1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

„Duchowość to nie wiara w Boga, ale przeżywanie Boga” – mówi teolog i mistrz zen Alexander Poraj-Żakiej

Alexander Poraj-Żakiej, teolog, mistrz zen, coach, dyrektor ośrodka duchowego Benediktushof w Holzkirchen. Współzałożyciel Fundacji „Mądrość Wschodu i Zachodu” oraz medytacyjnego ośrodka ponadreligijnego w Warszawie. (Fot. archiwum domowe)
My nie tracimy Boga, tracimy tylko sposób podejścia do niego, przyzwyczajenie, które coś nam zapewniało – mówi teolog i mistrz zen Alexander Poraj-Żakiej. Jego zdaniem za coraz powszechniejszym zjawiskiem odchodzenia od Kościoła stoi chęć pełniejszego przeżywania życia.

Liczba apostazji w Polsce w ostatnich latach rośnie. Według nieoficjalnych danych rok 2020 był pod tym względem rekordowy. Z czym by pan to wiązał najbardziej? Ze skandalami pedofilskimi, mariażem Kościoła z władzą, jego zamknięciem na wyzwania współczesności, a może po prostu z potrzebą innego rodzaju przeżywania duchowości?
Ja widzę tu większą, światową tendencję. W Polsce wiele rzeczy dzieje się – ze względów historyczno-politycznych – z pewnym opóźnieniem. Szacowałbym ten poślizg na jakieś paręnaście lat. Dopiero dziś dochodzi do nas wiatr zmian, który wieje już od wielu dekad choćby w samej Europie. Wziął się on stąd, że pewne formy „obchodzenia się” z transcendencją czy pytaniami o sens życia, o to, kim jesteśmy, zostały zbyt szybko zinstytucjonalizowane, upolitycznione i ułożone w slogany, czyli w to, co nazywa się obyczajowo religią. I nie dotyczy to tylko chrześcijaństwa, ale też innych religii – buddyzmu, judaizmu, islamu. Mam na myśli tworzenie wyobrażeń i rytuałów, które mają na celu stabilizację emocjonalną wierzących, ukojenie na szybko ich lęków. To działało przez stulecia, głównie ze względu na sytuację socjalną czy dostęp do wiedzy. Między IV a XVII wiekiem w naszej części Europy Kościół był matką, która dawała emocjonalną pewność i spokój, ale w zamian oczekiwała, że wierni, czyli jej dzieci, nigdy jej nie opuszczą.

Bo inaczej… piekło?
To po śmierci, natomiast za życia – potępienie. No bo kto zdradza matkę? Jedynie jakieś wynaturzone jednostki. Obraz Kościoła jako matki jest zresztą bardzo ciekawy do analizy. Zauważmy, że ojciec jest tu zawsze bardzo daleko, za to na przykład w katolicyzmie mamy niezwykle dużo pośredników: świętych i święte, Maryję, kapłanów, zmarłych. To jakoś odzwierciedla popularny sposób myślenia, że jeśli znasz kogoś, kto kogoś zna, to pewne rzeczy szybciej załatwisz.

Bo też czasem podchodzimy do wiary w sposób trochę usługowy. W filmie Pedra Almodóvara „Ból i blask” główny bohater i zarazem narrator mówi, że jak boli go jeden fragment ciała, to jest ateistą, a jak całe ciało – zaczyna wierzyć w Boga.
To działa w dwie strony, my traktujemy Kościół usługowo, ale on też swoje usługi wycenia. Właś­nie z takim kupczeniem sakramentami chciał skończyć protestantyzm. Reformacja to był jeden wielki protest i chęć powrotu do korzeni chrześcijaństwa. Coś się zaczęło zmieniać, bo obraz świata, jaki stworzył Kościół, przestawał ludziom wystarczać. Poza tym coraz więcej osób zyskiwało dostęp do wiedzy, rozwijało się, dojrzewało i chciało żyć na własnych warunkach, a nie według jedynie właściwych wytycznych. A Kościół nie był otwarty na dialog. Wszyscy pamiętamy surowe kary za herezję czy choćby działalność hiszpańskiej inkwizycji. Ludzie, którzy oddalali się od matki, byli uznawani za zdrajców. Zresztą wiele matek jest bardzo zazdrosnych o swoich synów, nie chce ich puścić w świat, pozwolić na większą samodzielność. Dlatego w Kościele mamy dominację męskości, choć nie do końca prawdziwej. Tak naprawdę kapłani są wiecznymi chłopcami – nie mogą założyć rodziny, bo wtedy zdradziliby matkę. Dlatego też, moim zdaniem, w Kościele katolickim kobiety nigdy nie grały i nie będą grać żadnej ważnej roli.

Pana zdaniem rosnąca liczba apostazji bierze się właśnie z tego, że ludzie „nie kupują” już obrazu Kościoła jako matki?
Ludzie przede wszystkim przestają kupować grzech i poczucie winy, na którym Kościół katolicki jest zbudowany. A jest zbudowany dlatego, by uzasadnić cierpienie Jezusa na krzyżu. Ponieważ on za nas umiera, musimy być bardzo grzeszni. Chrześcijaństwo nie skupia się na życiu Jezusa, tylko na jego śmierci. Choć tak naprawdę mit założycielski nie polegał na odkupieniu, a na odkryciu jedności bytu, czyli tego, że ja i Bóg jesteśmy jednym – Święty Jan pisze w swojej Ewangelii, że to dotyczy wszystkich. Jedność bytu i możliwość smakowania sensu życia w trakcie jego doświadczania, a nie zasługiwanie sobie na życie po życiu.

Tymczasem Kościół promuje podejście, które nazwałbym pasywnym, czyli musimy się zachowywać w taki a taki sposób, by zasłużyć sobie na odkupienie. To nie jest zachęta do działania, tworzenia, degustowania, a raczej przekaz: zachowuj się. Największe piętno odciska to na seksualności. Mam na myśli choćby celibat, kult dziewictwa i całą tę gimnastykę teologiczną, która ma wyjaśnić, dlaczego Matka Boska była dziewicą, a urodziła. Kościół zachowuje się jak matka, która wychowuje samodzielnie dzieci i mówi im, co mają robić, żeby ojciec był zadowolony, jak wróci.

Do tego dochodzą polityczno-społeczne zachowania wielu ugrupowań kościelnych, które sprawiają, że Kościół nie prowadzi ze swoimi wiernymi dialogu, a jeśli już, to nie odbywa się on na takim poziomie, na jakim my dzisiaj myślimy. Współczesne podejście choćby do męskości i kobiecości nie ma nic wspólnego z definicją kobiecości i męskości proponowaną przez Kościół.

Jest też problem z innymi definicjami: małżeństwa, rodziny.
A ludzie chcą żyć zgodnie z tym, jak zostali stworzeni. Mają swoje potrzeby seksualne, ale mają też swoje potrzeby duchowe. Jedne drugim nie przeszkadzają. Tymczasem Kościół non stop zagląda ludziom do łóżek, do tego najbardziej przyczepił się do kobiet jako do tych, które wręcz z natury są grzeszne i uwodzą. Stąd też od wieków mamy bardzo problematyczną rolę kobiety w społeczeństwie – właściwie nastąpiła jej redukcja do roli matki. Kobiecość albo jest degradowana, albo wywyższana, tylko to drugie idzie raczej w ślepy zaułek. Czyli albo czysta dziewica, albo poświęcająca się matka Polka. To nie są modele, według których można żyć.

Ja należę jeszcze do tej generacji, która nie może niestety powiedzieć, że nasze matki czy babcie były szczęśliwe. Moim córkom nigdy nie zaproponowałbym światopoglądu, zgodnie z którym one żyły. To była klatka. Wieczna obawa, czy nie zrobiły czegoś źle, nie tak, jak trzeba, nie tak, jak jest dobrze widziane. A do tego dochodziły jeszcze wszystkie inne problemy życiowe: finansowe, rodzinne, zdrowotne. W ortodoksyjnym judaizmie jest zresztą bardzo podobnie.

Znacznie trudniej zarządzać szczęściem i pełnią, prościej – lękiem i wstydem. Na grzechu i poczuciu winy zbudowano wiele systemów religijnych. Brak w nich modelu tego, jak żyć, mając satysfakcję z teraźniejszości. Ciągle tylko to święte „kiedyś”: „dopiero jak znajdę dziewczynę”, „dopiero jak zarobię”, „dopiero jak będę miał mieszkanie”. Chodzimy do pracy i nieustannie w niej coś poprawiamy, wytwarzamy lepszy produkt. A to znaczy, że wychodzimy ze stanu niezadowolenia z produktu, który mamy teraz. Cały czas żyjemy w odrzuceniu teraźniejszości. Traktujemy ją jak trampolinę do tego, jak być powinno.

A nie jest tak, że duchowość utożsamiamy właśnie z myśleniem o przyszłości?
Spójrzmy na nauki Mistrza Eckharta, niemieckiego mistyka, filozofa, teologa i dominikanina, który głosił, że „kontakt” człowieka z Bogiem czy „szukanie” Boga to nic innego jak brak świadomości całkowitej jedności bytu. Albo na podejście pewnych szkół buddyjskich, takich jak zen, który uważa, że przebudzenie polega na zauważeniu, jaka rzeczywistość jest naprawdę i że dzieje się ona tylko w teraźniejszości. W zen nie ma spekulacji, co będzie jutro ani co będzie po śmierci.

