1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego tak naprawdę używamy kosmetyków?

Dlaczego tak naprawdę używamy kosmetyków?

123 RF
123 RF
Badania dowodzą, że głównie z pobudek emocjonalnych. Kosmetyki wpływają na mniejsze odczuwanie niepokoju i poczucia winy. A największe znaczenie przy ich zakupie mają emocje związane z seksualnością.

Podczas badań ankietowani testowali swoje reakcje na pięć kosmetyków: kremy do twarzy - nawilżający, odżywczy i przeciwzmarszczkowy oraz balsamy do ciała - ujędrniający i antycellulitowy.

- Wyniki badań wskazują, że na zadowolenie klientów wpływ ma ocena merytoryczna kosmetyku i czynnik emocjonalny. Co ciekawe - ten drugi ma większe znacznie - mówi hiszpańska psycholog Vanessa Apaolaza, autor badania. - Pozytywne emocje, które wzbudza używanie kosmetyków to: dobre samopoczucie, wyeliminowanie lub zmniejszenie uczucia niepokoju i poczucia winy.

Nasze zadowolenie z kosmetyków jest wyższe, jeśli przyczyniają się one do wzmocnienia pozytywnych emocji. Dbanie o wygląd stawiane jest na dalszym miejscu, jeśli chodzi o wymagania przy ich wyborze. Z tego wynika, że trzeba być zaniepokojonym i niezadowolonym ze swojego wyglądu, czyli mieć negatywne emocje, żeby chcieć sobie poprawić samopoczucie kosmetykami. Jednym ze sposobów osiągnięcia celów marketingowych przez producentów kosmetyków jest komunikat wysyłany, że coś w nas jest brzydkie (zmarszczki, zaskórniki, cellulitis) i następujący po nim przekaz, że piękno można skutecznie „osiągnąć” za pomocą kosmetycznego specyfiku. Tak działają na nas wizerunki pięknych kobiet i mężczyzn.

- Mamy silną potrzebę porównywania się. Potwierdzają to badania, które wyjaśniają dlaczego pokazywanie atrakcyjnych modeli w reklamach skutecznie nakłania do zakupów - mówi Apaolaza. - Konsumenci porównują z nimi poziom własnej atrakcyjności fizycznej, co powoduje negatywne skutki w postrzeganiu siebie. Efekty są zwiększone u osób, które mają wysoką świadomość własnego wizerunku publicznego, czyli chcą podobać się innym.

Z punktu widzenia interesu marketingowców z branży kosmetycznej nasze negatywne emocje nie mogą zostać wyeliminowane. Dlaczego? By reklamy kosmetyków zmniejszały to nasze napięcie wewnętrzne. Tak wykorzystuje się główną motywację psychologiczną przy zakupie kosmetyków.

Największy wpływ na zakup kosmetyków mają emocje związane z seksualnością.

- To nieuświadamiane emocje decydują o naszych decyzjach. My je oczywiście racjonalizujemy, tłumacząc, że kupujemy krem w promocji, dobrej firmy, argumentujemy, że po prostu trzeba dbać o siebie, ale tak naprawdę rządzą nami instynkty - mówi Apaolaza. - Można to wyjaśnić w kategoriach myślenia darwinowskiego, że piękna twarz, proporcjonalnie zbudowane ciało są ważnymi biologicznymi wskazówkami, żeby wybrać partnera seksualnego, z którym będziemy mieć zdrowe potomstwo.

Naukowcy pokreślili, że pozytywne emocje, których doświadczamy po użyciu kosmetyków, dają nam odwagę w sięganiu po sukcesy w relacjach z ludźmi, czyli w naszym życiu społecznym. Z punktu widzenia użyteczności wygląd opakowania kosmetyku też się liczy, dowodzą tego badania - gdy jest atrakcyjny, wydaje się skuteczniejszy. Szukamy opakowań wyjątkowych i niepowtarzalnych, bo takimi chcemy się stać po użyciu kosmetyku.

Źródło: FECYT - Hiszpańska Fundacja na rzecz Nauki i Technologii

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak sobie radzić z hejtem? Odpowiada Katarzyna Miller

Mowa nienawiści coraz bardziej rośnie w siłę. Warto zatem wiedzieć, jak się przed nią bronić. (Fot. Getty Images)
Mowa nienawiści coraz bardziej rośnie w siłę. Warto zatem wiedzieć, jak się przed nią bronić. (Fot. Getty Images)
Mowa nienawiści przeniosła się dzisiaj ze świata realnego do wirtualnego i – można powiedzieć – jeszcze nasiliła. Jak się przed nią bronić? Jak jej nie demonizować? A przede wszystkim, jak odkryć w sobie Wewnętrznego Hejtera – pytamy psychoterapeutkę Katarzynę Miller.

Sądzisz, że żyjemy w czasach nasilonego hejtu?
Myślę, że żyjemy w czasach, kiedy mamy go po prostu na wierzchu. Hejterzy – za sprawą Internetu – mają gdzie wysyłać swoje nienawistne słowa. Wcześniej musieli narażać się na mówienie niemiłych rzeczy ludziom wprost. Zresztą niektórzy nadal to robią, ale wtedy są raczej nielubiani, ktoś im czegoś nie daje, nie załatwia – jest to więc duże społeczne ryzyko. Tymczasem w Internecie ukrywasz się pod jakimś nickiem i możesz sobie napisać, co chcesz – wylewa się więc to bez umiaru i granic. I bez żadnych reperkusji. W dodatku w takim poczuciu: „No, to ja im wreszcie dowalę. Teraz im powiem, co o nich sądzę”.

Naukowcy nazywają to nawet „internetowym odhamowaniem”. Twierdzą, że w Internecie niektórym puszczają bariery, które ich hamują w życiu realnym. Co może mieć swoje dobre strony. Jeśli jesteś nieśmiała, w sieci możesz zdobyć się na odwagę, by zabrać głos w ważnej sprawie, napisać do kogoś, do kogo bałabyś się odezwać na żywo. Ale jest i ta druga strona, o której właśnie mówimy.
Każda sytuacja ma swoje dobre i złe strony, więc jak zwykle najlepiej szukać złotego środka. Ale żeby to zrobić, trzeba być człowiekiem mądrym, a nie tak dużo jest takich na świecie. Kiedy mówimy, że ktoś nieśmiały ma odwagę zabrać głos w Internecie, powstaje pytanie, czy w związku z tym zabierze ten głos też w realu. Skoro raz przekroczy swoją nieśmiałość i zobaczy, że nic złego się nie dzieje – to może zrobi to ponownie? Moim zdaniem osoby, które bały się odzywać w realu, nadal będą się bały, bo to są zupełnie inne okoliczności. Po prostu przy ludziach niektórych rzeczy nie robimy, bo się wstydzimy albo boimy się sankcji. No i nieśmiali się wstydzą, a nienawistnicy się boją sankcji – tak to można w skrócie podsumować. Bo na szczęście są jakieś sankcje w naszym społeczeństwie za to, że ktoś jest nieprzyjemny. Chyba że udało się mu zostać szefem, to wtedy, niestety, dalej się rozkręca.

Badacze mówią też, że w Internecie może się niektórym wyłączać empatia. Między innymi dlatego, że nie widzą bezpośredniej reakcji drugiej osoby – jej łez, smutku albo wściekłości czy dezaprobaty. Nie widzą człowieka, tylko byt wirtualny.
A może na empatię stać tylko ludzi empatycznych? Ktoś, kto jest jej pozbawiony, nawet jeśli zobaczy drżenie czyjejś wargi w reakcji na jego słowa – może się wręcz ucieszyć, bo trafił w czuły punkt. Na tym właśnie polega znęcanie się nad ofiarami, mobbing i dużo innych okropnych rzeczy, jakie dzieją się między ludźmi. One wcale nie zdarzają się tylko w Internecie – byłoby za fajnie. Z drugiej strony skoro nie widzimy reakcji innych ludzi, na przykład kiedy piszemy w sieci o politykach, których nie znosimy – to możemy sobie pozwolić na to, by powiedzieć o nich coś mocnego. Albo ktoś nam zrobił krzywdę i nagłaśniamy to w Internecie – w jakimś sensie jest to pozytywny element tej wolności i anonimowości, jaką nam daje świat wirtualny. Dzięki temu wypuszczamy z siebie napięcie i przynajmniej na chwilę sobie ulżymy, a to zawsze coś. To właśnie na tej zasadzie działa internetowy hejt: na dawaniu chwilowej ulgi, poczucia, że ponieważ ja oceniam, ja dowalam – to ja stoję na balkonie, a ten ktoś jest na dole, więc mogę na niego swobodnie napluć. Znasz to słynne pytanie: czym się różni krytyka odgórna i oddolna? Tym, że zupełnie co innego jest, jak plujesz na kogoś z góry, a zupełnie co innego, jak plujesz na kogoś, kto jest na górze – bo wtedy spada to na ciebie. Ktoś, kto sobie pluje w Internecie na osobę, która nie może mu zrobić krzywdy czy odpowiedzieć tym samym, pluje sobie ile wlezie. Choć czasem oczywiście niektórzy odpowiadają na to jego plucie...

No właśnie, powinno się odpowiadać na hejt czy lepiej go ignorować?
Bardzo dobrze jest reagować, kiedy ktoś ucieka się do hejtu w naszej obecności. Powiedzmy, ktoś pisze o kimś na forum „głupek” – można mu odpisać: „Nazywasz głupkiem kogoś, kto napisał ciekawy artykuł. A sam potrafisz to zrobić? I kto tu jest głupkiem?“. To jest bardzo fajna odpowiedź, pokazuje, że nie da się rzucać bezpodstawnymi zarzutami, bo ktoś się do tego zaraz odniesie. Zripostuje: „Człowieku, zastanów się, co ty w ogóle piszesz”.

Niektórzy przekonują, że z hejterami nie ma sensu rozmawiać, bo tak jak powiedziałyśmy, oni chcą sobie głównie ulżyć, a nie dyskutować na argumenty.
Ale wcale nie o to chodzi, że coś ma do nich trafić! My to mamy robić dla samych siebie. Ja mam to bez przerwy w terapii. Ktoś mi opowiada o przykrej dla niego rozmowie, więc pytam: „I co mu na to odpowiedziałeś?”, „Nic, bo on i tak tego nie zrozumie”, „Ale ty nie masz robić tego dla niego, tylko dla siebie”. Trzeba po prostu powiedzieć, że my się na to, na takie zachowanie nie zgadzamy. Żeby osoba, która się szarogęsi, nie myślała, że może się szarogęsić bez żadnego sprzeciwu. Bo gdy ktoś ci czegoś zabrania, a ty na to pozwalasz, to naprawdę dajesz sobie tego zabronić. A jeśli powiesz: „Nie zgadzam się, i tak zrobię to, co uważam za słuszne”, to nie jest ważne, czy ten ktoś przyzna ci rację, tylko że to zrobiłeś i że on wie, że ty masz inne zdanie.

Czyli trzeba reagować zawsze, kiedy ktoś przekracza granicę?
Na tym polega asertywność. Na powiedzeniu: „Nie pozwalam ci uważać ani że mnie przekonałeś, ani że ze mną wygrałeś, ani że będę robiła to, co sobie życzysz, ani że szanuję to, co mówisz”. Co nie znaczy, że jak ktoś nazywa mnie „chamką”, to ja teraz tak samo mam nazwać jego. Raczej powiedzieć, że w ten sposób wystawia opinię sobie, a nie mnie. Postronni obserwatorzy od razu zobaczą, kto tu wykazał się klasą, a kto chamstwem.

Często obserwuję taką sytuację, że zanim odpowie osoba, do której jest skierowany hejt, już inni uczestnicy forum zabierają głos w jej obronie, a raczej przeciwko hejtowi. I czasem nie ma już potrzeby, by osoba zainteresowana coś komentowała.
Myślę, że wtedy rzeczywiście może nie być już potrzeby.

Powinniśmy zatem reagować, kiedy hejt dotyka nas samych? I mówię tu o hejcie, nie o krytyce; mówię o obrażaniu nas ze względu na pochodzenie, wiek, ubiór czy wygląd...
No mnie na przykład non stop dostaje się za to, że jestem gruba. I przeważnie odpowiadają  za mnie już inni, pisząc na przykład: „A co to ma do rzeczy?” albo „A ja ją i tak lubię”. Oczywiście gdyby był sam hejt pod jakimś moim filmikiem czy informacją o książce, to trzeba by się zastanowić, co się tu dzieje, ale zwykle trafia się kilku hejterów na całkiem spore grono sensownych osób, które chcą prowadzić dyskusję czy po prostu wyrazić swoją opinię. Ale skoro poruszyłaś ten temat, trzeba powiedzieć, że powinniśmy też umieć odróżniać krytykę od hejtu, i to nie tylko w Internecie.

Właśnie, dziś hejtem często nazywa się krytykę, i to merytoryczną, jak napisanie, że ktoś jest nieuczciwy wobec swoich klientów czy że popełnił w jakiejś publikacji liczne błędy.
To nie jest hejt! Podkreślajmy to, zwłaszcza że wiele osób nie zostało nauczonych odróżniana tych dwóch rzeczy w dzieciństwie. Jesteśmy szalenie zajęci polityką sukcesu, a nie jesteśmy zainteresowani polityką rozwoju. I to jest najsmutniejsze.

A jeśli ktoś pisze „Nie lubię tej baby, nie mogę na nią patrzeć” pod jakimś twoim artykułem...
…to też nie jest hejt. Każdy ma prawo napisać „nie lubię tej baby”, to jest wyraz jego stosunku do mnie. Rozumiem, można mnie nie znosić. Ja też niektórych ludzi, którzy coś mówią i pokazują się w telewizji, nie lubię. Natomiast jeśli ktoś pisze: „Co ten wieloryb może wiedzieć o życiu?”, to jest to już czysty hejt. Pamiętam, że kiedyś odpowiedziałam na to, że bardzo lubię wieloryby i nie czuję się obrażona porównaniem do nich. W kolejnej dyskusji ktoś napisał „Pani Kasiu, ale wieloryb sobie pływa w wodzie, to jest jego prawdziwa natura, a pani jest za ciężko, więc to nie jest dla pani samej dobre, że jest pani taka gruba”. Ja się z tym zgadzam, tylko co z tego? I tak jestem gruba i na razie się nie zapowiada, żebym przestała być. Tylko ja tego nie odbieram jako hejtu. Myślę sobie, że jakaś rozsądna osoba bardziej chce mnie pouczyć niż skrzywdzić, wystąpić z pozycji Wewnętrznego Rodzica wobec Wewnętrznego Dziecka, bo Dziecko powiedziało, że lubi wieloryby. To jest coś na kształt poklepania mnie po pleckach i powiedzenia do innych: „Powiem jej, bo może ona, biedna, nie wie”. Kochani, ja dobrze wiem.

Często jestem pytana o to, czy przejmuję się hejtem skierowanym pod moim adresem. Prawda jest taka, że się nim nie przejmuję. Hejt był, jest i będzie, odkąd świat światem. I niektórzy nieszczęśliwi ludzie na tym świecie stają się ofiarami, a inni napastnikami. Tych drugich zalewa zwykle fala zawiści, agresji, niechęci, żalu czy poczucia niesprawiedliwości, ale nie chce im się przekuć swojego niedostatku w coś pozytywnego, nie chce im się pracować nad sobą. Może w to nie wierzą, może nigdy nie zaznali dobroci od innych, a może po prostu są wygodniccy i nauczono ich, że im wszystko wolno. Rozumiem to i wiem, że dla wielu Internet jest jak spluwaczka. Kupa fajnych ludzi się w nim ujawnia, ale też kupa niefajnych. Nie możemy uważać, że świat składa się tylko z tych fajnych, bobyśmy się okłamywali.

Niektóre znane osoby mówią, że właśnie dlatego w ogóle nie zaglądają do komentarzy, ale to tak jakby się zamykać w szklanej bańce i wmawiać sobie, że nie interesuje nas zdanie innych...
…a nie jest to do końca prawdą. Ja się w tym nie zanurzam, czytam od czasu do czasu i, broń Boże, nie wszystko. I zdecydowanie jest mi o wiele częściej miło niż niemiło, bo dostaję naprawdę bardzo dużo przyjaznych komentarzy. No i powiem ci, że niektóre z tych hejterskich mnie nawet bawią. Natomiast jeśli ktoś wystosowuje do mnie takie sążniste pouczenie, że powinnam się za siebie jednak zabrać, to mam mu ochotę powiedzieć: „Kochanie, czy ty naprawdę myślisz, że ja nie mam lustra? Albo że nie wiem, co powinnam  robić? Ale co innego to, co powinnam, a co innego to, co robię”.

Ciebie hejtują z powodu nadmiernej tuszy, Anję Rubik, światowej klasy modelkę, z powodu tego, że jest za chuda. Sama wyznała kiedyś, że jeden hejciarski komentarz zamiast ją wkurzyć, bardzo ją rozbawił...
Masz na myśli komentarz po tym, jak rozstała się z mężem: „Kości zostały rzucone”?

Tak, dokładnie ten. Zastanawiam się, jaki trzeba mieć do siebie dystans, jaką mądrość, odporność psychiczną, wiedzę o świecie albo może ile wcześniej trzeba przepłakać, żeby zareagować tak dojrzale jak ty czy ona.
Trzeba na pewno dużo się nauczyć i przekroczyć pewne progi. Różne młode aktorki i celebrytki płaczą i się dziwią: „Jak oni mogą tak niszczyć moje życie?”. Ja się pytam: jak można sobie dać niszczyć życie przez wypowiedzi anonimowych osób? Oczywiście rozumiem, że gdy ktoś jest młody i jego osobowość jeszcze się kształtuje albo gdy jest wrażliwy na swoim punkcie (ja to nazywam „elektryczny”), to wszystko, co jest kierowane pod jego adresem, a co nie jest miłe – boli. No ale nad tym trzeba pracować. Najważniejsza rzecz, którą musimy zrozumieć, to że te wszystkie nienawistne wypowiedzi ukazują prawdę o osobach, które je wypowiadają, a nie o osobie, przeciwko której są skierowane. Hejterzy sami sobie wystawiają świadectwo. Fajnie by było, żeby rodzice nas tego uczyli albo szkoła. Przecież trzy czwarte prasy czy portali, które utrzymują się z plotek, na takiej właśnie zasadzie działa. Bez popytu na obsmarowywanie ludzi nie byłoby podaży.

Kolejna niesłychanie ważna rzecz – ludzie ciebie i tak użyją do tego, do czego będą chcieli cię użyć. Jeżeli im pasuje, że jesteś kochana i słodka i coś im się dobrego dzięki temu stało, to będą cię lubić i ci dziękować, ale jeśli im się z czymś narazisz albo się z tobą nie zgadzają i na przykład uważają, że to oni powinni występować w tym filmie zamiast ciebie – to będą sobie na tobie używać. Chodzi o to, że niezależnie od tego, jak będziesz się starała, to i tak ludzie zrobią z twojej postaci taki użytek, jaki będzie w ich interesie na ten moment. I tego też się trzeba nauczyć, by nie marnować swojej energii na zastanawianie się: „Boże, jak oni mogli o mnie tak powiedzieć?!”. Tak naprawdę nie za bardzo obchodzimy innych ludzi.

Ludzi w gruncie rzeczy obchodzą tylko oni sami.
Ależ oczywiście. Oni sami albo to, co mogą z nas mieć: korzyść albo spluwaczkę.

Czy w takim razie najlepszym antidotum na hejt jest stanięcie przed lustrem i powiedzenie sobie: „To mam fajne, a to mniej, to mi się udało, a to niekoniecznie. Sama wiem, co mam sobie do zarzucenia”?
No dobrze, tylko dlaczego mam mieć sobie coś do zarzucenia? Bo tu mam za dużo, a tu za mało? Oczywiście ja wiem, że mam siebie dużo za dużo i bardzo mnie już to męczy, i może gdybym była mądrzejsza, to kiedyś pomyślałabym o tym, i coś zrobiła, ale wiem też, że lubiłam tak żyć i nadal lubię. Czymś za coś się zawsze płaci, na coś człowiek się decyduje i spośród czegoś wybiera. Mój ojciec, który strasznie dużo palił, kiedy się dowiedział, że z powodu raka płuc ma teraz rzucić palenie, powiedział: „Co?! A niby dlaczego? To jest moje życie. Wolę żyć dwa dni tak jak chcę niż  30 lat tak jak wy sobie życzycie”. Oczywiście zrobił krzywdę mnie, że za szybko umarł, ale to było jego życie i jego wybór.

Poza tym samo określanie, że czegoś jest za dużo, a czegoś za mało, jest względne, bo dla jednych czyjś biust będzie za mały, a dla innych za duży. Nie ma sensu przyglądać się sobie na zasadzie „co się innym we mnie podoba, a co nie”. Jednym się spodoba, a innym nie. I cokolwiek bym zrobiła, to się wszystkim podobać nie będę. I bardzo dobrze, bo co ja bym miała zrobić z tym fantem, że się wszystkim podobam?

Mówimy często o wielości głosów wewnętrznych w każdym człowieku: Wewnętrzne Dziecko, Wewnętrzny Krytyk, Wewnętrzny Sabotażysta... Może Hejter też jest jednym z takich głosów, które w nas się odzywają?
Bardzo ważne zdanie! Ludzie nie są jednoznaczni, ale wielowymiarowi. Czasem nasza lewica nie wie o tym, co robi nasza prawica. I potem się człowiek dziwi: „Nie popieram tego, a jednak to zrobiłam”. Mamy problem z takim wewnętrznym dogadywaniem się. A tak samo jak ludzie nie są jednowymiarowi, tak samo życie nie jest jednowymiarowe. Raz nam się podoba, że jest słońce, a raz nam się nie podoba.

Każdy z nas ma w sobie hejtera, nawet najbardziej szlachetne osoby...
Każdy z nas ma w sobie hejtera wobec siebie samego. Ale mamy też hejtera wobec innych, tylko albo jesteśmy dobrze wychowani, albo wrażliwsi, bardziej empatyczni – i nie mówimy innym osobom wszystkiego, co o nich myślimy. A mamy prawo myśleć, co chcemy. Mówisz o najbardziej szlachetnych osobach – nawet one miewają myśli: „A żeby cię...!”, tylko szkopuł w tym, co z tym robią. Czy puszczają hamulce i dają się ponieść fali nienawiści, czy nie. Na tym polegają normy społeczne i dobry obyczaj, że się nocnika komuś na głowę nie wylewa, choć kiedyś wylewano nieczystości na ulice, ale to krzyczało się wtedy: „Idzie się!”. Oczywiście są ludzie, którzy robią to  specjalnie, bo mogą i bo się pojawił Internet. Może więc bardziej pilnujmy administratorów różnych stron, by więcej robili w kwestii ksenofobicznych czy homofobicznych komentarzy.

A może też jesteśmy dziś bardziej „elektryczni“ na swoim punkcie?
Absolutnie. Bo dziś dużo więcej od tego zależy. Sukces mierzy się obecnie popularnością, a nie osiągnięciami.

Czyli z jednej strony mamy hejt, z drugiej elektryczność na swoim punkcie – i co teraz? Wysłać wszystkich na terapię?
Po pierwsze wszyscy się nie zmieszczą, po drugie nie starczy terapeutów, a po trzecie bez sensu by było, gdyby wszyscy nagle mieli chodzić na terapię. Ale można trochę więcej myśleć, czytać, zastanawiać się, wyciągać wnioski, więcej oddychać, a nie zaperzać się. Więcej medytować. Bardzo ważne jest wszystko to, co nas oczyszcza. Dziś brakuje nam rozmów, dzielenia się swoimi przemyśleniami, ale w sposób spokojny, wyważony.

I chyba brakuje nam tego, żebyśmy dali sobie czas na przemyślenie swojego zdania. Ćwiczy się w nas impulsywność, a nie refleksyjność.
Skoro w radiu, do którego kiedyś można było pójść i gadać godzinę na jakiś temat, robi się dżingle co trzy minuty, bo ludziom będzie nudno – to o czym my mówimy? Ludzie nie są kretynami, a tak się nas traktuje. Zawsze powtarzam, że jeśli będziemy traktować innych jak istoty myślące, to będą odpowiadać myśleniem.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Co zrobić, gdy czujesz, że utknęłaś w martwym punkcie?

Gdy zapętlisz się w negatywnych myślach i przekonaniach, przestajesz widzieć wyjście z sytuacji. (fot. iStock)
Gdy zapętlisz się w negatywnych myślach i przekonaniach, przestajesz widzieć wyjście z sytuacji. (fot. iStock)
Czasem zdarza się, że jesteśmy w takim miejscu, w którym jest nam źle, czujemy się bezradni i nie wiemy, co robić. Sytuacja wydaje się beznadziejna. Jak sobie pomóc?

Czasem zdarza się, że jesteśmy w takim miejscu, w którym jest nam źle, czujemy się bezradni i nie wiemy, co robić. Jak sobie pomóc, kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna?

Psycholog Marla W. Deibler opisuje martwy punkt jako doświadczenie bycia pokonanym przez negatywne myśli i emocje. Ich działanie wyzwala tak duży stres, że czujemy się przytłoczeni i zupełnie pozbawieni mocy. Do takiego stanu doprowadza nas błędny proces myślowy, kiedy zamartwiamy się, mamy wątpliwości, czujemy się bezradni, płaczemy a nawet przeżywamy ataki paniki. Najbardziej powszechną emocją, która doprowadza nas do martwego punktu jest lęk. Może on objawiać się w ciele poprzez szybkie bicie serca, pocenie się, mrowienie, ból w klatce piersiowej, duszności.

Deibler doradza 6 prostych strategii, które mogą pomóc ruszyć z martwego punktu.

1. Zaakceptuj swój lęk

Powiedz sobie: to normalne, że się boję, pewien stopień niepokoju jest naturalny, jak mam się nie bać, kiedy czeka mnie nieprzewidywalne i nieznane? Wszystko jest ze mną w porządku.

2. Wytrop stresogenne myśli

Zwróć uwagę na swoje myśli, a zwłaszcza na te, po których źle się czujesz. Jeśli zauważysz spadek nastroju, zapytaj siebie o czym myślałaś. Co to za zdania? „Nie dam sobie rady”, „Nigdy tego nie zrobię”, „Zawsze będę sama”? To są szkodliwe myśli, które doprowadzają cię do niepokoju oraz do paraliżu w działaniu. Gdy je wytropisz, mów sobie: „Te myśli nie są prawdziwe, one przeminą”.

3. Zmień stresogenne myśli

Napisz myśl, która cię prześladuje i obok stwórz zdanie, które będzie pozytywne. „Nie dam sobie rady” zamień na „Już nieraz poradziłam sobie, a poza tym zawsze otrzymuję wsparcie”.

4. Skoncentruj się na teraz

Najbardziej stresuje nas niewiadoma przyszłość, dlatego jeśli skoncentrujemy się na teraźniejszości, przekonamy się, że jesteśmy bezpieczni, że żyjemy, oddychamy i wszystko jest dobrze.

5. Zrób ćwiczenie oddechowe

Głębokie oddychanie uspokaja nasz mózg i wycisza stresogenne myśli. Dobrze, żebyś regularnie robiła ćwiczenie oddechowe, medytowała, ćwiczyła jogę.

6. Podejmij działania

Kiedy już stresogenne myśli cię nie dręczą, odpręż się słuchając ulubionej muzyki lub czytając pozytywną książkę. Gdy odpoczniesz, zadaj sobie pytanie - co masz robić (lub czego nie robić) i zrób jeden krok w kierunku, w którym chcesz podążyć.

  1. Moda i uroda

Jak styl życia wpływa na kondycję naszej skóry?

Pozytywne nastawienie do życia przekłada się na kondycję skóry. (Fot. Getty Images)
Pozytywne nastawienie do życia przekłada się na kondycję skóry. (Fot. Getty Images)
Dlaczego jedne z nas wyglądają zachwycająco młodo, a inne nie mogą oszukać czasu mimo stosowania drogich kremów? Wiemy już, że nie jest to zapisane w genach. Czy młodość można afirmować?

Kilka lat temu marka kosmetyczna Olay przebadała w USA 2,5 tys. kobiet i odkryła, że dziesięć procent z nich starzeje się zaskakująco wolno (badacze nazwali je exceptional agers). Kobiety te wyglądały o dziesięć lat młodziej, niż wskazywała ich metryka. Naukowcy porównali ich geny odpowiedzialne za kondycję skóry i stwierdzili, że część z nich ma wyższy poziom aktywności niż u pozostałych 90 procent kobiet. Dlaczego? Dr Frauke Neuser kierująca badaniami wyjaśnia: „Odpowiedzią jest styl życia. Badania pokazują, że za starzenie się skóry w 20 procentach odpowiadają czynniki wewnętrzne, nad którymi nie mamy kontroli, ale pozostałe 80 procent to rzeczy zewnętrzne, które w dużej mierze możemy kontrolować”.

Trzy najważniejsze to: jak często się opalasz, czy używasz kremu z SPF-em i czy masz pozytywny stosunek do świata (i do siebie). Dwa pierwsze czynniki są oczywiste, ale trzeci – optymizm – jest dość intrygujący.

Niezbadana siła uśmiechu

Po przeczytaniu informacji o wynikach badań marki Olay zaczęłam przeszukiwać Internet i specjalistyczne publikacje, żeby znaleźć jeszcze jakieś naukowe dowody na to, że uśmiech jest ważnym zabiegiem odmładzającym. Znalazłam jeszcze tylko jedno ciekawe badanie. Dr Howard Murad, założyciel pielęgnacyjnej marki Murad, zalecił 40 swoim pacjentkom, żeby codziennie czytały sobie afirmacje i prowadziły pamiętnik. Odkrył, że po zaledwie czterech tygodniach kobiety odczuwały mniejszy stres, miały niższe ciśnienie oraz lepiej nawilżoną skórę (a to klucz do zachowania jej młodości).

„Informacji na temat wpływu pozytywnych emocji na nasz organizm jest niewiele, ponieważ trudno je zbadać. Emocje negatywne łatwiej jest wywołać i dłużej się utrzymują. Wyniki badań są bardziej rzetelne” – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Anna Zalewska-Janowska, specjalistka dermatolog-wenerolog, alergolog, immunolog kliniczny, kierownik Zakładu Psychodermatologii na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi.

„Z pięciu podstawowych emocji – szczęścia, smutku, gniewu, lęku, wstrętu – tylko jedna jest pozytywna. Dlaczego? Bo to te negatywne pozwalały nam przetrwać, gdy jeszcze mieszkaliśmy w jaskiniach. Człowiek nie zmienia się tak szybko jak otaczająca nas rzeczywistość. W codziennych sytuacjach nadal uruchamia się odruch uciekaj – walcz, chociaż nasze życie nie jest bezpośrednio zagrożone” – mówi prof. Zalewska-Janowska.

Złość piękności szkodzi

Skoro negatywne emocje są tak dobrze przebadane, warto wiedzieć, co robią z naszą urodą. Zawsze powtarzam pacjentkom: Życie jest w twojej głowie, twój nastrój ma największy wpływ na to, jak wyglądasz i jak inni cię postrzegają – mówi dr Bartosz Pawlikowski, dermatolog z kliniki Medevac. Złość i smutek uwidaczniają się głównie na twarzy i mogą powodować zmarszczki od częstszego w tym stanie marszczenia brwi i mrużenia oczu. Gniew sprawia, że mięśnie twarzy są bardziej spięte, co potęguje zmarszczki.

Uczucie gniewu może również wpłynąć na regenerację komórek skóry. W badaniu opublikowanym w czasopiśmie „Brain, Behavior, and Immunity” naukowcy podzielili uczestników na dwie grupy: łatwo ulegających gniewowi i spokojnych. Po niewielkim zranieniu skóry uczestników doświadczenia obydwu grup zaobserwowano czterokrotnie wydłużone gojenie u osób nerwowych w porównaniu do osób spokojnych. Naukowcy tłumaczą to zjawisko wysokim poziomem kortyzolu u ludzi, którzy są skłonni do gniewu. Kortyzol hamuje produkcję kolagenu, najważniejszego elementu odbudowy struktury skóry. „W trosce o urodę lepiej jest także porzucić wstyd. To uczucie powstające w mózgu, rodzaj stanu emocjonalnego przewodzonego drogą nerwową do skóry, która w odpowiedzi się czerwieni. Częste i napadowe rumienie mogą w dłuższej perspektywie czasu doprowadzić do powstania trądziku różowatego, który musi być leczony farmakologicznie” – wyjaśnia dr Pawlikowski.

Kobiety mają gorzej

Spośród wszystkich emocji największym wrogiem młodego wyglądu jest stres. „Przewlekły stres powoduje zmniejszenie produkcji lipidów, a bez nich skóra staje się bezbronna. Detergenty łatwiej wnikają w naskórek, powodując uszkodzenia. Pod wpływem stresu dochodzi też do zapalenia neurogennego. Odczyn zapalny w skórze powstaje w wyniku udziału nerwów oraz ich mediatorów – neuropeptydów – ale jest on taki sam jak stan zapalny wywołany przez bakterie” – tłumaczy prof. Zalewska-Janowska. Stres powoduje także wydzielanie wspomnianego wcześniej kortyzolu, hormonu stanowczo niekorzystnego dla zachowania urody. Kortyzol dociera do każdego narządu, powoduje, że naczynia krwionośne stają się bardziej kruche, nowe komórki skóry nie regenerują się tak szybko, a wymiana komórek na młode spada o około połowę. To starzenie się skóry w pigułce. „U mężczyzn poziom hormonów stresu spada, gdy tylko wracają do domu i zamykają za sobą drzwi, ponieważ tym dominującym jest testosteron – hormon walki. Kobiety mają gorzej. Przynoszą stres do domu. Dopiero koło północy poziom hormonów wraca do normy” – mówi prof. Zalewska-Janowska. „Z rozmów z pacjentkami wiem, że w trudnych chwilach łatwiej ulegają pokusie i sięgają po słodycze lub czipsy. Jedzą niezdrowe rzeczy w większych ilościach niż zazwyczaj i piją mniej wody, a więcej alkoholu, co może prowadzić do odwodnienia. Stres zwykle powoduje również zwracanie mniejszej uwagi na rutynową pielęgnację skóry” – uważa dr Pawlikowski.

Wejść w stan ZEN

Najlepiej byłoby porzucić pracę, do dzieci mieć nianię i zmieniać partnera na nowszy model, gdy tylko minie stan zauroczenia. Nie możesz tego zrobić? Porzuć przynajmniej telewizor. „Słuchanie przez pięć minut negatywnych wiadomości uruchamia oś stresu (podwzgórze –przysadka – nadnercza) na ponad sześć godzin! Przez tyle czasu kortyzol jest wyrzucany do organizmu” – mówi prof. Zalewska-Janowska. Znajdź też czas na rozładowanie emocji, najlepiej w ruchu. Idź na fitness, jogę, zumbę, biegaj. Wybierz taką formę aktywności, która będzie ci sprawiała przyjemność, wtedy łatwiej ci będzie iść na zajęcia mimo zmęczenia. Postaw na konstruktywne strategie radzenia sobie ze stresem. Poza postawą uciekaj – walcz masz trzecią opcję – otwartość. To od ciebie zależy, czy będziesz postrzegała daną sytuację jako problem zatruwający życie, czy wyzwanie, jedną z wielu spraw do załatwienia.

