1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Etapy żałoby po stracie – jak przeżyć ten trudny czas?

Etapy żałoby po stracie – jak przeżyć ten trudny czas?

Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. (Fot. Getty Images)
Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przed nami 1 i 2 listopada - Dzień Wszystkich Świętych oraz Zaduszki. Jest to czas, w którym jesteśmy bardziej refleksyjni. Zadajemy sobie pytania o sens istnienia, myślimy o śmierci, przemijaniu i nieuchronnych zmianach, jakie niesie życie.

Wspominamy bliskich, którzy odeszli – nawet po doświadczeniu wszystkich stadiów żałoby bardzo często wciąż doskwiera nam pustka i tęsknota. Jak wyglądają poszczególne etapy radzenia sobie ze stratą?

Żałoba może pojawić się nie tylko po śmierci bliskiej osoby, ale także w związku z rozstaniem, rozwodem, utratą nienarodzonego dziecka czy stratą cennego przedmiotu, zwierzęcia, idei lub myśli. Etapy żałoby i odczucia, które jej towarzyszą wyjaśnia Agnieszka Młodzikowska, terapeutka i psycholożka z Perfect In Centrum Terapii i Rozwoju Osobowości.

Etapy żałoby - jakie pojawiają się odczucia?

  • Etap pierwszy – wstrząs, szok, otępienie –  występuje bezpośrednio po stracie. W tym stadium żałoby dominują uczucia żalu, rozpaczy, gniewu i lęku.
  • Etap drugi – zaprzeczenie sytuacji, niedowierzanie, dezorganizacja. Na tym etapie żałoby po stracie towarzyszy nam uczucie pustki.
  • Etap trzeci – właściwa żałoba, którą charakteryzują długie okresy smutku i osamotnienia. Często pojawia się także drażliwość, poczucie bezradności, bezsilności i płacz. Ten etap żałoby może trwać od kilku miesięcy do nawet kilku lat (w przypadku np. utraty dziecka)
  • Etap czwarty – ukojenie. Napady smutku i żalu są rzadsze i słabsze. Dostosowujemy się do nowej sytuacji, odnawiamy istniejące kontakty, nawiązujemy nowe. Zaczynamy widzieć teraźniejszość i przyszłość. Przy tej fazie żałoby pojawiają się serdeczne wspomnienia.
  • Etap piąty – akceptacja straty, powrót do codzienności. To ostatnie ze stadiów żałoby, w którym pojawiają się nowe cele, nadzieja, radość życia.
- Warto podkreślić, że nie każdy człowiek przechodzi wszystkie etapy żałoby, a czas ich trwania może się różnić. Jest to sprawa bardzo indywidualna. Ważne, aby w jak najkrótszym czasie osiągnąć akceptację nowego stanu. Pamiętajmy, że każdy człowiek przeżywa smutek, rozpacz, żal, lęk czy gniew inaczej. Każdy też inaczej wyraża swoje emocje. Ważne jest to, by ich nie tłumić. Musimy pozwolić sobie na rozpacz, jeśli ją czujemy, na gniew, jeśli go w danej chwili doświadczamy, nie zaprzeczajmy tym uczuciom - mówi terapeutka.

Fazy żałoby - jak sobie radzić w tym trudnym czasie?

  1. Przede wszystkim dzielmy się swoimi uczuciami z innymi. Może to być rodzina, ale niekoniecznie. Możemy porozmawiać z kimś zupełnie z “zewnątrz”, z przyjacielem, kapłanem, lekarzem. Prawdziwa, szczera rozmowa w każdym stadium żałoby może zdziałać cuda.
  2. Prośmy o pomoc! Zarówno w codziennych czynnościach (zakupy, odebranie dziecka z przedszkola, porządki), jaki i profesjonalną pomoc terapeuty.
  3. Możemy także dołączyć do grupy wsparcia (poszukajmy np. w sąsiednim Ośrodku Interwencji Kryzysowej lub w poradni czy Centrum Terapii). Takie spotkania, w atmosferze bliskości, empatycznego słuchania, współodczuwania, mogą być bardzo pomocne i skuteczne w poszczególnych etapach radzenia sobie ze stratą.
  4. Dajmy sobie po prostu czas na doświadczenie tej żałoby. Etapy pozwolą dodatkowo zrozumieć, co i dlaczego w danej chwili czujemy.
Podczas przeżywania żałoby trudno jest słuchać teoretycznych rozważań na temat definicji, faz, etapów żałoby. Nie chodzi jednak o to, by się nauczyć tej wiedzy, czy też do niej stosować. Ważne by rozumieć co się z nami dzieje w tych trudnych chwilach, jakie przynosi żałoba. Etapy, na jakie się ją dzieli, wyjaśniają, co może nastąpić, pozwalają akceptować swoje zachowania, nie obwiniać się i nie mieć dodatkowego poczucia winy.

Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. Występujące objawy takie jak: zaburzenia łaknienia, smutek, przygnębienie, apatia, zaburzenia snu, brak zainteresowania otoczeniem są jak najbardziej zdrowe, normalne i wręcz pożądane po starcie bliskiej osoby.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Konfrontacja ze śmiercią zwraca ku życiu

Patrzenie w śmierć jest najbardziej życiodajnym posunięciem, jakie można sobie wyobrazić. Unikanie tematu – rozpaczliwą próbą nieangażowania się w życie. (Fot. Getty Images)
Patrzenie w śmierć jest najbardziej życiodajnym posunięciem, jakie można sobie wyobrazić. Unikanie tematu – rozpaczliwą próbą nieangażowania się w życie. (Fot. Getty Images)
Wszyscy boimy się śmierci, bo to lęk pierwotny, wdrukowany w nas. Tym bardziej potrzebujemy się z nim mierzyć i oswajać go. Patrzenie w śmierć jest najbardziej życiodajnym posunięciem, jakie można sobie wyobrazić. Unikanie tematu – rozpaczliwą próbą nieangażowania się w życie. Zróbmy próbę generalną.

Dokumentalny film Małgorzaty Szumowskiej „A czego tu się bać?” jest jak balsam na duszę. Reżyserka pojechała na Suwalszczyznę i posłuchała, co ludzie ze wsi mówią o śmierci. A mówią prosto i prawdziwie. Na przykład o tym, że trzeba sobie przygotować ubranie do trumny – rajstopy, majtki, podkoszulkę z krótkim rękawem, gdyby się umarło latem, i z długim, gdyby zimą. Trzeba zamówić sukienkę, raczej szerszą, bo nie wiadomo, czy się do śmierci jeszcze schudnie, czy utyje, z paskiem, żeby można było się przewiązać na wypadek schudnięcia. Trumna raczej dębowa albo lipowa, bo wytrzyma ze 20 lat, nie to co sosnowa. Jak człowiek dobrze żył z innymi, to w trumnie ładnie wygląda – wygładzony, uśmiechnięty, młody, a jak był nieżyczliwy, to umiera przerażony, z wytrzeszczem w oczach. Nieboszczyk leży dwa, trzy dni w domu, ludzie przychodzą i go żegnają, modlą się i śpiewają. Śpią z nim w jednym pokoju. – A czego tu się bać? – dziwią się. – Przecież wszyscy umrzemy i będziemy nieboszczykami.

W znakomitej pracy „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci” znany amerykański terapeuta Irvin D. Yalom żali się, że gdy mówił o niej przyjaciołom, natychmiast zmieniali temat, chociaż dotąd – gdy pisał inne książki – pytali o nie z żywym zainteresowaniem. Tym razem – koniec rozmowy.

Przez kilkanaście minut – bo tyle z pewnością zajmie przeczytanie tego tekstu – proszę, nie zmieniajmy tematu. W końcu wszyscy będziemy nieboszczykami.

Podróbka nieśmiertelności

Dlaczego właściwie mamy zajmować się tą ponurą sprawą? Lęk przed śmiercią jest lękiem pierwotnym, instynktownym. Wydaje się, że nic nie da się z tym zrobić. „Rani nas to, że jesteśmy śmiertelni – pisze Yalom. – Na nasze istnienie pada cień gorzkiej wiedzy, że będziemy dorastać, kwitnąć i wreszcie – co nieuniknione – zaczniemy słabnąć i umrzemy. Wszyscy boimy się śmierci – każda kobieta, każdy mężczyzna i każde dziecko”. „Wszechobecny lęk przed śmiercią jest główną przyczyną ludzkiej niedoli”, pisał Epikur. Bo skoro wszystko przeminie, jaki sens może mieć życie? Przerażająca wizja nieuniknionej śmierci przeszkadza w przeżywaniu radości życia, nie pozwala niczym cieszyć się w pełni.

Więc unikamy. Zmieniamy temat. Zaprzeczamy. Odwracamy uwagę. Milkniemy. Tylko że wyparty ze świadomości lęk rzutujemy na swoje życie – gromadzimy majątek, korzystamy z życia, póki można, w szaleńczy sposób, popadając w nałogi i najprzeróżniejsze nieszczęścia, ślepo podążamy za władzą i zaszczytami – czyli robimy to wszystko, co daje podrabianą wersję nieśmiertelności.

Nieżyjący już wybitny psychoonkolog Carl Simonton, pracujący z ludźmi chorymi na raka, konfrontację ze śmiercią uczynił kluczowym punktem terapii. Wizualizacja własnej śmierci dla większości chorych jest jak przebudzenie z koszmarnego snu, nawykowego, podszytego lękiem działania. Chorzy doświadczają głębokiej pozytywnej przemiany i często zdrowieją. Układają na nowo życiowe priorytety, przestają przywiązywać wagę do spraw błahych, zyskują siłę do podejmowania decyzji, zaczynają doceniać bliskość i zażyłość i dążą do niej, odkrywają potęgę teraźniejszości, życia chwila po chwili. Budzą się do zachwytu i wdzięczności, a przede wszystkim do współczucia. Jak pisze Sogjal Rinpocze w „Tybetańskiej księdze życia i umierania”:

„Kiedy uprzytomniamy sobie wreszcie, że umieramy, że wraz z nami umierają wszystkie istoty, budzi się w nas palące, niemal rozdzierające serce poczucie kruchości i drogocenności każdej chwili i każdego życia; odkrycie to może zrodzić głębokie, czyste, bezgraniczne współczucie dla wszystkich żyjących istot”
Patrzenie w śmierć zwraca ku życiu. Jest najbardziej życiodajnym posunięciem, jakie można sobie wyobrazić. Konfrontacja z nią nie tylko nie pozbawia energii, ale rozwiewa smutek, pomaga tworzyć życie pełne harmonii i spokoju, zaangażowania, więzi z ludźmi, znaczenia i samorealizacji, wyzwala miłość do życia, jakiej wcześniej nie znaliśmy.

Zostawić po sobie ślady

Okazji do przebudzenia w naszym życiu bez liku: choćby urodziny, szczególnie okrągłe jubileusze, pięćdziesiątka, sześćdziesiątka i dalej. Rozwód. Odejście dzieci z domu. Przejście na emeryturę. Nieuleczalna choroba. Spotkanie po latach z ludźmi z klasy i patrzenie, jak się zmienili, jak przemijają. Śmierć ukochanego zwierzęcia. I oczywiście śmierć bliskich. To mogą być nasze próby generalne, jeśli odważymy się wejść w nie w całości, przeżyć rozpacz, gorycz i czułość tych doświadczeń, jeżeli nie zamkniemy oczu w nadziei, że przeminą, nie dotykając nas.

Najtrudniejsze oczywiście to towarzyszenie w odchodzeniu. Ponieważ jesteśmy istotami zdolnymi do współodczuwania, każda śmierć staje się w pewnym sensie naszym doświadczeniem umierania, naszą próbą generalną. "Nie pozwól umrzeć bliskiej osobie w samotności" – pisze Yalom. "Połóż się przy niej. Oddychaj z nią. Bądź po jej stronie. Niezależnie od tego, jak wielkie jest twoje przerażenie, nie odchodź. Obejmuj, trwaj, mów prosto z serca, ujawniaj swoje lęki. Albo po prostu bądź. Medytuj, módl się. Zanurz się cała w tym doświadczeniu. Nie lamentuj, nie zatrzymuj. Pozwól bliskiej osobie iść dalej, tam, gdzie ma dojść. Pozwól jej zasnąć".

U starożytnych Greków śmierć i sen, Thanatos i Hypnos, to bliźnięta. Odczuwamy przedsmak śmierci, kiedy co noc zapadamy w sen. Wszyscy boimy się jej, a jednak zasypiamy z bezgraniczną ufnością. Jakaś część nas z całą pewnością wie, że się obudzimy.

Gdy Irvin Yalom pyta ludzi, czego konkretnie boją się w związku ze śmiercią, słyszy: „czas ucieka, a życie wymyka mi się z rąk”, „nie zrealizowałam tego, co mogłabym osiągnąć”, „moje marzenia się nie spełniły”. Pod lękiem kryje się rozczarowanie własnym życiem, niespełnienie. Kobiety mówią często: „nie żyłam własnym życiem”. Skupienie się na tym głębokim braku satysfakcji stanowi często punkt wyjścia do przezwyciężenia lęku przed śmiercią – twierdzi Yalom. O jaką satysfakcję chodzi? Pragniemy zostawić po sobie coś, co przetrwa dłużej niż my sami, będzie rozchodzić się jak kręgi po wodzie na nadchodzące pokolenia – taka świadomość koi ból i strach. To momenty miłości, współczucia, otuchy, przewodnictwa, dzielenia się doświadczeniem. Gdy robimy sobie porządne próby generalne, nierzadko dochodzimy do wniosku, że umierając, nie możemy wziąć ze sobą nic z tego, co otrzymaliśmy. Możemy zabrać tylko to, co sami daliśmy.

W orszaku na własnym pogrzebie

Ebenezer Scrooge, bohater „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa, to – jak pamiętamy – postać dosyć odrażająca, starzec chciwy i złośliwy, o lodowatym sercu. Ale gdy wytrwamy do końca powieści, okaże się, że jest on zdolny do gestów prawdziwie wielkodusznych, przemienia się w człowieka ciepłego i współczującego. Co się stało? Nasz bohater dał się poprowadzić Duchowi Przyszłych Wigilii i zajrzał we własną przyszłość. Przyglądał się swojemu opuszczonemu ciału, widział obcych ludzi wynoszących na sprzedaż jego rzeczy, podsłuchiwał sąsiadów rozmawiających o jego śmierci i z łatwością porzucających ten temat. A potem Duch Przyszłości odprowadził Scrooge’a na dziedziniec kościoła, żeby zobaczył własny grób. Scrooge wpatrywał się w swój nagrobek, dotykał liter swojego nazwiska i… przebudził się do nowego życia.

Możemy sobie wyobrazić, że to do nas przychodzi Duch Przyszłości. Zajrzyjmy, co też dzieje się na naszym pogrzebie. Kto przyszedł? Kto przemawia nad trumną? Co mówi? Co mówią ludzie w orszaku żałobnym? Kto otrzyma rzeczy, które zostawiliśmy, cenne pamiątki, majątek. Jak prezentuje się nagrobek? Co jest na nim napisane? Jak z tej perspektywy wyglądają problemy, jakość naszych relacji z innymi, marzenia i plany na przyszłość? Jak wypadło?

Irvin D. Yalom „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci”, Instytut Psychologii Zdrowia 2008

Żyć taki samym życiem, wciąż od nowa, przez wieczność

W „Tako rzecze Zaratustra” Fryderyk Nietzsche opisał proroka, który postanawia zejść ze szczytu góry i podzielić się z ludźmi tym, czego się nauczył. Ze wszystkich idei, które głosił, jedną uważał za „myśl obdarzoną największą mocą” – ideę wiecznego powrotu. Zaratustra proponuje, abyśmy wyobrazili sobie, że żyjemy takim samym życiem wciąż od nowa przez całą wieczność, przeżywamy wszystko niezliczone jeszcze razy; i nie ma w tym niczego nowego, powtarza się każdy ból i każda rozkosz, i każda myśl, wszystko.

Czy ten eksperyment wywołuje psychiczny i duchowy komfort? Czy raczej ból, smutek i żal? Jeśli tak, to znaczy, że nie żyjemy dobrze. Dlaczego tak się dzieje? Czego żałujemy? Czego zaniechaliśmy? I co dalej?

Irvin D. Yalom „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci”, Instytut Psychologii Zdrowia 2008

Kiedy przychodzi współczucie

Lęk przed śmiercią reprezentuje wszystkie nasze lęki. To król lęków. On mówi: „nie rań mnie”. Każdy rodzaj lęku zawiera w sobie element niezgody i oporu. Ciekawym sposobem praktykowania umierania jest otwarcie się na chorobę. Gdy przeziębisz się lub złapiesz grypę, pomyśl: w porządku, poćwiczę umieranie. Obserwuj, jak pod wpływem oporu ból zamienia się w cierpienie, a to, co było tylko nieprzyjemne, staje się po prostu nie do zniesienia. Zauważ, że nawet niewielkie dolegliwości przyciągają żal i smutek, które gromadzą się w tobie jak cienie. Wsłuchaj się w ich jęki i narzekania. Poczucie krzywdy powstaje ze spotkania bólu z lękiem. Współczucie rodzi się ze spotkania bólu z miłością. Kiedy staramy się uniknąć bólu, czujemy się bezradni. Gdy otwieramy się na doznania, gdy pozwalamy, by świadomość objęła ból, zamiast go wypierać, przychodzi współczucie.

Za każdym razem podczas choroby czy bólu głowy zamiast szukać lekarstwa na jego uśmierzenie, przyjmuj tę chwilę taką, jaka jest, i postaraj się rozluźnić bolesne miejsce. Nauczyliśmy się odwracać od tego, co nieprzyjemne. Spróbuj to przezwyciężyć! Gdy przestajemy walczyć z bólem, następuje przełom. Otwórz się na niego. Wyjdź mu na spotkanie życzliwie i z miłością. Nie bój się. Rozluźniaj się, wnikaj delikatnie w doznania, badaj je i rozluźniaj się jeszcze bardziej, aby zrobić miejsce na całe swoje życie.

 Stephen Levine „Gdybyś miał przed sobą rok życia”, Wydawnictwo Szafa 2001 

  1. Psychologia

Wchodzenie w związki bez miłości nie wyleczy złamanego serca - przestrzega Kasia Miller

Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mają być ulgą, plastrem na zranione serce. Słodyczą, bo myślimy, że tak smakuje zemsta. Złożeniem siebie na ołtarzu miłości. Wiążemy się więc z kimś, kogo nie kochamy, w celu innym niż miłość albo z kimś, kto nas nie kocha, licząc, że pokocha. Czy osiągamy to, co zamierzone – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Moja koleżanka, atrakcyjna kobieta, zobaczyła, jak jej były całuje się z inną, więc kopnęła w jego samochód. Tak mocno, że złamała palec.
Ludzie potrafią skrzywdzić sami siebie, żeby zemścić się na kimś, kto im złamał serce. Pewna moja znajoma miała romans z architektem. Wydawało się, że ich związek zmierza w stronę małżeństwa. On co prawda tego nie obiecywał, bo mężczyźni rzadko obiecują takie rzeczy, a jak na dzień dobry machają pierścionkiem, lepiej uważać! W każdym razie spotykali się przez kilka miesięcy, zabierał ją do swoich przyjaciół i znajomych z pracy, więc kobieta myślała, że związek się rozwija. Ale on myślał inaczej, o czym jej szczerze powiedział. No, to się wściekła i postanowiła się zemścić, uwieść jego szefa i podjudzić obu mężczyzn do rywalizacji. Wiedziała, że szef nie jest żonaty i że ona mu się podoba. Przy okazji wspomniała mu więc, że już się z tamtym nie spotyka, i zasygnalizowała, że gdyby on chciał, to ona owszem... No i kiedy chodziła już z szefem, przychodziła do niego do pracy i demonstracyjnie się do niego przytulała, pokazywała, że teraz jest dziewczyną lepszego samca. Przypomina mi się tu rozkoszna piosenka Violetty Villas: „Choć jeden raz, żebym była tak piękna, dziś, właśnie dziś, bo wieczorem na bal z tamtą drugą masz przyjść, spostrzegasz mnie, nagle serce ci pęka!”.

Zemściła się na byłym, wiążąc się z jego szefem?
Chciała pokazać, że jej jest na wierzchu. No i przez chwilę w jej głowie tak było. Tamten widział, że sobie z jego szefem umościła gniazdko. Ale nie dał mu w twarz, nie padł u jej stóp i nie błagał, żeby wróciła. Szef też do zemsty się nie przyczynił, bo nie zaczął zachowywać się nie fair wobec poprzednika.

Marna zemsta… Może pokochała szefa i są razem?
Kiedy mężczyzna ma być „zemstą”, to niczego dobrego kobieta nie będzie z tego miała, oprócz chwilki satysfakcji, że intryga się powiodła. Jak się wchodzi w następną relację, natychmiast po rozstaniu z kimś, kto był dla nas ważny, to się nie ma wolnego serca. A ona szefa nie kochała i obojgu im coraz mniej się chciało chcieć siebie nawzajem. Ich bycie razem nie miało się czym żywić. Było sztucznie karmione celem innym niż miłość. Dlatego, kiedy cel został osiągnięty, związek zgasł. Mógłby trwać, gdyby mieli w byciu razem inny, np. materialny, interes, choćby dom z basenem. Strach przed zaangażowaniem w kolejny związek pcha nas ku komuś, kogo nie kochamy.

Może seks z szefem był lepszy?
Gdyby szef był superkochankiem, ta pani miałaby fun, ale to też wiele by zmieniło. Mądra kobieta wie, że seks to seks, a miłość to miłość. Może sobie „pójść w seks” z kimś, żeby się cieleśnie zresetować po poprzednim związku, jeśli ma taką potrzebę. Może się ratować w każdy sposób, byle było to prawdziwe. Bez udawania przed sobą, że czuje się coś, czego się nie czuje. A my często nie wiemy, co czujemy, bo się tego nie nauczyliśmy. Nie dostaliśmy od rodziców prawa do tego, żeby zajmować się swoimi uczuciami. Ani wzoru, jak to robić. Nie wiemy więc, że to się opłaca. Odwrotnie: myślimy, że będzie strasznie, gdy sobie na to uczucie pozwolimy. I chcąc pozbyć się rozpaczy, zmuszamy się do seksu z kimś, z kim nie mamy ochoty, i do seksu, na jaki nie mamy ochoty. Robienie tego w celu innym niż przyjemność czy bliskość to zawsze użycie siebie. Nadużycie! Ta opowieść jest o tym, że dziewczyna zrobiła ogromny wysiłek, by coś udowodnić facetowi, który ją rzucił – i by uciec przed prawdą o tym, co czuje. I zmarnowała to, co znacznie ważniejsze, czas po porzuceniu na to, by miłość odpłakać, stanąć na nogi i wybrać kogoś, kto naprawdę będzie jej pasował. A więc zrobiła sobie krzywdę.

Zagrała na nosie byłemu, zdobyła szefa, jaka tu krzywda?
Prawdziwe uczucia zepchnęła do kąta po to tylko, by się zemścić. Nie pogodziła się ze stratą. Była nieprawdziwa, używała siebie i dlatego nie zbudowała wewnętrznego spokoju ani związku. Weszła w tę relację po to, żeby nie czuć. Mało tego! Żeby tamten poczuł. Żeby go zabolało. Czyli odrzuciła siebie. No, ale kiedy nie udało jej się stworzyć domu z szefem, była na tyle świadoma, że na szczęście przyszła po pomoc. Powiedziała, że się zagalopowała. Że zrobiła coś, co się nie sprawdziło. A teraz po rozstaniu z tym, kogo nie kochała, jest jej gorzej niż po rozstaniu z ukochanym.

Chciała się dowiedzieć, czemu tamten jej nie chciał?
Nie chciała i nie zawsze jest to do czegokolwiek potrzebne, bo rozstanie często nie ma nic wspólnego z nami. Gdyby zapytała go, dlaczego już nie są razem, mógłby powiedzieć, że nie wie. Po prostu tak poczuł… stracił do niej uczucie. Coś się wypaliło. Kobiety często mówią: „Bo ja byłam niefajna, dlatego on powiedział, że jednak nie”. A niekoniecznie. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, który nie umie na dłużej się z kimś związać. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, którego coś niesłychanie ważnego zaabsorbowało: awans, choroba, poczucie bezsensu lub przeciwnie – odkrycie, że chce być wolontariuszem przy umierających, a nie żyć wygodnie z tobą. Nie wiemy, dlaczego mężczyzna mówi „nie”. Ważniejsze było to, że ona samą siebie, taką zamrożoną emocjonalnie, komuś zaniosła. Była znieczulona, więc łatwiej było jej udawać. Gdyby jej związek był oparty na prawdziwych uczuciach, to nie udawałaby, że chce być z kimś, skoro tego nie chciała. I czuła się pusta, bez uczuć, jak wyprana przez dwie pralki. Trochę trwało, nim odrobiłyśmy to, co konieczne. Najpierw musiała się przyznać do swoich prawdziwych motywacji, które nie były dla niej jasne. W bólu zadziałała instynktownie.

Czy to kobieca specyfika – mężczyzna jako plaster i słodycz zemsty?
Gdzie tam! Moja druga historia dotyczy mężczyzny. Ludzie w sytuacjach granicznych, a porzucenie taką jest, reagują na parę sposobów. Ten mężczyzna po związku, w którym był szczęśliwy i zakochany, a został porzucony dla kogoś innego, poczuł się tak boleśnie ugodzony w serce, że od razu ożenił się z dziewczyną, która mu się ofiarowywała od lat.

Kolejny z niebezpiecznych związków: „Kocham go i wierzę, że on mnie też pokocha”?
Wiedział, że z tej dziewczyny robi plaster na serce: „Tamta mnie rzuciła, już mnie nie kocha, ale jest ktoś, kto mnie kocha. Kto od lat na mnie czeka i teraz będzie mnie miał jako nagrodę. Jestem więc godzien miłości”. No i zgadnij, co było dalej.

Mężczyzna tęskniący za inną i kobieta oczekująca na jego miłość? Hm… też im nie wyszło?
Wyszło, ale na jakiś czas. Ona była dumna, że on tak szybko po rozstaniu z tamtą do niej przyszedł. Uznała to za plus. A powinna pomyśleć: „Dlaczego tak szybko? Dlaczego akurat do mnie? Bo wie, że go kocham i się mu ofiarowałam?”. Jeśli ktoś lubi być wzięty w ofierze, to mu może na dłużej wystarczy. Ale ta druga osoba może wcale długo nie zachwycać się takim obdarowaniem. Bo jak długo możesz być z kimś, kogo nie kochasz? Tak długo jak tęsknisz za tą utraconą miłością i potrzebujesz plastra. Nawet jeśli plaster ma zalety i podoba ci się, to i tak mało! W naszej historii mężczyzna, kiedy przestał kochać tamtą, pomyślał, że już nie chce być z kobietą, której pozwala się kochać, koić, dopieszczać. Brał od niej to wszystko, bo był pewien, że mu się to należy, bo daje jej to szczęście, jakim jest on sam. Ona była dawcą, a on biorcą, co już samo w sobie zapowiada kłopoty.

Dlaczego on, który brał, miał dość, a nie ona, dawca?
Bo nie musiał jej zdobywać. Dostał ją za darmo. Jak mężczyzna stara się o kobietę, to będzie ją cenił. I to pomaga później pokonać kryzysy w związku. Istotne jest, czy na początku związku on czuł radość, że ją zdobył. Zdobywanie to baza, która zostaje na zawsze, bogactwo, mocna podstawa stabilizacji, bo cenimy to, co wymagało wysiłku. I dlatego kryzys można pokonać, gdy się sobie o tym przypomni, bo to daje motywację. A tu on miał to, co mógł, a nie to, o co walczył. A że już się jej miłością napchał, ukoił, to mu się przejadła. Gdyby ona nie była tylko dawcą, gdyby zdała sobie sprawę, że on jej użył jako plastra, to ich bycie razem mogłoby przetrwać. Ale, niestety…

…on ją wziął z półki „zastępstwo”.
Powiem tak: im bardziej on był obolały, tym bardziej ona nie powinna mu się oddawać. Ale! Można też powiedzieć, że miała tego faceta, o którym marzyła, w taki sposób, w jaki było to możliwe. Gdyby mu się nie ofiarowała, to może on nigdy by jej nie wybrał. Skoro jednak ona nie dała się poznawać i zdobywać, ale dała mu się cała od razu do zjedzenia, to mogła się spodziewać, że usłyszy od niego: „Już dziękuję, nasyciłem się”. I on tak zrobił, ale też to mu się nie podobało, dlatego przyszedł na terapię i powiedział: „Przestałem kochać tamtą. Przestałem cierpieć. I zobaczyłem, że szczęśliwy z tą drugą nie będę. Ona nie jest tą, którą wybrałem i z którą coś zbudowaliśmy, więc od niej odszedłem”. Ustaliliśmy – co dla mężczyzn jest bardzo trudne – że przez jakiś czas z nikim nie będzie. Mężczyźni nie umieją żyć bez kobiety, choćby takiej do romansu. Ustaliliśmy też, że następnym razem będzie uczciwy, powie kobiecie, że nie ma bladego pojęcia, co ma jej do zaoferowania. Zapyta, czy ona jest gotowa na to, że na przykład będą tylko uprawiać seks. I że on jej nic nie obiecuje nie dlatego, że z nią jest „coś nie tak”. Ważne jest, żeby kobiecie powiedzieć: „Jesteś superlaska i dlatego chcę z tobą iść do łóżka, podobasz mi się i cię pragnę, ale na razie nie potrafię kochać, bo moja miłość się skończyła i jestem poobijany. Brałem od kobiety, która mnie kochała, coś, czego nie powinienem brać, zamiast opłakać stratę”.

To ludzkie szukać pocieszenia w ramionach, które są otwarte…
Pamiętam, jak mi kiedyś wymarzona miłość nie wyszła i poszłam do tego, o kim wiedziałam, że mnie kocha, żeby sobie zrobić smarowidełko na mój smutek, ambicje i samotność. Na wszystko to, co wiąże się z zawodem miłosnym. Wiem, że ludzie wtedy pędzą, do kogo mogą, jak tylko kogoś takiego mają. Natomiast nie jest to rozwiązanie, ale iluzja, że się sobie poradziło. A tak naprawdę robiąc to, porzucamy siebie, dlatego że rodzice nas zostawiali w dzieciństwie z naszymi uczuciami, zostawili nas z naszymi przerażeniami, z naszymi rozpaczami. Z tego powodu nie umiemy sobie z trudnymi uczuciami poradzić i biegniemy, do kogo tylko możemy, żeby nas wziął na ręce i poniósł, bo sami siebie nie poniesiemy...

Nie zostawiać siebie. Ale co to znaczy?
Przeżyć to, co mamy do przeżycia. Cierpisz? Weź urlop, zamknij się w domu i potnij na kawałki jego garnitury, wyrzuć zdjęcia albo wbij w te zdjęcia szpilki. Pisz listy do niego i je pal. Zakop się w łóżku i nie wychodź tydzień z domu. Wyj jak zwierzę z rozpaczy. Zwierzęta wiedzą, co robić, są prawdziwe – cielesne. A my jak i one ból mamy w ciele. Przecież każda komórka boli, każdy włos... Dlatego ten ból ma być wyrażony ciałem. Dobrze, jeśli ktoś nas co jakiś czas przytuli, ale musi to być ktoś, kto umie znieść to, że wyjemy, i nie powie: „Przestań, wszystko będzie dobrze”. Tylko: „Krzycz, drap, płacz”. A pojawiają się różne uczucia: i takie, że go nienawidzę, i zabiłabym, i błagam: „Wróć do mnie!”. Odreaguj je. Poznaj, nazwij. Zdaj sobie sprawę z tego, których masz najwięcej. Może odkryjesz na przykład, że to wcale nie była miłość, tylko zawłaszczenie.

Tabletki? Alkohol? Śpiew? Film „Janis” o Janis Joplin pokazuje, jak śpiewając, można przeżywać to, co bolesne…
Ani tabletki, ani alkohol. Śpiew tak. Ale prawdziwy. Joplin do tego, by wyrazić siebie, potrzebowała dragów i dlatego nie przeżyła prawdziwego oczyszczenia. Leczące jest dla nas wyrażenie siebie oparte na odwadze do otworzenia się, zaufaniu do świata i życia, a nie na chemii. Uzależniamy się od niej, jeśli dzięki niej możemy sobie poradzić z tym, co czujemy, możemy pozwolić sobie na to, co najtrudniejsze – na poczucie bezradności. Problem polega na tym, że jeśli nie doświadczymy ulgi, jaką daje wyrażanie prawdziwych uczuć i obecność kogoś, kto pozwala nam je okazać, to uciekamy przed sobą i tym, co czujemy, w ćpanie, chlanie, branie prochów lub znieczulamy się w niebezpiecznych związkach.

  1. Psychologia

Strata to szansa na rozwój

Żyjemy w czasach, w których przybywa oczekiwań, a ubywa pokory wobec losu. Jest w nas
tyle hedonizmu, narcyzmu i konsumpcjonizmu, że utrata bywa zawstydzająca. (Fot. Getty Images)
Żyjemy w czasach, w których przybywa oczekiwań, a ubywa pokory wobec losu. Jest w nas tyle hedonizmu, narcyzmu i konsumpcjonizmu, że utrata bywa zawstydzająca. (Fot. Getty Images)
Dziecko traci dzieciństwo, ale zyskuje wolność nastolatka, nastolatek przestaje być nastolatkiem i otrzymuje przywileje dorosłości. A piłkarz po trwałej kontuzji pewnie nie zagra już w reprezentacji, ale… może zostać świetnym trenerem. Jak dostrzec w życiowych zmianach szansę na rozwój, pytamy prof. Bogdana de Barbaro.

Żyjemy w niepewnym czasie, w którym wiele rzeczy się krystalizuje. Ostatnie miesiące zafundowały nam przyspieszony kurs przeżywania strat, i to różnorakich. Traciliśmy bliskich, zdrowie, pracę, wizję przyszłości... Co w tym wszystkim było najtrudniejsze?
Właśnie ta niepewność. Jeśli cofnęlibyśmy się na chwilę do czasów przedpandemicznych, z pewnością zauważylibyśmy, że wtedy mniej więcej było wiadomo, którą drogą kroczymy i co jest za najbliższym wzgórzem. Nawet jeżeli nie wiedzieliśmy, czy przyszłość będzie piękna, czy brzydka, nasza, czy cudza – mam tu na myśli choćby wynik wyborów prezydenckich – to była ona jednak w miarę przewidywalna. Natomiast teraz mamy do czynienia z sytuacją pod tytułem „Nie wiem, co będzie”. I to jest niebywale trudne, bo jednak częścią naszego zwykłego codziennego komfortu i podstawowego poczucia bezpieczeństwa jest to, że da się pewne rzeczy przewidzieć z wyprzedzeniem. Nieprzewidywalność – zarówno w kontekście zachowań ludzkich, jak i prądów społecznych – tworzy stan niepokoju, zagrożenia.

Ale przecież każda strata pozbawia nas poczucia bezpieczeństwa. Także taka, powiedziałabym, banalna jak to, że się starzejemy…
Tylko że nawet, gdy ktoś ma 18 czy 28 lat, to wie, patrząc na swoich rodziców czy dziadków, że zmarszczek będzie mu raczej przybywać niż ubywać. Ma to jeszcze przed sobą, ale już może się z tym liczyć; w jakimś sensie jest obecny w tej przyszłości swoim wyobrażeniem. Natomiast dziś my nie do końca wiemy, co właściwie nas czeka. Bo tak jak jesteśmy przyzwyczajeni, że po dniu jest noc, a po lecie zima, tak – w kwestii tego, jak będzie wyglądało nasze życie w przeciągu roku czy dwóch – możemy sobie tylko powróżyć. Możliwe, że ktoś w listopadzie ogłosi wynalezienie szczepionki albo leku na koronawirusa, a możliwe, że nie.

Są też pewne zalety tej nieprzewidywalności, np. taka, że w jakimś sensie musi nam przybywać na nią zgody, co w konsekwencji kieruje nas ku sobie samym. Może pojawić się w nas więcej pytań ostatecznych niż wtedy, kiedy żyliśmy sobie w rytmie: pięć dni intensywnej pracy, dwa dni intensywnej zabawy. To już za nami, skończyło się, możliwe, że na zawsze. W związku z tym trzeba by zaglądnąć w siebie, by móc to wszystko zrozumieć – łącznie z własnymi potrzebami, wykraczającymi daleko poza pragnienie przyjemności.

Nauczymy się akceptować, że jest, jak jest? Dostosowywać się do obecnej chwili?
Kłopot w tym, że dla jednych ta sytuacja jest refleksjorodna, a dla drugich na tyle trudna, że będzie skłaniać ich do ucieczki, pogłębi wewnętrzny chaos lub wprowadzi w smutek czy w jakieś uzależnienie. A jeszcze innych tak zatrzyma w lęku przed przyszłością, że się zwrócą ku przeszłości jako jedynej realnej sytuacji.

„Kiedy będzie znów tak jak dawniej?”.
To potrzeba regresji, by wrócić do sytuacji minionej, czyli z punktu widzenia tu i teraz – bardziej bezpiecznej. Jeśli nowa rzeczywistość nie jest tak piękna, jakbyśmy chcieli, to zwykle pojawia się w nas chęć, by ją stylizować. Fizycy udowodnili jednak, że czas płynie jednokierunkowo, więc choć możemy uzbroić się w jakieś systemy zaprzeczeń czy mechanizmy obronne, to jednak to se ne vrati. 

A więc świat postawił przed nami pytanie: Jak skorzystać z tej katastrofy?
Możemy na przykład zobaczyć, że ta katastrofa uwyraźnia słowo „my”, bo zwraca uwagę na inne katastrofy dotyczące milionów ludzi. Uzmysławia, że w jednych krajach ludzie żyją w nędzy, a w innych w zamożności. I tam, gdzie panuje bieda, wirus będzie bardziej bezlitosny. Nie dlatego, że taki jest wirus, tylko dlatego, że tacy jesteśmy my, skłonni do dbania o „ja” własne i bliskich. Patrzymy na słupki wzrostu zachorowań i zgonów z powodu koronawirusa, a równie dobrze można by patrzeć na wskaźniki dotyczące tego, ile osób tego dnia zmarło z głodu, a ile z powodu nadużywania alkoholu czy palenia papierosów. I co się okaże? Że jednego dnia z powodu koronawirusa zmarło na świecie prawie 6 tys. osób. I to jest straszne. Ale z powodu nadużywania alkoholu tego samego dnia zmarło ponad 7 tys., a z powodu palenia papierosów – prawie 15 tys. A ludzi otyłych jest na świecie ponad 700 mln, niewiele mniej niż ludzi cierpiących na niedożywienie. Jak długo żyjemy bezpiecznie ekonomicznie, tak długo nie przejmujemy się tym, że gdzieś w Afryce Środkowej ludzie umierają z głodu. Lub że osoba homoseksualna jest tam za swoją orientację zabijana. Inne katastrofy dotąd były tak egzotyczne, że nie przemawiały do naszego rozumu, tymczasem  można mieć nadzieję, że to się zmieni. Skoro słyszymy, ile osób zmarło w Brazylii z powodu pandemii, to możemy się zastanowić, czemu ta liczba jest tak wysoka. Ile tam jest slumsów, ile osób żyje poniżej progu ubóstwa.

Judith Viorst w książce „To, co musimy utracić...” zwraca uwagę na straty, które są konieczne w naszym życiu i potrzebne do rozwoju. Potrzebne jest nam to, że się starzejemy, że nasze dzieci dorastają i wychodzą z domu... Potrzebne są nam pewnie też takie światowe kryzysy jak obecny.
One wszystkie są potrzebne i rozwojowe, ale pod jednym warunkiem – że będziemy ich świadomi, nie będziemy im zaprzeczać i że przejdziemy przez wszystkie etapy żałoby z nimi związanej, i że dokończymy ten proces. A to nie jest takie oczywiste. Często ludzie coś tracą, a jednocześnie się na to nie godzą. Na przykład dziecko staje się dorosłe, a rodzic, który nie jest przygotowany na wyfrunięcie z domu młodego człowieka, albo coś takiego robi zewnętrznie, że go zatrzymuje – choruje lub blokuje wsparcie finansowe – albo zamraża swój proces rozstawania się i traktuje 20-latka nadal jak małe dziecko. I wtedy ta ważna utrata nie ma szansy być rozwojową. Rodzic pozostaje w iluzji, odwraca się od tego, co realne.

Najczęściej zatrzymujemy się na etapie zaprzeczenia?
Zwykle nie dopełniamy wewnętrznej zgody na to, że ktoś odszedł lub że coś się skończyło. Oczywiście, ten proces wymaga czasu i nie powinno się go sztucznie przyspieszać. Ale to też jest kwestia wzorca kulturowego. Dawniej przyjmowało się, że żałoba po kimś bliskim trwa około roku, przez ten czas ludzie pozostający w żałobie nosili na ramieniu czarne opaski. To była część rytuału, który nie kończył się wcale po pogrzebie czy stypie. Dziś jeśli ktoś pozostaje w smutku kilka tygodni, zgłasza się do lekarza po leki przeciwdepresyjne. Jednak bywają ludzie, którzy na drodze godzenia się z utratą, niezależnie od czasu trwania żałoby, nie mają w sobie zgody na to, by uznać, że coś się skończyło. I nie chodzi tu jedynie o sytuację utraty bliskiej osoby. Są wśród nas tacy, którzy nie przyjmują do wiadomości, że ich młodość minęła. Nie tylko narażają się na pewien chaos wewnętrzny, ale też nie są w stanie czerpać niczego dobrego z tego, co niesie następny etap życia. I to może dotyczyć także utraty marzeń czy wyobrażeń o sobie.

Mówiliśmy o zgodzie na utratę i nieprzewidywalność, ale równie ważna jest zgoda na ograniczoność, czyli na to, że nie da się mieć wszystkiego. To wymaga też zgody na to, że czasem życie boli. Bo zanim przyjdą profity z tego, że przyjąłem do wiadomości, że coś utraciłem, trzeba jeszcze wytrwać w bólu utraty.

Ten ból jest nam chyba najtrudniej znieść.
Nic dziwnego. Żyjemy w czasach, w których raczej przybywa oczekiwań, a ubywa pokory wobec losu. Ma nam być zawsze pięknie, radośnie i przyjemnie. Książka Judith Viorst, którą też niedawno przeczytałem, właśnie o tym opowiada. Nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego, że ona powstała tak dawno. Sądzę, że gdyby autorka pisała ją dziś, doszłaby do wniosku, że w naszej ponowoczesności jest nam jeszcze trudniej powiedzieć: „Zgadzam się na utratę”. Jest w nas tyle hedonizmu, narcyzmu i konsumpcjonizmu, że utrata bywa zawstydzająca, a pokora jest tym, na co trudno się nam zgodzić. Ale bez niej nie ma rozwoju.

Viorst pisze, że jeśli poznamy swoje ograniczenia, to łatwiej nam będzie funkcjonować.
Zgoda na utratę jest w pewnym sensie antynarcystyczna. Ale, pamiętajmy, niewielka porcja narcyzmu jest człowiekowi potrzebna do samoakceptacji czy pogodnych relacji z otoczeniem. Im bardziej kultywujemy w sobie egotyzm i konsumpcjonizm, tym bardziej nas bolą życiowe zmiany. Niestety, XXI w. namawia do zachwytu nad własnym „ja”.

Z drugiej strony – coraz częściej mówi się o tym, że zbyt często wymieniamy dobre rzeczy na nowe, zbyt wcześnie kończymy związki. Niektórzy sprawiają wrażenie, jakby nie przechodzili po stratach żadnej żałoby. Ktoś odchodzi, a oni mówią: „OK, nie ta, to inna”. Albo: „W sumie lepiej mi teraz samej, niż było z nim”. Czy takie podejście może świadczyć o płytkości naszych relacji, czy może jest formą opancerzania się przed bólem?
Sytuacja jest złożona. Jeżeli doszło do zakończenia jakiegoś związku i ktoś mówi: „Nic nie szkodzi”, to może mówić to dlatego, że zaiste nic nie szkodzi, bo związek był powierzchowny, pozorny albo byle jaki. Ale mógł być głęboki dla człowieka, który został porzucony, a ponieważ nie potrafił zadbać o to, by nie dopuścić do rozstania, postawa pt. „Nic się nie stało” będzie mu potrzebna, by wytrzymać najtrudniejszy okres bezpośrednio po porzuceniu. Z czasem będzie musiał dopuścić do swojego serca ból. Jeśli jednak wda się w jakieś zapomnienia i zaprzeczenia – czyli obrazowo: będzie co wieczór chodził do najbliższego pubu, by zapomnieć o cierpieniu rozstania za pomocą wódki czy jakiegoś narkotyku – to będzie antyrozwojowe. Siła pozorna polega na założeniu maski zadowolenia i noszeniu jej nawet przed samym sobą, w ten sposób zaprzecza się utracie i temu, że coś nas boli. Natomiast czymś zdecydowanie innym jest siła wewnętrzna, która pomaga wytrzymywać przeciwności losu. Taki ktoś idzie przed siebie z podniesionym czołem pomimo ciężaru na ramionach.

Co zatem buduje naszą wewnętrzną siłę?
Pokora i wgląd. Siła nie polega na napinaniu muskułów, tylko na tym, że rozumiemy swoje ograniczenia i ciężary życia, i nas to nie załamuje. Zachęta do większej wrażliwości nie ma na celu tego, byśmy się smucili, że tak wiele tracimy, ale byśmy uznali, że to jest część naszej egzystencji.

Powinniśmy uznać, że nasze życie pełne jest małych katastrof?
Zastanawiam się, czy właściwe jest tu słowo „katastrofa”... Gdybyśmy się na nie zgodzili, to istotne byłoby pytanie: Co się ze mną dzieje po tej katastrofie? Czy udaję, że jej nie było? Czy też zabieram się do naprawy tego, co się zniszczyło? „Katastrofa” sugeruje jednak całkowite zniszczenie, dlatego wolałbym powiedzieć, że nasze życie jest pełne zakrętów. I zdarza się nam z zakrętów wychodzić z większym lub mniejszym poślizgiem. Czasem lepiej już wziąć poślizg niż wylądować w rowie. Ale, zauważmy, że utrata to często zarazem zysk: dziecko traci dzieciństwo, ale zyskuje wolność nastolatka, nastolatek przestaje być nastolatkiem i otrzymuje przywileje dorosłości. A piłkarz po trwałej kontuzji pewnie nie zagra już w reprezentacji, ale – jeśli będzie miał w sobie moc – może zostać świetnym trenerem.

Nie zawsze to, co tracimy, ulega całkowitemu zniszczeniu.
Próbuję sobie teraz przypomnieć uczucia, jakie się we mnie pojawiały, kiedy doświadczałem najbardziej ewidentnych strat w moim życiu, czyli śmierci moich rodziców. Z jednej strony były to przeżycia dramatyczne, z drugiej – były one do przewidzenia w takim znaczeniu, że jako ludzie jesteśmy raczej przyzwyczajeni do tego, że osobom dorosłym rodzice umierają. Powiedziałbym, że to sytuacja, w której należy przeżyć ból, skonfrontować się z nim, ale nie trwać przy nagrobku przez resztę życia. Nietrudno się domyślić, że ci, którzy – jak to elegancko mówimy – odeszli, wcale nie oczekują, byśmy trwali w żałobie jak najdłużej. Psychoterapeuci nieraz mają do czynienia z pacjentami, którzy nie są pogodzeni z utratą bliskich. Życie mija, a oni nie przyjmują tego do wiadomości. Oczywiście, śmierć jest jedną ze strat społecznie uznawanych za dramat, a utrata marzeń niekoniecznie wymaga metafory stania przy grobie, ale warto pamiętać, że obie te sytuacje mogą blokować rozwój.

Strata jest też utratą złudzeń. Odejście bliskiej osoby wiąże się z utratą iluzji, że możemy być z kimś na zawsze.
Zmarli, choć biologicznie nieżywi, mogą być w czyimś życiu bardzo obecni. I powstaje pytanie, czy ta psychiczna obecność osób zmarłych tworzy zasób, czy staje się jedynie osłabieniem, częścią naszej niezgody na utratę. Czy to jest konstruktywne, czy destruktywne?

I jaka jest odpowiedź?
To właśnie sprawdzamy w gabinecie. I okazuje się, że czasami jest konstruktywne, bo ten, kto nie żyje, może błogosławić mojemu życiu, dodawać siły lub mówić między wierszami: „Cieszę się z twojej drogi”. Wtedy ta utrata nie osłabia. A może być i taka sytuacja, że niezaakceptowanie odejścia kogoś bliskiego wywołuje bezruch psychiczny. W iluzji, że ten ktoś wróci i świat odżyje. Albo w przekonaniu, że nie wolno wchodzić w nowe związki, bo byłaby to zdrada. To byłoby destruktywne, zamrażające.

Zawsze mamy jeszcze wspomnienia. One też mogą być dla nas karmiące lub niszczące.
Możemy patrzeć na fotografię sprzed lat z sentymentem czy pogodną melancholią, chociaż są na niej osoby, które nie żyją; miejsca, których już nie ma; zdarzenia, które już się nie powtórzą. A innym razem patrzymy na stare zdjęcie i czujemy smutek pomieszany z gniewem, rozpaczą. Jak już wspomniałem, ważny jest tu parametr czasu. Nie oczekujmy pogodnej melancholii od kogoś, kto przeżył utratę tydzień temu. Natomiast po roku, dwóch – zwykle będzie nam już do niej bliżej.

Czas może być lekarstwem na ból wywołany stratą?
Może, pod warunkiem że zadbamy o to, co się w tym czasie z nami dzieje. On płynie, ale co my do jego nurtu wrzucimy, zależy już tylko od nas.

Bogdan de Barbaro, prof., psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii i terapii rodzin.

  1. Psychologia

Kiedy nadchodzi czas, by dzieci nas opuściły, trzeba pozwolić im odejść

Dzieci muszą opuszczać rodziców, ci powinni pozwalać im odejść. Z nadzieją, że dobrze je wyposażyli na podróż przez życie. (Fot. Getty Images)
Dzieci muszą opuszczać rodziców, ci powinni pozwalać im odejść. Z nadzieją, że dobrze je wyposażyli na podróż przez życie. (Fot. Getty Images)
W każdym rodzicu istnieje pragnienie rodem z krainy fikcji - by móc ustrzec dziecko od wszelkiej szkody. Dodatkowo warto wiedzieć, że szczytne zamierzenie zapewnienia potomkowi szczęścia i dobrobytu mogą być dalekie od ideału z jego punktu widzenia. Jak zaakceptować  ograniczenie rodzicielskich mocy? 

Fragment książki "To co musimy utracić" czyli miłość, złudzenia, zależności niemożliwe do spełnienia oczekiwania, których każdy z nas musi się wyrzec, by móc wzrastać. " Judith Viorst, Wydawnictwo Zwierciadło

Mimo iż tak bardzo chcemy uchronić je od niebezpieczeństw i udręk życia, są granice tego, co możemy i powinniśmy zrobić. Będziemy musieli zrezygnować z bardzo wielu rzeczy, które mieliśmy nadzieję dla nich uczynić. Oczywiste jest też, że będziemy musieli pozwolić im odejść i opuścić nas.

Podobnie bowiem jak dzieci muszą oddzielić się stopniowo od rodziców, tak i my musimy oddzielić się od nich. Z tego powodu dręczyć nas będzie – jak dzieje się to w przypadku większości matek (i ojców) – lęk przed rozłąką.

Ponieważ rozłąka to koniec słodkiej symbiozy. To ograniczenie naszej władzy i kontroli. Przez nią stajemy się mniej potrzebni i mniej ważni. I to ona wystawia nasze dzieci na niebezpieczeństwo.

Pani Ramsay, bohaterka powieści Do latarni morskiej, matka ośmiorga dzieci „musiała przyznać (...), że to, co nazywała życiem, odczuwała jako coś strasznego, wrogiego i zawsze gotowego rzucić się na człowieka, gdy tylko dawał po temu sposobność. (...) A jednak umiała powiedzieć dzieciom tej kobiety: «Przetrzymacie to». I oto powód, dla którego wiedząc, co jej dzieci czeka – miłość, ambicja, cierpienie w samotności wśród okropnych zaułków życia – często zadawała sobie pytanie: «Dlaczego dzieci muszą dorastać i tracić to wszystko, co było treścią ich dzieciństwa? Otrząsnęła się jednak i wymachując mieczem w stronę życia, powiedziała: «Bzdura. Będą najzupełniej szczęśliwe»”

(…)

Wiele matek jest przekonanych, że ich fizyczna obecność przy dziecku odgrodzi je od każdego niebezpieczeństwa. Przyznaję, że i ja tak kiedyś myślałam. Byłam absolutnie pewna (wiem, że to brzmi śmiesznie), że dopóki jestem przy nich, żaden z moich synów nie zadławi się na śmierć kawałkiem mięsa. A dlaczego? Bo wiedziałam, że będę stać im nad głową i przypominać, żeby brali mniejsze kęsy i dokładnie je przeżuwali. I ponieważ wiedziałam, że jak dojdzie już do najgorszego, to chwycę nóż i wykonam tracheotomię. Podobnie jak wiele matek postrzegałam siebie – i pod pewnym względem nadal to czynię – jako ich anioła stróża i tarczę chroniącą przed każdym niebezpieczeństwem. I chociaż musiałam pozwolić synom, by w coraz większym stopniu na własną rękę badali ten niebezpieczny świat, nadal dręczy mnie lęk, że beze mnie wystawieni będą na znacznie większe ryzyko.

Nie tylko matki są niespokojne z powodu zagrożeń wynikających z rozłąki. Również ojcowie łączą rozłąkę z niebezpieczeństwem. Jeden z nich wspomina, że kiedy jego syn nauczył się raczkować, on też zaczął chodzić na czworakach zaraz za nim, „by – jak wyjaśnia – na wypadek gdyby urwał się żyrandol, móc go złapać, zanim spadnie mu na głowę”.

(…) Niezależnie od tego, czy to bezpieczne, czy nie, musimy pozwolić naszym dzieciom odejść.

Boimy się rozłąki z dziećmi nie tylko dlatego, że stanowi ona zagrożenie dla ich życia i kończyn, ale i dla ich – jak nam się zdaje – kruchej psychiki. Kilkanaście matek przyznało mi się, że w każdej nowej sytuacji, na przykład kiedy zostawiają dziecko na obozie, spędzają absurdalnie dużo czasu, próbując wytłumaczyć opiekunowi czy opiekunce każdą potrzebę i każdy niuans osobowości swej pociechy. Chcą, żeby opiekunowie zrozumieli, że ich dziecko jest ciche, ale to nie znaczy, że nie ma w nim żadnej głębi, że denerwuje się, jeśli się je popędza przy jedzeniu, że może wydawać się oschłe, ale w istocie jest bardzo wrażliwe, i że nigdy nie należy prosić go, by zdjęło swoją czapkę do baseballa, nawet w czasie obiadu czy w kąpieli.

„Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że nie pozwalałam mu oddzielić się ode mnie – zwierzyła mi się pewna matka. – Gdziekolwiek pojechał, zawsze byłam tam pierwsza, robiąc wszystko, co w mojej mocy, by najlepiej przygotować mu jego nowe miejsce”.

Czasem możemy nie być świadomi tego, że trudno nam się rozłączyć z naszymi dziećmi i że trzymamy się ich zbyt kurczowo. Ten brak świadomości z naszej strony może sprawić, że nasze kłopoty z rozłąką mogą stać się problemem także dla nich. Weźmy matkę, która zostawia swojego czteroletniego synka w przedszkolu, gdzie już po chwili pochłania go całkowicie wkładanie kolorowych kołków w dziurkowaną tablicę. „Pa, pa, idę już” – mówi mama. Chłopczyk unosi głowę i z uśmiechem odpowiada: „Pa, pa”. „Ale niedługo wrócę” – dodaje mama. Chłopczyk, tym razem nie podnosząc wzroku, odpowiada: „Pa”. „Będę z powrotem już o dwunastej – zapewnia mama synka i kiedy to nie wywołuje żadnej reakcji, dodaje: – Nie martw się”. W tym momencie, przekonane, że odejście matki to coś, czym trzeba się martwić, dziecko wybucha płaczem.

Bolesne chwile rozłąki z naszego dzieciństwa mogą wpłynąć na nasze podejście do rozłąki z naszymi dziećmi. Przez nie właśnie ożywiamy na powrót przeszłość i staramy się ją naprawić. Selena, dla której porzucenie w dzieciństwie było traumatycznym do- świadczeniem, była pewna, że opuszczenie dziecka to dla niego piekło, i dlatego uważała, że jej synowie tego nie zniosą. Zawsze, kiedy wyjeżdżała z mężem na wakacje, czuła się zobowiązana do tego, by przygotować dla synów coś, co nazwała zeszytem podróży, by dodać im otuchy.

„Były w nim wklejone zdjęcia moje i męża – wyjaśnia Selena – i zdjęcia miejsca, do którego jedziemy. Były tam rysunki i informacje w rodzaju: «Kochamy was. Nie bójcie się. Wkrótce znowu będziemy razem»”. Był to, jak mi się zdaje, ten rodzaj pocieszenia, którego Selena kiedyś rozpaczliwie potrzebowała.

Jednakże któregoś dnia, kiedy opowiedziała młodszemu synowi, Billy’emu, znacznie bardziej odpornemu psychicznie niż ona, o zbliżającej się wycieczce, ten wyraził nadzieję, że jej i ojcu wyjazd na pewno się uda i dodał: „nie musisz robić dla nas tego idiotycznego zeszytu podróży”.

Nasza rozłąka to nie tylko kwestia dystansu fizycznego; obejmuje ona także oddzielenie się emocjonalne dzieci od nas. Możemy być za bardzo skłonni spieszyć im z pomocą i radą: „Zrób to tak” albo „Czekaj, zrobię to za ciebie”. Możemy mieć trudności z tym, by pozwolić im być tymi, kim chcą być, i – w granicach zdrowego rozsądku – robić to, co chcą robić. Może być nawet tak, że okazujemy im zbyt dużo zrozumienia.

Albowiem – wierzcie mi lub nie – jest ktoś taki, kogo nazwać można „za dobrą matką”, ktoś, kto z uporem daje za dużo, ktoś, kto blokuje rozwój, nie pozwalając dziecku doświadczyć żadnych frustracji. Co więcej, matki takie mogą czasem pospieszyć ku dziecku, by wczuć się w jego sytuację, tak niezwłocznie i do tego stopnia, że ich dzieci nie są w stanie powiedzieć, czy ich uczucia należą naprawdę do nich. Pewna młoda kobieta, której trudno było czuć się odseparowaną uczuciowo od matki, wyraziła jakąś opinię, po czym dodała: „Teraz, kiedy już to powiedziałam, nie jestem pewna, czy sama to wymyśliłam, czy wymyśliła to moja matka, czy tylko pomyślałam sobie, że moja matka chciałaby, żebym tak pomyślała”.

Jej matka tuliła ją do siebie, lecz nie potrafiła pozwolić jej odejść.

Psychoanalityk Heinz Kohut opisuje doświadczające trudności i emocjonalnie otępiałe dzieci pewnych rozsądnych, z punktu widzenia psychologii, rodziców, którzy „od bardzo wczesnych lat mówili dzieciom, często i w szczegółach, co same myślą, czego pragną i co czują”. Rodzice ci nie byli, w przeważającej mierze, osobami chłodnymi w kontaktach i nie było w nich tendencji do odrzucenia dziecka. Co więcej, ich twierdzenia, jakoby znali uczucia swych dzieci lepiej niż one same, w rzeczywistości, w przeważającej liczbie wypadków, okazywały się prawdziwe. Lecz przez dzieci ten wgląd gorliwych rodziców w ich psychikę uważany był za wścibstwo i zagrożenie dla ich „ja”. Dzieci odgradzały się emocjonalnie, by chronić samo jądro swej tożsamości przed niebezpieczeństwem – niebezpieczeństwem, co podkreślam – bycia zrozumianym.

Rodzice często mają trudności z tym, by uważać swoje dzieci za istoty odrębne, które w sensie psychologicznym, oddalają się od nich.

Opowiadano mi o matce, która odprowadzając do szkoły córkę, spotkała drugą matkę i zaczęła rozmowę: „Idziemy właśnie do szkoły i naprawdę się nam tam podoba, bo jest fajnie i mamy świetną panią”. Na to córka przerwała jej wyraźnie poirytowana, mówiąc: „Nie, mamusiu, to nie my idziemy do szkoły, to ja idę”.

Zgoda na to, by dzieci odeszły od nas, oznacza także zgodę na to, by żyły swoim życiem, a to z kolei oznacza rezygnację z oczekiwań, jakie żywimy w stosunku do nich. Albowiem na długo przed urodzeniem się dzieci, w sposób świadomy i podświadomy, marzymy o tym, jakie mają być. Niektórzy specjaliści twierdzą nawet, że wizerunek nowo narodzonego dziecka może mieć na nas tak mocny wpływ, że „matka czasem staje przed koniecznością porzucenia tego zrodzonego w wyobraźni dziecka, jakie pragnęła mieć, i opłakania straty swego wyidealizowanego niemowlęcia, bo inaczej nie potrafi zmobilizować sił do tego, by nawiązać kontakt z dzieckiem, które przyszło na świat”.

W chwili urodzenia dziecka, jak i później, drzemie w nas wiele wyobrażeń i oczekiwań. Uważając nasze dzieci za przedłużenie nas samych, spodziewamy się, że zapewnią nam dobry wizerunek w świecie, że będą atrakcyjne, utalentowane, grzeczne i zdrowe umysłowo. „Przestań obgryzać paznokcie!” – syczy Dale do swojej dziewięcioletniej pociechy. I dodaje, nie całkiem żartem: „Co ludzie o nas powiedzą”.

Uważając dzieci za udoskonaloną wersję nas samych, mamy nadzieję, że nie przejmą po nas żądnych z naszych mniej sympatycznych cech. „Kiedy byłam w jej wieku, byłam mazgajem, paplą i kluchą – wspomina Rhoda. – Nie zniosę tego, jak będzie taka sama”.

Uważając dzieci za naszą drugą szansę w życiu, spodziewamy się, że z wdzięcznością wykorzystają każdą z oferowanych im przez nas możliwości – teatr, muzykę, podróże, pieniądze na studia, jak i wynikające z naszej miłości zrozumienie dla nich, to wszystko, czym – jak mówi Scott – „chciałbym, do diaska, żeby obsypywano mnie, jak byłem w jego wieku”. I ponieważ uważamy, że jesteśmy lepszymi rodzicami niż nasi rodzice, mamy nadzieję, że wychowamy „lepsze” dzieci niż oni.

Na każdym kroku i praktycznie w każdej kwestii – czy chodzi o kształt uszu przy urodzeniu, czy o to, jak sprawnie radzą sobie ze swoją toaletą, jak daleko i jak szybko potrafią rzucać piłką w wieku lat jedenastu, jak im poszło na egzaminach po szkole średniej, na kogo głosowali w pierwszych wyborach, z kim chodzą do łóżka, gdy mają dwadzieścia siedem lat, jakie ubrania noszą i jakim samochodem jeżdżą w wieku lat trzydziestu – wszystko to stanowi źródło naszych oczekiwań.

Niektóre z nich zostaną zrealizowane. Nie obejdzie się jednak bez wielu rozczarowań. Kate nie lubi czytać książek. Bill nie dostał się do drużyny koszykówki. Emily lubi Ronalda Reagana. Steve lubi tylko chłopców. Dorastając z nami pod jednym dachem, nasze dzieci będą poznawały, pośrednio i bezpośrednio, nasz system wartości, nasz styl życia, nasze poglądy. Ale zgoda na ich odejście oznacza w ostateczności uszanowanie ich prawa do ukształtowania swego życia na własną modłę. Zgodę na odejście dzieci i rezygnację z marzeń ich dotyczących należy także zaliczyć w poczet tego, co musimy utracić.

Książka "To co musimy utracić, czyli miłość, złudzenia, zależności niemożliwe do spełnienia oczekiwania, których każdy z nas musi się wyrzec, by móc wzrastać." Judith Viorst mówi o stratach jako powszechnych, nieuniknionych, nieubłaganych elementach naszego życia. Straty są konieczne, gdyż tracąc coś, rezygnując z czegoś i zostawiając coś za sobą, wzrastamy. 

  1. Psychologia

Córka bez matki. Jak sobie radzić?

Matka jest dla dziecka całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest z nas niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, bierzemy jej cierpienie na siebie. (Fot. iStock)
Matka jest dla dziecka całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest z nas niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, bierzemy jej cierpienie na siebie. (Fot. iStock)
Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Tymi niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć w dorosłym życiu. Trzeba pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu – mówi psychoterapeutka Maria Zembrzuska-Peche.   

Utrata córki przez matkę i matki przez córkę jest podstawową kobiecą tragedią – pisze filozofka Adrienne Rich. Nie każda z nas straciła mamę w tym sensie, że mama umarła. Jednak większość z nas – jak się zdaje – przeżywa żałobę po tym, że nie miałyśmy i nie mamy kochającej, czułej i silnej matki. Mamy matki chore, emocjonalnie nieobecne, obojętne, a nawet wrogie.
Taka żałoba trwa wiele lat, czasem nawet całe życie. Wiąże się z cierpieniem, z brakiem, z nadzieją, że relacja z mamą kiedyś się poprawi.

I z tęsknotą. Za czym?
Za tym, czego nie dostałyśmy; za radością, szczęściem, błyskiem w oku mamy, rozpoznaniem, że jesteśmy dla niej skarbem, za czułym dotykiem. Córka potrzebuje tego wszystkiego, żeby swobodnie żyć. Dlatego tak tęskni, czeka.

Czy to może się wydarzyć?
Dopóki żyjemy, wszystko, oczywiście, może się zdarzyć. Życie przynosi nieoczekiwane rozwiązania. Żadna z nas nie jest w stanie przewidzieć, co się stanie. Mama ma swój los, swoje cierpienie, którego nie znamy. Dała i daje tyle, ile może; to jest jej ograniczenie, z którym nic nie możemy zrobić. Żałoba dotyczy nas samych. To my mamy sobie dać to wszystko, czego nie dostałyśmy od mamy.

Żałoba sprawia, że nie możemy ruszyć z miejsca, utknęłyśmy, czujemy się odrętwiałe, bez energii.
Ruszymy dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie, co tak naprawdę się z nami dzieje, co czujemy. Trwamy w miejscu, dopóki tego nie odkryjemy. To cała tajemnica. Nie aktywność, nie pytanie siebie, co tu zrobić, jak rozwiązać problem. „Robienie” jest wtórne. Najważniejsze jest pełne uświadomienie sobie, czego doświadczam teraz.

To właśnie może być najtrudniejsze.
Matka jest dla córki – w ogóle dla dziecka, ale mówimy tu o córkach – całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest ze mnie niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, biorę jej cierpienie na siebie. To ja jestem zła. „Ja jestem zła” – często słyszę to od kobiet. To są mocne i dramatyczne wyznania. Szczególnie, gdy dotyczą – a często tak się dzieje – kobiet „światowych”, odnoszących sukcesy, samodzielnych. W gabinecie te kobiety uświadamiają sobie, że często przeżywają siebie tak jak opuszczone, przerażone, małe dziewczynki.

A mama? „Przecież się starała”. „Kochała na swój sposób”. „Też miała ciężko”. „Chciała dobrze”. „Wszystko poświęciła dla rodziny”.
O tak, tłumaczymy, usprawiedliwiamy, idealizujemy nasze mamy. Niekochająca matka to jest w naszej kulturze tabu. Bo matka musi kochać; jest matką, więc kocha. To nie jest prawda. Nie każdy umie kochać. Jeśli matka deklaruje, że kocha, to wcale nie musi znaczyć, że tak jest. Miłość przejawia się we właściwym postępowaniu. Polecam świetną książkę Susan Forward na ten temat „Matki, które nie potrafią kochać...”.

Mamy tyle wyrozumiałości i współczucia dla naszych mam, trudniej ze współczuciem dla siebie.
Bo wtedy musiałybyśmy otworzyć w sobie miejsca pełne rozpaczy, opuszczenia, smutku, strachu. Bronimy się przed bólem, którego nie chcemy czuć. Podstawowym przeżyciem córek, które mają trudne relacje z matkami, jest strach; one czują się opuszczone w „tym wielkim świecie”. To właśnie matka jest dla dziewczynki „tym wielkim światem”. Matka kochająca koi strach. Gdy córka ma wątpliwości co do miłości matki, wtedy doświadcza potwornego strachu. To naprawdę przerażające doświadczenie. Kobieta przenosi je potem na dorosłe życie. Jest przerażona w nieoczekiwanych sytuacjach. Świetnie sobie radzi, a tu nagle doznaje ataku paniki. Skąd to się bierze? Nie wie. Boi się. W procesie psychoterapii w bezpiecznych warunkach może pozwolić sobie na przeżywanie wszystkiego, może panicznie się bać, trząść się, płakać, wyć, czyli czuć to wszystko, co – jako dziewczynka – musiała w sobie zamknąć, stłumić. Teraz ma możliwość przeżyć to wszystko świadomie, w obecności kogoś, kto mówi: „Tak, jestem przy tobie, jesteś w porządku”.

Tego właśnie zabrakło w naszym dzieciństwie.
Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Oczywiście, pogrążanie się w gniewie i nienawiści w dorosłym życiu nikomu nie służy. Jednak niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć, pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu.

Te bolesne uczucia, niestety, nie odchodzą na zawsze. Odzywają się w nas w przełomowych momentach życia – gdy rodzimy własne dzieci, zmieniamy pracę, przeprowadzamy się, rozwodzimy, awansujemy, gdy dzieci wychodzą z domu, gdy ktoś bliski umiera.
Pamiętam, jedna z moich córek miała może 12, 13 lat, a ja… przestraszyłam się jej. Uświadomiłam sobie, że boję się własnego dziecka. Już jakiś czas temu zakończyłam własną psychoterapię, jednak ten strach sprawił, że wróciłam. Wtedy zrozumiałam, że to jest proces, droga. Jesteśmy razem, kochamy się, mamy dobrą relację, a jednak to nie jest skończone dzieło.

Co więc uwalnia?
Pogodzenie się, że relacja z mamą jest taka, jaka jest. Że w taki sposób borykam się z trudnościami, z pustką, ze strachem. Że to boli. Że ten ból może wracać. Proces żałoby wiąże się z uznaniem, że jesteśmy takie, jakie jesteśmy, miałyśmy doświadczenia, które sprawiły, że właśnie w ten sposób sobie radzimy. Mamy świadomość tego, co czujemy. Jeśli czuję, że się boję, zauważam to i nazywam: „Tak, boję się”. Wraz ze świadomością i pogodzeniem przychodzi taki czas, gdy to wszystko, co dotyczy relacji z mamą, nie jest już osią życia, pierwszoplanowym doświadczeniem. Czasem się boję, ale przecież żyję i moje życie jest dobre.

Wszyscy mamy zdrowy rdzeń, który nie może być „uszkodzony”, to nasza prawdziwa natura.
Jesteśmy dobrzy. Tak mówią wszystkie tradycje duchowe.

Możemy się na tym oprzeć.
Tak, mamy wiele punktów oparcia. Często szukamy w świecie tego, czego nie dostałyśmy od mamy. Szukamy na przykład relacji ze starszymi, ciepłymi kobietami. Świat jest wielki; możemy znaleźć ludzi, których pokochamy i którzy nas pokochają. Jednak proces zdrowienia zawsze zaczyna się od nas samych. Dorosłość to jest umiejętność oparcia się na sobie, na tym, co czuję, co przeżywam, na tym, że nie wiem. Ja, gdy „nie wiem”, nic nie robię, nie podejmuję działań, obserwuję, co się ze mną dzieje, rozmawiam z bliskimi. Także w żałobie możemy całkowicie oprzeć się na sobie.

Na bólu, lęku, przerażeniu?
Kobiety mnie pytają: „Boję się! Na tym mam się oprzeć?”. Tak, boisz się. Oprzyj się na tym. Na tym, co czujesz i przeżywasz teraz. Na tym, że jesteś zmęczona, pusta, zamknięta. Możemy być pewni tylko tego, co teraz. Jestem pewna, że teraz tu jestem, czuję to, co czuję – to jest to oparcie. Wszystko poza „teraz” jest niewiadomą. Oparcie się na sobie oznacza też własne rozumienie swojej żałoby. „Zakończyłam żałobę”, „nie zakończyłam żałoby” – odwołujemy się do stwierdzeń, które być może wcale nie są nasze. Co to jest żałoba? Ważne jest odszukanie osobistego sensu, czym jest dla mnie, co dzieje się we mnie, pal licho, czy to się nazywa żałoba, czy inaczej. Oparcie się na sobie to zaufanie – tak, to, co czuję i przeżywam, jest dobre. Może być trudne, bolesne, ale jest dobre. Możemy oprzeć się także na trudnej relacji z mamą. Ta relacja dzisiaj, teraz, tak właśnie wygląda. Prawda uczuć daje nam oparcie. Za tym idzie otwieranie się na życie, na to, co się wydarza i ufanie temu.