Ale o przyszłości, żyjąc z dnia na dzień, myśleć też trzeba. W końcu pewne rzeczy planujemy.
Ależ oczywiście. I planujmy dalej, tylko że musimy mieć świadomość, że planujemy teraz i że ten nasz plan jest przede wszystkim zakorzeniony w teraźniejszości. Inaczej bardzo trudno być choć trochę zadowolonym.

Sądzi pan, że jako ludzkość jesteśmy na etapie, na którym nie chcemy czuć się winni, grzeszni i zasługiwać sobie na zbawienie, tylko odnajdywać sens życia tu i teraz?
Moim zdaniem odkryliśmy, że sens życia polega na przeżywaniu życia, a nie na jego odrzucaniu – w nadziei, że za to kiedyś dostaniemy nagrodę.

Z drugiej strony bycie tu i teraz wydaje się czysto hedonistyczne.
W byciu w teraźniejszości nie chodzi o takie korzystanie z życia, że wybieram sobie coś, jakiś wycinek rzeczywistości, i się na tym skupiam, tylko o obecność w trakcie życia w całej jego okazałości. Chodzi o dostrzeżenie, że my cały czas już żyjemy. Nie żyjemy na próbę, na przyszłość i być może nie żyjemy na jakąś wieczność.

To nie jest tak, że ja uważam, że życia po śmierci nie ma. Życie jest, tylko być może nie ma już tej jednostki, świadomości „ja”. Jestem przekonany, że życie będzie się dalej toczyło bez nas. Tak jak toczyło się, zanim się pojawiliśmy. I być może będzie bez nas o wiele ciekawiej. Po prostu nie uważajmy się za aż tak ważnych. Oczywiście cudem jest, że istnieje coś takiego jak świadomość, też tak zwana świadomość jednostkowa. I w tej świadomości możemy dojść do różnych wglądów, choćby dzięki ćwiczeniom duchowym polegającym na jej dokładniejszym postrzeganiu. Możemy wtedy dostrzec, że wiele rzeczy nie jest takimi, jakie na pierwszy rzut oka się wydają. Tak samo jak zorientowaliśmy się, że to nie Słońce krąży wokół Ziemi, tylko na odwrót.

Przeżywanie i dokładniejsze postrzeganie rzeczywistości jest tożsame z rozwojem duchowym. Przebudzenie to moment uświadomienia sobie, że dotychczas się myliłem i że nie pojmę, nie złapię sedna tej rzeczywistości. Bo jestem w środku cudownej tajemnicy życia.

Religia daje poczucie bezpieczeństwa, ale też jakieś ramy, przykazania, a co daje taka duchowa samowolka?
Przywołam tu słowa Jezusa, skierowane do Nikodema, które zwykle omijamy lub staramy się inaczej je zinterpretować: „Wiatr wieje, dokąd chce, i szum jego słyszysz, ale nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd idzie; tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha”. Czyli jako osoba przebudzona, nowo narodzona działasz według tego, co się dzieje, a nie według planu, który sobie układasz. Zaręczam, że ten sposób życia jest bardzo ciekawy. Zmusza cię do bycia obecnym w tym, co się akurat dzieje, a nie do odkładania wszystkiego na później – bo w czerwcu sobie wyjedziesz wreszcie na wakacje, ale do tego momentu musisz jakoś wytrzymać. Nikt nie ma kontroli nad tym, czy dożyjemy jutra, a co dopiero do wakacji.

Pyta pani o ramy i przykazania. Przypomnę tu przypowieść o dobrym Samarytaninie. Kapłan i lewita, czyli człowiek wykonujący posługi w świątyni, nie pomogli zranionemu wędrowcy, bo rytualne prawo zabraniało plamić sobie w dzień święty rąk krwią. Czyli omijając potrzebującego, działali według reguł – etycznie! Jedyna osoba, która mu pomaga, czyli Samarytanin, działa nieetycznie. I prawdopodobnie byłby on za to ukarany. Jak pokazuje historia, powoływanie się na reguły i emocjonalne rytualizowanie pewnych światopoglądów działało mniej więcej do XV wieku, i to w odniesieniu do większości społeczeństwa, nie wobec elit. Stopniowo zaczęto te reguły kwestionować, podważać. Bo duchowość to jest ciekawość; nie sposób posiadania wiedzy, ale jej zdobywania.
Pewna grupa światopoglądów religijnych tego nie dopuszcza, bo tam wiedza oparta jest na prawdzie objawionej. Żydzi opierają się na Torze – czyli to Bóg daje im całą wiedzę; chrześcijaństwo opiera się na Ewangelii, islam na Koranie – w obu księgach wiedza jest objawiona, co w pewnym sensie utrudnia rozwój świadomości. Wierni nie mają wyjścia, muszą się zgadzać. A jeśli jeszcze religia spoufala się z władzą polityczną, ich wolność myślenia i zachowania zostaje zablokowana.

