1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nasz rozwój: projekt kreatywny "Ja"

Nasz rozwój: projekt kreatywny "Ja"

123rf.com
123rf.com
Jeśli mielibyśmy wskazać jedno słowo, które najpełniej opisuje nasz świat, byłoby to niewątpliwie słowo „zmiana”. Rok w życiu telefonów, modnych butów, ulubionych kawiarni, ale też coraz częściej związków, rodzin, miejsc zamieszkania czy pracy – to dziś epoka. W cenie jest elastyczność, otwartość, kreatywność. Nadszedł czas twórców.

Zastanawiam się, co to właściwie jest kreatywność. Gdy zaczynałam pracę w agencji reklamowej, zostałam „kreatywnym”. Wtedy to określenie mnie rozśmieszało. Dziś kreatywne ma być wszystko. Nawet w biznesie – dziedzinie racjonalnej.

Najwyraźniej ktoś zrobił badania, z których wynika, że kreatywność się opłaca. Rzeczywiście, dziś w biznesie pracuję głównie z trzema obszarami: kreatywnością, innowacyjnością i zmianą. W zasadzie jest to ten sam obszar. Bo kreatywność leży u podłoża innowacyjności oraz pomaga radzić sobie ze zmianami.

Mam wrażenie, że dzisiejszy świat jest jedną wielką zmianą. I musimy sobie z tym jakoś radzić. Z nowymi technologiami, sposobami życia, bycia w relacji...

Sposobami komunikowania się, formami zatrudnienia, relaksu, zarabiania pieniędzy, tworzenia więzów. Wszystko się jakby rozluźnia, mamy więcej możliwości, świat zrobił się różnorodny i nagle – bardzo dostępny. A jednocześnie coraz mniej przewidywalny, bezpieczny i do ogarnięcia. To może onieśmielać, budzić lęk. Dlatego coraz bardziej liczy się elastyczny, otwarty umysł, zdolny do szybkiego kojarzenia, wymyślania nietypowych rozwiązań, połączeń. Świat w dużo większym stopniu niż kiedyś wymaga od nas aktywności. Nie czekam, aż mnie znajdzie praca, tylko sama ją sobie organizuję. Wykreuję dla siebie rynek, stworzę konsumencką potrzebę... To rodzaj twórczości.

To, że współtworzymy swój świat, podkreślają też różne szkoły duchowe. Podoba mi się ta koncepcja, choć jest wymagająca.

Bo u jej podstaw leży działanie i wzięcie odpowiedzialności za to, jak żyjemy, czyli współtworzymy. To trudne, budzi opór. Łatwiej tkwić w poczuciu, że nie mamy na nic wpływu, że „jest tak” albo „nie da się”. Jednak jako coach widzę, że ludzie próbują coraz częściej to zmieniać. Nie tylko narzekają, ale też szukają sposobów, by radzić sobie z tym, co im się nie podoba, głównie z naporem pracy i ciągle rosnącymi wymaganiami. Często wiąże się to z wychodzeniem ze schematu ofiara – oprawca, w którym nauczyliśmy się funkcjonować. To właśnie zamknięcie się w tym schemacie pozwala nam nie brać odpowiedzialności za własne życie, nie szukać rozwiązań. Odzyskanie poczucia wpływu sprawia, że kreatywność uruchamia się niemal sama.

Ofiara to kto?

Na przykład ktoś obrażony, że ktoś inny coś mu zrobił, powiedział, na coś nie pozwolił. Ktoś przekonany, że MUSI coś robić, że się poświęca, nie ma czasu dla siebie, ktoś narzekający wiecznie na pracę, szefa, związek, „ten kraj”. Możliwości jest nieskończenie wiele. Każdy od czasu do czasu zgrywa ofiarę, bo w naszej kulturze to jest dominujący wzór. Jest to również nasz rys narodowy. Ofiara to sztywne, niezmienne stanowisko, zablokowana energia. Cierpi, narzeka, nie ma poczucia humoru. Fascynujące jest, jak szybko potrafi się przekształcić w oprawcę.

Mocne słowo...

To po prostu ta postać w nas, którą sytuacja w końcu przerasta, jednak zamiast odpuścić, robi się agresywna, wyładowuje na innych złość i frustrację, zaczyna manipulować. Na przykład w pracy spycha wszystko na innych, robi się nieżyczliwa, nieużyta. Ofiara i oprawca to dwie strony tej samej monety. Obie postawy cechuje brak poczucia wpływu na własne życie, dostępu do swoich zasobów. Wiele osób funkcjonuje, oscylując między tymi dwoma postaciami. Jedynym sposobem wyjścia jest uświadomienie sobie, że mamy trzecią opcję, czyli wybór.

Pamiętam, że sama tkwiłam w takim wzorze w pracy. Czułam, że „muszę”, nie mam na nic wpływu. I nagle uświadomiłam sobie, że zachowuję się tak, jakbym była w więzieniu. A przecież nikt mnie pod kluczem nie trzymał. To mnie uwolniło.

Sama, kiedy jeszcze byłam menedżerem w korporacji, wyobrażałam sobie, że jestem w oku cyklonu, więc muszę być cały czas niezwykle czujna, żeby mnie nie wciągnął ten wir. Mimo to zdarzało się, że pochłaniały mnie jakieś afery, udzielały mi się emocje i parę okrążeń wirowałam razem z całą firmą. Wówczas musiałam zmobilizować wszystkie siły, by się z tego wydobyć. Kosztowało mnie to mnóstwo energii, ale byłam duma, że sobie radzę. Kiedy opowiedziałam to pewnemu coachowi, zwrócił moją uwagę na to, jak dużo walki jest w tak zdefiniowanej relacji ze światem i jak dużo z postawy ofiary, która co prawda panuje nad sytuacją, ale jakim kosztem. A przede wszystkim – nie widzi innego wyjścia. Zaproponował mi zmianę metafory: widzenie świata jako rzeki, z którą płynę. W moim wypadku jest to rwący, górski potok. Teraz płynę z tym, co jest, i kiedy napotykam kamień, po prostu go omijam. Praca ze zmianą perspektywy uelastyczniła mnie i otworzyła na świat.

Co uruchamia naszą kreatywność?

Odpowiedź zawarta jest w tym pytaniu: ruch. Dla mnie kreatywność to swobodny strumień energii, pomysłów, które łączą się ze sobą w sposób niekontrolowany i nieprzewidywalny, tworząc nowe jakości. Przeciwieństwem kreatywności jest sztywność, powtarzalność, bezruch właśnie. Póki próbujemy tkwić, trzymając się tego, co jest, rozwiązania nie przychodzą, nowe jakości nie powstają. Trzeba się więc ruszać. Na przykład tańczyć. Praca z ciałem, uwalnianie go, wpływa otwierająco na umysł. Ja przestałam się przejmować tym, co myślą na mój temat inni. Na początku, kiedy tańczyłam w grupie, patrzyłam, czy innym się to podoba. Zrozumiałam, że tak robię również w życiu. Pojawiła się we mnie ciekawość: co by było, gdybym tańczyła tak, jakby nikt nie patrzył? Jak wygląda mój własny ruch? Zaczęłam eksperymentować. To wspaniałe uczucie. Jednocześnie w życiu również zaczęłam bardziej sobie pozawalać na bycie sobą.

Można też wykorzystać ruch dosłownie. Fizyczne ruszenie z miejsca bywa niezwykle uwalniające dla umysłu. Czasem podczas coachingu czy szkolenia widzę, że natykamy na jakiś blok. Dominuje lęk przed zmianą, nie idziemy do przodu. Wtedy często proponuję: „chodźmy na spacer”. Czasem wystarczy usiąść na innym krześle, zwrócić się twarzą w stronę okna. Dosłowna zmiana perspektywy zmienia też perspektywę mentalną. To znak dla umysłu: spójrz na to z innej strony. Lęk przed zmianą, który nas blokował, co prawda nie znika, ale wytrąca nas z jednowymiarowego widzenia, pojawiają się rozwiązania.

Jak jeszcze ćwiczyć?

Inspiruje mnie ostatnio pomysł, by patrzeć na własne życie jak na kreatywny projekt. W moim przypadku to natychmiast sprawiło, że zaczęłam otaczać się kolorami, kupować kwiaty do domu. Zaproponowałam mężowi randki raz w tygodniu. Zastanawiam się też nad codziennymi wyborami: jadę do pracy samochodem czy raczej się przejdę i zobaczę wiosnę, powącham ją... Zazwyczaj jem sama śniadanie o 8 rano. Może tym razem zjem później, ale z kimś? Przyszedł mi nawet do głowy pomysł, żeby zaprosić na śniadanie sąsiadów. Albo raz w miesiącu jeść wspólnie śniadanie z mieszkańcami mojego domu. Niesamowite, jak się człowiek potrafi rozkręcić, pomysły przychodzą same.

Przypomniała mi się książka Julii Cameron „The Artist’s Way” [Droga artysty], która jest w zasadzie kursem kreatywności. Artysta to według niej ktoś, kto żyje twórczo. Nie ma znaczenia, czy jest to malowanie, pisanie, czy po prostu kreatywne jedzenie śniadań. Cameron twierdzi, że czujemy się spełnieni dopiero, kiedy artysta w nas znajdzie swoją formę wyrazu.

Dużo inspiracji i pomysłów na to, jak uruchomić swoją kreatywność, można też naleźć w książce Michaela Gelba „Myśleć jak Leonardo da Vinci”. Światłe umysły twierdzą, że osobowość pasująca do naszych czasów to właśnie ktoś taki jak on: wielowymiarowy, twórczy, niestandardowy. Do mnie szczególnie przemawia to, że Leonardo zawsze otaczał się pięknem, kolorami. Tworzył wokół siebie harmonijną przestrzeń, nosił bajecznie kolorowe stroje, z pięknych materiałów. Kiedy szedł ulicami Florencji, ludzie uwielbiali na niego patrzeć. On sam też lubił na siebie patrzeć, cieszył się tym. Kreować to też umieć cieszyć, dziwić, mieć w sobie ciekawość dziecka.

Buddyści nazywają to umysłem początkującego. Buddyzm nie kojarzy się z kreatywnością, a przecież, moim zdaniem, ten stan jest właśnie stanem tworzenia. Spojrzeć na jakąś rzecz, jakbym ją widziała po raz pierwszy, choć patrzyłam na nią setki razy. Czy to jest kwiat, droga, drugi człowiek, czy ja sama – takie spojrzenie jest spojrzeniem współtwórcy.

Chwila olśnienia jest warta wielu lat patrzenia na tę samą rzecz. Stałam dziś na stacji metra, jak zwykle omiatając wzrokiem wiszące billboardy. I nagle czytam: „Co jeszcze muszę zrobić, żebyś mnie zauważył?”. Podpisane: „Jezus”. Wmurowało mnie. Nie jestem zbyt religijna, ale mnie to zastanowiło. W szerszym kontekście. Co jest potrzebne, bym się wybiła z rutyny i zaczęła naprawdę brać udział w tym, co jest wokół? Żebym zaczęła świadomie tworzyć rzeczywistość? Jestem wdzięczna za to pytanie, zmusiło mnie do refleksji nad tym, jak żyję ja sama i jak żyjemy w ogóle.

À propos tego, jak żyjemy, przypomniał mi się dowcip: biegają robotnicy z taczkami po budowie. – Hej, chłopie, biegasz z pustymi taczkami. – Mam tyle pracy, że nie zdążam ich naładować.

Cudownie, że możemy się z tego śmiać. Śmiech rozpuszcza sztywności, uwalnia od lęku, podsyca kreatywność. Jest nam z czymś trudno? Spróbujmy się z tego pośmiać. Wykorzystujmy naszą wyobraźnię. To nic nie kosztuje. Osoba, z którą rozmawiamy, nas onieśmiela, denerwuje? Wyobraźmy ją sobie z wąsami albo w śmiesznej w peruce. Moja klientka wymyśliła, że widzi swoją szefową jako tego cesarza, który chodzi goły... Skuteczne. W dodatku to niewinna zabawa.

Zabawa jest „niepoważna”, bawią się dzieci. Dorośli mają swoje „ważne” sprawy typu: praca, wiedza, nauka, pieniądze.

Dzieląc świat w ten sposób, sami sobie zamykamy dostęp do wspaniałych zasobów. Kreatywność to przecież domena wewnętrznych dzieci. One lubią się bawić. Zabawa wybija ze schematu, w którym wszystko jest prawdziwe do bólu. A przecież z dystansu cały świat jest teatrem. Odgrywamy tylko pewne role, w jakimś sensie cały czas się bawimy. Ja jestem szefową, a ty podwładną. Ale w innej pracy ja mogę być podwładną, a ty będziesz szefową. Ktoś wymyślił taką strukturę i my się niewolniczo jej trzymamy, pilnujemy tego sami. Nawet się w tym celu przebieramy – wiele firm ma specjalne regulacje dotyczące wymaganego stroju – lepiej pasujemy do roli. Dlatego często ludzie zadają mi pytanie, jaki strój obowiązuje na szkoleniu. I to, jaka jest odpowiedź, określa stosunek do tego szkolenia: czy można się będzie rozluźnić, czy nie.

Ale też zabawa to czynność społeczna, grupowa. Gdy patrzę na swojego syna, widzę, że coraz mniej jest społeczności wśród dzieci, a coraz więcej oddzielenia i lęku. Jeśli nie nauczymy się w dzieciństwie wchodzić z innymi w taki rodzaj relacji – swobodnej, bezpiecznej, nieoceniającej, w jakiej możemy się otworzyć i po prostu być sobą – to może potem trudno nam się bawić w dorosłym życiu?

Mam nadzieję, że to się zmieni. Byłam na pokazie gier szkoleniowych i coachingowych. Zabawa wkracza do świata biznesu!

Dziewczyny z Pracowni Gier Szkoleniowych zauważyły trzy czynniki, które sprawiają, że gry pomagają się zmieniać. Po pierwsze – klarowny cel. Szukanie rozwiązań angażuje nas i budzi kreatywność w sposób naturalny. Drugi czynnik – uczestnicy dają sobie prawo do eksperymentowania i popełniania błędów, bo to jest „na niby”. Trzeci – czują się bezpieczni. To idealne warunki do zmiany. A jak to jest w życiu? Warto sobie zadać pytanie, na ile sobie ufamy, pozwalamy sobie na popełnianie błędów. Większość znanych mi osób będzie się biczować albo szukać winnych. A wystarczy to zobaczyć, uśmiechnąć się do siebie i... coś zmienić. – Co jeszcze muszę zrobić, żeby ci pokazać, że jestem tu? – pyta nas życie. Naprawdę tworzymy je w każdej chwili.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Najlepsze rada to... autorada

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy ekspertami! Jeśli chodzi o wychowanie cudzych dzieci, postępowanie z mężem i kłopoty z teściową – doradzamy jak z nut. A czy sami radzi rad słuchamy?

Dobra rada zawsze w cenie? Bynajmniej. Któż z nas nie udzielił choć raz światłej wskazówki, która – jak najbardziej racjonalna – trafiła kulą w płot? Albo sam nie otrzymał porady, która zamiast pomóc jedynie zirytowała? Dlaczego tak się dzieje?

Bo rada to skomplikowane zjawisko. Jest pięknym darem – ale dla siebie. Nie od każdego chcemy ją przyjąć. Nie zawsze umiemy się przed nią bronić. Porad chętnie słuchamy, jeszcze chętniej ich udzielamy, a ciąg dalszy następuje... tak jak miał nastąpić.

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. Jaka szkoda! To jedna z większych przyjemności! Dlatego... poniżej kilka bardzo dobrych rad o poradnictwie dnia codziennego.

Rad udzielamy, bo...

Zwykle jesteśmy samozwańczymi specjalistami w trzech kwestiach: wychowania dzieci, prowadzenia domu i postępowania z ludźmi. Na tym zna się prawie każdy, niemal wszystkich bardzo to interesuje i większość chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Nie jest to złe, bo nawet jedna z bardzo prostych metod terapeutycznych dotyczących rozwiązywania problemów polega właśnie na wyjściu ze swojej roli. Pacjent zamienia się w doradcę – prosi się go, żeby powiedział, co doradziłby obcej osobie w takiej samej sytuacji, w jakiej on się znajduje. Bo w teorii, wszyscy wiemy, co robić. Tyle że rady w kwestii dzieci, partnera, rodziny czy miłości rzadko skutkują, bo nikt nie skorzysta z racjonalnych argumentów tam, gdzie rządzą uczucia.

Po co więc radzimy ludziom? Chciałoby się odpowiedzieć, że chcemy im pomóc, ale to nieprawda. Jak większość rzeczy w życiu, robimy to dla siebie:

  • Uważamy, że skoro przeżyliśmy coś na własnej skórze, wiemy o problemie wszystko.
  • Lubimy się popisywać zdrowym rozsądkiem, pragmatyzmem i racjonalnym myśleniem.
  • Poprawiamy sobie samopoczucie. Postrzegamy siebie jako empatyczne i życzliwe osoby. Udzielanie rad jest znacznie łatwiejsze niż udzielanie pomocy. A jaką daje przyjemność!
  • Próbujemy pokazać, jak wspaniale radzimy sobie z życiem: „Ja bym sobie nie pozwolił na takie traktowanie”. „Od razu bym jej powiedziała, że…”. I tak pod pozorem udzielania rady, kreujemy własny mit.
To podświadomy lub czasem świadomy wstęp do naruszenia dobrych relacji, bo kiedy udzielamy komuś rady, wydaje się nam, że mamy prawo zapytać, czy z niej skorzystał, a jeśli nie – poczuć się tym urażeni. „Jak to? To ja ci poświęciłem tyle mojego czasu i uwagi, a ty zrobiłeś po swojemu? Już nigdy nic ci nie będę radzić, skoro wcale mnie nie słuchasz”.

Kompensuje własne porażki: „Ja bym takiemu głupiemu szefowi od razu powiedział… Szybko zrobiłbym z tym porządek”. To typowe rady osób, które słabo radzą sobie z rozwiązywaniem problemów i chcą pofantazjować, jak by to było, gdyby…

Kogo (ewentualnie) słuchamy?

Specjalisty. Rada terapeuty, chociaż merytorycznie identyczna jak rada sąsiadki czy koleżanki z portalu internetowego, ma zdecydowanie większą moc oddziaływania. Z jednej strony działa tu magia autorytetu – potwierdzonego dyplomem! Z drugiej – fakt, że profesjonalista nigdy nie ocenia. Jego rady nie mają zabarwienia emocjonalnego („Jak to? To ty nie umiesz zrobić takiej prostej rzeczy?!”). On niczemu się nie dziwi i na tym również polega jego wielka siła oddziaływania. Ponadto zamiast wypowiadać mentorskie opinie, zadaje pytania, za pomocą których zmusza pacjenta do autorefleksji: „Jak zamierza pani sobie z tym poradzić? Jakie działania chce pan podjąć?”. Terapeuta wie, że człowiek nie skorzysta z żadnej rady, nawet najrozsądniejszej, jeśli będzie niezgodna z tym, co pacjent sam chce zrobić, na co ma gotowość i rezerwy psychiczne. Wreszcie – terapeuta nie ma pretensji, że jego rady nie zostały wdrożone w życie. Zapyta tylko „dlaczego”, ale nie obrazi się na pacjenta. To sprawia, że tak naprawdę potrzebujemy rad od osób, które uznajemy za kompetentne.

A co oprócz dyplomu terapeuty czy psychologa czyni ludzi bardziej kompetentnymi? Odniesiony sukces! Znani twórcy, artyści, biznesmeni są wciąż proszeni o to, żeby zdradzili, jakimi czarodziejskimi metodami udało im się zrobić tak wielką karierę. Człowiek sukcesu, gdy udziela rady, ma podobną pozycję do licencjonowanego terapeuty. Jego wskazówek słuchamy z nabożnym zainteresowaniem i zdajemy się nie zauważać, że są one zawsze takie same i koncentrują się wokół słów „pracowitość” i „upór”. Ludzie sukcesu udzielają czasem także rad w dziedzinach bardzo odległych od obszaru ich działania. Porady gwiazd dotyczące tego, jak gotować, jak się ubierać... są traktowane bardzo serio. Bo z radami jest jak ze wszystkim w życiu: ważniejsze od tego, co się mówi, jest to, kto to mówi.

Rad nie chcemy?

Osobny temat to rady, których ktoś ci udziela, choć wcale go o to nie prosisz. Tych nigdy się nie uniknie. I nieważne, czy zrobi to osoba ci bliska czy zupełnie obca. Zawsze znajdzie się taka, która znienacka cię nimi draśnie i wytrąci z równowagi. Lecz to jest tak, że im bardziej czyjaś rada cię ubodła, tym bardziej warto jej się przyjrzeć.

Jeśli poczułeś się czymś urażony, dotknięty lub obrażony, to znaczy, że bardzo niepewnie czujesz się w poruszonym temacie. Coś jest na rzeczy. Twoje poczucie wartości zostało nadszarpnięte? Można to wykorzystać jako bodziec do wzmocnienia swojej pozycji ojca, matki, pracownika… Bo jeśli będziesz pewny siebie, to żadna rada, nawet najbardziej złośliwa, np. „masz takie krótkie nogi, że odradzałabym ci ten fason spodni” – cię nie urazi.

Jak postępować z cudzymi radami?

