1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Coś większego niż ja. O duchowości bez religii

Coś większego niż ja. O duchowości bez religii

Choć coraz więcej osób odchodzi od religijności tradycyjnej, to wcale nie rezygnują one z duchowości. (Fot. iStock)
Choć coraz więcej osób odchodzi od religijności tradycyjnej, to wcale nie rezygnują one z duchowości. (Fot. iStock)
Religia przez wieki pomagała ludziom żyć. Przynosiła ulgę w cierpieniu, mobilizowała do starań, za które kiedyś zostaną nagrodzeni, zaspokajała ich potrzeby duchowe. I choć coraz więcej osób odchodzi od religijności tradycyjnej, to wcale nie rezygnują one z duchowości. O poszukiwaniach „czegoś większego” pisze psycholożka Hanna Samson.

Do niedawna duchowość była rozumiana jako zjawisko ściśle połączone z religijnością. Ale czy bez religii nie mamy potrzeb duchowych? Mamy. Socjologowie obserwują, że wraz ze wzrostem zeświecczenia współczesnego świata rośnie zainteresowanie metafizyką, które znajduje ujście w medytacji, różnorodnych praktykach duchowych, powrocie do idei ezoterycznych czy sięganiu do mądrości z dawnych epok. Odejście od religii nie oznacza często utraty duchowości, ale wejście na ścieżkę poszukiwań. Problem w tym, że odejść od religii, w której byliśmy wychowani, nie jest łatwo.

– Od dawna czułam, że ta nasza religijna obrzędowość nie zaspokaja moich potrzeb duchowych czy metafizycznych – mówi Elżbieta, którą znam od lat i od lat z podziwem obserwuję jej rozwój. – Religia katolicka kłóciła się z moim intelektem, Kościół wzbudzał coraz większą niechęć, ale nie miałam odwagi odejść. Dzieci „na wszelki wypadek” chodziły na religię, oczywiście była pierwsza komunia, choć nie czułam w tym głębszego sensu. To córka pierwsza powiedziała, że ma dość, potem syn. Rozumiałam ich, ale sama nie potrafiłam zerwać więzi z obrzędowością, w której żyłam od dzieciństwa. Chodzenie do kościoła było dla mnie obowiązkiem, a gdy próbowałam z niego rezygnować, pojawiało się poczucie winy i lęk przed karą. Ta religia mocno nas wiąże, proces odchodzenia czy wyzwalania się bywa chyba tak samo trudny jak odchodzenie z sekty.

Może dlatego wielu z nas tkwi latami w czymś, do czego nie ma przekonania? Niektórzy robią to do końca życia, ale Elżbieta chciała żyć w zgodzie ze sobą. – Po iluś latach w końcu się zbuntowałam – opowiada. – Stałam się wręcz ostentacyjnie antyreligijna, ale moje potrzeby duchowe były niezaspokojone. Brakowało mi poczucia sensu życia, czegoś większego ode mnie i mojego ja.

Cząsteczka bezkresu

W naszej indywidualistycznej kulturze zachodniej od dzieciństwa uczymy się patrzeć na świat z punktu widzenia własnego ego. Z tej perspektywy śmierć jest przerażająca i odbiera sens naszemu życiu. Ratunkiem jest religia, ale nie tylko ona. Medytacja i inne praktyki duchowe pozwalają wyjść poza wąski horyzont ego, zobaczyć, że jesteśmy cząsteczką w bezkresie, za to wszechpołączoną z innymi. Gdy otwieramy się na świadomość niebędącą „ja”, znika samotność, oddzielenie, pojawia się sens, bo czujemy się częścią świata. Wielu z nas ma przebłyski takich doświadczeń, nawet jeśli nie próbujemy świadomie rozwijać swojej duchowości. Czasem zdarza się to, kiedy patrzymy w rozgwieżdżone niebo lub spadające wody wodospadu. Zachwyt i poczucie ogromu świata mogą sprawić, że czas przestaje istnieć, znikają nasze ego, pragnienia, strach przed śmiercią; przez chwilę mamy poczucie wieczności, jakbyśmy byli częścią natury.

Osoby pracujące twórczo również miewają doznania metafizyczne. – Czasem pracuję godzinami przez wiele dni, kawałek po kawałku i ciągle nic z tego nie wynika – opowiada Kasia, wspaniała artystka, jej prace są pokazywane w wielu krajach. – I nagle pojawia się natchnienie. Przez godzinę maluję więcej niż przez te wszystkie dni i wyłania się z tego sens, którego nie wymyśliłam ani nawet nie przewidywałam. Czuję się połączona z jakąś siłą, która jest we mnie albo poza mną, ale która wykracza poza moją świadomość. Te chwile są tak niezwykłe, że choćby tylko dla nich chce mi się codziennie pracować.

Sama też znam takie momenty. Gdy piszę książkę i jestem w to głęboko zaangażowana, zdarza się czasem coś niezwykłego. Nagle pojawia się nowa jakość, słowa same układają się w zdania, które mnie zaskakują. Piszę coś, co przerasta to, o czym myślałam; co nadaje mojej pracy głębszy sens. Notuję w natchnieniu, jakbym była tylko medium, które zapisuje to, co było dotąd poza moją świadomością. Mówię o tych momentach żartobliwie, że złapałam Pana Boga za nogi, bo jak nazwać to poczucie połączenia z czymś potężniejszym ode mnie? Moje „ja” znika, a moja świadomość rozszerza się i obejmuje coś znacznie większego ode mnie.

Ból jest, ale już nie cierpisz

Takie doznania szczytowe bliskie są doświadczeniom opisywanym przez mistyków. Na jakiś czas zmieniają obraz siebie i świata, zostaje po nich ślad, który sprawia, że życie staje się lżejsze niezależnie od tego, co nam się przydarza, a jednocześnie czujemy w nim głębszy sens. Do takiego stanu świadomości można też dążyć świadomie, czego dobrym przykładem jest Elżbieta, która ostatecznie odnalazła się w religii, ale innej niż nasza. Jej ścieżką okazał się buddyzm.

– W buddyzmie nie ma transcendentnej istoty boskiej, nie wierzy się w Buddę, tylko Buddzie – opowiada Elżbieta. – Budda jest nauczycielem, prawdziwość jego nauk możesz sprawdzać na sobie, eksperymentować, doświadczać, nic nie musisz przyjmować na wiarę. Dzięki medytacji Budda doszedł do prawdy o istocie rzeczywistości, w której wszystko jest wszechpowiązane. Każdy z nas może dojść do tego samego miejsca, idąc tą samą ścieżką samopoznania i transformacji, którą szedł Budda. Poprzez medytację, praktyki duchowe, ćwiczenie umysłu w dyscyplinie i nieporuszoności odkrywamy, że nasze „ja” i przywiązanie do niego to złudzenie. Uważność na wnętrze psychiczno-emocjonalne powadzi do transformacji naszych zaburzonych wzorców uczuć i zachowań w mądrość.

Przytomność, uważne bycie w chwili obecnej, objęcie w pełni świadomością „tu i teraz”, skupienie się na oddechu, przepływających myślach, odczuciach płynących z ciała, na innych wrażeniach pochodzących z otoczenia, ale bez przywiązywania się do nich, bez oceniania ich i podążania za nimi – to wszystko brzmi jak mindfulness, czyli trening uważności, który zapewne wielu z nas jest znany. Tak, mindfulness pochodzi z buddyzmu, ale nawet wyrwana z tego kontekstu obserwacja własnego umysłu prowadzi do redukcji stresu, niepokoju, lęku, pomaga wychodzić z depresji, a także zmniejszać cierpienie powodowane bólem.

– Zdystansowanie wobec własnego bólu, obserwowanie go nie powoduje, że ból znika – wyjaśnia Elżbieta, która przez całe życie miała migreny. – Nadal doświadczam bólu, ale nie cierpię z jego powodu.

Ścieżka buddyjska

Droga Elżbiety prowadziła przez kilka przypadkowych zdarzeń. Książka o buddyzmie wpadła jej w ręce, znajomi jechali do Nepalu, więc pojechała z nimi, powodowana impulsem przyjęła schronienie, czyli publicznie ogłosiła, że wchodzi na ścieżkę buddyjską, choć jeszcze wcale nie czuła się gotowa, ale to ją utwierdziło w rodzącym się przekonaniu, że warto spróbować. – Była we mnie tęsknota za czymś większym niż jednostkowe życie – mówi Elżbieta. – Miałam przeczucie, że w naszym rodzeniu się i umieraniu jest jakiś głębszy sens niż tylko indywidualne zmagania. Na swojej drodze duchowej odkryłam, że jest coś więcej niż jednostkowa świadomość. Ścieżka duchowa prowadzi do przebudzenia, możemy wtedy zobaczyć naszą prawdziwą tożsamość. Jesteśmy połączeni ze wszystkim, co istnieje, świat jest wszechpołączony, a nasza jednostkowa tożsamość jest tylko snem, z którego sami możemy się obudzić. Idąc ścieżką duchową, dążymy do tego przebudzenia, oświecenia, ale cała droga ma sens i znaczenie. Stajemy się coraz lepszymi ludźmi. Odłączamy się od przywiązania do swojego ciała, do swojej wyjątkowej tożsamości, pozbywamy się lęku przed śmiercią. Przestajemy walczyć z własnymi demonami, łączymy je z innymi częściami naszej psychiki.

Elżbieta wyjaśniła mi, że nie ma prostego pocieszenia, życie często jest źródłem cierpienia, ale od nas zależy, jak je przeżywamy. Mając świadomość, że jesteśmy częścią świata, wiemy, że wszystkie nasze czyny mają znaczenie, nasze działania wpływają na świat, żyjemy dla dobra większego niż dobro jednostki. – Nawet po śmierci, gdy zniknie moja tożsamość, zostanie strumień energii, karma, zło i dobro, które do tego strumienia wprowadziłam, a który wcieli się w jakąś istotę. Taka świadomość zobowiązuje do tego, żeby robić to, co jest dobre dla świata – powiedziała.

Kiedy zapytałam, czy czuje się lepszym człowiekiem niż kiedyś, Elżbieta powiedziała, że nawet dzieci zauważyły, że jest w niej więcej tolerancji, życzliwości, pogody, luzu i mniej napięcia. – Stałam się bardziej introwertyczna i samowystarczalna. Nie spełniam oczekiwań innych, ale też przestałam udzielać im rad. Bardziej świadomie wchodzę w relacje z ludźmi, jestem bardziej wyrozumiała, nie reaguję złością, co nie znaczy, że ją wypieram. Energię złości transformuję tak, żeby robić z niej dobry użytek – dodała.

Elżbieta codziennie przez półtorej godziny praktykuje buddyjskie medytacje tematyczne, mantry, wizualizacje. Korzysta z tych narzędzi po to, żeby poczuć jedność ze światem i współczuć ze wszystkimi istotami.

Może warto się trochę natrudzić, by też to poczuć?

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Core Energetics, czyli jak dotrzeć do głebokich poziomów naszej życiowej siły

Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Metoda Core Energetics pozwala pokonać skrępowanie i odrzucić maskę. (Ilustracja: iStock)
Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Metoda Core Energetics pozwala pokonać skrępowanie i odrzucić maskę. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Konwencjonalne szkoły psychoterapeutyczne bazują na rozmowie, a nurty pracy z ciałem niekiedy skupiają uwagę wyłącznie na nim. Metoda Core Energetics postrzega człowieka jako połączenie emocji, myśli, ciała oraz ducha – i pomaga pokonać opór i blokady przed pełnym wyrażaniem siebie.

Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Odgrywamy wyuczoną rolę osoby grzecznej, zaradnej, elokwentnej, a nawet zakochanej czy zrozpaczonej. W wyniku przeszłych doświadczeń wielu ludzi nie czuje się wolnymi do bezpośredniego wyrażania siebie i nie zmierzyło się z otwartym, najprostszym i największym pytaniem, jakie można sobie zadać: kim jestem? Żyją z poczuciem skrępowania przed ujawnieniem bliskim, współpracownikom, światu, ale również samemu sobie prawdy o tym, kim są, jak też po co są tutaj na ziemi. Metoda Core Energetics (w skrócie CE) pozwala pokonać to skrępowanie i odrzucić maskę.

Cztery elementy

CE opiera się na dwóch założeniach. Pierwsze traktuje ciało jako nieodłączne od psychiki. Ciało niesie w sobie bowiem pamięć przeszłego życia, nie tylko doświadczonych ran, przyjętych głasków, przebytych operacji, sposobu odżywiania się, ale również tego, jak było traktowane w przestrzeni energetycznej. Czy miało swobodę sięgania po to, czego potrzebuje, czy może było powstrzymywane i musiało się kurczyć z powodu krzyków, dyscyplinujących spojrzeń i pouczeń? Czy mogło zasypiać w spokoju, a może musiało często uciekać, chować się, wylewać łzy? CE zwraca uwagę na emocje w takim samym stopniu jak na anatomię, fizjologię oraz świadomość ciała. To również ewolucyjna metoda psychoterapeutyczna – a zatem taka, która stawia sobie za cel jak najpełniejsze, zdrowe doświadczanie życia z zachowaniem świadomości, że jako ludzie cały czas ewoluujemy i mamy wpływ na kierunek tej ewolucji. Co ważne, nie tylko nasze ciało ewoluuje, świadomość również.

Drugie założenie CE dotyczy duchowości. Nie jest ona jednak związana z konkretnym systemem wierzeń, religią bądź zasadami, które mają wyznawać pacjenci czy klienci trafiający do terapeuty. Duchowość jako podstawowe założenie w tej metodzie oznacza przede wszystkim traktowanie człowieka jako złożonego z czterech elementów: umysłu, emocji, ciała oraz ducha.

Mądrość i piękno

Twórcą Core Energetics jest John C. Pierrakos, który twierdził, że terapia jest stworzona po to, żeby uwolnić wrodzoną mądrość i piękno duszy. Podobno na swoich zajęciach wykrzykiwał z ekscytacją: „Wykrzycz to!”, „Stań na nogi!”, „Porusz swoją energią i żyj!”.

Pierrakos urodził się w 1921 roku w Grecji, po wybuchu II wojny światowej wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczął studia medyczne i wykładał. Specjalizował się w psychiatrii i fascynował naukami Wilhelma Reicha, kontrowersyjnego ucznia Zygmunta Freuda. W latach 50. zaczął pracować z Alexandrem Lowenem i wspólnie opracowali szereg metod pracy z ciałem, by przywrócić mu naturalną elastyczność. Tak powstała znacznie popularniejsza Analiza Bioenergetyczna. Jednak Pierrakos szukał czegoś więcej, między innymi wsparcia duchowego. Znalazł je w naukach Evy Broch, która wraz z grupą przyjaciół skupiała się wokół filozofii rozwoju duchowego zwanej Pathwork. Eva uczyła, że energia fizyczna, psychiczna i duchowa musi być w równowadze, a seksualne, satysfakcjonujące połączenie z drugim człowiekiem to najszybsza autostrada do poznania Boga.

Eva i John pobrali się (dla niego było to już drugie małżeństwo) i zaczęli razem pracować. Tak powstał Core Energetics, a Pierrakos rozstał się z Lowenem. Gdy został wdowcem, ożenił się po raz trzeci i nawiązał relację ze swoją najstarszą córką z pierwszego małżeństwa, której nie widywał od czasu rozwodu z jej matką. W końcu otworzył Instytut Core Energetics, którego oddziały powstały na całym świecie. Podstawą działania instytutu było założenie, że ludzie cierpiący poszukują nie tylko rozwiązania problemów, ale odnalezienia sensu i powodu istnienia. Droga do ich odkrycia ma prowadzić przez swobodne i unikatowe formy wyrażania swoich wewnętrznych atrybutów: miłości, mądrości i równowagi. Zdaniem Pierrakosa wszyscy mamy do nich dostęp. (Jeśli szukasz terapeuty Core Energetics lub więcej informacji o tej metodzie, wejdź na stronę CE Polska coreenergeticspolska.com).

Podróż w nieznane

Terapia bywa w tym nurcie nazywana podróżą i nie polega na statycznym siedzeniu naprzeciwko siebie w fotelach. Pierwsze sesje służą rozpoznaniu tego, z jakimi tematami przychodzi dana osoba. To również moment na czytanie mapy ciała, tego, jak ono się porusza, gdzie kumuluje się energia i jaką zbroję to ciało musi nosić, by siebie ochronić.

Core Energetics podobnie jak inne nurty czy paradygmaty psychologiczne wykorzystywany jest w różnych formach pracy z drugą osobą – indywidualnie i grupowo. Może to być psychoterapia, coaching, trening pracy z emocjami, trening interpersonalny, warsztat ogólnorozwojowy czy tematyczne szkolenia. Podczas sesji możesz spodziewać się zarówno rozmowy, jak i zaproszenia do szeregu ćwiczeń ruchowych pomagających pozbyć się maski, by dotrzeć do uniwersalnego planu życia. O tym, jakie będą to ćwiczenia, decyduje terapeuta w porozumieniu z pacjentem, w zależności od zgłaszanego problemu oraz etapu pracy nad problemem.

Cztery fazy pracy

Niezależnie od tego, w jakiej dokładnie formie będzie przebiegać terapia, musi objąć ona cztery fazy, z których każda „jest szansą do eksplorowania głębszych poziomów naszej osobowości i do coraz głębszego kontaktu z esencją naszego istnienia” – jak pisze amerykańska psychoterapeutka holistyczna Lisa Loustaunau w poświęconym Core Energetics artykule. W trakcie terapii można przechodzić między tymi fazami zupełnie spontanicznie i nie muszą one następować po sobie. Gdy osobie pracującej nad odzyskaniem wolności uda się pozbyć energetycznych, zapisanych w ciele blokad, może doświadczyć czterech faz podczas jednej sesji. Oto one:

1) Penetracja maski

Maska jest tym, co widoczne, można ją porównać do ego. Kształtuje się w toku życia w odpowiedzi na wychowanie, rany, sukcesy, strategie zapożyczone od dorosłych. Maska może mieć różne imiona, takie jak: mądra, głupia, wierna, piękna, zaradna, wytrwała, znosząca, krzywdząca. W tym sensie jest zbiorem cech i mechanizmów obronnych, które pełniły w przeszłości określone, ważne role – pomagały chronić przed zranieniem, zapewniały przetrwanie, pozwalały zyskać znajomych i przyjaciół albo ukryć wstydliwą czy intymną prawdę. Budowanie maski kosztuje sporo energii i stoi za tym wiara, że dzięki tej określonej masce – czyli temu, jak będą mnie inni postrzegali, jak będę o sobie myśleć – zdobędę miłość, sukces lub inne korzyści. Jednak energia potrzebna do utrzymania maski przypomina wodę uwięzioną w wiadrze, a nie tę żywą, w jeziorze czy rzece. Taka energia jest zastała, można powiedzieć, że martwa; prawie nie sposób nawiązać autentycznego kontaktu z noszącą ją osobą. Porzucenie maski zazwyczaj wywołuje lęk, prawdopodobnie dlatego, że chodzenie z odkrytą twarzą musiało w przeszłości wiązać się z krzywdą w życiu danej osoby. Pokazała, kim naprawdę jest i została wyśmiana, skrzywdzona, pominięta czy upokorzona. Zadaniem terapeuty na początku jest tolerować maskę i wyjaśniać, że ta przypomina reprodukcję albo tarczę, za którą ukrywa się wyższe ja. Pacjent jest równocześnie zapraszany, by doświadczać swojego ciała, pozwalać, by przepływało przez nie więcej świeżej, żywotnej energii. Ma to przygotować go do etapu porzucenia maski, trochę tak jakby w końcu zdecydować się wodę z wiadra wylać z powrotem do rzeki.

2) Wyzwolenie i transformacja niższego „ja”

Niższe „ja” jest zamkniętym sercem, upartym wysiłkiem, by unikać bólu. W tym celu niższe „ja” namawia nas, byśmy pozostawali w separacji, czuli się odrębni, wyjątkowi albo przeklęci, niepasujący, wyobcowani. Niższe „ja” lubi złość i energię osądzania, drwienia, nienawiści. Jest przywiązane do tego, co destrukcyjne. Jest jak zaklęcie „drętwota”, którym posługiwano się w świecie Harry'ego Pottera – powodowało, że człowiek zamierał, chociaż był żywy. Tkwienie w energii niższego „ja” powoduje, że człowiek nie żyje w pełni, ale tkwi w życiu. W konsekwencji dochodzi do utraty naturalnego przepływu energii, przeżywania emocji i doznań duchowych. Praca terapeutyczna na tym etapie polega na ośmielaniu osoby do zdania sobie sprawy z tego, że niższe „ja” nie jest pełną opowieścią, oraz zachęceniu, żeby wzięła odpowiedzialność za własne życie bez poczucia winy, wstydu czy lęku. W ten sposób może zostać uwolniona ogromna energia, którą pacjenci czują na poziomie ciała jako pobudzenie, ożywienie, które zazwyczaj pomagają zrzucić swoje stare maski.

3) Dostęp i korzystanie z wyższego „ja”

Pierrakos określał wyższe „ja” jako kreatywne ego, które nie ma nic wspólnego z aroganckim, zaborczym czy wylęknionym ego. Wyższe „ja” to nie tylko świadomość siebie, ale również siebie jako części znacznie większej sieci połączeń z ludźmi, Ziemią i wszystkimi żywymi organizmami. To z poziomu wyższego „ja” można karmić się mądrością i miłością przekraczającą umysł, by osiągnąć równowagę. Terapeuta patrzy na pacjenta właśnie przez jego wyższe „ja” – z godnością, szacunkiem i uwzględnieniem faktu, że bez względu na trudności, przez które przechodzi, ma dostęp do mocy mądrości i miłości. To nic, że w danym momencie może ich nie dostrzegać. Ta pozornie niewielka różnica bywa rewolucyjna. Pacjent nie jest zapraszany do drobiazgowego analizowania nieszczęść, traum i krzywd, ale odzyskiwania mocy, sprawczości i życiowej energii. W tym celu możliwy jest dotyk, wykonanie określonych ćwiczeń fizycznych, ale również czuła rozmowa z terapeutą.

4) Uniwersalny plan życia

Ostatnia faza, której przebłysków pacjent może doświadczać na poszczególnych sesjach, to moment łączenia skrajności, godzenia się z chaosem i porządkiem, rozumienia, że wszystkiego nie da się, a nawet nie należy zrozumieć. Uniwersalny plan na życie osadza w  życiu – czasami w samym sercu, niekiedy na obrzeżach, ale nigdy ponad ani pod życiem czy nawet obok niego. To wcale nie oznacza, że życie pozbawione jest bólu czy cierpienia, ale uwalnia od konieczności ulegania słowom innych czy ranom przeszłości. Ból lub cierpienie mogą zostać przeżyte, doświadczone i nie muszą wywoływać konieczności barykadowania serca, odcinania się od ludzi lub kompulsywnego pragnienia bycia z nimi blisko. Jest uznaniem, że każde życie jest indywidualne – ale istnieje wyłącznie w zjednoczeniu z wszystkim, co żywe dookoła.

  1. Psychologia

Męska duchowość. Na czym polega i dlaczego jest tak ważna? - tłumaczy terapeuta

Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Duchowość to nie duchy. To nasze związki ze światem, z Naturą, z Życiem, z Bogiem, z ludźmi, z czymś większym od nas, co przerasta naszą osobowość, indywidualne cele. Poczucie uczestnictwa w całości życia daje radość i spełnienie. Mężczyźni potrzebują tego jak wody na pustyni – mówi Benedykt Peczko.

„Co sprawia, że w kryzysowych czasach tak dobrze prosperujesz?” – zapytałam zaprzyjaźnionego czterdziestoletniego mężczyznę. Odpowiedział bez chwili namysłu: „Bóg!”. O takich mężczyznach jeszcze nie rozmawialiśmy. Znam wielu mężczyzn, którzy się modlą, medytują, fundują sobie odosobnienie, kierują się wartościami. Jeden z nich, sprzedawca, poproszony na zebraniu zespołu, aby podzielił się tajemnicą swojego sukcesu, odparł: „Działam według wskazówek swojego lamy!”. Ten człowiek nie kopie dołków pod konkurencją, w kontaktach z kontrahentami jest otwarty, troskliwy, działa z intencją pożytku dla ludzi. Dlatego ci, którzy robią z nim interesy, czują się bezpiecznie, mają do niego zaufanie, chcą z nim pracować i polecają go innym. W ten sposób działa też wielu chrześcijańskich liderów i biznesmenów. Oni mówią: „módl się i pracuj, a reszta przyjdzie”. Uczestniczą w rekolekcjach, w dniach skupienia, należą do wspólnot wyznaniowych.

Gdzie oni są? Dlaczego tak mało o nich słychać? Widzimy raczej agresywnych, pozbawionych skrupułów, nastawionych jedynie na zysk zdobywców rynku, od których opędzamy się jak od natrętnych much. Ten styl jest tak wszechobecny, że gdy w jakimś momencie życia w mężczyznach rodzą się wątpliwości, pytają mnie, czy aby na pewno wszystko z nimi w porządku, czy są normalni. Znany psychoterapeuta i trener rozwoju osobistego John Seymour na swoich zajęciach prezentował listę działań, które generują sukces. Przebadani ludzie sukcesu wskazywali na wiele takich działań, jednak niektóre się powtarzały. Na przykład utrzymywanie bliskich relacji z ludźmi, przynależenie do grupy wsparcia, do grona przyjaciół, klubu, organizacji, gdzie panują otwartość i zaufanie, praktykowanie jakiejś ścieżki duchowej, działalność charytatywna, społeczna, systematyczne pomaganie cierpiącym, chorym. Miałem klienta, który raz w tygodniu spędzał kilka godzin w hospicjum. Mówił, że to pozwala mu zachować równowagę: „Dopiero teraz wiem, że moje życie jest pełne. Zapomniałem o tym, że są obszary tak samo ważne jak rozwój zawodowy, kariera, zabezpieczanie siebie i rodziny”. Okazuje się, że robienie czegoś tylko po to, by to robić, i obserwowanie, jak inni z tego korzystają, przynosi spełnienie. Wtedy wiemy, że samo istnienie, bycie ma wartość. Odzyskujemy równowagę między działaniem a byciem.

Chodzi więc o to, by wykonując pracę, mieć poczucie, że służy ona jakiejś wyższej wartości, większej całości. To zasadnicza sprawa. Czy pracuję tylko po to, by się utrzymać, czy także realizuję wartość, na przykład troszczę się o zdrowie innych, mam na względzie ich rozwój, bezpieczeństwo, ochronę. Dla mężczyzn taką wartością może być obrona kraju. W Internecie jest mnóstwo relacji z tak zwanych misji pokojowych. Żołnierze jadą, by służyć pokojowi, a na miejscu przekonują się, że nie chodzi o pokój, ale wręcz przeciwnie. Wtedy najczęściej ich system odpornościowy się załamuje. Gdy znika poczucie głębszego sensu, giną także zapał, motywacja, waleczność.

Jakiś czas temu byłem w Szwajcarii. Z samolotu widziałem czołgi, które wyjeżdżały z lasu. Nie wierzyłem własnym oczom. Co się dzieje? Szwajcaria to pokojowo nastawiony, neutralny kraj. Pytam szwajcarskich znajomych, o co chodzi, a oni mówią, że to szkolenie wojskowe, normalna sprawa. Na przykład kursy strzeleckie są organizowane na okrągło, biorą w nich udział wszyscy zdolni do służby wojskowej mężczyźni. W każdym domu w sejfie znajduje się karabin bojowy. W każdy weekend słyszałem strzelanie. Zwiedzając zabytki, widziałem ćwiczenia ze spadochronem, marsze na azymut itp. Szwajcarzy stawiają się na te szkolenia bez szemrania. Całe swoje życie do emerytury uczą się, jak bronić swojego kraju. Jaka w tym idea? To mały kraj. Gdyby najechało go mocarstwo, przypuszczam, że dosyć szybko by go zajęło. Ale wtedy za plecami okupant ma armię żołnierzy, wchodzi do jaskini lwa, wkłada głowę do ula. Dlaczego Szwajcarzy ponoszą taki wysiłek? W imię wartości. Tą wartością jest ich kultura, historia. Szwajcarię, czyli Confoederatio Helvetica, stworzyły trzy nacje – francuska, niemiecka i włoska. Postanowiły, że tworzą taki kraj, dbają o niego, chronią go.

W literaturze motywacyjnej wielokrotnie opisywany jest przypadek pewnego amerykańskiego agenta ubezpieczeniowego, który odniósł nieprawdopodobny sukces. Sprzedawał polisy na życie. Będąc w szpitalu, ciężko chory, trzy dni przed operacją ubezpieczył jeszcze pielęgniarkę i lekarza anestezjologa. Jak to możliwe? – pytano. Przypuszczano, że musiał znać jakieś pierwszorzędne techniki perswazyjne, mieć szczególnego rodzaju narzędzia wywierania wpływu, manipulacji. Był niski, łysawy, nosił okulary z grubymi szkłami, unikał kontaktu wzrokowego, zacinał się podczas mówienia. Badano, co powodowało, że był skuteczny, był czempionem sprzedaży bezpośredniej. Okazało się, że miał głębokie poczucie misji do spełnienia. Tą misją było ubezpieczenie wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych. Ale dlaczego? Żeby mogli być bezpieczni. On jako dziecko przeżył kryzys lat 20. Był świadkiem grozy. Ludzie wyskakiwali przez okna. Jego rodzice borykali się z poważnymi problemami. Wtedy postawił sobie taki cel: trzeba zrobić wszystko, aby uchronić ludzi przed ewentualnymi konsekwencjami kryzysów. Potem to realizował. Realizował wartość, która wykraczała poza osobiste cele, osobiste korzyści. Zarobił mnóstwo pieniędzy, których nigdy nie wydał.

Praca dla dobra publicznego, społecznego nas wzbogaca. Ale tę prawdę obrzydzano nam przez 40 lat poprzedniego systemu. Wyśmialiśmy prace społeczne dla ojczyzny. Wylaliśmy dziecko z kąpielą. Praca dla wspólnoty, społeczności lokalnej, kraju zanurza nas w większym systemie, buduje więź ze światem. To coś, co wykracza poza transakcję, wyobcowanie. Gdy takich działań podejmujemy się regularnie, możemy odkryć, że nie jesteśmy oddzieleni od tego, co poza nami. Że świat nie zamyka się w ciasnych granicach naszej osobowości. Być może odkryjemy też nasze połączenie ze Źródłem, z którego wszystko pochodzi.

Ważne są też nasze więzi z przodkami. Jesteśmy potomkami tych, którzy przeszli niebywale długą drogę i zgromadzili mnóstwo doświadczeń, z których my możemy korzystać. Ta łączność z większym systemem rodzinnym daje siłę, oparcie.

Czym jest duchowość? Mężczyznom kojarzy się raczej z duchami. Gdy czytamy książki popularnonaukowe, referujące ostatnie odkrycia z dziedziny kosmologii, fizyki kwantowej, biologii, wtedy coraz wyraźniej widzimy, jakim cudem jest świat, w którym żyjemy, i jakim cudem my jesteśmy w tym świecie. Odkrywanie cudu świata i naszego udziału w nim jest z całą pewnością doświadczeniem duchowym. Jednak duchowość definiowana jest na różne sposoby. Na przykład dla chrześcijanina to personalna relacja z Bogiem, z Kościołem jako wspólnotą wiernych. Psychologiczne rozumienie duchowości rozwinęli psychologowie egzystencjalni – Viktor Frankl, Irvin Yalom, także psychologowie transpersonalni. Duchowość w ich rozumieniu to obszar ludzkiego życia związany z poszukiwaniem i odkrywaniem ostatecznego, nadrzędnego celu i sensu. Z pytaniami: „Po co? Dlaczego?”. A takich pytań unika się w biznesie. Królują inne: „Jak zrealizować projekt? Jakimi środkami? Jakim kosztem?”. Pytania o sens, o znaczenie tego, co robię, czym się zajmuję, kim jestem, po co tu jestem, jakie jest moje miejsce w tym świecie, są pytaniami z poziomu duchowego. Poprzez takie pytania szukamy swojej najgłębszej tożsamości, rdzenia, wewnętrznej istoty. Tej tożsamości nie da się opisać, sfotografować, ująć w słowa. Jest poza rolami, które odgrywamy.

Realizując projekty biznesowe, nie dotykamy tych spraw. Ale gdy myślimy o projekcie, którym jest nasze życie, wtedy pytania o cel, sens i znaczenie domagają się uwagi. Bez odpowiedzi na nie jesteśmy jak dzieci we mgle, całkowicie zagubieni.

Wyobrażam sobie mężczyznę, który mierzy się z takimi pytaniami i chciałby się tym podzielić. To może być wielkie towarzyskie faux pas, narażenie na śmieszność, wykluczenie. Bo musielibyśmy wejść na obszar nieuświadomiony, wyparty, prześmiany właśnie, zdyskredytowany przez ideologie, mody, style, przez lata materialistycznej propagandy. To wszystko powoduje, że sfera duchowości jest obca i groźna, co najmniej niepokojąca, a często przerażająca. Dlatego tak cenne są wspólnoty ludzi wyznających podobne wartości, gdzie możemy swobodnie rozmawiać, dzielić się swoimi przemyśleniami, odkryciami, współodczuwać, dyskutować o inspirujących lekturach.

Z doświadczenia psychoterapeuty wiem, że trudno zgłębiać duchowe tematy, gdy mamy niepozałatwiane problemy emocjonalne, nie uwolniliśmy się od balastu trudnej przeszłości, nadużyć, przemocy, gdy mamy nierozwiązane konflikty wewnętrzne. Problemy nieuporządkowanego życia wyłaniają się na pierwszy plan, zajmują uwagę i wiążą energię. Najważniejsze pytania są w ukryciu, nie mogą się przebić. Gdy zrzucamy z barków kolejne obciążenia, poszerza się przestrzeń naszej wolności, uwalnia się energia, którą naturalnie kierujemy w stronę spraw wcześniej zaniedbanych.

Pytania o sens i znaczenie są kluczowe. Cóż z tego, że mamy świetny jacht albo okręt o napędzie atomowym i wszystkie środki techniczne potrzebne, żeby płynąć, rozwijać prędkość, gdy nie wiemy, dokąd płynąć, po co i dlaczego.

Niełatwa sprawa z tą duchowością. Na szczęście mężczyźni podejmują ten wysiłek: szukają, pytają, czytają, poszerzają swój indywidualny punkt widzenia, wzmacniają więzi z życiem, z większymi systemami. Biznesmen, który na trzy miesiące wycofuje się z życia zawodowego, żeby posłuchać siebie, skontaktować się z nowymi potrzebami, które doszły do głosu. Właściciel średniej firmy, który regularnie odbywa spotkania ze swoim mentorem duchowym. Pracownik korporacji, który zakłada ośrodki edukacyjne służące młodym ludziom. I tak dalej, i tak dalej. Wiele się zmienia.

  1. Styl Życia

Co daje urlop w odosobnieniu?

Filozof Henry David Thoreau zalecał każdemu przeżyć choć jeden dzień odosobnienia – by przez chwilę pobyć ze sobą bez presji świata zewnętrznego, wsłuchać się w naturę. (Fot. iStock)
Filozof Henry David Thoreau zalecał każdemu przeżyć choć jeden dzień odosobnienia – by przez chwilę pobyć ze sobą bez presji świata zewnętrznego, wsłuchać się w naturę. (Fot. iStock)
Przytłoczeni codziennym życiem szukamy ucieczki, jakiejś odmiany. Można w tym celu jechać na festiwal muzyczny czy do modnego kurortu z przyjaciółmi, ale można też spędzić tydzień urlopu w samotności. Czy warto zamknąć się w chatce w górach lub klasztorze i stać się na chwilę pustelnikiem, odpowiada ojciec Włodzimierz Zatorski, benedyktyn z Tyńca. 

"Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie. Stawać w życiu wyłącznie przed najbardziej ważkimi kwestiami, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego życie może mnie nauczyć, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem wcale” - pisał Henry David Thoreau w jednym z esejów składających się na filozoficzne dzieło „Walden”.

Thoreau, amerykański pisarz, filozof, romantyk i jeden z pierwszych transcendentalistów, na początku lipca 1845 roku opuścił swój dom w Concord w Nowej Anglii, by spędzić dwa lata i dwa miesiące na bezludziu. Przeprowadził się do lasu nad staw Walden do drewnianej chatki, którą wcześniej przez kilka miesięcy budował razem z przyjaciółmi z desek odzyskanych z rozbiórki innego domu. Na obiad jadał gotowaną kukurydzę, którą zbierał z własnego poletka, oraz placki z mąki kukurydzianej i żytniej z dodatkiem soli. Był całkowicie samowystarczalny.

Ludzie żyją za szybko, za głośno, otumaniają się niepotrzebnymi i mało istotnymi informacjami dostarczanymi przez gazety czy telegraf – pisał w esejach. „Ludzie patrzą, ale nie widzą”. Thoreau zalecał każdemu przeżyć choć jeden dzień odosobnienia – by przez chwilę pobyć ze sobą bez presji świata zewnętrznego, wsłuchać się w naturę. Wierzył, że wtedy będzie szansa na stworzenie nowego świadomego społeczeństwa.

O to, co dziś – ponad 170 lat później – może nam dać doświadczenie choćby krótkiego odosobnienia, pytamy ojca Włodzimierza Zatorskiego.

Thoreau byłby dziś zawiedziony, gdyby zobaczył, jak bardzo ludzie nie wzięli sobie jego słów do serca. Warto wrócić do zaleceń dziewiętnastowiecznego filozofa? Żyjemy na targowisku mowy, hałasu zagłuszającego przede wszystkim siebie. Proszę zauważyć, jak wiele osób w autobusie, pociągu czy jadących na rowerze, ma na uszach słuchawki, przez które słucha muzyki. Ludzie nie słyszą przyrody, nie patrzą, co się dzieje dookoła, nie widzą przechodzących obok. Nie słyszą siebie samych i siebie nawzajem. A przecież świat w rozumieniu chrześcijańskim to relacje między ludźmi.

Ojciec diagnozuje nas w punkt. Co zatem zrobić, by znowu się usłyszeć? Czy – paradoksalnie – może nam w tym pomóc odosobnienie? Cofnięcie się do początków chrześcijaństwa i zostanie pustelnikiem czy pustelniczką choć na krótki czas? W pierwszym rozdziale reguły św. Benedykta czytamy o kilku rodzajach mnichów. Pierwszy z nich to cenobici, czyli ci, którzy żyją w klasztorze, we wspólnocie i podlegają opatowi. Drugi – anachoreci, czyli pustelnicy. Jednak by zakonnik został pustelnikiem, musi długo się przygotowywać w klasztorze. Zanim uda się na pustynię, by samemu zmagać się ze złem, które czai się w ciele i myślach – uczy się życia we wspólnocie, bycia otwartym na ludzi. W chrześcijaństwie nigdy nie było tradycji absolutnej samotności. W pewnym sensie jest to nienaturalne. Nawet anachoreci zawsze żyli w jakichś koloniach pustelników i przynajmniej raz w tygodniu spotykali się na eucharystii. W chrześcijaństwie drugi człowiek jest drogą do Boga.

Jak odnaleźć tę drogę? W chrześcijaństwie najważniejsza jest miłość, czyli relacja z drugą osobą, przez tę relację człowiek się realizuje. Odosobnienie czy inne formy ascezy, jak post lub pełne milczenie mają charakter pomocniczy do spotkania z drugim człowiekiem. Także samotność musi być widziana jako swoista pomoc, by człowiek wewnętrznie dojrzał do spotkania z drugim. W tym celu najpierw musi spotkać się ze sobą.

Dlaczego? Bo trzeba najpierw usłyszeć wezwanie, by na nie odpowiedzieć. Wezwanie od Boga, ale też wezwanie od drugiego człowieka. Ludzie się zakochują. Następują zaręczyny – jedna osoba wzywa, druga odpowiada. W życiu tej dwójki pojawią się potrzeby i pragnienia. Pytania i odpowiedzi. I albo jest harmonia we wzajemnym słuchaniu i odpowiadaniu, czyli dialog, albo zamknięcie się w swoich chęciach i pragnieniach, swoich wyobrażeniach. Gdy jedna osoba przestaje odpowiadać na pragnienia drugiej, to w końcu wygasa miłość. Żeby nie żyć w takiej martwocie obok siebie i umieć odpowiedzieć na pragnienia drugiej osoby, trzeba najpierw usłyszeć siebie i to, co jest w sercu. A do tego potrzebna jest czasowa samotność.

Co jest największą przeszkodą w usłyszeniu siebie, a potem drugiej osoby? Nasze wyobrażenia i budowane na nich oczekiwania. Drugi człowiek jest inny, potrzebujemy otwartości, by przyjąć tę inność, zaakceptować ją i poprzez to się rozwinąć. Ale żeby to się stało, człowiek musi przestać gadać. Bo gadanie jest zagłuszaniem siebie. Pamiętam wstrząsające słowa niemieckiego pastora Dietricha Bonhoeffera (antyfaszysty, zaangażowanego w spisek przeciw Hitlerowi – przyp. red.). Siedząc w więzieniu, zanim został stracony, pisał notatki. Pada w nich mocne zdanie: „Tutaj ludziom wydaje się, że mogą gadać wszystko i o wszystkim, bo mają wyrok śmierci i pewnie im na niczym już nie zależy. Zagłuszają ciszę w sobie, prawdę w sobie, z którą zaraz się zmierzą”.

Gadanina jest namiętnością, wszechobecną żądzą. Powoduje brak wewnętrznego skupienia się w słuchaniu. Ksiądz Tischner mówił, że myślenie jest właśnie tym skupieniem się w słuchaniu. Św. Augustyn – że każdy z nas ma w sobie wewnętrznego nauczyciela, którego należy słuchać. Jezus w ewangelii naucza: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha, kto ma oczy do patrzenia, niechaj patrzy”. Gadanina i ciągłe przebywanie z innymi, załatwianie spraw, rozmawianie o wszystkim i o niczym – jest jednym wielkim zagłuszaniem siebie nawzajem, a przede wszystkim własnego wnętrza. To odcinanie się od tego głosu wewnętrznego nauczyciela, który mógłby z głębi przyjść i czegoś od nas zażądać, np. prawości.

Samotność i milczenie są koniecznym ćwiczeniem, aby wreszcie zamilknąć i zacząć słuchać? Jak czytamy u św. Jana, każdy człowiek rodzi się ze światłością, czyli z prawdą. Ale nie wystarczy się z nią urodzić, człowiek musi ją podjąć, czyli usłyszeć i pozwolić, by przemówiła. Nigdy nie jest na to za późno. Nawet jeśli w wieku 60 czy 70 lat człowiek sobie uświadomi, że całe życie pływał i stracił siebie, to ma jeszcze czas, by siebie odkryć. Jeżeli człowiek żyje w amoku rozgadania, to co go czeka, gdy w chwili śmierci stanie wobec prawdy ostatecznej? Dla mnie jest to przerażające.

Co roku udaje się ojciec na kilkudniowe odosobnienie, jakiś czas temu w samotności spędził ojciec aż rok. Co płynie z tego doświadczenia? Od czasów kleryckich co roku jeździłem na kilka dni do chatki w górach, w której byłem zupełnie sam. I wiem, że najgorszy hałas to nasza wewnętrzna gadanina. Teraz jest to dodatkowo wzmocnione przez technologię. Człowiek cały czas czegoś słucha, coś ogląda, patrzy w komputer, w komórkę, czyta SMS-y. Jestem tu czy tam, w Honolulu, w Nowym Jorku, Warszawie czy Krakowie – ale przecież to nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to, kim jesteś. To, że informujesz przez Internet innych, że siedzisz w kawiarni i pijesz kawę czy nudzisz się na wykładzie, nie ma żadnego znaczenia. Ale bez względu na technikę, jaką dziś dysponujemy, wewnętrzna gadanina istniała zawsze. Co gorsze, można przebywać w kompletnej samotności i ciszy, a mimo to produkować wewnętrzną gadaninę, żyć wyobrażeniami. Samotność ma sens wtedy, gdy prowadzi nas do spotkania, do komunikacji z drugim człowiekiem. Inaczej to tylko zawracanie głowy.

Jak siebie nauczyć tego słuchania, bycia w gotowości do spotkania z drugim człowiekiem? Nauka jest banalnie prosta. Wystarczy spojrzeć na drugiego człowieka z pytaniem: kim ty jesteś? Spytać: co dla ciebie jest ważne? I usłyszeć odpowiedź. Jeśli człowiek chce kogoś poznać, to raczej pyta niż polemizuje i mówi swoje. To, czy ktoś jest człowiekiem słuchającym, wychodzi w narracji, np. gdy opowiada o spotkaniu z kimś, czy potrafi się wczuć w tę osobę, bez oceniania.

Będąc na odosobnieniu, wsłuchujemy się w swojego wewnętrznego nauczyciela, w siebie, czyli kontemplujemy. Czym się wyróżnia medytacja chrześcijańska? Idąc za Romano Guardinim (filozofem, księdzem niemieckim włoskiego pochodzenia, żyjącym w latach 1885–1968 – przyp. red.), medytować znaczy być obecnym przed Bogiem. Medytacja chrześcijańska – inaczej niż buddyjska – jest relacją osobową, jest wniknięciem w spotkanie z Bogiem. Największą przeszkodą w byciu obecnym przed Bogiem jest to wewnętrzne gadanie. Mnisi tę gadaninę nazywali logismoi, czyli namiętnymi myślami, pragnieniami, lękami, obrazami, wyobrażeniami. Sztuka medytacji polega na tym, żeby nie dopuszczać tych myśli, które niczego nie dają, a wręcz niszczą, za to umieć wysłuchać i przyjąć te, które są dobre i nas budują. Myśli namiętne są nachalne, narzucają się, Bóg nie zagaduje, nie próbuje argumentować, nie tłumaczy. Bóg milczy, ale z milczenia wyrasta o wiele większa głębia niż z jakiejkolwiek gadaniny. By być obecnym przed Bogiem, trzeba myśli zneutralizować, niezależnie, czy one są dobre, czy złe. Tischner mówił: „to nie ja mam myśli, to one na mnie przychodzą. Stają się moje, kiedy ja je biorę za swoje, przyjmuję za swoje”. Wszystkie techniki medytacji skupiają się na uwolnieniu się od tych myśli, ciągłym wracaniu do obecności przed Bogiem.

Można udać się na odosobnienie do klasztoru w Tyńcu? U nas nie ma odosobnień. Mamy chatkę w Szczawnicy, do której sam jeżdżę, tam można pobyć samemu. W klasztorze można zamieszkać samotnie w pokoju, ale zawsze spotyka się innych, chociażby podczas modlitwy czy posiłku. Nie ma warunków do pełnego odosobnienia. Ale na pewno można się wyciszyć. Na tyle, ile ktoś będzie dbał o samotność, na tyle będzie samotny. Ale rzeczywiście przydałby się tutaj taki „domek na samotność”.

Zanim zdecydujesz się na odosobnienie, przygotuj się, że może to być trudne doświadczenie. Brak Internetu, komórki i rozmowy – zanim przywróci cię do równowagi – może cię z niej wyprowadzić. Dlatego dawkuj sobie samotność. Przed wyjazdem do klasztoru, wybierz się na trzygodzinny spacer w pojedynkę i bez telefonu. Potem z kanapkami i herbatą idź na całodniową wycieczkę do lasu. Może ktoś użyczy ci swojego domku na działce na dwa dni, by oswoić się z byciem sam na sam ze sobą? Pamiętaj, że w klasztorze trzeba się dopasować do obowiązujących zasad. Nie zniechęcaj się, bo choć przejście z hałasu do ciszy może być szokiem, warto wytrwać. A możliwości jest wiele.

Włodzimierz Zatorski benedyktyn, w latach 2005–2009 przeor Klasztoru Benedyktynów w Tyńcu, założyciel Wydawnictwa Benedyktynów TYNIEC, autor książek. W 2011 spędził rok w pustelni na Mazurach i w klasztorze w Jerozolimie

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens"

  1. Styl Życia

Amulety i talizmany: jaką rolę pełnią w naszym życiu?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Idziesz na negocjacje biznesowe albo do przedszkola po dziecko z wisiorkiem w kształcie lamparta lub lwa na szyi. Co zyskujesz? Czym są dla nas symbole zwierząt? I co mają wspólnego z potrzebą samopoznania i stawania się najlepszą wersją siebie samego – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Idziesz na negocjacje biznesowe albo do przedszkola po dziecko z wisiorkiem w kształcie lamparta lub lwa na szyi. Co zyskujesz? Czym są dla nas symbole zwierząt? I co mają wspólnego z potrzebą samopoznania i stawania się najlepszą wersją siebie samego – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Pewnego dnia, biegnąc do Łazienek Królewskich, przypomniałam sobie, że jako dziewczynka bawiłam się, udając, że jestem białym koniem. Poczułam wtedy radość, że biegnę tak lekko, jakbym się tym koniem stała! Michael Harner, autor „Drogi szamana”, pewnie powiedziałby, że użyczyłam ziemskiej powłoki duchowi mojego zwierzęcia mocy, aby nacieszyło się istnieniem. I stąd ten skok energii. A ty jako psycholog co o tym sądzisz? Wrażliwość i spontaniczność dziecka, którym wtedy byłaś, na pewno odegrały w tym przeżyciu istotną rolę. Zabawa w konia sprawiała ci ogromną frajdę i dziś, kiedy sobie o niej przypomniałaś, ten szczególny wymiar dziecięcej radości do ciebie wrócił. Ważną rolę w tym wątku twojego życia odgrywają zapewne znaczenia i skojarzenia związane z koniem: siła, szybkość, swoboda, gracja. Utożsamiając się z nim, odkryłaś, że są one dla ciebie ważne, i uruchomiałaś proces ich nabywania. Z tych samych powodów terapeuci i trenerzy proponują ludziom autodiagnozę ich zasobów i aspiracji, pytając: „Gdybyś miał być zwierzęciem, to jakim?”. Podobnie używa się metafor zwierzęcych jako feedbacku: „Wyobraź sobie Anię czy Tomka jako zwierzę. Jakie to mogłoby być zwierzę? Opisz jego cechy i właściwości”. Z reguły zwierzęce autometafory, jak i metaforyczny feedback trafnie oddają ważne cechy opisywanych ludzi. Także te cechy ukryte.

W jaki sposób pytanie o to zwierzę, którym chciałabym być, może służyć rozwojowi mojej samoświadomości? Metafory są pojemne i niejednoznaczne. Dzięki temu pomagają zobaczyć w nas i w innych głęboko ukryte wady i jakiś nierozpoznany pozytywny potencjał. A to z reguły w łagodny sposób inspiruje do mitygowania tego, co negatywne, i rozwijania tego, co w nas pozytywne. Z pewnością wybór zwierzęcia, z którym się utożsamiamy, nie jest przypadkowy. Nawet z całkowicie racjonalnej perspektywy kulturowej. Wszystkie zwierzęta i ich gatunki mają widoczne gołym okiem specyficzne cechy, a więc m.in. tylko im właściwe strategie przetrwania, reguły zachowania, stadne czy zbiorowe obyczaje, systemy komunikacji, organizację społeczną itd.

Niedźwiedź zapada w sen zimowy, wiewiórka nie wie, gdzie chowa orzechy, mrówki to wspólnota, a rosomak – sama agresja... Właśnie. Często, nie będąc tego świadomi, obserwujemy, czytamy czy fascynujemy się zwierzętami mającymi te właściwości, których nam brakuje, lub te, których nie zdołaliśmy w sobie rozwinąć. W szamańskich tradycjach używa się tych powiązań i fascynacji po to, by świadomie kierować procesem samorealizacji adeptów. Zwierzę mocy albo zwierzę opiekuńcze ze wszystkimi jego cechami i właściwościami zyskuje wówczas rangę nauczyciela czy przewodnika, którego powinniśmy naśladować i uczyć się od niego. Aby nawiązać z nim i podtrzymywać duchową więź, przyjmujemy jego imię wraz z dodatkiem tej jego właściwości, która jest dla nas szczególnie istotna, np. Siedzący Byk, Sprytny Lis, Szybki Mustang. Tak więc twoja dziecięca fascynacja koniem powinna cię zobowiązywać do niezaniedbywania wymiaru przestrzeni, swobody, radosnego biegu, gracji ruchu, a także siły i wytrzymałości. Ale jasnowidzący szaman  powiedziałby ci pewnie, że istnieje jakieś pokrewieństwo między tobą a koniem, że koń jest twoim źródłem energii życiowej, animalną częścią duszy i że jest powiązany z twoimi przodkami. Koń stałby się wówczas twoim zwierzęciem totemicznym. To zobowiązywałoby cię do podtrzymywania energetycznej więzi ze światem koni, np. poprzez uczestniczenie w odpowiednich rytuałach, noszenie amuletów itp. Szaman powiedziałby ci również, że bez łączności z energią konia będziesz słabsza, nie zrealizujesz swojego życiowego potencjału, a nawet możesz zachorować czy wpaść w depresję. Z kolei hinduski guru zobaczyłby prawdopodobnie w historii twojej duszy jakiś koński epizod reinkarnacyjny.

Mogłam być kiedyś koniem? Nawet jeśli w to nie wierzę, dobrze by było mieć z tym zwierzakiem kontakt, bo dzięki temu rozwinę w sobie jego przymioty? Właśnie tak. Psychologicznie można to wyjaśnić dużo prościej: może kiedyś w dzieciństwie zobaczyłaś z okna pociągu galopującego białego konia i zachwyciłaś się gracją jego ruchu, długim ogonem i rozwianą grzywą? A może dziadek albo mama czytali ci do snu baśń o pięknym i wolnym białym koniu, a wtedy twoje dziecięce serce zapragnęło dla siebie pięknego i wolnego życia? W ten sposób biały koń mógł stać się twoim nieuświadamianym, symbolicznym ideałem. Dlatego gdy teraz widzisz takie zwierzę, czujesz, że reprezentuje to, czego najbardziej od życia potrzebujesz.

A jakie jest twoje totemiczne zwierzę? Jakieś 15 lat temu pewien indiański wódz i szaman stwierdził, że jest nim orzeł. Nie zaskoczyło mnie to. Bliskie jest mi dążenie do tego, by wznosić się wysoko i widzieć szeroko. Widzieć wzory i zależności, których nie widać z bliska. Szybując w oceanie powietrza, nieprzywiązany do żadnego miejsca na ziemi orzeł doświadcza bezgranicznej swobody, jest mieszkańcem świata. Pewnie dlatego lubię latać samolotem. Najbardziej mnie cieszy moment startu, oderwanie się od ziemi. Lądowanie jest symbolicznym powrotem do zamieszania, konfliktów i cierpienia, powodowanego przez umysł, który zatracił proporcje, perspektywę i ogląd całości.

Czyli z perspektywy orła czerpiesz radość, a nie się zasępiasz? Oczywiście. Ale wspomniany sęp pokazuje, że nie każdy ptak jest symbolem wolności i radości. Niezależnie jednak od tego, czy zwierzęcy symbol reprezentuje słabe, czy mocne strony naszego mentalnego wyposażenia, to zawsze spełnia swoją podstawową rolę – podłącza nas energetycznie i emocjonalnie do świata przyrody, przypomina, że do niego należymy. Karta do bankomatu, smartfon i samochód nie skontaktują nas ze źródłem życia. Dlatego tyle w nas lęku i agresji w tym, wydawać by się mogło, coraz bardziej bezpiecznym świecie. Zgubne skutki braku połączenia z naturą widać także w coraz większej liczbie zaburzeń lękowych i problemów z tożsamością. Dlatego wszystko, co kontaktuje się głównie z pikselowymi obrazami przyrody, pozwala poczuć się w realnym z nią kontakcie i jest prawdziwym wybawieniem dla ciała i ducha.

Dlatego szamanizm staje się modny. W zgiełku miasta łączy nas z energią przyrody. Znajoma nosi na szyi emblemat lwa i twierdzi, że dzięki niemu realizuje się artystycznie. Więc może coś w tym jest. Niekoniecznie magicznego. Symbole zwierząt są przecież też obecne w religii chrześcijańskiej. W Apokalipsie św. Jana lew to symbol siły, wół – wytrwałości, orzeł – ostrości widzenia. Z kolei człowiek to symbol woli. Podobnie dzieje się z godłami państw i szlacheckimi herbami. Tam też się roi od totemicznych zwierząt i roślin, bo wszyscy czerpiemy energię, inspirację do życia z przyrody. Gdy docenianie i podkreślanie tego nazywamy magią lub pogaństwem, to popełniamy grzech pychy i ignorancji. Nie ma nic głupiego ani niestosownego w poszukiwaniu tego, co boskie, w boskim stworzeniu. To właśnie czynił św. Franciszek.

Więc jeśli to komuś pomaga w stawaniu się lepszym i pełniejszym, niech nosi na szyi pazur lamparta czy skrzydełko ważki. W kwantowej rzeczywistości nie ma granic ani różnic, także między człowiekiem a zwierzęciem. Można tę jedność porównać do fal na powierzchni oceanu. Każda z nich jest odrębnym bytem, ale zawsze pozostają jednym oceanem. Część z nich wchodzi w interakcje, które dodają im sił, energii i szybkości. Inne, zderzając się, ulegają unicestwieniu. W chaotycznym hologramie wszechświata nie istnieje żaden mechanizm, który by uniemożliwiał lub uznawał za niewłaściwą wzmacniającą interakcję fali, którą jesteś ty, z falą pięknego białego konia. Ucz się od niego. Zwierzęta i cała przyroda są dla nas, ludzi, niezastąpionymi nauczycielami niedwoistości, bo przyroda – choć jawi się naszym umysłom jako podzielona – w istocie ma jedną duszę. Tylko my się od tej jedności oddzielamy i nie potrafimy jej dostrzec. Dlatego im silniejszy się staje w naszych człowieczych relacjach ze zwierzętami – ciągle powikłanych, niemądrych i nasyconych okrucieństwem – wątek troski, miłości i szacunku dla naszych mniejszych, niewinnych braci i dzielonego z nimi domu zwanego Ziemią, tym lepiej dla nas wszystkich.

Trudno to zrozumieć. Są ćwiczenia pomagające na poziomie języka i myślenia przełamywać dualność. Na przykład patrząc komuś uważnie w oczy, po chwili skupienia powiedz kilka razy – powoli, szeptem, ważąc każde słowo: „Kiedy patrzę ci w oczy, widzę widzącego/widzącą siebie." To czyni bardziej wrażliwym i uważnym. Wzrusza i na chwilę rozpromienia. Bo widząc siebie w innym i innego w sobie, doświadczają błysku wyższego, nieegocentrycznego poziomu miłości. Na ogół łatwiej to nam przychodzi w relacjach z ludźmi. Trudniej popatrzeć w oczy swojemu psu i wyszeptać do niego to zdanie. Nie mówiąc już o zwróceniu się w ten sposób do ulubionej rośliny doniczkowej. A co dopiero o spojrzeniu w ten sposób na przydrożny kamień. Choć spotykam wiele osób, które znacznie łatwiej odnajdują niedualną perspektywę w kontakcie ze zwierzętami i przyrodą niż w kontaktach z ludźmi.

Na przykład ja. Kocham psy i wiem, że kontakt z nimi polega na odczuciach i bywa prostszy niż z ludźmi... No właśnie. Bywa też tak, że gdy doświadczymy tej jedności, tego „nie-dwa” ze zwierzętami, to łatwiej nam potem nawiązać taki kontakt z własnym gatunkiem. Kilka lat temu opisałem to w swojej szamańskiej bajce, zamieszczonej w charakterze posłowia w książce „Bajka to życie”, napisanej wspólnie z Agnieszką Suchowierską. Opowiada o Wilczycy i Orle, którzy wychowywali porzucone ludzkie niemowlęta. Gdy dzieci dorosły, Wilczyca nazwała swoją przybraną córkę Tytoja, a Orzeł swego przybranego syna nazwał Jatoty. Nietrudno sobie wyobrazić, co się wydarzyło, gdy tych dwoje spotkało się na górskiej ścieżce. Tym bardziej że Tytoja przez swoją matkę Wilczycę jest związana z Ziemią, a Jatoty przez swego ojca Orła związał się z Niebem. A przecież wszystkim prorokom od zawsze chodzi o to, by w ludzkich głowach i sercach doszło do pojednania Nieba i Ziemi. Tak jak np. w pięknej modlitwie chrześcijan „Ojcze nasz”: „[...] bądź wola Twoja jako w Niebie, tak i na Ziemi”.

Podsumowując, jaka jest mądrość Orła, czego można się od niego nauczyć? Ogarniania jednym spojrzeniem tego, co z perspektywy Ziemi jawi się jako przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Orzeł z wysokości widzi to, co za chwilę spotka Wilczycę za zakrętem ścieżki, którą ona biegnie. Widzi też drogę, którą Wilczyca ma już za sobą. Patrzy na wszystko jednocześnie. Dla niego ta chwila jest wiecznością, a wieczność chwilą. To, co z perspektywy Ziemi jawi się jako chaotycznie rozrzucone puzzle, z wysoka układa się w wyraźny wzór, w sensowny proces. Stamtąd widać, że wszystkie bolesne błędy – popełniane przez ludzi na skutek niedostrzegania perspektywy „nie-dwa”, skutkujące chciwością i nienawiścią, narcyzmem nacjonalizmów i szowinizmów, szaleństwem konfliktów i wojen, pogardliwym i bezmyślnym niszczeniem życia planety – tworzą potężny wektor, który mobilizuje nas i przynagla do przebudzenia się z dualnego snu.

 

WOJCIECH EICHELBERGER, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca  i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

 

  1. Psychologia

Rozwój duchowy w zabieganym świecie – 5 kroków

Musimy pamiętać, że nie jesteśmy pępkiem świata, ale częścią. Ważną, lecz wcale nie najważniejszą. (Fot. iStock)
Musimy pamiętać, że nie jesteśmy pępkiem świata, ale częścią. Ważną, lecz wcale nie najważniejszą. (Fot. iStock)
W świecie sytej i dostatniej Europy karmimy głównie ciało i umysł, dostarczając sobie rozrywek, gadżetów oraz jedzenia, które już nie tylko ma zaspokajać głód, ale być hedonistyczną przyjemnością. A czym nakarmić duszę? Uważnością!

Z moich obserwacji wynika, że często rozwój duchowy poprzedzony jest ogromną wyrwą emocjonalną, wstrząsem życiowym, trudnym, ale transformującym doświadczeniem. To zwykle jest ciężka choroba, strata kogoś bliskiego, pożegnanie z miłością, śmierć członka rodziny, załamanie kariery zawodowej – wtedy gdy cierpienie staje się trudne do udźwignięcia, zaczynamy szukać wsparcia, pocieszenia, ale też dostrzegać, że inne istoty również cierpią. W ogóle zauważamy to cierpienie, przestajemy myśleć o świecie i innych w sposób roszczeniowy, a o sobie jako centrum wszystkiego – bo już wiemy, że życie jest kruche i może zmienić się lub skończyć w kilka sekund. Niezapowiedzianie, nieoczekiwanie. A my nie jesteśmy jego pępkiem, ale częścią. Ważną, lecz wcale nie najważniejszą.

Na szczęście, żeby odnaleźć swoją duszę, rozwijać się, otworzyć umysł i serce na doświadczanie, nie potrzebujemy traum. Jak zacząć szukać duchowości w sobie? Jaka praktyka się przyda?

Codziennie

BĄDŹ TU I TERAZ. „Mogłam być bogata, a nie jestem. Kiedyś byłam młoda, a dziś nie jestem. Mogłam wyjść za mąż za kogoś innego, byłoby mi lepiej lub lżej. Kiedyś byłam szczupła i już nie jestem. Będę szczęśliwa, gdy osiągnę to czy tamto, gdy się wyprowadzę, gdy kupię dom lub większe mieszkanie. Gdy zdobędę lepszą pracę” – ile razy dziennie mówisz tak lub myślisz? Oczywiście, dobrze mieć plany i marzenia, ale nie warto uzależniać od nich swojego poczucia szczęścia. Życie nie toczy się ani w przeszłości, bo już minęła, ani w przyszłości – bo jeszcze nie nadeszła, tylko właśnie tu i teraz. Korzystaj z tego, co już masz, i miejsca, w którym jesteś. Zatrzymaj się i doświadczaj. Gdy bawisz się z dzieckiem, bądź w 100 proc. w tej zabawie, nie myśl o tym, co musisz zrobić za chwilę. Gdy jedziesz na rowerze, doświadczaj tej jazdy, nie planuj ani nie rozpamiętuj, po prostu jedź! Bądź zaangażowana w 100 proc. każdego dnia, w każdą rzecz, którą robisz, a przynajmniej się staraj. Dobrym ćwiczeniem uważności jest codzienna medytacja.

PRAKTYKUJ WDZIĘCZNOŚĆ – to najprostsze ćwiczenie na poczucie pełni, obfitości. Każdego dnia, np. przed pójściem spać, pomyśl, za co możesz dziś podziękować – Losowi, Światu, Bogu, Życiu – wybierz tak, jak czujesz. Przywołaj w myślach pięć wydarzeń lub doświadczeń (nie muszą być wielkie), za które jesteś wdzięczna. Może za dobre samopoczucie bądź dach nad głową, może za spotkanie z przyjaciółką albo obiad u mamy? Praktykuj wdzięczność każdego dnia, a sama zobaczysz, jak bogate, dobre i pełne jest twoje życie, które masz teraz.

Raz w tygodniu

MAM WPŁYW/ NIE MAM WPŁYWU – warto, gdy masz więcej czasu (np. w weekend), zrobić przegląd wydarzeń, spraw minionych i tych, które cię czekają, i zastanowić się, czy masz na nie realny wpływ, czy nie. Jeśli sprawa jest trudna i angażuje cię emocjonalnie, ale jej przebieg czy realizacja nie zależy od ciebie – odpuść. Nie czuj się za wszystko odpowiedzialna. Odpuszczenie kontroli bywa trudne, ale z drugiej strony niesamowicie uwalnia – pozwól rzeczom dziać się, bez ingerowania w nie.

Raz w miesiącu

WSPÓŁODCZUWAJ I DZIAŁAJ – osoby głęboko uduchowione mają potrzebę dzielenia się, pomagania innym. Nie musisz od razu stawać się pełnoetatową pracownicą socjalną, ale pomyśl – co mogłabyś zrobić dla innych (np. w najbliższej okolicy albo w organizacji zajmującej się pomaganiem). To może być zwykła pomoc sąsiedzka – zakupy dla starszej sąsiadki, opieka nad kotem czy psem w pobliskim schronisku, a nawet pomoc wirtualna. Bycie z innymi, wpółodczuwanie i działanie na rzecz słabszych sprawia, że czujemy się częścią całości, mającej realny wpływ na to, jak wygląda świat. To uczy wrażliwości i niesie prawdziwą pomoc.

Raz w roku

ODBĄDŹ PODRÓŻ DUCHOWĄ – a może być taką praktycznie każda. Nie zależy od miejsca, tylko od stanu umysłu. Dokądkolwiek się udasz na kilka dni – w ciszę klasztoru czy w górskie gęstwiny, krajobrazy skute lodem czy pod palmy ciepłych krajów, postaraj się wsłuchać w siebie, pobyć ze sobą w ciszy i skupieniu. Z pewnością takie podróże duchowe łatwiejsze są w przystosowanych do tego miejscach, gdzie trzeba się poddać pewnym regułom, ćwiczyć w sobie dyscyplinę, hart ducha i siłę postanowień. Spróbuj. Wzmocnisz się, odpoczniesz, pobędziesz ze sobą, a nie ze „sprawami do załatwienia”.

ZNAJDŹ DUCHOWEGO MISTRZA – także wówczas, gdy masz do niego dostęp tylko w jego dziełach – poznawaj je, dyskutuj z nimi, sprawdzaj, czym te idee są dla ciebie.

Zawsze

BĄDŹ OTWARTA I NIE OCENIAJ – nigdy nie wiesz, dlaczego ktoś zachowuje się w określony sposób, wygląda tak albo inaczej, jaka historia za nim stoi, jakie doświadczenia zaważyły na jego losie. Może to wcale nie był jego wybór, może to jest jedyna psychiczna obrona, do jakiej ma dostęp. Może to są najwyższe możliwe dla kogoś osiągnięcia. Nie oceniaj. Każdy jest inny. Otwórz umysł i serce – przyjmuj świat z jego różnorodnością, z jasną stroną, ale i tą ciemną. Cierpienie jest częścią życia, ale jeśli masz wpływ na to, by było go mniej – działaj.

UCZ SIĘ OD KAŻDEGO, KOGO SPOTYKASZ - wszystko, czego doświadczamy, i wszystko, co przeżywamy, może być duchową lekcją.