, nic, co dotyczy miłości, nie jest oczywiste, ale z pewnością nic w tej kwestii nie dzieje się bez udziału naszego mózgu.

Na widok osoby, w której się zakochaliśmy w naszym organizmie zachodzi wiele procesów, które mają wzmocnić siłę przyciągania. (Fot. iStock) Na widok osoby, w której się zakochaliśmy w naszym organizmie zachodzi wiele procesów, które mają wzmocnić siłę przyciągania. (Fot. iStock)

Miłość jako choroba

  • Wystarczy 1/5 sekundy, żeby się zakochać – tak wynika z metaanalizy przygotowanej przez prof. Stéphanie Ortigue, psycholożkę i neurolożkę z Uniwersytetu Syracuse w stanie Nowy Jork.
  • Na widok obiektu miłości tętno przyśpiesza, policzki różowieją, wargi stają się pełniejsze, głos mężczyzny grubieje, temperatura ciała wzrasta, źrenice się rozszerzają.
  • Proces zakochania aktywuje aż 12 obszarów mózgów, dzięki którym wydzielane są neuroprzekaźniki i hormony, które wprawiają szczęśliwca w stan euforii.
  • Wyniki pokazują, że zakochanie wywołuje stan zbliżony do efektu zażycia kokainy i stymuluje obszary mózgu odpowiedzialne za funkcje poznawcze.
  • Zakochanie to stan „nienormalny”, a więc tylko czasowy dla mózgu – taką opinię podziela wielu badaczy. Zespół naukowców z uniwersytetu w Pizie wskazuje, że hormony odpowiedzialne za pożądanie ulatują po dwóch latach, a w ich miejsce zaczyna działać oksytocyna, która przynosi uczucie spokoju i dobrego samopoczucia.
  • Neurobiolożka Lucy Vincent w swojej niewydanej po polsku książce „Comment devient-on amoureux?” daje miłości trzy lata i wiąże to z ewolucyjną potrzebą reprodukcji i koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa dziecku w początkowym okresie życia.
  • Z kolei dla dr Georginy Montemayor Flores z Wydziału Medycyny na Narodowym Uniwersytecie Autonomicznym Meksyku miłość to „psychochemiczny stan okresowego szaleństwa”, który trwa zazwyczaj nie więcej niż cztery lata. Neurolożka porównuje stan zakochania z zespołem natręctw, ponieważ w mózgu stale uwalniają się wtedy substancje uniemożliwiające myślenie o czym- i kimkolwiek innym niż obiekt zakochania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pierwsza, przedszkolna miłość

Pierwsze miłości mają miejsce już w przedszkolu. (Fot. Getty Images)
Pierwsze miłości mają miejsce już w przedszkolu. (Fot. Getty Images)
Kiedy mówimy o miłości młodego człowieka, staje nam przed oczami najczęściej nastolatek. Wiek 12-14 lat uważamy zwyczajowo za czas pierwszych miłości. Niesłusznie, ponieważ to czas drugich miłości.

Pierwsze zauroczenia mają bowiem miejsce już w przedszkolu. Okres przedszkolny to czas częstego zafascynowania płcią przeciwną. Większość z nas, mimo szeroko promowanej edukacji seksualnej, nadal ma ogromne kłopoty ze swoją i cudzą seksualnością, nie mówiąc już o seksualności własnego dziecka, na którą zazwyczaj nie jesteśmy w ogóle przygotowani. Tymczasem twoje dziecko właśnie w przedszkolu, mając zaledwie kilka lat, odkrywa, że dzieci innej płci są inaczej zbudowane.

Wzorowa manifestacja uczuć

Czy kilkuletnie dziecko może być zakochane? Nawet jeśli jego stan uczuć nie mieści się w twojej definicji tego uczucia –  może. Kilkuletnie zakochane dziecko kocha inaczej niż człowiek dorosły. Gdyby przyjrzeć się takiemu uczuciu z bliska, to dziecko kocha idealnie – mocnej i szlachetniej niż młodzież i dorośli:
  • chce cały czas spędzać ze swoją sympatią (nie walczy o zachowanie własnej przestrzeni w związku);
  • jest załamane, rozbite, rozdrażnione, nie może sobie znaleźć miejsca, gdy sympatia nie przyszła do przedszkola (nie ma potrzeby odpoczynku od ukochanej osoby);
  • chce jej ofiarować cały świat, wszystko, co ma: swoją kanapkę, scyzoryk zabrany tacie, ładny kamyk i wszystkie pieniądze, jakie posiada;
  • chce siedzieć zawsze z nią, stać w parze, występować razem (wierzy, że ta druga osoba to naprawdę jego druga połówka);
  • nazywa rzeczy po imieniu, nie kręci i nie zwodzi („To moja narzeczona”; nie uważa, że relacje z sympatią są skomplikowane);
  • planuje przyszłość jednoznacznie, jest ufne i wierzy, że chcieć to móc – „ożenimy się i będziemy razem” (nie zakłada nigdy innej możliwości);
  • nie wstydzi się swoich uczuć, nie utajnia ich; wręcz przeciwnie – wszystkim z miejsca opowiada o swojej narzeczonej czy narzeczonym, chce żeby cały świat wiedział o ich szczęściu;
  • wchodzi w „nowy związek” bez obciążeń i zaszłości. Zamyka za sobą drzwi poprzedniego uczucia, zanim zakocha się ponownie (nikt nie musi go pocieszać po poprzednim związku).
  • nie buduje swojego uczucia na biologicznej fascynacji fizycznej ani nie odkłada bliskości fizycznej na później – ale buduje ją zdrowo, bo jednocześnie z bliskością psychiczną.
Jeśli uda ci się pokonać strach, poczucie winy i przyjrzysz się miłości swojego dziecka, zobaczysz, że jest ona idealna. Możemy się uczyć od małych dzieci, jak wzorowo kochać.

Aspekty fizyczny

Miłość dzieci nas śmieszy, czasem wzrusza. Potrafimy nawet wznieść się na wyżyny tolerancji i przyznać dziecku prawo do posiadania sympatii w przedszkolu, ale tylko tyle. Dotyk już nas przeraża. A przecież jeśli ktoś jest dla nas szczególnie bliski, dotyk jest wyrazem naszej sympatii, elementem budowania więzi, symptomem bycia kimś szczególnym, wręcz uwiarygodnieniem miłości. Zakochany kilkulatek w spectrum zachowań związanych z wyrażaniem miłości do przedszkolnej narzeczonej czy narzeczonego, ma kontakt fizyczny. Dzieci lubią się dotykać, trzymać za ręce, przytulać, całować (to jeszcze od biedy jesteśmy w stanie znieść); przedszkolaki dotykają również się w miejscach intymnych oraz pokazują je sobie. Jeśli masz z w historii swojego życia epizod „pokazywania” innym dzieciom swoich części intymnych, będzie ci łatwiej zmierzyć się z tym tematem. Doświadczenie osobiste – „ja też to robiłam, ale wyrosłam i teraz jestem normalna” – pomoże. Gorzej mają mamy, które nigdy nie brały udziału w zabawie w „pokazywanego”. One bardziej boją się jej i demonizują zarówno przyczyny, jak i skutki.

Pokazywanie

Małe dzieci, czy nam się to podoba czy nie, pokazują sobie swoje intymne części ciała. Pokazywanie budzi przerażenie dorosłych – kojarzy nam się bowiem z przemocą seksualną, z wykorzystywaniem i molestowaniem. Niesłusznie.

Jeśli to się zdarzy

Każda mama może „nakryć” swoje dziecko na pokazywaniu. Ty również. Zabawa w pokazywanego nie jest charakterystyczna tylko dla dzieci z rodzin patologicznych, zaburzonych czy niewydolnych wychowawczo. Jeśli jesteś kochającą, mądrą mamą:

  • Zareaguj spokojnie. Chociaż to trudne do akceptacji, to normalna faza rozwoju. Dziecko poznaje świat, a jednym z elementów wiedzy jest obejrzenie sobie płci przeciwnej (a czasem też własnej) „na żywo”.
  • Porozmawiaj o tym z dzieckiem. Przede wszystkim zapobiegnij kłopotom. Powiedz, że części intymne są bardzo wrażliwe. Nie wolno ich szarpać, wykręcać, dotykać brudnymi rękami ani niczego, absolutnie niczego do nich wkładać. Dzieci dość często, wiedzione ciekawością i naturalną chęcią eksperymentowania, próbują wetknąć w swoje intymne części ciała kredki, żywność, a nawet zabawki, patyki czy piasek. Robią to zawsze z jednego powodu: z ciekawości.
  • Nie denerwuj się. Twoje dziecko nie zaczęło uprawiać seksu. Nie jest zaburzone ani zboczone. Nie myśl w ten sposób.
  • Nic złego się nie stało. Twoja reakcja może wyrządzić większe szkody. Nie wolno dziecka zawstydzać („To było obrzydliwe, wstrętne”), karać („Za to, co zrobiłaś, nie dostaniesz prezentu, nie pojedziesz do cioci” itp.), odrzucać („Nie chcę takiego synka), zastraszać („Od tego się umiera. to straszny grzech”). Przesadzona i nadmiernie emocjonalna rekcja mamy sprawi, że dziecko zrozumie, że pokazywanie to doniosłe wydarzenie, a zyskasz tylko tyle, że następnym razem starannie zadba, żebyś nigdy się o tym nie dowiedziała.
  • Nie wypytuj, nie przenoś dziecka do innego przedszkola. Etap „pokazywania” i dziecięcych narzeczonych trwa bardzo krótko i kończy się wraz z rozpoczęciem edukacji szkolnej. Dzieci zajęte nauką porzucają zainteresowanie płcią przeciwną i własnym ciałem na rzecz zabaw w środowisku własnej płci rówieśniczej.
Kiedy się martwić

Przedszkolna miłość – pokazywanie, fascynacja i chęć bycia nieustannie razem – nie jest groźna, chyba że działa destrukcyjnie na inne sfery rozwoju. Dopóki twoje dziecko rozwija się normalnie, jest wesołe, lubi być aktywne, chętnie podejmuje wyzwania i czyni postępy w rozwoju, nic złego się nie dzieje. Dopiero gdy pokazywanie staje się dziecięcą obsesją, warto zabrać dziecko do dziecięcego psychologa i zobaczyć, czy nie potrzebuje ono wsparcia w rozwiązaniu problemu.

  1. Psychologia

Zakochanie a miłość. To od nas zależy, w kim i jak się zakochujemy

Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
To od nas zależy, w kim się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”?

To od nas zależy, w kim i dlaczego się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”? Miłość a zakochanie – na czym polega główna różnica?

Co psychologia sądzi o miłości od pierwszego wejrzenia?
Że to pewne nadużycie. Miłość to dojrzałe uczucie, stan, na który składa się wiele komponentów: szacunek do drugiej osoby, zaufanie, intymność. Takie uczucie potrzebuje czasu, musi dojrzeć, stać się bardziej stabilne, co nie znaczy nudne. Miłość jest też świadoma. Wiemy, co kochamy i co dzięki miłości możemy zaakceptować w drugiej osobie, a co może być dla nas trudne. Miłość jest odporna na wahania. To znaczy – mogę być zła na swojego partnera, bo mnie czymś zdenerwował, mogę mieć do niego żal, ale nadal go kocham. Miłość nie wyklucza trudnych chwil i emocji. Poza tym są różne jej odcienie: kochamy rodziców, dzieci, przyjaciół, partnera. W tym ostatnim przypadku dochodzi jeszcze jeden istotny element – erotyka.

Dlatego nie ma miłości od pierwszego wejrzenia, ale możemy mówić o zauroczeniu, oczarowaniu drugą osobą. To się zdarza, jeśli podczas pierwszego spotkania ujrzymy człowieka takim, jaki naprawdę jest. Nie takim, jakim chcemy go widzieć. Widzimy jego rozbrajający uśmiech, swobodny sposób bycia, bawi nas żart, jaki opowiedział, a na dodatek prowadzi psa, a my uwielbiamy ludzi, którzy kochają zwierzęta…Każda z nas ma takie cechy i wątki, którymi łatwo podbić jej serce. Przy czym zauroczenie może być świadome. Podobnie jak dalsze etapy: zakochanie i miłość.

W powszechnym przekonaniu zakochanie jest stanem oszołomienia. A miłość to narkotyk. Gdzie leży granica między zakochaniem a miłością?
Rozumiem, że może tu chodzić o fascynację, przyjemność, jaką dają środki odurzające, ale miłość to też odpowiedzialność, świadomość – a to ma się nijak do narkotyków. To fałszywe przekonanie bierze się chyba stąd, że osoby zakochane są rzeczywiście lekko odurzone, odporne na stres, sen, głód, a nawet ból. Badania neurologiczne i psychiatryczne potwierdzają, że nasz mózg inaczej funkcjonuje, kiedy jesteśmy zakochani. Wydziela endorfiny i inne substancje, które zwykle wydziela w sytuacjach ekscytacji albo kontaktu z substancją, od której jesteśmy uzależnieni. Każdy, kto był zakochany, wie, że w tym stanie potrzebujemy stałej bliskości z drugą osobą i każda rozłąka jest bolesna. W stanie zauroczenia zaczyna się, a w stanie zakochania podtrzymuje, ograniczona zdolność poznawcza. W terapii poznawczo-behawioralnej mówimy wtedy o filtrowaniu poznawczym, czyli: nie widzisz całego kontekstu, tylko wybrane elementy. Warto o tym pamiętać i nie poddawać się stanowi euforii i odurzenia.

A to da się zrobić? Czy można w jakiś sposób kontrolować to, jak się zakochujemy?
Da, ale trzeba się postarać. Podstawowym pytaniem, jakie trzeba sobie zadać, jest to, czy ja widzę prawdziwe cechy partnera, czy raczej moją fantazję na jego temat. Pielęgnujmy uważność na to, co zawsze było dla nas istotne, by stan zakochania nie wywrócił do góry nogami naszego życia. Skoro jestem umówiona z przyjaciółką, to idę, nie odwołuję spotkania, bo chciałabym teraz spędzać każdą chwilę tylko z nim. Przecież i jemu, i mnie dobrze zrobi taka krótka rozłąka. Można pilnować swojej trzeźwości myślenia. Co nie znaczy, że mamy się nie cieszyć zakochaniem. To najcudowniejszy stan!

To ważne, co mówisz, bo kobiety często narzekają, że pojawia się facet i jako przyjaciółki idą w odstawkę. Ale kiedy on zawodzi, pierwszą myślą jest sięgnąć po telefon i się wyżalić. Przyjaciółka może powiedzieć: „Teraz to ja nie mam dla ciebie czasu”.
Myślę, że prawdziwa przyjaciółka tak nie zareaguje, ale może być zła i pełna żalu. Niech to powie: „Przykro mi, że nie miałaś dla mnie czasu, ale jestem dla ciebie, skoro mnie potrzebujesz”. To naturalne, że kiedy jesteśmy zakochane, na pierwszy plan wysuwa się obiekt naszych uczuć, ale dbajmy o to, by nie przerodziło się to w uzależnienie. Im bardziej jesteśmy świadome siebie, asertywne i nie myślimy, że partner jest wyznacznikiem naszej wartości, tym większe szanse, że zbudujemy zdrowy, fajny związek, a nie toksyczny. Dlatego tak ważne jest przygotowanie, nawiązanie dobrego kontaktu z samą sobą. Jeśli powiem sobie: „Mam fajne życie, świetne przyjaciółki, dobrą pracę i jestem otwarta na nowe znajomości” – nie ma ryzyka, że się pogubię. Każde uzależnienie jest autoagresywne, a w wypadku uzależnienia od drugiej osoby – także agresywne, przemocowe. Bo gdy jestem uzależniona, jestem zazdrosna, despotyczna, inwigilująca, pełna niepokoju i lęku, które przerzucam na partnera.

W książce „Nas dwoje” piszesz, że to my, kobiety, mamy większą tendencję do takiego zatracania się. Z czego to wynika? Z biologii? Dlaczego się zakochujemy z taką łatwością?
Większą odpowiedzialność zrzuciłabym na społeczne stereotypy i role. Samotny mężczyzna po czterdziestce jest singlem, a kobieta – w XXI wieku w samym środku Europy – jest nadal postrzegana jako stara panna. Można się spotkać też z takimi opiniami, że ona jest nieszczęśliwa, że przegrała życie. To ogromnie krzywdzące. Dlaczego miarą kobiety ma być tylko to, czy jest w związku i czy ma dzieci? Dobrze, że się to zmienia, choć powoli. Zaczynamy dostrzegać, że kobieta może się spełniać na wielu płaszczyznach: macierzyństwa, małżeństwa, ale też pracy czy pasji. I to jest indywidualny wybór każdego człowieka.

Ale mówimy też, że miłość nie wybiera. Kochamy drani, macho, Piotrusiów Panów…
No dobrze, przyjrzyjmy się temu, co to znaczy, że zakochałam się w draniu? Że nie przerobiłam lekcji, jaką dało mi życie, że jestem autoagresywna, powtarzam przemocową sytuację z przeszłości, być może nawet z dzieciństwa. Dziecko alkoholika wiąże się z alkoholikiem, dziecko z domu przemocowego wiąże się z osobą, która też stosuje przemoc – w psychologii powszechnie znany jest przymus powtarzania. Często przyciągają nas i zauraczają cechy, które nas krzywdzą, ale to my je WYBIERAMY – czasem mniej, czasem bardziej świadomie. Miłość nam się nie przydarza, to od nas zależy, w kim się zakochujemy. Dlatego tak ważne jest, by przyjrzeć się swoim poprzednim związkom i relacjom w rodzinie. Jeśli w przeszłości była przemoc, uzależnienie, to myślę, że takie przepracowanie nie obejdzie się bez pomocy psychoterapeuty. Jako dzieci, aby się obronić, zawsze wybieramy jedyny dostępny nam sposób reakcji, czyli zwykle unikanie konfrontacji, wyparcie. Bo dziecko nigdy nie wygra w pojedynku z dorosłym. Co nie znaczy, że dziecięce zachowania mamy powtarzać w dorosłym życiu. Powinniśmy wypracować dorosłe reakcje. Jeśli ktoś mnie krzywdzi, nie pozwolić mu na to, stanąć do konfrontacji.

I na scenę znów wraca przyjaciółka – to ona zwykle jako pierwsza zauważa coś, co jej się nie podoba w naszym związku, ale jak to powiedzieć, zwrócić uwagę? Skoro my jesteśmy zamroczone.
Ja w takich sytuacjach podpowiadam sposób komunikacji, jaki stosuje się w terapii. Wspominałyśmy o tym już ostatnio. Nieoceniający, bezpieczny i motywujący do refleksji. Pytamy, nie stwierdzamy. Jeśli moja przyjaciółka opowiada, że on jest taki fascynujący, troskliwy i czuły, kończąc: „Wiesz, kiedy po niego przyjechałam, on spytał, czy nie jestem głodna, bo może skoczylibyśmy do tej knajpki obok”, to mogę zareagować tak: „Słuchaj, a czy zauważyłaś, że to często ty po niego przyjeżdżasz?”. I to już będzie dla niej bardzo trudne. Nie mówię: „A co to za facet, który sam do ciebie nie może przyjechać?!”, to będzie oceniające. Nawet jeśli przyjaciółka odpowie: „Oj, ty to się zawsze do czegoś przyczepisz”, zostaw to tak, niech w niej zakiełkuje.

A jeśli ona pyta wprost: „Co o nim sądzisz?”
Ja zaczęłabym tak: „Przede wszystkim cieszę się, że jesteś szczęśliwa i zakochana”. Potem, jeśli nie mam o nim dobrego zdania, najpierw zadałabym sobie pytanie, co wywołuje mój sprzeciw, niepokój. Na przykład zaniepokoiło mnie to, że podczas spotkania on mówił tylko o sobie. Dlaczego mnie to niepokoi? Bo martwię się, że okaże się egoistą. Dopytuję dalej. Czy jest coś, co potwierdziło moje obawy albo coś, co im przeczy? Jestem wielką zwolenniczką takiej właśnie pracy ze sobą. Różnie się to naukowo nazywa, np. dialogiem sokratejskim, w każdym razie chodzi o poszerzenie perspektywy poprzez pytania, które pomagają mi ujrzeć pełniejszy kontekst. Tak pracuję ze swoimi klientami, ale i ze sobą. Wracając do naszego przykładu, po głębokiej analizie możemy podzielić się swoimi przemyśleniami z przyjaciółką, ale mówmy o odczuciach, nie ferujmy wyroków.

Jedna sprawa to sytuacja, w której on nie jest taki, jak nam się wydawał. A gdy to my gramy kogoś innego?
To jest największa pułapka, w jaką wpadamy w związkach. Czym innym jest chęć zaprezentowania się od jak najlepszej strony, czym innym udawanie kogoś, kim nie jestem. Po pierwsze, strasznie się tym umęczymy – niewiele z nas jest w stanie funkcjonować na dłuższy czas nie w swojej skórze. Po drugie, mężczyźnie może się to spodobać, ale pytanie, w kim się on zakochuje? Bo na pewno nie we mnie. I na czym buduję tę relację? Na kłamstwie. A to z góry skazuje ją na niepowodzenie. Wcześniej czy później to, jaka jestem naprawdę, wyjdzie na jaw. I im bardziej to, kogo udawałyśmy, będzie odbiegało od prawdy, tym większe rozczarowanie i złość partnera. Każda z nas ma fantastyczne cechy, i to na nich budujmy pierwsze wrażenie. Oczywiście są w nas rzeczy, nad którymi wolałybyśmy popracować, i o nich też będzie musiał się dowiedzieć. Niekoniecznie na pierwszej randce. Nie ma sensu mówić: „Muszę cię uprzedzić, że jestem straszną bałaganiarą”, on i tak to zauważy w miarę rozwoju relacji. Może widząc artystyczny nieład w naszym mieszkaniu, zapyta: „Ty chyba nie lubisz sprzątać?”. Nie zaprzeczaj, ale dodaj: „Tak, ale za to świetnie gotuję” (śmiech).

Miłość a zakochanie – po czym można poznać, czy jesteśmy zakochani, a po czym, że już kochamy?
Zakochujemy się „ponieważ”, kochamy „pomimo”. Zakochanie to troska o siebie, miłość to troska o drugą osobę. To są dwie podstawowe różnice. Moment przejścia od zakochania do miłości jest moim zdaniem jednym z piękniejszych w życiu, wręcz metafizycznym. Miłość pozwala być z kimś, mimo że nas czasem zawodzi, rozczarowuje czy wkurza. Zdolność do miłości dojrzałej jest powodem do dumy i źródłem satysfakcji.

Niektóre osoby nie są jednak w stanie wyjść poza fazę zakochania. A miłość wydaje im się wtedy zupełnie nieosiągalna.
Bo są uzależnione od zakochania, tak zafascynowane tym stanem, że nie potrafią przekształcić go w głębsze uczucie. Moim zdaniem to przejaw niedojrzałości, egocentrycznego dbania o pewien poziom pozytywnych emocji i nieumiejętność konfrontowania się z trudnościami. Dla nich bezpieczeństwo i stabilizacja to rutyna, nuda. Tymczasem rutyna jest wtedy, kiedy nie chce nam się już starać. Są też osoby, które boją się zakochania. Sabotują związki dobrze rokujące, bo nie chcą dać się rozwinąć uczuciu w obawie, że później je stracą. Myślę, że jednym i drugim trudno będzie sobie z tym poradzić bez pomocy kogoś z zewnątrz.

A co, jeśli obiekt naszych uczuć lub fascynacji nie odpowiada nam tym samym? Dlaczego się zakochujemy w osobach, które nie odwzajemniają naszych uczuć?
Radzenie sobie z sytuacjami, gdy ktoś nam mówi „Lubię cię, ale nic więcej”, to tak naprawdę radzenie sobie ze stratą. Tracimy w życiu wiele rzeczy: pieniądze, majątek, pracę, bliskich ludzi. To naturalne, że pojawiają się frustracja i smutek, ale one miną i znów otworzymy się na nowe. To klasyczny proces żałoby, czyli: wyparcie, złość, szukanie winnego, smutek i zwrot ku przyszłości. Pozwólmy sobie przejść przez te wszystkie etapy. I pogratulujmy sobie, że jesteśmy w stanie się zakochać, zafascynować kimś, że świat jest pełen mężczyzn, którzy mogą nam zapaść głęboko w serce. Walczmy z tym, co czasem nas dopada, czyli przekonaniem, że nie ma już fajnych facetów. Są i już nie mogą się doczekać, by nas spotkać.

  1. Psychologia

Zagadka miłości, czyli dopasowanie partnerskie. Czy istnieje test dopasowania par w związku?

Ilustracja Ada Dziewulska
Ilustracja Ada Dziewulska
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dlaczego jestem z nim? Dlaczego właśnie ona? Co tak naprawdę sprawia, że zakochujemy się w konkretnych osobach? „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna” – filozofował kiedyś Blaise Pascal. Współcześni badacze związków przyznają mu rację, a nawet idą dalej. Ich zdaniem partnerów szukamy zgodnie z pewnym kluczem, który otwiera drzwi do naszej przeszłości.

Według antropologów i ewolucjonistów kieruje nami instynkt przedłużenia gatunku. Zdaniem poetów i filozofów – kochając, chcemy dotrzeć do absolutu, dopełnić siebie. Psycholodzy sytuują się gdzieś pomiędzy tymi biegunami, stojąc na stanowisku, że choć nie do końca kontrolujemy potężną siłę, jaką jest pociąg fizyczny, to mamy jednak wpływ na to, z kim się wiążemy. Co więcej, to od nas zależy, kto wzbudza nasze zainteresowanie. Bo to my sami opowiadamy sobie o miłości.

W tym szaleństwie jest metoda

„Bezsenne noce i niespokojne dni. Fale ekstazy lub lęków, marzenia w trakcie lekcji lub pracy, zapominanie płaszcza, przegapianie skrętu, sprawdzanie telefonu czy rozmyślanie nad wypowiedzią – dręcząca tęsknota za następnym spotkaniem z nim lub z nią” – tak opisuje zakochanie lub inaczej miłość romantyczną antropolożka i badaczka relacji miłosnych Helen Fisher w swojej słynnej książce „Anatomia miłości”. Ten stan, dobrze znany większości z nas, przez wieki nie był traktowany poważnie. W najlepszym razie przyrównywano go do choroby, gorączki czy chwilowej utraty przytomności. W najgorszym – jak robił to Zygmunt Freud – był odrzucany i banalizowany (twórca psychoanalizy widział w zakochaniu zahamowany lub odwlekany popęd płciowy). Długo nie był także obiektem zainteresowania naukowców. Wszystko zmienił wiek XX. Można powiedzieć, że zaczęliśmy badać miłość na potęgę. Kiedy małżeństwa przestały być wyłącznie aranżowane, zawierane z rozsądku, przyczyn ekonomicznych czy dla aliansów rodowych – zaczęliśmy się zastanawiać, co tak naprawdę popycha nas w ramiona konkretnych osób.

Najpierw zwróciłam uwagę na jego akcent, cudowny irlandzki akcent. Z wyglądu też mi się spodobał, choć nie był raczej w moim typie. Ale ten akcent! Kiedy już razem zamieszkaliśmy, mogłam go słuchać godzinami, choćby nawet mówił głupoty czy recytował listę zakupów – opowiada Katarzyna, lat 45, swojego obecnego męża zna od 15 lat. Od razu między nami kliknęło. Pomyślałam, że to jest wymarzony facet dla mnie. Może to przez tę jego pewność siebie, a może zabawny błysk w oku… Pamiętam, miałam poczucie, że strasznie chciałabym z nim być, ciągnęło mnie do niego. Podobało mi się, że on ciągle myślał o tym, jak uatrakcyjnić nam wspólnie spędzany czas. Wcześniej w związkach tego nie miałam, czułam się jakby zostawiona sama sobie. A on od początku pielęgnował naszą relację, starał się, by była ekscytująca. I to się nie zmieniło do dziś. Podoba mi się też to, że dba o siebie. I że mnie rozśmiesza. Non stop. Nie mogłabym być z facetem, który nie potrafi mnie rozśmieszyć. Kiedy patrzę na moich poprzednich partnerów, to widzę, że każdy był zupełnie inny i ja się do nich dopasowywałam. Zwłaszcza w ostatnim związku miałam poczucie, że udaję kogoś innego, i strasznie źle się z tym czułam. On nigdy niczego ode mnie nie wymagał, zaakceptował mnie taką, jaką jestem, wariatkę.

Ilustracja Ada Dziewulska Ilustracja Ada Dziewulska

Jedną z pierwszych prac na temat zakochania było klasyczne dzieło Amerykanki Dorothy Tennov „Love and Limerence” [Miłość i limerencja]. Tennov przebadała 400 osób i na podstawie ich odpowiedzi, dzienników oraz osobistych zapisków wyodrębniła zestaw cech wspólnych dla zjawiska zakochania (które nazwała limerencją). Ustaliła, że pierwszym etapem zakochania jest moment, w którym dana osoba zaczyna nabierać dla nas wyjątkowego znaczenia, wyróżniać się spośród innych (naukowcy nazywają to wydatnością). Następnie umysł opanowują myśli związane z obiektem miłości. Zaczyna się etap fiksacji – trudno skupić się na czymkolwiek innym. Po nim następuje krystalizacja, czyli upiększanie obiektu naszych westchnień. Nie ma on nic wspólnego z idealizacją – osoba zakochana widzi wady drugiej osoby, ale uznaje je za urocze. I ten właśnie etap trwa najdłużej. Towarzyszą mu przeplatające się ze sobą uczucia: pragnienia, nadziei i niepewności. Wszelkie przeciwności losu jedynie wzmagają namiętność i żądzę, za to oddalenie od ukochanego lub ukochanej wywołuje lęk separacyjny. Wielu respondentów mówiło o nieśmiałości, niecierpliwości, strachu przed odrzuceniem, ale też zazdrości. Wszyscy doznawali przypływu energii albo chwilowej utraty podstawowych umiejętności (choćby mówienia pełnymi zdaniami). Najbardziej jednak podkreślali uczucie bezradności oraz wrażenie, że ich miłosna obsesja wymyka się ich woli, jest nieokiełznana. I właśnie za ten huragan emocji jest odpowiedzialna biologia.

Weźmy choćby naszą indywidualną woń. Każdy z nas ma swój zapachowy odcisk palca, który wzmacnia się w okresie dorastania – ten najbardziej uwodzący kryje się w dołach pachowych, wokół brodawek piersiowych i w okolicach krocza. Baudelaire twierdził, że w tym erotycznym pocie kryje się ludzka dusza. Helen Fisher mówi, że jeśli poznajemy nową osobę i uznajemy ją za atrakcyjną, to prawdopodobnie podoba nam się jej zapach. A to już wstęp do romansu. Według tych samych kryteriów znaczenie ma też wygląd, najlepiej ten znamionujący dobre zdrowie i silne geny. Gładka skóra, symetryczna twarz, grube włosy czy długie nogi – to one mają być gwarancją równie zdrowego i długo żyjącego potomstwa. Od lat dowodzi tego w swoich badaniach psycholog ewolucyjny David M. Buss, autor m.in. „Ewolucji pożądania” – i często bywa krytykowany za sprowadzanie nas do czystego popędu. Jego zdaniem człowiek, tak jak każdy ssak, po prostu szuka partnera, który jest najlepszym reproduktorem.

Inne badania oraz wiekowa już praktyka psychoterapeutyczna dowodzą jednak, że naszymi wyborami steruje coś o wiele większego i bardziej skomplikowanego. Nieuświadomiona lista cech, jakich poszukujemy u idealnego partnera – tak zwana mapa miłości. Zaczynamy ją tworzyć w naszych głowach już w okresie dzieciństwa – od piątego do ósmego roku życia – pod wpływem osób, które nas otaczają, doświadczeń i luźnych skojarzeń. W miarę naszego dorastania mapa ta nabiera swojego ostatecznego kształtu. I kiedy spotykamy kogoś, kto zdaje się odpowiadać wymaganiom z tej listy, zadurzamy się w nim, projektując na niego całą resztę punktów, których prawdopodobnie wcale nie spełnia.

Najbardziej pociągało mnie to, że ja byłam taka grzeczna i ułożona, a on był starszym – bo chodził wtedy już do czwartej klasy liceum – łobuzem. I jeszcze te jego niebieskie oczy. Na początku przynosił mi tyle kwiatów, ile miesięcy się znaliśmy – opowiada Justyna, 35 lat, która w mężu zakochała się już jako 16-latka.  Jak patrzę na romantyczne filmy, to wszystko mi się przypomina. Był moją pierwszą i naprawdę spełnioną miłością. Przez te wszystkie lata nigdy nie usłyszałam od niego, że czegoś nie mogę, że nie powinnam. Jak wpadałam na jakiś pomysł, to zawsze mówił: „rób to, działaj”. Zna mnie lepiej niż ja sama siebie. Też się go nauczyłam. Zaakceptowałam to, jaki jest: czasem gburowaty i oschły, nie przyjdzie i nie przytuli się, nie powie: „kocham”, ale za to umyje mi auto, no i co tydzień wita mnie bukiet w wazonie. Co buduje nasz związek? Chyba nasza codzienność. Ale lubię też, jak od tej codzienności uciekamy: wyjeżdżamy gdzieś tylko we dwoje. Pewnie, że można mieć wiele związków z różnymi osobami i przeżywać z nimi fantastyczne rzeczy, ale możesz to wszystko mieć też z tym jednym mężczyzną. Wystarczy stworzyć do tego odpowiednie warunki.

Czego jeszcze dowiedzieliśmy się od naukowców? Że pociągają nas tajemnica i łamanie tabu. Badania przeprowadzone w izraelskich kibucach dowiodły, że rzadko jest nas w stanie zachwycić ktoś, kogo doskonale znamy. Za to ktoś trudny do zdobycia  – od razu. „Nic dziwnego, że ludzie zakochują się w czyichś mężach lub żonach, cudzoziemcach czy osobach, od których oddziela ich bariera pozornie nie do pokonania” – konstatuje Helen Fisher. Nie bez znaczenia jest też właściwy moment. Jesteśmy bowiem bardziej podatni na zakochanie, gdy poszukujemy przygód, czujemy się samotni, trafiamy do obcego kraju czy właśnie wchodzimy na nowy etap życia. Antropolodzy wspominają też o „dodatnim kojarzeniu selektywnym”, co znaczy, że podobają nam się osoby o podobnym do nas pochodzeniu społecznym, etnicznym, wykształceniu, zewnętrznej atrakcyjności i inteligencji oraz podobnych wartościach. Fisher podkreśla różnice w temperamentach (czyli cechach dziedzicznych, względnie stałych i mających związek z określonymi genami i hormonami). W swoich badaniach ustaliła, że ludzie spontaniczni, pomysłowi, ciekawscy, szukający nowinek i przygód (czyli z cechami związanymi z układem dopaminowym) szukają osób takich samych jak oni. Podobnie mają osoby z cechami związanymi z układem serotoninowym – czyli spokojni, ostrożni tradycjonaliści. Też ciągną do swoich. Natomiast mężczyźni i kobiety, u których na pierwszy plan wysuwają się cechy związane z testosteronem i estrogenami, wykazują odmienne cechy – pociągają ich przeciwieństwa.

Opowiedz sobie o miłości

Przyciągnął mnie spojrzeniem – mówi Joanna, lat 40, z mężem mają trójkę dzieci. Wypatrzyliśmy siebie nawzajem w tłumie na imprezie. Ten pierwszy impuls był więc czysto fizyczny. Spodobało mi się, że on jest muzykiem, dodało mu to atrakcyjności, wyróżniło. Potem zafascynowaliśmy się sobą też intelektualnie. Okazało się, że mamy podobne poglądy na wiele spraw, że bardzo ważna jest dla nas rodzina. Na początku to była więc sielanka, błogostan. Aż pojawiły się pierwsze przeszkody. Najpierw nie spodobałam się jego mamie, co skomplikowało sprawy między nami. Mieliśmy krótką przerwę, i znów kolejną. Rozstawaliśmy się i ponownie schodziliśmy. Odkrywaliśmy, że bez siebie trudno nam żyć, po czym kiedy znów byliśmy razem, pojawiały się nowe problemy. Najtrudniej było, kiedy wyjechał za granicę na kontrakt, półtoraroczny. Myślałam, że nie uda nam się już tego posklejać. Ale po jego powrocie się zaręczyliśmy. Myślę, że w sumie całe życie zmierzałam do podobnego modelu związku, jaki obserwowałam jako dziecko. A teraz buntuję się przeciwko tym samym rzeczom, przeciwko którym buntowała się moja mama. Ale dajemy radę. Związek to nie jest bajka o rycerzu i księżniczce, tylko ciągła praca. Najbardziej chyba umocniły nas dzieci. Pewne rzeczy zeszły przy nich po prostu na dalszy plan. Nadal go kocham, ale teraz czuję większą motywację, by być razem.   

„Mamy skłonność do zakochiwania się w osobach, których opowieści są takie same lub podobne do naszych, ale których role w tych opowieściach są uzupełnieniem naszych ról” – czytamy w książce „Miłość jest opowieścią” amerykańskiego psychologa Roberta J. Sternberga. Jego koncepcja opowieści o miłości jest jedną z najciekawszych psychologicznych prób wyjaśnienia fenomenu zakochiwania się i łączenia w pary.

Sternberg w latach 80. XX wieku stworzył teorię, według której miłość składa się z trzech czynników: namiętności, intymności oraz zaangażowania – co potem rozwinął prof. Bogdan Wojciszke. Jakiś czas temu Sternberg wzbogacił ją o nowy element: podstawowe schematy narracyjne przeżywania miłości. Jego koncepcję z grubsza można porównać do wspomnianej mapy miłości, ale Sternbergowskie opowieści są znacznie bardziej złożone i głębsze. Chodzi w nich bowiem o naszą filozofię miłości, jej wizję, którą nosimy w sobie. Stworzyliśmy ją na podstawie własnych doświadczeń, braków i zasobów, ale też kulturowych tropów. Sternberg twierdzi, że konkretne opowieści są połączeniem cech tych osób z naszej przeszłości, które pragnęliśmy mieć, ale z jakichś powodów nie mogliśmy. Rodzica, który wyprowadził się z domu po rozwodzie, przyjaciela, który porzucił bez słowa, chłopaka, który złamał serce czy koleżanki, która nas wyśmiewała w szkole. To na bazie tych strat tworzymy, zazwyczaj nieświadomie, połączenie cech, których zostaliśmy pozbawieni w przeszłości. Przy czym zwykle mamy jedną dominującą opowieść i jedną wspierającą, towarzyszącą.

Ilustracja Ada Dziewulska Ilustracja Ada Dziewulska

Aby rozszyfrować swoją opowieść, wystarczy ją sobie… opowiedzieć. Ale tak naprawdę opowiedzieć. Nie skupiać się jedynie na powierzchownych informacjach w stylu: „Poznałam go na wakacjach, lubiliśmy spacerować przy zachodzie słońca”. „Musisz skoncentrować się na tym, co te zdarzenia dla ciebie oznaczały, a nie tylko na tym, czym obiektywnie były” – instruuje Sternberg. Warto też zastanowić się nad typami ludzi, którzy nas pociągają, oraz nad tym, jakie sytuacje zwykle przytrafiają nam się w związkach z nimi. Albo przypomnieć sobie historie o miłości, których lubimy słuchać, filmy, jakie najchętniej oglądamy czy powieści, które nas wzruszają. „Anna Karenina”, a może „Pożegnanie z Afryką”? „Millennium” czy „Pamiętnik”? To wszystko są cenne wskazówki. Można też oczywiście zapoznać się z definicjami podstawowych schematów narracyjnych. Sternberg w swojej książce opisuje ich 26, ale podobno już zidentyfikował ich 27 i, jak twierdzi, w rzeczywistości może ich być 50, 100, a może nawet 200. Wśród nich jest na przykład opowieść o nauczycielu i uczniu – gdy jedna osoba prowadzi drugą przez życie. Jeśli postrzegasz siebie jako nauczyciela, nieświadomie będziesz szukała ucznia. A z czasem może będziecie się tymi rolami wymieniali. Wśród innych opowieści tego typu znajdziesz tę o poświęceniu (jedna osoba idzie na ustępstwa, a druga z tego korzysta), o rządzeniu (jedna osoba ma władzę nad drugą), ale i o policjancie i podejrzanym (jedna osoba kontroluje drugą). Z kolei w opowieści science fiction ceni się dziwność lub niezwykłość partnera. W opowieści o dziele sztuki – jego wygląd. Opowieść o domu i ognisku domowym mówi o tym, że związek jest sposobem na stworzenie pięknego i przytulnego domu. W opowieści o rekonwalescencji związek służy do wyleczenia się z jakiegoś rodzaju traumy. W opowieści o grze – stanowi rozgrywkę, w której każde z partnerów chce zdobyć przewagę.

Są też narracje, które skupiają się na współpracy obojga partnerów: w opowieści o podróży miłość jest drogą, a partnerzy pracują wspólnie nad tym, by obrać właściwy cel i do niego dotrzeć. W opowieści o szyciu i dzierganiu związek „zszywa się” lub wspólnie „dzierga”. W opowieści o ogrodzie partnerzy pielęgnują swój związek tak, jak ogrodnik dba o swoje kwiaty. Ale jest też opowieść wojenna – gdzie jak kochasz, to się stale kłócisz. Czy baśniowa – jesteście jak książę i księżniczka albo królewna i rycerz. W opowieści teatralnej oboje chcecie ciągle odgrywać jakąś rolę, w opowieści tajemniczej pragniecie wciąż odkrywać się nawzajem, a w opowieści humorystycznej cenicie w sobie najbardziej to, że umiecie się rozśmieszyć.

A ty, co dziś opowiesz sobie na dobranoc?

  1. Moda i uroda

Zakochanie wypisane na twarzy. Jak pozytywne emocje wpływają na naszą skórę?

Skóra odzwierciedla nie tylko cierpienie i stres. Uwidoczniają się na niej również pozytywne emocje. (Fot. Getty Images)
Skóra odzwierciedla nie tylko cierpienie i stres. Uwidoczniają się na niej również pozytywne emocje. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zakochania i towarzyszących mu motyli w brzuchu doświadczamy przeważnie świadomie, ale… czy zwracaliście kiedyś uwagę, jak odczuwa ten stan wasza skóra? „Skóra odzwierciedla nie tylko cierpienie i stres. Uwidoczniają się na niej również pozytywne emocje” – pisze w swojej książce „Skóra. Fascynująca historia” niemiecka dermatolożka Yael Adler.

„Miłość różowi nam policzki i wprawia w ruch hormony – u mężczyzn testosteron, u kobiet estrogen. U panów efektem zakochania wraz z jego seksualnymi aspektami jest gęstszy zarost na twarzy, owłosienie ciała, a także wysokie czoło i naturalna tonsura. U pań – jędrne ciało, piękna skóra i błyszczące włosy. Stan zakochania opóźnia pojawienie się zmarszczek. Szczęśliwi mają też niższy poziom hormonów stresu, a ich skóra wygląda zdrowo. Oksytocyna wydzielana podczas pieszczot wprawia partnerów w doskonały nastrój. Ludzie, którym się dobrze wiedzie w miłości, promienieją szczęściem i doskonale to po nich widać. W każdym wieku.” Brzmi przekonująco! Zacytowany fragment pochodzi z rozdziału „Zakochanie i szczęście” (Yael Adler, „Skóra. Fascynująca historia”, Wydawnictwo Feeria). W nawiązaniu do tego, o czym pisze Adler zadaliśmy kilka pytań polskiemu ekspertowi w dziedzinie dermatologii, dr Bartoszowi Pawlikowskiemu.

Czy po skórze jest Pan w stanie poznać ludzi szczęśliwych?
Osoba będąca w równowadze emocjonalnej, szczęśliwa ma zawsze ładniejszą cerę. Wynika to z ogólnego dobrego samopoczucia psychicznego oraz równowagi hormonalnej oraz neuroendokrynnej. Mechanizm takiego stanu jest bardzo złożony. Z kolei cera osób w stresie jest zwykle poszarzała, obsypana pryszczami, łojotokowa. Przedłużający się stres może nawet doprowadzić do powstania przewlekłego trądziku i to niezależnie od wieku.

Jak na skórę działa oksytocyna?
Oksytocyna nie ma bezpośredniego wpływu na skórę, chociaż pomaga np. w leczeniu trudno gojących się ran. Wpływa natomiast na zachowanie oraz wrażliwość emocjonalną. Nie bez powodu, największe jej stężenie obserwujemy w organizmie kobiety w czasie porodu, kiedy stymuluje macicę do skurczów oraz pomaga jej przejść przez ten trudny proces. Hormon wzmacnia też więź emocjonalną z dzieckiem, a w kontekście udanego życia seksualnego, także z partnerem (to dlatego kobiety w wyniku udanego pożycia łatwiej i szybciej się angażują). Ciekawostką jest wpływ oksytocyny na proces regeneracji oraz obniżenia poziomu stresu, a więc również kortyzolu. Oksytocyna pomaga poprawić jakość snu.

Czy testosteron ten sam, który odpowiada za większy zarost jest zarazem przyczyną łysienia?  Może nie warto się tak zakochiwać?
Jak wszystkie hormony, tak testosteron ma swoje prawidłowe stężenia. Zbyt wysokie powoduje wypadanie typu męskiego, również u kobiet. Jest to przerzedzenie włosów na szczycie głowy spowodowane pośrednim wpływem testosteronu na mieszki włosowe. Jednak trzeba mieć na uwadze, że dotyczy to jedynie włosów na głowie. Mężczyźni z wysokim poziomem tego hormonu mają zwykle nadmiernie owłosione ciało: klatkę piersiową, plecy, ręce i nogi. Miłość, czy włosy..? Na to pytanie niestety nie odpowiem J

Czemu policzki zakochanych kobiet są często zaróżowione?
Odpowiada za to odruch naczynioruchowy - to zjawisko gwałtownego rozszerzania się drobnych naczyń w skórze pod wpływem różnych emocji (i zmiennych temperatur). Za zaróżowione policzki odpowiada głównie układ przywspółczulny. Pozytywne emocje powodują jego aktywację, co przekłada się na rozszerzenie naczyń krwionośnych.

Czy zdarzyło się Panu, że skóra pacjenta lub pacjentki poprawiła się na skutek zakochania lub uprawianego seksu?
Oczywiście! Niejednokrotnie pytam pacjentki o życie uczuciowe, gdy widzę poprawę w stanie skóry, a wiem, że leki nie mogły zadziałać tak szybko. Jako lekarz potwierdzam, to działa!

Dr Bartosz Pawlikowski, lekarz dermatolog, przyjmuje w łódzkiej Klinice Medevac Pawlikowski.

  1. Psychologia

Nowy związek zacznij od pokochania samej siebie

Prawdziwa, kompletna intymność to poczucie, że masz w sobie miejsce na drugiego człowieka oraz przekonanie, że jest w nim także miejsce dla ciebie.(Fot. iStock)
Prawdziwa, kompletna intymność to poczucie, że masz w sobie miejsce na drugiego człowieka oraz przekonanie, że jest w nim także miejsce dla ciebie.(Fot. iStock)
Zanim pojawi się rycerz na białym koniu i zaprosi cię do tańca we dwoje, musisz zatańczyć solo. Zapamiętać kroki, odkryć swój rytm, rozluźnić ciało… Otworzyć się na siebie, a dopiero potem na partnera.

Intymność to najgłębszy, najtajniejszy, najbardziej skrywany wewnętrzny świat. Ten świat to twoje myśli, uczucia, tęsknoty, twoje rzeczy, mieszkanie i relacje z innymi. Twoje wspomnienia, marzenia, plany na przyszłość, ważne spotkania, ale też dramatyczne wydarzenia, bolesne słowa krytyki, zranienia. Czy masz do tego dostęp? Czy pielęgnujesz to, co dobre i pamiętasz też o tym, co złe, ale bez ciągłego roztrząsania? Wszystko, co boli, zwykliśmy spychać do podświadomości, odcinać się od raniących wspomnień. Tylko że to na dłuższą metę prowadzi do wyrzekania się wszystkich uczuć, tych „dobrych” i tych „złych”, pozostawiając pragnienie, by kiedyś pojawił się ktoś, kto zburzy ten mur obojętności. Czasami ten ktoś się zjawia na chwilę, a potem znika – wtedy boli jeszcze bardziej.

– Kiedy mój ostatni chłopak odszedł do innej, czułam, jakbym przestała istnieć – mówi Iwona. – Przestałam jeść, spać, a w końcu wstawać z łóżka.

Psychiatra rozpoznał depresję, przepisał leki. Kiedy Iwona trafiła do mnie na terapię, zapytałam: „Kim jest ta osoba, którą zostawił pani partner? Jaka ona jest? Czego pragnie, za czym tęskni? Co lubi, a co ją drażni? Kto właściwie przestał istnieć?”.

Kiedy Iwona wypłakała swoje cierpienie i ból po stracie, pojawiła się w niej nieznana dotąd postać Wściekłej Złośnicy. Początkowo przestraszyła się jej, mówiła, że to po lekach na depresję, że ona nigdy się nie złości. Tłumaczyłam jej, że w każdej z nas są postaci, których nie akceptujemy, wstydzimy się. To ich zachowania najbardziej drażnią nas w innych ludziach. Ale dopiero kiedy pozwolimy im się ujawnić, dopuścimy do głosu wszystkie dotąd skrzętnie skrywane uczucia – dotrzemy do źródeł swojej tożsamości.

Uszanowanie własnej intymności polega na tym, że akceptujesz siebie w całości, również z tym wszystkim, czego się wstydzisz, brzydzisz albo co boisz się poznać. Potrafisz o tym rozmawiać sama ze sobą i z ważnymi ludźmi. W przeciwnym razie twoje wewnętrzne, wyparte postaci latami będą się dobijać do świadomości, powodując uczucie obcości, braku, tęsknoty za czymś, czego nie potrafisz nazwać. Kiedy brak czy stratę partnera odbierasz jak cios we własne poczucie wartości i unicestwienie wszystkich marzeń, kiedy, opuszczona, masz wrażenie, że twój świat rozpada się na kawałki, a ty przestajesz istnieć – to znak, że tak naprawdę nie znasz samej siebie, nie nawiązałaś intymnego kontaktu ze swoim „ja”. Nie ufasz ludziom albo wręcz przeciwnie – otwierasz się przed nimi bez reszty, zdradzając intymne szczegóły ze swojego życia. Budujesz mury odgradzające cię od świata albo otwierasz drzwi do swojego wnętrza na oścież, bo nie wiesz, kim tak naprawdę jesteś.

Blisko i daleko

Monika od pięciu lat jest sama. Zdarzają jej się krótkotrwałe romanse, ale na nic ,,poważnego” nie ma już ochoty. A może odwagi? Przed laty w jej życiu był mężczyzna, dla którego straciła głowę, a właściwie, jak twierdzi, swoją niezależność.

– Nieraz stawałam w drzwiach jego mieszkania z siatkami zakupów na romantyczną kolację, a on mówił, że właściwie to nie jest głodny. Zabiegałam o niego jak o rodziców: ojca, który wiecznie był zajęty, i matkę, przez lata pogrążoną w cierpieniu po stracie starszego dziecka. Odeszłam, kiedy zrozumiałam, że daję mu wszystko, a on ledwie mnie toleruje – wyznaje.

Więź, będąca matrycą wszystkich naszych późniejszych kontaktów ze światem, rodzi się w relacji z rodzicami. Dla małego dziecka ono i matka to jedno. W miarę rozwoju maluch, kierowany ciekawością świata, stopniowo oddala się od matki i buduje swoją intymność. Jeśli rodzice zapewnią dziecku bezpieczną relację i zaakceptują jego coraz większą niezależność, w dorosłym życiu będzie potrafiło być z ludźmi razem, ale też osobno. Jeśli przywiązanie do rodziców jest pełne lęku i toksycznej zależności, w relacje z partnerami będzie wchodziło z pozycji głodnego uczuć dziecka, na przemian pragnąc i unikając bliskości.

W zdrowym, partnerskim związku miłość jest relacją, wymianą: dajesz coś i otrzymujesz coś w zamian, nie boisz się, że partner zdominuje cię, zagarnie albo będzie próbował zmienić. Wiesz, że miłość nie wymaga dokonywania wyborów pomiędzy własnym dobrem, a dobrem partnera. Granice intymności w waszej relacji są elastyczne i zmienne. Wyznaczacie je wspólnie, czasami jesteście ze sobą bardzo blisko, innym razem jedno z was potrzebuje oddalenia, a drugie nie przeżywa tego jako odrzucenia. Dobry związek to dzielenie się intymnością, częścią siebie. Ale to ty dokonujesz wyboru, co chcesz ujawnić na swój temat. I jednocześnie podejmujesz ryzyko, bo nie wiesz, jak twoja szczerość zostanie przyjęta. Jeśli jednak nie otworzysz się na drugiego człowieka, to nie będziesz z nim tak naprawdę, autentycznie i nigdy nie będziesz w zgodzie z samą sobą.

Monika potrzebuje czasu, by uwierzyć, że prawdziwa intymność nie wymaga wyrzeczenia się siebie, własnej niezależności, oraz tego, że ceną za niezależność nie musi wcale być samotność.

Niekompletne związki

Aneta jest w związku z żonatym mężczyzną. Ich układ jest czysty: ,,to tylko seks”. Ona wie, że on nigdy nie odejdzie od żony, akceptuje to. Jej poprzedni partnerzy znikali bez słowa, w momencie, kiedy wydawało jej się, że związek przeradza się w coś ważnego. Układ z kochankiem jest bezpieczny, jak twierdzi Aneta, ten mężczyzna nigdy od niej nie odejdzie, bo tak naprawdę nigdy do niej nie należał, jest mężem innej kobiety. Tych dwoje łączy intymność fizyczna, mają cudowny seks, i na nic więcej nie liczą. W wielu związkach intymność ciał to wszystko, co spaja partnerów. Taka bliskość wbrew pozorom wydaje się bezpieczna: „Jesteśmy razem, dopóki jest między nami pożądanie, a potem zobaczymy”.

Sylwia twierdzi, że łączy ją z Markiem intymność, ale nie seksualna, tylko emocjonalna, oboje są przecież w stałych związkach. – Jesteśmy dorośli i podjęliśmy dojrzałą decyzję, że seks zniszczyłby naszą przyjaźń – mówi.

Napięcie seksualne rozładowują przy pomocy niewinnego flirtu, erotycznych SMS-ów czy fantazji na temat tego, jaki byłby ich seks, gdyby tylko się na niego zdecydowali. Sylwię od pewnego czasu męczą krwotoczne miesiączki. Jej przyjaciel cierpi na migreny. Skąd te objawy? Otóż, jak zaskakująco by to nie zabrzmiało, zależność jest następująca: intymność fizyczna syci ciało, ale pozostawia w sercu pustkę; intymność emocjonalna ogrzewa serce, ale nie karmi ciała, a głodne ciało choruje.

Jesteśmy jednością, tęsknimy za bliskością ciał, serc i dusz. Kiedy decydujesz się na „niepełną” relację, to znak, że nie jesteś wewnętrznie zintegrowana. Zaspokajasz niektóre swoje pragnienia, ale inne ignorujesz, nie dopuszczasz ich do głosu, czyli oszukujesz samą siebie. Mylisz miłość z pożądaniem, przywiązanie z zależnością, seks z wykorzystywaniem.

Prawdziwa, kompletna intymność to poczucie, że masz w sobie miejsce na drugiego człowieka oraz przekonanie, że jest w nim także miejsce dla ciebie. Są chwile, kiedy jesteście dwojgiem serc w jednym ciele, ale kiedy wasze ciała są osobno, serca nie przestają przecież bić.

Sam na sam ze sobą

W wolnej chwili usiądź spokojnie i przeskanuj swoje ciało: od czubka głowy w dół. Sprawdź, czy poszczególne części ciała są rozluźnione, czy napięte, czy czujesz w nich ciepło, a może mrowienie. Skup się na tych doznaniach i zastanów, jakie uczucie ukrywa się pod drżeniem, bólem czy skurczem. Czy szum w uszach to lęk, a może raczej złość?

Naucz się rozróżniać zależność od przywiązania. Bez przywiązania czulibyśmy się bardzo samotni. Przywiązujesz się do ludzi, którzy są dla ciebie ważni, ale to nie znaczy, że musisz oddać im swoją niezależność, czas, całkowitą uważność, energię. To ty dokonujesz wyboru, ile i komu chcesz dać. Kompromis to w pełni świadoma rezygnacja z czegoś dla dobra relacji.

Swoje kompulsje (czyli tzw. czynności przymusowe, takie jak np. pracoholizm, konieczność odbywania wielu rozmów telefonicznych) potraktuj jako tęsknotę za czymś, czego potrzebujesz. Pomyśl, w jaki inny sposób możesz to dostać, np. uwagę przyjaciółki, do której codziennie dzwonisz, czy dobry humor albo poczucie ważności, których doznajesz, płacąc w sklepie za kolejne zakupy.

Jeśli właśnie zakończyłaś jakiś związek, nie traktuj tego jako życiowej porażki, ale postaraj się wykorzystać ten czas na to, by poznać samą siebie, swoje pragnienia, tęsknoty. Kiedy nakarmisz samą siebie, poczujesz, że otwiera się w tobie przestrzeń dla drugiej osoby.

Zrób listę rzeczy, spraw, marzeń, którymi jesteś gotowa podzielić się z mężczyzną. Pamiętaj, że dzielić się możesz tym, czego masz w nadmiarze. Dawanie po to, by dostać czyjąś uwagę, zainteresowanie czy akceptację, to handel, a nie autentyczne dzielenie się.