1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. On, ona i rak. Rozmowa z Joanną Górską i Robertem Szulcem

On, ona i rak. Rozmowa z Joanną Górską i Robertem Szulcem

Podczas wielomiesięcznego leczenia onkologicznego dziennikarka Joanna Górska i jej życiowy partner, podróżnik Robert Szulc, nauczyli się wiele o sobie samych, potędze myśli i sile miłości. O swoich doświadczeniach opowiadają w książce „Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem”. (Fot. Aneta Zamielska, materiały prasowe)
Podczas wielomiesięcznego leczenia onkologicznego dziennikarka Joanna Górska i jej życiowy partner, podróżnik Robert Szulc, nauczyli się wiele o sobie samych, potędze myśli i sile miłości. O swoich doświadczeniach opowiadają w książce „Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem”. (Fot. Aneta Zamielska, materiały prasowe)
Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono – podczas wielomiesięcznego leczenia onkologicznego dziennikarka Joanna Górska i jej życiowy partner, podróżnik Robert Szulc, poznali do głębi przesłanie Wisławy Szymborskiej. Opowiadają, czego ten czas ich nauczył. O sobie samych, o potędze myśli i o sile miłości.

Mężczyźni często wymagają od kobiet tego, czego od siebie, czyli panowania nad uczuciami. Myślę, że trudno im, kiedy partnerka zachoruje, bo nie dają sobie rady z własnym cierpieniem i lękiem, a tu jeszcze ona płacze...
Robert Szulc: Zacznę może od początku, czyli od tego, jak trzy lata temu podczas urlopu na Gran Canarii Joasia wyczuła u siebie mały guzek na granicy pachy i piersi. Wynik biopsji zrobionej zaraz po powrocie do kraju był bardzo zły. Kolejna biopsja wykazała, że guz jest wyjątkowo agresywny i „ujemny”, czyli nie wiadomo, na jaki rodzaj terapii zareaguje. Jestem podróżnikiem i blogerem. Normalnie spędzam poza domem 200 dni w roku, ale wtedy wszystko to od razu zostawiłem, bo leczenie Joasi było najważniejsze. Wiedziałem, że to będzie wojna! I była.

Na pewno ma pani rację, że mężczyznom w takich sytuacjach jest trudnej, bo raczej nie okazują emocji. A przez 10 miesięcy leczenia było ich naprawdę dużo i musiałem sobie z nimi radzić. W trakcie tej walki z „dziadem”, jak nazwaliśmy raka, robiłem dużo marszobiegów, żeby odciążyć psychikę i zmęczyć się fizycznie. Kiedy czułem, że wszystkiego było za dużo, ruszałem przed siebie. A gdy docierałem w jakieś ustronne miejsce, gdzie nikogo nie było, krzyczałem, przeklinałem, wyrzucałem z siebie skumulowane emocje.

Znalazł pan męski sposób na poradzenie sobie z emocjami. A czy pani mogła się wypłakać?
Joanna Górska: Razem doszliśmy do wniosku, że o ile można wykrwawić się na śmierć, to nie można się na śmierć „wyłzawić”. A stawianie tamy emocjom prowadzi do tego, że prędzej czy później wybuchną ze zdwojoną siłą. Kiedy potrzebowałam się wypłakać, Robert w jakiś sposób to wyczuwał, przytulał mnie i głaskał po głowie. Czasem też razem płakaliśmy. Tak bezgłośnie, po prostu leciały nam łzy. Nazywaliśmy to „płaczem duszy”. Robert wiedział też, kiedy powiedzieć: „dość”, „opanuj się, cel jest tak blisko!”. A podczas wojny z „dziadem” przekonałam się, że myślenie wpływa na cały organizm! Na morfologię! Okazało się, że siłą myśli mogę wywołać nawet bóle przerzutowe. Pamiętam, jak strasznie zaczęła mnie boleć łopatka i nie mogłam ruszać ręką. Byłam pewna, że to przerzuty. Ból minął, gdy tylko zobaczyłam wyniki badań mówiące o tym, że tych przerzutów nie ma.

Skąd pan wiedział, kiedy przytulić, a kiedy powiedzieć: „weź się w garść!”?
R.S.: Prawdziwa miłość nie może być powierzchowna. Jeśli zna się tego, kogo się kocha, to po prostu wie się, kiedy podawać chusteczki, a kiedy powiedzieć: „dość”, żeby rozpacz nie zniszczyła chęci życia. Ponieważ myślenie Joasi stawało się negatywne, kiedy na przykład czytała internetowe fora o raku, pilnowałem, żeby tego nie robiła. Jest tam dużo bzdur i sporo złych wiadomości.  Czasem wystarczyła sama statystyka, żeby pojawiły się złe myśli... Podczas tych miesięcy dowiedziałem się, jak bardzo Joasia potrzebuje, żebym okazywał jej uczucia, choć przecież jest dzielną kobietą. Taką moją siłaczką! Przez lata nieraz widziałem, jak podejmowała się trudnych zadań, szła do przodu i nie potrzebowała nikogo do pomocy. Ale kiedy zachorowała, okazało się, że jednocześnie jest bardzo krucha i potrzebuje czułości, miłości oraz empatii.

W państwa książce „Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem” przejmujące są opisy skutków ubocznych leczenia chemią: ból, mdłości, utrata czucia w kończynach... A potem była jeszcze operacja i  radioterapia. Czy wcześniej zdawała sobie pani sprawę, że ma aż tyle siły?
J.G.: Jestem przekonana, że jesteśmy na tyle silni, na ile czujemy się kochani! A ja czułam się kochana i akceptowana. Nie poznawałam siebie w lustrze, przytyłam kilkanaście kilogramów, od sterydów byłam spuchnięta jak parówka, miałam kark kibola i cztery brody. W ustach zrobiły mi się koszmarne rany, odchodziły mi paznokcie, ale Robert całował mnie w łysą głowę i mówił, że pięknie wyglądam. Moja siła brała się także z tego, że jestem mamą. Kacper i Robert to moje fundamenty, trzymali mnie przy życiu. Pamiętam, jak w święta Bożego Narodzenia byłam pewna, że niebawem umrę. Miałam już dość cierpienia. Chciałam, aby to były najpiękniejsze święta w historii, przystroiłam dom i gotowałam jak szalona. Dwa razy tyle jedzenia co zazwyczaj, żeby chłopcy mieli co jeść na wypadek mojej śmierci. Robert od razu zorientował się, co się dzieje. Pozbierał mnie, kiedy się zupełnie rozsypałam.

Odkryła więc pani podczas walki z „dziadem”, że można oprzeć się na mężczyźnie. Współczesne kobiety cenią sobie samodzielność. Ona zdaje się być dla nas gwarantem wolności. Zakładam, że nie było to proste.
J.G.: Okazało się, że nie muszę wszystkiego robić sama, że mogę poprosić o pomoc i nie potrzebuję się tego wstydzić. Robert wziął na siebie właściwie wszystko, ja mogłam się skupić na zdrowieniu. To było dla mnie bardzo ważne! U lekarzy graliśmy w złego i dobrego policjanta, Robert się kłócił, ja przepraszałam… czasem inaczej się nie dało. Robert ogarniał też domowe życie, zawoził Kacpra do szkoły i na treningi. Wcześniej była ze mnie Zosia Samosia, myślałam, że sama najlepiej wszystko załatwię, sama dam sobie radę. Nikt nie musi mnie w niczym wyręczać. Nikogo nie potrzebuję. Choroba to był przełom, zobaczyłam, że sobie nie poradzę. Wiem, że jesteśmy silni, ale razem, silni sobą. I nawet gdyby „dziad” wrócił, to damy radę!

A czego dowiedział się pan o sobie podczas tej walki? Wielu mężczyzn w takiej sytuacji rejteruje, zostawia chorą kobietę.
R.S.: Mężczyźni często mają problem, jeśli czegoś nie rozumieją lub nie potrafią sobie z jakąś sytuacją poradzić. Nikt nas przecież nie uczy, jak zachowywać się w trudnych sytuacjach czy  opiekować się ciężko chorą osobą… To nie jest łatwe, ale absolutnie do opanowania. Z pewnością pomaga wychowanie, doświadczenie w radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami i prawdziwe uczucie do drugiej osoby. Kiedy Joasia zdecydowała się ujawnić publicznie, że jest chora, i napisała, że beze mnie nie dałaby sobie rady, skontaktowało się ze mną mnóstwo facetów. Pytali, jak postępować z kobietą chorą na nowotwór. Jak opiekować się kimś, kto ma tak zniszczony chorobą organizm, że nie jest w stanie nawet chodzić? A dodatkowo jej hormony szaleją, nie może zapanować nad emocjami, nad tym, co robi i co mówi. Odpisywałem im, że to wszystko minie. Powtarzałem, że trzeba to przeczekać i wspierać lub po prostu być, i jeśli się kocha, to można znieść bardzo dużo.

Wpisał pan we współczesny etos męskości opiekę nad chorą?
R.S.: Pisałem też, że przede wszystkim muszą zadbać o „silną głowę” partnerki. Bo jeśli choć na chwilę, się zachwieje, to wiara w skuteczność leczenia będzie słabła i może się to przekładać na przykład na gorszą morfologię, a tym samym na przerwę w leczeniu... Miałem swój sposób na budowanie silnej psychiki Joasi. Przygotowywałem dla niej program motywacyjny tak jak dla klientów biznesowych. Stosowałem strategię małych i dużych celów, które prowadzą do tego celu największego, czyli wyzdrowienia. Motywowałem ją na przykład tym, że jeśli będzie dzielna, to pojedziemy na Seszele. Na początku było to dla niej czystą abstrakcją. Bardzo cierpiała po każdej chemii, ale cały czas wrzucałem jej takie małe haczyki: „będziemy na tej plaży”, „popłyniemy do tamtej rafy”, „obejrzymy tamten wodospad”... I tak w kółko mówiłem o naszej wyprawie, aż w końcu uwierzyła w to, że tam polecimy. I zrobiliśmy to! Wylecieliśmy kilka dni po czternastej chemii, a po powrocie Joasia miała świetne wyniki krwi! To dowód na to, że podróże działają terapeutycznie. A ja „leczę podróżami” i pewnie dlatego znajomi nazywają mnie Doktor Szulc (śmiech).

No właśnie, nie protestował pan, kiedy zaraz po inwazyjnym i bolesnym zabiegu umieszczenia metalowej płytki w guzie pani Joanna chciała jechać do Świętej Lipki.
J.G.: Musiałam tam pojechać koniecznie jeszcze przed rozpoczęciem chemioterapii. Pierwszy wlew miał być następnego dnia. Jestem z Mazur i kiedy byłam dzieckiem, jeździliśmy z rodzicami do Świętej Lipki bardzo często. Pamiętałam, że to miejsce dawało mi bardzo dużo spokoju. Miałam właśnie założony znacznik w guza i byłam tak mocno owinięta bandażem, że aż bolały mnie żebra – uparłam się jednak, że musimy tam pojechać. Kiedy już po północy wróciliśmy do Warszawy, czułam, że jestem gotowa na chemię. Robert przez cały czas robił właściwie wszystko, o co go poprosiłam. Organizował, załatwiał i nie  pytał, po co mi to. Miało to dla mnie ogromne znacznie.

Czy pan na tej wojnie coś dla siebie zyskał?
R.S.: Ciężko mówić o zyskach i stratach. Z pewnością wiem, że jestem w stanie poradzić sobie w trudnych sytuacjach. Wiem, jaka jest siła prawdziwych uczuć i że łączy nas naprawdę piękna więź. Razem przetrwamy wszystkie trudne chwile. I właśnie głównym przesłaniem naszej książki jest to, że razem łatwiej jest sobie poradzić z chorobą, że wsparcie drugiej osoby to podstawa skuteczności leczenia. Dlatego akcja społeczna, którą teraz organizujemy, ma hasło: „Silni sobą”. Myślimy dziś, że nasze chorowanie i piekielnie ciężkie leczenie było po to, żebyśmy mogli pomagać innym. Jeśli możemy kogoś zainspirować, komuś okazać wsparcie lub pomóc tą historią – to jesteśmy szczęśliwi.

Polecamy: 'Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem', wyd. Burda Polecamy: "Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem", wyd. Burda

Joanna Górska karierę dziennikarską rozpoczynała w lokalnych mediach, od 2011 roku związana z telewizją Polsat News, w której jest wydawczynią i gospodynią „Informacji”, a także programu „Nowy dzień”.

Robert Szulc z zawodu politolog, z wyboru podróżnik. Realizuje pomysł okrążenia świata „na raty” – w ciągu pięciu lat zamierza odwiedzić 100 państw i poznać 100 osób, które kochają swoje miejsce na Ziemi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Kobieta wyzwolona i domator – jak się rozwijać w związku, kiedy się różnimy?

Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Wyobraźmy sobie, że kobieta z tego przykładowego związku jest osobą aktywną, ciągle coś wymyśla, jeździ, poznaje, rozpoczyna. Mężczyzna, który traci dla niej głowę, to domator, lękający się zmian. Zachwyca się, że ona jest taka ruchliwa i sobie fantazjuje, że będzie wspaniałą żoną, matką i będą tworzyć cudowne domowe ognisko.

Na początku, kiedy jest jeszcze fascynacja, zazwyczaj wszystko idzie gładko. Kobiecie przez chwilę odpowiada klimat domowy, a mężczyzna od czasu do czasu daje się namawiać na wypady za miasto. W wersji idealnej, gdyby mieli dość siły wewnętrznej, on mógłby odkryć w sobie chęć większego działania w strefie erosa - dostać skrzydeł i robić rzeczy, których sam nigdy nie miał śmiałości nawet zacząć. Z kolei kobieta mogłaby odkryć, że nie musi być zawsze silna i działająca, tylko czasem może usiąść sobie w fotelu albo zrobić pyszny makaron i odczuwać z tego powodu radość i odprężenie. Taki rozwój wypadków w życiu nie zdarza się jednak często. Można założyć, że ten układ po fazie zakochania będzie przechodził kryzys. Jeżeli mężczyzna nie będzie w stanie przejść swojego progu na to, żeby być bardziej aktywny ani też nie zmusi kobiety, żeby była bardziej bierna, zacznie się między nimi walka.

Takie trudności są czasem nie do pokonania. Może się okazać, że dla mężczyzny z naszego przykładu ten związek jest za słabą siłą, żeby zaczął działać. Nie wyrwie go z poczucia, że on się nie nadaje się do ekspansji. Może został wychowany w rodzinie, w której ojciec był całkowicie podporządkowany matce. Jego kobieta też wcale nie musi się pod jego wpływem uspokoić. Może w jej rodzinie i matka, i wszystkie babki były aktywne. Za tym zwykle kryje się jawna lub ukryta krytyka przeciwstawnego modelu. Kobieta mogła słyszeć coś takiego - „Żebyś nie była taka jak ta Kryśka, co już z trzecie dziecko ma i nic z życia, zobaczysz, jak skończysz tak jak ona, to facet cię wystrychnie na dudka a ty będziesz siedziała w domu w garach”. Cały system takich przekonań rodzinnych, ale też kulturowych skutkuje ograniczeniami, które blokują, ograniczają nasz rozwój. Jeśli dla mężczyzny z naszego przykładu ważne jest, by zacząć działać na zewnątrz, jest duża szansa, że gdy rozstanie się z tą, za chwilę zakocha się w podobnej kobiecie. Pozna ją, kiedy właśnie u cioci lepi pierogi ale za chwilę oświadczy mu, że wybiera się w podróż dookoła świata. To będzie jego kolejne podejście i może się okazać, że jest ono łatwiejsze niż poprzednie, bo będzie już w innym punkcie swojego rozwoju.

Co robić, kiedy wchodzimy w fazę trudności, konfliktów i nasz związek zaczyna wyglądać beznadziejnie? Gdy nie ma energii, aby zmienić związek, ani żeby z niego wyjść, pojawia się stan depresji albo zaczynamy szukać innego partnera lub partnerki. Czasem różnica między ludźmi jest za duża a indywidualne progi za wysokie, żeby w danym związku coś się dopełniło. W każdym jednak czegoś się uczymy, coś integrujemy. Bo to, na jakiego trafiamy partnera, zależy od tego w jakim punkcie rozwoju jesteśmy. Czasami warto jest dopuścić do siebie myśl, że to nie partner jest paskudny, tylko może to, co mnie w nim denerwuje, jest dla mnie czymś ważnym. Może warto zastanowić się dlaczego dostaję szału, bo on tylko ciągnie mnie do łóżka. Może uważam, że w życiu powinnam tylko poświęcać się rodzinie i w związku z tym daję dużo przestrzeni na wymiar miłości zwany caritas, a seks zaniedbuję? Taki kierunek myślenia jest najbardziej rozwojowy, ale także najtrudniejszy, bo konfrontuje nas z naszymi kompleksami, ograniczeniami. Zmusza nas do tego, żebyśmy zrobili coś więcej niż tylko zmienili partnera. Do takiego myślenia zachęcałabym w sytuacji, kiedy podobny układ powtarza nam się w kolejnym związku.

Czasem jest tak, że potrzebujemy innego partnera, bo z obecnym już niczego nowego, ważnego dla nas nie doświadczymy. Podam przykład. Wchodzę w związek z mężczyzną, który odkrywa przede mną wspaniały świat seksu i jest mi cudownie. On natomiast poznaje przy mnie co to znaczy być kochanym, zaopiekowanym, wspieranym. Przez jakiś czas wszystko jest super, ale nagle stwierdzam, że to już, że on nic więcej przede mną nie otworzy, a ja też nie mam mu już nic więcej do dania. To jest ten moment, że pewne jakości się dopełniają i albo pojawi się coś nowego, co będziemy odkrywać w tym związku, albo zaczną nas fascynować inni partnerzy. Cały czas mówimy o wymiarach indywidualnych, natomiast pozostaje jeszcze pytanie jak to działa w związku jako całości, bo pewne obszary są wspólne dla nas obojga. Często pary mówią - my to uwielbiamy się kochać, czyli dla nich ważny jest seks, inni - największym sensem naszego życia są dzieci, co oznacza, że nacisk kładą na caritas. To są wymiary, w których oboje czujemy się komfortowo, natomiast zawsze są też takie, które dla nas obojga są trudniejsze. Kiedy jest kryzys w związku, warto się zastanowić co się dzieje w tych obszarach, których w naszym życiu nie ma lub które są najsłabiej reprezentowane.

Często jednak latami tkwimy w jakimś jednym schemacie i potrzeba poważnego kryzysu, żeby to zauważyć. I czasami jest już za późno, bo jedna ze stron nie chce już niczego. Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, fajnie mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. Umieć stanąć za sobą. Często jest tak, że blokujemy się, myślimy – nie ma co o tym mówić, on i tak mnie wyśmieje, nie zrozumie, to wcale nie ważne. Niemożliwe jest przecież, żebyśmy zostawili dzieci i pojechali na weekend nad Biebrzę albo cały dzień spędzili w łóżku. A dlaczego nie?

  1. Seks

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ale śpimy w oddzielnych łóżkach

Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Typowa reakcja na osobne sypialnie małżonków wygląda mniej więcej tak: „Śpicie oddzielnie? Wyrazy współczucia! Już po miłości!”. My tymczasem mówimy: Chcecie się kochać? Rozdzielcie się na noc.

- To koniec! My już ze sobą nawet nie sypiamy – powiedziała Marta, kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego gabinetu. Obawiała się kryzysu w swoim, skądinąd udanym od pięciu lat, małżeństwie.

Zapytałam, od jak dawna nie uprawiają seksu.

– Nie, seks wciąż jest, teraz nawet lepszy niż na początku. Chodzi o co innego: mamy osobne sypialnie – odpowiedziała. – Od jakiegoś czasu chodziłam niewyspana, bo Mateusz strasznie chrapie. Nie pomagało przewracanie go na bok ani gwizdanie. Niemal każdej nocy budziłam się kilka razy z rzędu. Ja miałam podły humor, on czuł się winny. W końcu jednego wieczora przeniósł się na kanapę do salonu. A ja po miesiącu rzuciłam pomysł, że może kupię sobie pojedyncze, wygodne łóżko, takie, o jakim zawsze marzyłam, i wstawię je do swojego gabinetu. Miałabym swój oddzielny kąt... Pracuję w firmie, ten gabinet to bardziej zachcianka niż konieczność. Jednak w głębi duszy liczyłam, że Mateusz będzie protestował. Pamiętam, jak na początku małżeństwa uwielbialiśmy zasypiać przytuleni ,,na łyżeczkę”. Tymczasem on stwierdził, że to świetny pomysł! Nawet pomógł mi wybrać łóżko.

Spytałam, czy czuje się szczęśliwa w swojej sypialni. Marta powiedziała, że tak. Nigdy nie miała własnego pokoju. W domu rodziców dzieliła go ze starszą siostrą, w wynajętym mieszkaniu ze współlokatorką, a po ślubie – z mężem.

– Uwielbiam swoje nowe łóżko, mogę mieć wreszcie jedwabną pościel, której Mateusz nie znosi, mogę czytać do późna w nocy i nikt nie gdera, żebym zgasiła światło. Mateusz zasypia sobie przy włączonym telewizorze, z laptopem na kołdrze, ale… kiedy mówię koleżankom, że mamy osobne sypialnie, twierdzą, że to koniec małżeństwa – przyznała.

No tak, w końcu ślub to obietnica dzielenia łoża, stołu i konta w banku. Tylko dlaczego jakoś nie przeszkadza nam, że jadamy osobno obiady na mieście? Oddzielne konta w banku też nie budzą niepokoju, ale pragnienie rozdzielonych sypialni jednoznacznie kojarzy się z kryzysem związku. Może niesłusznie?

Razem czy osobno?

Spanie w jednym łóżku stało się modne dopiero pod koniec XIX wieku, podczas rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się w zatłoczonych miastach i żyć w małych mieszkaniach, ale ostatnio zwyczaj ten jest coraz bardziej démodé. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy projektanci domów, którzy coraz częściej dostają zamówienia na projekty osobnych sypialni, do tego każdej w innym stylu. W recepcjach sieci najbardziej eleganckich hoteli do dobrego tonu należy pytanie małżonków, czy życzą sobie jeden czy dwa pokoje. Profesor Humphrey Klinkenberg z kliniki Sleepwise w Wielkiej Brytanii twierdzi nawet, że wspólna sypialnia to nieraz pierwszy krok do rozwodu. I nie chodzi jedynie o to, że widok ukochanej kobiety z maseczką na twarzy może na dobre uśpić męskie zmysły, ale raczej o dynamikę snu. Okazuje się bowiem, że kobiety i mężczyźni śpią inaczej.

My – genetycznie zaprogramowane do lekkiego snu, by wstać do płaczącego niemowlęcia – wybudzamy się częściej i nawet drobny szmer może nas postawić na nogi. Panowie nie mają takich problemów. Chrapanie – bardziej męska domena, może ograbić nas z 70 minut snu każdej nocy, co tygodniowo daje 8 godzin. Zbyt wąska wspólna kołdra, przeciągana w nocy raz na jedną, raz na drugą stronę łóżka, to kolejny argument za rozdzieleniem łoża. No i mamy jeszcze całkiem odmienne przyzwyczajenia. On lubi oglądać w łóżku telewizję, ty chcesz spać przy włączonej lampce. Ty lubisz temperaturę w sypialni nie wyższą niż 18 stopni, on jest zmarzluchem – i awantura gotowa.

Na straży udanego seksu

Co z seksem, gdy odgradzają nas ściany, drzwi, korytarz? To pytanie trapi amatorów osobnych sypialni. Co z dzieleniem bliskości, intymności, szczerymi rozmowami ciągnącymi się do rana, zapachem ukochanego, który koi nerwy po ciężkim dniu? A kto powiedział, że do tego niezbędna jest wspólna sypialnia?! Z badań seksuologów wynika, że małżeńskie łoże to ostatnie miejsce, które zachęca do spontanicznego seksu. W sypialni kochamy się bardziej z poczucia obowiązku czy rutyny (w końcu mamy siebie pod ręką). Wspólne łóżko to często miejsce pracy (każde na swoim laptopie), telewizyjnych seansów, a także małżeńskich kłótni, kończących się ostentacyjnym odwróceniem do partnera plecami.

Polscy psychologowie na temat oddzielnych sypialni wypowiadają się raczej ostrożnie, twierdzą, że to dobry pomysł na chwilę, na przetrwanie małżeńskiego kryzysu. Tymczasem małżonkowie najczęściej, by czmychnąć ze wspólnego łoża, uciekają się do pretekstu. On: ,,Kochanie, dopóki mały przychodzi w nocy do naszego łóżka, będę spać na kanapie, bo wiesz, że w pracy muszę być wyspany”. Ona: ,,Kochany, wiesz, że nie znoszę zapachu piwa, może przeniósłbyś się na noc do gabinetu?”.

No cóż, można i tak, ale czy szczerość w związku nie jest ważniejsza od wspólnej kołdry? Po dwóch, trzech latach symbiozy w relacji – dobrowolnej emigracji na bezludną wyspę tylko we dwoje, gdzie ty, tam i ja, tworzenia wspólnej części związku – pojawia się naturalna potrzeba odzyskania niezależności, a w tym także posiadania własnej przestrzeni. Osobni znajomi, odrębne pasje, pojedyncze wypady za miasto – stają się doskonałą okazją, by zatęsknić za sobą nawzajem, a także mieć czym się podzielić z partnerem. Oddzielne sypialnie to właśnie chęć posiadania przestrzeni tylko dla siebie, zaspokajanie potrzeby wygody czy nawet realizacja dziecięcych marzeń spania w jedwabnej pościeli, której nie trzeba z nikim dzielić. A seks? Zapraszanie się do sypialni może być cudownym elementem gry wstępnej i popisem twórczych inwencji. Bywa, że niedostępność partnera budzi chęć przekory, staranowania drzwi…

Mąż gościem w sypialni? Czemu nie? Sytuacja staje się odświętna, inna, daleka od rutyny… Trochę tęsknoty też nie zaszkodzi miłości. Przypomnij sobie, z jakim apetytem rzucacie się na siebie, kiedy jedno z was wraca ze służbowego wyjazdu.

Własne kobiece ustronie

Jeśli szkoda ci tej bliskości, potrzebujesz czasem w nocy poczuć, że nie jesteś sama, a z drugiej strony kusi cię chęć posiadania prywatnego kobiecego ustronia – urządź sobie buduar z własnym łóżkiem i korzystaj z niego od czasu do czasu. Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi.

Tylko jak powiedzieć partnerowi, że chcesz spać osobno? Najpierw rozpoznaj tę potrzebę u siebie i zrozum pobudki, z jakich ona wynika. Jeśli pierwsza myśl, która się pojawia w twojej głowie, to: „Już dłużej nie chcę spać z nim w jednym łóżku”, może powinnaś zastanowić się nad terapią małżeńską. Kiedy zaś wizja własnego łóżka, kolorowych poduszek, pokoju urządzonego po babsku od dawna chodzi ci po głowie (nie bez myśli o zmysłowych przygodach z partnerem pośród zwiewnych koronek), po prostu powiedz mu o tym – otwarcie, szczerze, bez uciekania się do pretekstów. I spełnij swoje marzenie.

  1. Seks

Jak walczyć z egoizmem w sypialni?

Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Najlepsze relacje seksualne tworzą ci, którzy znają swoje pragnienia, potrafią o nich mówić i dążyć do ich realizacji, ale też umieją przesunąć je na drugi plan i skierować reflektor na potrzeby partnera. O tym, jak wiele złego może wyrządzić w sypialni źle rozumiany, przesadny egoizm mówi seksuolożka prof. Marią Beisert.

Co możemy zrobić, jeśli trafimy w łóżku na partnera, który myśli wyłącznie o sobie?
Jeśli jest to osoba narcystyczna, to trzeba mieć świadomość, że dla niej spojrzenie na seks czy związek z innej perspektywy niż własna może być niemożliwe. Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. To dwie strony tego samego medalu. Pakiet.

Jednak nie każdy, kto w łóżku myśli tylko o sobie, jest Narcyzem.
Oczywiście. Młodzi ludzie, którzy dopiero zaczynają życie seksualne, dość często w seksie biorą pod uwagę tylko siebie, bo wydaje im się niemożliwe, by druga osoba przeżywała coś innego. Swoje wyobrażenia o potrzebach partnera budują więc na tym, czego sami potrzebują. Ten problem wynika z braku wiedzy i jest bardzo prosty do rozwiązania – wystarczy zacząć się komunikować. Można mówić wprost: „ja potrzebuję tego i tego”, „lubię to i to”, „bawi mnie to i to” albo położyć rękę drugiego człowieka tam, gdzie trzeba, pokazać, jaki ruch ręką jest odpowiedni czy zmienić pozycję.

Niektórzy uważają, że seks z instruktażem jest gorszy.
Tak, tak, że jest mniej spontaniczny, obdarty z tajemniczości… To wynika z dość powszechnego, ale fałszywego wyobrażenia, że dobry seks jest wtedy, gdy dwie osoby rzucają się na siebie i osiągają orgazm w tym samym momencie. Nie muszą się dostosowywać, bo wszystko samo się układa, pasuje jak w puzzlach. Tyle że w życiu tak się zwykle nie dzieje, więc jeśli ludzie chcą mieć przyjemność w seksie, dobrze, by zaczęli komunikować swoje potrzeby.

A jeśli to pokaże, że pragną czegoś zupełnie innego? Na przykład jedno chce uprawiać seks bardzo często, a drugie bardzo rzadko. Kto ma ustąpić?
Wcześniejsze podejście terapeutyczne skłaniało się ku rozwiązaniu, by osoba o mniejszym temperamencie dostosowywała się do partnera, który ma większe potrzeby. Dzisiejsze wskazuje raczej odwrotny kierunek. Ja myślę, że wszystko zależy od kontekstu i tego, co dla każdego z partnerów oznaczałoby dostosowanie się do drugiej osoby. Jak duży koszt każdy z nich musiałby ponieść. Akurat kwestia różnych temperamentów jest jedną z najtrudniejszych do rozwiązania i, niestety, nie zawsze, nawet przy najlepszych chęciach obu stron, da się znaleźć dobre wyjście.

Porozmawiajmy więc o różnych poglądach na antykoncepcję. Powiedzmy, że mężczyzna chce, by kobieta brała tabletki, a kobieta woli, żeby stosowali prezerwatywy.
Trzeba się dowiedzieć, co stoi za każdą z potrzeb. Może na przykład kobieta woli prezerwatywy, bo boi się, że zapomni wziąć tabletkę i zajdzie w ciążę, ale ostatecznie daje się namówić na wysiłek związany z pilnowaniem regularnego przyjmowania leków, bo uznaje, że nie jest to wielkie poświęcenie. A może jest przeciwna antykoncepcji z powodów religijnych i branie pigułek byłoby dla niej rezygnacją z istotnych wartości.

Rozumiem, że dobra relacja seksualna wymaga tego, by wiedzieć, kiedy odpuścić, uznać: „To ustępstwo wiele by kosztowałoby mojego partnera, więc ja ustąpię, bo dla mnie to niewielki wysiłek”?
Tak. Taka elastyczność jest bardzo ważna. Nie chodzi jednak o rezygnację, która pojawia się wtedy, gdy ktoś w seksie rezygnuje z zaspokajania swoich potrzeb, bo czuje, że nie ma innego wyjścia, na przykład jest zależny od partnera ekonomicznie i sprzeciw mógłby oznaczać stratę dachu nad głową – to jest bardzo niszczące, rodzi bierną agresję i wielkie pretensje. Chodzi o akceptację, czyli sytuację, w której ktoś godzi się, by jego potrzeby nie były w danym momencie zaspokojone i nie doznaje z tego powodu krzywdy. Wie, że też coś na tym rozwiązaniu zyskuje. To jest zdrowa sytuacja.

Może pani podać przykład takiej akceptacji?
Pracowałam kiedyś z młodą parą. Jej zależało na seksie oralnym, na który on nie miał ochoty, a jemu na seksie analnym, który z kolei jej nie sprawiał przyjemności. Ostatecznie, trochę żartując, ustalili, że będzie na zmianę – raz seks oralny, raz analny. Oboje coś odpuścili, bo byli przekonani, że nagroda jest atrakcyjna, a koszt niezbyt wysoki. Oczywiście nie doszłoby do tego porozumienia, gdyby jedno z nich było skrajnym egoistą, bo dla takiej osoby każdy wysiłek jest zbyt duży do poniesienia. Miałam w przeszłości takiego pacjenta. Lubił, niby mimochodem, cytować swojego dziadka: „Nie rób nikomu dobrze, nie będzie ci źle”.

Co na to jego partnerka?
Najpierw skarżyła się na brak gry wstępnej, bo mąż bardzo szybko się podniecał, dążył do penetracji, miał szybko orgazm i od razu kończył wszelkie działania. W końcu odeszła do innego mężczyzny. Mąż miał szansę, by temu zapobiec, ale nie chciał się zgodzić na żadne modyfikacje kontaktów seksualnych. Mówił, że nie chce ingerować w naturalną reakcję swojego organizmu i na propozycję, by tuż po orgazmie starał się jak najszybciej doprowadzić do kolejnego stosunku, odpowiadał: „Ja już wtedy nie mam ochoty i nie będę się zmuszał!”.

Nadal wielu jest mężów, którzy sądzą, że kontakt seksualny służy głównie zaspokojeniu potrzeb mężczyzny?
Jest ich coraz mniej, ale to oni najgłośniej krzyczą, że współczesne kobiety powariowały, bo mają jakieś życzenia i żądania w seksie. Są zaskoczeni, że mieliby się do czegokolwiek w łóżku dostosowywać. Kiedyś mężczyzna nadawał kobiecie wyższy status, czynił ją na przykład panią dyrektorową, i oczekiwał, że w zamian dostanie seks na swoich warunkach. Ale dziś ona może odpowiedzieć: „Co z tego, że ty mnie czynisz panią dyrektorową, skoro ja cię czynię panem profesorowym?”. Nie każdy mężczyzna potrafi pogodzić się z tym, że kobiety wyraźnie mówią: „Tego i tego potrzebuję. Chętnie się dowiem także, czego ty potrzebujesz”. I to jest zdrowe. Dbanie o własne potrzeby to baza, która pomaga zbudować dobrą relację, także seksualną. Przecież jeśli widzimy, że partner nie czerpie radości z seksu, sami też czujemy dyskomfort. Pod warunkiem oczywiście, że nie idzie to w narcyzm. Poza tym mówienie o swoich potrzebach uatrakcyjnia życie seksualne. Stwarza pole dla nowych doznań. Ktoś może nie wpadłby na jakiś pomysł w seksie, a dzięki temu, że partner wystąpił z inicjatywą, może poszerzyć wiedzę o sobie, o tym, co lubi i pragnie.

Zastanawiam się, czy w związku z przemianami społecznymi i kulturowymi trzeba jeszcze kobiety przekonywać, że w łóżku mają prawo myśleć o swoich potrzebach?
Jestem przekonana, że tak, bo zmiany, o których mówimy, nie dotyczą jednak całego społeczeństwa. W Polsce wciąż dość silna jest kultura patriarchalna, w której kobieta przyzwoita to ta, która nie myśli o swoich potrzebach, tylko koncentruje się na tym, by partnerowi było przyjemnie. Niektóre kobiety świadomie stawiają siebie na drugim miejscu, bo chcą w ten sposób przywiązać do siebie mężczyznę albo zyskać poczucie, że postępują zgodnie z normami, zachowują się tak, jak należy. Są też takie, które teoretycznie przyznają, że również mają prawo dążyć do przyjemności w seksie, ale jednocześnie mocno w nich tkwi to, co wpojono im w dzieciństwie – że mądra żona nie myśli o sobie, tylko o tym, jak zatrzymać męża. Ten konflikt między tym, co podpowiada nam zdrowy rozsądek, a tym, co mamy wdrukowane, może być bardzo trudny do pokonania. Dlatego jestem przekonana, że nadal bardzo ważna jest edukacja i przypominanie, że każdy człowiek ma prawo realizować swoje potrzeby seksualne.

Są relacje, w których to kobiety nie szanują seksualnych potrzeb partnera?
Oczywiście. Narcystycznych kobiet są całe bukiety. Jest też grupa, która uważa, że ich potrzeby seksualne są ważniejsze i powinny być zaspokajane w pierwszej kolejności. Te kobiety oczekują, że mężczyźni będą się wokół nich uwijać, i to najlepiej bez instrukcji. Ich podejście wynika z przekonania, że kobieca seksualność jest wyjątkowa i skomplikowana, a męska nie wymaga uwagi. Mówią: „Facet zawsze się jakoś zaspokoi”.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą też żyć w przekonaniu, że to, czego chcą w seksie, się nie liczy, bo oni sami są mało ważni.
Zwykle są to ludzie, których potrzeby w dzieciństwie nie były zaspokajane albo były zaspokajane w nieodpowiedni sposób czy w nieodpowiednim momencie, np. musieli jeść, mimo że nie byli głodni. Czasem słyszeli: „Nie ma: chcę. Są obowiązki”. Takie doświadczenia mogą potem utrudniać czerpanie radości z życia i z seksu. Jeśli jednak trafią na dobrego partnera, który powie: „Zajmijmy się wreszcie tobą” albo będzie często dociekać, co im sprawia przyjemność, mają szansę nauczyć się rozpoznawać swoje potrzeby i dbać o ich zaspokojenie. Wiedza na temat własnej seksualności rozbudowuje się przecież z każdym kolejnym kontaktem erotycznym. Nikt nie rozpoczyna życia seksualnego z pełną świadomością swoich pragnień i preferencji.