Aleksandra Nowakowska - Psychoanalityk: „Wygląda to tak, jakbyśmy chorowali na planetę”. Ta milcząca epidemia może dotyczyć nawet 6 procent populacji
00:00
16:15
Nasz system odpornościowy „wariuje”, bo broni się przed toksynami, ale też przed pyłkami roślin czy różnego rodzaju składnikami żywności, które w swojej istocie szkodliwe nie są. Potrzebny jest nowy kierunek myślenia o chorobach, bo rozumienie rzeczy pozostające w ramach polaryzacji człowiek versus planeta prowadzi donikąd. Zjawisko zespołu choroby środowiskowej wyjaśnia psychoanalityk jungowski Tomasz J. Jasiński.
- Zespół choroby środowiskowej może objawiać się m.in. chronicznym zmęczeniem, dolegliwościami jelitowymi, obniżeniem nastroju czy nadwrażliwością na różne bodźce. Jego diagnoza pozostaje jednak niejednoznaczna.
- Psychoanalityk Tomasz J. Jasiński opowiada o związku między psychiką a ciałem i tłumaczy, dlaczego brak „twardych” wyników badań nie oznacza, że doświadczane cierpienie nie jest prawdziwe.
- W rozmowie pojawia się też jungowska koncepcja „mądrości ciała” – ciała, które pamięta doświadczenia, ostrzega nas i może sygnalizować przeciążenie poprzez różne symptomy.
- Czy można powiedzieć, że „chorujemy na planetę”? Tomasz Jasiński wyjaśnia, jak kondycja środowiska może łączyć się z kondycją człowieka i dlaczego rozwiązaniem nie jest odcinanie się od świata, lecz odzyskanie poczucia więzi z nim i sprawczości.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 04/2026.
Aleksandra Nowakowska: Nietolerancje pokarmowe, chroniczne zmęczenie, jelito drażliwe, długotrwałe obniżenie nastroju, niewyjaśnione wyniki badań krwi – to jedne z licznych objawów zespołu choroby środowiskowej. Obecnie brak diagnostycznego określenia, nie do końca wiadomo, czy to schorzenie bardziej psychiczne, czy fizyczne, ale szacuje się, że dotyka 6 proc. populacji. Czym ono jest?
Tomasz Jasiński: O zespole choroby środowiskowej pisze w swojej książce „Życie na pograniczu” jungista Jerome S. Bernstein, przytaczając dane amerykańskie. Ale możemy przyjąć, że w podobnym stopniu odnoszą się one do Europy, bo żyjemy w jednej kulturze cywilizacyjnej i w podobny sposób doświadczamy złej kondycji planety.
Bernstein wychodzi od informacji, że Narodowy Instytut Badań nad Zdrowiem Środowiskowym (NIESH) definiuje ten zespół jako chroniczne, nawracające schorzenie spowodowane niezdolnością do tolerancji obecnych w środowisku substancji chemicznych.
Zaraz potem dodaje, że jest on efektem złożonej interakcji genów ze środowiskiem, więc najprawdopodobniej nie ma jakiejś jednej, prostej przyczyny.
W ramach tego zespołu chorobowego występuje wiele zaburzeń, a diagnoza cały czas jest niejednoznaczna, niejasna, złożona. Bo zespoły objawów są niespecyficzne, mogą być bardzo różne, a dotyczą tego samego rozpoznania. Tym zjawiskiem zajmuje się medycyna środowiskowa – rozwijająca się gałąź medycyny.
Zaburzenia neurologiczne, splątanie umysłowe, nieprawidłowe funkcjonowanie wątroby, hipoglikemia, fibromialgia… Albo stały brak motywacji do działania, anhedonia, utrata sensu życia.
Kryteria wyodrębnienia zespołu choroby środowiskowej wykraczają poza konwencjonalne rozumienie tradycyjnej alopatycznej medycyny. Bo trudno tu określić jeden ustalony zestaw objawów, który występowałby w jakimś określonym czasie i nasileniu. Ów zestaw symptomów nie jest stały, choć wspólnym mianownikiem jest powiązanie ich ze środowiskiem psychofizycznym.
Bernstein zwraca uwagę na wyłaniającą się obecnie nową kategorię w patologii. Podkreśla powiązanie tego zjawiska z naturą i wskazuje nowy kierunek myślenia o chorobach. Przewodnim tematem jego książki jest potrzeba zmiany postrzegania, będąca odpowiedzią na nasze oddzielenie się od natury.
Ta zmiana ma służyć odzyskaniu perspektywy patrzenia na człowieka jako część systemu – czy to w znaczeniu indywidualnym, czy zbiorowym. To jest paradygmat, w którym rozumie się, że świat jako jedność obejmuje człowieka i naturę; jest złożoną siecią wzajemnie powiązanych i współzależnych od siebie elementów. Wydaje się, że warto, by medycyna zachodnia odeszła od izolowania poszczególnych chorób od kontekstu, w którym obecnie występują. Nasze zaburzenia – jak to pojmują kultury pierwotne, o których rozmawialiśmy w poprzednim wywiadzie – są wyrazem zaburzenia pewnej całości. Leczenie jednostki wymaga odzyskiwania równowagi w świecie.
Świat, w którym żyjemy, pełen jest szkodliwych pestycydów i innych chemikaliów, w tym leków, ale też pyłków, smogu, hałasu oraz wielu wyzwalaczy stresu. Możemy mówić o nadwrażliwości na różne bodźce na poziomie ciała i psychiki jako całości. Psychoanalityczka Joyce McDougall, specjalistka w dziedzinie chorób psychosomatycznych, zwraca uwagę, że ciało posługuje się swoim językiem, którego nasz model medycyny oparty na patologii w ogóle nie słucha. Nie pomaga to w leczeniu.
Chociaż istnieje jakiś rodzaj skomplikowanego połączenia między psychiką a ciałem, z punktu widzenia nauki zachodniej wciąż nie mamy twardych danych, żeby określić kierunek tej współzależności.
Nie możemy zastosować prostego myślenia przyczynowo-skutkowego, zgodnie z którym to, co się dzieje z psychiką, jest efektem zaburzeń w ciele, czy też odwrotnie. Dlatego kategoria psychosomatyczna często bywa traktowana jako nierealna. Sam termin jest przecież w potocznym, masowym rozumieniu obarczony negatywnym znaczeniem. Nawet w środowiskach profesjonalistów często używany jest po to, żeby coś ocenić, zdewaluować. „Somatyzujesz”, czyli choroba jest tylko w twojej głowie, „wymyśliłeś ją sobie” – więc nie istnieje naprawdę.
Ten rodzaj myślenia bierze się z tego, że globalna kultura zachodnia jest obarczona materialistycznym paradygmatem. Żeby coś istniało, musi mieć swój ślad w materii. Tymczasem na przykład tradycyjna medycyna chińska opiera się między innymi na wiedzy o przepływie energii życiowej przez system meridianów, będących siecią połączeń energetycznych.
W moim odczuciu ważne jest rozpoznanie i uhonorowanie realności doświadczanego cierpienia czy dyskomfortu, choćby wyniki badań jednoznacznie go nie potwierdzały. Brak „twardych” danych nie znaczy, że ból nie jest prawdziwy.
Z książki „Życie na pograniczu” dowiadujemy się, że objawy zespołu choroby środowiskowej często prowadzą do nasilania spirali depresji, zaburzeń psychicznych i izolacji społecznej, bo ludzie ci są w swoim cierpieniu ignorowani. Bywa nawet, że są obwiniani o „wpędzanie się” w choroby psychosomatyczne. W rezultacie przyjmują postawę unikową wobec świata, który im zagraża. Jednocześnie Bernstein prezentuje pojęcie jaźni psychosomatycznej jako pozytywnie rozumianej aktywacji i mobilizacji psychiki w służbie ochrony ciała. O co chodzi?
Zgodnie z poglądami Junga i Bernsteina chodzi tu o postrzeganie człowieka jako całości psychofizycznej. Ciało nie jest przedmiotem, jest żywe. To, co nazywamy jaźnią – centrum totalności istnienia – ma więc również swój cielesny kawałek. Ciało jest w jakimś sensie bytem samym w sobie.
Bernstein, pisząc o jaźni psychosomatycznej, twierdzi, że ciało ma swoją mądrość, jak gdyby swoją świadomość. Odwołuje się przy tym do wiedzy z zakresu neuropsychofizjologii, na przykład badań nad wczesnodziecięcą traumą, które pokazują, że ciało ma swoją pamięć.
Przeżycia i wydarzenia, które nie zostały zarejestrowane mentalnie (bo nie mogły, na przykład z powodu wieku dziecka), pozostają zapisane w pamięci cielesnej, w ciele – na poziomie pierwotnym. Można powiedzieć, że jaźń psychosomatyczna to „mądrość” ciała – uczestniczy w organizacji życia. Bernstein zauważa, że ciało często „wie lepiej”. Przecież wiele procesów w organizmie zachodzi bez udziału naszej racjonalnej świadomości. I co więcej, ciało nas chroni, ostrzega, pokazuje większy, szerszy wymiar – czasem na przykład sygnalizując coś określonymi symptomami.
A co jeśli będziemy to negować?
Zaprzeczanie tej rzeczywistości cielesnej, obecnej na przykład w chorobach psychosomatycznych, może prowadzić do dysocjacji, która jest prymitywnym (bardzo pierwotnym) mechanizmem obronnym.
Zjawisko to opisał między innymi twórca terminu archetypowych obron jaźni, jungista Donald Kalsched, w książce „Wewnętrzny świat traumy”. W różnych szkołach wywodzących się z psychoanalizy klasycznej mówi się o obronach psychicznych, rozumiejąc je jako obrony ego. Kalsched w nowatorski sposób opisuje natomiast zjawisko, które nazwał drugą linią obron. Ona uruchamia się w odpowiedzi na doświadczenie traumatyczne tak mocno rozsadzające psychikę, tak przytłaczające i tak poza możliwościami objęcia jej przez ego-świadomość, że psychika próbuje sobie inaczej z nim poradzić. Aktywują się wówczas obrony jaźni, pochodzące z tego głębszego centrum psychicznego. Jest to radykalna ochrona siebie, również na podstawowym cielesnym poziomie.
Jeśli odniesiemy to zjawisko do procesów globalnych, to możemy postrzegać zespół choroby środowiskowej jako odpowiedź na to, co się dzieje ze środowiskiem, i na nasze oddzielenie od natury.
Czy zespół choroby środowiskowej pełni we współczesnym świecie jakąś funkcję?
Jest odpowiedzią na czynniki, które przychodzą z zewnątrz. Można powiedzieć, że dochodzi do traumatyzacji naszego układu odpornościowego, co znajduje odzwierciedlenie chociażby w powszechności chorób psychosomatycznych czy autoimmunologicznych. System odpornościowy „wariuje”, bo broni się przed toksynami, ale też przed pyłkami roślin, które w swojej istocie szkodliwe nie są. Bernstein pisze, że objawy zespołu choroby środowiskowej będą się nasilać, i nawołuje do całościowego patrzenia na człowieka. Rozumienie rzeczy pozostające w ramach polaryzacji człowiek versus planeta prowadzi donikąd. Wygląda to tak, jakbyśmy chorowali na planetę.
A planeta też choruje na nas.
Według paradygmatu myślenia, zgodnie z którym jesteśmy cząstkami całości świata, można powiedzieć, że nasza choroba jest wyrazem choroby świata.
U Bernsteina unikalne jest podejście, w którym te powiązania są w całym tego słowa znaczeniu realne. To, co się dzieje z nami, jest też konsekwencją tego, co się dzieje w świecie.
To jest pewien efekt kondycji świata, ale też określony moment ewolucji psychiki, w którym potrzebne jest odzyskanie świadomości głębokiej współzależności wszystkich rzeczy i kontaktu z naturą. W swojej książce sporo miejsca poświęca pogranicznikom, czyli ludziom o głębokiej wrażliwości, którzy doświadczają połączenia ze światem jako całością. Pisze, że w gabinecie często rozpoznawał ich właśnie po objawach zespołu choroby środowiskowej, będącej manifestacją choroby świata. Te osoby są otwarte na świat jako całość, więc niejako „w pakiecie” dostają wszystko, co świat ma do zaoferowania – również to, co toksyczne i co prowadzi do cierpienia.
Jakie jest wyjście z tej sytuacji?
Bernstein wskazuje, że unikanie świata jest ślepą uliczką, przecież nie zamkniemy się w jakiejś hermetycznej kapsule.
Zauważam czasem, że osoby, które restrykcyjnie podchodzą do zdrowego stylu życia, eliminując na przykład mnóstwo produktów żywnościowych czy uprawiając wyczerpujące aktywności sportowe, są jakby odcięte od życia. Jest w tym coś niepokojącego.
Jung pisał, że psychika zachodnia cierpi na zbiorową dezorganizację i dysocjację – na poziomie gatunkowym. Potrzebne jest ponowne połączenie ze sobą jako częścią natury. Potrzeba świadomości, że taki kierunek otwiera możliwość leczenia. Rozwiązaniem jest zmaganie się z rzeczywistością, która jest tu i teraz. Nie możemy pozwolić sobie na stwierdzenie, że nic nie możemy zrobić dla planety, bo i tak nie mamy większego wpływu na przykład na globalne ocieplenie czy powszechne korzystanie z paliw kopalnych. Zarazem jednak musimy akceptować fakt, że często wiele nie możemy zdziałać. Nie powinno to jednak oznaczać rezygnacji.
Bernstein powiada, że być może rozwiązaniem jest świadome zmaganie z rzeczywistością świata. Dzięki temu zmaganiu dochodzi w psychice do pewnego przesunięcia. Pozycja rezygnacyjna nie doprowadzi do zmiany, natomiast pozostawanie w zmaganiu wymaga wysiłku, który daje większe poczucie sprawczości i łączności ze światem, również poprzez współprzeżywanie.
James Hollis, często cytowany przeze mnie jungista, napisał kiedyś, żebyśmy próbowali wyobrazić sobie taką perspektywę, w której celem życia niekoniecznie musi być osiągnięcie szczęścia, lecz raczej poczucie znaczenia. Pytanie tylko, jak my to znaczenie definiujemy. Z kolei James Hillman powiedział, że nasza kultura jest kulturą anestetyczną, nakierowaną na oddzielanie się od cierpienia. Nie chcemy poznawać różnych aspektów życia, chociażby tego związanego ze śmiercią, która jest przecież częścią natury. Wolimy, żeby życie zorientowane było wokół przyjemności, która być może myli nam się z radością. Myślę, że trudno zaznać szczęścia, odnaleźć osobiste znaczenie, a ostatecznie nawet doświadczać radości, bez dotknięcia tego kawałka życia, który jest związany z cierpieniem, z problemami, z czymś, przed czym nasza współczesna cywilizacja broni się, od czego tak bardzo się odcina. Dlatego Bernstein zespół choroby środowiskowej nazywa milczącą epidemią.
Tomasz J. Jasiński, psychoanalityk jungowski, tłumacz. Jest członkiem zarządu Studiów Kulturowych „Raven” i Polskiego Stowarzyszenia Psychoanalizy Jungowskiej, zrzeszonego w International Association for Analitycal Psychology, szkoleniowcem oraz superwizorem