  • Traktuj nawet te nachalne jako swoistą ciekawostkę: „Nigdy o tym nie pomyślałem. To interesujące”.
  • Postaraj się nie odbierać ich jako ataku na siebie. Często ktoś mówi coś w dobrej wierze, po prostu po to, żeby nawiązać z tobą kontakt.
  • Zadawaj pytania, jakbyś był tym co słyszysz bardzo zainteresowany. „Naprawdę? I pani tak to robi?”.
  • Pochwal „doradzacza”. Zrobisz dobry uczynek. Powiedz: „Dziękuję, że mi to poradziłeś”, i nie dodawaj, że z rady nie skorzystasz.
  • Podziękuj – na przykład obcej osobie na ulicy, która mówi ci, jak uciszyć dziecko. „Dziękuję bardzo, przemyślę to”. Poprawisz sobie humor, bo nie wytrąciła cię z równowagi.
  • Nie reaguj agresją, bo to bardzo wyczerpuje emocjonalnie. Nie mów: „Jak jesteś taki mądry, to sam to zrób”, Niech pani się nie wtrąca, to nie pani sprawa.
  • Nie generalizuj, nie wyciągaj pochopnych wniosków: „Mówisz mi, jak mam się zwracać do własnego dziecka?! Uważasz, że jestem złą mamą?”.
  • Nie daj się sprowokować i wciągnąć w konflikt. Nie komentuj: „To idiotyczne, co mówisz”.

Dobrze mówisz, ale ja...

Ktoś otwarcie prosi o radę. Co robić? Nastawić się na odbiór. Zwykle rzadko chodzi rzeczywiście o podanie konkretnej wskazówki. To raczej prośba o wysłuchanie, o zainteresowanie problemem. Samej rady najlepiej nie udzielać, bo często bywa narzędziem... manipulacji.

Amerykański psychiatra Eric Berne, autor kultowej książki „W co grają ludzie”, wiele miejsca poświęca w niej radom. W grze o nazwie „Dlaczego ty nie – tak, ale...” gracz opowiada ci o swoim problemie, który może dotyczyć np. uciążliwego sąsiada. Ty słuchasz i jako osoba empatyczna, wrażliwa rozumiesz, na jakie przykrości jest narażony. Zwyczajnie, po ludzku chcesz mu pomóc. W dobrej wierze udzielasz więc rady: „Może zgłoś to na policję?”. Wtedy słyszysz argument, że twoja rada jest nietrafiona, np. „To wykluczone, jego brat pracuje na posterunku”. Jak większość ludzi nie poddajesz się jednak od razu i szukasz innego sposobu: „W takim razie…”.

Wytrawnymi graczami w „Dlaczego ty nie – tak, ale...” są osoby, które chciałyby zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Pytają szczupłych, jak oni to robią i… zbijają wszystkie ich wskazówki.

Cokolwiek zaproponujesz takiej osobie, twojej radzie zostanie przeciwstawiony argument nie do odparcia. Jeśli w porę się nie zorientujesz, będziesz z uporem szukać rozwiązania problemu, którego ten ktoś wcale nie chce rozwiązać. On tylko pragnie ci udowodnić, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Na tym właśnie polega wypłata gracza (nagroda emocjonalna).

Rada idealna…

…to taka, z której ktoś konstruktywnie skorzysta. Musi być dostosowana do wieku, aktualnych emocji, możliwości psychicznych i trafiać w głęboko ukryte motywy osoby, której jej się udziela. Bo tylko ona ma pełen ogląd sytuacji i to ona sama musi sobie w większości przypadków (zwłaszcza w kwestii relacji) odpowiedzieć na pytanie: „co robić?”.

Ogranicz więc swoją rolę do aktywnego słuchania i zadawania pytań typu: „I co zamierzasz zrobić? Jak się do tego zabierzesz?”. W ten sposób naprowadzasz „potrzebującego” na właściwy trop, na rozwiązanie, jakie najbardziej mu pasuje i jest możliwe do realizacji.

Bo tajemnica rady idealnej tkwi w tym, że może nią być tylko autorada.

  1. Materiał partnera

Otwórz się na zmiany razem z nową ambasadorką marki Triumph - Martyną Wojciechowską

W kampanii „Otwórz się na zmiany” Triumph oddaje głos inspirującym kobietom, takim jak Martyna Wojciechowska. Bo kto wie więcej na temat zmian niż my? (Fot. materiały prasowe)
W kampanii „Otwórz się na zmiany” Triumph oddaje głos inspirującym kobietom, takim jak Martyna Wojciechowska. Bo kto wie więcej na temat zmian niż my? (Fot. materiały prasowe)
Dzisiaj? Jutro? Choćby zaraz! Życie to nieustanne zmiany i choć każda z ich jest wyzwaniem, to może być także początkiem nowej historii, dodać nam niezwykłej energii i pewności siebie. Szczególnie, jeśli w tych zmianach wspierają nas inspirujące kobiety. O tym w wiosennej kampanii przekonuje marka Triumph wraz z nową ambasadorką, Martyną Wojciechowską.

Otwórz się na zmiany

To hasło kampanii, której głównym elementem jest inspirujące video. W pełnym emocji i prawdziwych historii spocie bohaterki otwarcie opowiedzą m.in. o tym czym jest dla nich zmiana, z jakimi wiąże się emocjami, w jaki sposób kobiety mogą się wzajemnie wspierać w podejmowaniu odważnych decyzji. Wraz z ambasadorką Triumph, dziennikarką, podróżniczką i aktywistką Martyną Wojciechowską w kampanii wzięły udział: Marta Wojtal, która porzuciła zawód księgowej i obecnie jest jedną z najlepszych fotografek modowych w kraju; Monika Pryśko – autorka książki „Bój się i działaj”, od lat na swoim blogu przekonuje, że w kobietach drzemie prawdziwa siła oraz Klaudia Bąk, braffiterka i laureatka wewnętrznego konkursu dla pracowników salonów Triumph, która z firmą związana jest od 15 lat.

- Każda zmiana to wyzwanie, ale także początek nowej historii. To właśnie otwartość na zmiany zaprowadziła mnie na krańce świata, gdzie poznałam wiele inspirujących kobiet i zrozumiałam jak ogromną moc ma kobieca więź. Możemy się różnić wieloma rzeczami: językiem, kulturą, sposobem na życie czy tym, jaki nosimy rozmiar. Łączy nas jednak więcej niż nam się wydaje! Choć każda zmiana jest naszą indywidualną decyzją, to w jej tle słychać głosy wielu kobiet. To nasza wspólna historia. Razem możemy więcej, a kobiece wsparcie zawsze dodaje skrzydeł – mówi Martyna Wojciechowska, ambasadorka Triumph.

W kampanii „Otwórz się na zmiany” Triumph oddaje głos inspirującym kobietom, bo kto wie więcej na temat zmian niż my? Doświadczamy ich przez całe życie. Z każdym rokiem, miesiącem, a nawet dniem zmieniają się nie tylko nasze potrzeby, ale także nasze ciało. Dlatego marka Triumph, która od ponad 130 lat tworzy bieliznę zapewniającą idealne wsparcie, stworzyła rewolucyjny biustonosz Fit Smart, dopasowujący się do ciała kobiety.

Fit Smart - biustonosz, który zmienia się razem z tobą

Czy rewolucja może polegać na idealnym dopasowaniu? Tak! Bez względu na to czy twoje ciało zmienia się w wyniku działania hormonów czy wahań wagi w ciągu miesiąca, biustonosz Fit Smart zapewni wsparcie każdego dnia. Jest to możliwe dzięki specjalnie zaprojektowanej, elastycznej koronce 4D, miseczkom z elastycznej pianki 4D oraz bezfiszbinowej konstrukcji wewnętrznej, które gwarantują doskonałe podtrzymanie i dopasowanie do kształtu i rozmiaru biustu. Fit Smart został zaprojektowany tak, by dać kobietom poczucie komfortu podczas codziennych wyzwań i zmian, których doświadczają.

- Nasze ciało się zmienia, nasze potrzeby się zmieniają, my się zmieniamy. Możemy mieć inny kolor skóry, różnić się kolorem włosów, potrzebami, marzeniami, planami, ale tak naprawdę, w głębi duszy, wszystkie doświadczamy tego, że pragniemy być wystarczające - wystarczająco piękne, seksowne, mądre, a jednocześnie chcemy być sobą. Ja chcę być sobą i chcę być wystarczająca. I chciałabym też, żeby bielizna, którą noszę, podążała za tym, jak się zmieniam - mówi Martyna Wojciechowska.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Cechą charakterystyczną biustonosza Fit Smart jest 5 inteligentnych rozmiarów, które adaptują się do biustu, stanowiąc alternatywę dla standardowej rozmiarówki. W praktyce odpowiadają one ponad 40 kombinacjom rozmiarów.

Fit Smart definiuje na nowo pojęcie komfortu, zapewniając kobietom swobodę ruchu, jakby w ogóle nie miały na sobie biustonosza. Adaptując się do ciała w każdej sytuacji, zapewnia idealne wsparcie bez względu na styl życia czy zmiany zachodzące w kobiecym ciele.

Biustonosz Fit Smart został zaprojektowany z myślą o tobie i twoim życiu! Zapewniając poczucie komfortu, dodaje pewności siebie, abyś mogła stawić czoło wszystkim zmianom.

  1. Psychologia

Przebudź się - ty też możesz zmienić świat

Gdy wyciszamy umysł, możemy poczuć życie pulsujące w ciele, w przyrodzie, w ludziach, w zdarzeniach; zapomnieć o sobie, o swoim małym ja. (Fot. iStock)
Gdy wyciszamy umysł, możemy poczuć życie pulsujące w ciele, w przyrodzie, w ludziach, w zdarzeniach; zapomnieć o sobie, o swoim małym ja. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jesteśmy przebudzeni, gdy patrzymy na świat z zaciekawieniem i zachwytem. Gdy odnajdujemy spełnienie w działaniu, a nie w osiąganiu celów. Gdy patrzymy na ludzi i widzimy w nich nas samych. Możemy być przebudzeni z chwili na chwilę.

„Kto powiedział, że mała grupa zaangażowanych osób, którym zależy, nie może zmienić świata? Tylko tacy mogą to zrobić!” To słynne już słowa antropolożki Margaret Mead. Sentencja Gandhiego o tym, że mamy stać się przemianą, którą chcemy widzieć w świecie, obiegła już tysiące razy naszą planetę, cytowana, przypominana jako inspiracja i zachęta do działania. W jaki sposób mamy zmienić świat? Co tak naprawdę jest do zrobienia?

Pokochaj papierosy

W 2008 roku Eckhart Tolle wydał swoją kultową już dziś książkę „Nowa Ziemia”. Wcześniej „Potęgę teraźniejszości”. Obie sprawiły, że został nazwany duchowym nauczycielem naszych czasów, mimo że nie jest związany z żadną religią, nie pisze o Bogu. Pisze o Świadomości, Obecności, Uważności. „Nowa Ziemia” stała się światowym bestsellerem. Oprah Winfrey włączyła ją do swego Klubu Książki i przez kilka miesięcy prowadziła na portalu internetowym dyskusję nad tą książką z udziałem autora i kilkunastu milionów uczestników łączących się na żywo ze studiem. To książka o przebudzeniu, o transformacji świadomości, bez której niemożliwa jest jakakolwiek zmiana – ani w nas, ani w naszych związkach, ani w świecie, w którym żyjemy.

Wayne W. Dyer, jeden ze światowych „przebudzaczy” świadomości (autor świetnych książek, m.in. „Odmień swój umysł, odmień swoje życie”, „Żyć w równowadze”), zwraca uwagę na coś bardzo istotnego – mimo że wypowiedzieliśmy wojnę niemal wszystkim problemom współczesnego świata, nie wygraliśmy żadnej z nich.

Wypowiedzieliśmy wojnę ubóstwu – pisze w »Żyć w równowadze« – a biedy na świecie jest więcej niż kiedykolwiek. Wojna, którą toczymy z narkomanią, doprowadziła wyłącznie do potrojenia liczby więźniów i zwiększyła dostępność nielegalnych substancji dla młodych ludzi. Wojna z przestępczością doprowadziła do jej nasilenia, wzrostu poczucia zagrożenia w społeczeństwie, zwiększonego nadzoru, spadku wzajemnego zaufania i nadużyć, jakich dopuszczają się służby porządkowe. Myśli, których zasadniczym motywem jest walka, w sposób nieunikniony prowokują reakcję tego samego rodzaju – ci, przeciwko którym się zwracamy, odpowiedzą agresją. Walka osłabia i prowadzi do zaburzenia równowagi. Dotyczy to także naszych wysiłków zmierzających do pozbycia się nałogów”.

Nie zwalczymy naszych nałogów, trzeba je pokochać, twierdzi Dyer. Jeśli to jedzenie, słodycze czy papierosy, pokochaj je. Jeśli kokaina czy środki przeciwbólowe, pokochaj je. Tak jak kocha się nauczycieli, którzy pokazują, kim nie chcemy już być. Pokochajmy wszystko, od czego się uzależniliśmy, a najbardziej ludzi. Dopiero wtedy będzie można odejść. Dopiero wtedy dokona się zmiana.

Wychodzimy z więzienia

To już się dzieje. Budzimy się. W skali globalnej coraz więcej osób rozumie, że walka, uprzedzenia i dogmaty skazują nas na cierpienie i niekończące się problemy. Co ciekawe: nowa wyłaniająca się świadomość sprawia, że mamy wrażenie, iż chaos się pogłębia. Jest coraz lepiej i coraz gorzej. Stare odchodzi, nowe rodzi się w bólach.

Jaka będzie Nowa Ziemia? To zależy od nas. Fizycy kwantowi od dziesięcioleci piszą o tym, że tak właśnie zbudowany jest nasz wszechświat – myślami, przekonaniami i uczuciami my sami go tworzymy. Jesteśmy ze sobą połączeni – moje myśli i uczucia tworzą ciebie, a twoje – mnie. Rupert Sheldrake nazwał to zjawisko rezonansem morficznym.

Wyobraźmy sobie Nową Ziemię: kwitnącą, dostatnią i zdrową. Zanurzmy się w tej świadomości. Znajdziemy ją poza uwarunkowanym umysłem, w wewnętrznej ciszy i spokoju. W akceptacji tego, co jest. Dopiero z tego miejsca możliwe jest uzdrowienie, działania w dobrym kierunku. Z tej głębokiej obejmującej wszystko świadomości wyłania się miłość, radość, spełnienie, kreatywność. Wychodzimy z więzienia opinii, ocen, osądów, punktów widzenia, racji, dogmatów politycznych, naukowych czy religijnych. To tylko myśli, a myśli dzielą rzeczywistość, zniekształcają ją, ograniczają i stwarzają konflikty.

Świadomość poza uwarunkowanym umysłem jest uzdrowicielką podziałów. Dotrzeć do tego poziomu świadomości nie jest łatwym zadaniem, ponieważ więzi nas ewolucyjny ból. Przez bardzo długi czas nasze mózgi były trenowane w chronieniu małego ja, chełpieniu się zwycięstwami, zdobywaniu coraz większej liczby przedmiotów i tego, żeby mieć rację. Są wyćwiczone w nudzie, złości, smutku, zniecierpliwieniu, niepokoju, napięciu, niezadowoleniu. Na dzisiejszym poziomie ludzkiej ewolucji pilnie potrzebujemy przestać identyfikować się z tymi zmiennymi nastrojami. Wyzwanie, przed którym stoimy, to przekraczanie granic umysłu. Sięganie głębiej.

Gdy wyciszamy umysł, możemy poczuć życie pulsujące w ciele, w przyrodzie, w ludziach, w zdarzeniach; zapomnieć o sobie, o swoim małym ja.

Jesteśmy kimś więcej

To właśnie małe ja, uwarunkowany umysł, stwarza problemy, ma sympatie i antypatie, boi się i pragnie, dzieli świat na „ja” i „nie ja”, jest rozżalone, urażone, zawstydzone i winne, potrzebuje konfliktu, więc porównuje i zazdrości. Jest okrutne i skłonne do przemocy. Wyraża ignorancję i nieświadomość przemijającego właśnie etapu ludzkiej ewolucji. Odkrycie, że jesteśmy kimś więcej niż małym ja, otwiera drzwi więzienia. Jest w nas ktoś, kto widzi, jest świadomy myśli, odczuć, bólu, ktoś, kto wie, że umrzemy. To nasza głęboka świadomość, niemy obserwator, świadek. Przestrzeń, z której wszystko się wyłania, bezkresna inteligencja, której częścią jesteśmy. Tej świadomości nie możemy stracić.

Małe ja nie chce tego czytać ani słuchać o tym, ponieważ aby mogło istnieć, musi być w opozycji, sprzeczać się, walczyć, konfliktować. Na szczęście możemy objąć je czułą świadomością i ukoić zszargane nerwy. Dla przestrzeni świadomości w nas wszystko jest przejawem życia i ewolucji. Wszystko jest doskonałe; doskonałe w swojej niedoskonałości.

Ćwiczmy przebudzenie. Zauważajmy te bezcenne chwile obecności, gdy widzimy piękno dookoła, słyszymy bicie naszych serc i czujemy się częścią niewyobrażalnie ogromnego wszechświata. Za każdym razem, gdy patrzymy na kogoś i zamiast reagować odruchowo i osądzać, widzimy osobę o nieskończonych możliwościach – ekspresji, kreatywności, czułości – jesteśmy przebudzeni. To dzieje się w tej właśnie chwili. A potem w następnej, i w następnej.

  1. Materiał partnera

Cardblocks – tekturowa swoboda tworzenia

Klocki Cardblocks stanowią doskonałą alternatywę dla plastikowych zabawek. (Fot. Lidia Dzwolak)
Klocki Cardblocks stanowią doskonałą alternatywę dla plastikowych zabawek. (Fot. Lidia Dzwolak)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wydawałoby się, że w temacie klocków powiedziano już wszystko, że jest to temat znany wszystkim od lat i nie ma żadnych szans na innowacje. I tu zaskoczenie. Oryginalne i nietuzinkowe, a także ekologiczne, gdyż wykonane z tektury, klocki konstrukcyjne Cardblocks to jeden z produktów we wciąż rozwijającym się portfolio wydawnictwa Egmont Polska.

Są wyjątkowo lekkie, ale przy tym niezwykle wytrzymałe. Stanowią doskonałą alternatywę dla plastikowych zabawek. Łączą pokolenia – sięgają po nie zarówno dzieci, jak i dorośli. A co najbardziej cieszy to fakt, że jest to polski produkt wykonany z poszanowaniem natury, wpisujący się w modny trend eko.

Cardblocks to tekturowe klocki konstrukcyjne do samodzielnego złożenia. Największym atutem jest ich prostota. Każdy złożony już element w formie prostopadłościanu stanowi przestrzenny moduł do budowania większej całości. Jej kształt zależy wyłącznie od wyobraźni konstruktora. Może on odwzorowywać istniejący świat albo tworzyć całkiem nowy, wedle własnych wizji. Nic tylko cieszyć oczy, patrząc jak powstają zadziwiające konstrukcje.

(Fot. Lidia Dzwolak) (Fot. Lidia Dzwolak)

Specjalne łączniki pozwalają zestawiać ze sobą klocki w dowolnych kombinacjach. Rozwija to chęć do eksperymentowania z formą. Klocki konstrukcyjne Cardblocks potrafią zaangażować młodego i starszego konstruktora na wiele godzin. Pochłaniają uwagę, wymagają koncentracji i uruchomienia wyobraźni. A przy tym integrują we wspólnym tworzeniu.

Z miłości do wnuczki, z pasji do poligrafii

Twórcą idei klocków konstrukcyjnych Cardblocks jest Pan Piotr Nawracała, zawodowo zajmujący się projektowaniem nietypowych opakowań oraz przyrządów z kartonu i tektury. Inspiracją do stworzenia zabawki było pojawienie się na świecie wnuczki Pana Piotra. Niektórzy mówią „rodzi się dziecko – rodzą się dziadkowie”. I tak w wyobraźni świeżo upieczonego Dziadka Piotra pojawił się pomysł na klocki, który w konsekwencji badań nad opakowaniami z kartonu o dowolnym kształcie zaowocował powstaniem marki Cardblocks.

Geometria zaklęta w tekturze

W produkcji klocków konstrukcyjnych wykorzystywana jest tektura z papieru typu kraft. To włókna pierwotne celulozy pochodzące ze specjalnych upraw leśnych z domieszką makulatury, powstają w zamkniętym cyklu produkcji. Tektura jest lekka, co zmniejsza ciężar transportu. Posiada także niezbędne certyfikaty ekologiczności. Przy tym jest to tektura niezwykle wytrzymała. Konstrukcje można budować wielokrotnie. Elementem zużywającym się po pewnym czasie są łączniki, ale w zestawie jest ich wystarczająca liczba na wiele godzin zabawy.

„Główną zaletą Cardblocks jest konstrukcja oparta na metodzie odwróconej płaszczyzny. Dzięki niej można budować elementy o praktycznie dowolnym kształcie z płaskiego arkusza kartonu lub tektury” - mówi Piotr Nawracała, autor pomysłu klocków konstrukcyjnych Cardblocks

Jedyne granice stanowi wyłącznie wyobraźnia budującego.

O wyjątkowości klocków Cardblocks świadczy to, jak niesamowicie działają na wyobraźnię. Uczą eksperymentowania i szukania nowych rozwiązań, a także nieustannego przeobrażania w miarę potrzeb. Otwarta i elastyczna formuła rozwija inwencję twórczą. Z klocków konstrukcyjnych można budować, można je także zestawiać w ciekawe aranżacje, wreszcie można je dowolnie kolorować. Wszak są z papieru. Ogranicza nas tylko wyobraźnia.

(Fot. Lidia Dzwolak) (Fot. Lidia Dzwolak)

Oprócz dostarczenia dobrej zabawy klocki mogą mieć zastosowanie terapeutyczne.

Cardblocks z całą pewnością pobudzają umysł do pracy, podobnie jak to ma miejsce przy rozwiązywaniu zadań sudoku czy krzyżówek. Klocki angażują bez reszty, a przez to uczą koncentracji i relaksują. Są wykorzystywane są w terapii zajęciowej z osobami starszymi i niepełnosprawnymi.

„Fenomen klocków Cardblocks polega na tym, że każdy element musi zostać przez dziecko samodzielnie złożony. Dopasowywanie i łączenie części, zginanie płaskich powierzchni udoskonalają umiejętności manualne dziecka, szczególnie precyzję ruchów dłoni i palców, oraz rozwijają koordynację wzrokowo-ruchową. Proponowane zestawy do złożenia pobudzają wyobraźnię przestrzenną dziecka, wymagają zaangażowania i skupienia uwagi, co pozytywnie wpływa na rozwój koncentracji. Tektura, z której są wykonane klocki, może zostać pomalowana przez dziecko farbami, flamastrami czy kredkami, co nada konstrukcji indywidualny charakter. Zabawa z wykorzystaniem klocków CARDBLOCKS pełni funkcję edukacyjną i terapeutyczną dla dzieci w wieku szkolnym oraz starszych” - mówi Agnieszka Jaszczuk, neurologopeda, terapeuta integracji sensorycznej, pedagog specjalny.

Cardblocks to doskonała zabawa nie tylko dla dzieci!

Większość osób, które miały szansę wypróbować Cardblocks, twierdzi, że to świetna ponadpokoleniowa zabawa dla całej rodziny. Wspaniała interakcja i integracja grupy. Jedni składają klocki, inni budują, przy tym wszystkim dyskutują o tym, jak budować i co. Kilka godzin przelatuje w chwilę. Wspólne budowanie bazy dla superbohaterów, garażu dla aut, czy domku dla lalek daje ogromną satysfakcję zarówno rodzicom i dziadkom, jak i samym dzieciom. Najważniejszy jest czas spędzany z bliskimi. Cardblocks stanowią doskonałą ku temu okazję.

„Jeszcze nie było na rynku produktu, który pozwalałby na taką swobodę tworzenia i łączenia z innymi zabawkami. Baza dla ludzików? Mebelki dla lalek? A może statki kosmiczne czy imponujące budowle? Dzięki dużym rozmiarom klocków i nieograniczonej swobodzie ich łączenia możesz stworzyć, co tylko chcesz. W tekturowym pudełku zamknięto wszechświat możliwości, a ograniczeniem jest tylko wyobraźnia małych i dużych konstruktorów” - mówi Patryk Blok, miłośnik gier planszowych, tata Aleksa i Zosi

6 powodów, dla których warto poznać klocki Cardblocks

  1. Są alternatywą dla głośnych, kolorowych i plastikowych zabawek. Stymulują zmysły w naturalny, łagodny sposób. Angażują bez reszty, a przez to uczą koncentracji i relaksują.
  2. Działają na wyobraźnię, rozwijają inwencję. Pobudzają do myślenia o formach przestrzennych – od prostych brył do złożonych konstrukcji.
  3. Cardblocks są ponadpokoleniowe. Bawią i integrują. Zapewniają wspaniałą rozrywkę w gronie najbliższych.
  4. Uczą eksperymentowania i szukania rozwiązań, a także nieustannego przeobrażania w miarę potrzeb. Mają otwartą i elastyczną formułę.
  5. Są ekologiczne i wytrzymałe. Można z nich składać bryły wiele razy.
  6. Produkt polski, wykonany z poszanowaniem natury.
Najlepsze opinie wystawiają oczywiście sami użytkownicy:

Łączenie jest proste, nie wymaga siły – zdecydowanie natomiast wymaga planowania, czyli myślenia o tym co chcemy stworzyć i jak to w tym celu połączyć. I właśnie to jest w tym wszystkim najlepsze, bo to zupełnie inny system budowania, niż zwykle znają dzieci, więc główka pracuje jak bum-cyk-cyk, a przy okazji rączki pracują, więc ćwiczymy umiejętności manualne. Blog mataja.pl

W naszym domu Cardblocks już się całkiem zadomowiły. Dzieciaki tworzą z nich przeróżne konstrukcje, zmieniają, przekształcają swoje pomysły. Wiele godzin zabawy za nimi, a po klockach tego nie widać. Myślę, że przeżyją jeszcze wiele takich szalonych pomysłów. Blognawolnyczas.blogspot.com

Jednogłośnie stwierdziliśmy, że potrzebujemy przynajmniej jeszcze jednego kompletu, aby móc sprostać dziecięcej wyobraźni. Mamanatropie.pl

  1. Seks

Coaching na dobry seks - sięgnij do poziomu duchowości

To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Coach pomoże ci zmienić życie intymne. Maciej Bennewicz twierdzi, że aby udoskonalić ten obszar, trzeba sięgnąć do poziomu duchowości. Nowy wibrator nie wystarczy.

Gdzie się zaczynają nasze problemy z seksem?
Na poziomie przekonań, na przykład takich, że grzeczne dziewczynki powinny robić to a to. Jak tego nie robią, to są niegrzeczne, a takich nikt nie lubi. Podobnie rzecz się ma z miłymi chłopcami. Inne typowe przekonania: facetom chodzi tylko o jedno, a kobiety to materialistki. Co jeszcze? Kobieta musi zaspokajać męża, żeby nie szukał przyjemności poza domem i to, że o cipkach czy ptaszkach się nie rozmawia.

To są takie gotowe copywriterskie hasła, które na poziomie zwerbalizowanym działają w naszej świadomości. Najczęściej wpajają je nam rodzice, bo sami w nie wierzą. Ale przekaz nie zawsze jest tak otwarty. Kiedy babcia skarży się: „dziadek mnie zbałamucił”, prawdziwy przekaz brzmi: „seks to nic dobrego, mężczyzna musi nakłonić cię do niego podstępem”.

Coach pracuje więc trochę jak psychoterapeuta: szuka przyczyn postaw i przekonań?
Psychologia zajmuje się badaniem, co spowodowało, że jesteś, jaka jesteś, a twój partner jest taki czy inny. Bazuje na dawnych wydarzeniach, analizuje. I na przykład buduje czarno-biały obraz  dobrej i złej dziewczynki, zakazanych pragnień seksualnych i pragnień dopuszczalnych. Jest to obraz wewnętrznie sprzeczny, napięty. Coaching uważa ten podział za sztuczny i nieużyteczny. Operuje zupełnie innym konceptem, mówi: „Zobacz, to są tylko wzorce, mapy. One są jedynie opisem pewnego kontekstu”.

Czyli?
Poglądy są pewnym zestawem pojęć, które w toku wychowania przyjmujemy za absolutną prawdę. Ale otrzymany w domu zestaw założeń, lęków i ograniczeń na temat seksu jest tylko jednym z wielu obrazów rzeczywistości. Warto go zmieniać, kształtować, poddawać obróbce – bo to jest dla nas użyteczne. I może się okazać, że trzeba zmienić koncepcję własnej płci czy komunikacji, by lepiej realizować swoje potrzeby. Możemy więc zapytać siebie: „Czy to, co myślę o danym zachowaniu seksualnym, pozwala mi się czuć tak, jakbym chciała? Czy przybliża mnie choć o krok do szczęścia? Czy raczej hamuje i ogranicza? Zasmuca, odbiera nadzieję? W jaki sposób mogę udane życie seksualne pogodzić z rolą żony i matki? Jak to urealnić?”.

A więc to, czego uczyli nas mama i tata, nie jest prawdą?
Im więcej podróżujemy, poznając inne kultury, miejsca i podejścia, tym częściej dochodzimy do wniosku, że świat jest bardziej zróżnicowany, niż nam się wydawało. I że jest więcej rozwiązań niż zestaw przykazań, obowiązków i wzorców, który odziedziczyliśmy po przodkach. Dlatego, jeśli coś nie jest użyteczne, warto to zmienić.

Miałem kiedyś w coachingu relacji parę po 30. Ona z małej podwarszawskiej miejscowości, siedmioro rodzeństwa, rodzina rolniczo-rzemieślnicza. Nigdy nie widziała rodziców nago. Najbardziej nagie były nogi, myte po całym dniu pracy. Jest świetnie wykształcona, pracuje w korporacji. On to jedynak, syn dwojga trenerów – siatkarki i koszykarza. Od maleńkości mył się pod prysznicem z całą kadrą siatkarek lub koszykarzy. Nie pamięta czegoś takiego jak dom, bo ciągle był z rodzicami na spartakiadach. Jego rodzina to kilkadziesiąt osób, był maskotką obu drużyn, przytulany i hołubiony przez wszystkich. Dla niego nagość jest całkowicie naturalna, wobec obu płci. Pracuje w tej samej korporacji, co ona. Są razem. Tylko że ona wieczorem zakłada koszulę, zaciąga żaluzje i może się kochać tylko pod kołdrą, a już kilka miesięcy po ślubie chce dziecka, bo to przecież naturalna kolej rzeczy. Współżycie dla niej to okazja do wywiązania się z obowiązku macierzyństwa, i to do 12 miesięcy po ślubie, inaczej cała wieś będzie się dopytywać, co jest nie tak. Dla niego to czysta abstrakcja! On tęskni do widoku jej ciała, chce seksu nieskrępowanego, jak sport. Walczą więc ze sobą i ranią się nawzajem, bo obojgu się wydaje, że to ich świat jest słuszny i prawdziwy.

Rozumiem, że żyjąc w tak różnych światach, nie mają szans na porozumienie w sypialni?
Nie będą w stanie naprawdę się spotkać dopóty, dopóki nie zrozumieją, że różnią się ich mapy pojęciowe, które ukształtowały ich wzorce seksu, małżeństwa i rodzicielstwa. Tak długo, jak tego nie zobaczą, będą zakładać, że to, co się nie układa, to zła wola jego lub jej – a o przyjemności w łóżku będą mogli zapomnieć.

Przeczuwam tu przesłanie, by zmieniać siebie, a nie świat zewnętrzny…
Ważny jest element odpowiedzialności, czyli stwierdzenie: „To ja odpowiadam za stan, w jakim jest moje życie erotyczne. Jeśli nie zmienię siebie, to nic się tak naprawdę nie zmieni – nawet, jeśli będę zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiam seks”. W coachingu istnieje taki koncept, że człowiek funkcjonuje na kilku poziomach. Jest jak góra lodowa: nad powierzchnią wody znajduje się jej czubek, czyli poziomy płytkie: najbardziej podstawowy poziom środowiska, potem poziom zachowań i poziom umiejętności. Pod powierzchnią są z kolei głębokie poziomy: przekonań i wartości, tożsamości i najbardziej głęboki – duchowości, zwany też poziomem misji. Większość zmian, na które wpadamy, to zmiany płytkie, adresowane do powierzchownych poziomów. Kupno nowego wibratora, seks w hotelu, zapalenie świec – to zmiany na poziomie środowiska. Opanowanie pieszczot oralnych – na poziomie umiejętności. Żadna z tych zmian nie przebudowuje fundamentalnych, głębiej położonych struktur.

Takie zmiany nic nie dają?
Czasem pomagają. Na przykład partner nie wiedział, że kiedy krzyczy, budzi w partnerce lęk. Potrzebuje więc po prostu zmienić swoje zachowanie. Przejawiać więcej czułości, kupować kwiaty i nie podnosić głosu, a ona zacznie być znacznie bardziej receptywna. Czasem prosta zmiana może coś odmienić – jeśli kłopot polega na tym, że ludzie np. kochają się w stresie, bo za ścianą śpią teściowie. Ale zwykle problem leży dużo głębiej. Jeśli „pod powierzchnią wody”, w tym nieuświadamianym obszarze, dzieje się coś, co dyktuje, że seks jest zły, to zdeterminuje to, co mamy „nad powierzchnią wody”.

I seks nie będzie dawał frajdy?
Przekonania i wartości zasilają głębsze poziomy pomysłami czy umiejętnościami, ale też stanowią coś w rodzaju membrany, która przepuszcza lub nie. Przykładowo myślisz o czymś: „to trudne”. Niby maleńkie dwa słowa – a jaka magia, jaki silny bodziec dla umysłu! I już nie potrafisz zbudować szczęścia, bo to przekonanie podpowiada: „to trudne”. Bo trudno być czułym. Bo trudno mieć orgazm. Trudno jest dogodzić kobiecie. Trudno jest w moim wieku, z moją budową… Nie ma przepływu ku górze, bo przekonania nie puszczają. Możesz mieć na poziomie tożsamości zapisane: „mężczyźni są OK” lub „warto się komunikować, warto być czułym i eksperymentować”, lecz z poziomu przekonań i wartości zaraz idzie komunikat: „ale w moim wieku, z moją nadwagą, z moją urodą, z moimi biodrami – to trudne” i nie przepuszcza do innych poziomów.

I klops, bo już wiem: będę wyglądała głupio w peniuarze...
Właśnie! I on na pewno cię wyśmieje albo na pewno wam nie wyjdzie. I jeśli na poziomie tożsamości masz zapisane: „katoliczki tak się nie zachowują” czy „jestem grzeczną dziewczynką”, to te dwa przekazy nakładają się, wzajemnie wzmacniając. Mężczyzna, który ma na poziomie wartości i przekonań takie hasła jak: „o seksie nie ma co rozmawiać” i „rzeczy są proste”, a na poziomie misji wzór: „moim zadaniem jest dbać o rodzinę i być kimś, kto stwarza bezpieczeństwo”, może nie widzieć problemu w zdradzie małżeńskiej. Bo przecież przynosi pieniądze, a skoro ona „tego” nie lubi – jak przypuszcza, bo przecież jej nie spyta – to chyba może szukać zaspokojenia z kimś innym?

No dobrze, ale co zrobić, by seks był lepszy?
Pracować z tym, co „pod powierzchnią wody”. Wiemy z wielu badań, że istnieje coś, co nazywamy „sponsoringiem zmiany życiowej”. To jest podstawa wszelkiej metamorfozy. Dzięki niej ludzie nie tylko rzucają palenie, ale też zaczynają zupełnie zmieniać swoje życie. Paradoksalne jest to, że cała nasza kultura zbudowana jest w oparciu o pierwsze trzy powierzchowne poziomy, czyli tę płytką część.

Dlaczego impuls musi płynąć z głębszych warstw?
Tym, co „nad powierzchnią”, rządzi motywacja zewnętrzna, czyli słaba. Motywacja wewnętrzna, czyli pragnienie prawdziwej zmiany, jest „pod powierzchnią”. Zmiana się uda, jeśli dotrzemy na poziom tożsamości, przekonań i wartości, może nawet misji. Kobieta musi zmienić swoją tożsamość kobiety, by móc w pełni i bez poczucia winy czerpać rozkosz. Mężczyzna musi zmienić swoją tożsamość mężczyzny, by móc się w pełni otworzyć na kobietę. Inaczej nowy wibrator nic nie pomoże. Bo on nie koresponduje z naszymi przekonaniami i wartościami. Jeśli dokonamy zmiany głębiej, wibrator w ogóle nie będzie potrzebny – choć może się pojawić, czemu nie…

Maciej Bennewicz, coach, pisarz, menedżer, trener biznesowy, socjolog, bloger, autor licznych artykułów prasowych i książek, podróżnik.