Jest mi ogromnie szkoda, że duchowość została w ten sposób zinstytucjonalizowana – nie tylko w Europie i nie tylko w chrześcijaństwie. Stworzono personel zajmujący się pilnowaniem, by nikt nie zadawał niewygodnych pytań. Zmarnowano taki potencjał.

Duchowość to potrzeba zadawania pytań i szukania odpowiedzi?
To nie wiara w Boga, ale przeżywanie Boga. Słusznie powiedział XX-wieczny teolog Karl Rahner, że chrześcijanin XXI wieku będzie albo mistykiem, albo go nie będzie.
Można powiedzieć, że religia oferuje książki kucharskie, a duchowość oferuje jedzenie. To nie znaczy, że książki kucharskie są do kitu, ale samymi książkami się nie najesz. W duchowości chodzi o dosłowne przeżywanie życia: dłużej, dogłębniej i cierpliwiej.

Wiele osób obawia się, że kiedy zrywamy ze zinstytucjonalizowaną religią, tracimy też Boga.
Ale my nie tracimy Boga, tracimy tylko sposób podejścia do niego, przyzwyczajenie, które nam coś zapewniało. To tak jak ktoś w pewnym wieku wyprowadza się z domu. Traci darmowy wikt i opierunek, ale też zyskuje. Staje na własnych nogach i zaczyna być odpowiedzialny za swoje życie.


Uważam, że tragedią wielu religii jest to, że nie są duchowe, tylko mechaniczne. Zarządzają wiarą i panicznie się boją, że można by pewne treści zinterpretować inaczej. A rozwój, także duchowy, polega na uznaniu, że niektóre założenia były niedokładne.
Myśmy zamknęli nasze pojęcie Boga w klatce. Dlatego między innymi w wielu państwach społeczeństwa stają się mniej religijne, co nie znaczy, że nie zadają pytań o sens życia. Tylko nie idą z nimi do religijnych przywódców, bo z góry wiedzą, jaka jest odpowiedź. Nie ma tu żadnej przygody, poszukiwań, dociekań, tylko dogmat.

Ale czy żyjąc bez religii, będziemy umieli odróżnić dobro od zła?
Od czego zaczyna się Biblia, która jest podstawą przynajmniej dla trzech wielkich religii? Od pojęcia grzechu pierworodnego. A na czym on polegał? Na zerwaniu owocu z drzewa poznania dobra i zła. Czyli dostaliśmy jedno jedyne ostrzeżenie: nie myślcie, że wiecie, co jest dobre, a co złe. A my zorganizowaliśmy handel jabłkami z tego drzewa.
W imię tego, co uważamy za dobre, a co za złe, tłuczemy się w wojnach do dzisiaj. Miliardy ludzi w ten sposób zginęły. To jest więcej niż tragedia. A przecież na początku wszystkich monoteistycznych religii jest upomnienie: my tego nie możemy wiedzieć.
Podstawą etyki jest niewiedza. To, że coś nam się podoba, nie znaczy, że jest dobre. Jednocześnie to, co nam się nie podoba, nie musi być złe. W zależności od sytuacji i okoliczności ten sam czyn może być inaczej osądzony. Jest wielce prawdopodobne, że dzieci i wnuki ludzi, którzy są przekonani, że robią dziś coś bardzo szlachetnego – będą się za nich w przyszłości wstydzić. W momencie, kiedy rezygnuję z szybkiej opinii: „Ja już wiem, o co chodzi”, przekraczam siebie.

Jakie miałby pan rady dla poszukujących duchowości – w religii czy poza nią? W co powinni się wyposażyć?
W cierpliwość, ciekawość, w chęć przeżywania. Tu nie liczy się ślepa wiara, tylko otwarte pytania, otwarte oczy, otwarte serce. Dłuższy kontakt z tym, co jest. Pytanie siebie: Skąd się bierze mój lęk? Moja złość? Nie ucieczka w plany i wyobrażenia, tylko dotyk rzeczywistości. Ona cały czas jest. Jeśli ja jej nie przeżyję dziś, jutro, pojutrze, to kiedyś będzie mi bardzo ciężko umierać. Towarzyszę wielu ludziom w odchodzeniu i najtrudniej jest tym, którzy żałują, że nie żyli. 

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze