1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Depresja w środku lata

Osoba chorująca na depresję ma często dwa wizerunki. Jeden z nich stworzony jest na potrzeby otoczenia; drugi, prawdziwy, opiera się na tym, co dzieje się wewnątrz. (Fot. iStock)
Dlaczego sam środek lata wybraliśmy na start naszego nowego cyklu? Bo depresja jest niezwykle demokratyczna: nie zważa na zawód, płeć, wiek, status społeczny czy majątkowy. Można na nią zachorować o każdej porze roku i w każdym momencie życia. Karolinę Gątarek, psycholożkę kliniczną, pytamy, po czym poznać pierwsze objawy.

Kiedy słyszymy słowo „depresja”, przed oczami staje nam zwykle obraz smutnego człowieka, który z trudem podnosi się z łóżka, jest zaniedbany, wręcz nie zwraca uwagi na higienę czy ubiór.
Na szczęście edukacja robi swoje i coraz więcej osób zaczyna sobie zdawać sprawę, że obraz ten nie jest jedynym słusznym. Depresja może wyglądać właśnie tak, ale może również zupełnie inaczej. Fakt, że najczęściej w ten sposób nam się kojarzy, wynika zapewne z tego, że przez wiele lat o depresji prawie zupełnie się nie mówiło; była tematem wstydliwym, mało kto się do niej przyznawał. Zawsze chorowało na nią sporo osób, ale większość albo to ukrywała, albo nawet nie była diagnozowana. Do szerszej świadomości przebijały się więc tylko skrajne, bardzo ciężkie przypadki – takie, które kończyły się pobytem w szpitalu, aby dać pacjentowi szansę na ratunek, oraz te, które, niestety, znajdowały finał tragiczny. Temat zaburzenia, jakim jest depresja, pojawił się w debacie publicznej dopiero niedawno; pewną nowością jest też opowiadanie o własnym doświadczeniu depresji przez znane osoby. Dzięki temu wreszcie wybrzmiewa bardzo istotna prawda: osoba chorująca na depresję ma często dwa wizerunki. Jeden z nich stworzony jest na potrzeby otoczenia; drugi, prawdziwy, opiera się na tym, co dzieje się wewnątrz. Chorującym często udaje się przez długi czas – aczkolwiek tylko do pewnego momentu! – pozornie świetnie funkcjonować w pracy, korzystać ze swoich zasobów. W środku są bardzo smutni, przygnębieni, działają na oparach. Przykładem może tu być historia znanego amerykańskiego aktora i komika Robina Williamsa.

Co powinno nas zaalarmować – u siebie samych albo u bliskich? Jakie mogą być objawy, nawet te subtelne lub takie, jakich nie kojarzymy zwykle z depresją?
Objawy zasadnicze to obniżenie nastroju, a więc smutek i przygnębienie, utrata zdolności przeżywania przyjemności, czyli tzw. anhedonia, oraz obniżenie napędu do działania, wycofanie, zmęczenie, pragnienie wyłączenia się z życia zawodowego, społecznego. Typowe dla depresji są zmiany rytmu dobowego. Przez wiele lat pracowałam w Fundacji Itaka, która prowadziła m.in. telefon zaufania dla osób w kryzysie psychicznym. Dzwonił w zasadzie cały czas, ale charakterystyczne było przeciążenie linii w godzinach wieczornych, bo osoby chore na depresję często rano odnotowują największe obniżenie nastroju, wieczorem zaś mogą odczuwać napływ energii i próbować szukać pomocy. Charakterystyczne dla tego zaburzenia są też problemy ze snem, zarówno bezsenność, jak i senność nadmierna, oraz zmiana apetytu: tak objadanie się, jak i brak łaknienia. Za niepokojące uważamy objawy utrzymujące się powyżej dwóch tygodni. Ważne jest także ulokowanie ich w pewnym kontekście – prześledzenie niedawnych przeżyć osoby cierpiącej, stwierdzenie, czy miało miejsce wydarzenie, które mogło stać się katalizatorem choroby.

Osoby, które ciągną na wspomnianych oparach, często jednak zaczynają skarżyć się nie tyle na smutek, zmęczenie czy brak apetytu, ale na rozmaite dolegliwości, których często z depresją nie kojarzymy, jak chociażby bóle głowy, brzucha, kręgosłupa…
W zasadzie mogłybyśmy tu wypisać wszelkie dolegliwości sugerujące występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji. Depresja maskowana jest szczególnie trudna do zdiagnozowania; niezwykle pomocne są tu, obok doświadczenia lekarza, samoświadomość pacjenta oraz pewna życzliwa uważność otoczenia. To bliscy, dobrze znający nas ludzie najprędzej są w stanie połączyć w jedno nowe elementy w naszym zachowaniu, zmiany w funkcjonowaniu w naszym naturalnym otoczeniu, wydarzenia z niedalekiej przeszłości z ewentualnymi dolegliwościami, na które zaczynamy się skarżyć. Niestety wielu pacjentów, stwierdziwszy u siebie pewne objawy, rozpoczyna korowód od lekarza do lekarza; do psychiatry zwykle trafiają na samym końcu. Paradoksalnie wielu pacjentów nadal wolałoby usłyszeć, że cierpią na konkretną chorobę somatyczną, nawet na nowotwór, niż otrzymać diagnozę: depresja. Ma to oczywiście związek z szeregiem dotyczących jej uprzedzeń, które wciąż występują w społeczeństwie. Depresję wielu z nas nadal postrzega jako coś wstydliwego.

A ma się wrażenie, że mówi się o niej teraz wszędzie!
To, że wydaje nam się, że powiedzieliśmy już wszystko, wiele razy, i to bardzo głośno, w wypadku depresji nie oznacza, że nie warto powtórzyć tego po raz kolejny. To trochę jak z programami informacyjnymi w telewizji, gdzie te same wiadomości powtarza się w kółko. Producenci audycji zakładają przecież, że telewizor możemy włączyć w dowolnym momencie. Tak samo jest z mówieniem o depresji: nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś zacznie słuchać i który przekaz do niego dotrze. Często, gdy słyszymy coś na jej temat, nie odnosimy tego do siebie czy naszych bliskich, a może nie jesteśmy w danym momencie gotowi, aby daną prawdę przyswoić.
Warto też podkreślić, że badania nad depresją nadal się toczą; to temat, który cały czas się rozwija. Coraz więcej dowiadujemy się chociażby o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu, ale także ciała, organizmu w ogóle. Poznajemy coraz lepiej ludzką biochemię; pojawiają się nowe leki. Coraz lepiej rozumiemy także kwestie genetyczne, bardzo przy depresji istotne.

Mówisz „rozumiemy”, „wiemy” – mając oczywiście na myśli naukowców i specjalistów. Jak oceniasz wiedzę, którą na temat depresji ma przeciętny Kowalski?
Pracuję jako psycholog kliniczny, w tej chwili głównie z dziećmi, ale także z ich rodzicami – opiekunami pacjentów do 18. roku życia. Rozmawiam z nimi o tym, co się dzieje. Świadomość społeczna wydaje mi się coraz większa, przede wszystkim w stosunku do osób dorosłych. Wiemy, że każdy z nas odczuwa czasem smutek, że są sytuacje, na które w zasadzie każdy zareaguje pogorszeniem nastroju, jak choćby wojna. Wiemy też, że problem pojawia się wtedy, jeśli obniżenie nastroju utrzymuje się dłużej – coraz więcej ludzi decyduje się wówczas przyjrzeć problemowi, sięgnąć po pomoc, pójść do psychologa, a nawet do psychiatry. Niestety, inaczej ma się sprawa z dziećmi i młodzieżą. Wśród dorosłych – nawet wśród kochających rodziców! – nadal pokutuje przekonanie, że dzieci i młodzież na depresję nie chorują, bo nie mają przecież żadnych poważnych problemów. Skłonni jesteśmy raczej szukać winy w hormonach i dojrzewaniu albo wygłaszać opinie w stylu „jest im za dobrze, poprzewracało się w głowie”.

Z całą pewnością mamy epidemię depresji, zarówno u dzieci, jak i u dorosłych. Stanowi to oczywiście smutną konstatację, ale dobrą wiadomością jest to, że zaczęliśmy o depresji mówić. Na wizytę u psychiatry czy psychologa czeka się teraz bardzo długo. Wskazuje to oczywiście na niedobór specjalistów i coraz większą liczbę przypadków, jednak także na pozytywną kwestię: coraz więcej ludzi szuka pomocy. Wielu jednak nadal boi się pójść do psychologa – niepokój zresztą budzi wszystko, co ma przedrostek „psycho” w nazwie, bo kojarzy się z kolokwialnym „psycholem” – szalenie stygmatyzującym określeniem. Tymczasem powinno być zupełnie inaczej. Tak jak ortopeda to ktoś, kto pomoże nam, gdy złamiemy nogę, tak specjalista psychiatra albo nawet szpital psychiatryczny pomoże osobom w innego rodzaju kryzysie. Depresję można dziś z powodzeniem leczyć, jak masę innych chorób dotyczących rozmaitych części naszego organizmu.

Jeśli zauważamy u siebie lub bliskich niepokojące objawy, które utrzymują się dłuższy czas, gdzie szukać pomocy? W pierwszej kolejności udać się do psychologa? Do psychoterapeuty? Do psychiatry?
Gdzie się da! Ważne, by zrobić krok i rzeczywiście tej pomocy poszukać. Możemy porozmawiać z lekarzem pierwszego kontaktu, z lekarzem specjalistą, do którego trafiliśmy z objawami somatycznymi, z psychologiem szkolnym, możemy umówić się do poradni zdrowia psychicznego – wszystkie wymienione osoby i instytucje posiadają odpowiednie kompetencje, by pokierować nas dalej. Pełną diagnozę postawi jednak tylko lekarz psychiatra; jedynie on może też skierować na ewentualne zwolnienie z pracy oraz dobrać odpowiednie leki. Lekarz jest także konieczny do tzw. diagnozy różnicującej. Objawy podobne do depresji mogą dawać też zaburzenia hormonalne, np. w chorobach tarczycy; czasem konieczne jest wykonanie rezonansu mózgu. Interpretacji wyników badań może podjąć się tylko lekarz, nigdy psycholog ani terapeuta.

Warto też zrozumieć różnicę między tymi ostatnimi dwoma zawodami. Psycholog to osoba, która zdobyła tytuł magistra po pięciu latach studiów wyższych w dziedzinie psychologii. Psycholog kliniczny to psycholog pracujący w szpitalu. Psychoterapeuta natomiast nie musi być psychologiem; wystarczy, że odbędzie studia psychoterapeutyczne. Praktykuje w czasie tychże studiów i już wtedy prowadzi swoich pacjentów. Warto więc sprawdzać kompetencje takiej osoby – dyplomy, certyfikaty, to, czy pracuje pod superwizją. Naszej decyzji będzie też wymagał rodzaj psychoterapii. Do najpopularniejszych szkół zaliczamy w tej chwili psychoterapię psychodynamiczną, analityczną i poznawczo-behawioralną. Każda z nich charakteryzuje się innym podejściem do problemu i pacjenta. To, co bardzo istotne we wszystkich, to nasze poczucie komfortu i bezpieczeństwa w czasie terapii. Psychoterapeuta jest również zobowiązany zawrzeć z nami tzw. kontrakt terapeutyczny, w którym określimy wspólnie główne cele terapii oraz okres jej trwania. Brak takiej umowy powinien stanowić dla nas dzwonek alarmowy.

Czy sama psychoterapia wystarczy? Da się wyjść z depresji bez leków? Wielu z nas nadal bardzo się ich boi.
Da się – każdy pacjent, każdy przypadek jest inny. Są osoby, które doskonale reagują na psychoterapię, szczególnie jeśli mają również wsparcie w domu, wśród bliskich. Nigdzie nie jest powiedziane, że wszystkich chorujących należy leczyć tabletkami! Są jednak takie sytuacje, gdzie leki okazują się niezbędne. Czasem trzeba je brać przewlekle, czasem przez krótszy okres, by wyprowadzić pacjenta z najgorszego kryzysu i móc zacząć terapię, pracować na jego zasobach.

Leków nie należy się bać – są dziś w pełni bezpieczne i świetnie działają; dobrze dobrane nie dają też skutków ubocznych. Poza tym mamy szereg rozwiązań wspomagających, które można dobierać indywidualnie – od fototerapii (terapii światłem) po arteterapię, czyli terapię sztuką. U osób lekoopornych konieczne bywają elektrowstrząsy, których również nie należy się dziś obawiać.
Ta rozmowa ukazuje się w wakacje, które z depresją raczej się nie kojarzą. A przecież ona nie wybiera odpowiedniej daty w kalendarzu – może nas dopaść latem, choć zwykle myślimy o niej sezonowo.

Rzeczywiście depresja może nasilać się, gdy brakuje nam światła dziennego, a więc jesienią i zimą, jednak chorować można równie dobrze w środku lata na słonecznej plaży. Powiem więcej – często zdarza się, że choroba rozwija się właśnie w czasie urlopu – bo dopiero wtedy odpuszczamy, zwalniamy, pozwalamy sobie poczuć samych siebie, a ciało i głowa zaczynają upominać się o uwagę. Podobnie było zresztą z pandemią: niespodziewanie mieliśmy czas, by się w siebie wsłuchać, poznać, zauważyć, co nas uwiera.
Kolejna sprawa to fakt, że, jak już powiedziałyśmy, depresja rozwija się często na skutek jakiegoś katalizującego wydarzenia. Może być to wojna, choroba czy śmierć bliskiej osoby, ale także, o czym wie mniej osób, narodziny dziecka, ślub czy budowa nowego domu. Wszystko to, co z naszego punktu widzenia przerasta zasoby, którymi dysponujemy (umiejętności, wiedzę, czas, pieniądze, wsparcie), może nas prowadzić do procesu chorobowego. Może, ale nie musi, bo oczywiście nie u każdego on wystąpi – nie każdy bowiem ma predyspozycje do depresji. Każdy natomiast może zachorować – depresja jest niezwykle demokratyczna, nie zważa na zawód, płeć, wiek, status społeczny czy majątkowy. Zachorować może wspomniany komik, zachorować może osoba pogodna i wesoła; zachorować może nawet psychoterapeuta czy psychiatra.

Jak się przed tym ustrzec, jak bronić? Nie możemy kontrolować wszystkiego, co się dzieje – pandemii, wojen, inflacji, kryzysów.
Na szczęście możemy dokonywać odpowiednich wyborów w zakresie higieny swojego życia, co może spełniać ważną funkcję profilaktyczną. Bardzo przydaje się tu psychoedukacja: jeśli wiem, kim jestem, na co reaguję, na co jestem wyczulony, co mnie cieszy, a co osłabia, mogę spróbować nauczyć się kontrolować myśli, rozumieć swoje reakcje w różnych sytuacjach, analizować odpowiedź organizmu na pewne wiadomości, a nawet osoby, i próbować to regulować. Mogę dbać o odpoczynek, higienę snu, ruch i dietę rozumianą jako karmienie ciała tym, co najlepsze. Mogę dbać o relacje, które mnie wzbogacają, a nie osłabiają, i być na siebie serdecznie uwrażliwionym. Później mogę także serdecznie uwrażliwić się na innych. 

Karolina Gątarek, psycholożka, absolwentka Wydziału Psychologii SWPS oraz Studium pomocy psychologicznej i interwencji kryzysowej IPZ PTP. Jest w trakcie specjalizacji z psychologii klinicznej APS. Pracowała w administracji państwowej i organizacjach pozarządowych. Obecnie w IP Centrum Zdrowia Dziecka

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze