1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kogo nie lubią narcyzi?

Kogo nie lubią narcyzi?

123 FR
123 FR
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Najnowsze badania na temat narcyzów wskazują do kogo skierowana jest ich największa wrogość.

Narcystyczni mężczyźni swoje poczucie niskiej wartości i wewnętrzną pustkę skrywają za pełną wyniosłości postawą. Dążą do tego, żeby mieć władzę nad ludźmi, aby ich skutecznie kontrolować. Ważny jest dla nich status socjoekonomiczny i mają patriarchalne poglądy. Seks służy im do tego, żeby odczuwać przyjemność i dominować nad kobietą.

Psycholog Scott Keillera z Kent State University przeprowadził badania jak reagują narcyzi w relacjach z heteroseksualnymi mężczyznami oraz kobietami, a także gejami i lesbijkami.

Okazało się, że najbardziej wrogo nastawieni są do heteroseksualnych kobiet. Dążą do tego, żeby je sobie podporządkować. Według amerykańskich psychologów podświadomie obawiają się, że właśnie z tymi kobietami mogą doświadczyć bliskości i autentycznej relacji. Uniemożliwia im to jednak ich niski poziom empatii, stąd pełna wrogości i agresji postawa. Narcyzi najbardziej byli zainteresowaniami kobietami, które wykazywały dużo żeńskich cech, takich jak uczuciowość, uległość, otwartość. Ich wygląd był delikatny, a nawet miały w sobie coś z dziecka. Jednak po bliższym poznaniu byli wobec nich bardzo nieprzyjaźni. Wypełnione przez nich ankiety pokazały, że mają bardzo tradycyjne, seksistowskie poglądy na relacje damsko-męskie oraz, że tli się w nich potrzeba zemsty na kobietach. Przypuszczalnie jest to efekt toksycznych relacji narcyzów z matkami. Do lesbijek i gejów byli bardzo pozytywnie nastawieni, pełni tolerancji i zrozumienia.

Wyniki badań opublikowano w internetowym czasopiśmie Sex Roles

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie schodź na drugi plan

(IIustracja iStock)
(IIustracja iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nie ma niczego złego w „byciu dla innych”.  Jeśli kryją się pod tym  wrażliwość na drugiego człowieka, uważność, pomoc i wsparcie, to działamy wedle złotej zasady – czyń drugiemu to, czego sam od niego byś oczekiwał. Ale jeśli pojawia się w nas potrzeba poświęcania się dla innych kosztem ignorowania własnych potrzeb, powinna zapalić się czerwona lampka.  Tak postępuje echoista, człowiek, który traci swój własny głos, mówi psycholożka i socjolożka dr Joanna Heidtman.

Nie ma niczego złego w „byciu dla innych”.  Jeśli kryją się pod tym wrażliwość na drugiego człowieka, uważność, pomoc i wsparcie, to działamy wedle złotej zasady – czyń drugiemu to, czego sam od niego byś oczekiwał. Ale jeśli pojawia się w nas potrzeba poświęcania się dla innych kosztem ignorowania własnych potrzeb, powinna zapalić się czerwona lampka. Tak postępuje echoista, człowiek, który traci swój własny głos, mówi psycholożka i socjolożka dr Joanna Heidtman.

Niedawno natknęłam się na całkiem świeży  termin – „echoizm”. Echoista to ktoś, kto żyje wyłącznie dla innych, gotów do poświęceń, wyrzeczeń, by zaspokoić cudze potrzeby. Pomyślałam, że coś w tym jest, znam takie osoby… To ludzie, którzy podobnie jak nimfa Echo z mitu o Narcyzie tracą swój głos, a konkretnie – świadomość swoich potrzeb, zwłaszcza tych emocjonalnych. Przejmują potrzeby drugiej osoby, zwłaszcza tej, z którą są w związku, zajmują się nią, bo swoje własne nauczyli się ignorować. Echoista poświęci się dla pani, zanim zdąży go pani o to poprosić. To ktoś, kto ma problem z przyjmowaniem czegoś dobrego od innych – od drobnych komplementów po uwagę, pomoc, a w końcu miłość. Jest szalenie uważny na innych i jednocześnie nadzwyczaj czujny, by nie zająć swoją osobą zbyt wiele czyjejś uwagi, nie być dla kogokolwiek ciężarem. Jest, czasem bezgranicznie, wytrzymały, potrafi wytrwale znosić cierpienie wynikające z przekonania o nierówności – inni mogą, ja nie. Inni mają prawo (do potrzeb, miłości, uwagi), ja nie, to oczywiste. Często nie odczytuje, nie wyczuwa pokrętnych czy niejasnych intencji osób, którym daje z siebie bardzo wiele, zbyt wiele.

Brzmi jak opis altruisty. Zatem czym echoizm różni się od altruizmu? Altruizm jest podstawowym pojęciem socjologii i psychologii ewolucyjnej. To zachowanie polegające na działaniu na korzyść innych. Dobrowolne ponoszenie pewnych kosztów przez jednostkę na rzecz innej jednostki czy grupy. Jesteśmy zdolni jako gatunek do takich zachowań, kierujemy się empatią, ale i (świadomym lub nieświadomym) oczekiwaniem, że to poświęcenie się nam „zwróci”, to znaczy ktoś również będzie zdolny do takich zachowań wobec nas. Ponadto, i to ważne, nie działamy w taki sposób stale i przez całe życie. Echoista natomiast ma sztywny wzorzec postępowania, co oznacza, że zachowuje się podobnie, a nawet dokładnie tak samo, w różnych sytuacjach i różnych relacjach.

Jakie mogą być źródła takiej przesadnej ofiarności? Są osoby, których uwaga na skutek – jak to często bywa – zaburzonej więzi z rodzicem jest ciągle przekierowana na potrzeby, ale przede wszystkim na stany emocjonalne innych ludzi. Dzieje się to z kompletnym pominięciem jego samego aż do takiego stopnia, że taka osoba nie dostrzega ani swoich potrzeb, ani swoich granic. Nie dostrzega ich, bo nauczyła się je ignorować. To forma obrony i dostosowania do warunków z wczesnego okresu życia, kiedy na przykład rodzic miał silny rys narcystyczny i zajmował całą „przestrzeń” swoimi potrzebami. Dziecko znajdzie sposób na to, by poczuć bliskość z rodzicem, ale zwykle dzieje się to dużym kosztem. Wykształca ono bowiem mechanizmy, które w dorosłym życiu są dla niego krzywdzące. W tym przypadku dziecko uczy się rezygnować z własnej przestrzeni, potrzeb, zwłaszcza potrzeby uwagi, bycia dostrzeżonym. To zostaje na całe życie.

Czyli echoista to ktoś, kto kiedyś przestał słuchać, co czuje, bo jego uczucia dla nikogo nie miały żadnego znaczenia? Tak, to bardzo czytelny przekaz – to, co we mnie, jest nieważne. Jeśli zyskuję cokolwiek, to tylko wtedy, kiedy wsłuchuję się w to, co czują i czego potrzebują inni.

Tracę swój głos i mówię głosem cudzych potrzeb… Tak, bo tylko wtedy mogę „ugrać” okruch uczucia, zainteresowania. Do takiego przekazu dziecko bardzo szybko się adaptuje, to pozwala mu „żyć”. Ale tylko tu i teraz. Bo w dorosłym życiu ta sama broń go niszczy.

A odłożyć ją jest bardzo ciężko. Żeby coś odłożyć, trzeba mieć na początek świadomość, że się to w ogóle w ręku trzyma… A echoista działa wedle silnego wewnętrznego schematu, który zna. Zakładając, że mamy skłonność do odtwarzania nie tylko swoich zachowań, ale także rodzaju relacji, które znamy, echoista „dobrze” poczuje się na przykład, kiedy u jego boku pojawi się narcyz. On to zna, więc wie, jak narcyza „obsłużyć”. I mamy gotową układankę, puzzle do siebie pasują, wszystko gra. Jest komplementarnie.

Czyli… bezpiecznie. O tak, echoista u boku narcyza może „ze spokojem” nadal ignorować swoje potrzeby emocjonalne, siebie w ogóle, bo narcyz brawurowo zajmuje sobą całą przestrzeń. No i pojawiają się pytania: Co może sprawić, że „zawodowy” echoista zdoła zwrócić się ku sobie? Że spróbuje odbudować albo w ogóle zbudować emocjonalną wierność sobie? W takiej sytuacji echoista ma trudne zadanie, by przełamać swój schemat myślowy mówiący: bycie z kimś oznacza zaprzedanie samego siebie. Musi ten schemat zmienić i dostrzec, że prawdziwa relacja to być z kimś, przy kimś i jednocześnie być przy sobie. Że empatia, której echoista ma w sobie kilogramy, nie oznacza całkowitego porzucenia samego siebie.

Powiedziała pani, że można być „z kimś”, „przy kimś”, nie porzucając siebie, myślę, że coś kryje się także w samym języku, echoista mówi często, że jest „dla kogoś”. Ten, wydawałoby się, drobiazg językowy jest znaczący. „Jestem tu dla ciebie” może być właśnie takim wyrazem zaprzeczenia samemu sobie na poziomie języka. A już powiedzenie: „Możesz na mnie liczyć”, oznacza coś zupełnie innego: „Jestem i mam siłę, motywację, chęć, by dawać, kiedy ty potrzebujesz”. Takim niuansom, które z psychologicznego punktu widzenia mają ogromne znaczenie, warto się przyjrzeć. Język, którego nieprzypadkowo używamy, może być tu taką nicią Ariadny, która uzmysłowi i zapoczątkuje próbę wyjścia z echoizmu, ze stanu zniknięcia dla siebie, a bycia właśnie tylko „dla kogoś”.

Mówimy o sytuacji, kiedy w dzieciństwie działo się źle, ale są też osoby, które nie mają w życiorysie wielkich braków. Poświęcano im uwagę, mogły mówić o uczuciach, ale jednocześnie wychowane zostały w przekonaniu, że ogromną wartością jest to „bycie dla innych”. Czy z takim przekazem można przesadzić i wychować w ten sposób echoistę? To zależy, co ma pani na myśli, mówiąc, że wartością jest „bycie dla innych”. Bo jeśli kryje się pod tym nauka dotycząca wrażliwości na drugiego człowieka, otwartości, uważności na innych, tego, że ludziom warto pomagać i ich wspierać, to nie ma w tym nic złego, niezdrowego. Przeciwnie, to daje możliwość budowania więzi społecznych, współpracy, wartościowego bycia z innymi.

Ale czy można z tym przesadzić? Nie, nie można z tym przesadzić! To prosta i jednocześnie złota zasada życia wśród ludzi: czyń innym to, czego sam od nich byś oczekiwał. Ale jeśli w tym przekazie do młodego człowieka pojawia się zabarwienie ideologią poświęcenia, ofiarności, wtedy pojawia się kłopot.

W takim razie w jaki sposób kształtuje się człowieka skłonnego do przesadnego poświęcania się? Jakie przekazy mają już to niebezpieczne zabarwienie? Wychowanie kogoś takiego wcale nie jest takie trudne… Każdy z nas dostaje w domu, i szerzej – w rodzinie – dziesiątki podstawowych przekazów dotyczących siebie i świata wokół. Na przykład: „Świat jest dobry i pełen możliwości” lub „świat jest wrogi i pełen zagrożeń”, „ludziom warto ufać” lub „ludzie są zasadniczo nieuczciwi i nie wolno im ufać”. Jeśli ktoś wśród tych bazowych komunikatów dostaje takie w rodzaju: „Tylko wtedy będziesz dobrym człowiekiem, kiedy poświęcisz się dla innych”, nie będzie miał w życiu łatwo.

Ale to komunikat, mam wrażenie, dość radykalny jednak, dotyka też religii. A jakie mogą być te mniej oczywiste formy „rodzinnej indoktrynacji”? Są w naszej kulturze takie, niby niewinne, powiedzonka: „Siedź w kącie, a znajdą cię”, czy „nie wychodź przed szereg”. Zgodzi się pani, że to w zasadzie nie są żadne radykalizmy. A jednak wystarczy usłyszeć takie komunikaty raz i drugi w dzieciństwie, kiedy jeszcze nie mamy rozwiniętego krytycznego myślenia, by zacząć kształtować w sobie taki mechanizm czy sposób funkcjonowania w świecie, który jest dosłownie zgodny z tym przekazem – stać się na przykład konformistą albo echoistą właśnie. U echoisty bardzo silny jest lęk przed wyróżnieniem się, a czy mało mamy w pewnym sposobie wychowania zaproszeń do niewychylania się? Wedle którego doświadczanie powodzenia czy sukcesu traktowane jest raczej jako tupet czy wręcz buta niż zdrowe docenianie siebie i swojej wartości?

Wydaje mi się, że to się jednak trochę zmienia, przynajmniej w młodszych pokoleniach. Tak, z jednej strony powtarzamy dzieciom, żeby w siebie wierzyły, ale z drugiej – nie pozwalamy im na przykład wyrażać tego, co czują, albo je zawstydzamy. Podam przykład takiej sytuacji, zdarzyła się całkiem niedawno: wsiadam do samolotu, obok mnie siedzą rodzice z trzyletnią córką. Małej podczas lądowania zatykają się uszy, to przecież normalne. Płacze, bo zwyczajnie cierpi. Co robi mama? Wydaje takie komunikaty: „Zobacz, nikt inny nie płacze”, „przestań krzyczeć, bo już nigdy nigdzie nie polecisz” itd. W ciągu tych 15 minut lądowania, zapewne nieświadomie, tę swoją córkę tak poniżyła, że włos jeży się na głowie. Mała nie będzie pewnie pamiętać tej sytuacji, ale będzie funkcjonować wedle tego zawstydzenia, które się w tym samolocie dokonało. Kiedy wylądowaliśmy, matka dodała: „A teraz powinnaś wyjść i wszystkich przeprosić”. Naprawdę nie trzeba wiele, by wychować echoistę.

Jak funkcjonuje echoista? Każdy przypadek jest inny, ale sądzę, że łączy je wszystkie lęk oraz przymus zajmowania się innymi. Bo każda okazja, by zostać sam na sam z sobą samym jest przerażająca. Kiedy zostajemy sami, rodzi się przecież niebezpieczeństwo zwrócenia się ku sobie. A tu nie ma ku czemu się zwrócić, bo nie ma siebie… Więc echoista pomaga, wybawia, służy sobą.

Można sądzić, że jest świetnym materiałem na przyjaciela. Nie jest, bo przyjaźń wymaga od nas dawania i brania. Trzeba umieć obie rzeczy. Bo kiedy jedno tylko daje, a drugie tylko bierze, dochodzi do usztywnienia tej relacji, nawet do jej usztucznienia. A wtedy nie ma mowy o bliskości. Interakcje z innymi ludźmi wymagają elastyczności. Nie można do każdej sytuacji stosować w odpowiedzi tego samego mechanizmu. To przynosi cierpienie.

Co może przebudzić echoistę, stać się impulsem do zmiany? Echoista może doświadczyć jakiegoś punktu przełomowego, na przykład kiedy ktoś, z kim tworzył związek, odejdzie. Ucieknie spod ciężaru dobroci, opieki, troski. Albo narcystyczny partner znajdzie sobie inną osobę, która będzie dodatkiem do jego wizerunku. Kiedy partner odchodzi, echoista może doświadczać potwornej pustki. Niepomiernie większej niż zazwyczaj w przypadku straty, bo jego emocjonalny świat wypełniony jest po brzegi światem partnera. Kiedy tego nie ma, nie zostaje nic. Ale z pewnością da się reagować wcześniej, wychwycić echoistyczne skłonności, jeśli uczciwie się sobie przyjrzymy. Da się je zauważyć nawet w języku, którym operujemy, warto się w niego wsłuchać. Cierpienia naprawdę można uniknąć.

dr Joanna Heidtman, psycholożka, socjolożka, trenerka biznesu, doradczyni, coach. Prowadzi zajęcia na studiach podyplomowych w SWPS.

  1. Seks

Jak walczyć z egoizmem w sypialni?

Portrait of a beautiful sexy girl lying on the back in bed in a man's shirt
Portrait of a beautiful sexy girl lying on the back in bed in a man's shirt
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Najlepsze relacje seksualne tworzą ci, którzy znają swoje pragnienia, potrafią o nich mówić i dążyć do ich realizacji, ale też umieją przesunąć je na drugi plan i skierować reflektor na potrzeby partnera. O tym, jak wiele złego może wyrządzić w sypialni źle rozumiany, przesadny egoizm mówi seksuolożka prof. Marią Beisert.

Co możemy zrobić, jeśli trafimy w łóżku na partnera, który myśli wyłącznie o sobie? Jeśli jest to osoba narcystyczna, to trzeba mieć świadomość, że dla niej spojrzenie na seks czy związek z innej perspektywy niż własna może być niemożliwe. Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. To dwie strony tego samego medalu. Pakiet.

Jednak nie każdy, kto w łóżku myśli tylko o sobie, jest Narcyzem. Oczywiście. Młodzi ludzie, którzy dopiero zaczynają życie seksualne, dość często w seksie biorą pod uwagę tylko siebie, bo wydaje im się niemożliwe, by druga osoba przeżywała coś innego. Swoje wyobrażenia o potrzebach partnera budują więc na tym, czego sami potrzebują. Ten problem wynika z braku wiedzy i jest bardzo prosty do rozwiązania – wystarczy zacząć się komunikować. Można mówić wprost: „ja potrzebuję tego i tego”, „lubię to i to”, „bawi mnie to i to” albo położyć rękę drugiego człowieka tam, gdzie trzeba, pokazać, jaki ruch ręką jest odpowiedni czy zmienić pozycję.

Niektórzy uważają, że seks z instruktażem jest gorszy. Tak, tak, że jest mniej spontaniczny, obdarty z tajemniczości… To wynika z dość powszechnego, ale fałszywego wyobrażenia, że dobry seks jest wtedy, gdy dwie osoby rzucają się na siebie i osiągają orgazm w tym samym momencie. Nie muszą się dostosowywać, bo wszystko samo się układa, pasuje jak w puzzlach. Tyle że w życiu tak się zwykle nie dzieje, więc jeśli ludzie chcą mieć przyjemność w seksie, dobrze, by zaczęli komunikować swoje potrzeby.

A jeśli to pokaże, że pragną czegoś zupełnie innego? Na przykład jedno chce uprawiać seks bardzo często, a drugie bardzo rzadko. Kto ma ustąpić? Wcześniejsze podejście terapeutyczne skłaniało się ku rozwiązaniu, by osoba o mniejszym temperamencie dostosowywała się do partnera, który ma większe potrzeby. Dzisiejsze wskazuje raczej odwrotny kierunek. Ja myślę, że wszystko zależy od kontekstu i tego, co dla każdego z partnerów oznaczałoby dostosowanie się do drugiej osoby. Jak duży koszt każdy z nich musiałby ponieść. Akurat kwestia różnych temperamentów jest jedną z najtrudniejszych do rozwiązania i, niestety, nie zawsze, nawet przy najlepszych chęciach obu stron, da się znaleźć dobre wyjście.

Porozmawiajmy więc o różnych poglądach na antykoncepcję. Powiedzmy, że mężczyzna chce, by kobieta brała tabletki, a kobieta woli, żeby stosowali prezerwatywy. Trzeba się dowiedzieć, co stoi za każdą z potrzeb. Może na przykład kobieta woli prezerwatywy, bo boi się, że zapomni wziąć tabletkę i zajdzie w ciążę, ale ostatecznie daje się namówić na wysiłek związany z pilnowaniem regularnego przyjmowania leków, bo uznaje, że nie jest to wielkie poświęcenie. A może jest przeciwna antykoncepcji z powodów religijnych i branie pigułek byłoby dla niej rezygnacją z istotnych wartości.

Rozumiem, że dobra relacja seksualna wymaga tego, by wiedzieć, kiedy odpuścić, uznać: „To ustępstwo wiele by kosztowałoby mojego partnera, więc ja ustąpię, bo dla mnie to niewielki wysiłek”? Tak. Taka elastyczność jest bardzo ważna. Nie chodzi jednak o rezygnację, która pojawia się wtedy, gdy ktoś w seksie rezygnuje z zaspokajania swoich potrzeb, bo czuje, że nie ma innego wyjścia, na przykład jest zależny od partnera ekonomicznie i sprzeciw mógłby oznaczać stratę dachu nad głową – to jest bardzo niszczące, rodzi bierną agresję i wielkie pretensje. Chodzi o akceptację, czyli sytuację, w której ktoś godzi się, by jego potrzeby nie były w danym momencie zaspokojone i nie doznaje z tego powodu krzywdy. Wie, że też coś na tym rozwiązaniu zyskuje. To jest zdrowa sytuacja.

Może pani podać przykład takiej akceptacji? Pracowałam kiedyś z młodą parą. Jej zależało na seksie oralnym, na który on nie miał ochoty, a jemu na seksie analnym, który z kolei jej nie sprawiał przyjemności. Ostatecznie, trochę żartując, ustalili, że będzie na zmianę – raz seks oralny, raz analny. Oboje coś odpuścili, bo byli przekonani, że nagroda jest atrakcyjna, a koszt niezbyt wysoki. Oczywiście nie doszłoby do tego porozumienia, gdyby jedno z nich było skrajnym  egoistą, bo dla takiej osoby każdy wysiłek jest zbyt duży do poniesienia. Miałam w przeszłości takiego pacjenta. Lubił, niby mimochodem, cytować swojego dziadka: „Nie rób nikomu dobrze, nie będzie ci źle”.

Co na to jego partnerka? Najpierw skarżyła się na brak gry wstępnej, bo mąż bardzo szybko się podniecał, dążył do penetracji, miał szybko orgazm i od razu kończył wszelkie działania. W końcu odeszła do innego mężczyzny. Mąż miał szansę, by temu zapobiec, ale nie chciał się zgodzić na żadne modyfikacje kontaktów seksualnych. Mówił, że nie chce ingerować w naturalną reakcję swojego organizmu i na propozycję, by tuż po orgazmie starał się jak najszybciej doprowadzić do kolejnego stosunku, odpowiadał: „Ja już wtedy nie mam ochoty i nie będę się zmuszał!”.

Nadal wielu jest mężów, którzy sądzą, że kontakt seksualny służy głównie zaspokojeniu potrzeb mężczyzny? Jest ich coraz mniej, ale to oni najgłośniej krzyczą, że współczesne kobiety powariowały, bo mają jakieś życzenia i żądania w seksie. Są zaskoczeni, że mieliby się do czegokolwiek w łóżku dostosowywać. Kiedyś mężczyzna nadawał kobiecie wyższy status, czynił ją na przykład panią dyrektorową, i oczekiwał, że w zamian dostanie seks na swoich warunkach. Ale dziś ona może odpowiedzieć: „Co z tego, że ty mnie czynisz panią dyrektorową, skoro ja cię czynię panem profesorowym?”. Nie każdy mężczyzna potrafi pogodzić się z tym, że kobiety wyraźnie mówią: „Tego i tego potrzebuję. Chętnie się dowiem także, czego ty potrzebujesz”. I to jest zdrowe. Dbanie o własne potrzeby to baza, która pomaga zbudować dobrą relację, także seksualną. Przecież jeśli widzimy, że partner nie czerpie radości z seksu, sami też czujemy dyskomfort. Pod warunkiem oczywiście, że nie idzie to w narcyzm. Poza tym mówienie o swoich potrzebach uatrakcyjnia życie seksualne. Stwarza pole dla nowych doznań. Ktoś może nie wpadłby na jakiś pomysł w seksie, a dzięki temu, że partner wystąpił z inicjatywą, może poszerzyć wiedzę o sobie, o tym, co lubi i pragnie.

Zastanawiam się, czy w związku z przemianami społecznymi i kulturowymi trzeba jeszcze kobiety przekonywać, że w łóżku mają prawo myśleć o swoich potrzebach? Jestem przekonana, że tak, bo zmiany, o których mówimy, nie dotyczą jednak całego społeczeństwa. W Polsce wciąż dość silna jest kultura patriarchalna, w której kobieta przyzwoita to ta, która nie myśli o swoich potrzebach, tylko koncentruje się na tym, by partnerowi było przyjemnie. Niektóre kobiety świadomie stawiają siebie na drugim miejscu, bo chcą w ten sposób przywiązać do siebie mężczyznę albo zyskać poczucie, że postępują zgodnie z normami, zachowują się tak, jak należy. Są też takie, które teoretycznie przyznają, że również mają prawo dążyć do przyjemności w seksie, ale jednocześnie mocno w nich tkwi to, co wpojono im w dzieciństwie – że mądra żona nie myśli o sobie, tylko o tym, jak zatrzymać męża. Ten konflikt między tym, co podpowiada nam zdrowy rozsądek, a tym, co mamy wdrukowane, może być bardzo trudny do pokonania. Dlatego jestem przekonana, że nadal bardzo ważna jest edukacja i przypominanie, że każdy człowiek ma prawo realizować swoje potrzeby seksualne.

Są relacje, w których to kobiety nie szanują seksualnych potrzeb partnera? Oczywiście. Narcystycznych kobiet są całe bukiety. Jest też grupa, która uważa, że ich potrzeby seksualne są ważniejsze i powinny być zaspokajane w pierwszej kolejności. Te kobiety oczekują, że mężczyźni będą się wokół nich uwijać, i to najlepiej bez instrukcji. Ich podejście wynika z przekonania, że kobieca seksualność jest wyjątkowa i skomplikowana, a męska nie wymaga uwagi. Mówią: „Facet zawsze się jakoś zaspokoi”.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą też żyć w przekonaniu, że to, czego chcą w seksie, się nie liczy, bo oni sami są mało ważni. Zwykle są to ludzie, których potrzeby w dzieciństwie nie były zaspokajane albo były zaspokajane w nieodpowiedni sposób czy w nieodpowiednim momencie, np. musieli jeść, mimo że nie byli głodni. Czasem słyszeli: „Nie ma: chcę. Są obowiązki”. Takie doświadczenia mogą potem utrudniać czerpanie radości z życia i z seksu. Jeśli jednak trafią na dobrego partnera, który powie: „Zajmijmy się wreszcie tobą” albo będzie często dociekać, co im sprawia przyjemność, mają szansę nauczyć się rozpoznawać swoje potrzeby i dbać o ich zaspokojenie. Wiedza na temat własnej seksualności rozbudowuje się przecież z każdym kolejnym kontaktem erotycznym. Nikt nie rozpoczyna życia seksualnego z pełną świadomością swoich pragnień i preferencji.

 

 

  1. Psychologia

Osobowość narcystyczna – 9 cech, po których rozpoznasz narcyza

Osobowość narcystyczną cechują między innymi krytycyzm i egoizm (Fot. iStock)
Osobowość narcystyczną cechują między innymi krytycyzm i egoizm (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
W nim łatwo można się zakochać. Najczęściej bowiem ma wdzięk oraz charyzmę, obdarzony jest talentami, odnosi sukcesy albo przynajmniej robi takie wrażenie. Zna sposoby, by zmanipulować i zdobyć zainteresowanie kobiety. Jak rozpoznać narcyza?

Narcyz to mężczyzna, w którym łatwo się zakochać. Najczęściej bowiem ma wdzięk oraz charyzmę, obdarzony jest talentami, odnosi sukcesy albo przynajmniej robi takie wrażenie. Facet narcyz zna sposoby, by zmanipulować i zdobyć zainteresowanie kobiety. Co to jest narcyzm oraz jak rozpoznać osobowość narcystyczną?

Narcyza cechuje krytycyzm i egoizm. Oraz brak szacunku do uczuć drugiego człowieka. Przy narcystycznym mężczyźnie źle się czujesz - spięta, zablokowana uczuciowo, zlekceważona, niepewna siebie. Jesteś atakowana nieprzewidywalnymi atakami złości, oburzenia i obojętności. Większość osób narcystycznych to zimni perfekcjoniści, odwołujący się do faktów, nie uczuć. Trudno do nich dotrzeć z tym, co się czuje. Potrafią obwiniać i wpędzać w poczucie niższości. Narcyz nie ma granic - ciebie traktuje jako przedłużenie siebie, służysz mu do tego, by zaspokajał swoje potrzeby. Ale nigdy go nie zadowolisz, jest bowiem jak czarna, zasysająca dziura. Osobowość narcystyczna potrzebuje podziwu, poklasku, dowodów oddania, a nawet poniżenia. Mężczyzna narcystyczny nie lubi słyszeć „nie”, lubi bezwzględnie dominować. Gdy czuje, że traci władzę znowu jest uroczy, obdarowujący miłymi gestami.

Wbrew pozorom narcyz wcale siebie nie kocha. (Fot. iStock) Wbrew pozorom narcyz wcale siebie nie kocha. (Fot. iStock)

Narcyz – cechy osobowości

Darlene Lancer, terapeutka małżeńska i rodzinna, wymienia za Amerykańskim Towarzystwem Psychiatrycznym 9 cech narcystycznych, które określają czym jest narcyzm.

1. Pretensjonalne poczucie własnej ważności, wyolbrzymianie osiągnięć i talentów. 2. Marzenia o: nieograniczonej władzy, sukcesie lub idealnej miłości. 3. Brak empatii dla uczuć i potrzeb innych osób. 4. Wymagania nadmiernego podziwu. 5. Uznanie dla prestiżu. 6. Roszczeniowość wobec swoich życzeń. 7. Wykorzystywanie innych dla osiągnięcia swoich celów. 8. Zazdrości innym lub uważa, że oni są o niego zazdrośni. 9. Arogancja. I choć wydaje się, że narcyz kocha tylko siebie, to nie jest prawda. Za perfekcjonizmem i arogancją osoby z osobowością narcystyczną kryje się wstręt do siebie.

  1. Psychologia

Córki z raną w sercu

Keryl McBride radzi, by w trakcie pracy nad oddzieleniem się od matki i leczeniem z ran z dzieciństwa stworzyć swoją Wewnętrzną Matkę. Taka matka zawsze jest blisko, gotowa dawać opiekę i wsparcie. (fot. iStock)
Keryl McBride radzi, by w trakcie pracy nad oddzieleniem się od matki i leczeniem z ran z dzieciństwa stworzyć swoją Wewnętrzną Matkę. Taka matka zawsze jest blisko, gotowa dawać opiekę i wsparcie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W dzieciństwie oceniane nie za to, kim są, ale za to, co robią. Kontrolowane i nadmiernie krytykowane. W dorosłym życiu borykają się z poczuciem niskiej wartości, tęsknią za bezwarunkową miłością. Jeśli nosisz w sobie emocjonalną pustkę, nie czujesz się zauważana i doceniana, wiecznie udowadniasz sobie i innym, że jesteś coś warta – przyjrzyj się swojej relacji z matką.

Tak radzą terapeutki Karyl McBride i Susan Forward.

Nasza kultura ma swoje obwarowania, tabu. Podczas gdy gabinety psychoterapeutów zapełniają się klientami straumatyzowanymi przez rodziców, tzw. opinia publiczna oczekuje, by o matce mówiło się jak o zmarłym: dobrze albo wcale. A przecież miliony osób cierpią z powodu tego, co amerykańska terapeutka Susan Forward nazywa „matczyną raną”. Ich matki były przytłoczone macierzyństwem, może niezbyt dojrzałe. Albo zaabsorbowane innymi sprawami. Może zmagały się z depresją, uzależnieniem... Są też matki zaborcze, osaczające dziecko. Despotyczne – takie, które wciąż wymagają, egzekwują, karzą. Matki nieprzebierające w słowach, raniące dotkliwie swoją krytyką. Takie, które używają przemocy – szarpią, popychają, biją. Pewnie każda z nich chce jak najlepiej, ma swoje wyobrażenie o tym, co to znaczy być dobrą matką. Przecież karmią, myją, ubierają, kupują... Tylko że często są niedostępne, chłodne, nieczułe. Mówi się, że kochają po swojemu. Susan Forward nazywa je jednak „matkami, które nie potrafią kochać”. Matka może być też narcystyczna, wtedy wszystko kręci się wokół niej. Dla dziecka, które z natury jest egocentryczne, to niezwykle trudne, czasem nie do zniesienia. Zwłaszcza dla córki. Na szczęście jako dorosła kobieta może nauczyć się okazywać miłość zarówno sobie, jak i innym.

Syndrom pustego lustra

Terapeutka Karyl McBride w książce "Nigdy dość dobra" podkreśla, że matka stanowi dla córki główny punkt odniesienia i wzór jej ról - kochanki, żony, przyjaciółki. Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. Oczekuje od dziecka, że będzie zachowywać się i reagować na świat tak jak ona. Dziewczynka stara się sprostać temu wyzwaniu, tłumi własne potrzeby. Szybko uczy się, że niewiele znaczy, niewiele może. Skoro nie potrafi zadowolić mamy, coś z nią jest nie tak! Wniosek? Nie jest godna miłości.

Po czym poznać narcyzm? Zwłaszcza że każdy jest przecież w mniejszym czy większym stopniu egocentryczny... W książce "Matki, które nie potrafią kochać" Susan Forward mówi o "uporczywej manii wielkości" i "nienasyconym głodzie uwagi ze strony innych". O potrzebie udowodnienia swojej wyższości, domaganiu się wyjątkowego traktowania. O zazdrości, braku empatii i instrumentalnym traktowaniu ludzi. Jak zauważa Karyl McBride, z postawy osoby narcystycznej przebija komunikat: "Ja jestem najważniejsza". Albo: "Ty nie jesteś dość dobra".

Czy twoja matka jest narcystyczna? Artykuł prasowy raczej nie powinien rozstrzygać takich kwestii, ale może okazać się zachętą, żeby przyjrzeć się bliżej tematowi. Karyl McBride zamieszcza w swojej książce stosowny kwestionariusz. Pyta m.in.: Czy matka rywalizuje z tobą, obwinia ciebie lub innych, zamiast przyjąć odpowiedzialność za własne uczucia i działania? Czy długo żywi urazę, krytykuje cię i zawstydza? Czy chce wpływać na twoje decyzje i zawsze stawiać na swoim, czy w jej obecności czujesz się bezradna? Im więcej udzielisz odpowiedzi twierdzących, tym większe spektrum narcyzmu odnajdziesz w swojej mamie.

Oczywiście, wcześniej czy później będziesz musiała przekierować uwagę na siebie... I być może zobaczysz nadwrażliwość, nieśmiałość, trudności w podejmowaniu decyzji i budowaniu trwałych relacji, brak zaufania do siebie, brak poczucia bezpieczeństwa. Będziesz musiała zmierzyć się z tym, że twój rozwój emocjonalny został zahamowany. Że dlatego trudniej ci doświadczać uczuć, ale też stworzyć własne, autentyczne życie, stać się odrębną osobą. "Ja" córek, o których jest ta opowieść, odzwierciedla przede wszystkim to, jak postrzegały je matki. A ten obraz nie jest zbyt pozytywny.

Presja i porzucenie

W filmie "Pocztówki znad krawędzi" była gwiazda musicali grana przez Shirley MacLaine odwiedza w ośrodku odwykowym córkę, w która wcieliła się Meryl Streep. Co ją interesuje? Fryzura, makijaż i wystrój pomieszczenia. Potem role się odwracają - pijana matka powoduje wypadek i trafia do szpitala. Czym się przejmuje? Nie chce być pochowana bez brwi! "Zostałyśmy stworzone raczej na widok publiczny niż do życia prywatnego" - tłumaczy Streep lekarzowi.

Dla narcystycznej matki najważniejsza jest fasada, wizerunek. Córka ma go strzec, pielęgnować, szlifować. W efekcie nie potrafi też ukształtować własnego. Narcystyczne matki, o których kręci się filmy, Karyl McBride określa jako typ ekstrawagancko-ekstrawertyczny (swoją drogą taką postać zagrała później Meryl Streep w filmie "Sierpień w hrabstwie Osage"). Inne wyróżnione typy to: psychosomatyczny (wykorzystuje swoje choroby, cierpienie i dolegliwości do manipulowania innymi), uzależniony (wiadomo), skrycie podły (opiekuńcza i serdeczna w towarzystwie, okrutna i poniżająca w domu) czy tym nastawiony na osiągnięcia (swoje i dzieci).

Kluczowa klasyfikacja, jaką posługuje się McBride, wynika jednak ze sposobu sprawowania opieki. Mamy więc matkę ignorującą - taką, która zaniedbuje dziecko, przekazując mu sygnały, że nie zasługuje na miłość i wsparcie - i matkę pochłaniającą, czyli mającą duże oczekiwania wobec potomka, dominującą, kontrolującą i wywierającą presję. Taka matka nie zostawia małemu człowiekowi przestrzeni na indywidualny rozwój, wymusza określone zachowania, a nawet zainteresowania, gusty. Niby dwa różne style macierzyństwa, a efekty podobne: dziecko ma trudności z prawidłową indywiduacją, jego obraz siebie zostaje zniekształcony. Czuje się zagubione. Oczywiście te dwa style zachowania i wychowania mogą się łączyć, występować naprzemiennie.

Sukcesy i sabotaże

Nie trzeba chyba przekonywać, że osoba wychowana przez narcystyczną matkę nie ma zbyt wysokiego poczucia wartości. Przekaz, jaki przyswoiła brzmi: "Moja wartość tkwi w tym, co robię, a nie w tym, kim jestem". Może to doprowadzić do dwóch diametralnie różnych sposobów funkcjonowania. Jeden polega na realizowaniu wielkich ambicji i nierzadko perfekcjonizmie. Drugi na rezygnacji ze swoich aspiracji i siebie oraz na autosabotażu. Ambitna córka próbuje zdobyć uwagę, uznanie (czytaj: miłość) innych poprzez gromadzone laury. Jak pisze McBride, taka osoba jest bardziej "aktywnością ludzką" niż "istotą ludzką" zadowoloną z bycia sobą.

Nierzadko odczuwa chroniczne wyczerpanie, nie potrafi zatroszczyć się o siebie. Dwoi się i troi, żeby się pokazać, wykazać i wciąż słyszy wewnętrzny głos: "To za mało!". Być może nawet osiąga więcej niż inni, tylko jakim kosztem? Jeśli z determinacją dążysz do celu, dbając o siebie i doceniając swoje osiągnięcia, wszystko w porządku. Co innego, jeśli czujesz się wyczerpana, wydrenowana, a pochwały z zewnątrz tylko chwilowo wypełniają wewnętrzną pustkę, bo w końcu nie o nie chodzi... Zdaniem McBride sabotująca siebie córka jest tak naprawdę wewnętrzną bliźniaczką ambitnej. Obie uwierzyły, że są nie dość dobre. Ta sabotującą po prostu nie próbuje udowodnić, że jest inaczej. Godzi się na bycie nieudacznicą, mniej czy bardziej świadomie się poddaje. Na złość matce, po swojemu. Niewykluczone, że stępia ból poprzez nałogi czy inne autodestrukcyjne zachowania.

Córki narcystycznych matek próbują wypełnić emocjonalną pustkę, poszukując opiekunów zastępczych. Mają wypaczony obraz miłości - mylą ją z zadowalaniem drugiej osoby. Trudno im zaufać innym albo ufają za bardzo. Ich "partnerski radar" jest uszkodzony. W ich domach uczucia były wypierane, a komunikacja zaburzona, oparta głównie na krytyce albo triangulacji (przekazywaniu informacji za pośrednictwem innych osób, np. ojca). Brakowało zdrowych granic. Takie kobiety czują się bardzo niepewnie w relacjach intymnych, ich związki z mężczyznami oparte są na zależności lub współzależności. Od matki nauczyły się, że miłość to jest to, co ktoś może zrobić dla ciebie (i odwrotnie).

Nikt nie jest w stanie zaspokoić naszych potrzeb z dzieciństwa, zwłaszcza takich, które nie do końca rozumiemy. Dlatego tak ważne jest, by kobieta wychowana przez narcystyczną matkę odkryła własną tożsamość, swoje autentyczne "ja".

Gdybym była dobra

Taka praca składa się z kilku etapów i nie jest łatwa. W wielu wypadkach wymaga wsparcia profesjonalisty. Punktem wyjścia jest zwykle akceptacja ograniczeń matki. Nie obędzie się bez spotkania z trudnymi uczuciami: gniewem, żalem, może rozpaczą. Bez opłakania matki, której nie dane było ci mieć, i własnego Wewnętrznego Dziecka, któremu zabrakło miłości. Potem przyjdzie czas na oddzielenie się od matki, uwalniania spod jej wpływów, w tym od negatywnych monologów, które są jej zinternalizowanym głosem.

Karyl McBride podkreśla potrzebę pracy nad własną tożsamością, odkrywania pasji i zainteresowań, talentów i upodobań. Możesz sięgnąć do wspomnień z dzieciństwa, przypomnieć sobie, co cię najbardziej bawiło, cieszyło, pociągało, zachwycało. Możesz zrobić listę wartości, jakim hołdujesz: wypisać przekonania i preferencje dotyczące polityki i religii, miłości i przyjaźni, filmów, książek, muzyki, mody, biżuterii, samochodów, architektury, ćwiczeń, pór roku i pogody, jedzenia, wakacji, kolorów, kwiatów, kamieni szlachetnych... A może zechcesz zrobić kolaż, wyklejając arkusz papieru zdjęciami kobiet, które symbolizują dla ciebie pozytywną, dojrzałą kobiecość; emanują energią, którą chcesz poczuć, wytaczają ci drogę? McBride proponuje też ćwiczenie "Gdybym była dość dobra...". Napisz na kartce taki nagłówek i wynotuj rzeczy, które zrobiłabyś (zrobisz?), kiedy uznasz siebie za dość dobrą.

No dobrze, a relacje z matką? Zwłaszcza z taką, która wciąż próbuje manipulować, kontrolować, wpływać, zawłaszczać? Obie terapeutki przyznają, że zmiana tych relacji to ogromne wyzwanie - w niektórych sytuacjach najlepszą decyzją (choć zawsze ostateczną!) jest zerwanie kontaktu. W większości przypadków udaje się jednak wypracować tzw. kulturalne stosunki, sprowadzające się do uprzejmych, niezobowiązujących rozmów. Bez oczekiwań i rozczarowań. Ważne, by pamiętać, że narcyzm matki z czegoś wynika. Nie urodziła się taka. Prawdopodobnie w jej dzieciństwie też zabrakło miłości, empatii, matczynej uwagi. Dała tyle, ile mogła. Doceń to. Znajdź w sobie miejsce na wdzięczność.

 

  1. Psychologia

Toksyczny facet. Dlaczego łapiemy się na jego sztuczki?

Toksyczni kochankowie dużo obiecują, niewiele dają, często świadomie krzywdzą. (Fot. iStock)
Toksyczni kochankowie dużo obiecują, niewiele dają, często świadomie krzywdzą. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Czarujący, przystojni, pociągający. Dużo obiecują, niewiele dają, często świadomie krzywdzą. Dlaczego więc łapiemy się na ich lep? Psychoterapeutka Katarzyna Miller przedstawia typologię najbardziej toksycznych partnerów i wyjaśnia, czym różnią się od tych dobrych, normalnych, ale niecieszących się takim powodzeniem.

Niejedna z nas zna ten scenariusz: toksyczny facet, który zmienia relację w toksyczny związek. Jak go rozpoznać? Jest czarujący, przystojny, pociągający. Dużo obiecuje, niewiele daje, często świadomie krzywdzi. Dlaczego więc łapiemy się na jego lep? Psychoterapeutka Katarzyna Miller przedstawia typologię najbardziej toksycznych partnerów i wyjaśnia, czym różnią się od tych dobrych, normalnych, ale niecieszących się takim powodzeniem. Pomaga zrozumieć, kiedy i dlaczego facet jest toksyczny oraz jakie są jego cechy.

W swojej książce „Instrukcja obsługi faceta” razem z Suzan Giżyńską odpowiadacie na wiele pytań kobiet. Mnie najbardziej zaintrygowało jedno: „Jak się czuje kobieta w związku z dobrym facetem?”. No i zobacz, jakie to wzruszające i smutne pytanie. Dziewczyna, która je zadaje, myśli, że może jest jakiś przepis, którego ona nie zna. A dlaczego tak myśli? Bo nie miała szansy ani popróbować, ani porozmawiać o tym z kimkolwiek. Oczywiście koleżanki w szkole gadają o facetach, ale ponieważ przeważnie mają ten sam poziom doświadczeń, więc to gadanie niewiele wnosi, nie mają się od kogo dowiedzieć, co powinno się robić, jak powinno się czuć. No, chyba że któraś wcześniej się całowała albo poszła z facetem do łóżka. To teraz ona strasznie dużo wie. Ale co ona tak naprawdę wie? Najwyżej może powiedzieć, jak jej było, jeśli w ogóle umie to nazwać. I nie przyzna się pewnie, że była rozczarowana, bo inne nie będą jej już tak zazdrościć. A nawet jeśli powie, że to nie jest taka bajka, jak innym się wydaje, to usłyszy: „No coś ty?! Czyli nie warto?”. I może nawet sama takie wnioski wyciągnie.

Dziś już na szczęście jest większe przyzwolenie na to, by mówić, że bywa też niedobrze. Że są mężczyźni, którzy krzywdzą. Psychopaci, socjopaci, sadyści, narcyzy, maminsynki - po prostu toksyczny mężczyzna. Jakiegoś pominęłam? Nie, nie, bardzo dobrze wymieniasz…

Co ich odróżnia od tzw. normalnych partnerów? W sumie te wszystkie typy są w jakimś sensie normalne. I występują w przyrodzie dość często. Czyli normalne w znaczeniu: powszechne.

A jak odróżnić normalnego od powszechnego, ale jednak toksycznego? W książce piszesz, że przeważnie najpierw trzeba się na takim przejechać, żeby nauczyć się go na przyszłość rozpoznawać. Ale też trzeba chcieć się tego nauczyć, umieć korzystać z życiowego doświadczenia. Może się zdarzyć, że dziewczyna jest tak uszkodzona, że za każdym razem daje się złapać na tych kilka dobrych słów. A potem, gdy facet zacznie ją maltretować psychicznie i, nie daj Boże, fizycznie, to jest za późno, bo już się dała wciągnąć. Oczywiście nigdy nie powinno być za późno, żeby się uratować, ale bywa różnie. Kiedy mówię o nabraniu doświadczenia, mam na myśli taką refleksję, że jeśli ten chłopak zachowuje się podobnie do poprzedniego, to wysnuwasz wniosek, że coś ich łączy. Zwykle chodzi o to, jak oni zachowują się potem. Bo na początku każdy ci powie „ach, och” i obieca, czego to ci nie zrobi dobrego. I czekasz, i czekasz na to, co obiecał.

Te wszystkie „typy“ albo „typki“ podświadomie wyczuwają, na jakie słowa jesteśmy najbardziej łase? Oczywiście, bo oni wszyscy, a zwłaszcza narcyzy i maminsynki, są zepsuci przez matki. Świetnie się orientują, na co mamusia najbardziej się nabierze, i ćwiczą to już od małego. Jak taki synek wraca późno do domu, a mamusia jest zła, to robi piękne oczy i mówi: „Ale ja nie mogę patrzeć, kiedy tobie jest przykro“. I ona od razu topnieje niczym masło: „Ale ten mój synek mnie kocha“. Oni wiedzą, jak babkę zbajerować.

A my, z naszymi dziurami emocjonalnymi, niezapełnionymi w dzieciństwie, jesteśmy dla nich łatwą zdobyczą. Mało tego, silnie reagujemy na takie właśnie typy, bo są podobne do naszych wczesnych oprawców, że użyję tak mocnego słowa, czyli rodziców. Przy nich czujemy się jak w domu, jak u siebie. Rozumiesz? Dziewczyna, która nie była szczęśliwa, czuje się normalnie, kiedy jest nieszczęśliwa. Ona nie wie, co to znaczy być szczęśliwą. Ona wie, co znaczy pragnąć, wyobrażać sobie. Ale to, co ona sobie wyobraża, zwykle jest nierealne. Trzeba by jej na przykład wytłumaczyć, że chłopak, który z nią idzie na spacer i który czasem coś mówi, a czasem milczy, czasem jest wesoły, a czasem niepewny – jest właśnie fajny i normalny. Bo nikogo nie udaje. No a jakie ona ma wrażenie? Że dziwny, bo jej ciągle nie zabawia. Za to taki, który umie się wokół niej zakręcić, zabawia świetnie, tyle tylko że kilka panienek naraz, a potem znika. Bo jego kręci zabawianie kolejnych, a ona jest już ugotowana. Klasyczny lowelas, taki fircyk w zalotach – działa głównie na uszy. Powie dokładnie to, co chcemy usłyszeć, obieca wszystko. Ma to oczywiście swój urok, bo przyjemnie jest słyszeć miłe rzeczy o sobie. A jeszcze jak facet umie cię rozśmieszyć... Najlepiej mieć takiego, co to potrafi cię rozśmieszyć, ale też jak obiecuje, że przyjdzie, to przychodzi. A nie najpierw pozabawia, a potem znika jak kamfora. I kiedy ona pyta, co się stało, on odpowiada, że był strasznie zajęty. „No tak, był zajęty” – myśli ona, zamiast uświadomić sobie, że tak naprawdę on ma ją w dupie. I może nawet za miesiąc umówi się z nią i przyjdzie, ale pewnie dlatego, że żadna inna panienka z tych, które teraz bajeruje, nie będzie miała dla niego czasu. Mówię teraz dość okrutne rzeczy, ale może warto ich posłuchać, by nie cierpieć bardziej. Jest taka świetna książka „Nie zależy mu na tobie” Grega Behrendta i Liz Tuccillo, która pozwala uświadomić wszystkim babkom, że nie spotyka ich nic innego jak to, co spotyka też inne kobiety.

Spróbujmy w kilku słowach określić symptomy, na które warto zwrócić uwagę, żeby zdefiniować swój związek jako toksyczny? Toksyczny facet - zacznijmy od maminsynka. Czym się różni od mężczyzny, który ma dobre relacje ze swoją matką? Na przykład tym, że fajny facet, jeśli zobaczy, że matka jest niezbyt sympatyczna wobec jego dziewczyny czy, nie daj Boże, stałej partnerki, to zawsze weźmie stronę partnerki. Powie: „Przepraszam cię, mamo, ale to jest moja kobieta. Nie musisz jej kochać jak córki, ale powinnaś chociaż szanować“. Najgorzej jeśli facet nie tylko nie staje w twojej obronie, ale się wycofuje, mówiąc: „To wy sobie to między sobą załatwcie” albo wręcz: „Przeproś mamę, wiesz, jaka ona jest wrażliwa”. Maminsynek nie naraża się mamusi i nigdy się jej nie stawia. Przykre to bardzo, ale mamusie nie wychowują odważnych mężczyzn. To znaczy te, które wychowują maminsynków. One nie mogą uczyć ich odwagi, bo wtedy oni będą się im stawiać. Taki maminsynek dla świętego spokoju będzie też ulegał żonie. Ale po cichu zrobi swoje. Będzie zwodził, obiecywał…

A po wszystkim ładnie przeprosi i zamruga oczkami. Ależ jak on zamruga! Tak zamruga, jak rzadko kto. I ona przez lata będzie się nabierała na te jego oczka, aż dotrze do niej, że tylko oczka tak naprawdę od niego dostaje.

Bywają teściowe, które ciągle czegoś chcą: a to trzeba im coś naprawić, a to są chore. Gdzie leży ta granica, kiedy jest to za częste? Trzeba powiedzieć, że wiele dziewczyn kompletnie nie wie, gdzie leży ta granica. Gdzie jest współczucie, bliskość, serdeczność. Bo same tego nie zaznały. Ale jeśli jego matka jest serdeczna wobec ciebie, zwykle to czujesz i mówisz wtedy: „Jedź do mamy” albo „Chodź, razem pojedziemy”.

Jak się czuje partnerka maminsynka? A do dupy (śmiech). Czuje się, jakby miała w domu dziecko. Do tego kompletnie bezradne. Bo on zwykle nie wie, co w takiej sytuacji zrobić, chce z nią być, ale jakże ma ugryźć dłoń, która przez lata go karmiła?

I wszystko jest na jej głowie? Oczywiście. No, chyba że tego wszystkiego nie weźmie. No ale jak chce się popisać przed teściową, że jest świetną żoną, to weźmie. Tylko że jeśli naprawdę ma do czynienia z matką maminsynka, to ona i tak nie da się przekonać, bo swoje wie. Baba zabrała jej dziecko i koniec.

Czy opór wobec matki i więzi, która łączy ją z synem, może zmienić maminsynka? Moja pierwsza teściowa potrafiła zadzwonić do mnie rano z pytaniem, czy Pawełek zjadł śniadanie. Z tym że ona była dla mnie bardzo miła i ją lubiłam, ale te telefony i matkowanie dorosłemu facetowi było dla mnie bardzo przesadzone i śmieszne. Kiedy przynosiła mu kanapki, to pytałam, czemu mu nie pogryzła, bo miałby jeszcze łatwiej. Polecam książkę „Mężczyzna pozwala kochać. Głód kobiety” Wilfrieda Wiecka. Napisana przez maminsynka, który przeszedł metamorfozę. Dzięki drugiej żonie, która była mądrą kobietą, bardzo wyraźnie stawiającą granice i jak sam pisze – bezwzględną. Dokładnie wiedział, czego ona chce, co jej się podoba, a co nie. I to go uratowało, ona go uratowała. Niektóre feministki powiedzą teraz: „Czyli znów cała robota spada na nas”. No a kto jak nie my ma to zrobić? Ja tam się bardzo dobrze czuję z tym, że jestem mądrą kobietą, oczywiście wolałabym, żeby mój facet też był mądrym facetem, ale skoro tak nie jest, to co mam zrobić?

Ale umówmy się: rzadko się zdarza, żeby spotkało się dwoje zdrowych, dorosłych i mądrych ludzi. Choć się zdarza. Tacy ludzie pochodzą ze zdrowych, ciepłych domów, w których drugiego się szanuje i kocha. Nie ma zbyt wielu takich domów. Czasem trafi się, że jedna osoba jest mądrzejsza i może podciągnąć drugą do swojego poziomu, jeśli ta ma wystarczająco dużo zasobów i motywacji. Ale większość to pogubieni w lesie Jaś i Małgosia.

Czyli toksyczny facet - maminsynek może się zmienić? Może, czasem sam bywa zmęczony dotychczasowym układem sił i pragnie tej zmiany. Mój mąż na przykład podziękował mi, że go uwolniłam od matki. Choć jakoś specjalnie na tym się nie skupiałam, po prostu jasno wyznaczałam granice jemu i jego mamie. Grałam z nią w antygrę. Polega to na tym, że idziesz za tym, co ona pozornie pokazuje. Na przykład teściowa szykowała dla nas stół tylko z dwoma nakryciami, a na pytanie: „No a ty z nami nie zjesz?“, odpowiadała, że nie, skąd, już się najadła, nie chce przeszkadzać. Wiele razy próbowałam ją nakłaniać do zmiany zdania, zapraszać, ale kiedy zobaczyłam, że to nie działa, powiedziałam: „Jeżeli nie chcesz przeszkadzać, to może idź do kuchni…”, i natychmiast usiadła z nami do stołu. Ludzie zwykle mówią: „O, ty to ostra jesteś”. Nie, ja po prostu wyciągam wnioski. Od dziecka czułam, że jeśli się o coś sama nie postaram, to prawdopodobnie nie będę tego miała. Bo dorosłych nie interesuje, czego chcą dzieci. Ich interesuje to, czego oni chcą od dzieci. Tylko przy niani mogłam być w pełni sobą.

Każdy chyba marzy o kimś, przy kim może być sobą. I nie musieć się starać. To pieprzone wieczne staranie się!

A ile się trzeba nastarać, by być z narcyzem... Narcyz to też toksyczny mężczyzna. Jest tak zajęty sobą, że nawet nie zwróci uwagi na to twoje staranie się. Jeśli go podziwiasz, to jeszcze jesteś potrzebna. A kiedy zaczynasz się zajmować sobą, następuje śmiertelna obraza i dostajesz po łapkach.

Ale na początku potrafi być uroczy i uwodzący? On nie uwodzi, a jedynie pokazuje: „Zobacz, kogo możesz mieć, jakiej dostąpić wspaniałości“. Jak w tym żarcie. Dziewczyna jest z chłopakiem na pierwszej randce i w pewnym momencie mówi: „Słuchaj, mam wrażenie, że ciągle mówisz o sobie“. On na to: „Przepraszam, zmieńmy temat i porozmawiajmy o tobie. Co o mnie myślisz?“.

No ale dlaczego dziewczyny i kobiety na to idą? Misiu, one się zwyczajnie łapią na wszystko. WSZYSTKO. Byle je ktoś chciał. Byle im się wydawało, że je chce. I zrobią dużo, żeby nie zobaczyć, jak on je chce, za jaką cenę je chce – cenę, którą one zapłacą. Co nie znaczy, że mężczyźni nie płacą ceny. Są przecież babki, które świetnie wiedzą, na co faceta rwać i czego od niego chcieć. Jeśli były od dziecka śliczne, wdzięczne i słodkie, to są wyedukowane w kwestii tego, co mogą w ten sposób zdziałać. Część traktuje więc seks bardzo instrumentalnie, a część bardzo go unika. Co może, ale nie musi znaczyć, że były też molestowane. A to są za trudne tematy, by je teraz w kilku zdaniach streścić. Dla osób, które tego nie doświadczyły, mogą być w ogóle niezrozumiałe. Ale ludzie wielu rzeczy nie rozumieją. Na przykład tego, jak można tkwić latami w toksycznym związku, gdzie jest facet, który obraża kobietę

W książce podajesz przykład dwóch myszek wrzuconych do beczki z wodą. Pierwsza męczy się, męczy, aż się utopi. Druga też się męczy, ale co jakiś czas dostaje patyczek, którego może się na chwilę uchwycić... ...i dostaje go bardzo nieregularnie. Raz po pięciu minutach, a raz po miesiącu. I ona ten miesiąc wytrzyma. Będzie się męczyć, ale wytrzyma. Przekładając to na związek: jeden facet zawodzi stale, umawia się i nie przychodzi. Ona się z nim pomęczy chwilę, ale ostatecznie odejdzie. Drugi facet najpierw umówi się z nią kilka razy i będzie przeuroczy, będzie ją bawił, komplementował i na koniec rzuci, że w sobotę zadzwoni. Ona czeka na darmo, wreszcie daje sobie z nim spokój. Aż tu nagle on znów dzwoni i obsypuje komplementami, kwiatami. I ona się cieszy: „Ach, jak cudownie, że się w końcu odezwał“. Nie dotrze do niej, że ją zawiódł i jeszcze nieraz zawiedzie. Nie mówię, że ona musi od razu go skreślać, może z nim co jakiś czas wyjść, nawet iść do łóżka, pod warunkiem że wie, że do poważnego związku on się nie nadaje, bo to toksyczny facet. Ja w ogóle zachęcam dziewczyny, żeby spotykały się z wieloma facetami, niekoniecznie z nimi jednocześnie sypiały, ale chodziły na randki, do kina, do knajpy. Żeby tak się strasznie nie nastawiały na tego jedynego, co ma im do końca życia wystarczyć i poza którym świata mają nie widzieć. I jeszcze się starać, żeby się nimi nie znudził.

Wracając do naszych typów, z tego, co mówisz, narcyz niewiele różni się od maminsynka. Bo znów wszystko jest na twojej głowie. I nie jesteś ważna. Choć dla maminsynka możesz być ważna, zwłaszcza gdy mamusi zabraknie, dla narcyza – nigdy. Dla niego ludzie nie są ludźmi, tylko cieniami. Jesteś najwyżej jego poduszeczką, wózeczkiem, na którym on jeździ.

Strasznie smutne musi być życie takiego narcyza. Owszem, ale ponieważ on jest bardzo zajęty sobą, a jeszcze może być do tego inteligentny, ładny i odnosić sukcesy, to w taki sposób tego nie odczuwa. Choć może być bardzo nieszczęśliwy, jeśli się nim nie będą zachwycać. Może wręcz znienawidzić ludzi.

Czyli jest jednak zależny od tych cieni. Ależ oczywiście, i to bardzo. Jeśli sama jesteś narcyzką i wspólnie dbacie o swój wizerunek, może wam być razem bardzo dobrze… Co się dziwisz? Nie widziałaś takich par, dwojga zapatrzonych w siebie narcyzów? A bo to wszystkie dziewczyny są normalne? One są tak samo pokrzywione jak faceci. Też bywają córeczkami tatusia lub mamusi, narcyzkami, egocentryczkami, psychopatkami... Jest oczywiście jakaś pula względnie normalnych i względnie zdrowych dziewczyn, tak jak i mężczyzn.

Przyznam, jest w tym jakaś sprawiedliwość, jak narcyz trafia na narcyzkę, a psychopata na psychopatkę. Tylko wtedy oboje muszą się ustawić w tym samym kierunku. On będzie prezydentem, a ona panią prezydentową, jak w „House of Cards“. I tak dochodzimy do kolejnego typu: toksyczny mężczyzna - psychopata i bardzo podobny do niego charakterologicznie socjopata. Na tle innych wyróżnia ich to, że nie znają uczuć wyższych. Z tym, że socjopatia to coś, co zostało wykształcone w trakcie wychowania lub raczej jego braku, a psychopatia to, jak wskazują badania, cecha, którą się ma już od urodzenia.

Czym pociąga toksyczny mężczyzna - psychopata? On wie, czego chce i jak ma to dostać. Postrzega innych ludzi, inaczej niż narcyz, jako tych, od których można dostać wszystko, co tylko się chce. Pod warunkiem, że się ich dobrze zażyje. A on świetnie wie, jak ich zażyć, bo psychopaci to często bardzo inteligentne osoby. Psychopaty nic nie boli, więc nie bardzo przejmuje się bólem innych. Dlatego może cię zwyczajnie wykorzystać. Ma władzę nad tobą i się nią upaja.

Umie być uroczy? Kupić kwiaty, recytować wiersze? Na początku tak. Potem odbierze sobie to, co zainwestował, i to w trójnasób. Jego nie da się zreformować, narcyza zresztą też. Przy narcyzie możesz tkwić, pod warunkiem że za bardzo cię nie niszczy i masz z nim jakieś wspólne cele, a razem łatwiej będzie wam je zrealizować. Natomiast psychopata cię zeżre. I powie jeszcze, że mało albo że byłaś żylasta.

Przy psychopacie czujesz się... ...jak ścierka. On jest właśnie tym, co daje te patyczki.

W książce piszesz: „w związku z psychopatą kobieta próbuje być idealna, cały czas pokazać się z dobrej strony, nie mówi, że czegoś nie zrobi czy nie ma na to ochoty, bo boi się jego reakcji“. Bo wtedy on huknie albo fuknie, albo złośliwie powie: „Nie no, ja myślałem, że ty jesteś wrażliwsza”. I jeśli ona nie jest pewna siebie, to strasznie się tym przejmie. Na dodatek często odcina ją od znajomych i przyjaciół, bo mu się nie podobają lub nie lubi, jak ona spędza bez niego zbyt dużo czasu, a tak naprawdę chce mieć nad nią kontrolę. Już on zadba o to, żeby być całym jej światem, a potem nie będzie miała komu się pożalić. W związku z psychopatą charakterystyczne jest też wieczne poczucie winy i przekonanie, że to z tobą jest coś nie w porządku. W takiej relacji kobieta traci swój blask, więdnie. Ile znasz pięknych kobiet, które przy mężusiu ledwo nogami powłóczą? On rośnie w siłę i muskulaturę, a one marnieją, tak jakby wysysał z nich życiową energię. I zostają tylko odruchy: wstać, uprać, kupić, ugotować, odwieźć dzieci, wyprasować mu koszulę.

Może zatem jeśli ktoś mówi ci, że więdniesz w tym związku – posłuchaj go i zastanów się, czy nie jesteś z kimś, kto cię niszczy. Oczywiście taka kobieta, żeby uratować iluzję, w której żyje, może sobie powiedzieć: „Mówi tak, bo mi zazdrości“, może też tak powiedzieć jej partner: „Nie słuchaj koleżanek, popatrz, jak na mnie lecą, przecież ja w każdej chwili mógłbym zamienić cię na każdą z nich” i ona czuje, że to prawda. Bo ani w szkole, ani w domu nikt nie zaszczepił jej nawyku myślenia o sobie ani dbania o siebie. Ma być zwierzątkiem, które jest na usługi.

A jaki jest ten normalny, nietoksyczny partner? Przede wszystkim jest wystarczająco miły, spokojny, zapobiegliwy, inteligentny i pracowity. Żaden heros czy George Clooney. Po prostu zwykły Grzesiek albo pan Czesiek.

A ty przy nim czujesz się jaka? W porządku, zwyczajna. Dobry związek to taki, w którym czujesz się normalnie, przeciętnie. Nie jesteś księżną Monako. I z tym najtrudniej się pogodzić. Że nie zabrał cię do Paryża i nie obsypał różami z helikoptera. Dlaczego babom tak się Grey podobał? Bo był przystojny i nieziemsko bogaty. A ona czuła się przy nim zawsze wyjątkowo.

To pragnienie wyjątkowości pcha nas tak w ramiona toksycznych kochanków? Samo pragnienie nie jest takie szkodliwe, tyle tylko że nie można czuć się wyjątkowo cały czas. Fajnie, jak mamy to od święta i umiemy się wtedy tym nakarmić, by starczyło też na ten czas, kiedy czujemy się zwyczajnie. A zwyczajnie znaczy bezpiecznie, normalnie, spokojnie, średnio, po prostu dobrze. Dużo ludzi nie zna tego stanu w ogóle, a te kobiety, które znają chaos uczuciowy lub lęk, nawet nie wiedzą, jak w nim można chcieć być, bo to dla nich nudne. Na szczęście można się tego nauczyć.

Jak rozpoznać, czy jesteś w dobrym, a nie toksycznym związku?

  • czujesz się psychicznie bezpieczna, co nie oznacza, że jesteś szczęśliwa 24 godziny na dobę, że nie ma kłótni i momentów samotności, tylko że ogólnie odczuwasz przy partnerze bezpieczeństwo emocjonalne;
  • możesz pokazywać swoje emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, możesz mówić prawdę, nawet jeśli jest ona dla partnera niemiła, nie boisz się, że go stracisz, umiesz się przed nim pokazać taka, jaka jesteś;
  •  czujesz się wartościowa, oczywiście czasami popełniasz błędy i nie jesteś idealna, ale twój rdzeń – poczucie bycia ważną – się nie zmienia;
  •  wasza relacja jest stabilna, nie chodzi o to, że zawsze odczuwacie fascynację, zazwyczaj jest „średnio“ z ewentualnymi romantycznymi momentami, ale na pewno nie ma w waszym związku skrajności;
  •  umiecie rozmawiać o kryzysach i przyznać się, jeśli coś się wypaliło, nie lubicie zadawać sobie bólu i się niszczyć, a kiedy uznacie, że związek nie czyni was szczęśliwymi, umiecie rozstać się po koleżeńsku;
  •  masz swoją wolność: możesz wychodzić z koleżankami, możesz zostawić z nim dzieci i spędzić czas tylko we własnym towarzystwie, pozwalasz też partnerowi na kontakty z innymi ludźmi i rozumiesz, że on także musi czasem samotnie spędzić czas, ludzie często i chętnie do was przychodzą, bo dobrze się czują w waszym towarzystwie;
  •  w waszym domu jest dobrze z finansami, nie chodzi o luksus, ale o to, że nikt nikogo nie utrzymuje, każdy ma własne pieniądze, lub macie je wspólne i od czasu do czasu robicie sobie jakieś miłe prezenty;
  •  masz ochotę dbać o siebie, czasem założyć szpilki, pomalować na czerwono usta, czujesz się lekko i dobrze także fizycznie;
  •   związek jest tylko częścią twojego życia, nawet jeśli najważniejszą.
Toksyczny mężczyzna to niestety pułapka, z której trudno się uwolnić. Tacy partnerzy tylko z pozoru wydają się idealni, w rzeczywistości jednak niszczą psychicznie i emocjonalnie, wypalają od środka. Powyżej Katarzyna Miller pomogła znaleźć odpowiedź na to, kiedy i dlaczego facet jest toksyczny oraz jak go rozpoznać, ale żeby zerwać taką relację, kobieta musi znaleźć na to siłę – choćby i z pomocą psychoterapeuty, przyjaciół czy rodziny.

Źródło: Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska, „Instrukcja obsługi faceta”, Wydawnictwo Zwierciadło 2017