1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Jak dbać o bliskość w dojrzałym związku?

Bliskość nie wyklucza dbania o samego siebie, wręcz odwrotnie - przekonuje psychoterapeutka Sylwia Sitkowska. (Fot. iStock)
Dbanie o siebie może doprowadzić do oddalenia od partnera? Nie, to może nas zbliżyć, tylko na innych zasadach – mówi psychoterapeutka Sylwia Sitkowska.

Czy rzeczywiście mamy dziś problem z bliskością? Bo to oznaczałoby, że mamy też problem z miłością.
Teoria trójczynnikowa miłości Steinberga mówi o tym, że miłość składa się z trzech elementów: namiętności, intymności i zaangażowania. Według mnie pojęcia „bliskość” i „intymność” leżą obok siebie. Bliskość rozumiem jako bycie ze sobą nie tylko fizyczne, choć fizyczne również, ale także tworzenie relacji: swojego humoru, języka, dotykanie się, kiedy przechodzimy obok, budowanie wewnętrznego świata dwóch osób, oczywiście też poleganie na sobie, serdeczność, troska.

Może kłopoty par wynikają też z niezrozumienia rozwoju ich relacji. Chcielibyśmy, żeby zawsze było tak, jak na początku.
Pewnie trochę też z tego. Bo rzeczywiście bliskość zależy od etapu, na jakim jest związek. Na pierwszym, czyli w fazie namiętności, ona „robi się” niejako z automatu. Natomiast kolejne etapy wymagają więcej uważności na bliskość. I pary, które do mnie trafiają, są na etapie odkrywania tej bliskości na nowo. Trudno jednak budować tylko na namiętności. A dzisiaj, jeśli namiętność się wypala, to szukamy innej, z kim innym.

Bo namiętność według nas jest najważniejsza.
A namiętność to właściwie chemia, gra hormonów w naszym mózgu, życie na autopilocie. Dwie osoby spotykają się, zakochują się i świat staje się kolorowy. Niewiele muszą robić, żeby zachęcać do siebie drugą osobę, bo pojawia się oksytocyna, hormon odpowiedzialny za zakochanie, on robi dużo za nich. Staramy się wtedy w sposób niejako automatyczny szukać raczej łączących nas zachowań, sytuacji, cech niż różnic, więc nawet rozrzucone skarpetki postrzegamy jako coś słodkiego. Łączy nas dużo bliskości fizycznej, rodzi się też bliskość emocjonalna. Ten etap to fundament dla związku, może być dobrym budulcem do intymności i zaangażowania.

Może, ale często nie jest. Co zawodzi?
Pozorna bliskość. Związki mogą dość szybko się skończyć, jeśli nie przejdą na kolejny etap bliskości, wynikający już nie tylko z tego, że chcę się z tobą spotykać, dotknąć cię, poczuć twój zapach, całować cię, tylko chcę się spotkać z tobą, bo się o ciebie troszczę, chcę ci towarzyszyć. Czyli dlatego że nie ja ciebie potrzebuję, ale ty mnie potrzebujesz. Ten kolejny etap bliskości opiera się na trochę innych zasadach, bardziej widzimy partnera niż siebie i swoje potrzeby. Bo na pierwszym etapie bardziej realizujemy własne potrzeby, niejako jesteśmy zakochani w zakochaniu. Na kolejnym etapie w grę wchodzi troska o drugą osobę.

Bliskość zmienia się wraz z nami, a nie jest dana raz na zawsze.
Absolutnie tak. Z badań psychoterapeuty Johna Gottmana, autorytetu w terapii par, wynika, że jak już przejdziemy przez ten pierwszy etap i zaczynają się jakieś kryzysy, to wszystko zależy od tego, jak je pokonamy. Bo związek to droga od kryzysu do kryzysu – tylko kwestia, jak i czy się z nimi uporamy. Gottman mówi o tym, że warto pracować nad bliskością poprzez okazywanie ciekawości w stosunku do partnera, warto nie przyjmować za pewnik, że pozostanie on przez całe życie taki, jaki był na początku. Tak więc potrzebne jest aktualizowanie map partnera. Drugi ważny element, o którym mówi Gottman, to okazywanie partnerowi sympatii i podziwu. Tymczasem często to, co robi, przyjmujemy za pewnik, na przykład że codziennie stawia obiad na stole. Zapominamy, żeby powiedzieć: „Dziękuję, że ci się chciało ugotować, pomimo zmęczenia”.

Ilustracja Julia Błaszczyk

Czy to dobra motywacja do budowania bliskości – że chcemy być jednością?
Bycie jednością jest, po pierwsze, zarezerwowane dla pierwszego etapu związku, a po drugie, wcale nie jest zdrowe. Chodzi o bycie dla siebie nawzajem takim trochę odnośnikiem, o komunikowanie się, także niewerbalne, konsultowanie się ze sobą, sprawdzanie, jakie jest zdanie partnera. Kolejny ważny element bliskości to kompromis zamiast uporu. Okazuje się, że bez kompromisu trudno żyć. Gottman mówi, że to mężczyźni mają często dużo większy z tym problem. Jego badania pokazują, że związki, w których mężczyzna częściej zgadza się z partnerką, są dużo szczęśliwsze od tych, w których on upiera się przy swoim.

Czy fizyczne bycie blisko pomaga bliskości emocjonalnej, a oddalenie ją zabija?
To ciekawe zagadnienie. Fizyczne bycie blisko, w tym seks, na pewno pomaga w utrzymaniu związku. Z moich doświadczeń terapeutycznych wynika, że w długotrwałych związkach najszybciej kończy się właśnie seks. Warto go jednak podtrzymywać, mimo że nie jest taki, jak na początku, i nigdy nie będzie, bo nigdy nie będziemy dla siebie nawzajem znów nowi. Seks, nawet jak nie jest płomienny, też może być ekscytujący. Natomiast związkom funkcjonującym na odległość trudno o bliskość fizyczną, ale także o emocjonalną, bo partner nie jest w codziennym świecie drugiej osoby. Bliskość może być wtedy bardziej związana z wyobrażaniem sobie partnera, jego deficytem, co potrafi pobudzić relacje, podtrzymać płomień. Z jednej strony więc może to być ciekawy element dla związku, ale z drugiej – może rodzić rozczarowania, gdy już partnerzy się spotkają. Bo nagle okazuje się, że wzajemne wyobrażenia o sobie są inne niż rzeczywistość. A my karmimy się często różnego rodzaju złudzeniami, marzymy o miłości, chcemy jej zaznać, więc często dopowiadamy sobie to, co chcemy, i tak możemy funkcjonować w wyobraźni nawet latami.

Co zabija bliskość?
Badania pokazują, że nuda, popadanie w marazm, przekonanie, że wszystko wiemy o partnerze, że znamy go na wylot. Warto mieć swoją przestrzeń i swoje życie. Najzdrowszy model związku to taki, w którym jest mój kawałek, twój kawałek i nasz wspólny kawałek. I w tym „moim” kawałku mieszczą się też oddzielne wyjazdy, nie ma w nich nic złego. Czy zachęcałabym jednak partnerów do tego, żeby się czasami rozstać? Lubię wyjechać do spa z koleżanką, ale mój mąż to akceptuje. Wyobrażam sobie, że u par, które nigdy się nie rozstają, może to rodzić różnego rodzaju niepokoje. Ale warto o tym porozmawiać, a nie z góry zakładać, że partner będzie przeciwny.

Czasem trzeba się oddalić, żeby na nowo siebie nawzajem odkryć?
Związek to ciągły taniec między bliskością i separacją, między byciem razem a odsuwaniem się od siebie. To naturalny proces, który przechodzą wszystkie pary. Jeśli jednak pierwszy etap – zlania się ze sobą – utrzymuje się dłużej, to z reguły jedno z partnerów zaczyna się dusić. Bo to dla nas nienaturalne. Jeśli nawet wychowaliśmy się w kulturze kolektywnej, to każdy potrzebuje swojej przestrzeni. Trzeba o nią dbać, negocjować ją z partnerem. Im będę szczęśliwsza, tym szczęśliwszy będzie partner. Trudno jest dać komuś coś, czego się nie ma. Bliskość nie wyklucza dbania o samego siebie, wręcz odwrotnie.

Cytowany tu już Gottman mówi dużo o nakierowaniu na drugą stronę, ale MOIM nakierowaniu, czyli o dużej uważności na siebie, zwiększaniu swojej świadomości własnych zachowań, emocji. Bez tego trudno wejść w fajną bliskość z drugą osobą. Dlatego ważne jest też myślenie o osobie. Tymczasem boimy się, że to doprowadzi nas do oddalenia. Nie, to nas może zbliżyć, tylko na innych zasadach.

W pandemii zostaliśmy wystawieni na próbę przymusowego bycia blisko. Wiele par z tego powodu się rozstało, ale inne twierdzą, że to je wzmocniło.
Badania pokazują, że jeżeli spędzamy dużo czasu z bliską osobą, to w naturalny sposób zaczynamy ją bardziej lubić. A lubienie to jeden z elementów, które pogłębiają bliskość. Pandemia była więc takim społecznym eksperymentem, który pokazał, że bycie razem w związku, nawet z długim stażem, może pomóc nam odkryć w partnerze człowieka i polubić go na nowo. I niektóre pary na tym skorzystały. Inne się rozstały, a jednym z czynników, które na to wpłynęły, była przestrzeń. Bo też badania pokazują, że im więcej osób na małej przestrzeni, tym więcej konfliktów. Była to więc obiektywna trudność.

Na drugim biegunie są ludzie rozstający się z powodu wyjazdów do pracy, na wojnę. Życie na odległość z konieczności, a nie z wyboru, to nasz wróg?
Myślę, że ważne jest, kiedy rozstanie następuje. Jeżeli na pierwszym etapie, to może spowodować jeszcze większe zakotłowanie się emocji, partnerzy będą tęsknili do siebie i usychali z miłości. Jeśli rozstanie następuje, kiedy już bliskość jest zbudowana, to związek ma dużą szansę przetrwać, może nawet się wzmocnić.

Wyobrażam sobie, że pary – te rozstające się na przykład z powodu wojny – które miały dobre relacje, zabierają ze sobą pozytywny wizerunek męża czy żony i będą go pielęgnowały. Jeżeli jednak rozstajemy się na etapie kryzysu, to właściwie czujemy ulgę, że nie musimy być razem. Wtedy rozstanie fizyczne jest przedsionkiem do rozstania w ogóle, chociaż znam historie par, które rozstawały się po to, żeby po jakimś czasie wrócić do siebie i jednak odkryć się na nowo.

Jak zabrać się do odbudowywania bliskości, jeśli zauważymy, że się sypie?
Z moich obserwacji wynika, że pary trafiają do gabinetu, kiedy kryzys jest już naprawdę przetrwały, czyli trwa latami. Namawiałabym więc do tego, że jeżeli czujemy – miesiąc, dwa, pół roku – że coś zmieniło się na gorsze w naszej relacji, żeby przyjrzeć się związkowi. Mamy niestety tendencję do odkładania: a może minie, przejdzie, jakoś to będzie. Zatem pierwszy krok to nie bagatelizowanie, że coś się zmienia w naszym związku. Można pójść na terapię albo pracować samodzielnie. Bo jeżeli zmienia się jeden element, to w naturalny sposób zmienia się reszta. Metod pracy jest cała masa, jedną z nich przedstawiam w swojej książce „Odbuduj bliskość w związku”. Na terapii na ogół zaczynam od pracy nad sobą, nad samoświadomością, bo – chcemy czy nie – nasz sposób postrzegania życia i siebie determinuje to, co dostajemy od świata.

Zachęcam też, żeby sprawdzać, czy w związku jest jakiś refren, czy dzieje się tak, że mam kolejnego partnera, a kryzys jest bardzo podobny do poprzednich. Warto wtedy zwrócić uwagę na to, jak pamiętam związki ze swojego dzieciństwa, bo powtarzamy to, czego się nauczyliśmy. Chociaż mogę deklarować, że chciałabym mieć inny niż rodziców związek, to mogę w podświadomy sposób dążyć do jego powielania.

Czasem praca nad związkiem prowadzi do wniosku, że jednak musimy się rozstać. I ta wiedza to też wartość.
Zdecydowanie tak. Często jednak ludzie nie mają ochoty podejmować wysiłku odbudowania związku w kryzysie, chociaż ja uważam, że warto. Bo – i tu powołam się na profesora Bogdana Wojcieszkego – z badań wynika, że na tak zwanym etapie przyjacielskim, choć nie ma namiętności, jest dużo zaangażowania i intymności. To jeden z najbardziej satysfakcjonujących etapów w całym związku. Dlaczego nie zawalczyć, żeby taki był? Prawdziwa bliskość opiera się na wzajemnym szacunku. O brak szacunku rozbija się wiele par. Bo jak przychodzi złość, to padają okropne słowa, które mogą zabić. I nawet jeśli następuje cudowne pogodzenie, to niektórzy ludzie tę ranę noszą w sobie bardzo długo. Szanujmy się. Dzięki temu łatwiej będzie nam się porozumieć i nie burzyć bliskości, którą na co dzień budujemy.

I rozmawiajmy. W długoletnich parach ten aspekt jest zaniedbywany. No bo już się nagadaliśmy...
Tak, zachęcam do tego wszystkie pary, zwłaszcza te o średnim stażu, żeby nie tylko zadeklarować, że chcę rozmawiać, że jestem ciekawa partnera, ale usiąść z nim i zastanowić się wspólnie, kiedy możemy mieć czas na rozmowę. To może być nawet pół godziny tygodniowo, na przykład w piątek o 20 gadamy o nas, co nas zajmuje. Wydaje się nam, że zawsze można porozmawiać, ale nie teraz. I tak mija tydzień, miesiąc, rok. A problemy się nawarstwiają i potem nie wiadomo, do czego zacząć.

Sylwia Sitkowska psycholożka, psychoterapeutka, autorka książek, choćby „Odbuduj bliskość w związku”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze