1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Współczucie dla siebie - ćwiczenie

Współczucie dla siebie - ćwiczenie

123rf
123rf
Uczucia, które mamy dla siebie i umiemy się z nimi skontaktować, czynią nasze życie bardziej sensownym i dobrym. Jak w pośpiechu dnia codziennego zrobić coś pięknego wyłącznie dla siebie?

Kiedy spotyka nas jakaś trudność, przykrość lub dosyć mamy życia w pośpiechu i stresie, uzdrowić nas może nawyk okazywania sobie współczucia. Pamiętasz, jak byłaś mała i stłukłaś sobie kolano lub dostałaś złą ocenę, a babcia lub mama pocieszyły cię przytuleniem. Albo ktoś ci powiedział - wszystko dobrze, to minie, niezależnie od wszystkiego, jesteś wspaniała, kocham cię. Możesz sama podarować sobie taki prezent. Bez takich chwil narażeni jesteśmy na negatywne skutki stresu, takie jak depresja czy lęki. Lepiej im zapobiegać, na przykład prostym ćwiczeniem współczucia dla siebie. Ono zmieni nasze położenie o 180 stopni. Z bólu czy lęku przeniesie nas do strefy miłości, gdzie panuje pełne poczucie bezpieczeństwa i akceptacji życia. Tam nie ma oczekiwań i osądzania. Tam jesteś, jaka jesteś.

1. Zapewnij sobie kilka chwil w samotności i w spokoju. Usiądź wygodnie i połóż swoją prawą dłoń na sercu. 2. Weź kilka głębokich oddechów, czując jak unosi się twoja klatka piersiowa. 3. Poczuj jak bije twoje serce. 4. Poczuj połączenie z nim. Pozwól sobie na wzruszenie. Pozostań ze swym sercem, dopóki nie odczujesz spokoju.

Ćwiczenie pochodzi z książki Elisha Goldstaina, The Now Effect: How a Mindful Moment Can Change the Rest of Your Life

Możesz obudzić swoje serce - wywiad z Tomem de Winterem - TUTAJ

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czułość - papierek lakmusowy miłości

Pełnię czułości otrzymujemy wtedy, gdy ktoś często przy nas jest i obdarza nas szczerą sympatią, wyrażaną zarówno słowami, jak i fizycznie. (Fot. iStock)
Pełnię czułości otrzymujemy wtedy, gdy ktoś często przy nas jest i obdarza nas szczerą sympatią, wyrażaną zarówno słowami, jak i fizycznie. (Fot. iStock)
Słowo czułość ma wiele wspólnego z uczuciem. Odnosi się do bliskości na poziomie fizycznym, jak i emocjonalnym. Na tym pierwszym obejmuje całą gamę dotyków - od zwykłego uścisku aż do zbliżenia intymnego. Oznacza także życzliwość, delikatność, troskliwość, wesołość, a nawet romantyczne gesty.

Wypływa ze szczerej sympatii do kogoś. Czuły dotyk lub uścisk kogoś, kto nas naprawdę kocha, przenika przez nasze ciało i raduje duszę. Wszystkie nasze lęki, nieważne jak głębokie, mogą być wymazane przez jedną chwilę czułości. Dlaczego zatem często zdarza się, że pryska ona z naszego życia jak bańka mydlana? Dlaczego przestajemy się dotykać, przytulać, całować? Mało między nami miękkich gestów i ciepłych spojrzeń? Mówimy o partnerze: „Wiem, że on potrafi być czuły i bliski, przecież taki właśnie był na początku”. Same też jakby zamarzamy, nie obdarzając hojnie czułością jak na początku związku. Dlaczego?

Bo w fazie zakochania na skutek działania hormonów, jesteśmy w stanie zawiesić nasz lęk przed bliskością. To natura tak zaprojektowała romans, żeby ludzie łączyli się w pary i wydawali na świat potomstwo. Napięcie seksualne, któremu towarzyszą czułe gesty, jest wówczas bardzo wysokie. Do czasu, kiedy zadurzenie mija i czujemy się boleśnie rozczarowani, bo wracamy do swoich lęków, które odgradzają nas od drugiego człowieka. Blisko niego możemy przecież poczuć się odrzuceni, zranieni, zdradzeni, dlatego się oddalamy. Jednak tak wcale nie musi być. Zakochanie rozkwita pragnieniem a miłość wolą.

Miłość ma w sobie niezliczone możliwości. Na zawsze pozostanie tajemnicą, obdarzającą nas zarówno uniesieniami, jak i cierpieniem. Jest w nas jednak coś tak odważnego, co pozwala nam odbyć podróż w jej labiryncie, niezależnie od tego, jak ryzykowna może się ona okazać.

Według dr Davida Richo, terapeuty do spraw rodzinnych i małżeńskich, który łączy poglądy Junga, psychologii transpersonalnej oraz duchowości, czułość jest jednym z pięciu aspektów miłości. Każdy z nas inaczej doświadcza miłości, ale większość z nas jest zgodna co do tego, że czujemy się kochani, kiedy ktoś obdarza nas uwagą, akceptacją, uznaniem, czułością i kiedy uwzględnia naszą wolność, aby żyć zgodnie z indywidualnymi potrzebami i pragnieniami. Tych pięć aspektów miłości towarzyszy nam przez całe życie pod różnymi postaciami. Są one darowane nam w dzieciństwie, a następnie obdarowujemy nimi bliskich.

Dawanie i przyjmowanie miłości to nasza główna potrzeba. Uczymy się tego, co oznacza miłość, kiedy pierwszy raz ją czujemy. Jest ona wtedy wpisywana w każdą komórkę naszego ciała, a kolejna miłość, która odwiedzi nas w przyszłości, może być tylko powtórzeniem tego pierwotnego doświadczenia. Sposób, w jaki byliśmy kochani jest tym, czego poszukujemy w dorosłym życiu. Większość z nas doświadczyła w dzieciństwie mieszanki miłości i odrzucenia, zaspokojenia i tęsknoty, akceptacji i negacji. Dobrze zdawać sobie sprawę jakie wydarzenia z przeszłości wpływają na nasze zachowania teraz w intymnych kontaktach z partnerem.

Przeciwieństwem czułości jest porzucenie i dystansowanie się. Pełnię czułości otrzymujemy wtedy, kiedy ktoś często przy nas jest i obdarza nas szczerą sympatią, wyrażaną zarówno słowami, jak i fizycznie. Bo wszyscy odczuwamy potrzebę bycia przytulanymi, bez względu na wiek. Zawsze szukamy ukojenia tego, co być może było błędne lub nieobecne w naszym wcześniejszym życiu. Kiedy ktoś nas kocha, troszczy się o nas i szanuje. Ciało takiej osoby staje się źródłem naprawy tego, co zostało zlekceważone w naszej przeszłości. Oto kilka cech intymnego momentu: ciepło, bliskość fizyczna, dotyk pełen szacunku, kontakt wzrokowy, bezwarunkowa obecność nieposiadająca ukrytych celów, wrażliwość, otwartość, szczerość, uczucie relaksu, radość, wolność od napięć lub wymagań, pełna dostępność, przebywanie razem bez zmuszania się do tego, bez planowania, niezwracanie uwagi na czas i plan zajęć, poczucie że ktoś chce być właśnie tutaj i nigdzie indziej. Wszystko w takiej chwili jest „nieoficjalne”. Jedną z form czułości jest także współczucie, kiedy umiemy odpowiedzieć miłością na czyjeś cierpienie. Jesteśmy gotowi do przeżycia go razem z partnerem. Empatia to znak miłości, okazywana jako troskliwość i ciepło. Kochamy mężczyznę takim, jaki on jest i same czujemy się w pełni przez niego akceptowane.

Nasze zranienia z dzieciństwa, kiedy brakowało nam czułości rodziców, powodują że rządzi nami lęk, że ktoś obdarzy nas bliskością a potem ją zabierze. Chcemy być pewne, że partner jest godny naszego zaufania, a to zawsze jest spekulacją. Jednak jeśli tylko uda nam się wyjść poza hamujący nas strach i otworzyć się na dotyk, uścisk pełen troski, przyciśnięcie do piersi lub wzajemne objęcie się ramionami, poczujemy się kochane. Niezależnie od tego z jakim bagażem emocjonalnym wyniesionym z dzieciństwa idziemy przez życie, możemy doświadczyć spełnienia w miłości. Potrzeba nam jednak uświadomić sobie jakie przeżycia z przeszłości wpływają na naszą teraźniejszość, by już ich nie powtarzać. Gdy to zrobimy, możemy wreszcie doświadczyć czułości. Wystarczy tylko nauczyć się jak o nią poprosić. Partner nie umie czytać w naszych myślach, same musimy mu powiedzieć co dla nas oznacza miłość i jakiej jej formy pragniemy. Same też powinniśmy się nauczyć jak go kochać. Bo miłość nie jest uczuciem sentymentalnym, lecz świadomym wyborem dawania i brania na wiele wyjątkowych sposobów.

Ćwiczenie:

Przywołaj wspomnienia dotyczące uczucia miłości, jakiej doświadczyłaś ze strony rodziców i zauważ wszystkie powiązania ze swoimi „dorosłymi” związkami. Następnie odpowiedz na następujące pytania (możesz zrobić to w formie pisemnej).
  • Czym jest dla mnie miłość?
  • Kim była pierwsza osoba w moim życiu, która sprawiła że poczułam się kochana?
  • Kto sprawia, że czuję się kochana?
  • Czy odpowiednio mu za to podziękowałam?
  • Czy jestem w stanie wytłumaczyć mojemu partnerowi czym jest dla mnie miłość?
  • Czy również on jest w stanie to zrobić?
  • Co zrobię z tą informacją?
  • Jakich cech intymności doświadczam w swoim związku?
  • Czego tam brakuje?
  • Kiedy momenty bliskości zdarzają się mnie, a kiedy mojemu partnerowi?
Podziel się tym, co odkryłaś, z partnerem. Zapytaj go czym dla niego jest czułość. Podczas rozmowy nie osądzajcie się ani nie krytykujcie.

  1. Psychologia

W jaki sposób pielęgnować miłość?

Poprzez ciepłe, serdeczne gesty potwierdzamy: widzę cię, jesteś mi bliski, jesteśmy razem. (Fot. iStock)
Poprzez ciepłe, serdeczne gesty potwierdzamy: widzę cię, jesteś mi bliski, jesteśmy razem. (Fot. iStock)
- Jesteśmy dla siebie najważniejsi, ważniejsi niż wszystkie konflikty, niż wszystko, co robimy i tworzymy. Z tego wyłania się wartość sama w sobie – wartość naszej więzi. Pielęgnujmy ją najlepiej jak umiemy – mówi Benedykt Peczko, psychoterapeuta.

