1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Laboratorium konfliktu wewnętrznego - ćwiczenia

Laboratorium konfliktu wewnętrznego - ćwiczenia

123rf.com
123rf.com
Raz jesteś silną, pewną siebie kobietą, innym razem delikatną kobietką, a jeszcze innym przestraszonym dzieckiem. To normalne - na naszą osobowość składają się wewnętrzne postaci, które często mają sprzeczne pomysły na życie. Dobrze, żeby potrafiły ze sobą negocjować. Ćwiczenia opracowane przez Agnieszkę Wróblewską.

Ćwiczenie pierwsze

  • Pomyśl o różnych konfliktach, w których chciałbyś/chciałabyś aktywnie uczestniczyć lub już uczestniczysz i nie możesz sobie poradzić.
  • Wybierz jedną, najbardziej energetyczną sytuację i opowiedz o niej partnerowi/ partnerce.
  • Jakie próby rozwiązania konfliktu podejmowałaś/eś do tej pory?
  • Jakiej tożsamości bronisz, podejmując te próby? Jaki obraz siebie próbujesz w ten sposób zachować?
  • Zbadaj dokładnie system przekonań, który stoi za takim obrazem siebie. Kto powiedział, że taka/taki masz być?
  • Spróbuj dopuścić myśl, że aby „rozwiązać” ten konflikt, należałoby być kimś zupełnie innym.
  • Teraz skup się na największej trudności w tym konflikcie. Wzmocnij ją, odkryj jej esencję, stań się nią.
  • Potraktuj ją jako zwiastun, który ma stworzyć twoją nową tożsamość. Pokaż partnerowi/partnerce tę nową osobę tak dokładnie, jak to jest tylko możliwe.
  • Kim byłabyś/byłbyś, gdybyś zamiast walczyć z tą trudnością, pozwolił/a, aby zmieniła ona Ciebie i twoje życie?
  • Pomyśl jak możesz wprowadzić tą nową osobę do twojego życia i relacji.
Ćwiczenie drugi
  • Pomyśl o ważnym konflikcie wewnętrznym (konflikt decyzyjny, konflikt postaw, konflikt wartości itp.)
  • Określ strony konfliktu, znajdź osoby (postaci), które najlepiej reprezentują każdą ze stron w konflikcie.
  • Określ, której strony konfliktu jesteś bliżej w tym momencie. Wyznacz w przestrzeni fizycznej miejsce, które poczuciowo tej postawie odpowiada, stań w tym miejscu i obstaw mocno ten punkt widzenia, wypowiedz/ wyraź wszystko, co przynależy do tego stanowiska (przekonania, emocje, obawy, nadzieje).
  • Wyznacz w przestrzeni miejsce, które odpowiada drugiej stronie Twojego konfliktu. Stań w tym miejscu i obstaw mocno ten punkt widzenia, teraz wyraź wszystko, co przynależy do tego stanowiska.
  • Zmieniaj i rozwijaj role tak, jak będą one naturalnie przechodziły jedna w drugą.
  • Zwróć uwagę na moment, w którym przyjmujesz postawę neutralną (postawa, która nie jest zainteresowana przekonaniem do jednej bądź drugiej racji, ale rozwiązaniem istniejącego konfliktu).
  • Użyj tej postawy jako mediatora w konflikcie oraz w znalezieniu rozwiązania, które satysfakcjonuje obie strony konfliktu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak rozwiązywać konflikty w pracy w duchu wzajemnego zrozumienia?

Odmienności pomiędzy pracownikami prowadzą nieraz do napięć i nieporozumień. (Fot. iStock)
Odmienności pomiędzy pracownikami prowadzą nieraz do napięć i nieporozumień. (Fot. iStock)
Zespoły są zwykle silne i motywujące, ale w pracy różnie bywa. Choć łączy nas wspólny cel, to każdy inaczej wyobraża sobie do niego drogę. Te odmienności prowadzą nieraz do napięć i nieporozumień między współpracownikami. Trenerka komunikacji empatycznej Ewa Orłowska radzi, jak je rozwiązywać w duchu wzajemnego zrozumienia.

Granice empatii

Nasz zespół to same kobiety. Mamy dużo pracy, ale jesteśmy doskonale zorganizowane, więc w zasadzie wszystko układa się dobrze. Problemem jest to, że jedna z koleżanek od dłuższego czasu ma poważne kłopoty w domu. Ze szczegółami i dużo opowiada o kłótniach z mężem, który ją zdradza, nieporozumieniach z dziećmi, spłatach kredytu itp. Zabiera nam to sporo czasu i energii. Sytuacja życiowa koleżanki jest trudna, naprawdę jej współczuję, zresztą wszystkie czujemy podobnie, ale to trwa już tak długo, że, szczerze mówiąc, jestem tym zmęczona. Jak jej powiedzieć, by mniej angażowała nas w swoje życie prywatne, a jednocześnie nie urazić? Emilia, 42 lata

Ewa Orłowska: Rozumiem, że koleżanki czują empatię i chęć pomocy wobec tej z nich, która właśnie się rozwodzi. W takich sytuacjach na początku słuchamy, dopytujemy, pocieszamy. Ale z czasem, jeśli nie możemy realnie pomóc, zaczynamy się wypalać, bo takie rozmowy zabierają energię i mnóstwo czasu. Zaczynamy unikać takiej osoby, a czasem z nadmiaru negatywnych emocji coś nieprzyjemnego jej powiemy albo nawet obgadamy ją na boku. To rodzi konflikt wewnętrzny, a stąd tylko krok do kryzysu w grupie. W tej sytuacji warto się zastanowić, co można zrobić, żeby jednocześnie nie ucierpiała ani relacja z koleżanką, ani praca.

Radziłabym pani najpierw rozeznać się w tym wewnętrznym konflikcie. Zapytać samą siebie: co mnie skłania do tego, żeby słuchać koleżanki, a co mnie już w jej zachowaniu złości? Po uświadomieniu sobie tych dwóch faktów dobrze jest zainicjować rozmowę z koleżanką, w której najpierw pokaże jej pani, że poruszają ją jej opowieści i odzwierciedli jej uczucia. To da koleżance poczucie, że nie jest sama ze swoim problemem, bo ktoś widzi i słyszy, co się u niej dzieje, a to przynosi zwykle ogromną ulgę. Potem może pani zapytać, czy można jej w jakiś sposób pomóc, lub samej złożyć jakąś propozycję – wspólnego wyjścia do kawiarni czy na wystawę albo nawet (jeśli to będzie możliwe dla was obu) wyjazdu na weekend do SPA. Istotne jest, żeby ukazać, że pani intencją jest zadbanie zarówno o koleżankę, jak i o siebie, bo przecież nadal razem pracujecie, a w pracy chodzi w dużej mierze o efektywność całego zespołu. Teraz może pani przedstawić propozycję realizacji w praktyce tego, o czym pani powiedziała. Na przykład umawiamy się, że rano przez kwadrans pijemy herbatę i rozmawiamy o swoich problemach, a potem do lunchu pracujemy. Przy czym co drugi dzień przy herbacie opowiadamy sobie, co dobrego nam się przydarzyło. Bo ważne jest, na co kierujemy uwagę. Nie chodzi o to, żeby zaprzeczać, że komuś jest trudno, tylko zauważyć, że równocześnie istnieją pozytywne aspekty życia.

Dialog z koleżanką może pani zacząć w następujący sposób: „Kasiu, chciałabym z tobą przez chwilę porozmawiać. Zauważyłam, że rozmowy o twoich problemach z mężem mocno mnie angażują. W związku z twoimi sprawami przeżywam wiele emocji – od rozczulenia do złości. Czasem trudno mi potem wrócić do pracy i skupić się na tym, co mamy do zrobienia, a to dla mnie szalenie ważne. Mam taki pomysł – chciałabym, abyśmy miały czas na dzielenie się tym, co dla nas istotne (szczególnie gdy któraś ma trudny moment w życiu), ale też zależy mi na zadabaniu o spokój i energię do pracy. Powiedz mi, jak ci się podoba taka propozycja: robimy sobie przerwę na rozmowę np. przy kawie rano, a później skupiamy się na pracy? Jak myślisz? Równocześnie chcę ci powiedzieć, że chętnie spotkam się z tobą po południu czy w weekend, gdybyś miała na to ochotę. Kontakt z tobą jest dla mnie ważny i chciałabym go pielęgnować. Co ty na to? Masz ochotę?”.

Pozytywny przekaz

Pracuję w agencji mediowej. Nasz zespół często realizuje dwa lub trzy projekty równocześnie. Ważna jest dla nas organizacja pracy, terminowość i elastyczność. Na szczęście jesteśmy zgranym i zdyscyplinowanym zespołem... Poza jednym z grafików, który jest doskonałym specjalistą, ale odkłada wszystko na ostatnią chwilę. Zaczyna pracować dopiero, kiedy zbliżają się terminy zamknięcia projektów, i dziwi się, dlaczego panikujemy, skoro jest jeszcze tyle czasu. Mówiliśmy mu, że tak nie może być, bo jest ważnym ogniwem w łańcuchu i przez niego inni muszą potem siedzieć wieczorami, ale to nic nie zmienia. Już kilka razy tuż przed oddaniem projektu było bardzo stresująco. Zależy nam, żeby go mieć w zespole, bo generalnie dobrze nam się pracuje. W jaki sposób możemy go przekonać, żeby zmienił swoje postępowanie? Zuzanna, 34 lata.

E.O.: Rozmowę z grafikiem najlepiej przeprowadzić po zakończeniu zadania, kiedy wszyscy mają w pamięci fakty, na które mogą się łatwo powołać. Zaczynamy od tego, co daje nam radość i satysfakcję – może każdy z zespołu będzie chciał powiedzieć o tym, z czego szczególnie jest zadowolony. Możemy też zwrócić się tylko do kolegi grafika w rozmowie jeden na jeden, zaczynając od tego, co mnie jako menedżerowi czy koleżance spodobało się w jego projekcie. „Hej, Jacek, ale dałeś czadu z tym projektem – podobał mi się ten twój plakat, kolory piękne, no i oryginalność! Nie wiedziałam, że tak szybko coś tak fajnego może powstać. Gratuluję! A ty z czego jesteś zadowolony?”. Po takim początku możemy się wspólnie ucieszyć się z tego, uśmiechnąć i odprężyć.

Teraz przechodzimy do drugiej części. Ważne jest, żeby nie podważać pierwszej, dlatego nie wypowiadajmy od razu słowa „ale”, tylko zaakcentujmy współistnienie perspektyw, mówiąc „i” czy „w tym samym czasie”. Zgodnie z podejściem Porozumienia bez Przemocy można to zrobić w następujący sposób: „Skoro o tym rozmawiamy, to chcę ci powiedzieć jeszcze coś ważnego o mnie. W tym projekcie i w poprzednim oddałeś swoją część na 24 godziny przed terminem, a umawialiśmy się, że będzie to dwa dni wcześniej. To mnie stresuje, bo nie mam pewności, że dotrzymamy terminu i oddamy projekt najlepszej jakości, a w stresie gorzej pracuję. Nie umiem i nie chcę pracować do późna w nocy, potrzebuję wszystko spokojnie przemyśleć i poanalizować. Ponieważ nie jestem pewna, czy udało mi się jasno ująć w słowa, co dla mnie najważniejsze, proszę cię, powiedz mi, co usłyszałeś? Twój odbiór jest dla mnie ważny”.

Po tej części rozmowy lepiej nie spieszyć się z ustaleniami na przyszłość. Na nie przychodzi czas, gdy już wiemy, że wzajemnie się zrozumieliśmy i że druga osoba bierze nas pod uwagę. To ważne, ponieważ – jak dowodzą badania nad mózgiem – dopiero wzajemne dostrzeganie się rodzi gotowość do współpracy. Warto koledze dać przestrzeń, żeby powiedział, co mu się wydaje ważne. Potem można zaproponować dalsze ustalenia. „Proszę cię, pomyślmy wspólnie, co możemy zrobić, żeby każdy czuł się dobrze i na luzie, nawet ci, którzy nie pracują tak szybko jak ty i nie są odporni na stres. Czy możemy to zrobić jutro po lunchu?”. Warto też zaznaczyć: „Cenię sobie nasze dobre relacje w zespole, flow i uśmiech. Dlatego powiedz mi, czy, słysząc to, co powiedziałam, możesz  starać się trzymać zasady dwóch dni. Ważna jest dla mnie wymiana opinii i jakość finalnego produktu, a wtedy mamy na to czas”.

Na koniec możecie porozmawiać, jak wdrożyć wspólne rozwiązania, i umówić się na rozmowę o tym, czy udało się to zrobić.

Podstawy dobrych relacji

Najlepiej budować zespół na tym, co cieszy i krzepi, a nie na tym, co dzieli. Dlatego:
  • Zacznij od uznania dla siebie. Gdy coś ci się uda, zauważ to i powiedz sobie: „Dobra robota!”. Jeśli będziesz tak robić regularnie, twoje zadowolenie z pracy będzie mniej zależało od uznania innych ludzi, szefów czy nagród. Poczujesz się wewnętrznie silny i bardziej wolny. To zredukuje twoją reaktywność, czyli wrażliwość na opinie innych, będziesz bardziej chętny do kontaktów z ludźmi. Relacje w zespole staną się bardziej świadome, ponieważ wszyscy będą czerpali z tej części mózgu, w której mamy dostęp do świadomego decydowania, do swoich wartości i do wiedzy, jakie konsekwencje mogą przynieść nasze słowa.
  • Dziel się z ludźmi tym, co w nich lubisz i doceniasz, równocześnie wskazując na to, jakie twoje potrzeby to zaspokaja, zamiast komunikować, co ci w innych nie pasuje – to podstawa Porozumienia bez Przemocy. Przecież każdy z nas chce być zauważony, chce, żeby było jasne, że jest wartościowy w zespole.
  • Zawsze otwarcie mów o swoich potrzebach – potrzeby są uniwersalne, dlatego słysząc o twoich, rozmówca może uświadomić sobie także własne, a to stanie się waszym wspólnym polem do porozumienia.
  • Pamiętaj, że wszyscy jesteśmy wrażliwi na innych, dużo odczytujemy z mowy ciała, a intencje przekazywane są poza słowami. Chodzi o to, żeby otworzyć się na całość sytuacji.
Ewa Orłowska, trenerka Porozumienia bez Przemocy, nauczycielka mindfulness dla dorosłych, młodzieży i dzieci.

  1. Psychologia

Jak pokonać wewnętrzne demony i uzdrowić swój świat?

Nie wierzymy w demony. Kiedy jednak słyszymy, że kogoś „dręczą jego demony”, że „opętał ją demon zazdrości”, że zmagamy się z demonami pracoholizmu czy zakupoholizmu, wiemy, o co chodzi. (Fot. iStock)
Nie wierzymy w demony. Kiedy jednak słyszymy, że kogoś „dręczą jego demony”, że „opętał ją demon zazdrości”, że zmagamy się z demonami pracoholizmu czy zakupoholizmu, wiemy, o co chodzi. (Fot. iStock)
Globalne demony wyrastają z osobistych. To właśnie one powodują bezmiar cierpienia w postaci wojen, dyskryminacji, chciwości, nienawiści, niszczenia środowiska, głodu i chorób. To, co nieuzdrowione w nas, pojawia się jako zewnętrzny demon – mówi Tsultrim Allione.

Nie wierzymy w demony. Kiedy jednak słyszymy, że kogoś „dręczą jego demony”, że „opętał ją demon zazdrości”, że zmagamy się z demonami pracoholizmu czy zakupoholizmu, wiemy, o co chodzi.

– Demony to nie duchy, gobliny czy sługi szatana. Demony są w nas – mówi Tsultrim Allione. – To nasze obsesje, lęki, przewlekłe choroby, depresja czy uzależnienia. To troski i problemy, które nie pozwalają doświadczać spokoju i radości. Są jak sabotujący nasze najlepsze intencje. Tak naprawdę demony są częścią umysłu, a to oznacza, że nie są obdarzone niezależną egzystencją – wyjaśnia Tsultrim. Ponieważ jednak dla umysłu są rzeczywiste, więc podejmujemy z nimi walkę. Nawyk walki dodaje demonowi sił, zamiast go osłabiać. Jedyny sposób, aby przetransformować energię uzależnienia, wstydu, niepokoju, lęku i złości w energię wyzwolenia, to nakarmić te wewnętrzne siły, zamiast z nimi walczyć, ignorować je albo wypierać.

Oto mamy rewolucyjną metodę rozwiązywania wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów, prowadzącą do psychologicznej integracji, wewnętrznego spokoju i wyzwolenia. Jest prosta, zrozumiała i skuteczna. Dla każdego. Nie trzeba znać buddyzmu ani medytować. Każdy wewnętrzny demon może stać się naszym strażnikiem, opiekunem i sprzymierzeńcem. Metoda sięga tradycji buddyjskiej XI wieku i wywodzi się od nauk joginki Maczig Labdron o karmieniu wewnętrznych i zewnętrznych wrogów. Tsultrim zgłębiała tę tradycję, wypróbowała ją na sobie i przystosowała do warunków współczesnego życia. Od 25 lat uczy jej w Stanach i w Europie.

Siła akceptacji

Te nauki stały się punktem zwrotnym w jej życiu. Po raz pierwszy doświadczyła ich siły, gdy stanęła wobec rodzinnych wyzwań. Mieszkała wówczas z drugim mężem we Włoszech. Pięć lat minęło od śmierci ich córeczki Chiary, która zmarła jako niemowlę. Jej małżeństwo rozpadało się z powodu zdrad męża i problemów wynikających z jego nałogów. Procedura rozwodowa stanęła w martwym punkcie z powodu sporu dotyczącego opieki nad synem. Włoskie prawo mówiło, że jeśli chce opiekować się Cosem, musi pozostać we Włoszech – nie wolno jej było wyjechać z synem bez zgody jego ojca. A on jej nie udzielał.

– Konflikt był powodem wielkiego napięcia między nami i wydawało się, że żadne rozwiązanie nie jest możliwe – mówi Tsultrim. – Postanowiłam nakarmić swoje demony.

W wyobraźni zaprosiła demona lęku i swojego męża. I zaczęła – także w wyobraźni – karmić swoich „gości” nektarem miłości i akceptacji.

– Karmiąc ich, przestałam z nimi walczyć – opowiada. – Gdy już się nasycili, poczułam, że uwolniłam się od napięcia: ja przeciwko tobie. Kładłam się spać ze spokojem, którego nie doświadczyłam od wielu miesięcy. Następnego ranka zadzwonił mój mąż z pytaniem, czy moglibyśmy się spotkać. Nigdy nie zapomnę tej rozmowy. Siedzieliśmy w salonie w naszym dawnym wspólnym mieszkaniu, przez otwarte okna wlewało się słoneczne światło. „Wczoraj wieczorem coś się we mnie zmieniło – powiedział. – Postanowiłem, że pozwolę ci wyjechać z Cosem do Stanów. Zrozumiałem, że nie byłem wobec ciebie w porządku i że wiele wycierpiałaś. Wierzę, że ułatwisz mi utrzymywanie kontaktów z Cosem i że pozwolisz mi uczestniczyć w jego życiu na tyle, na ile to będzie możliwe”. Patrzyłam na niego ze zdziwieniem i niedowierzaniem. To tak jakbym wypuściła swój koniec liny, a wtedy mój mąż odprężył się, pojawiła się przestrzeń, w której mógł zmienić swoją decyzję.

Wtedy właśnie uświadomiła sobie, że starożytna praktyka karmienia demonów w sposób bezpośredni odnosi się do jej życia, do jej zmagań jako matki i kobiety żyjącej w zachodniej kulturze.

Odtąd zaczęła personifikować i karmić własne demony – emocje, wewnętrzne konflikty, choroby i lęki.– Natknąć się na demona nie było wcale trudno. Cały czas je w sobie nosiłam. Zapraszałam je po kolei na ucztę. To wtedy właśnie opracowała prostą wersję pięciu kroków polegającą na rozpuszczeniu własnego ciała w nektar (lub „produkowaniu” w wyobraźni nieskończonej ilości nektaru) i karmieniu nim demona tak długo, aż się nasyci. Wtedy demon albo się rozpływał, albo zamieniał w pozytywną postać.

– Na koniec pozostawałam w przestrzeni świadomości, która się wówczas w sposób naturalny otwierała – mówi Tsultrim.

W 1989 roku, trzy lata po przeprowadzce do Stanów, poznała Dave’a, który wkrótce został jej mężem. Ta znajomość obudziła w niej demona porzucenia rozjuszonego zdradami jej byłego męża. W swojej książce opowiada o transformacji, która się w niej dokonała. Przez długi czas myślała: „Nie będę zajmować się tym idiotycznym upokarzającym lękiem przed porzuceniem. Jeśli go zignoruję, sam zniknie. Poza tym moje obawy, że zostanę porzucona, mają mocne uzasadnienie”. Tylko że demon wcale nie zamierzał odchodzić. Rósł w siłę i robił się coraz bardziej natarczywy. W wyniku działań demona niszczyła każdą obiecującą relację zbyt wcześnie, domagając się zobowiązań albo prowokując zdradę jako rodzaj samosprawdzającej się przepowiedni.

W końcu zaczęła go karmić, bo zrozumiała, że jeśli nie zajmie się nim, zamieni jej związek z Dave’em w piekło. Gdy w wyobraźni zobaczyła swojego demona po raz pierwszy, był pięcioletnią dziewczynką o smutnym, przebiegłym spojrzeniu. Dziewczynka miała ciemne, potargane włosy, duże, niebieskie oczy i ostre zęby wampira. Mówiła: „On od ciebie odejdzie. Ja się nie mylę. Dobrze wiesz, że i tak zostaniemy tylko we dwie, ty i ja. Jestem twoją jedyną prawdziwą przyjaciółką. Nigdy cię nie opuszczę i zawsze będę ci mówić prawdę, co cię czeka. Jestem przewidywalna, możesz na mnie liczyć”.

– Karmiłam ją codziennie, zaczęła się zmieniać – opowiada Tsultrim. – Straciła wampiryczny wygląd. Po prostu była smutna. Pod koniec miesiąca była czuła i wdzięczna za uwagę, którą jej poświęcam. Po miesiącu pracy z demonem porzucenia zauważyłam, że przestał się pojawiać. Niekiedy zdarzają mi się regresje, ale gdy demon powraca, wiem, co mam robić. Nastąpiły bardzo konkretne zmiany na lepsze. Moja relacja z Dave’em w końcu zamieniła się w cudowne małżeństwo.

Jak to działa?

Ta metoda jest prosta. Polega na spersonalizowaniu tych aspektów nas samych, które pozbawiają nas energii, wyobrażeniu sobie demona i karmieniu go w wyobraźni nektarem składającym się z tego, czego on potrzebuje. Dokładny opis metody w pięciu krokach znajdziemy w książce „Nakarmić swoje demony”. W skrócie wygląda to tak: w pierwszym kroku uświadamiamy sobie te części ciała, w których najmocniej trzymamy naszego demona. Może nim być uzależnienie, niechęć do siebie, perfekcjonizm, złość, zazdrość. W drugim kroku nadajemy energii odnalezionej w ciele spersonifikowaną formę w postaci stojącego przed nami demona. W trzecim kroku odkrywamy, czego demon potrzebuje, stawiając się na jego miejscu, wręcz utożsamiając się z nim. W czwartym kroku wyobrażamy sobie, że nasze ciało rozpuszcza się i staje nektarem, którego potrzebuje demon. W ten właśnie sposób karmimy go. Zasoby nektaru są niewyczerpane, ofiarujemy je z nieskończoną hojnością. Gdy demon się nasyci, okazuje się, że energia, która była w nim zablokowana, zamienia się w sprzymierzeńca. On zapewnia wsparcie i ochronę, a potem rozpuszcza się w nas. Następnie to my rozpuszczamy się w świadomości, a w ostatnim, piątym, kroku, po prostu spoczywamy w otwartej świadomości.

– Prawdziwa natura umysłu jest jasna i przejrzysta, więc stopniowo po nakarmieniu demona pozwalamy, by nasz umysł stawał się jak bezkres oceanu – mówi Allione.

Wydaje się, że najwięcej obaw wywołuje idea karmienia mrocznych sił. Czy nie staną się wtedy silniejsze? Czy nie będą nam zagrażać jeszcze bardziej? Paradoksalnie jednak, gdy odnosimy się do głębokich potrzeb demona, osłabiamy jego moc. Kiedy obejmujemy świadomością i troską nieakceptowane części psychiki, zwane demonami, następuje transformacja – energia zaangażowana w walkę lub wypierana może zostać przekształcona w pozytywną siłę ochronną.

– Wierzymy, że demony są silne i realne i że dysponują mocą mogącą nas zniszczyć – mówi Tsultrim. – Jeśli je nakarmimy nektarem współczucia i akceptacji (bo tego najczęściej potrzebują), przekonamy się, że nie mają nad nami żadnej władzy. Karmiąc rozmaite części własnego cienia z bezgraniczną szczodrością, uzyskujemy dostęp do stanu świetlistej świadomości. Karmiąc swoje demony, integrujemy wyparte i odrzucone części nas samych, rozwiązujemy wewnętrzne konflikty i odnajdujemy drogę do jedności.

– Karmienie demonów sprawia, że przestajemy być zagrożeniem dla świata, ponieważ przestajemy projektować swoją ciemną stronę na innych – mówi Tsultrim. – Inicjujemy zmianę, która zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, wpływa na naszych bliskich i na wszystkich ludzi, z którymi mamy kontakt.

Czym karmić własne demony?

– Kiedy próbujemy przed demonami uciekać, one rzucają się za nami w pogoń – wyjaśnia Tsultrim. Ktoś, kto walczy ze swoim alkoholizmem, zamiast nakarmić korzenie uzależnienia, umiera na marskość wątroby. Ktoś, kto mocuje się z depresją, zamiast uporać się z jej przyczyną, popełnia samobójstwo. Musimy uświadomić sobie, że taka walka jest bezowocna, a przekonanie, że jest się prześladowanym przez okoliczności zewnętrzne, nie przynosi rozwiązania. Potrzebujemy miłości, współczucia i akceptacji. Nakarmiony demon znika.

– Kiedy sięgasz po kolejny kieliszek wina, zamiast poświęcić uwagę swojej depresji, ona nie odejdzie. Stanie się silniejsza. Depresja wyczerpuje twoje siły, gdy próbujesz przed nią uciec. Poświęć uwagę demonowi depresji i zacznij go karmić – radzi Tsultrim.

Nasze demony mogą wyglądać obrzydliwie, mogą być zawstydzone i malutkie, mogą być jak bestie, jak cień człowieka słaniający się na nogach. Nakarmione miłością i współczuciem zamieniają się w mężnych wojowników, piękne boginie, odważne dziewczynki, superbohaterów. To naprawdę niezwykłe doświadczyć tej transformacji.

To może być także niezła zabawa. Katarzyna karmiła demona lęku o przetrwanie. Głęboką potrzebą demona było poczucie bezpieczeństwa, odprężenie i radość. Nakarmiony do syta odwrócił się na pięcie i powiedział, że idzie na lodowisko robić piruety!

Grzegorz swojego demona pracoholizmu karmił nektarem spokoju i harmonii. W kilka dni potem postanowił zająć się swoim zaniedbanym ogrodem: z zapałem kosił, grabił, siał, kopał, sadził. „Jakby obudził się we mnie inny człowiek; ciekawy subtelnych sił życia, natury, współistnienia” – przyznaje.

Anna swojego demona uzależnienia od aprobaty innych nakarmiła tak skutecznie, że zniknął od razu, rozpłynął się. Z mgły po nim wyłonił się sprzymierzeniec – ogromny wielobarwny motyl. „Piękny i niezależny” – mówi Anna.

Tsultrim opowiada, w jaki sposób pomagała karmić demona HIV jej przyjaciela Freda. „Demon HIV był w całym moim ciele – mówił Fred. – Miał formę zielonkawej wżartej we mnie mazi. Gdy wyobraziłem go sobie przed sobą, był bardzo duży. Wyglądał jak ameba, w środku, gdzie miał ogromną paszczę, robił się żółty. Stał blisko, wypełniając mi całe pole widzenia. Przywoływanie go było bardzo nieprzyjemne, czułem wielką złość i żal, że pojawił się w moim życiu”. Tsultrim zapytała, czego chce demon. „Wszystkiego, łącznie z moim życiem – powiedział Fred. – Ale będzie mi je odbierał powoli. Chce patrzeć, jak chudnę, jak poddaję się chorobie, jak opadam z sił i robię się coraz brzydszy. A potem chce, żebym umarł”. Nagle zrozumiał, że demon chce, żeby się go bał. Że chce zniszczyć go lękiem. Zaczął karmić demona swoją siłą. I pytał siebie: „Kim jest Fred? Kim jest to ja?”. Uświadamiał sobie, że nie jest tym, kim myślał, że jest; że nie jest jedynie ciałem. Pojawiły się przebłyski świetlistej świadomości. Wtedy demon zaczął przygasać, aż w końcu zniknął.

Gdy lekarze zdumieni poprawą zdrowia Freda zaczęli dociekać, co takiego robi, odpowiedział, że trochę medytuje. „W takim razie niech pan nie przestaje!”, zalecili. Fred żył 20 lat po wykryciu u niego wirusa HIV, zmarł dwa lata temu.

Jak przywrócić pokój?

– Większość kultur i duchowych tradycji radzi sobie z wrogami czy demonicznymi mocami, mówiąc o konieczności szukania ochrony, pisze i mówi Tsultrim Allione. Ja natomiast uważam, że kierując uwagę do wewnątrz, ku prawdziwej przyczynie, jaką jest nasz egocentryzm, nie musimy już tak bardzo bronić się przed złem. Zamiast modlić się o obronę, możemy zaofiarować swoje współczucie, a wtedy nawet najbardziej okrutne demony mogą zamienić się w naszych największych sprzymierzeńców. Karmiąc demony wewnętrzne i zewnętrzne, nauczymy się prowadzić dialog z nieprzyjacielem i znajdować pokojowe rozwiązania. Na tym polega zasadniczy zwrot, który może doprowadzić do pokoju na świecie.

W swojej książce przytacza opowieść z życia Gandhiego, jednego z największych działaczy pokojowych XX wieku, na temat karmienia swojego wroga, i to niemal dosłownie. Gandhiego uprzedzono, że przyjedzie do niego brytyjski urzędnik, który będzie mu groził więzieniem, jeśli nie odwoła marszu przeciwko podatkowi solnemu. Doradcy Gandhiego byli zdania, że należy wysypać na drodze gwoździe, które przebiłyby opony w samochodzie urzędnika. – Proszę tego nie robić, zaprosimy go na herbatę – postanowił Gandhi. Gdy urzędnik, nadęty i pewny siebie, zaczął mówić o groźbie aresztowania, Gandhi z uśmiechem zaproponował, aby najpierw napili się herbaty. Mężczyzna niechętnie przyjął zaproszenie. A kiedy opróżnił swoją filiżankę, powiedział szorstko: „Wracajmy do rzeczy. Jeśli chodzi o te marsze…”. Gandhi znów się uśmiechnął. „Niech pan napije się jeszcze herbaty i poczęstuje ciasteczkami, mamy ważniejsze sprawy do omówienia”. Po kolejnych filiżankach herbaty i kolejnych ciasteczkach urzędnik przestał myśleć o swojej służbowej misji. A gdy odjeżdżał, był przekonany do racji Gandhiego.

Tsultrim Allione, autorka książek „Kobiety mądrości” i „Nakarmić swoje demony”. Światowa nauczycielka starożytnej mądrości tybetańskiej, którą przystosowała do języka i potrzeb współczesnego świata.

  1. Psychologia

Klucz do sukcesu? - Znajdź wzorzec postępowania zgodny z twoimi wartościami

Mamy zwykle swój własny sposób widzenia rzeczywistości - własny paradygmat. Dlatego sposobem na zmianę może być ustalenie takiego paradygmatu, za którym będziemy chętnie podążać. (fot. iStock)
Mamy zwykle swój własny sposób widzenia rzeczywistości - własny paradygmat. Dlatego sposobem na zmianę może być ustalenie takiego paradygmatu, za którym będziemy chętnie podążać. (fot. iStock)
Jeśli zdarza ci się nie realizować celów, które sobie wyznaczyłaś i powracać do złych nawyków – zapraszamy do treningu. Chcesz zostać panią swojego życia? Krok pierwszy: zmień paradygmat.

Gdy Joanna spotkała dawno niewidzianą koleżankę, która w szkole nie znosiła sportu i ciągle walczyła z nadwagą, przeżyła prawdziwy szok. Okazało się, że Kaśka została instruktorką fitness i wcieliła w życie zasady zdrowego żywienia, dzięki czemu schudła 15 kilogramów i zaczęła wprost emanować pozytywną energią! W dodatku jest niezależną finansowo kobietą, chociaż zawsze tonęła w długach. „Jak tego dokonałaś?” – spytała Joanna, od razu zakładając, że taka zmiana musiała wymagać sporego wysiłku.

Fundamentalne życiowe zmiany oczywiście mogą być wynikiem wielu działań: rzetelnej, ciężkiej pracy nad sobą, powolnej zmiany nawyków, setek godzin spędzonych w siłowni, drogiej psychoterapii, ukończenia wielu kursów lub… wyciągnięcia wniosków z dotychczas powtarzanych błędów. Jak ciężko jest wcielać w życie nowe postanowienia, wiedzą szczególnie dobrze osoby, które przeszły wiele nieskutecznych prób zmiany. Wyznaczanie celów, robienie szczegółowych planów, szukanie kolejnych metod i skrupulatne ocenianie postępów jest bardzo wyczerpujące. Zazwyczaj, jeśli nie przynosi to spodziewanych efektów, przychodzi moment rezygnacji, kiedy brakuje już sił na podjęcie decyzji o kolejnej próbie rozpoczęcia pracy nad sobą. Niewątpliwie niepowodzenia podkopują wiarę we własne możliwości. Kończą się wtedy rezerwy psychiczne i zapał, by po raz kolejny mierzyć się z tym samym wrogiem. Potrzeba wtedy nie dobrego planu czy systemu wysokiej motywacji, ale czegoś, co zadziała natychmiast. Czy jest to możliwe? Owszem – pora po prostu zmienić dotychczasowy paradygmat.

Paradygmat to soczewka, styl widzenia. Patrzenie nie „tu i teraz”, doraźne, ale odwoływanie się do wyższej zasady, zgodnej z szerszym widzeniem świata. To podejmowanie decyzji w zgodzie z twoimi głównymi postanowieniami. Głęboko indywidualnie i prawdziwie wybrany paradygmat jest najlepszą, skuteczną i trwałą motywacją. Co może być takim paradygmatem? Na przykład postanowienie: „Jeśli coś szkodzi mnie i moim bliskim, to tego nie robię” albo: „Zawsze daję z siebie wszystko, więc nie godzę się na powierzchowność i prowizorkę”. Oczywiście ty sama musisz ustalić, co jest twoim własnym paradygmatem. Paradygmaty innych, nawet jeśli ci się podobają, nie zadziałają, bo po prostu nie będą zgodne z tobą.

Jak to działa?

Magda zawsze miała problemy z nadwagą. Lubiła jeść, wieczorami zwykle zajadała problemy minionego dnia. Często powtarzała: „Nie umiem żyć bez słodyczy”. W drugim miesiącu ciąży okazało się, że ma cukrzycę ciążową. Aby urodzić zdrowe dziecko, musiała wyeliminować ze swojej diety wszelkie cukry proste. Czyli zrobić coś, co do tej pory wydawało jej się nieosiągalne. Ku zaskoczeniu wszystkich, okazało się, że była w stanie wykonać to praktycznie z dnia na dzień, i to bez większego problemu. Dobro córeczki stało się celem nadrzędnym.

Beata nigdy nie przepadała za domowymi porządkami. Nudziły ją i wydawały się bezcelowe – przecież i tak za parę dni bałagan zrobi się na nowo. Pewnego razu wpadła jej w ręce książka na temat życia według zasad feng shui i sprawiła, że kobieta zaczęła sprzątać z inną myślą. Nie, jak dotychczas – że mieszkanie świadczy o gospodyni, ale że porządkując przestrzeń, odgania problemy.

Masz w pracy koleżankę, która zawsze, niezależnie od aury, samopoczucia czy ilości spraw do załatwienia wygląda nienagannie? Jej paradygmatem najwidoczniej jest estetyka wyglądu. Myślisz w duchu: „Jak ona to robi? Ja bym tak nie potrafiła”. No cóż, wszystko zależy od tego, co przyjmiesz za swoją zasadę nadrzędną. Może dla niej perfekcyjny wygląd to wyraz szacunku do siebie i innych? Rozmaite paradygmaty determinują codzienne zachowania ludzi i sprawiają, że nawet wymagające wysiłku czynności wykonują z łatwością, bezproblemowo, w oczywisty sposób stawiając je w roli swoich najważniejszych priorytetów.

Wprowadź zmianę

Jeśli do tej pory nie udało ci się zrealizować celu, który od lat wypisujesz jako postanowienie noworoczne, to znaczy, że paradygmat, według którego działasz, zdezaktualizował się albo nigdy nie był prawdziwie twój. Być może przejęłaś go w procesie socjalizacji albo po prostu spodobał ci się jako ciekawa idea. Jeżeli naprawdę chcesz coś zmienić w swoim życiu, zacznij nie od strategii, czyli pomysłu, jak to zrobić, jakimi metodami, według jakiego planu, tylko od wzięcia pod lupę dotychczasowego paradygmatu, bo najwyraźniej się wyczerpał.

Przytoczone przykłady pokazują jasno: to nieprawda, że trudno się zmienić. Odchudzanie się, nauka, zmiana pracy, lepsze gospodarowanie pieniędzmi… – przedmiot zmian nie ma znaczenia. Gdy zmienia się paradygmat, w jednej chwili wszystko się zmienia – bez wysiłku, bez żadnych wyrzeczeń. Mając inne dane, inną wiedzę i hołdując innym zasadom, zaczynasz inaczej żyć. Jeśli wiesz, że jedzenie czegoś zrobi krzywdę twojemu dziecku lub tobie – nie jesz tego. Jeśli coś cię brzydzi, mierzi, narusza twoje życiowe zasady – nie godzisz się na to i nie jest to związane z żadnym wysiłkiem emocjonalnym. Paradygmat to potęga zmian. Choroba, dramat, tragedia, a także nowa miłość czy zauroczenie wcale nie są jedynymi skutecznymi okolicznościami przekształcenia dotychczasowego paradygmatu. Nowy możesz zwyczajnie wypracować. Na przykład wybierz dwa spośród noworocznych postanowień (wszystko jedno, czy ich realizację już zarzuciłaś, czy jeszcze resztkami sił walczysz). Pomyśl, jak do tej pory patrzyłaś na te zadania. Jaki był dotychczasowy mianownik twoich działań? Co tobą kierowało? Zmień te dane, bo jak widać, są zupełnie nieskuteczne.Weźmy takie postanowienie: „Będę czytać więcej książek”. Dotychczasowy argument: „bo inteligentni ludzie tak robią” zamień na świadomość, że każda przeczytana powieść przedłuży sprawność twojego mózgu i ochroni cię przed demencją starczą. Czytanie rozwinie także twoje tzw. miękkie umiejętności (soft skills), ponieważ sprawi, że np. łatwiej znajdziesz temat do rozmowy z koleżanką z pracy, z którą nie masz dobrego kontaktu.

Napisz teraz dwa wciąż niezrealizowane postanowienia i popracuj nad nowym osobistym i skutecznym paradygmatem.

  1. Psychologia

Usłysz mnie. Co zrobić, żeby konflikt nie niszczył?

Jeśli przynajmniej jedna osoba w konflikcie zacznie słuchać, pojawia się szansa na rozwiązanie. (Ilustracja Przemysław Trust Truszczyński)
Jeśli przynajmniej jedna osoba w konflikcie zacznie słuchać, pojawia się szansa na rozwiązanie. (Ilustracja Przemysław Trust Truszczyński)
Mówi się, że to czas leczy rany. Rany leczy dialog, uważne słuchanie. Ludzie nie radzą sobie z konfliktami dlatego, że nie umieją dialogować i nie potrafią słuchać – mówi trenerka i terapeutka Zofia.

Boimy się, że konflikty w bliskich relacjach oznaczają początek końca relacji. Słusznie?
Nie. Konflikty są nie tylko nieuniknione, ale potrzebne. Gorsza jest obojętność, milczenie. Konflikt to dowód, że chcemy relacji żywej, autentycznej, a nie udawanej i pełnej przymusu, czyli takiej, że ja – w imię świętego spokoju – zrobię to, co ty chcesz, i odwrotnie.

Czyli konflikt oznacza, że nasza relacja nie umiera.
Ona się rozwija, wzmacnia, a my w niej też wzrastamy. Chcemy być szczęśliwi z kimś, a jednocześnie chcemy pozostać sobą, nie stłamszeni, zlani i pomieszani z tą osobą. Konflikt pomaga nam się wyodrębnić, zobaczyć siebie samych i podjąć wspólnie wyzwanie, jakim jest bycie razem.

Co jest wtedy najważniejsze?
Dialog. O tym, co się nie podoba, co jest dla kogoś trudne i co chce zmienić, o niezaspokojonych potrzebach. W książce „Dialog zamiast kar” zdefiniowałam dialog jako rozmowę o rozmawiających. Dialog nas odróżnia, jest nas dwoje: ten, kto mówi, i ten, kto słucha, autor i słuchacz, i każdy mówi o sobie. A zarazem dialog nas łączy, bo dowiadujemy się czegoś ważnego o sobie nawzajem, czego chcemy, co nam się podoba, a co nie. Jakie są są nasze granice. W bliskich relacjach te granice się stykają, a potrzeby są nieustannie w ruchu, raz zaspokajane, a innym razem nie. Raz u mnie, raz u ciebie. Jak w tańcu. W konflikcie dialog jest jak wołanie: „Usłysz mnie, zależy mi na tobie i naszej relacji, więc mówię ci, co mi się nie podoba i gdzie chcę zmiany!”. Kiedy ktoś coś mówi, nawet oskarżając innych, nadal mówi o sobie.

Taki obrazek: on krzyczy na nią, że czegoś nie zrobiła. Co to da, że ona wie, że ten krzyk jest o nim?
Da to, że ona nie weźmie tego „do siebie”. Już ta świadomość chroni ją i pozwala jej usłyszeć jego niezaspokojone potrzeby oraz przyjąć postawę: Oddzielam się od oskarżeń, nie mieszam się z nimi. Mogę wybrać, czy będę nadal słuchać, czy też wolę ochronić siebie, na przykład wychodząc i mówiąc, że nie chcę tego słuchać teraz, zwłaszcza wypowiadanego tym tonem i w takim stylu.

Łatwo powiedzieć. Jak się nie odwinąć krzykiem, gdy słyszysz: wariatka!?
Kiedy ktoś tak do mnie mówi, prawdopodobnie jego ból w relacji ze mną jest wielki, a zarazem on nie wie, jak inaczej o tym mówić, niż „uderzając” mnie słowami. To nadal jest o nim, o jego cierpieniu i niemocy w komunikowaniu siebie. Prawdopodobnie także o tym, że dotąd i ja nie potrafiłam tego cierpienia usłyszeć.  Wypowiadamy czasem mocne, raniące słowa. I zamiast sobie pomagać, niszczymy siebie i swoje związki.

Co zrobić, żeby konflikt nie niszczył?
Nauczyć się dialogu, który zaczyna się od słuchania tego, co ktoś chce mi powiedzieć. Kiedy mnie oskarża i krytykuje, a ja pamiętam, że – bez względu na to, jakich słów używa – mówi o swojej frustracji, to po prostu go słucham i nie oceniam. A on czuje się wtedy widziany, ważny. Dynamika i struktura dialogu w konflikcie jest w istocie bardzo prosta: gdy wiem, że druga strona mówi o swoim bólu, i ja słucham jej z uwagą, to ten ból przestaje uwierać, ranić. Jeżeli się wkręcam, zaczynam się bronić, to ten ból się zwiększa.

Ludzie na ogół się bronią. To chyba naturalne?
W konflikcie mamy tendencję do szukania winowajcy, w sobie albo w drugim. Zamiast zająć się problemem, zrzucamy go – jak gorący kartofel – na czyjeś kolana. A on dalej pomiędzy nami krąży. Założenie, że druga osoba chce mi powiedzieć o sobie, pomaga mi ją wysłuchać.

To wielka sztuka, wyżyny miłosierdzia. Trudne.
Uważam, że wszyscy jesteśmy do tego zdolni. Wręcz nie możemy funkcjonować w relacji bez świadomego dialogu. Wystarczy, że przynajmniej jedna osoba w konflikcie zacznie słuchać, pojawia się szansa na rozwiązanie.

Rozwiązaniem konfliktu jest kompromis?
Nie, kompromis to zamrożenie konfliktu. Rozwiązaniem jest kontakt: ja słyszę ciebie, ty mnie i mamy taką relację, że możemy być ze sobą, trochę mniej się raniąc. W bliskich relacjach nie da się uniknąć wzajemnych zranień. Chodzi o to, żeby się o nie zatroszczyć. Bez konfrontacji, ze współczuciem i w dialogu. Załóżmy, że potrzebujesz wolności, którą daje ci auto. A macie tylko jedno. Zawieracie kompromis: ty jeździsz tego dnia, on innego. A co jeśli pilnie potrzebujesz samochodu w „jego” dniu? On mówi: „Inaczej się umawialiśmy”. Ty: „Jesteś bezduszny!”. Zaczynacie kolejny konflikt o szanowanie umów lub o to, czy twoje pilne sprawy są wystarczająco pilne dla niego. Założeniem kompromisu jest czyjeś ustępstwo, brak ustępstwa jednego, obojga albo ugoda. Założeniem dialogu jest wzajemna troska o siebie, żeby potrzeby obu stron były zaspokojone lepiej, w większej równowadze.

To powiedzmy, krok po kroku, jak to osiągnąć.
Pierwszy, prosty i najważniejszy krok w konflikcie: wziąć głęboki oddech, nie reagować szybko. Na treningach uczę też dialogu odzwierciedlającego. Ktoś (autor) mówi: „Jak mogłeś kupić chleb, a nie kupić masła?!”. Słuchacz powtarza dokładnie słowa autora: „Pytasz mnie, jak mogłem kupić chleb, a nie kupić masła”. Ćwiczenie polega na powtarzaniu, nie parafrazowaniu, bo parafrazując, zastanawiam się, jakimi słowami oddać to, co powiedział autor, a nie słucham go. W efekcie używam innych słów niż te, które wybrał. Wprowadzam więc dodatkową narrację, choć to on jest autorem, a nie ja. Uważne słuchanie i odzwierciedlanie, na które decydują się obie strony konfliktu, pomaga zobaczyć siebie wzajemnie i spowalnia dialog.

Słuchanie słuchające – o takie chodzi?
To bardzo dobre sformułowanie. Nie chodzi o interpretację albo mieszanie słuchania z mówieniem. Powtarzam często: żeby słuchać, potrzebujesz tylko uszu, nie potrzebujesz głowy i ust. Jeśli ktoś mówi: „Jesteś głupia”, moja głowa myśli: „Może faktycznie jestem głupia? Zaraz mu dam popalić!”. Ja to nazywam mieszaniem się w autorstwo kogoś innego. Żeby słuchanie miało wysoką jakość, pytam autora, czy dokładnie odzwierciedlam to, co mówi, czy o to właśnie mu chodzi. Może coś skorygować albo dodać. I słucham go tak długo, jak tego potrzebuje. Nazywam to słuchającym lustrem. Czasem takie słuchanie sprawia, że ludzie kończą swoje dialogi słowami „kocham cię”.

Po wysłuchaniu przychodzi czas na moją wypowiedź. Jak ją zacząć?
Zapytać: „Czy jesteś gotowy, żeby usłyszeć teraz mnie?”. Bo aby słuchać, musimy być na to gotowi. W konflikcie bardzo często ludzie przekrzykują się, wszyscy chcą być usłyszani, ale nikt nikogo nie słucha. Ból eskaluje i wymyka się ze struktury dialogu, gdzie obowiązuje kolejność. Ten, kto mówi, mówi, a kto słucha, słucha. Tylko wtedy cierpienie może się ujawnić i ukoić. Mówi się, że czas leczy rany. Nie, sam czas nie leczy. A jeżeli nie są uleczone, to w konflikcie się otworzą. Rany leczy dialog, uważne słuchanie. Ludzie nie radzą sobie z konfliktami dlatego, że nie umieją dialogować i nie potrafią słuchać.

A potrafią mówić?
Też nie. Bo trzeba pamiętać, żeby mówić o sobie, o swoich uczuciach i potrzebach.  Chodzi o to, żeby  się wypowiedzieć, wyrazić, co czuję, myślę, kim jestem dziś, tu i teraz i jak się mam, będąc z tobą. Czy będąc z tobą, czuję się dobrze także jako ja, taka, jaka jestem.

Dlaczego uważne słuchanie i mówienie sprawia nam trudność?
Bo jako dzieci byliśmy wychowywani do posłuszeństwa, ale nie byliśmy słuchani. Dzieci, od których wymaga się przede wszystkim, żeby słuchały innych, tracą odwagę i zaufanie do siebie i swoich uczuć i potrzeb. Kiedy troszczymy się o ich rozwój i słyszymy je, one cały czas mówią o sobie: ja chcę, ja nie chcę, lubię, nie lubię. I stopniowo nabywają zdolności przenoszenia uwagi także na innych. Żeby odnaleźć się w dialogu i komunikacji, uczmy się od dzieci mówienia o sobie.

My, kobiety, często mówimy o sobie, ale dla samego mówienia, żeby podtrzymać kontakt (w lingwistyce nazywa się to funkcją fatyczną języka). Takie mówienie też ma sens?
Oczywiście. Potrzebujemy po prostu pogadać, zobaczyć się w oczach innych. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa i pomaga się regulować, kiedy doświadczamy stresu i przeciążenia. Trwała, elastyczna, wciąż odnawiana i wzmacniana na co dzień relacja z drugim człowiekiem to najważniejsza potrzeba, która chroni nasze życie. Można nazwać ją miłością. Michaił Bachtin mówił, że miłość jest dialogiczna, „nie ma dialogu bez miłości, tak jak nie ma miłości w izolacji”.

I tak jak bez dialogu nie ma rozwiązania konfliktu. Potrzebujemy dialogu, w którym słuchamy i wyrażamy siebie najpełniej jak potrafimy, nie na oślep, bez świadomości i struktury. Dlatego uważam, że uczenie dialogu powinno być obowiązkową praktyką w szkołach i wszędzie, gdzie ludzie ze sobą przebywają. Tak samo jak popularyzowanie dialogu i dialogicznego wsparcia dla tych, którzy przechodzą kryzysy i konflikty. I jeszcze jedno, kiedy doświadczamy trudności w relacjach, zdrową i naturalną reakcją jest szukanie pomocy u innych ludzi, nieuwikłanych w nasz ból, którzy nie będą wchodzić w koalicje: z nami lub przeciw nam, nie będą próbowali za nas rozwiązywać naszych problemów, ale nas usłyszą. Potrzebujemy takiej pomocy nie tylko od profesjonalistów, mediatorów i terapeutów, ale od naszych bliskich i przyjaciół. Nie bójmy się prosić o wsparcie.

Zofia Aleksandra Schacht-Petersen
, certyfikowana trenerka Porozumienia bez Przemocy oraz Family Lab, terapeutka, propagatorka filozofii wychowania Jespera Juula, założycielka Szkoły Empatii i Dialogu oraz Równo-Ważni – centrum rozwoju relacji i terapii traumy.

  1. Psychologia

Jaka piękna awantura!

Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Świat bez konfliktów, społeczeństwa w zgodzie, rodziny bez kłótni, my sami w harmonii ze sobą. Komu nie marzy się taka rzeczywistość? Czy jednak jest możliwa? Pewnie tylko w bajkach. Bo konflikty są nieuchronną częścią naszego życia. Co więcej, może na nich skorzystać każda ze stron. Wszystko zależy od tego, jak je traktujemy. I jak rozwiązujemy.

Ewa, 31 lat, właśnie wprowadziła się z mężem do pierwszego własnego mieszkania. Opowiada, że przy jego urządzaniu o mało się nie rozwiedli. I to był dla niej szok. Bo znają się pięć lat, przez ten czas wynajmowali sześć mieszkań i zawsze byli zgodni. W starej kamienicy? Super. Na piątym piętrze bez windy? A co to za problem! W ogóle się nie kłócili, nie tylko w sprawach mieszkań. A teraz? Awantura za awanturą. O wszystko. O kolor ścian, meble, łóżko. Czy kuchnia ma być zamknięta, czy otwarta, z wyspą czy bez. A przede wszystkim o styl mieszkania.

– Wymarzyłam sobie chłodny skandynawski, on uparł się przy rustykalnym, jak u mamy. Nie to, żeby głównie awanturował się Tomek. Bardziej walczyłam ja. Nie wyobrażałam sobie, że nasze pierwsze mieszkanie będzie tak staroświeckie. Czasem szło na noże.

Kto górą?

Przyjrzyjmy się na tym przykładzie naszemu bohaterowi, konfliktowi. Kiedy się rodzi? Wiadomo – gdy dochodzi do różnicy interesów lub opinii pomiędzy dwoma lub więcej stronami. Gdy każdy dąży do osiągnięcia swojego celu, wykluczając cel konkurenta. Ewa, forsując pomysł na skandynawski klimat mieszkania, przekreśla plany męża na ten bardziej przytulny.

William L. Ury, współtwórca programu negocjacji na Uniwersytecie Harvarda, w książce „Dochodząc do zgody” pisze, że konflikt ma tym lepszą pożywkę, im podmioty są od siebie bardziej zależne. A Ewa i Tomasz mieszkają pod jednym dachem, są małżeństwem, mają więc wiele pretekstów do waśni. Ury zwraca uwagę na trzy różne, często mylone interpretacje konfliktu. Pierwszy odnosi się do rzeczywistego konfliktu interesów – pragnień i potrzeb ludzi. Ewa czuje się dobrze w surowych wnętrzach, Tomek – w tych przypominających rodzinny dom. Drugi poziom dotyczy różnicy stanowisk, ujawnionych w formie żądań. Ci młodzi, a właściwie bardziej ona, takie żądania wyrazili. Trzeci poziom konfliktu to już walka sił. Ta para była o krok od tego etapu. Choć nie musiała, bo – jak uważa Ury – to, że ludzie mają różne interesy, nie musi oznaczać, że skończy się walką. Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. To niemożliwe.

Tymczasem od lat słyszymy, że konfliktów należy unikać. A co widzimy? Że sami jesteśmy nimi targani na co dzień. Choćby wtedy, gdy mamy ochotę na słodycze, ale wiemy, że są niezdrowe. Gdy złościmy się na szefa, ale tego nie okazujemy, bo boimy się stracić pracę. Psychologowie nazywają takie konflikty intrapersonalnymi. Wyróżniają ponadto te między grupami ludzi (zawodowymi, społecznymi, państwami) oraz wewnątrz grup, na przykład facebookowych (tak zwane konflikty interpersonalne). Źródła konfliktów mogą obejmować idee, myśli, emocje, wartości, predyspozycje lub popędy.

Mimo że konflikty towarzyszą nam na każdym kroku (a może dlatego), mają wyjątkowo złą sławę. Według niektórych są konsekwencją błędów (najczęściej czyichś, nie naszych). Efektem działania złych ludzi, awanturników, pieniaczy. Czymś, co burzy spokój, ład i harmonię.

Karolina Dyduch-Hazar, psycholożka z Uniwersytetu SWPS: – To, że większość z nas ma negatywne skojarzenia z konfliktem, wynika z tendencyjnej prezentacji konfliktu w mediach, gdzie to słowo sklejone jest z epitetami „zbrojny”, „międzypartyjny”, „wielopokoleniowy”. To sprawia, że konflikt jawi nam się jako coś zagrażającego, czego należy unikać.

Liv Larsson, światowej sławy trenerka Porozumienia bez Przemocy, uważa, że rezultatem takiego podejścia do konfliktu, a zwłaszcza do oponentów, jest eskalacja sporu. Bo skoro druga strona jest złem wcielonym, to ta pierwsza okopuje się na swoim stanowisku, szuka mocniejszych argumentów, żeby być górą. Wystarczy zerknąć na internetowe fora. Ludzie nie przebierają w słowach, obrzucają się nawzajem błotem. Ileż na to potrzeba sił i energii! A to z kolei utwierdza niektórych w przekonaniu, że lepiej nie wdawać się w dyskusje, unikać wyrażania swojego zdania, jeśli wiadomo, że jest kontrowersyjne. Efekt? Kumulowanie problemów i frustracji. A zamiatane pod dywan wcześniej czy później wybuchną.

Karolina Dyduch-Hazar wyjaśnia, że konfliktom pomagają nasze mechanizmy poznawcze, takie jak na przykład upraszczanie sądów o rzeczywistości, kategoryzowanie (na przykład: my i oni). A upraszczamy i kategoryzujemy, ponieważ sprzyja temu życie w skomplikowanym świecie pełnym zależności.

– Większość z nas preferuje bardziej jednoznaczność niż wieloznaczność – mówi psycholożka. – Mamy też skłonność do kurczowego trzymania się jednej opinii. Taka postawa utrudnia przyjęcie perspektywy innej strony czy wzięcie pod rozwagę konkurencyjnej opinii. Ale daje poczucie kontroli nad otaczającą nas rzeczywistością. Nie bez znaczenia jest narcystyczna kultura, w jakiej żyjemy. Ludzie porównują się do innych. Gdy do kogoś w ich odczuciu lepszego– czują się źle, natomiast, gdy do tego stojącego niżej w hierarchii, biedniejszego, nieuprzywilejowanego – lepiej.

Dzięki ci, kłótnio!

Ewa opowiada, że kiedy doszli z mężem do ściany, wzięła urlop i wyjechała. Sama. Żeby wszystko przemyśleć.

– Przeczuwałam, że spór o urządzanie mieszkania kryje pod spodem głębszy problem w naszej relacji. Przeanalizowałam wszystkie nasze wcześniejsze decyzje. I eureka! Nagle zobaczyłam, że to on je podejmował, ja tylko mu przytakiwałam. Nie dlatego, że był despotą, nie. Zgadzałam się na wszystko, bo tak chyba było mi wygodnie. Bo chciałam, żeby było miło. A może po prostu poprzednie tematy nie były dla mnie aż tak ważne. Tak czy siak, unikałam konfrontacji. A tu nagle wyskoczyłam ze swoim zdaniem, którego broniłam jak lwica. Pokłóciliśmy się tak, że Tomek zgłupiał. Ale ja zmądrzałam. Więc powtarzam sobie w duchu: „Dzięki ci, kłótnio! Dopiero ty mi uświadomiłaś, w co brnę!”. Unikanie konfliktu za wszelką cenę o mały włos nie rozwaliło mi małżeństwa. Liv Larsson w książce „Porozumienie bez przemocy w mediacjach” pisze: „Konflikty są naturalną częścią naszego życia. Powstają tam, gdzie płynie życie i gdzie ludzie mają marzenia”. Kiedy to zaakceptujemy, łatwiej zauważyć ich pozytywne strony. A te są niezaprzeczalne.

Po pierwsze, konflikt sygnalizuje potrzebę zmiany. Ewie uzmysłowił, że dla swojego dobra i w interesie związku powinna mówić otwarcie, co myśli, być bardziej aktywna, przejmować inicjatywę. Po drugie, spór pozwala przyjrzeć się głębiej naszym potrzebom i nam samym w ogóle. Dzięki niemu poznajemy także innych. Czyli – dostajemy złożony, ale całościowy i prawdziwy obraz sytuacji.

– Po trzecie – dodaje psycholożka – konflikty są szansą na rozwój nie tylko osobisty, lecz także kulturowy, naukowy, społeczny. Konflikt pomiędzy biało- i czarnoskórymi Amerykanami w latach 60. doprowadził do poprawy sytuacji Afroamerykanów. Ten między Carlem Gustavem Jungiem a Zygmuntem Freudem skutkował rozwojem psychologii głębi. A toczący się obecnie konflikt na Białorusi być może doprowadzi do rozwoju demokratycznych rządów w tym regionie. Ale oczywiście lepiej byłoby, gdyby źródła tych sporów zidentyfikować wcześniej i próbować im zapobiec. Wtedy różnice pomiędzy stronami nie przerodziłyby się w długotrwałe spory, które są dla wszystkich wyniszczające. Przykład? Konflikt Izrael–Palestyna, w którym obie strony postrzegają się jako wrogów. Takie konflikty wiążą się z brakiem nadziei na zmianę, bezsilnością i wrogością – stanami, które nie motywują do podjęcia konstruktywnych działań. Bo „i tak nic się nie zmieni”, „nic to nie da”, „po co się starać”.

Propozycja i opozycja

Przykład konfliktu między Ewą i Tomaszem pokazuje, że najgorsze, co możemy zrobić, to udawać, że sporu nie ma. Bo kiedy wcześniej ona przymykała oko na dzielące ich różnice, to nie znaczy, że one nie istniały. Dopiero kiedy je zidentyfikowała i ujawniła, mogła je rozwiązać.

Jak ich szukać? Karolina Dyduch-Hazar wylicza pomocne umiejętności: patrzenie na problem z wielu stron (ja – on, młodsi – starsi), akceptacja wieloznaczności, różnorodności, skomplikowania.

– Jedną z technik przydatnych w rozwiązywaniu konfliktów jest reinterpretacja poznawcza, czyli zmiana znaczenia bodźca, który wywołał konflikt, bo wtedy możliwa jest zmiana reakcji emocjonalnej na ten bodziec. Krytykę na przykład możemy odebrać jako prowokację i zareagować agresją. Ale możemy też zmienić znaczenie prowokującego bodźca, zobaczyć w nim wartość i zareagować chęcią rozmowy. Istnieją techniki pomagające skoncentrować się na rozwijaniu pozytywnej emocjonalności, takiej jak pokorność (ang. humility), czyli stan, w którym zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy częścią większej całości, kiedy jesteśmy świadomi własnych ograniczeń, niedoskonałości, błędów. Jak uważność (ang. mindfulness) skierowana na pojawiające się doświadczenia w danym momencie w sposób intencjonalny, nieoceniający i akceptujący. Jak wdzięczność (ang. gratitude), czyli docenianie tego, co się już ma, zamiast narzekanie na to, czego się nie ma. Jak empatia. Takie cechy nie są oznaką słabości, a wręcz przeciwnie – samoświadomości, czyli naszej wewnętrznej siły.

Tymczasem w najlepsze się opluwamy, skaczemy sobie do oczu, niszczymy się. Bo nie umiemy dyskutować. Na świecie od lat w spornych sprawach wykorzystuje się tak zwane dyskusje oksfordzkie. To bardzo ciekawy rodzaj sformalizowanej dyskusji: prowadzi ją osoba nazywana marszałkiem, dyskutanci podzieleni są na dwie grupy – propozycja (obrońcy tezy) i opozycja (przeciwnicy). Nie wolno nawzajem się obrażać, sięgać po argumenty ad personam. Liczy się umiejętność formułowania własnej koherentnej opinii, ale też umiejętność merytorycznego odnoszenia się do opinii innych. Dyskusja ma doprowadzić do wyboru najlepszego rozwiązania konfliktu, problemu, sprawy. To są gotowe techniki do nauki rozwiązywania sporów. Dlaczego nie korzystają z tego narzędzia polskie szkoły?

– Dziecko uczy się zachowywania poprzez obserwację zachowań dorosłych. Jeśli dorasta w domu, w którym inny jest wrogiem, a konflikty nie są konstruktywnie rozwiązywane, to trudno oczekiwać, by umiało je w przyszłości rozwiązywać z korzyścią dla siebie i innych – mówi psycholożka.

Różnice między ludźmi nie znikną. Spory też. Dlatego musimy naprawdę poważnie zabrać się do uczenia dzieci w rodzinach i szkołach rozwiązywania konfliktów. Pięknie się różnić to jest to, na czym nam wszystkim powinno zależeć.