1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Mężczyzna i rodzina. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Bycie ojcem dzieci z poprzedniego związku, eksmężem, partnerem, tatą, a nierzadko także przyszywanym tatą dzieci swojej nowej partnerki – to ogromne wyzwanie, wymagające dojrzałości, czyli wyjścia poza swoje nawyki i uwarunkowania, a także odwagi i uważności. (Fot. iStock)
Mężczyzna to także mąż, brat, syn starzejących się rodziców oraz ojciec, który ma swoje pasje. Jaki jest w tych rolach, a jaki mógłby być? A co kiedy jest tatą dzieci innej kobiety? Co to znaczy być mężczyzną w rodzinie patchworkowej? Odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Zazwyczaj to córka, a nie syn troszczy się o rodziców, kiedy na starość nie są już samodzielni. Czy tak musi być?
Zwykle decyduje nie płeć dziecka, lecz to, które dziecko bardziej kocha albo które czuje się z jakichś powodów bardziej winne czy uzależnione od rodzica. Córki zdecydowanie częściej niż synowie czują się nieadekwatnie winne wobec rodziców: bo nie urodziły się synami, bo nie spełniają oczekiwań rodziców co do urody, wykształcenia, wnuków i tak dalej. Opieka nad rodzicami staje się dla nich ostatnią okazją, by zasłużyć na ich miłość. Przypuszczam, że ten psychiczno-kulturowy mechanizm sprawia, że córki częściej niż synowie opiekują się starzejącymi się i chorującymi rodzicami.

Czy coś jeszcze wpływa na to, że synowie opiekują się seniorami rzadziej?
Jeśli syn dużo pracuje i zarabia więcej niż jego siostra, to na ogół nie on troszczy się o seniorów. Jego pomoc zazwyczaj polega wtedy na finansowaniu profesjonalnej obsługi. A jeśli to mężczyzna, czyli syn, przejmuje inicjatywę w opiece nad niedołężnymi rodzicami, to też z reguły opiekuje się nimi inaczej, niż robiłaby to jego siostra. Bo w dzieciństwie i dorastaniu sam doświadczył zwykle opieki opartej na zasadzie: 50 proc. wsparcia i 50 proc. wymagań. Od synów wymaga się więcej samodzielności i dzielności. „Poradź sobie sam” – łatwiej jest powiedzieć do płaczącego chłopca niż do dziewczynki. I ten wzorzec opieki mężczyźni jako synowie przenoszą potem na sposób, w jaki troszczą się o zniedołężniałych rodziców, ale też o dzieci i partnerkę.

Z kobiecego punktu widzenia wygląda to jednak tak, jakby mężczyźni rodzicami się w ogóle nie opiekowali. Wpadają na chwilę, sprawdzają, czy wszystko, co trzeba, jest w lodówce, i wychodzą.
Ta opieka jest inna, ale to nie znaczy, że jest gorsza. Przejaskrawiając, można powiedzieć, że wyręczanie chorych czy niedołężnych rodziców we wszystkim, zalewanie ich nadopiekuńczością, która ich unieruchamia i ubezwłasnowolnia, wcale nie jest dobrą dla nich formą pomocy.

Życie potwierdza, że staruszkowie się usprawniają, kiedy mają jakieś wyzwania. W pewnym domu seniora były dwa piętra. Kiedy trzeba było dokonać remontu wind, w trosce o komfort mało sprawnych rezydentów podjęto decyzję, by sypialnie tymczasowo przenieść na parter, a wspólną przestrzeń klubową na piętro. No i okazało się wtedy, że seniorzy bardziej lubili przebywać w klubie niż izolować się w swoich sypialniach. W rezultacie wielokrotnie w ciągu dnia, z zapałem i dzielnie, wspinali się po schodach. Gdy po kilku tygodniach windy naprawiono – zadziwiony personel stwierdził, że nie tylko sprawność, lecz także ogólny stan zdrowia seniorów ogromnie się poprawiły.

Część synów, którzy sami już są ojcami, angażuje do opieki nad dziadkami płatnych fachowców właśnie po to, aby nie opuszczać własnych dzieci. Spotkałem w terapii wielu ludzi, którzy jako dzieci czuli się odrzuceni i nieważni, bo ich rodzice poświęcili się całkowicie opiece nad niedomagającymi dziadkami. W dodatku dziadkowie często czuli się z tego powodu winni. Nadmierne poświęcanie się opiece nad chorymi rodzicami nikogo nie uszczęśliwia. Lepiej zmobilizować się, wziąć dodatkową pracę i zatrudnić kogoś – zamiast opiekować się ojcem, który kiedyś nas bił i poniżał. A swój czas i uwagę poświęcić swoim dzieciom i partnerce, zabierając ich na przykład na weekend za miasto.