W jaki sposób chcą być kochane kobiety? A w jaki mężczyźni? Sue Johnson w książce „Przytul mnie” pisze, że pod tym względem nie różnimy się: wszyscy pragniemy bezpiecznych więzi, karmiącego związku pełnego troski, ochrony, wsparcia, otwartości, dostrojenia. Kobiety z całą pewnością pragną czuć się pewnie i bezpiecznie w relacji. Potrzebujemy być widziane, słyszane, rozumiane, kochane całym sercem.
Tego samego pragną mężczyźni. Chcą być kochani. Pragną, aby kobiety dawały wyraz swoim uczuciom poprzez dotyk, pogłaskanie, pocałowanie, słowa wsparcia, zachęty i otuchy. Przyjęło się uważać, że w ten sposób zachowujemy się w stosunku do dzieci. Kontakt fizyczny, bliskość niekoniecznie o charakterze erotycznym, jest czymś, dzięki czemu przetrwaliśmy jako gatunek. Poprzez ciepłe, serdeczne gesty potwierdzamy: widzę cię, jesteś mi bliski, jesteśmy razem. To w żadnym wypadku nie jest dziecinne. Dzieci potrzebują bliskości, akceptacji, przyjęcia, aby mogły się rozwijać. My, dorośli, zakładamy maski chłodu i obojętności, ale to nie znaczy, że nie potrzebujemy bliskości. Miłość, troska to są warunki przetrwania.

Jest takie zalecenie w tantrze: gdy czujecie się od siebie oddaleni, przytulcie się mocno, to znak, że trzymacie się waszej miłości.
Codzienny dotyk, czułość są podstawą bezpiecznego związku. Mężczyźni, z którymi rozmawiam, często są sfrustrowani tym, że ich partnerki bardzo dużo wymagają, jednak nie doceniają osiągnięć, wysiłków, starań. Bez ciepłych uczuć relacja oparta jest na obowiązkach podejmowanych siłą woli. Nie ma przepływu miłości, przyjęcia z głębi serca. W takich związkach już nawet nie martwimy się o siebie, pozostaje chłód, wymagania, żal i pretensje. Jeśli bliska osoba martwi się o mnie, wysyła komunikat: jesteś dla mnie ważny. Możemy to lekceważyć: „Nie ma się o co martwić”, jednak odbieramy ten przekaz: jest ktoś, kto o mnie myśli, komu na mnie zależy. Dotyk, pogłaskanie, pocałunek mówią to samo: czuję cię, jesteś mi bliski.

Jesteśmy w sposób naturalny wyposażeni w potrzebę bezpiecznych więzi. Kiedy mężczyzna czuje się bezpiecznie w relacji?
Wtedy, gdy czuje się akceptowany, kochany, słyszy słowa uznania, docenienia, wsparcia i troski. Znam mężczyznę, który buduje modele żaglowców. Jego partnerka nie podziela tej pasji, jednak widzi, że żaglowce go relaksują. Wie, że to jego niespełnione marzenie z dzieciństwa. Biorą pod uwagę pasję mężczyzny przy planowaniu urlopu, weekendów. Poczucie bezpieczeństwa tego mężczyzny radykalnie wzrasta, gdy bliska kobieta wspiera go, także w tej specyficznej aktywności. Co jest istotą? Pełne, otwarte przyjęcie bliskiej osoby. Bezpieczeństwo wiąże się z zaufaniem, pewnością. Jeśli ufamy sobie nawzajem, wtedy jest przepływ, rezonans. Czemu ufam? Najgłębszym intencjom bliskiej osoby w stosunku do mnie, ufam jej miłości. Te uczucia płyną naturalnie. Mogą, oczywiście, pojawić się ciemne chmury, burze i błyskawice, jak to w naturze. Jednak burza nie oznacza końca świata. Rozładowują się pewne napięcia elektryczne, za chwilę wzejdzie słońce, będzie widno i ciepło.

W końcu nigdy nie jest burzowo cały czas.
To daje głębokie poczucie spokoju, pewności i bezpieczeństwa właśnie. Burze nie są zagrożeniem, są elementem naszego świata. Przeszliśmy niejedną burzę, i to dodatkowo nas zbliża. Świadomość, że mimo różnych burz ona nadal chce być ze mną, wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. To znaczy, że jestem ważny. Że jesteśmy dla siebie najważniejsi; ważniejsi niż wszystkie burze, niż wszystko, co robimy i tworzymy. Z tego wyłania się wartość sama w sobie – wartość naszej więzi.

W jaki sposób o pragnieniu bezpieczeństwa mówią kobiety w gabinecie psychoterapeuty?
Kobiety potrzebują jeszcze więcej opiekuńczości niż mężczyźni. Opiekuńczość jest dla nich wyrazem i potwierdzeniem uczuć mężczyzny. Zaczyna się od wicia gniazda. Kobiety rodzą dzieci, więc potrzebują wiedzieć, że partner zadba o dom, środki na życie, a gdy dzieci podrosną, pomyśli o wyborze przedszkola i szkoły. Pragną pytań o potrzeby. Czego potrzebujesz? Co sprawiłoby ci radość? Jak chciałabyś spędzić najbliższy weekend, święta? Pragną zainteresowania ich sprawami, problemami. Gdy na przykład kobieta jest na urlopie wychowawczym, pragnie, aby mężczyzna okazał swoją miłość poprzez wysłuchanie, jak jej minął dzień, jak się czuje. Żeby zatroszczył się, czy nie potrzebuje przerwy od dzieci, od codziennych obowiązków. Żeby zorganizował życie rodziny w ten sposób, aby kobieta miała czas i przestrzeń tylko dla siebie. Kobiety lubią mieć poczucie, że mogą polegać na mężczyźnie, że on dotrzyma słowa, spełni to, na co się wspólnie umówili. Mężczyzna uważny na potrzeby kobiety kontempluje jej osobę i ich związek. Dla kobiety taki mężczyzna to marzenie. Natomiast najbardziej niepokojąca, frustrująca i bolesna dla kobiet jest nieobecność emocjonalna mężczyzny. Może być obok, poświęcać czas, jednak jest rozproszony, nieobecny, gdzieś odpływa. Brakuje zatrzymania się w tym momencie, bycia naprawdę razem.

Jest takie słynne powiedzenie Eriki Jong: „Tylko miłość warta jest peanów. To dlatego ludzie zachowują się wobec niej tak cynicznie. Warto za nią walczyć, popisywać się odwagą, ryzykować dla niej wszystko. A problem w tym, że jeśli nie zaryzykujesz wszystkiego, ryzykujesz jeszcze więcej”. Miłość jest naszą duchową ewolucją. Co może być ważniejszego?
Ten rodzaj głębokiej intymności związanej z otwartością na siebie nawzajem jako na istoty ludzkie może być jeszcze bardziej wymagający niż seks. Zatrzymujemy się. Jesteśmy na siebie całkowicie otwarci nawet wtedy, gdy chwilowo się nie rozumiemy. Jesteśmy tu ze wszystkim, co jest. Nie uciekamy w pracę, w karierę, w obowiązki domowe, w kłótnie. Jesteśmy świadomi i uważni na to, co dzieje się w naszej relacji, na uczucia, które się pojawiają, i na świat jednocześnie. Gdy razem w tym uczestniczymy, doświadczamy głębokiej intymności. To chwila doskonała.

Co może być zagrożeniem dla takiej intymności?
Rywalizacja. O dzieci, pozycję, wpływy, władzę. Wtedy znika otwartość, znika bliska osoba. Jest cel do osiągnięcia.

Cel? W relacji?
Celem może być moja pozycja, prestiż, poczucie siły, dominacji. Gdy słyszę o „sukcesie wychowawczym”, o „sukcesie w seksie”, to, oczywiście, rozumiem, o co chodzi, jednak słowo „sukces” jest tu całkowicie obce. Te sfery życia były opisywane inaczej, nie w tych kategoriach. „Sukces miłosny” to sprzeczność sama w sobie. Sukces jest wynikiem starań, dążeń, wysiłku, nakładów. To, co może wymagać wysiłku, determinacji, to pokonanie pewnych zahamowań, blokad. Miłość jako taka nie potrzebuje sukcesu. Ona już jest, to stan naturalny. Głęboki, potężny nurt.

Moja przyjaciółka mawia, że nic tak nie uspokaja jej partnera jak parująca zupa, którą mu podaje, gdy on wraca z pracy.
Taka zupa to nie tylko karmienie biochemiczne. To coś więcej, troska, miłość. Bezpieczeństwo rodzi się z małych, drobnych rzeczy, działań, gestów, czynności. Mężczyzna, który czyści buty i przynosi kwiaty, przyczynia się do poczucia bezpieczeństwa kobiety w ich relacji. Potrzebujemy dostrzegać te gesty i doceniać je. Bardzo łatwo na co dzień przyzwyczaić się do nich. One znikają z pola widzenia, jakby ich nie było. Kiedy je dostrzegamy, wzbudzamy w sobie wdzięczność. Z wdzięcznością wzrasta poczucie bezpieczeństwa, poprawia się stan zdrowia. Przeżywanie wdzięczności chroni serce, wpływa na metabolizm. Znosi napięcie; jest „reakcją relaksacyjną”, jak to określił amerykański lekarz Herbert Benson. To antidotum na stres, na toksyczne wpływy środowiska, w którym żyjemy. Gdy te proste, małe gesty i działania zaczynają płynąć, mamy przepływ – miłości, troski i wsparcia. Ważne tylko, by miłość płynęła w obie strony.

Poczucie bezpieczeństwa w relacji mocno nadużywa zdrada.
Intymna więź poradzi sobie nawet z tym. Chwilowy brak poczucia bezpieczeństwa może być pomocny, bo sygnalizuje, że w naszej relacji czegoś zabrakło, skoro taki epizod miał miejsce. Otwieramy się na to, co się wydarzyło, także na ból, zranienie, wściekłość. Otwartość w bliskiej relacji w sytuacji, gdy przechodzimy przez tak trudne doświadczenie, może w efekcie wzmocnić poczucie bezpieczeństwa. Ważna jest lojalność. Jeśli zdrada spowoduje rozstanie, to para, która wcześniej doświadczyła tej jakości w związku, o której mówimy, pożegna się z szacunkiem i troską o siebie nawzajem. I to będzie lojalność. Poczucie bezpieczeństwa w takiej sytuacji może być znacznie większe niż wtedy, gdy związek jest utrzymywany na siłę, gdy mają miejsce zdrady, związki równoległe. Wszyscy o tym wiedzą, ale się o tym nie mówi. W takiej atmosferze można się pochorować. Czytałem ostatnio o takich badaniach. Okazuje się, że długo utrzymywana toksyczna relacja osłabia system immunologiczny do tego stopnia, że jesteśmy narażeni na najpoważniejsze choroby.

Maria Czubaszek mawiała, że „gdy jest wielka miłość, to nawet małżeństwo nie zaszkodzi”. A co dopiero zdrada.
Poczucie humoru to wspaniały doradca. Jeśli pozwalamy sobie na humor w relacji, to znaczy, że czujemy się bezpiecznie. Nie mówimy tu o humorze, który jest napastliwy, atakujący, skierowany przeciwko komukolwiek. Uzdrawiający humor to taki, któremu towarzyszy szacunek, który jest wyrazem umiejętności wspólnego bawienia się, luzu. Taki humor pozwala przekraczać bariery i sztywne schematy funkcjonowania w relacji.

Przyjaciel opowiadał mi, że gdy jego żona rozwścieczona czymś posyłała mu wiązankę niecenzurowanych epitetów, on uklęknął przed nią, potem się pokłonił, dotykając czołem podłogi, następnie jej nogę położył na swojej głowie i mamrotał: „Dziękuję za pouczenie i proszę o więcej!”. Dopiero wtedy się roześmiała.
Terapeuci chętnie wykorzystują humor. Jedna z kłócących się par dostała taką pracę domową: gdy zauważą, że zaczynają się kłócić, ona wchodzi do wanny, a on siada na sedesie i kłócą się dalej. Okazało się, że to najskuteczniejszy sposób, by przestać się kłócić, a zacząć się śmiać. Humor rozluźnia atmosferę, dystansuje od zmartwień i poczucia zagrożenia. To jest element dziecięcej ciekawości i zabawy. Możemy bawić się naszymi pasjami, wspólnymi podróżami. Praca może być zabawą. Życie może być zabawą. Dziecko w nas nigdy nie przestaje istnieć. To, co dziecięce, może być również dorosłe, bo jest po prostu naturalne, organiczne.

Benedykt Peczko, psycholog, trener NLP, akredytowany coach i superwizor Izby Coachingu i psychoterapeuta. Założyciel i dyrektor Polskiego Instytutu NLP. 

  1. Psychologia

Czułość i dotyk - remedium na wszystko, co złe

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
To najważniejszy i najbardziej prawdziwy kontakt między dwojgiem ludzi. Za jego pomocą można przekazać to, co trudno wyrazić słowami. Bez niego nie sposób prawdziwie komunikować się ze światem. Dotyk to najbardziej naturalna forma wyrażania uczuć i autentyczny język miłości. 

Czułość – taka prawdziwa – rodzi się w brzuchu. Z dna miednicy czerpie swoją moc. Łagodnie podchodzi w okolice serca, które zasila ją spokojną miłością. Delikatnie wibruje w gardle, jakby pragnęła wyrazić się w słowach. Ale czujesz, że słowa to za mało. Czasami wyciska z oczu łzy – łzy wzruszenia. Innym razem delikatnie kołysze twoim ciałem, zamienia się w dreszcz ekscytacji. Ciepło, cieplej… tak, już prawie, ale to jeszcze nie to. Zastygasz w oczekiwaniu i czujesz ją coraz mocniej. Cofa się do klatki piersiowej, muska serce, wypełnia ramiona i wreszcie dociera do rąk. Ciepło i moc rozpływają się w twoich dłoniach, aż po czubki palców. Prostujesz plecy, otwierasz klatkę piersiową, przyspieszasz oddech i wyciągasz ręce. Tak, to właśnie to! Językiem czułości jest dotyk – mowa dłoni.

Od pierwszego dotknięcia

Kiedy przychodzimy na świat, zanim złapiemy pierwszy samodzielny oddech, zanim przetną nić pępowiny – na skórze czujemy pierwszy dotyk. Zwykle są to ręce położnej albo lekarza. Ten dotyk „przejścia” – z zacisza bezpiecznej macicy do nieznanego świata – rzadko jest czuły. Raczej zdecydowany, nieco szorstki, czasami pospieszny, pełen napięcia. Twoje ciało rozpozna go w przyszłości ilekroć ktoś, dla kogo jesteś jedynie jednym z wielu: pracownikiem, człowiekiem spotkanym przypadkowo na ulicy czy daleką znajomą, na powitanie poda ci rękę, potrząśnie za ramię, poklepie. Taki dotyk zawsze wzbudza chęć zamknięcia się, wycofania, czasami protestu czy agresji. Twoje ciało doskonale go pamięta z pierwszych chwil przejścia z bezpiecznego „tam” do „tutaj”, które wydarzyło się bez twojej woli, jak wiele innych spraw w życiu.

Z rąk lekarza trafiasz w czułe objęcia matki, na jej obolały, ale przyjmujący cię z miłością brzuch. Czujesz kojące bicie jej serca, doskonale to znasz, towarzyszyło ci przez ostatnie dziewięć miesięcy. To uczucie będzie powracało wiele razy w przyszłości, ilekroć z ufnością wtulisz się w bezpieczne ramiona kogoś, kto deklaruje, że jest gotowy przyjąć cię ze wszystkim, co dla ciebie zbyt trudne, zbyt przerażające, zbyt bolesne. Bicie jego serca cofa cię do wspomnień z pierwszych chwil tuż po przyjściu na świat. Może być kojące, dające poczucie bezpieczeństwa albo przestraszone, odrzucające, podobnie jak wtedy. Ilekroć przytulając się, przywierasz do brzucha drugiej osoby, za każdym razem tęsknisz za szczerym i radosnym przyjęciem. Z tej tęsknoty zrodzone jest pragnienie dotyku.

Tęsknota za dotykiem

Dotyk to najważniejsze ze wszystkich luster. Jeden dotyk może powiedzieć o człowieku bardzo wiele. Za pomocą jednego gestu możesz rozpocząć jasną i otwartą komunikację z drugą osobą i przekazać jej to, co trudno wyrazić słowami. Kiedy kogoś dotykasz i czujesz jego ciało, jest to również moment, w którym on sam siebie czuje – czytamy w „Świadomej spontaniczności” Ruthy Alon. Dotyk pozwala doświadczyć w pełni prawdziwego siebie. Dzięki niemu czujesz, że jesteś odrębną indywidualnością. W autentycznym dotyku możesz zjednoczyć swoją głowę, serce i ciało. On określa istnienie fizyczne i emocjonalne. W wielu sytuacjach intuicyjnie dotykamy samych siebie i naszych bliższych, np. kiedy coś nas boli albo pragniemy okazać wsparcie czy sympatię. Dotyk pomaga złagodzić lęk i depresję. Jest najlepszym sposobem na rozładowanie nagromadzonego napięcia.

Większość z nas odczuwa tęsknotę za dotykiem, ale i lęk przed nim, bo dotyk to najważniejszy i najbardziej prawdziwy kontakt pomiędzy dwojgiem ludzi. Jeśli w dzieciństwie byłaś dotykana jedynie w określonym celu, np. w trakcie karmienia czy przy zmianie pieluchy, nie czujesz w pełni swojego ciała, nie czujesz się w nim jak w bezpiecznym domu, tęsknisz za czymś, czego nigdy nie dane ci było doświadczyć. Jeśli twoje ciało pamięta dotyk głównie jako zranienie czy odrzucenie, nie jesteś w stanie przyjąć ani ofiarować miłości, czułości i akceptacji. Zdarza się, że twoja skóra jako podstawowy narząd czucia i kontaktu ze światem – choruje (alergie, nadwrażliwość, zaburzone czucie temperatury). Może nawet składasz deklaracje o miłości, przyjaźni, ale one są „z głowy”, podczas gdy twoje ciało zamiera w kontakcie z dotykiem drugiego człowieka. Możesz dotykać kogoś, nie dotykając, ściskać czyjąś dłoń, nie będąc w autentycznym kontakcie. Ponieważ, żeby prawdziwie kogoś dotknąć, musisz przenieść duszę w swoją rękę, stać się swoimi palcami, swoją dłonią. Tylko wtedy możesz naprawdę dotykać i czuć dotyk.

Niezaspokojona potrzeba dotyku nigdy nie umiera. Bywa, że popycha w kompulsywny seks, przemocowe związki, samookaleczenia ciała, rozmaite uzależnienia albo prowadzi do gabinetu terapeuty.

Pokaż, że jestem dla ciebie ważna

Czy można wyrazić akceptację, uważność, empatię, troskę i czułość jedynie za pomocą słów? To pytanie, które zadawałam sobie przez lata, stosując się do zakazu terapii klasycznej, zgodnie z którym nie wolno mi było dotykać pacjenta. Uważne słuchanie, potakiwanie, parafrazowanie słów pacjenta, podczas gdy czułam, że wystarczyłby jeden czuły gest, było jedną wielką „ściemą”. Odważyłam się przełamać terapeutyczne tabu i zaczęłam współpracować z terapeutą manualnym. Miałam szczęście. Spotkałam rehabilitanta, który uzdrawia dotykiem.

Iza trafiła do mnie z symptomem guli w gardle i duszności w klatce piersiowej – mówi Jacek Sobol, rehabilitant, terapeuta manualny. – Patrzyłem na tę kobietę, która siedziała naprzeciwko mnie skulona, z zamkniętą klatką piersiową, łapiąc oddech jak ryba wyrzucona na brzeg, z trudem hamując łzy. Zaciśnięte szczęki uniemożliwiały jej mówienie. Słowa nie były potrzebne. Czułem jej cierpienie. Intuicja podpowiedziała mi, że pacjentka nie jest w stanie położyć się na stole, bo to zaburzy jej poczucie bezpieczeństwa. Podszedłem do niej i moje dłonie same odkryły ten gest: jedną z nich położyłem na jej czole, drugą z tyłu, powyżej potylicy. Zamknąłem oczy i zacząłem spokojnie oddychać. Oddech pacjentki również zwolnił, powoli dostosowywał się do mojego rytmu. Jej napięcie powoli zaczęło puszczać. Usłyszałem jej cichy płacz, a potem westchnienie ulgi. Przez całą sesję jedynie trzymałem ręce na jej głowie, nie wydarzyło się nic więcej. Następnego dnia przysłała mi SMS-a, że dziękuje za czułość i troskę, że właśnie tego potrzebowała. Gula w gardle się rozpuściła, a duszność ustąpiła.

Dotyk to najbardziej bezpośredni i łatwy do odczytania sposób komunikowania się ciała z ciałem. Uważnemu terapeucie pozwala poczuć napięcia w ciele pacjenta, ustawić ciało w innej niż zwykle pozycji, rozluźnić mięśnie, dotrzeć do zamrożonych uczuć.

Kiedy dotykam pacjenta, czuję, czy jest w głowie, czy w ciele – tłumaczy Jacek Sobol. – Jeśli pacjent jest wyłącznie w głowie, nie czuje swojego ciała, ale nie potrafi też odczytać intencji mojego dotyku. Dotykając pacjenta, często zadaję pytania: „Opisz, co czujesz, kiedy cię dotykam?”. Bywa, że pacjenci nie rozumieją pytań albo odpowiedź budzi ich wstyd czy lęk. Pacjent, który pojawia się kierowany bólem i pragnie jedynie, żeby zdjąć z niego ten ból, to tzw. powracający pacjent. Znika, kiedy poczuje się lepiej i wraca jak bumerang, ilekroć ból się odnowi. Ciało takich pacjentów przy pomocy bólu dopomina się o czułość, troskę, zainteresowanie czy bycie ważnym.

Zdarzają się pary, którym należy pokazać, jak przytulać się z miłością, w jaki sposób integrować oddechy, jak oswoić lęk przed dotykaniem. To smutne, ale w dzisiejszym świecie większość z nas cierpi na głód dotyku.

  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Co robić, gdy dochodzi do kolizji tych dwóch fundamentalnych wartości? Takie pytania zadają sobie Hubert i Hanna. Ich sytuację komentuje psychoterapeuta.

Na komodzie w sypialni Huberta i Hanny stoi fotografia. Obydwoje są na niej uśmiechnięci, objęci, w tle góry. – To wejście na Orlą Perć – mówi Hania. – Dawne czasy, jeszcze studenckie. Nieważne, czy to były polskie Tatry czy włoskie Dolomity – było nam dobrze, byliśmy razem. Łączyły nas przeżycia, przygoda...

Wspólna pasja sprawiła, że już na samym początku znajomości pojawiła się cudowna nić porozumienia. Zaiskrzyło między nimi właśnie na szlaku.

– Góry obnażają człowieka, bezlitośnie odsłaniają słabości. A, w moich oczach, Hubert ich nie miał. Odważny, silny, pomysłowy, z poczuciem humoru i do tego opiekuńczy. Po prostu nie sposób było się w nim nie zakochać – wspomina Hania. – Imponowało mu, że ja, taka drobna kobieta, wspinam się bez użalania i strachu.

Jej miłość do gór wygasła z końcem studiów. Zdecydowała się zostać na uczelni. Doktorat, dziecko, życiowy zwrot, nie dało się tego pogodzić ze wspinaczką. Po urodzeniu Michała życie stało się bardziej cenne. Mówi, że nie żałuje i nie tęskni. Za górami. Bo za tamtym Hubertem ze szlaku – tak. On nadal się wspina i to coraz wyżej, coraz częściej. Wyjeżdża na coraz dłużej i coraz dalej.

– Góry są dla mnie przeciwwagą tego, co robię na co dzień. W agencji reklamowej pracuję głową, siedzę za biurkiem – mówi Hubert. – Wspinaczka to dla mnie wyzwanie. Kiedy trzeba zmagać się z wysokością, zmęczeniem, kiedy wydaje ci się, że nie postawisz kolejnego kroku… Uzależniłem się od tego pokonywania słabości. Dzięki temu czuję, że żyję. Nie umiem tego przełożyć na żadne inne doświadczenie. Gdy widzę wysoką górę, wiem, że muszę na nią wejść. A Hania jest o to zła.

„Dla ciebie pasja jest ważniejsza”

Kiedyś łączyły ich góry, teraz kłótnie o nie. Ona ma do niego dużo żalu. Może długo wymieniać sytuacje, kiedy choroba dziecka, problemy na uczelni czy po prostu święta pokazały, że rodzina przegrywa z pasją męża. Czuje, że w udziale przypadł jej kierat codziennego życia. Narzeka, że Hubert nie daje jej poczucia bezpieczeństwa. Jego wyprawy postrzega jako zabawę, nieodpowiedzialność. Im bardziej nakłania go, by zrezygnował z wyjazdu, tym on więcej uwagi i czasu poświęca górskim wspinaczkom. Na zarzuty Hanki Hubert odpowiada, że przecież rodzina jest dla niego bardzo ważna. Według niej to puste słowa.

Dlaczego Hanka jest rozgoryczona?

Jarosław Józefowicz: Zrozumiała jest złość Hanki. Wartość rodzicielska leży u sedna człowieczeństwa. Wydaje się naturalne, że kobieta oczekuje, żeby jej partner podzielał taki sposób patrzenia na życie. Aby w momencie, gdy pojawia się dziecko, inne sprawy, na przykład samorealizację, postawił na drugim miejscu. Góry, jej zdaniem, są dla Huberta dziecięcą zabawką. Tymczasem to nie same zabawki są tu istotne, ale stan ducha kogoś, kto umie się nimi bawić.

Tak naprawdę jest dwóch Hubertów. Jeden, który pragnie żyć na łonie rodziny, i drugi, który pozwala sobie nie patrzeć na zobowiązania, tylko iść w góry. Hanka jest jedna i to właśnie ta jednostronność jest dla niej tak trudna. Relacja z Hubertem dostarcza jej cennej informacji: jak chce poszerzyć swój sposób funkcjonowania. Nasze marzenia, ale i frustracje, kryją w sobie głębokie tęsknoty. Za ich pośrednictwem coś w nas woła o zaistnienie. Pytanie, czy potrafimy usłyszeć ten głos?

Hanka boi się, bo nie wie, jak się rozwinąć, i swoje obawy przenosi na męża, próbując ściągnąć go do poziomu swoich ograniczeń. To zawsze łatwiejsza droga – ja czegoś nie mam, to ty też nie będziesz mieć. O wiele trudniejsze jest przedzieranie się przez własne blokady i lęki oraz sięganie po coś, czego potrzebuję, by spotkać się w punkcie: ty coś masz i ja też mam, cieszmy się tym. Chodzi oczywiście o wymiar psychiczny, a nie o to, że ona ma wrócić do wspinania się po górach. Dla Hanki mogłoby to oznaczać na przykład wprowadzenie do życia nuty szaleństwa albo wyjście poza zwykłe poczucie kontroli lub nieprzywiązywanie się w tak dużym stopniu do codzienności.

„Nie żyjesz naszym życiem”

Gdy Hubert wraca z wyprawy, przez jakiś czas w domu jest wesoło. Hanka lubi słuchać śmiechu synka, kiedy bawi się razem z tatą. Hubert ma niesamowite pomysły na zabawy z Michałem. Nagle dom zapełnia się ludźmi, którzy oglądają slajdy i zdjęcia z gór. Małżonkowie wychodzą na kolacje, stęsknieni cieszą się seksem… Ale nagle czar pryska, na scenę życia wkracza codzienność. Psuje się pralka, dziecko zapada na kolejną tej jesieni anginę. I Hubert traci swoją kreatywność, luz i dobry humor, staje się złośliwy, rozdrażniony, smętny. Słyszy od żony: „Tak, zbudować z synkiem wieżę z klocków do samego sufitu to potrafisz, ale nie wiesz, na co ostatnio chorował. Nawet nie pamiętasz, że ma alergię na laktozę. Nie masz pojęcia, gdzie w domu jest mąka ani ile płacimy za czynsz. Orientujesz się tylko, gdzie są twoje zabawki”.

Skąd się bierze pasja Huberta?

J.J.: Poprzez fascynację górami Hubert może konsekwentnie bronić tego, co dla niego ważne, świadomie nie dawać się ograniczać. A może cały czas pozostaje dużym chłopcem, który umie podążać jedynie za swoimi marzeniami i ma trudność z byciem dorosłym? W takim wypadku wyjaśnieniem będzie jakiś defekt wyniesiony z domu rodzinnego. Przykładowo dla mężczyzny wychowanego przez nadopiekuńczych rodziców, który nie miał nigdy okazji zmierzyć się z życiem, wszystko, co wykracza poza postawę chłopca, jest przerażające. Mógł też w dzieciństwie być zmuszany do odpowiedzialności, np. jako starszy brat opiekujący się rodzeństwem. Dlatego w dorosłym życiu codzienne trudności straszą go przymusem, pojawia się reakcja zastałego buntu.

Aby odnaleźć się w tym konflikcie, trzeba pamiętać o zasadzie równowagi. Wartości, które rozdzielają Hankę i Huberta – codzienna odpowiedzialność i uskrzydlająca samorealizacja powinny w zharmonizowany sposób istnieć w życiu każdego z nich, nie zaś rozdzielać się na dwa przeciwstawne obozy. Konflikt między nimi może prowadzić do oddalenia. Mogą pojawić się takie uczucia jak zazdrość o zainteresowania, niezrozumienie, złość – szczególnie wtedy, gdy stoi za nimi poczucie odrzucenia. A także lęk przed rozstaniem.

Hanka musi poczuć się ważna

J.J.: Mówiąc: „nie jedź”, Hanka wysyłała Hubertowi komunikat: „pokaż mi, że jestem ważniejsza niż te góry”. Nie pomoże sama rezygnacja z wyjazdu, bo Hanka żyje z deficytem poczucia bycia ważną. Tak się dzieje, kiedy w odpowiednim czasie nie zostaliśmy w wystarczającym stopniu obdarzeni miłością, akceptacją. W tym przypadku oznacza to, że Hania musi wykonać porządną pracę nad sobą. Postawa Huberta może złagodzić trudne uczucia i jedynie pomóc rozwiązać sytuację.

Frustracja Hanki nie musi być wynikiem jej trudnej przeszłości, lecz teraźniejszych problemów, usprawiedliwionego poczucia zagrożenia. Hubert wysyła jej sprzeczne sygnały. Mówi, że jest ważna, natomiast zachowuje się w sposób, który wcale tego nie potwierdza. Dobrze by było, żeby Hubert zastanowił się, skąd wzięła się ta niespójność. Może mu coś w ich relacji przestało pasować? A może boryka się z problemem, który go przerasta i nie potrafiąc sobie z nim poradzić, ucieka w Himalaje?

Nasuwa się proste rozwiązanie: wspólna pasja. Ale to niekoniecznie musi zadziałać. Tu bardziej chodzi o rodzaj bycia. O to, czy kiedy przebywamy razem, to jesteśmy dla siebie ważni. I nie ma znaczenia, czy osiągamy ten stan jeżdżąc na nartach czy przygotowując wspólnie posiłek, siedząc razem na kanapie i rozmawiając czy nie mówiąc nic. Nieważne gdzie, ważne jak. A do tego nie potrzebujemy gór, tylko siebie.

Jak rozmawiać z partnerem o swoich pasjach?

To ćwiczenie pozwoli ci reagować na marzenia partnera, ale też wyrażać własne. Słuchając, nie omawiaj poszczególnych spraw z partnerem, ani ich nie komentuj. Ćwiczenie nie ma służyć udowadnianiu racji. Kiedy jedna strona skończy, zamieńcie się rolami.

Zapytaj partnera:

  • Dlaczego to marzenie jest dla ciebie ważne?
  • Jaki jego aspekt jest dla ciebie najważniejszy?
  • Dlaczego jest on tak ważny?
  • Czy wiąże się z tym jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?
  • Czy coś w twoim życiu ma z nim związek?
  • Powiedz mi, co czujesz w związku z tym marzeniem.
  • Czy nie powiedziałeś mi jeszcze o jakichś uczuciach związanych z tym marzeniem?
  • Czego teraz pragniesz?
  • Jakie jest w tej chwili twoje największe marzenie?
  • Jakbyś się czuł, gdyby udało się je zrealizować?
  • Czy jest w nim jakiś głębszy zamysł lub cel?
  • Czy wiąże się ono z twoimi wierzeniami lub systemem wartości?
  • Czy obawiasz się tego, że ktoś odrzuci twoje marzenia? A może boisz się czegoś innego?

Gdy opowiecie sobie już o swoich marzeniach, sprawdźcie, do jakiego stopnia jesteście elastyczni, by wspomóc partnera w jego dążeniach.

Jaki poziom jesteś w stanie osiągnąć?

Poziom pierwszy: Szanuję twoje marzenia.
Poziom drugi: Szanuję twoje marzenia i chcę się więcej o nich dowiedzieć.
Poziom trzeci: Mogę do pewnego stopnia wspomagać cię w twoich dążeniach finansowo lub w inny sposób.
Poziom czwarty: Możemy do pewnego stopnia wspólnie realizować twoje marzenia.
Poziom piąty: Jestem gotowy. Zróbmy to razem.

Pamiętaj, że chodzi tu o kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. W ćwiczeniu chodzi przede wszystkim o to, by mieć poczucie, że partner rozumie, szanuje i popiera nasze marzenia. To może uzdrowić konflikt o pasję.

Źródło: John M. Gottman, Julie Schwartz Gottman, Joan DeClaire, „10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo”, wyd. Media Rodzina.