1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Bezdzietni czy wolni od dzieci?

Katarzyna Miller: „Bycie we dwoje jest wartością zawsze – czy są dzieci, czy ich nie ma”. (Fot. iStock)
Ponad 20 procent par w Polsce nie ma dzieci. Jak brak dzieci w małżeństwie wpływa na ich związek? Na minus czy na plus? Czy inaczej, gdy dzieci nie mają z wyboru, a inaczej, kiedy ich mieć nie mogą? O konsekwencjach bezdzietności dla relacji Beata Pawłowicz rozmawia z psychoterapeutką Katarzyną Miller.

Na czym budować relację, gdy nie ma się dzieci? To pytanie od pewnej mamy. Ja bym go nie zadała, bo nie mam dzieci i nie mam pojęcia, jak się buduje relacje, kiedy dzieci są.
Ja też jestem bezdzietna, a więc możemy porozmawiać o tym, jak buduje się takie związki. Otóż buduje się całkiem normalnie! Jesteśmy razem z tymi właśnie mężczyznami dlatego, że się poznaliśmy i okazało się, że oboje bardziej sobie pasujemy, niż pasowali nam inni. I co chciałabym podkreślić: bardziej sobie pasujemy, niż nie pasujemy! To bardzo ważne, bo nie warto wierzyć w to, że możemy spotkać kogoś takiego, kto będzie nam pasować całkowicie.

Albo w to, że stajemy się też ideałami tylko dlatego, że zostaliśmy rodzicami.
Powiem nawet, że może dzięki temu, że dzieci nie mamy, nasi partnerzy albo my same nie ujawniliśmy wad, które by nas rozdzieliły. A to dlatego, że kiedy zostajemy mamą czy tatą, przenosimy się mentalnie do czasu, kiedy sami byliśmy dziećmi. A to może wyciągnąć głęboko ukryte bolesne uczucia. A że też mamy tendencję, by kopiować zachowania naszych rodziców, to może się zdarzyć, że sympatyczny bibliofil zamieni się w tyrana, kiedy zostanie ojcem, i będzie tresował dzieciaki jak żołnierzy.

Może więc łatwiej zbudować szczęśliwą relację tylko we dwoje?
Właśnie, a to dlatego, że najzwyczajniej w świecie możemy wtedy skupić się na tej jednej osobie. Nie musimy dzielić uwagi między partnera i dzieci. Rano możemy poprzytulać się, zanim wstaniemy, a potem razem zjeść śniadanko. Wieczorem iść do kina albo przy winie pogadać o tym, co się nam wydarzyło tego dnia. Mamy siebie tylko dla siebie. Możemy oddawać się wspólnym pasjom i celom. Spoiwem bezdzietnych par jest właśnie to ich bycie razem, to tylko im dostępne, a więc intymne widzenie i doświadczanie świata, ba!, kształtowanie swojego kawałka podłogi czy ziemi!

Czy to wystarczy? Dla ludzi, którzy mają dzieci, często właś­nie one są tym spoiwem. Zwłaszcza gdy robi się pod górkę. A co może wtedy skłonić bezdzietnych, żeby być razem?
Miłość. Bliskość. Wspólna historia. To najprostsze powody. Przywiązanie, wspólny system wartości, marzenia, pasje. A nawet zwykłe przyzwyczajenie czy wspólny biznes. To zwyczajne powody. Oczywiście może być też nimi lęk przed samotnością czy uzależnienie finansowe. Ale pary z dziećmi też to mogą czuć. Bezdzietni jednak wiedzą, że mają tylko siebie do stworzenia związku, do bycia rodziną. No więc starają się doświadczać wspólnie dających radość i odpoczynek chwil. Bo dobrych chwil musi być więcej niż trudnych, jeśli mamy czuć się ze sobą szczęśliwi i bezpieczni. Idą więc razem na kurs tańca czy na kręgle; albo siedzą w dwóch fotelach i każde czyta swoją książkę.

My z moim partnerem, jeśli tylko możemy, jeździmy po wertepach i zadupiach. Oboje to kochamy!
No właśnie. Bezdzietne pary, robiąc razem to, co ich oboje ekscytuje albo cieszy, inwestują w swoje bycie razem, bo mogą to zrobić. Bo jedno z nich nie musi zostać w domu z dziećmi. Mogą razem jeździć nawet w każdy weekend za miasto i nie muszą się zastanawiać, czy dzieci to dobrze zniosą. A podczas takich wypraw doświadczają wielu emocji, które wzbogacają ich bycie razem. Dzielą się też wrażeniami, poznają, uczą sobie ufać.

I to wystarczy, żeby zawalczyć o bycie razem, kiedy pojawi się jakiś poważny konflikt, choćby zdrada?
Nawet kilkoro dzieci nie uchroni przed rozwodem w takiej sytuacji. Różnica jest tylko taka, że jeśli małżonkowie rodzice nie zaczną wtedy pracy nad powodami, dlaczego tak się stało, to grozi im utknięcie w złym związku pod hasłem: „dla dobra dzieci”. I myślę, że często w takiej trudnej sytuacji na terapię pójdą jednak bezdzietni, bo mają na to czas i środki. Ponadto kiedy nie ma dzieci, łączy tylko to, co obydwoje wnosimy do relacji. A więc gdy tracimy siebie, możemy chcieć o nas zawalczyć. Jeśli się nie da, to trudno, przynajmniej nie krzywdzimy naszą niedojrzałością nikogo poza nami samymi.

Wtedy bywa nam trudniej niż tym, którzy mają dzieci – bo niewiele zostaje z tej naszej miłości. Doświadczyłam w takiej sytuacji pustki, którą trudno zrozumieć tym, którzy mówią, że gdyby nie dzieci, toby się rozstali.
Cóż, każda sytuacja ma swoje trudności i bóle. Myślisz, że gdybyś miała z mężem, z którym się rozwiodłaś, dzieci, to byłoby ci łatwiej, bo miałabyś poczucie sensu tego, co was łączyło? Są ludzie, którzy potrzebują zewnętrznych potwierdzeń, bo nie wierzą w siebie i sobie, ale są też tacy, którzy powiedzą: „Kochałam i byłam kochana, daliśmy sobie wiele pięknych chwil i ważnych myśli, nic w życiu nie jest wieczne. Trudno, nie udało się…”. A właściwie udało, tylko że na jakiś czas, a nie na całe życie.

A co stanowi szczególne zagrożenie dla pary dwa bez plus?
Możemy chcieć być za blisko, czasem nawet zaczynamy żyć, jakbyśmy byli jedną osobą. Zamieniamy się z dwojga autonomicznych ludzi w związek symbiotyczny. A to znaczy, że traktujemy to drugie jako część siebie. Dzwonimy do siebie co chwilę. Możemy mieć pięć pokoi, ale siedzimy w jednym razem. Do kina zawsze pod rękę, bo lubimy takie same filmy i wyznajemy te same wartości. Nie mamy też oddzielnych przyjaciół, swoich własnych pasji i ambicji. Tylko wspólne.

Nie można tak żyć?
Można, w przyrodzie też występują papużki nierozłączki! To ci staruszkowie, którzy nas wzruszają, bo idą, trzymając się za ręce po bułki i do przychodni. Przytulają się, patrząc na każdy kolejny wschód słońca, choć oglądają je razem od 50 lat. Wielu im tego zazdrości.

Zagrożeniem dla bezdzietnych jest też sytuacja, gdy kobieta zaczyna matkować partnerowi albo partner – tatusiować kobiecie. Ci partnerzy-rodzice pytają to drugie, czy jadło, czy założyło ciepłą bieliznę, i tak dalej. To w końcu uderzy w ich intymność, bo mężczyzna nie będzie chciał sypiać z niby-matką, a kobieta – z ojcem. Ale może być i tak, że oboje za seksem nie przepadają i będą sobie tak razem w niby partnerskim, ale tak naprawdę niedojrzałym związku trwać jakoś spełnieni.

Rekomendujesz bezdzietnym zadbanie o swoją autonomię?
Zawsze to rekomenduję. Kiedy są dzieci – i kiedy ich nie ma. Musimy mieć własną część – taką, która nie zagraża naszemu byciu razem, ale jednak jest moja. Mam swoją pasję, której Edek, mój partner, nawet za bardzo nie akceptuje. Mam też swoich przyjaciół, za którymi nie przepada. Ale ich mam! I podobnie nie wszystko, co jego interesuje, mnie ciekawi, na przykład ekonomia lub sport. To jednak nie znaczy, że mam mu przeszkadzać oglądać mecze. Przyjmuję jego zainteresowania i poglądy, nawet gdy są skrajnie odmienne od moich.

Jeśli więc dwoje ludzi kocha się, lubi i szanuje, to nie muszą mieć dzieci, żeby mieć poczucie pełni?
Możemy już mówić otwarcie i bez lęku, że tak! Na szczęście kulturowe tabu nakazujące nam wyznawać jedną jedyną prawdę, że sensem związku (jak i seksu) jest prokreacja – już nas nie zniewala. Na szczęście, bo znam wielu ludzi, którzy głoszą pochwałę rodzicielstwa, a nie powinni nawet zbliżać się do dzieci, bo nie mają im nic dobrego do dania.

Dzietni o nas powiedzą: egoistki.
Wszystko, co robimy dla siebie i dla swoich dzieci, to wyraz egoizmu. Dbamy o siebie, o partnera i o swoje potomstwo, czyli o nasze geny, naszą dobrą starość, coś, co po nas zostanie. To naturalne. W egoizmie nie ma nic złego, dopóki nie staje się egocentryzmem, czyli dbaniem o własne dobro kosztem innych. Dzieci jest tak dużo, że jeśli my ich nie mamy, nikogo tym nie krzywdzimy. No i bezdzietni to nie są ludzie bez serca, samoluby skupione na sobie. To oni często angażują się w różne akcje prospołeczne, na przykład pomagają dzieciom z marginesu. Mają na to więcej czasu, ale też odczuwają taką potrzebę.

W Internecie widziałam animację o parze, która chce mieć dziecko, a gdy okazuje się, że nic z tego, on daje jej zaproszenie do życia we dwoje – album do wypełnienia z napisem „Nasze przygody”. Jeśli bezdzietność jest koniecznością, czy można znaleźć radość życia tylko we dwoje?
Receptą na szczęśliwe życie jest akceptacja rzeczywistości. Jeśli coś jest niemożliwe, to trzeba to uznać. Jeśli wciąż nam czegoś brakuje do szczęścia – żyjemy nierealnym życiem. No i jest ryzyko, że jeśli uda nam się ten niezbędny element zdobyć, na przykład adoptować dziecko, znajdziemy kolejny powód, dla którego nie możemy być szczęśliwi. Niestety, bywa nim właśnie to dziecko, bo nie jest takie, jakie miało być! A to dlatego, że miało być nie tylko dzieckiem, ale też lekiem na pustkę, jaką jego rodzice odczuwają. Dlatego w sytuacji, kiedy brak dziecka odczuwamy jako ogromną tragedię, lepiej popracować nad swoimi przekonaniami, lękami. Bywa, że o dziecku marzą ci, którzy nie umieją żyć własnym życiem, czują się niewarci miłości. Pragną więc dziecka, żeby poczuć się kochani i ważni, żeby móc żyć nie swoim życiem, ale życiem swojego dziecka. Tacy rodzice stają się nadopiekuńczy i kontrolujący. Tragedia zacznie się, kiedy dziecko zechce wyjść z domu. Wtedy ta potworna pustka i bezsens do nich wrócą.

A więc rozwiązaniem nie jest surogatka lub adopcja?
W przypadku korzystania z surogatki zamiast rodzicielstwa możemy mieć bolesną wojnę w sądzie o prawo do naszego – jak myślimy i czujemy – dziecka z kobietą, która je urodziła. Adopcja z kolei wymaga dojrzałości i samoświadomości. Widziałam związki, które rozpadły się, bo nie udźwignęły ciężaru emocji, jakie takie sytuacje obudziły. Jeśli to dziecko ma nas połączyć, scalić, to może mądrzej sobie odpuścić i adopcję, i ten związek? Dla dobra wszystkich. Nie róbmy dziecku krzywdy i nie skazujmy go na życie w rodzinie, która obciąży go ciężarem nad jego siły.

Jeśli nie możemy mieć dzieci, to warto poszukać szczęścia w sobie i w byciu we dwoje?
Kluczem do szczęścia jest skupienie się na życiu, na tu i teraz, na kreowaniu dobrych emocji. Na ciekawości świata, chęci do nauki, do poznawania. A bycie we dwoje jest wartością zawsze – czy są dzieci, czy ich nie ma. Bo dzieci i tak kiedyś odfruną i wtedy zostaniemy tylko we dwoje. Dlatego dobro naszego związku jest zawsze celem samym w sobie, bo to my jesteśmy parą. Najważniejsze pytania dotyczą więc ciebie i partnera, a więc: Czy znasz siebie? A partnera? Czy on wie, co lubisz? A on co lubi? Warto się na to otworzyć. Bo jakby jednak pojawiło się dziecko – a często tak jest, że jak się ludzie pogodzą z bezdzietnością, to zostają rodzicami – będzie go wychowywać dwoje szczęśliwych, bliskich sobie ludzi.

Kobiety jednak czują się czasem gorsze, kiedy nie mają dzieci. No i boją się, że to wpłynie na trwałość ich relacji.
Skończmy z powtarzaniem tej nikczemnej bzdury. To brak wiary w siebie, przekonanie, że nie zasługuję na miłość taka, jaka jestem – wpływa na to, jak inni nas widzą i co od nich otrzymujemy. Jeśli więc kobieta uważa, że nie zasługuje na szacunek i troskę mężczyzny, to go przekona, żeby tego jej nie dawał. I nie pomoże jej wtedy nawet urodzenie dziecka. Potrzebuje miłości do samej siebie. A tej nam brakuje, jeśli nie dostaliśmy jej od rodziców. Dlatego jest ważne, kogo jeszcze spotkamy. Ja na szczęście miałam ciocię Zosię, bezdzietną przyjaciółkę mamy, która mnie wspierała. I właśnie bezdzietne kobiety mogą być tymi, które dadzą miłość i akceptację cudzym dzieciom. A te z nas, które czują się gorsze z tego powodu, że nie mogą być matkami, potrzebują kogoś, kto – już profesjonalnie – pomoże im pokochać same siebie.

A jeśli kobieta, która nie chce lub nie może mieć dzieci, jest z mężczyzną, który chce zostać rodzicem?
Zawsze byłam z mężczyznami, którzy nie mieli potrzeby, żeby zostać ojcami. Na szczęście! Bo inaczej jedno z nas zrezygnowałoby z siebie. Nie da się tu iść na kompromis i trochę mieć dzieci a trochę nie mieć. Ale jeśli rezygnacja z bycia rodzicem ma być dobra dla tego człowieka i jego związku, to musi być świadomie podjęta – nie pod przymusem czy z lęku przed rozstaniem. Mężczyzna musi czuć, że bardziej kocha tę kobietę, że bardziej zależy mu na ich wspólnym życiu niż na byciu ojcem. Jeśli nie jest tego pewny, ten związek nie rokuje. Chęć posiadania dzieci jest instynktowna, biologiczna i jeśli chcemy z niej rezygnować, to musimy być świadomi i działać z głębokiej potrzeby serca. To możliwe, i znam takie pary.

Dziś już są nie tylko bezdzietni, ale też „wolni od dzieci”, którzy przyznają, że dzieci nie lubią. Czy to dlatego, że – jak przeczytałam – kiedy nie mamy dzieci, to sami na zawsze pozostajemy dziećmi?
To nieprawda. Jedni ludzie mają kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem, a więc potrafią się bawić, czerpać radość z życia, doświadczać i doceniać każdą jego chwilę. Inni – nie. Są poważni, sztywni, niezbyt skłonni do zabawy. Znam takie pary – mające dzieci i bezdzietne. Ale są też ludzie, którzy właśnie dzięki swoim dzieciom odzyskali zdolność do zabawy. Najważniejsze to dać sobie prawo do radości i miłości niezależnie od tego, jacy jesteśmy, z kim jesteśmy i czy zostaliśmy rodzicami, czy nie.

Może warto zapytać, dlaczego ktoś nie chce mieć dzieci?
Ja miałam trzy i pół roku, kiedy poczułam, że jest mi tak źle z moją matką, że nie będę miała dzieci, żeby nigdy żadnemu dziecku tego nie zrobić. Wiedziałam, że bycia dobrą matką to ja się od mojej matki nie nauczę. Spotkałam inne kobiety, które podjęły taką samą decyzję. Moja myśl o bezdzietności była tak głęboka, że nic jej nie zmieniło. Dzięki własnej terapii i latom pracy wiem, że mogłabym być dobrą matką. Ale nie żałuję, bo jako psychoterapeutka pomogłam wielu dorosłym dzieciom poszybować w świat i uwolnić się od traum dzieciństwa.

Terapia może zniwelować niechęć do bycia rodzicem?
Może, jeśli czujemy, że ta niechęć nam przeszkadza. Na terapii można odkryć upokorzenie, ból i lęki, jakie przeżyliśmy, będąc dziećmi, i w jakimś stopniu im zaradzić. W jakim? Nie wiadomo. Podczas terapii dorośli często muszą jeszcze raz przejść nawet przez swoje narodziny, aby tym razem poczuć się na świecie dobrze przyjętymi i nie bać się tego, jak przyjmą własne dzieci. No i powiem ci, że kilka razy zostałam taką zastępczą matką moich pacjentów. Dawałam im to, co powinna dać dobra matka, czyli błogosławieństwo na życie: „idź i bądź szczęśliwy”. I to, co powinna dać terapeutka: „nie zawracaj sobie głowy tym, co było. Masz zasoby i możliwości, by cieszyć się z życiem. Na to nigdy nie jest za późno”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze