Ludzie dość wcześnie odkryli, że rytmiczne uderzenia w klatce piersiowej oznaczają życie. Dostrzegli, że serce biło mocniej i szybciej ze strachu lub pożądania, a po śmierci bić przestawało. Uznali je więc za najważniejszy organ ciała. Przez tysiące lat Egipcjanie, Grecy, Chińczycy i mieszkańcy prekolumbijskiego Teotihuacán wynosili serce do pozycji zajmowanej dziś przez mózg, uznając je za siedzibę duszy, emocji, myśli i inteligencji. Jak więc doszło do tego, że przestało ono być centrum istoty ludzkiej, zostało zdetronizowane i sprowadzone do roli zwykłej mechanicznej pompy krwi podporządkowanej mózgowi?
Dużą rolę odegrał tu nieszczęśliwy wypadek, który wydarzył się w pierwszej połowie XVII wieku w Irlandii. Dziesięcioletni wówczas syn wicehrabiego Montgomery spadł z konia i upadł na wystający fragment skały, przebijając mostek i łamiąc wiele żeber po lewej stronie. Rana się zagoiła, ale w piersi chłopca została dziura, przez którą można było zobaczyć bijące serce. W 1641 roku dwudziestoletniego już młodzieńca zbadał William Harvey, lekarz króla Anglii Karola I, i doszedł do wniosku, że rola serca była dotychczas mocno przeceniana. Uznał on, że organ ten pełni jedynie funkcję pompy ssąco-tłoczącej.
Obserwacje Harveya sprawiły, że naukowcy i lekarze zmienili przekonania na temat serca, a funkcję nadrzędnego organu w ludzkim ciele przez kolejne stulecia przypisywano mózgowi. Jednak najnowsze badania coraz częściej dowodzą, że połączenie serca z mózgiem nie jest jedno-, ale dwukierunkowe.
„Wewnętrzny układ nerwowy serca składa się z ponad 40 tysięcy neuronów czuciowych, można powiedzieć, że jest to mały mózg, który umożliwia sercu odczuwanie, regulację i zapamiętywanie. Sygnały z wewnętrznego układu nerwowego serca wpływają na funkcje wielu obszarów mózgu związanych z emocjami, w tym rdzenia, podwzgórza, wzgórza, kory mózgowej i centrum emocji w mózgu – ciała migdałowatego.
Serce może również wpływać na mózg poprzez uwalnianie hormonów i neuroprzekaźników. Oksytocyna, zwana hormonem miłości, wytwarzana jest w sercu w takim samym stężeniu co w mózgu. Wpływa ona na funkcje poznawcze, tolerancję, zaufanie, przyjaźń i tworzenie więzi.
Serce może również oddziaływać na mózg poprzez rytmiczne emisje energii elektromagnetycznej. Badania wskazują, że wzór i stabilność rytmu serca wpływają na procesy myślowe w mózgu i na czynniki psychologiczne, takie jak uwaga, motywacja, percepcja bólu i przetwarzanie emocji” – wymienia kardiolog oraz naukowiec dr Vincent M. Figueredo w swojej książce „Historia ludzkiego serca”.
Według niektórych badaczy serce kieruje mózgiem w takim samym stopniu, w jakim mózg kieruje sercem, jednak prof. Radosław Kaźmierski, kierownik Katedry Neurologii na Uniwersytecie Zielonogórskim, apeluje, by podejść do tematu mniej sensacyjnie, a bardziej racjonalnie. – Z pewnością serce nie jest „drugim mózgiem”, ale też nie pełni wyłącznie funkcji pompy ssąco-tłoczącej. Realnie rzecz biorąc, mózg wpływa na serce, ale istnieje również komunikacja w drugą stronę, która odbywa się głównie poprzez nerw błędny, czyli rozległy nerw czaszkowy unerwiający jelita, przeponę, narządy układu oddechowego i serce – mówi i przyznaje, że komunikacja ta działa również po przeszczepie serca.
Vincent M. Figueredo opisuje przypadek zawodowej tancerki Claire Sylvii, która po przeszczepieniu serca od osiemnastoletniego Tima Lamirande zaczęła gustować w piwie i panierowanej piersi z kurczaka, a wcześniej ich nie znosiła. Rodzice Tima przyznali, że zmarły bardzo je lubił, i nie byli zaskoczeni zachowaniem Claire, która nosiła przecież serce ich syna. Ta historia stała się kanwą filmu „Cudze serce” z 2013 roku z Jane Seymour w roli głównej. Nie jest to jednak jedyny odnotowany przypadek przejmowania cech osobowości dawcy po przeszczepie serca. A każda z takich historii nasuwa myśl, że być może skrywa ono jednak nasze emocje, które wędrują wraz z nim.
„Jako kardiolog regularnie mam do czynienia z przypadkami, w których widać silny związek serca fizjologicznego i emocjonalnego. Zetknąłem się z atakami serca po nagłej utracie ukochanej osoby u pacjentów, którzy wcześniej nie cierpieli na choroby kardiologiczne.”
„Inni doznali ataku serca lub zmarli nagle po tym, jak ich drużyna w ostatnich minutach przegrała Super Bowl lub mistrzostwa świata. Często obserwowałem, jak partnerzy, którzy spędzili ze sobą całe życie, umierali w odstępie kilku miesięcy. Mimo tych i wielu innych przypadków, mimo trwającego tysiąclecia utożsamiania serca z emocjami, współczesna medycyna bagatelizuje tę bliską wieź” – pisze dr Figueredo. I, powołując się na wyniki najnowszych badań w dziedzinie neurokardiologii, sugeruje, że powinniśmy ponownie uznać serce za składową emocjonalnej witalności zapewniającej nam zdrowie psychiczne, duchowe i fizyczne.
„Serce jako pierwsze spośród wszystkich organów reaguje na sygnały z mózgu – na przykład te skłaniające do walki lub ucieczki. Kiedy na spacerze w lesie spotkasz drapieżnika, twój mózg aktywuje współczulny układ nerwowy, wyzwalając ostrą reakcję, która przygotowuje ciało do jednej z tych dwóch reakcji. Mózg każe sercu natychmiast bić szybciej i mocniej, pompując utlenowaną krew do mięśni, aby przygotować je do ruchu.
Również mózg jako pierwszy odbiera sygnały z serca. Gdyby tak nie było, mdlelibyśmy przy gwałtownym wstawaniu. Serce wraz z potężnymi naczyniami krwionośnymi ostrzegają mózg, że spada objętość i ciśnienie krwi, a mózg reaguje, wywołując zwężenie naczyń krwionośnych, aby zapobiec gromadzeniu się krwi w nogach” – czytamy w „Historii ludzkiego serca”.
To, jak emocje rejestrowane w mózgu rezonują w sercu, można zobaczyć, patrząc w lustro. Rumieniec na twarzy na widok ukochanej osoby, uczucie ciepła czy przyspieszony puls to nic innego, jak przejawy reakcji serca.
Wiemy, że palenie papierosów, wysokie ciśnienie krwi, wysoki poziom cholesterolu i cukrzyca są głównymi czynnikami ryzyka chorób serca. Najnowsze badania wskazują jednak, że ignorujemy główny czynnik ryzyka chorób serca – stres emocjonalny. Dlatego prof. Radosław Kaźmierski w jednej ze swoich prac naukowych postanowił znaleźć odpowiedź na pytanie: czy można umrzeć ze strachu?
Przypadki nagłej śmierci wywołanej rzuceniem czarów lub uroku przez szamana opisywano już w XVI wieku wśród rdzennej ludności Ameryki. Jednak dopiero w połowie ubiegłego wieku ukazały się pierwsze naukowe opracowania na ten temat. W 1942 roku wybitny fizjolog z Uniwersytetu Harvarda, prof. Walter B. Cannon, opublikował artykuł „Voodoo death”, w którym opisał przypadek maoryskiej kobiety z Nowej Zelandii, która przypadkowo zjadła jabłko z drzewa rosnącego na terenie objętym tabu religijnym. Z tego powodu krewni zaczęli ją traktować jak zmarłą i rzeczywiście w ciągu kilku godzin zmarła, choć wcześniej nic jej nie dolegało. Na podstawie tego i podobnych opisów Cannon stwierdził, że taka śmierć jest indukowana wiarą w oddziaływanie nieodwracalnych i przemożnych sił zewnętrznych, na które ofiara w swoim najgłębszym przekonaniu nie ma żadnego wpływu. A odpowiedzialna za zgon może być przedłużająca się, bardzo silna aktywacja układu współczulnego.
Badacz uważał, że tego typu zgony mogą nastąpić tylko w kulturach dość prymitywnych, w których ludzie są zabobonni, nie rozumieją zjawisk otaczającego świata i przypisują siłę sprawczą czynnikom zewnętrznym, wobec których czują się bezsilni. „Późniejsze obserwacje dowiodły jednak, że podobne zjawiska mogą występować także w kulturze świata zachodniego” – pisze prof. Kaźmierski w swojej pracy „Wpływ zaburzeń czynności mózgu na serce”. I podaje przykłady: w dniu wielkiego trzęsienia ziemi w południowej Kalifornii w 1994 roku liczba nagłych zgonów sercowych u osób niedotkniętych innymi obrażeniami fizycznymi wzrosła ponad 4,4 razy.
Podobnie po zamachu na World Trade Center w Nowym Jorku w 2001 roku u chorych z kardiowerterami-defibrylatorami częstość arytmii komorowych była o 2,3 razy większa w okresie 30 dni po zamachu niż wcześniej. Jak to wyjaśnić?
„Na podstawie badań klinicznych i eksperymentalnych można założyć, że różnego typu traumatyczne bodźce silnie wpływające na ośrodkowy układ nerwowy mogą spowodować gwałtowne uwolnienie katecholamin (głównie noradrenaliny) bezpośrednio z zakończeń nerwowych nerwów układu współczulnego do włókien mięśnia sercowego, co inicjuje łańcuch zjawisk patologicznych. W kolejnym etapie dochodzi do uszkodzenia kanałów wapniowych, co może skutkować arytmią i zmianą repolaryzacji mięśnia sercowego. Z kolei zaburzenia repolaryzacji mogą być przyczyną łatwiejszego przechodzenia od skurczów dodatkowych do tachykardii i/lub migotania komór. W przypadku niezahamowania tego procesu w dalszych etapach dochodzi do uwolnienia wolnych rodników tlenowych, masowego napływu jonów wapnia do komórek mięśnia sercowego odpowiedzialnych za skurcz i rozkurcz serca, uszkodzenia enzymatycznego włókien, martwicy włókien kurczliwych i w końcu zgonu” – opisuje prof. Kaźmierski. I zwraca uwagę na to, że martwica włókien kurczliwych jest zjawiskiem opisywanym już przez Hansa Selyego, ucznia Iwana Pawłowa – twórcę koncepcji, zgodnie z którą podłożem chorób somatycznych może być stres.
„Przewlekły stres działa negatywnie na współczulny układ nerwowy, powoduje wzrost poziomu kortyzolu, wywołuje stan zapalny i skutkuje nieprawidłowym funkcjonowaniem naczyń krwionośnych, czyli wszystkim tym, co znamy jako czynniki sprzyjające chorobom sercowo-naczyniowym” – wyjaśnia autor „Historii ludzkiego serca”.
Dr Vincent M. Figueredo podkreśla, że źródłem stresu może być też samo serce: „Negatywny wpływ serca na mózg można zaobserwować u wielu osób z zespołem lęku napadowego. Badania wskazują, że psychologiczne aspekty paniki często są skutkiem nierozpoznanej arytmii serca. Nagła, wyraźna zmiana wzorca sygnałów płynących z serca do mózgu w stosunku do zwykłego stabilnego wzorca rytmu podstawowego może powodować niepokój i panikę. W wielu przypadkach zdiagnozowanie i leczenie arytmii serca łagodzi objawy zespołu lęku napadowego”. Wyniki tych obserwacji potwierdziły badania osób odczuwających paraliżującą tremę przed wystąpieniami publicznymi.
Aby zablokować wpływ na serce adrenaliny, która zwiększa ciśnienie krwi i podnosi tętno, przed wyjściem na mównicę podawano badanym leki zwane beta-blokerami. Choć ich mózg nadal spodziewał się niepokoju przed występem, serce pod wpływem leków biło spokojnie i reakcja lękowa nie występowała. Mózg dostosował się więc do informacji płynącej z serca.
To pokazuje, że wszelkie metody modulujące rytm i funkcję serca, jak medytacja, ćwiczenia oddechowe czy uważność, mogą skutecznie niwelować lęk i napięcie.
Z badań wynika, że taką moc mają też tak zwane pozytywne emocje, które nadają sercu spójniejszy i bardziej harmonijny rytm, a to przekłada się na lepszy stan umysłu. „Rytmiczne bicie serca nie tylko odzwierciedla stan emocjonalny, lecz także odgrywa rolę w określaniu naszego doświadczenia emocjonalnego. Wzór i stabilność rytmu serca wpływają na wyższe ośrodki mózgu, oddziałując na czynniki psychologiczne, takie jak motywacja, percepcja bólu i przetwarzanie emocjonalne” – czytamy we wspomnianej książce.
Autor przypomina, że już w 1890 roku William James, nazywany ojcem amerykańskiej psychologii, wysnuł teorię, że emocje są nazwami, jakie nadajemy fizjologicznym odczuciom w organizmie. Gdy serce zaczyna łomotać, fizyczne odczucie wywołuje strach. A zatem nie jest tak, że najpierw się boisz, a później twoje serce zaczyna bić mocniej i szybciej – zaczynasz się bać, gdy serce dudni.
Naukowcy niedawno znaleźli poparcie dla tej XIX-wiecznej teorii. Korzystając z technik neuroobrazowania, zauważyli, że wyspa (insula), czyli część mózgu przetwarzająca wewnętrzne odczucia, w tym bicie serca, odgrywa istotną rolę w przetwarzaniu emocji. Badania wykazały ponadto, że osoby o zwiększonej zdolności do odczuwania doznań wewnętrznych, w tym bicia serca, doświadczają emocji z większą intensywnością. I u nich zarejestrowano większą aktywność wyspy w mózgu.
„Może się okazać, że współczesne badania nad połączeniem serca i mózgu zapoczątkują nowe podejście naukowe, zgodniejsze z wierzeniami naszych starożytnych przodków.”
„Dowodzą one bowiem, że serce ewidentnie nie jest tylko pompą, że wpływa ono na naszą witalność emocjonalną i wraz z mózgiem odgrywa istotną rolę w sposobie doświadczania emocji i podejmowania decyzji” – konkluduje dr Figueredo.
Polecamy: „Historia ludzkiego serca”. Vincent M. Figueredo, tłum. Ewa Ratajczyk, wyd. PWN.