1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie fantazjuj, przewiduj - czyli jak przygotować się do spotkania z trudnościami życia

Nie fantazjuj, przewiduj - czyli jak przygotować się do spotkania z trudnościami życia

Jak radzić sobie z trudnościami losu? (fot. iStock)
Jak radzić sobie z trudnościami losu? (fot. iStock)
Czy za nieskutecznością w osiąganiu celów może stać niepoprawny optymizm? Tak twierdzi prof. Gabriele Oettingen z Uniwersytetu Nowojorskiego. Badaczka radzi, by – zamiast odwracać wzrok od trudności – dobrze je poznać i przygotować się do ewentualnego spotkania z nimi.

Chciec to móc”, „Nie ma rzeczy niemożliwych”, „The sky is the limit” – podobne hasła docierają do nas z wielu stron. Mają motywować do osiągania celów, a – zdaniem niektórych – w połączeniu z wizualizacją i pozytywnym myśleniem wystarczą za całe działanie… Otóż, jak twierdzi prof. psychologii Gabriele Oettingen z Nowego Jorku, tak się nie dzieje. Fantazjowanie – choć przyjemne i wprawiające na chwilę w dobry nastrój – nie tylko nie wystarczy, ale może nawet działać na naszą szkodę. Co Oettingen proponuje w zamian? Wizualizację, owszem, ale nie tylko wymarzonego rezultatu. Także realnych przeszkód, które mogą się pojawić na drodze do celu. Tę metodę psycholożka nazwała kontrastowaniem mentalnym, i to ono doprowadziło ostatecznie do narodzin systemu WOOP.

Ale zacznijmy od początku…

Manowce niepoprawnego optymizmu

Gabriele Oettingen od końca lat 80. XX wieku naukowo zajmuje się optymizmem. Źródeł swoich zainteresowań badawczych upatruje w zaskoczeniu, jakie wywołał w niej powszechny w amerykańskim społeczeństwie optymizm, którego doświadczyła, gdy jako stypendystka trafiła na Uniwersytet Pensylwanii w Filadelfii. Jej opiekunem naukowym był tam Martin Seligman, ten sam, który za kilka lat ogłosi powstanie psychologii pozytywnej. „Mimo że tak powszechny optymizm był mi obcy, byłam zań wdzięczna i nie uważałam go za kontrproduktywny” – pisze Oettingen w książce „WOOP. Skuteczna metoda osiągania celów”.

Jednak jej ponaddwudziestoletnie badania pokazały, że w określonych sytuacjach optymizm może być właśnie kontrproduktywny. Kiedy? Gdy doprowadza do idealizowania przyszłości i zamykania oczu na rzeczywistość. Wtedy – zamiast dążyć do celu – pogrążamy się w świecie fantazji, a te odbierają nam energię do działania i pogrążają w przyjemnym stanie odprężenia, jakbyśmy faktycznie dotarli do mety. W niewychodzącym poza sferę fantazjowania myśleniu o przyszłości autorka dostrzega także ryzyko frustracji i poczucia porażki, choć przecież mówienie o porażce bez podjęcia jakiejkolwiek próby jest nielogiczne. „Marzymy o założeniu obcisłych jeansów, decydujemy się zrzucić kilka kilogramów, snujemy fantazje o tym, jak wspaniale byłoby mieć zgrabną sylwetkę, a potem ponosimy porażkę za porażką, nie potrafiąc zrezygnować z zamówienia dużych frytek czy podjąć wysiłku, aby iść na zajęcia taneczne po długim dniu pracy. Zastanawiamy się, dlaczego innym udaje się spełnić marzenia, podczas gdy my nie jesteśmy w stanie tego dokonać” – zauważa.

Mimo że wyniki pierwszych badań – wskazujące na negatywny wpływ fantazjowania na osiąganie celów – rozczarowały ją, psycholożka kontynuowała swoje prace badawcze. Postanowiła uzupełnić proces o konfrontowanie fantazji z rzeczywistością, czyli wyobrażanie sobie wszelkich możliwych przeszkód wewnętrznych, które mogą uniemożliwić realizację tych fantazji. Tak zwane kontrastowanie mentalne okazało się strzałem w dziesiątkę.

Kudłaty przyjaciel

„Lubię porównywać WOOP do psa przewodnika, prowadzącego niewidomego. Ty i ja jesteśmy niczym ten niewidomy. Idziemy przez życie każdego dnia, nie do końca rozumiejąc, kim naprawdę jesteśmy, czego chcemy czy jakie przeszkody mamy przed sobą. Kiedy nie dostajemy natychmiast tego, czego – jak myślimy – pragniemy, mamy tendencję do szukania wymówek, co jeszcze bardziej sprowadza nas na manowce. Utykamy, uderzając raz po raz głową o przeszkody, nie robiąc żadnych postępów (…). I wtedy pojawia się WOOP, nasz kudłaty przyjaciel. (...) Nie jest przywiązany do żadnego konkretnego rozwiązania czy korzyści. Jest to proces, który pomoże ci znaleźć własną drogę” – przekonuje prof. Oettingen.

Nazwa WOOP jest akronimem od angielskich słów: wish – cel, życzenie; outcome – wynik, korzyść; obstacle – przeszkoda; plan – plan, które określają podstawowe etapy całego procesu. W zasadzie chodzi o to, żeby być kreatywnym i zaangażowanym zarówno przy fantazjowaniu na temat wymarzonego stanu, jak i przy wyobrażaniu sobie okoliczności, które mogą osiągnięcie tego stanu wykluczyć albo opóźnić; a po drugie, by nie bać się ich, lecz zaplanować, co możemy zrobić, aby te okoliczności zmienić. Oczywiście, czasami koszty tej interwencji mogą się okazać na tyle wysokie, że pojawi się pytanie, czy cel jest tego wart… Ale to dobrze, bo oznacza, że WOOP jest żywym narzędziem rozwojowym i skłania do zatrzymania się i refleksji.

Jak pisze twórczyni metody, można ją wykorzystać w pracy nad dowolnym celem. Bez znaczenia, czy będzie mały, czy wielki, krótko- czy długoterminowy, czy będzie dotyczył kariery, czy relacji... (Oczywiście mowa o rzeczach obiektywnie możliwych do realizacji – warto posiłkować się np. zasadą S.M.A.R.T, zgodnie z którą cel ma być: konkretny, mierzalny, osiągalny, istotny, i określony w czasie). Metoda jest bardzo prosta do stosowania – wskazówki znajdują się w ramce na stronie 27. Najważniejsze to nie odchodzić od podstawowego schematu: przeznaczyć na ćwiczenie tyle czasu, ile naprawdę potrzebujemy, i nie zmieniać kolejności kroków ani żadnego nie pomijać.

Pracę z WOOP najlepiej zacząć od celów na najbliższe 24 godziny. Wystarczy zatrzymać się i pomyśleć życzenie, a potem wyobrazić sobie dokładnie, jak dobrze się wtedy poczujemy i z równą otwartością poszukać we własnym wnętrzu tego, co nas powstrzymuje, żeby doprowadzić do spełnienia się tego życzenia. Gdy już zidentyfikujemy tę przeszkodę, pozostaje wymyślić, jak ją pokonać, i przygotować plan działania na wypadek, gdyby faktycznie ten problem się pojawił.

„Im więcej wysiłku włożysz w ćwiczenie WOOP, tym więcej zyskasz w zamian. Jeżeli jesteś skłonny do drążenia jak najgłębiej, żeby zidentyfikować przeszkodę, to bądź ze sobą szczery. Co naprawdę stoi na twojej drodze do celu? Nie musisz mówić o tym nikomu innemu – wystarczy, że powiesz sobie” – radzi prof. Oettingen.

Zdrowy rozsądek podpowiada, że ta metoda ma sens. Ja w każdym razie na pewno ją wypróbuję. I was też do tego zachęcam.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Sukces w biznesie, w pracy i w życiu? Możesz go osiągnąć!

Klucz do sukcesu to radość, lekkość i przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. (Fot. Getty Images)
Klucz do sukcesu to radość, lekkość i przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czym właściwie jest sukces? Jakie warunki sprzyjają dotarciu do tego miejsca? Kiedy możemy powiedzieć „mam to” i czy wszyscy posiadamy predyspozycje, by tego doświadczyć? David Hawkins obala mity na temat sukcesu i zapewnia, że jest on dla ciebie.

Taki też tytuł – „Sukces jest dla ciebie” – nosi wydana pośmiertnie książka Hawkinsa, doktora nauk medycznych, nauczyciela duchowego i wykładowcy. David Hawkins był też niewątpliwie człowiekiem sukcesu. Wykonywał różne zajęcia – i w każdym z nich brylował. Wdrażał innowacyjne rozwiązania, z łatwością przyciągał klientów, pomnażał majątek. Odczuwał satysfakcję i radość. Zdobycie bogactwa i sławy jest według niego dziecinnie łatwe: „to tak banalne, że z bólem patrzę na ludzi walczących, cierpiących i poświęcających się bezowocnie, kręcących się w kółko, podczas gdy z góry wiadomo, że obrana ścieżka z pewnością doprowadzi ich do porażki”.

Według autora zdobywanie dóbr i apanaży, powszechnie łączonych z pojęciem sukcesu, a często i szczęścia, przypomina sytuację z małpą zamkniętą w klatce, przed którą położono banany. Małpa dokładała wszelkich starań, by dosięgnąć smakołyku przez pręty. Również wtedy, kiedy drzwi klatki zostały otwarte – wyciągała łapę tak mocno, że omal nie zwichnęła sobie barku. Tymczasem wystarczyło oderwać na chwilę wzrok od łupu, rozejrzeć się i wyjść… Pewnie znamy niejedną taką historię w ludzkim świecie: zmiana percepcji, moment „aha!” i wszystko staje się proste. Nie trzeba nadwerężać się, napierać. Co zatem sprawia, że tylu ludzi zachowuje się trochę jak ta małpa w klatce, próbująca zdobyć banany?

Zdaniem Davida Hawkinsa pomyliliśmy skutek z przyczyną. To, co na zewnątrz, z tym, co w środku. Zapomnieliśmy, że szczęście płynie z satysfakcji, z zachwytu. Że znalezienie otwartych drzwi ma większą wartość niż sięgnięcie po banany. Że najważniejsze jest nasze wewnętrzne mistrzostwo – reszta jest jego naturalną konsekwencją. „Szczęście przychodzi samo, gdy reprezentujemy sobą pewne jakości, żyjemy w określony sposób i mamy określone podejście do życia” – czytamy w książce Sukces jest dla ciebie”.

Puść w ruch kulę

Przyjęło się, że sukces to pieniądze i rozpoznawalność (bądź wysokie stanowisko) i życie w luksusie. A co z licznymi przypadkami celebrytów, którzy, mając to wszystko, odchodzą skłóceni z życiem? Co z menedżerami wysokiego szczebla, którzy nigdy nie wyłączają telefonu, a garnitur zdejmują tylko do snu? Czy wciąż są ludźmi sukcesu czy jego niewolnikami? A może ich życie nie ma nic wspólnego z sukcesem? Może doświadczają właśnie porażki?

Wygląda na to, że klucz do sukcesu to radość, lekkość, przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. Autor „Sukcesu” przyrównuje ten proces do obserwowania puszczonej w ruch kuli śnieżnej, która, tocząc się, rośnie i nabiera rozpędu. Zupełnie inaczej dzieje się, gdy zaczynamy się siłować. Wtedy – cóż – zgodnie z prawami fizyki pojawia się przeciwsiła.

W jednej ze swoich znanych książek, „Siła czy moc”, David Hawkins omawia różnice między tytułowymi pojęciami. Twierdzi, że moc jest czymś, co mamy w sobie. I że zawsze wygrywa z siłą. Podaje przykład Mahatmy Gandhiego – swoją postawą przezwyciężył siłę imperium brytyjskiego, które w tamtych czasach wydawało się niezłomne. „Władało jedną trzecią kuli ziemskiej, ale pokonał je «rachityczny», ważący czterdzieści kilogramów człowiek, którego władze imperium pogardliwie nazywały «kolorowym»” – pisze Hawkins. Skąd pochodziła jego moc? Z uniwersalnych zasad i praw, takich jak wolność i równość wszystkich ludzi.

Jak to się ma do naszych biznesów, naszych relacji zawodowych? Nauczyciel stawia sprawę jasno: mistrzostwo wynika z intencji, z dobrej woli. Nasi klienci, partnerzy biznesowi czują tę intencję. Na jakimś głębszym poziomie potrafią rozpoznać, jaka jest twoja dominująca wartość, postawa; z czym do nich wychodzisz. Czy lubisz to, co robisz, i prawdziwie się w to angażujesz. Czy jesteś życzliwy tym, których spotykasz na swojej drodze. Czy ważniejsze są dla ciebie zyski, obliczenia komputerowe czy ludzkie uczucia. „Niektóre rzeczy są bezcenne, a ludzie nie darują tym, którzy tego nie szanują” – kwituje i dodaje, że jedną z tych rzeczy jest zaufanie.

Przeszkody na drodze do sukcesu? Wygórowane ambicje, chciwość, duma. Chwile, kiedy uznajemy, że idzie nam tak dobrze, że nie musimy specjalnie liczyć się z innymi: obojętniejemy na ich potrzeby, zapominamy o ich wkładzie w nasze osiągnięcia, zaczynamy traktować ludzi przedmiotowo, nie potrafimy przyznać się do błędu. Stajemy się zbyt ważni, by podrzędny pracownik czy klient mógł nam zawracać głowę. „Prawdziwa moc człowieka sukcesu pochodzi z traktowania drugiej osoby jak człowieka” – podkreśla Hawkins. I przypomina: sukces nie jest naszą własnością! Nawet jeśli uważasz, że do wszystkiego doszedłeś sam, sukces jest konsekwencją tego, że spełniasz jakieś ludzkie potrzeby, że ktoś reaguje na to, co masz do zaoferowania. Że śledzi, kupuje, korzysta… Dlatego tak ważna jest wdzięczność. Sprawdzanie, czy ego nie próbuje zawłaszczyć i zepsuć tego, co przyciąga do nas ludzi. Czy nie zaprzedajemy się, nie oddajemy naszej mocy.

To sport, to gra

„Ludzie, którzy skupiają się jedynie na zysku, często na tym tracą”, „zyski są usprawiedliwieniem dla wyzysku”, „sukces to być istotą ludzką w pełni” – czytamy u Hawkinsa. Pięknie, tylko co z pieniędzmi? Mamy udawać, że są nieważne, że możemy się bez nich obejść? Oczywiście, że nie!

„Nie ma większej frajdy od zarabiania pieniędzy” – przyznaje bez fałszywego wstydu Amerykanin. „To sport. To gra. Przynosi dużo satysfakcji, także uzasadnionej. Czemu nie mielibyśmy zarabiać tyle, ile chcemy?”. Warto sprawdzić jednak, co nami kieruje, co jest na pierwszym planie, bo „sukces powstaje w sercu, a zysk w głowie”.

Duże pieniądze nie są nieodzownym składnikiem sukcesu. Doktor Hawkins przekonał się o tym kilka dekad temu. Pracując jako psychiatra, opracował plan leczenia (oparty na suplementacji i wyeliminowaniu określonych pokarmów z diety), który zapobiegał pewnej przypadłości neurologicznej. Badał zagadnienie przez długie lata, a wnioski i wytyczne zamieścił w książce. Tyle że środowisko medyczne nie było zainteresowane jego odkryciami, specjalistyczne czasopisma odmówiły publikacji artykułów na ten temat. Dieta, witaminy? To wydawało się zbyt proste, za mało naukowe! David Hawkins nie zarobił na swoich odkryciach, nie przyniosły mu one rozgłosu ani nagród. Ale tak, czuł satysfakcję. Bo oddał się temu projektowi, zrobił, co do niego należało, co uważał za słuszne. „Moje doświadczenie było pełne samo w sobie. Wszystko, co by się wydarzyło w związku z tym «na zewnątrz», byłoby tylko wisienką na torcie, a nie samym tortem” – wspomina. I dodaje, że nie osiągniemy sukcesu, sprzeniewierzając się sobie. Sukces przychodzi, gdy stoimy na straży naszych wartości. Gdy kierujemy się sercem.

Serce w biznesie? Dla wielu to jakieś mrzonki. Przedsiębiorcy raczej zwykli szczycić się tym, że twardo stąpają po ziemi, że nie popadają w sentymentalizmy. To przecież coś dla mięczaków i frejerów... Zdaniem Hawkinsa taka postawa świadczy o niemożności odróżnienia siły od mocy. Bo oznaką tej ostatniej jest właśnie otwarte serce! „W biznesie serce z kamienia jest bardzo kosztowne. To katastrofa. Nic nie zmarnuje biznesu równie szybko” – ostrzega. Mało tego: uważa, że otwarte serce niesie ze sobą wolność i niezwykłą wytrzymałość, odporność na przeciwności. Kiedy pozwalamy mu się prowadzić, kiedy żyjemy w zgodzie ze sobą, czego mielibyśmy się obawiać?

Swobodni i skromni

Ludzie sukcesu są więc autentyczni, wierni sobie i życzliwi innym. Silni swoją łagodnością. Czerpiący głęboką satysfakcję z tego, czym się zajmują – niezależnie od zysków. Zdaniem Hawkinsa są też rozluźnieni, swobodni i skromni. Potrafią być szczęśliwi w swojej niszy, nie potrzebują wyróżniać się, obnosić ze swoimi osiągnięciami. „Gdy już mamy to «w środku», nigdy nie musimy demonstrować niczego «na zewnątrz»” – przypomina nauczyciel. Jesteśmy jak mistrz karate, który nie wychodzi przecież na ulicę wystrojony w czarny pas i nie wdaje się w bójki. Co jeszcze charakteryzuje ludzi sukcesu? Wysoka kreatywność! I tak – to słynne „coś”, co wielu nazywa charyzmą i co jest niczym innym jak pewnym rodzajem obecności. Tacy ludzie zawsze są we właściwym miejscu – w sobie, w danej chwili. Nie próbują niczego wymusić, nawet swoje cele traktują... cokolwiek umownie. Bo wiedzą, że ważniejsza jest droga, radość z wykonywanej czynności. „Znam artystów, którzy przez wiele lat pracowali nad tym samym obrazem, i pisarzy, którzy przez wiele lat pracowali nad tą samą powieścią” – wyznaje autor książki „Sukces jest dla ciebie”. „Po co mieliby się spieszyć, skoro sam proces sprawiał im przyjemność?”.

A co z tzw. konkurencją? Czy mamy udawać, że jej nie ma? Robić swoje, nie oglądając się na innych i licząc na to, że klienci wybiorą właśnie nas? Patrz na konkurencję – radzi Hawkins – ale nie jak na wroga czy rywala. Ci ludzie nie występują przeciwko nam, co najwyżej rzucają wyzwanie temu, co w sobie nosimy, stymulują naszą kreatywność. Spójrz na nich jak na osoby nadające tempo rozwojowi, będące źródłem cennych inspiracji. Podobnie zresztą możesz podejść do tzw. niesprzyjających okoliczności, do trudnej sytuacji rynkowej. Masz wybór, czy potraktować ją jako próg nie do przeskoczenia, czy jako wyzwanie, które pozwoli ci sięgnąć do ukrytych zasobów, otworzyć się na nowe rozwiązania. Znów zależy od tego, co jest twoją wewnętrzną rzeczywistością. I znów można tu przywołać przykład mistrza karate – on nie panuje nad przeciwnikiem, tylko nad sobą...

  1. Styl Życia

Coaching. Czy to coś dla mnie?

Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Najlepiej porównać go do sportu. Masz jakiś cel, masz trenera, jest pot, czasem łzy, częściej satysfakcja. I upragniony cel wreszcie na wyciągnięcie ręki. Komu coaching pomoże, kogo zniechęci, a także z jakimi ekspertami warto zmieniać swoje ciało i psyche – pytamy uznanych polskich coachów.

Coaching zrobił się modny. Nic dziwnego: jest pozytywny i nastawiony na przyszłość, obiecuje szybki efekt, nie grzebie w smutnym dzieciństwie i nie wymaga leżenia na kozetce. W czasie sesji można rysować, bawić się w teatr i przymierzać kapelusze. A po sesji zmienić swoje życie na lepsze. Na przykład Ania, moja koleżanka, jedną sesją przez Skype’a rozwiązała swój problem (kupić mieszkanie w mieście czy dom na wsi?). Druga koleżanka, menedżerka dużej firmy, została niejako karnie skierowana na coaching biznesowy i choć nie była do niego (ani do coacherki) przychylnie nastawiona, po 10 sesjach jej bardzo złe relacje z szefem zmieniły się na prawie doskonałe. Teraz awansowała i jest jeszcze ważniejszym menedżerem, dlatego pewnie chce zachować anonimowość. Ja wróciłam z wyjazdu coachingowego z Maciejem Bennewiczem i w ciągu 10 miesięcy napisałam książkę, nad którą rozmyślałam kilka lat. Ale bywają też coachingi nieudane. Magda po jednej sesji coachingu diety wyszła zmotywowana do schudnięcia 12 kilogramów. Przez pół roku schudła dwa. I więcej nie mogła. Czy to wina jej, czy coacha? Teoretycznie jej, bo coach nie bierze odpowiedzialności za to, co robisz czy też czego nie robisz ze swoim życiem. I nie może cię zmusić do ograniczenia porcji na talerzu. A co może?

Szukając nowych dróg

– Coaching jako jedna z niewielu współczesnych metod edukacji dorosłych tak bardzo koncentruje się na dostosowaniu do indywidualnych predyspozycji i potrzeb klienta-ucznia – wyjaśnia coach Maciej Bennewicz. – Oparty jest na intensyfikowaniu pragmatycznych doświadczeń klientów m.in. poprzez zadania praktyczne, eksperymenty, kontrolę rezultatów, ćwiczenia doskonalące, trening kompetencji, a także analizę prób i błędów – w kontekście spodziewanego i ustalonego celu.

Żeby ten cel osiągnąć, coach czasem zadaje ci niewygodne pytania, prosi o wylosowanie karty, interpretację zdjęcia… Czasem musisz wstać, zmienić miejsce, przespacerować się po rozrzuconych kartkach, zamknąć oczy… Niektóre metody przypominają ustawienia hellingerowskie czy psychodramę, mają elementy medytacji i wizualizacji. I każda z tych metod jest dobra, jeśli jest etyczna i prowadzi do celu.

– Dróg poszukiwania jest nieskończenie wiele, co więcej, wciąż powstają nowe – zauważa coach Ewa Mukoid. – Kiedy powstają nowe drogi? Gdy się ich aktywnie szuka. Można na nie wpaść przypadkiem, ale trzeba mieć to nastawienie poszukiwacza, aby w drodze dostrzec drogę. Lepiej i pewniej się na nie trafia w towarzystwie kompetentnej osoby – i mam tu na myśli coacha.

Taki coach zna mnóstwo narzędzi, więcej niż ty. Zadania, które ci daje, bywają trudne, wymagają przełamania barier, wyjścia poza schemat, poza strefę komfortu. Możesz odmówić ich wykonania, ale na ogół nie warto tego robić. Chodzi w końcu o twoje życie i twoje szczęście. A kodeks etyczny zobowiązuje coacha, by wszystkie informacje zachował dla siebie, więc nawet jeśli zrobisz coś głupiego albo podzielisz się swoim sekretem – zostaje to między wami. To znaczy ty masz prawo opowiadać o sesji wszystkim, twój coach – nie.

– Trening, kreatywność, sukces – tak opisałbym coaching w trzech słowach – mówi Maciej Bennewicz. – Fundamentem jest trening starych i nowych kompetencji. Następnie pojawia się kreatywna innowacja, która ulepsza dawne nawyki lub zmienia ich jakość. Jednak celem coachingu jest sukces, zindywidualizowany, bo dla każdej osoby istnieje inna jego miara.

Za jaką cenę?

Coaching wymaga inwestycji. I nie chodzi tylko o pieniądze, które są niemałe: jedna sesja może kosztować 150 zł, ale też 3000 zł (zależy od coacha i celu). Coachee, czyli coachowany, musi się też nieźle napracować. W przeciwieństwie do, na przykład, chirurga plastyka, coach nie ponosi praktycznie żadnej odpowiedzialności za zmiany, jakie zajdą w kliencie. Cała odpowiedzialność spoczywa na tobie. Zła wiadomość? Niekoniecznie. – Metoda coachingowa czerpie inspiracje przede wszystkim ze sportu, dlatego model sportowej efektywności jest kręgosłupem coachingu – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – O sukcesie decyduje umiejętne wykorzystanie reguł gry, osobiste uwarunkowania zawodnika i dostosowany do potrzeb trening. Wybór coachingu to wybór treningu efektywności. Wiemy ze współczesnych badań, że samo marzenie o sukcesie może być rozleniwiające, jednak planowanie rezultatów motywuje i zwiększa skuteczność. Nasz mózg lubi aktywować działanie.

Dlatego warto być aktywnym. I dlatego wielu z nas, gdy jest niezadowolonych ze swojego życia, nie idzie na zabieg korekty nosa, ale właśnie na coaching. Podejmuje wysiłek, bo to się na dłuższą metę opłaca. Samodzielnie, ale w obecności specjalisty.

A można samemu?

Mam na myśli taką kolejność, że najpierw czytam o metodach, a potem aplikuję sobie coaching sama, bez nadzoru coacha. – Teoretycznie tak – twierdzi Ewa Mukoid. – Ale mało kto ma czas i determinację na konsekwentny autocoaching. Poza tym bez lustra nie widzimy samych siebie, stąd ogromna rola informacji zwrotnej. I to nie byle jakiej, ale takiej, która pozwala się rozwijać. A bez komunikacji, wymiany z drugim człowiekiem, bez stawianych przez niego wyzwań, trudnych pytań, ale także dostarczanego przezeń wsparcia – ma się tendencję do dreptania w kółko w kręgu własnych przeświadczeń i samopotwierdzających się założeń. Skoro jesteśmy w wieku profesjonalizacji i doceniamy, że ktoś, np. pielęgniarka, kosmetyczka, masażysta czy mechanik samochodowy, kompetentnie się nami (lub naszym sprzętem) zajmuje – to tym bardziej obszar tak istotny jak jakość swojego życia warto „obsłużyć” przy pomocy profesjonalisty, prawda?

Pod warunkiem że jest to profesjonalista, a nie hochsztapler. Bo coaching, jak każda metoda, jest skuteczny tylko wtedy, gdy zajmuje się nim ktoś, kto się na tym zna. Jak z operacją nosa. Chirurg musi wiedzieć, dlaczego chcesz go zmienić, dobrać odpowiedni dla ciebie kształt i jeszcze zręcznie posługiwać się skalpelem.

Po czym poznać profesjonalistę? Z tym jest pewien problem, bo coachem zostaje się dużo szybciej i dużo łatwiej niż chirurgiem plastykiem. Czy psychoterapeutą. Ale od czego jest Google? Można sprawdzić, czy coach ma licencję. Warto też polegać na rekomendacji znajomych. Dobry coach to skuteczny coach. Nawet gdy nie ma pięciu lat studiów i kilku dyplomów.

Ciemna strona mocy

Coaching zbiera ostatnio hejt. Krytykują go nie tylko psychologowie i inni terapeuci, których można by posądzić o zazdrość, ale też sami coachowani, którym wydaje się, że trafili w złe ręce. – Nie ma nic bardziej żałosnego niż hejter wypowiadający się w necie o coachingu, o którym nie ma pojęcia… – mówi coach Jarosław Gibas. – Chociaż nie, istnieje jednak coś bardziej żałosnego. Jest nim ten, który sprawił, że hejter myśli o coachingu to, co myśli… Największym problemem tzw. polokołczingu, opartego na komunałach i banalnych narzędziach, jest jego efektywność nieradząca sobie z próbą czasu. Od procesu mijają tygodnie i miesiące, a wraz z nimi zapał i entuzjazm zmiany odchodzi w zapomnienie. Wtedy coachee słusznie zadaje sobie pytanie: „Za co ja zapłaciłem te pieniądze?” i automatycznie staje się jednym z hejterów, powiększając grono tych, którzy na samo słowo „coach” dostają mdłości. W ten właśnie sposób polokołcz Stefan „wsiądź do Ferrari” Kowalski strzela nie tylko sam sobie w kolano, ale też całemu edukacyjnemu rynkowi.

Jarosław Gibas ma pewnie na myśli charyzmatycznych mówców motywacyjnych, którzy dysponują wyłącznie ową charyzmą i umiejętnością sprzedania siebie. Mają dobry marketing, za którym niewiele stoi. Być może nawet po jednej sesji, wysłuchaniu motywacyjnego wykładu na YouTubie czy przeczytaniu książki czujemy moc, ale… nie zmieniamy swojego życia.

– Dla mnie coachingowym koszmarem jest też realizacja celów – przyznaje Jarosław Gibas. – Wszyscy nagle muszą realizować cele i tabuny coachów prześcigają się w tym, by w tej realizacji pomagać klientom. Problem tkwi jednak nie w tym, jak wreszcie dopiąć celu, tylko w tym, dlaczego jak dotąd nie udało się go osiągnąć. Problem nie tkwi po jasnej stronie mocy, ale po ciemnej!

Umowa o dzieło

No i jeszcze jedna rzecz – musi być między wami chemia. Bo coachingu nie przeprowadza się w znieczuleniu. Dobrze, żebyście z coachem nadawali na tej samej częstotliwości. Na pierwszej albo drugiej sesji coachingowej coachee i coach podpisują kontrakt. Umowa obowiązuje zwykle na 10–12 spotkań, które nazywa się procesem. Klient nie ma problemu, tylko cel i niczego mu nie brakuje, by ten cel osiągnąć. Coach pomaga mu tylko sprawdzić, czy ten cel jest dobrze sformułowany, pozwala odkryć zasoby, zwiększyć motywację i zaplanować skuteczne działania. Jeśli nie uda się tego zrobić w ciągu umówionych 12 sesji, które odbywają się co 2–4 tygodnie, to znaczy, że już raczej się nie uda. – Coaching to praca projektowa, umowa o dzieło – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – Mamy do czynienia z coachingiem, kiedy „dzieło” jest rozliczone, a ustalone na starcie efekty są osiągnięte zgodnie z ustalonymi wskaźnikami. Jeśli ktoś nie odczuwa spodziewanych efektów w wyniku coachingu, to najczęściej z tego samego powodu co w sporcie lub stosowaniu diety: niewłaściwego treningu albo braku konsekwencji. Nie sposób przebiec maraton zaraz po wstaniu z wielotygodniowego seansu telewizyjnego na kanapie.

Dlatego, nawet jeśli po przeczytaniu tego artykułu zdecydujesz się na proces, zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowa zmienić swoje życie. Na lepsze. A zanim podpiszesz kontrakt, spędź z coachem przynajmniej godzinę. Osobiście, przez Skype’a czy nawet telefon. Bo inaczej, bez względu na twoje zasoby, raczej nie zrealizujesz celu.

  1. Styl Życia

Jakie nawyki mają ludzie sukcesu?

Droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. (Fot. iStock)
Droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. (Fot. iStock)
Do sukcesu prowadzą różne drogi, ale ludzi, którzy go odnieśli, coś łączy. Na przykład zaczynają dzień od załatwienia najważniejszych spraw. Nie trzymają się kurczowo swoich planów, nie tracąc zarazem z pola widzenia swojego celu. Czego jeszcze możesz się od nich nauczyć?

Od czego zależy sukces? Większość z nas może bez trudu wyrecytować własną listę niezbędnych czynników. Zazwyczaj trafiają na nią talent, inteligencja, wytrwałość, pracowitość, dobrze zdefiniowany cel, pewność siebie, cenne znajomości oraz łut szczęścia. Rzadko myślimy o tym, że ludzie, których podziwiamy, mają też odpowiednio ustawiony autopilot, czyli zestaw dobrych nawyków. To one pozwalają oszczędzić czas i zasoby silnej woli, które wcale nie są niewyczerpalne. Wreszcie, takie rutynowe zachowania pozwalają obniżyć codzienny poziom stresu, a więc także dostrzegać okazje, których inni nie widzą. Oto pięć nawyków, które mogą cię wspomóc w drodze do osiągania celów.

1. Najpierw najważniejsze

Zanim większość z nas wstanie z łóżka, ludzie postrzegani jako ci, którzy osiągnęli sukces, zdążą już wykonać kawał dobrej roboty: przebiegną kilka kilometrów, pobawią się z dzieckiem (bo dla maluchów świt to najlepsza pora na aktywne życie), napiszą fragment książki – zrobią coś, co ma dla nich duże znaczenie. Ale nie chodzi o to, by pracować więcej i spać mniej, lecz o nawyk poświęcania czasu na to, co jest ważne (a nie pilne), zanim świat się o nas upomni. Często rzeczywiście oznacza to przestawienie budzika na wcześniejszą godzinę (wtedy jednak trzeba ten czas na sen odzyskać, drzemiąc po południu lub kładąc się wcześniej), ale czasem wystarczy na przykład przesunąć „internetową prasówkę” na porę po lunchu i rozpocząć dzień od tego, co rzeczywiście ma znaczenie.

2. Potęga poranków

Specjalistka zarządzania czasem, Laura Vanderkam w książce „Co ludzie sukcesu robią przed śniadaniem” (wyd. Helion) pisze: „Kiedy zmienisz poranki, zmienisz całe swoje życie”. Namawia, by dobrze wykorzystać czas, kiedy masz jeszcze dość silnej woli i nikt ci nie przeszkadza – nawet własny umysł, który w środku dnia często straszy: „Za chwilę zadzwoni szef z zadaniem na wczoraj” czy marudzi: „Muszę w końcu odpisać na tego e-maila”. Vanderkam radzi, by poranki przeznaczyć na to, co nie jest obowiązkowe i teoretycznie mogłoby być wykonane w innych porach dnia, ale wymaga wewnętrznej motywacji i regularnie wykonywane przynosi długotrwałe pozytywne efekty. To taka aktywność, z której możesz dziś zrezygnować bez obaw przed natychmiastowymi konsekwencjami, ale jeśli zrezygnujesz z niej także jutro i pojutrze, wkrótce możesz obudzić się z poczuciem, że wprawdzie wykonujesz wszystkie swoje zadania, ale stoisz w miejscu. Może być to nauka nowego języka, archiwizowanie dokumentów, utrzymywanie porządku na biurku czy chociażby uaktualnianie swojego CV.

3. Planowanie z głową

Wybór rytuałów, którymi mają zostać wypełnione poranki, to oczywiście sprawa indywidualna, ale samo planowanie – to już powszechny nawyk ludzi sukcesu. Nie ma on jednak nic wspólnego z bezrefleksyjnym sporządzaniem kolejnych list z zadaniami do odhaczenia. Chodzi o planowanie z sensem. Dziennikarz Charles Duhigg w książce „Mądrzej, szybciej, lepiej” (wyd. PWN) opisuje fabrykę silników odrzutowych, która znalazła się na skraju bankructwa, mimo że jej pracownicy skrupulatnie wypełniali swoje obowiązki i pracowali według planu. Czyli – jak każą podręczniki zarządzania – dzielili dojście do celu na małe zadania, ustalali termin ich realizacji i go dotrzymywali. Okazało się jednak, że wykreślanie tego, co już zostało zrobione, sprawiało im tak dużą przyjemność, że chętniej wypełniali listy drobiazgami, które szybko da się zrobić, zamiast zastanowić się, czy to, co robią, w ogóle ma sens. A jak mawiał Peter Drucker, ekspert od zarządzania: „Nie ma nic bardziej bezsensownego niż efektywna praca nad zadaniem, którego w ogóle nie powinno się wykonywać”.

Warto zatem zadbać o to, żeby planować uważnie, czyli znaleźć chwilę, by spojrzeć na swój dzień z dalszej perspektywy, zastanowić się nad tym, gdzie jesteśmy, czemu warto poświęcić nadchodzące godziny i czy to, co planujemy, w jakikolwiek sposób przybliża nas do realizacji dalekosiężnych celów.

4. Kalendarz zamiast listy zadań

Jeszcze jedna ważna rzecz dotycząca list zadań. Kevin Kruse, przedsiębiorca i mówca motywacyjny, w książce „15 tajemnic zarządzania czasem. O czym wiedzą ludzie sukcesu?” (wyd. Helion) nazywa je „dręczącymi listami życzeniowymi”. Ostrzega, że zakłócają spokój i dekoncentrują. Przez nie trudno skupić się na tym, co robimy, bo wciąż myślimy o tym, czego jeszcze nie zrobiliśmy. Dlatego Kruse radzi zastąpić listy „rzeczy do zrobienia” kalendarzem, w którym będziemy „blokować” czas na konkretne czynności, np. od 14.00 do 14.30 – obiad w stołówce, od 16.00 do 16.30 – przemyślenie koncepcji prezentacji, od 18.00 do 19.00 – odrabianie z dziećmi lekcji. Już sama czynność rezerwowania czasu pomaga obniżyć poziom stresu, bo pytanie „Kiedy ja to zrobię?!” znika.

Kevin Kruse zachęca, by wpisać do kalendarza wszystko (kwadrans, który zamierzasz spędzić na Facebooku, też) i dodatkowo wstawiać bufory wolnego czasu. Nie na wypadek awarii (gdyby spotkanie się przeciągnęło lub klient się spóźnił), tylko aby „wpuścić” trochę powietrza, zebrać myśli, dać sobie przestrzeń na refleksję nad tym, co się wokół dzieje.

5. Bycie uważnym

Skoro już jesteśmy przy chwili refleksji, psycholog i trener biznesu, dr Paweł Fortuna, przekonuje, że jednym z ważniejszych nawyków prowadzących do sukcesu, jest uważność.

– Życie mówi do nas głosem cichym, oczekując pokory i uważności. Daje nam różne sugestie, które ja nazywam „zarodkami egzystencjalnymi” – stwierdza. Sekret polega na tym, by je zauważyć. Jako przykład takiego zarodka Fortuna przytacza własną historię. Odebrał telefon. Nie znał numeru, z którego dzwoniono. – Dzwonił mój dawny student. Mówił, że jeżdżąc autostopem, poznał Łukasza Bożyckiego, znanego fotografa przyrody, który ma jakiś problem związany z prawami autorskimi. Zgodziłem się pomóc mu i spotkałem się z Łukaszem. W pewnym momencie zapytał, czy zwróciłem uwagę na to, w jaki sposób sikorka, którą właśnie obserwował, ostrzegła inne ptaki przed kotem. Podałem przykład podobnego zachowania u ludzi. Zaczęliśmy szukać kolejnych analogii i jeszcze podczas tego samego spotkania postanowiliśmy napisać wspólnie książkę.

Tak powstała „Animal Rationale”, która przyniosła Pawłowi Fortunie i Łukaszowi Bożyckiemu m.in. Nagrodę Teofrasta dla najlepszej książki psychologicznej oraz własną audycję radiową.

Bo droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. Idąc nią, z grubsza wiesz, dokąd chcesz dotrzeć, ale jednocześnie powinieneś być czujny i otwarty na nowe możliwości. Paradoksalnie to osobom nadmiernie skupionym na zadaniu bywa trudniej osiągnąć sukces. – Jeśli mają obiecaną sztabkę złota kilometr przed sobą, często nie zauważają kopalni diamentów po drodze – stwierdza Paweł Fortuna. Przy czym zaznacza, że dostrzeżenie życiowej szansy to nie wszystko. – Ważna jest jeszcze pozytywna reakcja na propozycje, jakie daje nam życie. Reakcja podyktowana chociażby ciekawością „co z tego wyniknie?”. Może nic, a może tylko tym razem nic, a następnym… Dlatego warto kształtować w sobie nawyk akceptacji, mówienia „tak” nieoczekiwanym propozycjom. Możesz zacząć od zgody na naszą propozycję zastanowienia się nad tym, które nawyki rzeczywiście ci służą.

Zwyczaje i nawyki znanych ludzi

Nawet najbardziej zaskakujące nawyki mogą wspierać. Poznaj niebanalne zwyczaje wielkich artystów i poszukaj w nich inspiracji dla siebie:

Truman Capote, pisarz Miał wyraźną awersję do piątków – w te dni nigdy niczego ani nie zaczynał, ani nie kończył. Tworzył tylko na leżąco, zwykle popijając kawę i paląc papierosy (pilnował, by w popielniczce znajdowały się maksymalnie trzy niedopałki).

Woody Allen, reżyser Podobno kiedy podczas rozmyślania nad nowym filmem wpada w niemoc twórczą, bierze prysznic. Potrafi stać pod gorącym strumieniem przez 40 minut i rozmyślać o fabule. Uważa, że to bardzo inspirujące.

Charles Dickens, pisarz Dbał o to, by zawsze spać z twarzą zwróconą na północ. Kiedy więc udawał się w podróż, zabierał ze sobą kompas. Twierdził, że ten zwyczaj zapewnia mu niewyczerpaną kreatywność.

Piotr Czajkowski, kompozytor Uważał, że to spacery wyzwalają w nim moc twórczą, więc dwugodzinna przechadzka była żelaznym punktem jego dnia. Ze strachu przed negatywnymi konsekwencjami nie chciał skracać jej nawet o minutę.

Friedrich Schiller, poeta Twierdził, że natchnienie zawdzięcza gnijącym jabłkom i zawsze trzymał ich zapas w szufladzie. Zwykle tworzył w nocy, więc często podczas pisania trzymał nogi w lodowatej wodzie, by zachować trzeźwość umysłu i nie zasnąć.

Aleksander Dumas, pisarz Dla każdego gatunku twórczości miał przeznaczony inny kolor tuszu: niebieski dla powieści, żółty dla wierszy i różowy dla artykułów.

  1. Styl Życia

Nie wiesz jak osiągnąć sukces? Sprawdź, co cię blokuje

Największe blokady naszych sukcesów to przekonania tkwiące w naszych głowach. (Fot. iStock)
Największe blokady naszych sukcesów to przekonania tkwiące w naszych głowach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Mówi się, że niektórzy ludzie przyciągają powodzenie. To prawda, podobnie jak to, że niektórzy je odpychają. Pora zdemaskować największe blokady sukcesu.

Wiele się dziś mówi o tym, jak pochodzenie, wykształcenie, a nawet płeć blokują możliwości rozwoju zawodowego. Największe blokady naszych sukcesów to jednak nie żaden szklany sufit, czyli zewnętrzne okoliczności, ale przekonania tkwiące w naszych głowach. Chcesz się przekonać, jakie są twoje? Zacznijmy od paru pytań. Zastanów się, czy zgadasz się z którymś z tych stwierdzeń:

  • W Polsce dostać pracę bez znajomości? Niemożliwe!
  • Talent to podstawa sukcesu.
  • Człowiek jest kowalem własnego losu? Bzdura! Pewnych rzeczy nie przeskoczysz.
  • Mało kto osiąga dziś sukces, a nawet jeśli, to kosztem zdrowia lub rodziny.
Jeśli choć raz kiwnęłaś głową, należysz do osób, które uważają, że w życiu o wszystkim decyduje zespół czynników zewnętrznych, a nie my sami. Tylko jak w takim razie zamierzasz odnosić sukcesy? Przekonania decydują o naszym życiu bardziej niż czyny. Dlatego zacznij od solidnych porządków swojej głowie. Doceń siłę twoich myśli.

Moc wyobraźni

O czym lubisz fantazjować? Wyobrażasz sobie, że wygrywasz w lotto czy raczej, że kończysz drugie studia i rynek pracy o ciebie zabiega? Między tymi dwoma marzeniami jest ogromna różnica. Taka jak pomiędzy byciem biernym obserwatorem swojego życia, a jego kreatorem. Możesz marzyć, że jesteś już na emeryturze i masz święty spokój lub że rozkręcasz nowy biznes. Pragnienia napędzają naszą podświadomość, sterują nią i ustalają azymut działań. Jeśli śnisz o emeryturze, nie dziw się, że sukces w twoim życiu się nie zjawia. Marzenia to magnes wydarzeń, ale też ich skuteczna blokada. Kiedy snujesz swoje wizje przyszłości, uważaj, w jakiej roli się w nich stawiasz.

Cień przeszłości

Rozbita rodzina, wymagający ojciec, nadopiekuńcza matka… Dość wyliczania, czego nie dali ci rodzice, o ile miałaś gorszy start. To tylko usprawiedliwienie niechęci do wysiłku. Co było, się nie odstanie. Teraz ty i tylko ty decydujesz o swoich życiowych wyborach. Nawet brak miłości w dzieciństwie czy toksyczni rodzice nie mają już nic wspólnego z tym, że zamiast poświęcać choć godzinę dziennie na własny rozwój (naukę języka, kurs czy warsztat), oglądasz na kanapie seriale, jedząc czipsy.

Strefa komfortu

Chcesz być lepsza – musisz odrzucić strategie, które stosowałaś do tej pory, zejść z utartej ścieżki. Pragniesz założyć własną szkołę jogi? Będziesz musiała zrezygnować z etatu, uciąć to, co dawało ci poczucie bezpieczeństwa. Porzucenie strefy komfortu jest absolutnie konieczne, aby w twoim życiu nastąpiły zmiany. Jeśli jesteś mniej więcej zadowolona ze swojego związku, mniej więcej starcza ci pieniędzy od wypłaty do wypłaty, masz miej więcej satysfakcjonujące życie – to jesteś w strefie komfortu. Żeby stać się człowiekiem sukcesu, trzeba ryzykować. Bez tego drepcze się w miejscu.

Lęk przed samotnością

Ludzie sukcesu zawsze są samotni, narażeni na surowe oceny, plotki, zawiść i wielką ludzką niechęć. Owszem, jest w tym dużo racji. Osoby, które spełniają swoje marzenia, skupiają na sobie wiele negatywnych emocji, ponieważ są uosobieniem wysiłku, którego innym nie chciało się podjąć. Boisz się, że jeśli odniesiesz sukces, przyjaciele się odwrócą? Pomyśl, co ci po relacji z kimś, kto jest dla ciebie serdeczny tylko dlatego, że w niczym go nie przewyższasz?

Rachunek zysków i strat

Żeby dostać – trzeba dać, żeby zarobić, trzeba zainwestować. W przyrodzie panuje harmonia, tylko czasem nie chcemy jej dostrzec, bo obnaża nasz strach przed błędnym inwestowaniem: czasu, sił, pieniędzy. „Nie wiem, czy jest sens robić te uprawnienia, komu to dziś potrzebne?” – taki styl myślenia sprawia, że nawet gdy sukces zapuka do twoich drzwi, nie wpuścisz go do środka. Pomyśl, sportowcy ćwiczą całymi dniami, bez żadnej pewności, że ich trud się opłaci.

Niechęć do nauki

To nie tak, że jak już skończyłaś studia: jedne, drugie czy trzecie, to masz już spokój do końca życia. Bez względu na dziedzinę, w jakiej chcesz osiągnąć sukces, powinnaś cały czas uczyć się czegoś nowego. Ludzie sukcesu gromadzą jak najwięcej wiedzy i umiejętności. Poza tym, jeśli wykształcisz w sobie nawyk stałej nauki, cokolwiek się stanie, będziesz spokojna. Bo skoro wszystkiego można się nauczyć w krótszym lub dłuższym czasie, nie ma co obawiać się zmian, reorganizacji, nowych wyzwań. Dlatego tylko pozornie nauka salsy nie ma nic wspólnego z awansem w banku. Ma! Ci, którzy lubią się uczyć, inaczej pracują i mają inne podejście do zadań, a świat to wyczuwa.

Ludzie w twoim otoczeniu

To niezwykle ważne, z kim się codziennie kontaktujesz. Styl myślenia innych, tematy rozmów, widzenie świata, obszary zainteresowań – są zaraźliwe i sprawiają, że jesteś (lub nie) gotowa na sukces. Warto zwrócić uwagę, że są takie środowiska, szkoły czy kluby, gdzie wychowuje się zwycięzców. Dlatego uważnie dobieraj znajomych. Stroń od ludzi, którzy ciągną cię w dół. Przebywanie wśród osób, które są otwarte na sukces, zmieni twoje podejście do zwycięstwa.

Pozycjonowanie

Ten termin, zaczerpnięty z psychologii sukcesu, oznacza ustawianie samego siebie w konkretnej roli. Pozycjonowanie dotyczy wszystkich obszarów życia. Swoje działania, stopień zaangażowania, ilość poświęconego im czasu i uwagi, dobieramy do tego, jak sami się postrzegamy. Wszystko jedno, czym się zajmujesz, w każdym zawodzie możesz być „taka sobie” albo „znakomita”. Określają cię nie tyle same okoliczności, sytuacja na rynku pracy, predyspozycje czy inni ludzie, co ty sama.

  1. Styl Życia

Zmiana pracy? Nie bój się zacząć od nowa!

Wcale nie musimy trzymać się zajęć, które przestały przynosić nam satysfakcję, i już od poniedziałkowego poranka wypatrywać weekendu. Ani rezygnować z marzeń, bo
Wcale nie musimy trzymać się zajęć, które przestały przynosić nam satysfakcję, i już od poniedziałkowego poranka wypatrywać weekendu. Ani rezygnować z marzeń, bo "w pewnym wieku lepiej nie ryzykować". (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Różne rzeczy kierują nami, kiedy postanawiamy opuścić dotychczasowe miejsce pracy lub branżę i zaryzykować. Lepsza jakość życia, bardziej elastyczny czas pracy, samorealizacja, spełnianie marzeń. Jak zauważa Rafał Nachyna z Grupy Pracuj, współczesny świat sprzyja zmianom, a czasem nawet do nich zmusza. I pokazuje, że nigdy nie jest się na nie za starym. Często ograniczają nas już tylko psychiczne bariery. Pora je przełamać.

Tematem, który rozgrzewa i porusza dziś ludzi, jest zmiana pracy, a nawet ścieżki zawodowej w dojrzałym wieku. Nie po studiach, kiedy jeszcze próbujemy i testujemy różne możliwości, ale właśnie po latach, kiedy mamy już ugruntowaną pozycję w danej firmie czy zawodzie, i postanawiamy wyjść ze strefy komfortu i dać sobie drugą zawodową szansę.
My też w Grupie Pracuj zauważamy ten trend. Można by zadać sobie pytanie, czy to rzeczywiście bierze się z potrzeby wyjścia ze strefy komfortu, czy wprost przeciwnie – poszukiwania większego komfortu. Motywacja do takiej zmiany może być pozytywna i negatywna. Ta druga jest wywołana zwykle przez czynniki zewnętrzne, niezależne od nas, takie jak chociażby postępująca automatyzacja. Co prawda już od XIX wieku i rewolucji przemysłowej pewne zawody znikają, a pewne się pojawiają, ale obecnie dynamika tych zmian jest szybsza.

Te zmiany pewnie najszybciej postępują w dziedzinach pracy już najbardziej zmechanizowanych?
Jedną z ciekawszych debat ostatnich lat jest ta na temat tego, co będzie się działo na rynku motoryzacyjnym, bo zarówno Google, jak i Elon Musk, producent Tesli, przewidują ogromną rewolucję w dziedzinie komunikacji – od samochodów współdzielonych po autonomiczne, bezzałogowe. Jeśli uświadomimy sobie, że, powiedzmy, za 10 lat wszyscy będziemy wynajmować samochody na godziny, zamiast je kupować, łatwo możemy sobie wyobrazić, jak będą wyglądały nasze miasta i ulice, ale też, jak przełoży się to na produkcję samochodów, jakie zawody przestaną być już potrzebne, a jakie zaczną, i jak w związku z tym będzie wyglądał rynek pracy. Podobny scenariusz może wystąpić w wielu innych branżach.

Co istotne, zewnętrzna, czyli negatywna motywacja do zmiany pracy wiąże się z wyjściem ze strefy komfortu bez odpowiedniego przygotowania i czasu na dogłębne przemyślenia.

A co z motywacją pozytywną, wynikającą z wewnętrznych czynników?
Coraz częściej zdarza się, że osoby z dużym doświadczeniem zawodowym, które osiągnęły odpowiednie wynagrodzenie i oczekiwane warunki pracy, zaczynają myśleć o zmianie zatrudnienia i wyjściu ze strefy komfortu na rzecz jeszcze lepszego komfortu zawodowego. Skąd się to bierze? Chociażby z informacji o tym, że są branże czy firmy, które oferują nie tylko lepsze zarobki, ale też znacznie korzystniejsze tzw. benefity, jak chociażby elastyczny grafik czy praca zdalna. W efekcie ludzie zaczynają myśleć, że wprawdzie dziś nie mają jeszcze doświadczenia lub przygotowania potrzebnego do zmiany branży, ale za rok... Zwłaszcza że rynek edukacyjny im sprzyja – obecnie większość kursów czy studiów zawodowych można odbyć w krótszym czasie i zdalnie, a nawet on-line. Przebranżowienie jest więc o wiele łatwiejsze i bardziej dostępne. I to ludzi, którzy osiągnęli stabilizację zawodową, zachęca do porzucenia bieżącego komfortu na rzecz zmiany, która w przyszłości da ten komfort na jeszcze wyższym poziomie.

Jak rozumiem, rozmawiamy o wyższym komforcie w kontekście finansowym czy czasowym. Co z komfortem biorącym się z tego, że robię to, co lubię?
To jest trzeci motywator, również pozytywny i wewnętrzny, który pojawia się, kiedy ludzie mają już na tyle uregulowaną sytuację finansową, że mogą się zastanowić nad swoją pracą w wymiarze bardziej duchowym czy filozoficznym. Zapytać siebie: czy to, co robię, jest zgodne z moimi przekonaniami? czy jest to coś, co sprawia mi przyjemność? A ponieważ mają już tzw. poduszkę finansową, są w stanie podjąć ryzyko, wiążące się z tym, że w perspektywie dwóch, trzech czy nawet pięciu lat, kiedy będą zdobywać pierwsze kompetencje, doświadczenia i pierwsze szlify w nowym zawodzie – mogą jeszcze nie zarabiać na dawnym poziomie.

Jacek Walkiewicz mówił w rozmowie, że prawdopodobnie jego pokolenie, 40-50-latków jest pierwszym w historii Polski, które ma szansę na ponowne otwarcie zawodowe.

To jest rzeczywiście bardzo ciekawe i zupełnie nowe zjawisko w Polsce. Jesteśmy przecież krajem, który w latach 90. XX wieku przeszedł największą zmianę, jeśli chodzi o system polityczny i gospodarczy, która to zmiana pozwoliła ludziom gromadzić kapitał, a ten z kolei dziś pozwala wielu z nich zadać sobie pytania, o których mówimy.

Na temat zmiany pracy i przebranżowienia można spojrzeć z jeszcze innej strony. Mianowicie od strony branż, które mają ewidentny niedobór pracowników. Na pierwszym miejscu w tej kategorii jest szeroko pojęta branża IT – z różnych szacunków wynika, że liczba miejsc pracy nieobsadzonych w tym sektorze waha się pomiędzy 40 a 50 tysiącami. Co więcej, ponieważ jest tak duży niedobór pracowników, zmniejszają się wymagania stawiane kandydatom. Kiedyś nie było w ogóle możliwości, by rozpocząć pracę w branży informatycznej bez studiów kierunkowych i odpowiedniego technicznego przygotowania – obecnie wystarczy, że ktoś ma doświadczenie projektowe. Jest to możliwe, ponieważ zmienia się specjalizacja w dziedzinie programowania.

Gdy jakieś 100 lat temu pytano kogoś, jaki zawód wykonuje, to wystarczyło powiedzieć: „jestem lekarzem” czy „jestem inżynierem”; nikt nie dopytywał, co to właściwie oznacza, bo było to oczywiste. Potem nastąpił okres większej specjalizacji, lekarze zaczęli dzielić się na pediatrów, dentystów czy chirurgów, a inżynierowie na mechaników czy elektroników. Podobnie przez ostatnie 20 lat rozwinęła się specjalizacja w zawodzie programisty. Jeszcze 20 lat temu wystarczyło powiedzieć: „jestem programistą”, dzisiaj w tym pojęciu zawiera się bardzo wiele rozróżnień – i nie potrzebowaliśmy na to 100 lat, a jedynie dwóch dekad. Dziś trzeba już takiego programistę spytać: „A w jakim języku programujesz?”. Są programiści, którzy zajmują się tylko architekturą – konstruują to, co ma być potem zapisane specjalistycznym kodem; są osoby, które są koderami; są też programiści, którzy specjalizują się w testowaniu oprogramowania. Programista to nie jest już komputerowy geek, schowany w ciemnym pomieszczeniu i wpatrzony jak w filmie „Matrix” w linijki kodu zrozumiałe tylko dla niego. Dziś programowaniem może się zająć równie dobrze ktoś pracujący na pograniczu biznesu, bo ma wiadomości na temat swojej branży, które będzie mógł przełożyć na język koderów. Sami, często nie zdając sobie z tego sprawy, stajemy się programistami, kiedy ustalamy tryb, w jakim ma pracować pralka czy piekarnik. Oczywiście jest to o wiele prostszy program, dający jednak pojęcie o tym, czym jako programiści moglibyśmy się zajmować.

Czy to oznacza, że dziś każdy może być programistą?
Na pewno każdy może spróbować. Tym bardziej że coraz większą popularnością cieszą się szkoły, które pomagają się przebranżowić i wejść w świat programowania.

Także osobom w dojrzałym wieku?
Oczywiście. Trzeba jednak pamiętać o jednej bardzo istotnej kwestii. Otóż kiedy zapytamy ludzi w dojrzałym wieku, czy podjęliby nową, ciekawą pracę, to aż 84 proc. respondentów zgłasza takie zainteresowanie, mówiąc: „gdybym otrzymał ciekawą ofertę, to byłbym w stanie zmienić pracę”. Tyle tylko, że osoby w wieku 40 czy 50 plus nie są w tym obszarze aktywne. Gdy pytamy ich o gotowość do przebranżowienia się, to 67 proc. respondentów byłaby na to gotowa. Jak widzimy, stosunek jest już trochę gorszy. Z kolei, kiedy spojrzymy na to, ilu spośród nich podjęło aktywnie kwestię przebranżowienia, to ta statystyka będzie już zupełnie inna – zaledwie ok. 16 proc. pytanych rzeczywiście działa na tym polu.

Dlaczego tak się dzieje? Co ich blokuje?
Sądzę, że ponieważ długo byli zatrudnieni u jednego pracodawcy, nie mają doświadczenia w rekrutacji i pewnie stąd przekonanie, że jest to bardzo trudne i energochłonne.

Jak to zmienić?
Na szczęście wychodzi im naprzeciw nowa technologia. Do tej pory narzędzia dostępne w dziedzinie zmiany pracy były narzędziami wymagającymi aktywności. Jako Pracuj.pl wzięliśmy ten „ciężar” na siebie i oferujemy użytkownikom pomoc w całym procesie rekrutacji. Jedyna aktywność, jaką muszą podjąć, to stworzenie swojego profilu z zaznaczonym doświadczeniem, wykształceniem i zainteresowaniami oraz oczekiwaniami, w tym płacowymi – w Polsce są nadal ważnym czynnikiem motywującym do zmiany. Na tej podstawie rekomendujemy użytkownikowi pracę, która odpowiada jego potrzebom. Dzięki tego typu nowym narzędziom od kilku lat włączamy grupę po 40. roku życia z powrotem do gry. Oczywiście każdy może mieć dostęp do wszystkich ofert, ale najchętniej korzystają z tego osoby aktywnie szukające pracy. Tymczasem dzięki dodatkowym rozwiązaniom dzisiaj sama praca szuka pracowników. I na tym korzystają bardziej doświadczone, starsze osoby.

Ale to nadal jest pomoc raczej w ewolucyjnej zmianie pracy – szukaniu nowego zatrudnienia w danym zawodzie. Co ze zmianą rewolucyjną, polegającą na przebranżowieniu?
Niedawno Grupa Pracuj podjęła inwestycję, która przekłada się bezpośrednio na rewolucję – zainwestowaliśmy w szkołę IT, Coders Lab, której głównym produktem jest przebranżawianie ludzi w obszarze IT.

Jak to działa? Od czego się zaczyna?
Od zgłoszenia, bo jest to produkt dedykowany głównie kandydatom, czyli osobom już zdecydowanym na zmianę branży. Robią test, który pomaga im rozpoznać swoje kompetencje i umiejętności. Potem, na podstawie wyników testu, nasi konsultanci są w stanie stworzyć profil użytkownika, który będzie określał, w jakim obszarze IT mógłby się odnaleźć: czy będzie zajmował się raczej kodowaniem, testowaniem oprogramowania czy będzie jego architektem. To tak jak z budową domu, na której musimy zgromadzić cały sztab specjalistów – będzie tam potrzebny geodeta, architekt, ale też ktoś, kto ma przygotowanie techniczne do fizycznego postawienia domu. W branży IT jest podobnie – do stworzenia zaawansowanej strony internetowej też potrzebujemy sztabu ludzi.

Kolejnym etapem są kursy przebranżawiające, które są prowadzone stacjonarnie – każdy ze studentów ma swojego opiekuna. Obserwujemy tak duże zapotrzebowanie, że w tej chwili dostajemy pierwsze zgłoszenia od klientów – firm, które poszukują pracowników i są gotowe opłacić im taki kurs z gwarancją, że najlepsze osoby dostaną u nich zatrudnienie.

Na współczesnym rynku pracy bardziej niż metryka liczy się otwartość na zmiany i gotowość do zdobywania nowych kompetencji. Tylko najpierw powinniśmy zrozumieć, kim jesteśmy i czego szukamy. (fot. iStock) Na współczesnym rynku pracy bardziej niż metryka liczy się otwartość na zmiany i gotowość do zdobywania nowych kompetencji. Tylko najpierw powinniśmy zrozumieć, kim jesteśmy i czego szukamy. (fot. iStock)

A czy wiek nie jest w tym zawodzie barierą? Czterdziestolatek będzie w stanie wyobrazić sobie siebie w roli programisty? Jego przyszły szef też?
Mamy interesujące badania ze Stanów Zjednoczonych, które wskazują, że specjaliści w wieku 50 plus na etapie rekrutacji są rzeczywiście dyskryminowani na rynku pracy i mają aż o 60 proc. mniejszą szansę na zatrudnienie – granica wieku jest więc barierą na starcie w wielu zawodach. Ale, co ciekawe, badania pokazują, że jeśli takie osoby zostaną zatrudnione, to są potem bardzo cenione w firmie i awansują tak samo szybko jak osoby młodsze. My pokazujemy kandydatom, że warto podejmować wyzwania i wyobrażać sobie to, co wydawało nam się kiedyś niewyobrażalne.

Dla osób, które mają dziś 40 lat i więcej, ma znaczenie jeszcze jeden parametr – niż demograficzny. Obecnie nie ma takiego naporu młodych ludzi na rynek pracy, a potrzeba rąk do tej pracy jest coraz większa. W związku z tym, jeśli pracownicy 40 plus nie mają jeszcze doświadczenia i kwalifikacji, to mają czas, by je zdobyć, bo młodsi i lepiej wykształceni tak szybko nie wyprą ich z rynku. Współczesny 40-latek ma przed sobą jeszcze 30 lat aktywności zawodowej, zwłaszcza przy dzisiejszym rozwoju medycyny.

Czyli są to realne szanse na drugie życie zawodowe?
Drugie albo nawet trzecie. Kiedyś funkcjonował stereotyp, że w wieku 40 lat lepiej już doczekać do emerytury niż wkładać wysiłek w szukanie czy zmianę pracy. Ale dziś się to bardzo zmieniło. Choć sam zaobserwowałem, że nadal w społeczeństwie budzi szok informacja o 60-latku, który dochodzi do wniosku, iż w tym wieku nie chce już budować kapitału, ale przeżyć rzeczy, jakich jeszcze nie przeżył. I na przykład postanawia prowadzić blog i podróżować, więc decyduje się spieniężyć najbardziej wartościową rzecz, jaką ma, czyli swoje mieszkanie. Nie mogłem wyjść ze zdziwienia, jak skrajne opinie wywołała jego decyzja. Od wielu dopingujących, po oburzone: „Jak on mógł?!”. No ale dlaczego miałby zrobić inaczej? W końcu to jego życie i jego pieniądze. Kto powiedział, że teraz ma siedzieć w domu i pilnować spadku, jaki po sobie zostawi?

Potrzebujemy takich przykładów, żeby przełamać stereotypy.
I na szczęście jest ich dużo. Wystarczy, że sprawdzimy, w jakim wieku rozmaici potentaci założyli swój biznes. Na przykład właściciel sieci McDonalds stworzył swoją markę w wieku 52 lat. Henry Ford miał 45 lat, gdy zaprojektował przełomowy model Forda T. Sieć GAP założył Donald Fisher w wieku 40 lat, nie mając żadnego doświadczenia w tej branży. Pan Janusz Filipiak założył firmę Comarch w wieku 41 lat, od podstaw. Podobnie właściciel sieci Inditex. Ci ludzie nie zaczynali od start-upów w wieku 20 lat, owszem, mieli doświadczenie zawodowe, ale często w zupełnie innej dziedzinie, umieli jednak wnieść je do nowej. Sądzę, że osoby w wieku 40 lat mają ogromną przewagę nad 20-latkami – nie są aż tak bardzo niecierpliwe zawodowo i wiedzą, co zrobić, by nie popełnić błędu i nie przegrać.

Rynek pracy w przyszłości może należeć właśnie do nich?
Analizując to, co czeka rynek pracy, jako Pracuj.pl bierzemy pod uwagę kilka parametrów, w tym wspomniany niż demograficzny, czyli fakt, że dynamika wejścia na rynek młodych ludzi będzie niższa, co przełoży się na potrzebę wydłużenia aktywności zawodowej osób, które są dziś po czterdziestce czy pięćdziesiątce. Wzmocnią to dodatkowo zmiany wynikające z rozwoju technologii, o których mówiliśmy na początku. Obecnie słowo „kierowca” należy do najczęściej wyszukiwanych na stronie Pracuj.pl, ale pomyślmy, co się stanie, kiedy ten zawód zniknie za pięć czy sześć lat, a ludzie go wykonujący nadal będą w wieku produkcyjnym. Jako Pracuj.pl jesteśmy już w stanie wskazać branże, w których będzie im łatwiej znaleźć miejsce dla siebie. Na przykład operator drona – to może być zawód, który w tym czasie będzie bardzo poszukiwany. Bo mimo posuniętej automatyzacji, ktoś będzie musiał przecież te maszyny obsługiwać.

Osobną kwestią, której jeszcze nie poruszyliśmy, jest to, jak bardzo za kilkadziesiąt lat ludzie będą zaangażowani w pracę, ile czasu zechcą w niej spędzać. Może okaże się, że w wielu zawodach tygodniowy wymiar pracy mógłby zmniejszyć się z 40 godzin do 20, a pracownik mógłby nadal żyć na odpowiednim poziomie? Wtedy na stanowisku, na którym kiedyś była potrzebna jedna osoba, będą potrzebne już dwie. Tak obecnie dzieje się w Niemczech. Zapytano ludzi, czy chcą pracować 40 godzin czy krócej za mniejsze wynagrodzenie, robiąc w ten sam sposób miejsce młodym ludziom, by mieli lepszy zawodowy start. Blisko dwa miliony Niemców zadeklarowało, że chce zredukować swój czas pracy. Jak widać, są społeczeństwa rozwinięte, gdzie siła nabywcza jest już na tyle duża, że ludzie doszli do wniosku, iż nie potrzebują co trzy lata zmieniać auta, a za to chcą mieć więcej czasu dla rodziny. I sądzę, że taka postawa będzie coraz bardziej dominować.

Nigdy nie jest za późno na sukces

Kiedy spojrzymy na biografie założycieli 100 największych światowych firm, zobaczymy, że większość z nich w momencie tworzenia swojej marki miała 35 - 45 lat. Oto inspirujące przykłady:

35 lat: William Procter - Procter&Gamble, Jan Koum - WhatsApp, Tim Westergren - Pandora, Jimmy Wales - Wikipedia 38 lat: Hugo Boss - Hugo Boss, Masaru Ibuka - Sony 39 lat: Cher Wang - HTC, Amancio Ortega - Zara, Gordon E. Moore - Intel, Liu Chuanzhi - Lenovo 40 lat: Henry Ford - Ford, Gustaf Larson - Volvo 41 lat: Christian Dior - Dior, Donald Fisher - Gap, Robert Noyce - Intel, Asa Candler - Coca-Cola 42 lata: John Warnock - Adobe, Jerry Baldwin - Starbucks, Soichiro Honda - Honda 43 lata: Charles Geschke - Adobe, Henry Royce - Rolls-Royce 44 lata: Sam Walton - Wal-Mart 52 lata: Ray Kroc - McDonald's i 65 lat:
Harland Sanders - KFC