Ratunek dla pesymistek

„W badaniu opublikowanym w »Journal of Psychiatric Research« pacjenci bezskutecznie leczeni lekami przeciwdepresyjnymi otrzymali zastrzyki toksyny botulinowej w mięśnie okolicy czoła, które uniemożliwiały marszczenie brwi. Sześć tygodni później depresja obniżyła się średnio o 47 proc. w grupie kontrolnej, a o dziewięć procent w grupie placebo, co sugeruje, że nasze mięśnie twarzy nie tylko wyrażają emocje, ale również regulują nastrój” – twierdzi dr Pawlikowski. To nie znaczy, że namawiamy do leczenia depresji botoksem czy chodzenia do lekarza medycyny estetycznej zamiast do terapeuty (swoją drogą to dość popularny trend, powiększanie ust w ramach poprawy nastroju). To badanie pokazuje, że mózg i mięśnie tworzą pętlę. „Gdy się uśmiechasz, nawet na siłę, do mózgu biegną te same impulsy, jak przy szczerym uśmiechu”, mówi prof. Zalewska-Janowska. Mózg odbiera to jako sygnał do produkcji hormonów szczęścia, co przekłada się na kondycję skóry. Dlatego nawet jeśli widzisz świat w czarnych barwach, wklepując krem, uśmiechaj się do siebie.

3 sposoby na zmniejszenie stresu i zachowanie młodości

  • Gdy zalewają cię emocje, rozum jest odcinany. Racjonalne argumenty są wtedy na nic, ale możesz działać z poziomu fizjologii. Po prostu głęboko oddychaj, to obniża tętno i ciśnienie, a poziom hormonów stresu spada.
  • Mózg potrzebuje 30 minut, żeby się zrelaksować. Najlepiej znaleźć ten czas rano, gdy rusza produkcja kortyzolu. Jeśli nie praktykujesz medytacji, wypróbuj trening relaksacji mięśni wg Jacobsona.
  • Zielona herbata jest bogata w L-teaninę. Aminokwas ten działa uspokajająco, zmniejsza stres i stabilizuje nastrój. Poza tym sama przerwa na herbatę zmniejsza uczucie niepokoju.

  1. Psychologia

Katarzyna Miller o tym, dlaczego ludzie nas wkurzają

To mogą być bliscy, współpracownicy, ale też sąsiedzi czy osoby publiczne. Łączy ich jedno: strasznie nas denerwują. (Fot. iStock)
To mogą być bliscy, współpracownicy, ale też sąsiedzi czy osoby publiczne. Łączy ich jedno: strasznie nas denerwują. (Fot. iStock)
To mogą być bliscy, współpracownicy, ale też sąsiedzi czy osoby publiczne. Łączy ich jedno: strasznie nas denerwują. Dlaczego? Są od nas inni czy przeciwnie – zbyt do nas podobni? Przekraczają nasze granice czy po prostu nadeptują nam na odcisk? Pytamy terapeutkę Katarzynę Miller.

Kiedy za kimś nie przepadamy, zwykle uważamy, że w pewnym sensie świadczy to o tej osobie. A może mówi to więcej o nas samych? 
Opowiem wam o niezwykle zdolnej, pięknej i bogatej młodej damie, z fenomenalną karierą i świetnymi zarobkami. Jednak bez drygu do facetów. Podrywali ją interesujący panowie, których poznawała przy wielomilionowych negocjacjach. Tam była żyletą. Ale po dwóch, trzech randkach panowie się utleniali. Nie umiała się z nimi bawić, flirtować, lekko rozmawiać. Była spięta, nastroszona. Jak to zwykle się dzieje, źródłem był jej dom rodzinny. Tata – słaby alkoholik. Mama, wiecznie cierpiąca, niezadowolona, zimna – zajmowała się głównie opowiadaniem córce o tym, jak okropnym człowiekiem jest tatuś i co jej paskudnego robi w łóżku (małej dziewczynce!). Jedynie nauka była schronieniem dla naszej damy, dawała jej solidne oparcie, a poza tym dzięki dobrym ocenom dostawała głaski w rodzinie, sławę w szkole i na studiach oraz poczucie dumy. Potem też duże pieniądze. Miała talent, poświęciła mu całą siebie i wyniki były imponujące. Imponowała również mężczyznom.

Jednak w kontaktach prywatnych nie mogło się nie ujawniać jej kompletne zagubienie. W nauce i pracy jesteśmy głównie zadaniowi, prywatnie pokazujemy znacznie więcej siebie. O dziewczynach, które w obecności mężczyzn były zalotne i rozfiglowane i które miały duże powodzenie, nasza bohaterka mówiła „puste lalki”, z pogardą i złością. W procesie terapii dotarło do niej, że mówi i czuje tak przede wszystkim z ogromnej zazdrości i niechęci, bo one miały to, czego sama pragnęła, a nie umiała, nie wiedziała, co zrobić, by to dostać. Bo tego się nigdy nie uczyła. Przeciwnie, trzymała się z daleka, z samotności i lęku przed toksycznymi emocjami, od jakich kipiało w jej domu rodzinnym. Ostatecznie zrozumiała, jak ważne są prawdziwe umiejętności „pustych lalek” oraz ich urok i jak wiele można się od nich nauczyć. Ponieważ była bardzo zdolna, szybko wiele rzeczy nadrobiła. W różnych zresztą dziedzinach, nie tylko w tej.

Czyli to, czego najbardziej nie lubimy w innych, jest tym, czego najbardziej nie lubimy w sobie? Lub czego najbardziej nam brakuje?
Albo tym, czego nie lubimy w sobie, albo tym, czego nie mamy, albo tym, co do czego nam wmówili, że nie wolno nam mieć i dlatego mamy to ukryte w naszym cieniu.

Wielu zna to może z własnego życia: wchodzisz do jakiejś grupy, powiedzmy nowego zespołu w pracy, i od pierwszej chwili jedna osoba wywołuje w tobie niechęć, co chwila się spinacie. Po jakimś czasie, kiedy lepiej się poznajecie, okazuje się, że tak naprawdę macie ze sobą wiele wspólnego i zakopujecie wojenny topór.
Może i tak się stać, ale myślę, że jednak to rzadki scenariusz. Już prędzej pierwotny konflikt narośnie i wcale nie staniecie się najlepszymi przyjaciółmi...

Ja tak miałam parę razy...
To miałaś szczęście. Pewna pani żarła się całe życie ze swoim ojcem, a byli do siebie podobni jak dwie krople wody. Takich przykładów znam mnóstwo. Podobnie jak takich, że jeśli z kimś źle zaczniemy, to potem wyłapujemy dowody na to, że to nie jest fajna osoba. Chyba że jesteś bardzo świadoma i pilnujesz tego, żeby się nie uprzedzać.

To dlaczego tak się dzieje?
Wiesz, jeżeli ktoś na ciebie źle spojrzy, a tym masz w sobie jakieś głęboko ukryte urazy, to nie skupiasz się wcale na tych urazach, tylko na tym, że ktoś na ciebie źle spojrzał. I jesteś przekonana, że jest ci przykro nie z powodu jakiegoś urazu, tylko przez tę osobę.

Czyli to osoby, których nie lubimy, najwięcej nas uczą?
Tak bym nie powiedziała. Najwięcej uczą jednak osoby, które nas kochają i akceptują. One uczą nas rzeczy najważniejszych, dają nam różne prawa i praktyczne podstawy do właściwego funkcjonowania. Natomiast osoby, z którymi mamy konflikt, mogą nam służyć jako powód do pracy nad sobą. Ale nie wszyscy lubią nad sobą pracować. Wolą powiedzieć: „co za dupek” albo „wstrętna baba”.

A taki przykład: mam trudną szefową, czepiającą się wszystkiego, podważającą moje kompetencje. Czy to jest wskazówka dla mnie, by popracować nad sobą i, dajmy na to, nad relacją z matką? A jeśli to szef - nad relacją z ojcem? Czego mają nas nauczyć takie osoby? 
Upierdliwy szef może się nam przydać do tego, żebyśmy sobie jakoś w tej sytuacji poradzili. Albo pozwolili sobie zostawić tę pracę, albo nauczyli się pracować pomimo takiego szefa i jego uwagi puszczali jakoś bokiem, albo mu się postawili, albo zjednoczyli całą społeczność pracowniczą przeciwko niemu... Różne mogą być ścieżki postępowania. Oczywiście możemy się też zastanowić nad naszą relacją z rodzicami, jak najbardziej, wiele jest w tym racji. Niektórzy bowiem pojawiają się w naszym życiu po to, by przypomnieć nam, że mamy nierozwiązane konflikty z przeszłości, i uosabiają tych, z którymi w tym konflikcie jesteśmy. Często te najważniejsze osoby, czyli rodziców właśnie. Taka sytuacja to także sygnał dla nas, że dajemy sobie wchodzić na głowę komuś, kto by tego może nie robił, gdybyśmy się na to nie godzili. Są ludzie, którzy atakują dopiero wtedy, gdy widzą, że druga osoba jest „miękka”, ustępuje, i korzystają z tego. Nauka płynie więc następująca: warto zacząć stawiać granice. Rozróżnijmy jednak osoby, które nam szkodzą czy chcą nas zniszczyć, od osób trudnych, z którymi nie dajemy sobie rady z powodu naszych zaszłości czy niepewności. Warto poświęcić trochę czasu, by najpierw zastanowić się: czy ten ktoś jest szkodnikiem, czy po prostu inną osobą niż ja i przez to mi się nie podoba, złości mnie, a może nawet mnie fascynuje. Może się nie przyznaję do tego, że ktoś mnie fascynuje, może boję się, że on mnie nie zechce...

Mówi się, że najbardziej pociągają nas osoby, które jednocześnie najbardziej nas denerwują...
Chyba dość często tak jest. Wiele kobiet wpada w sidła facetów, którzy potem robią im krzywdę. Dlatego trzeba się mieć na baczności.

Zgadzam się, ale ja miałam na myśli coś innego: czasem pociągają nas mężczyźni...
...niezdobyci.

To też! Myślę jednak o mężczyznach, którzy są z jednej strony pociągający, a z drugiej - mówią z pełnymi ustami, rozwalają skarpetki po mieszkaniu... Myślimy "o fuj", a jednocześnie jest w tym zachowaniu coś niegrzecznego, coś na co byśmy sobie nie pozwoliły, a może byśmy chciały...
Bo on jest niegrzeczny, a ona jest grzeczna? Zgadza się, to działa na nas, zwłaszcza na początku. Tylko potem często kobiety żałują swoich wyborów. Mówią: „Wzięłam sobie takiego niewychowanego, liczyłam, że się zmieni”. Ale jeżeli są otwarte i chętne do tego, by pozwolić sobie na pobycie trochę niegrzeczną, to taki związek może się wręcz rozkosznie rozwijać. Będą sobie razem walać skarpetki po podłodze i będzie im przyjemnie. Ale znów: odróżnijmy takie ambiwalentne odczucia „trochę pociąga, trochę odrzuca” od sytuacji, że przy kimś czujesz się nieswojo, nie wiesz, o co chodzi, i zaczynasz się na serio zastanawiać, czy czegoś źle nie zrobiłaś... Wtedy trzeba się zatrzymać, bo może jest to osoba, która zaczyna nas używać do własnych celów i kompensować na nas swoje urazy.

Może więc osoby, które nas wyprowadzają z równowagi, mają nas nauczyć tego, jak się przed nimi bronić? Może nie zawsze musimy się doszukiwać w sobie ich cech?
Inna moja pacjentka powiedziała mi niedawno: „Zauważ, przyszła do ciebie nowa osoba”. Powiedziała tak o sobie, z radością i dumą. To zawsze jest bardzo ważna chwila dla terapeuty. Ucieszyłam się i słuchałam dalej. „Spotkałam się z moim byłym mężem, czyli moim największym gnębicielem, i pierwszy raz się go nie bałam, pierwszy raz patrzyłam ze spokojem na to, co on wyprawia. Pierwszy raz byłam w stanie odpowiedzieć: »A więc tak myślisz, no cóż, ja myślę inaczej«. Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że może być to takie wyzwalające! Czy jesteś ze mnie dumna?”. Powiedziałam, że jestem z niej bardzo dumna, ale to głównie ona powinna być dumna z siebie. Bo to jest rewelacja!

Czyli co się takiego stało?
No, proces terapeutyczny, jej autentyczna praca nad sobą przyniosła efekt. Przerobiła lęk, niepewność na poczucie spokoju i pewności siebie. Ostatnio pytała: „Czy ja idę w dobrym kierunku?”. Ja na to: „Oczywiście, że tak, ale kiedy zobaczysz, kiedy poczujesz pierwsze efekty – nie będziesz pytać, bo będziesz wiedziała!”. I proszę. Ona była zen, a to on się nakręcał. I ona teraz będzie coraz wyraźniej widziała, co on jej robi i jak się przed tym bronić.

Zgadzam się, powinniśmy odróżniać to, czy ktoś nas krzywdzi, czy jednak mówi z pełnymi ustami. 
To bardzo istotna różnica! Choć tego mówienia z pełnymi ustami to bym jednak nie lubiła... To szczegół, wiem, ale niektóre szczegóły są wielką sprawą. Nie zniosłabym faceta, który by mówił „szłem”. No, może na romans, ale nie będę z nim rozmawiała przy śniadaniu.

Jak to jest jednak, że są takie osoby w naszym otoczeniu, że wystarczy ich jedno zdanie, a nam już gula rośnie - i nie mówi tu o bliskich, którzy czasem nas najbardziej wkurzają, bo spędzamy z nimi najwięcej czasu, ale o znajomych z pracy czy sąsiadach. 
Bo jesteśmy pełni różnych bólów i niespełnień. Pragniemy ciepła, cierpliwości, zachwytu, a dostajemy... no cóż? U mnie w domu tak bywa: wracam z prowadzenia grupy, zmęczona, z głową pełną ludzkich historii, a mój chłop mi od progu zaczyna coś opowiadać i jeszcze mówi: „Nie słuchasz mnie”. „Nie, nie słucham” – odpowiadam, wspinając się na wyżyny cierpliwości. „A dlaczego mnie nie słuchasz?” – on na to, oburzony. „Dlatego że jestem już pełna ludzkich historii, jak zawsze po grupie, i mógłbyś o tym pamiętać”. „To kiedy ja mam z tobą porozmawiać?”. „Na pewno teraz nie”. Trzeba się bronić. Ale rozumiem go. Siedział i nie miał z kim rozmawiać. A ja tam sobie gadam z całą grupą. Mam fajniej.

Może ta złość pojawia się w nas dlatego, że niektóre osoby przekraczają nasze granice, i w ten sposób chcemy ich bronić. 
To też. Ale myślę, że denerwuje nas to, że niczego się nie uczą. Mówimy, prosimy, że nie teraz, że nie życzysz sobie, a one swoje... Wkurza nas też, kiedy próbuje się zrzucać na nas winę, a wiele osób ma taką tendencję: „Ale ty tego nie powiedziałaś”, „Nie zrozumieliśmy się”, mimo że i powiedziałaś, i że to on czy ona nie zrozumieli, a nie „myśmy się nie zrozumieli”.

Czego to ma nas nauczyć? Anielskiej cierpliwości? 
Powiem dosadnie, czasem uczy nas tego, żeby mieć na pewne rzeczy wywalone. Po prostu.

Niekiedy, mimo że chcielibyśmy zareagować złością, pojawia się w nas jakaś miękkość i bezradność, zamiast krzyku - leją się łzy. To o wiele trudniejsze do zniesienia. Złość daje siłę.
Ale nawet po fakcie można wiele rzeczy zrobić, żeby się ochronić czy przywołać swoje nadszarpnięte granice. Można sobie pewne rzeczy wyobrazić, na przykład to, jak się chciałbyś zachować w takiej sytuacji, napisać opowiadanie czy bajkę, która kończy się tak, jak sobie życzysz.

I jeśli uda mi się zareagować inaczej niż zwykle, to tak jak twoja pacjentka, powinnam poczuć dumę.
Tak, to pierwszy krok. Drugi to się z tym oswoić. Bo takiej siebie jeszcze nie znasz. Poza tym trzeba wiedzieć, że mogą być nawroty, czyli że znowu się poczujesz bezradna albo znowu ci gula urośnie. Wiedzieć to i dalej kroczyć ścieżką rozwoju. Ćwiczmy różne strategie zachowań. Jeśli ktoś nas zawsze wkurza, spytajmy swój mózg: A jakie mogłyby być inne reakcje? Może zdziwienie? A może śmiech? A może paradoksalnie przyznać mu rację? Albo tym razem, zamiast awantury, chłód i dystans? Może olać? A może właśnie nakrzyczeć i tupnąć? Odwrócić się na pięcie i wyjść? Miejmy różne strategie i korzystajmy z nich świadomie, nie bądźmy niewolnikami swoich reakcji.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. "Instrukcja obsługi toksycznych ludzi" czy "Daj się pokochać, dziewczyno" (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Wychowanie - na czym polega kara naturalna?

Kary dla dzieci powinny uczyć ponoszenia konsekwencji swoich zachowań; tylko wtedy stają się ważnym elementem wychowawczym (fot. iStock)
Kary dla dzieci powinny uczyć ponoszenia konsekwencji swoich zachowań; tylko wtedy stają się ważnym elementem wychowawczym (fot. iStock)
Dobór kar i nagród to najważniejsza strategia postępowania rodzica. Czy wyciąganie konsekwencji wobec dzieci jest potrzebne?

Zacznijmy od pytania: do czego służy kara? Odpowiedź jest tylko jedna: do nauczenia dziecka, że za swoje zachowanie musi ponieść konsekwencje. Taki jest jedyny cel. Zatem nie jest nim odreagowanie frustracji rodzica (bicie, krzyki, szarpanie).

Jeśli czujesz, że nie radzisz sobie z wyciąganiem konsekwencji wobec swojego dziecka, zacznij od całkowitego wyeliminowania wszelkich kar agresywnych, surowych, ostrych. Zyskasz dwie rzeczy: Po pierwsze – rezygnując z szarpania i krzyków, dostrzeżesz inne możliwości wywierania wpływu na zachowanie dziecka, a po drugie – wpłyniesz na kształtowanie jego postaw. Ponieważ dziecko uczy się od ciebie wszelkich zachowań, jeśli będziesz traktować je agresywnie, ono zacznie być agresywne w domu lub gdy ty tego nie będziesz widziała. Rodzice wymierzający surowe, rozładowujące ich emocjonalnie kary, bardzo często zapominają, że w ten sposób uczą dziecko tego stylu zachowania.

Warto poznać trzy podstawowe kroki w wyciąganiu konsekwencji wobec dziecka:

Po pierwsze – zapobiegaj

Najlepszym sposobem wychowanie dziecka jest uniemożliwienie mu zrobienia czegoś niewłaściwego.

Krok drugi: poświęć twój czas i cierpliwość

Mów, tłumacz, spędzaj czas. Rodzice, którzy często wymierzają kary swoim dzieciom, zazwyczaj spędzają z nimi mało czasu. Dziecku nie wystarczy raz wytłumaczyć. Ono rzadko kiedy psoci specjalnie. Częściej po prostu zapomniało albo nadal nie rozumie, czego mu w zasadzie nie wolno.

Stosuj kary naturalne

Dzieci bezwzględnie muszą nauczyć się ponosić naturalne konsekwencje swoich zachowań. Kara naturalna zawsze jest wywołana zachowaniem dziecka – to wyłącznie konsekwencja jego działania. Jeśli dziecko, mimo naszej prośby, aby tego nie robiło, weszło w kałużę – poproś je, żeby to ono starło błoto, zamiotło, posprzątało. Jeśli w takiej prośbie nie ma agresji, dziecko chętnie naprawi „szkodę”. A jeśli jest na to za małe, po raz kolejny powiedz mu, gdzie, jak i dlaczego wycieramy buty. Jeśli naprawienie przez nie szkody jest niemożliwe, powinno uczestniczyć w czynności, jaką wykonuje mama – odczuć, że ona na to poświęca jego czas.

Dotyczy to wszelkich czynności porządkowych: chlapania w łazience, rozrzucenia zabawek, nakruszenia na stole. Zatem po pierwsze: zapobiegamy, po drugie: zawsze tłumaczymy, po trzecie: włączmy je do sprzątania.

  • Dziecko odmawia jedzenia zupy – ma takie prawo (może nie być głodne), ale nie dostaje nic innego w zamian. Schowaj łakocie. Narażenie dziecka na to, że odmawiając jedzenia tego co wszyscy inni, musi poczekać do następnego posiłku, błyskawicznie przemodeluje jego zachowanie.
  • Dziecko nie chce iść spać – bez względu na to, o której finalnie zasnęło, budzimy je o tej godzinie, co zawsze i to bez najmniejszych skrupułów, ale też bez agresji w rodzaju: „Co mnie obchodzi, że jesteś niewyspany?!”. Po prostu: „U nas w domu wstaje się o tej godzinie”.

Uwaga:

W początkowym okresie wprowadzania kar naturalnych twoje dziecko może gwałtownie protestować. Jeśli poproszone o posprzątanie po sobie płacze, krzyczy, rzuca się na ziemię – próbuje odwrócić role. To ono stara się wymierzyć karę tobie. Jeśli twoje dziecko tak się zachowuje – ignoruj je. Nie daj mu żadnego pozytywnego wzmocnienia w postaci twojej uwagi czy złości.

W długoterminowej perspektywie dzieci bardzo dobrze znoszą kary naturalne i zawsze uważają je za sprawiedliwe. A to przecież jest naszym pedagogicznym celem.