Właśnie: czas wolny! Mam taką obserwację, że rodziny częściej angażują się w pasje mężczyzny niż pasje kobiety.
Mężczyźni często traktują swoje pasje jako pretekst, żeby uwolnić się od trudnej partnerki, od obowiązków w domu, znaleźć się we własnej, odrębnej przestrzeni społecznej. Dlatego jeśli partner próbuje włączyć partnerkę do swojej pasji, to znak, że jest dla niego ważna i że ją kocha. To nic innego jak komunikat: „Chciałbym, żebyśmy spędzali więcej czasu razem, chciałbym z tobą dzielić doświadczenie, które dla mnie jest wyjątkowe”. To się rzadko zdarza, więc ważne jest, żeby to prawidłowo odczytać. Jeśli mężczyzna proponuje partnerce wspólne wyprawy rowerem, na konie, na deskę czy lotnię, to warto się dwa razy zastanowić, czy się jednak nie przemóc i choć trochę wejść w świat partnera.

A jak kobieta woli tenis?
To w porządku, każdy ma swoją pasję. Związek się z tego powodu nie rozpadnie. Choć oczywiście jest ryzyko, że mężczyzna znajdzie sobie nową partnerkę w środowisku, w którym swoją pasję uprawia. Bo pasja ludzi zbliża. Jest o czym pogadać, jest mnóstwo okazji do spędzania wspólnie czasu: treningi, wyjazdy. Zwłaszcza jeśli na wielokrotne zaproszenia partnerka odpowiada zawsze tak samo: „Nie pójdę na konie, bo mam dom na głowie i dzieci, jestem tym wszystkim strasznie zmęczona”. Jest prawdopodobne, że nawykowo odmawia sobie „nieznanego nieba”, bo woli „znane piekło” domowego znoju oraz frustracji i nieustannego żalu do niego za to, „że on tego nigdy nie docenia”.

Z drugiej strony jest możliwe, że ten mężczyzna może być niedojrzały i chce, jak chłopiec, wieść życie całkowicie wolne od domowych i rodzinnych obowiązków. A więc jak nie konie, to deska, narty albo samochody. Wtedy jego partnerka, nawet jeśli chce, nie ma szans za nim nadążyć, zwłaszcza kiedy mają dzieci. Ale jeśli w repertuarze jego pasji jest coś, co jej też odpowiada, powinna za tym iść. Inaczej ryzykuje, że straci kontakt ze swoim mężczyzną, bo to on z kolei poczuje się niedoceniany i niekochany.

A dzieci? Czy ojciec, włączając je w swoje pasje, dzieli się swoim doświadczeniem, czy raczej stawia wymagania?
Wychowanie polega między innymi na tym, że rodzice pokazują dzieciom swoje życia i swoje światy. Więc najlepiej jest wtedy, kiedy oboje rodzice – prócz pracy – mają także swoje pasje i zainteresowania, swoje światy, którymi mogą dzielić się z dziećmi. Niestety, w większości rodzin to nadal ojciec „pokazuje dzieciom świat”, także dlatego, żeby dać odpocząć „umęczonej partnerce od dzieci i od siebie”. Wtedy idzie z dziećmi na przykład na kort. Ale nie po to, by sobie na niego popatrzyły, tylko po to, aby uczyć je grać. Podobnie zabiera je w góry, po to, aby z nimi iść, dostosowując trasę, tempo i ciężar plecaków do ich możliwości. Takie wyprawy pozwalają dzieciom rozwijać się i uczyć, ale też nabierać wiary w siebie, bo ojciec z reguły będzie od nich więcej wymagał i na więcej pozwalał niż matka. Oczywiście bywa, że dzieci chcą inaczej niż ojciec spędzać czas albo charakter ojca sprawia, że dzieci czują się nadmiernie forsowane i zestresowane; albo się go boją, bo jest agresywny.

Matka może powiedzieć: Patryk i Zosia nie jadą z tobą na zawody?
Matka powinna negocjować z ojcem dzieci zasady udziału syna czy córki w wyprawie, która wydaje jej się zbyt ryzykowna, albo jechać razem z nimi, by stanowić dla nich ochronę przed zbyt wygórowanymi wymaganiami ojca. Idealna sytuacja to taka, w której między ojcem i matką istnieje partnerstwo. Czyli: razem działamy na zasadzie równych praw i obowiązków związanych z wychowaniem dzieci i domem. Wtedy też ewentualne nadopiekuńczość matki i nadmierne wymagania ojca będą się równoważyć.

Jaka dziś jest rola mężczyzny w rodzinie także jako syna czy ojca?
Dzisiaj nie sposób mężczyźnie przypisać jednoznacznej, raz na zawsze ustalonej roli w rodzinie. Prawie wszystko zależy od tego, jakie ma zarobki, wykształcenie i jakie wartości są dla niego ważne, jaka jest siła i charakter więzi z partnerką. Duże znaczenie mają też różnice charakterologiczne między partnerami.

Mężczyzna bywa coraz częściej ojcem, który nie wychowuje swoich dzieci każdego dnia, a tylko w weekendy, bo ma nową rodzinę. Jaka jest wtedy jego rola w byłej rodzinie?
W książce „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć” razem z Aliną Gutek dużo piszemy na ten temat. Doradzamy, jak w takiej rodzinie stworzyć przyjazne i inspirujące środowisko wychowawcze dla dzieci. Przede wszystkim dążąc do integracji, ale także zachowując pewną hierarchię. Pierwsza żona, z którą mężczyzna ma dzieci, bywa najwyższa w hierarchii. Gdy potrzebuje szybkiej pomocy czy podpowiedzi przy podjęciu ważnej decyzji, to mężczyzna szybko reaguje – bo on ma z nią pierworodne dzieci.

Pierworodne dzieci – to brzmi jak cytat z Biblii.
Moje własne doświadczenie, a także znane mi doświadczenie wielu innych patchworkowych rodzin jednoznacznie wskazują na to, że wśród dzieci patchworkowych przestrzeganie przez rodziców hierarchii pierwszeństwa urodzenia/starszeństwa decyduje w ogromnym stopniu o powodzeniu i harmonii skomplikowanych relacji zarówno między dziećmi, jak i pomiędzy rodzicami i dziadkami. Drugą ważną zasadą jest przestrzeganie hierarchii starszeństwa/kolejności życiowych partnerów, szczególnie wtedy, gdy są na świecie wspólne dzieci. Więc kiedy mężczyzna lub kobieta wychodzi z poprzedniego związku i wchodzi w nowy – tym samym tworząc patchworkową rodzinę – to zarówno on, jak i jego partnerka czy ona i jej nowy partner muszą sobie zdawać z tego sprawę i porzucić nadzieję na jakąkolwiek wyłączność. Związki to nie praca, gdzie zobowiązania się kończą, gdy dostajemy wymówienie. Dla wszystkich dzieci narodzonych we wszystkich naszych związkach zawsze będziemy rodzicami. A dla wszystkich partnerów, z którymi mamy dzieci, będziemy współrodzicami.

A jeśli dzieci pojawią się także w nowym związku?
No to wtedy właśnie pierworodne dzieci nabywają prawo bycia ważniejszymi, bo to one przecież słusznie czują się oszukane, porzucone i pokrzywdzone. Więc jakieś zadośćuczynienie im się chyba należy. Nie ma powodu, aby dzieci z nowego związku, które na co dzień mają przy sobie matkę i ojca, miały być na dodatek ważniejsze od pierworodnych.

Ale te nowe nie czują się wtedy gorsze?
Łatwiej zaakceptować młodszym dzieciom to, że starsze są ważniejsze. Hierarchia związana z wiekiem jest odbierana jako oczywista i naturalna.

Dzieci to zrozumieją, ale bycie drugą może być źródłem cierpienia dla nowej partnerki.
Nowa partnerka może mieć problem szczególnie wtedy, gdy jej nowy partner jest uwikłany w silne poczucie winy wobec swojej poprzedniej partnerki i matki wspólnych dzieci. Kiedy będzie codziennie dzwonił do byłej i biegł do niej na każde zawołanie, wchodząc w rolę taksówkarza, dostawcy pizzy oraz pogotowia elektrycznego. Bo ten mężczyzna gotów jest zrobić wszystko, aby tylko poprawić swój wizerunek w oczach otoczenia, dzieci i w swoich własnych. Jeśli zaś była partnerka i matka wspólnych dzieci będzie to poczucie winy podsycać, to ta sytuacja może trwać długo i nikt nie będzie szczęśliwy. Uzdrowienie takiej sytuacji staje się możliwe zazwyczaj dopiero wtedy, gdy była partnerka wejdzie w swój nowy związek. Jeśli jednak rozstający się współrodzice wzniosą się ponad swoje resentymenty i egoizmy, to rany wszystkich uczestników dramatu prędko zaczną się goić.

Bycie ojcem dzieci z poprzedniego związku, eksmężem, partnerem, tatą, a nierzadko także przyszywanym tatą dzieci swojej nowej partnerki – to ogromne wyzwanie, wymagające dojrzałości, czyli wyjścia poza swoje nawyki i uwarunkowania, a także odwagi i uważności.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii. www.ipsi.pl

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze