1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dając, otrzymujemy - o sztuce empatii, wsparcia i pomagania

Dając, otrzymujemy - o sztuce empatii, wsparcia i pomagania

Ilustracja: iStock
Ilustracja: iStock
Wspieranie drugiego człowieka to jak towarzyszenie mu w wyczerpującej podróży, pełnej niechcianych myśli, niewygodnych uczuć, chwil zwątpienia, szukania celu i sensu życia.

Olga, 34 lata, prawniczka, singielka, od czterech lat mieszka i pracuje w Mediolanie. Dwa lata temu została napadnięta w biały dzień w centrum Nowego Jorku. Wyciągała akurat portfel z torebki, żeby kupić bilet, gdy nagle poczuła uderzenie w tył głowy. Więcej nie pamięta. Kiedy się ocknęła, dookoła niej stał wianuszek ludzi. Ktoś zapytał, czy wezwać pogotowie. Podziękowała. Podniosła się o własnych siłach, usiadła na ławce i dopiero wtedy zauważyła, że nie ma torebki. Ludzie pośpiesznie się rozeszli. Z wyjątkiem jednego mężczyzny, który podszedł do niej i zapytał: „W czym pomóc?”. Odpowiedziała beznamiętnie: „Nie mam za co wrócić do Mediolanu, straciłam portfel, kartę bankomatową”. Mężczyzna bez namysłu wyciągnął tysiąc dolarów, położył jej na kolanach i zniknął.

– Zamurowało mnie. Jeszcze nie otrząsnęłam się po tym, co mnie spotkało, a tu kolejny szok. Dwa skrajne przeżycia. Ktoś obcy strasznie mnie doświadcza, inny obcy – niesie pomoc. Byłam tak oszołomiona, że nie zdążyłam poprosić tego mężczyzny o kontakt, nawet nie wiem, czy mu podziękowałam. Nigdy więcej go nie spotkałam. Ten jego gest kompletnie zmienił mój stosunek do innych. Wcześniej bałam się ludzi. Owszem, miałam przyjaciół, ale czułam się samotna. Wchodziłam do mieszkania, włączałam telewizor, radio, dzwoniłam do znajomych, byleby tylko złagodzić straszne poczucie pustki. Od momentu, kiedy tamten nieznajomy mężczyzna przyszedł mi z pomocą, jestem przepełniona radością i wdzięcznością do ludzi w ogóle. Jakkolwiek to może dziwnie zabrzmieć, mam poczucie, że nie jestem sama, nawet gdy jestem sama.

W trudnej podróży

Człowiek doznający ciężkich przejść jest kłębowiskiem rozpaczy, poczucia pustki, beznadziei, rozpadu, żalu, strachu, złości, poczucia winy. Życie traci dla niego sens. Nie widzi wyjścia z sytuacji, nie wyobraża sobie przyszłości. Zaniedbuje obowiązki, nadszarpuje zdrowie. Peter A. Levine i Ann Frederick w książce „Obudźcie tygrysa” porównują człowieka w traumie do atakowanego zwierzęcia. Dowodzą, że reakcje ludzkiego organizmu w sytuacjach śmiertelnego zagrożenia są dokładnie takie same jak u zwierząt. Najpierw następuje wysoki stopień pobudzenia (szybsze tętno, natłok myśli), potem tak zwane ściśnięcie całego ciała (kurczenie się naczyń krwionośnych, zawężenie percepcji), które przeradza się w dysocjację (stan podobny do snu, w którym nie odczuwa się bólu ani zagrożenia). Finał to uczucie bezradności, czyli poczucie bycia sparaliżowanym tak głęboko, że nie można krzyczeć, ruszać się ani czuć. W ten sposób biologia chce nas najpierw zmobilizować do obrony, a potem znieczulić na ból. Podobnie jak zwierzęta najbezpieczniej czujemy się wśród swoich i ich pomoc okazuje się najskuteczniejsza.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Większość z nas jest wrażliwa na ludzkie cierpienie. Pojawiają się wtedy automatyczne odruchy: ulżyć, pocieszyć. W pierwszej chwili nie zastanawiamy się, jak to zrobić, działamy automatycznie. Gdy jesteśmy świadkami wypadku, wzywamy pogotowie, przykrywamy rannego kocem, rozmawiamy, nie odstępujemy go na krok, co czasem ratuje mu życie.

Zdaniem psychologa trudniej radzimy sobie z udzielaniem pomocy w cierpieniu psychicznym. Na ogół zaprzeczamy temu, co się wydarzyło i co ktoś czuje: „Nic się nie stało, nie ma powodu do rozpaczy, nie płacz, nie denerwuj się”. To błąd, bo ludzie po ciężkich przejściach nie potrzebują łatwego pocieszenia, ale naszej obecności, bliskości, wysłuchania, zrozumienia, troski, życzliwości. Czasami wystarczy powiedzieć: „jestem z tobą”. A czasem nie trzeba mówić nic, tylko wziąć za rękę. I pójść za uczuciami i emocjami cierpiącego. Wysłuchać, pozwolić wyzwierzać się, jeżeli oczywiście ta osoba chce mówić, bo w żadnym razie nie wolno do tego zmuszać. Raczej trzeba życzliwie, spokojnie zapewnić: „Nie musisz teraz o tym mówić. Powiedz tyle, ile chcesz. Pewnie potrzebujesz więcej czasu”. Takie postawienie sprawy daje cierpiącemu poczucie kontroli nad tym, co chce nam powiedzieć. Jest wyrazem szacunku dla jego uczuć, dla jego prawa do odmowy mówienia o sobie.

Każdy człowiek ma inne tempo wychodzenia z psychicznego dołka. Tymczasem my chcielibyśmy ulżyć komuś już teraz, jak najszybciej. Ale to na ogół niemożliwe. Rozpacz, żal, smutek nie ustępują jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dlatego klepanie kogoś po plecach, mówienie: „wszystko będzie dobrze”, „dasz sobie radę”, nie służy niczemu dobremu, jedynie rozładowuje napięcie, gdy nie wiemy, co powiedzieć. Takie gesty mogą nawet przynieść skutek odwrotny do zamierzonego – ktoś może uznać, że jego problemy są bagatelizowane. Lepiej więc o tym, co się wydarzyło, mówić wprost: „Widzę, że cierpisz. To trudny czas”. I zapewnić, że przez ciężkie chwile przejdziemy razem. Wspieranie drugiego człowieka to jak towarzyszenie w wyczerpującej podróży, pełnej niechcianych myśli, niewygodnych uczuć, chwil zwątpienia, szukania celu i sensu życia.

Daję to, co mam

W sytuacjach kryzysowych poza sferą emocjonalną zachwiane zostaje także normalne funkcjonowanie w rzeczywistości. Na wagę złota jest więc wtedy konkretna pomoc: zrobienie zakupów, ugotowanie obiadu, załatwienie spraw w urzędzie. A co najczęściej robimy? Napominamy: „bądź twardy”, „ogarnij się”, „weź się w garść”, jakby ten ktoś nie chciał wziąć się w garść. Chce, tylko nie wie, jak to zrobić. I po to są rozmowy o tym, co się stało – żeby oswoić problem, uczynić go mniej przerażającym. Bo w tej trudnej chwili liczą się tylko ból, tęsknota, rozpacz, złość i żal. Trzeba więc skupić się na tych uczuciach i emocjach i nie wybiegać w przyszłość. Przyszłość i tak nadejdzie.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Prawdziwe wsparcie w trudnych chwilach jest nie lada sztuką. To zdolność okazywania empatii, wczuwania się w sytuację drugiej osoby, ale przede wszystkim to określone kompetencje. I tak jak każdej kompetencji, także niesienia pomocy można się nauczyć. Istota udzielania wsparcia polega na rozpoznaniu, czy ktoś chce i potrzebuje pomocy, a z drugiej strony – na ocenie, czy właśnie taką pomoc jesteśmy w stanie i chcemy mu dać. To niezwykle ważne, bo często wyrywamy się z wyciągniętą ręką, a ktoś nie jest gotowy na jej przyjęcie. Taki gest, zamiast łączyć, dzieli.

Słynny (i kontrowersyjny) niemiecki psychoterapeuta Bert Hellinger w książce „Porządki pomagania” twierdzi, że pomaganiem, podobnie jak każdym działaniem, powinien rządzić określony porządek. Po pierwsze – można dać tylko to, co się samemu posiada, i brać tylko to, czego się potrzebuje. Po drugie – trzeba akceptować ograniczenia w niesieniu wsparcia i interweniować tylko tak daleko, jak jest to niezbędne. Po trzecie – dorosłych potrzebujących trzeba traktować tak jak dorosłych, a nie jak dzieci. Wiele osób działających na rzecz ludzi pokrzywdzonych sądzi bowiem, że muszą pomagać w taki sposób, w jaki rodzice pomagają małym dzieciom. A więc robić wszystko za nich, wyręczać ich, uprzedzać ewentualne zagrożenia. I odwrotnie: potrzebujący oczekują, że będą traktowani jak dzieci. Że wszystko dostaną, bo to im się należy. A co się dzieje, gdy otrzymają wszystko, czego oczekiwali? Otóż stają się mentalnymi dziećmi zdanymi na łaskę i niełaskę swoich opiekunów, „rodziców”. Skutkiem takiego stosunku do życia jest to, że nie umieją sobie potem radzić bez pomocy z zewnątrz.

Otwieram przed tobą serce

Amerykański psycholog Martin Seligman nazwał taką postawę wyuczoną bezradnością, czyli utrwalonym przekonaniem o braku związku przyczynowego między własnym działaniem a jego konsekwencjami. Ludzie szybko uczą się bezradności, która prowadzi do poczucia, że ich osobista kontrola nad własnym życiem i wpływ na swój los są nieefektywne. W związku z tym oczekują pomocy. To oczekiwanie prowadzi do wielu deficytów. Poznawczych, bo człowiek przestaje rozumieć, co się z nim dzieje. Motywacyjnych – bo nic mu się nie chce. Emocjonalnych – bo popada w apatię, boi się nowych wyzwań, jest wrogo nastawiony do innych, nie widzi nadziei. I społecznych – bo wycofuje się z kontaktów z innymi ludźmi.

Psychologowie odkryli, że wyuczona bezradność i stres wynikający z takiej postawy mogą prowadzić do chorób, obniżenia wyników w nauce. Co więcej, bezradnością można się zarazić. Staje się wtedy wyuczonym sposobem na przetrwanie rodzin, a nawet całych środowisk. Tacy ludzie utwierdzają siebie i instytucje państwowe w przekonaniu, że nie są w stanie radzić sobie sami na rynku pracy, a więc potrzebują opieki. Według socjologów zjawisko wyuczonej bezradności zatacza w Polsce coraz większe kręgi. Pogłębia je niewłaściwie udzielana pomoc.

Hellinger twierdzi, że pomagający muszą wyzbyć się odruchów rodzicielskich i zacząć traktować swoich podopiecznych jak dorosłych. Muszą też stawiać im granice. Bo na ogół, gdy ktoś bliski potrzebuje naszej pomocy, skupiamy się tylko na nim i traktujemy go jak kogoś wyalienowanego z szerszego kontekstu. Tymczasem żeby naprawdę komuś pomóc, trzeba zobaczyć go w relacji z partnerem, rodzicami, dziećmi, a nawet z przodkami. Tylko umieściwszy go w powiązaniu z całością systemu, możemy zrozumieć, kto w tym systemie wymaga wsparcia. Bo czasem okazuje się, że potrzebującym nie jest ten, kto się tego domaga. Albo że po pomoc należy się zwrócić do jednego z członków systemu, bo to on ma klucz do rozwiązania problemu.

Zdaniem Hellingera czasami pomoc nie jest możliwa właśnie dlatego, że wykluczono ważnych członków rodziny (bo się ich wstydzimy, nie żyją albo skrywają jakąś rodzinną tajemnicę). Żeby ich na nowo do systemu przywrócić, potrzebna jest fachowa interwencja – sprawdzają się tu tak zwane ustawienia rodzinne. Na czym ma więc polegać nasza rola? Próby przyjacielskiego wsparcia są potrzebne, ale najważniejszym naszym zadaniem jest potraktowanie potrzebującego jak dorosłego, który ma problemy wynikające z problemów jego systemu. Hellinger twierdzi, że tylko takie podejście jest wyzwalające.

Czasem przychodzi nam mediować w konfliktach rodzinnych i wysłuchiwać skarg strony poszkodowanej. Jesteśmy przekonani, że powinniśmy stanąć po jej stronie. Hellinger przestrzega: „Jeśli przyjmiecie punkt widzenia pokrzywdzonego za swój, staniecie raczej w służbie konfliktu niż pojednania. Dlatego pomocy może udzielić tylko ten, kto potrafi w swoim sercu umieścić zarówno podopiecznego, jak i to, na co się on uskarża”. W książce „Porządki pomagania” pisze: „Pomagający jako pierwszy dokonuje w swojej duszy tego, czego musi dokonać podopieczny. Otwiera przed nim serce. Staje się jego częścią. To, co znalazło pojednanie w jego sercu, może się również pojednać w sercu tego, komu pomaga”.

Byłam tu

Każdego dnia na całym świecie widzimy przerażające obrazy bólu i cierpienia. Wydaje nam się, że jesteśmy wobec nich bezradni, bo pomagać może ten, kto ma pieniądze. Z takim poglądem nie zgadza się Jakub Wygnański, socjolog, współzałożyciel Stowarzyszenia na rzecz Forum Inicjatyw Pozarządowych oraz Banku Danych o Organizacjach Pozarządowych Klon/Jawor. Według niego słowo „filantrop” oznacza kogoś, kto ukochał człowieka, a nie kogoś, kto daje pieniądze. To my przypisaliśmy to znaczenie filantropii. Najłatwiej dać szybko pięć złotych na bułkę, byleby tylko ktoś zniknął nam z oczu. Pieniądze są rodzajem substytutu tego, o co tak naprawdę chodzi w filantropii. A chodzi o to, żeby z kimś być naprawdę, mieć dla niego cierpliwość, uwagę, czas. W opozycji do filantropa jest mizantrop, ktoś, kto nienawidzi ludzi. Trzeba pytać siebie, ile w naszej pomocy jest głębokiego szacunku dla drugiego człowieka, a ile chęci pozbycia się problemu.

Każdy z nas może coś zrobić dla innych, tuż obok, za ścianą. Nie ma innej drogi dla ludzkości niż współpraca, wzajemne wspieranie się. W skali globalnej i jednostkowej. Świadczą o tym rezultaty Światowego Dnia Pomocy Humanitarnej ogłoszonego przez WHO (19 sierpnia każdego roku) pod hasłem „I was here” („Byłem tu”, od tytułu piosenki Beyoncé, ambasadorki akcji). Akcja polega na tym, żeby zobowiązać się do zrobienia czegoś dobrego dla innych. Organizatorzy apelują: „Gdziekolwiek jesteś, cokolwiek robisz, powiedz: "Byłem tu. Pomogłem temu konkretnemu człowiekowi w tym konkretnym miejscu". I zaznacz to miejsce szpilką na mapie (na stronie www.whd-iwashere.org). Tym samym powiedz światu: "Wierzę, że pomaganie innym ma głęboki sens”.

Plon akcji przeszedł najśmielsze oczekiwania organizatorów – ponad miliard szpilek. Ludzie dawali świadectwo swojego zaangażowania – od pracy na rzecz międzynarodowych organizacji humanitarnych, poprzez działanie w  lokalnych stowarzyszeniach, po sąsiedzkie gesty wsparcia. Pisali: „Pojechałam uczyć dzieci w Afryce”. „Adoptowałam rodzeństwo sierot z Konga”. „Rozdaję jedzenie bezdomnym”. „Robię starszej pani zakupy”. „Czytam niewidomemu sąsiadowi książki”. Te akty dobroci, wielkie i małe, to namacalne, budujące przykłady naszej ludzkiej solidarności. Okazuje się, że w potrzebie nie ma nic bardziej wzmacniającego od wyciągniętej dłoni drugiego człowieka, jego empatii, współczucia.

Olga po incydencie w Nowym Jorku otworzyła się na innych, jest ich ciekawa, słucha, co mają do powiedzenia. – Nagle zobaczyłam, jak wielu wspaniałych ludzi żyje na świecie, ile dobrego możemy uczynić dla siebie nawzajem. I zaczęłam robić to, na czym się znam, czyli udzielam uchodźcom porad prawnych, założyłam fundację na rzecz wykluczonych. Dopiero teraz naprawdę czuję, że żyję.

Doświadczenie Olgi potwierdzają badania naukowe. Psycholog społeczny Robert Trivers, autor pojęcia pomocy odwzajemnionej, wykazał, że ci, którzy pomagają, zdobywają dobra dające im większe szanse na przetrwanie. Z innych badań wynika, że pracownicy doświadczający pomocy od szefów, chętniej robili coś pożytecznego dla firmy, za co otrzymywali nagrody, a to jeszcze bardziej wzmagało ich zaangażowanie. Wniosek z tych badań jest jeden – wszyscy, którzy angażują się w pomaganie, czerpią z tego korzyści. To zresztą prawda znana od wieków, wyrażona w słynnej modlitwie świętego Franciszka z Asyżu („dając, otrzymujemy”). Pomaganie to taki dziwny rodzaj arytmetyki, z której wynika, że nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że coś oddajemy. A często nawet dużo przybywa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy uda się, jeśli spróbujemy drugi raz?

Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Dawna miłość to delikatny języczek naszych uczuć. Dotyka tego, co w nas intymne. Ale czy to znaczy, że jest możliwe drugie miłosne rozdanie dla tej samej pary? Pytamy psychoterapeutę Roberta Rutkowskiego.

Spotkać się czy nie z dawną miłością, która właśnie wróciła z zagranicy, rozwiodła się, zadzwoniła po latach – przecież mamy poukładane życie? Czy to miłość czy tylko wspomnienia? Czy nam się uda, jeśli drugi raz spróbujemy?
To wcale nie najważniejsze z pytań, jakie można sobie w takiej sytuacji zadać. Skupiając się jednak na szukaniu odpowiedzi na nie, łatwo pominąć to, co najważniejsze. Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? Zanim spotkam się – lub nie spotkam z dawna miłością, trzeba najpierw spotkać się z samym sobą! Spotkanie to nam się jednak nie uda, jeśli będziemy przed nim uciekać w romanse z i te z przeszłości i te nowe. To droga do zatracenia. Aby być gotowym na dobry związek, trzeba być gotowym na samego siebie. Pokochać siebie. A często mijają lata, a my ani razu nie staniemy przed lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.

To zaboli, podczas gdy wino z dawną miłością może uskrzydlić!
Samopoznanie zaczyna się od bólu, to prawda. Wynika on z zajęcia się tym, co się w moim życiu wydarzyło: czemu porzuciłem, zdradziłem, pozwoliłem odejść? Skąd się wzięły te moje zdrady, kłamstwa, przemoc, udawanie? Ale to tylko pierwszy krok, niezbędny do tego, by pojawiło się zrozumienie: dlaczego tak postąpiłem, czemu mnie to spotkało? To ważne, bo tylko wtedy, kiedy rozumiem, mogę sobie wybaczyć. A nie wybaczając sobie, nie stworzę dobrego związku z drugim człowiekiem.

Po co grzebać się w przeszłości, co było minęło! Możemy spróbować jeszcze raz!
I jeszcze raz przeżyć ten sam koszmar? W latach 90. byłem w burzliwej i atrakcyjnej relacji. Ale pewnego dnia wracam do domu, a tam moja partnerka grzebie w szafie. Myślałem, że układa rzeczy, ale ona zapytała, czy mógłbym jej pomóc spakować się, bo przeprowadza się do Piotrka. Zupełnie otępiały pomogłem nawet wynieść walizki. Potem bardzo tęskniłem, cierpiałem. Kiedy po roku, jak już nie było między nami żadnej relacji, zadzwoniła w sprawie naszego psa, pomyślałem, że jej chodzi o mnie, bo też tylko 12 miesięcy po ważnym związku, to za mało, żeby oprzytomnieć, choćbyśmy się rzucili w wir pracy, czy nowych relacji. No więc będąc jeszcze nadal pogrążony w iluzji miłości do niej, zacząłem z nią żyć, co zakończyło się zupełną katastrofą. Ja, oczekiwałem tamtej jej, sprzed roku. A ona po nieudanym związku, zmieniła się. Ja odwrotnie – nadal byłem taki jak przed naszym rozstaniem, a więc taki jaki ją rozczarowałem, skoro odeszła do innego. No, ale i ona przez chwilę myślała, że to co do mnie czuje, to miłość, a to był tylko … emocjonalny ślad dawnych uczuć. Jej rozczarowanie szybko odżyło i znów zostałem porzucony.

Powroty czasem się udają. Znajoma jest od kilku lat z kimś, kogo zawsze z wzajemnością, choć platonicznie kochała. Jak twierdzi, było to możliwe dlatego, że dorosła, przestała być lekkomyślna i nieobliczalna.
Jeśli się spotkamy, tak jak mówiłem, sami ze sobą, to wtedy realne staje się nierealne. To jednak rzadkość. Paradoks zmiany polega na tym, że nie można z przeszłości iść w przyszłość, pomijając teraźniejszość. Czyli: nie jesteśmy w stanie wpływać pozytywnie na swoją przyszłość, jeśli nie zaakceptujemy siebie tu i teraz, nie wybaczymy sobie. Poczucie winy, ból odrzucenia, jakie dźwigamy, wciąż rozpatrując, co mogliśmy zrobić, ile zmarnowaliśmy – nic nie dają. Nic nie zmarnowaliśmy! Wszystko to była lekcja.

Piękne słowa, ale…
Nie tylko słowa. Widzę po swoich pacjentach, że pierwszy krok, to dać sobie prawo do bycia takim, jakim jestem: pogubionym, niepoukładanym, płaczącym w gabinecie psychoterapeuty. Te chusteczki tu, na stoliku, to nie dekoracja. Częściej używają ich zresztą mężczyźni niż kobiety.

I bywa, że właśnie z powodu dawnej miłości?
Tak. Jako młokos poznałem dziewczynę, w której się zakochałem i byłem przez jakiś czas. Niestety, rozstaliśmy się, bo ja byłem niedojrzały. I musiałem sam przejść psychoterapie, do pewnych rzeczy dojrzeć, żebyśmy mogli - kiedy się znów spotkaliśmy - być razem. I teraz ta kobieta jest moją żoną, mamy dziecko i jesteśmy szczęśliwi. Ale dużo czasu mi zajęło to, żebym zrozumieć, że ten chłopiec, który nadal we mnie mieszka, dowartościowuje się kolejnymi romansami, i że to go ogranicza, jest jak każde inne uzależnienie. Że kolejne romanse są dla niego jak heroina, a więc to jego śmierć na raty. Prawdziwe życie to wolność od uzależnień…

Różne są jednak miłosne powroty. Może wrócić ktoś, z kim nigdy nie byliśmy blisko. Albo z kim mieszkaliśmy, a nawet byliśmy małżeństwem… Czy przy drugim rozdaniu, któraś z tych miłości ma większe szanse?
Jeśli tylko do kogoś wzdychamy, oczy za nim wypatrujemy i o nim fantazjujemy, to ta nasza miłość raczej nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością. A to dlatego, że stan oczarowania miłosnego polega na idealizowaniu. I taki nieprawdziwy obraz ukochanej osoby zachowa nasz mózg. A że wydeptaliśmy tym wzdychaniem i fantazjowaniem tzw. ścieżkę neuronalną w naszym mózgu, kiedy więc tylko zobaczymy obiekt naszej fascynacji, mózg odpali stare emocje i poczujemy to same euforyczne uniesienie, jak wtedy kiedy gapiliśmy się na nią czy za niego na szkolnym korytarzu. Jednak, jak obliczyła pewna amerykańska badaczka, Nancy Kalish z California State University w Sacramento, statystycznie nic z tego nie będzie. Właśnie dlatego, że mamy zbyt wygórowane oczekiwania.

Fantazja pryska kiedy spotykamy realnego człowieka?
Tak, bo przez te lata nie „kochaliśmy” prawdziwego człowieka, z jego wadami i niedoskonałościami, ale wymyślony obraz, ideał! A miłość nie ma nic wspólne z ideałem! W pięknej scenie „Buntownika z wyboru” terapeuta zwierza się studentowi, że tęskni za zmarłą żoną, która – przez sen … puszczała bąki! I to jest miłość. Nie jest to zapach róż, czy skomplikowane frazy poetyckie. To praktyka dnia codziennego. Dlatego, wracając do pytania – łatwiej reaktywować miłość, kiedy było się razem, miało to szare życie: ona budziła się rano bez makijażu, a on stłukł jej kubek. Bo to znaczy, że coś głębszego się między nami pojawiło. Życie czasem jednak niesie takie scenariusze, że mimo to ludzie bliscy rozstają się: bo on za dużo pracował, albo ona dała się oczarować innemu.

„Nie kupował mi ani leków, ani kwiatów. Nie było go od czasu studiów, a mój mąż był” – powiedziała moja przyjaciółka, kiedy nagle zjawił się „mężczyzna jej życia”. Czy odrzuciła miłość?
Miłość, to obecność. Mówisz o dojrzałości, o decyzji podjętej przez osobę dojrzałą. A możemy też mówić o dojrzałym i niedojrzałym uczuciu. Niedojrzałe porusza się w przestrzeni teoretycznej. Czyli on mógł nawet przez te lata uważać, że ją kocha. Ale to była tylko teoria. Teoria bez praktyki? Bywa świetna, porywająca! Umysł potrafi tworzyć fantastyczne koncepcje. Ale co nam po nich, jeśli życie i tak wszystkie je zweryfikuje? Dojrzałe uczucie porusza się w przestrzeni praktyki i dlatego powrót do wyśnionej miłości sprzed lat okazuje się zazwyczaj wielkim rozczarowaniem.

Poczucie więzi z tym, z kim jestem, jest takie kobiece. Mężczyzna spróbuje zdobyć tę, która kiedyś mu odmówiła, choćby miał żonę i dzieci.
I co dalej? Wróci do żony? No właśnie… Mężczyzna może się łatwo przekonać, czy jest mężczyzną. Męskość to wierność. I to mówi ci facet, który do tego stwierdzenia dojrzewał trzy czwarte swojego życia. Ale teraz nie mam kłopotu z decyzją. To kwestia wartości. Ale też rozsądku, bo sam wiem, że poczułem się wolnym człowiekiem, dopiero kiedy przyrzekłem swoje obecnej żonie wierność i jej dotrzymuję.

Ale kiedy się spotykamy z narzeczonym ze studiów, czujemy się tak jakbyśmy znów mieli te 20 lat, więc idziemy z nim na wino zamiast z mężem – choć byliśmy umówieni do kina i choćby on nawet już pod tym kinem stał! A więc może to miłość nami kieruje? To szaleństwo to jej najlepszy dowód?
Czujemy się na 20., ale mamy znacznie więcej. I to jest pierwsza prawda. Druga pomaga zrozumieć, co się z nami zadziało i dlaczego nie warto nazywać tego z punktu miłością. Otóż każdy z nas, niezależne od wieku, ma w sobie irracjonalne pragnienie, by zrobić coś szalonego, by narozrabiać. Pragniemy tego nawet po siedemdziesiątce, bo w głębi siebie zawsze mamy dziecko. No, ale dziecięce chęci u dorosłego, mogą łatwo stać się przebranym w krótkie spodenki destruktorem. Nabrojenie może więc być piękne, dopóki nie przekroczymy, pozwalając sobie na nie, poczucia bezpieczeństwa drugiego bliskiego nam człowieka. Nie obudzimy jego lęku. A więc zadajmy sobie pytanie, czy pędząc na spotkanie z dawna miłością kogoś nie krzywdzę? Kaptur na głowie, żeby nikt nie widział, i marsz do hotelu po seks z dawną partnerką – to słabe. Zostawienie męża pod kinem? Sama sobie odpowiedz… Miłość ma w sobie element wolicjonalny, czyli świadomej decyzji. A więc ten z kim jestem i którego znam, czy tamten z przeszłości i idealizacji? Sprawy zamknięte takimi powinny pozostać. Inaczej skazujemy siebie i drugiego człowieka na szarpaninę.

Zazwyczaj opowiadamy o miłości z punktu widzenia zakochanych, nie patrzymy z perspektywy tych, którzy są z nimi…
Mówi się, że jeśli w naszym związku nie układa się, to wtedy ulegniemy czarowi dawnej miłości. Nie zawsze, bo to po sutym obiedzie mamy ochotę na deser, a potem rozglądamy się jeszcze za czymś słonym. Taką mamy naturę i to ona pcha nas do tego, żeby się nam chciało przeżywać coś na odwyrtkę… Dawna miłość to delikatny języczek uczuć. Można je poznać, ale nie zaczynać od spotkania z dawną miłością. Bo ten ktoś może liczy na twój powrót, a ty tylko sobie chcesz powspominać, czy poczuć się jak dwudziestolatka. Jeśli wiesz że ten ktoś cię kocha, nie spotykaj się. Bo sama twoja obecność możesz zadawać ból nadal kochającemu…

Na jak długo wystarcza nam miłości, jeśli się nie spotykamy?
To zależy, jeśli zakochaliśmy się w gwieździe rocka, po pół roku zazwyczaj nam mija. Ale jeśli, kiedyś powiedzmy w studenckich czasach, widywaliśmy się często, to ten człowiek może stać się naszą obsesją. I nawet gdy zaczniemy żyć z kimś innym, jak kochankowie, pozostaje wzorcem choćby urody. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale jeśli to była blondynka z długimi włosami, taka zapewne będzie nasza żona. Ponieważ, jak mówiłem, nasz mózg pamięta wszystko, to gdy nagle spotykamy dawną miłość - wszystko wraca. Mózg uruchamia dawne uczucia tak jakby zapalił światło w dawno nieotwieranym pokoju. Tyle, że to oczarowanie, fantazja, które tam żyją, niewiele mają wspólnego z człowiekiem, który teraz staje na naszej drodze. Niewiele też z nami samymi, takimi jakimi dziś jesteśmy.

Zdarza się, że ona, dumna z męża i dzieci, przeczyta na Facebooku wyznanie danego partnera i myśli: co nim kieruje? Na co liczy? Co czuje? Po co to pisze? Czy to miłość?
Może nie dał wtedy rady i dlatego jej szuka? Chce, żeby pojawiła się szansa na odzyskania dobrego zdania o sobie? Na to by tym razem sprostał sytuacji. Albo wrócił, by tak naprawdę zawalczyć ze swoimi poczęciem winy i wstydu. No i jest ryzyko, że znów może odejść, jak tylko zaspokoi swoją potrzebę dowartościowania albo zmazania winy. Po prostu bywa, że ktoś w przeszłości szuka „prawdziwej” miłości po burzliwym rozwodzie, bo wmówił sobie, że się nie udało, bo nadal kochał kogoś z przeszłości. A jakby zadałby mu to najważniejsze pytanie: czy kocha siebie i czy chce spędzisz swoje życie z kimś, kto jest mu najbliższy, czyli ze sobą?

  1. Psychologia

Tylko nie każ mi brać się w garść! Jak rozmawiać z osobą chorą na depresję

Po prostu bądź. Według Serani, najlepsze co możesz zrobić dla kogoś chorującego na depresję, to po prostu z nim być. (Fot. iStock)
Po prostu bądź. Według Serani, najlepsze co możesz zrobić dla kogoś chorującego na depresję, to po prostu z nim być. (Fot. iStock)
Psychologowie i psychoterapeuci są zgodni co do tego, że zachowanie najbliższego otoczenia ma duże znaczenie w procesie zdrowienia.

Dziś to już problem większości z nas – bliski, który choruje na depresję. Statystyki dotyczące tej ciężkiej choroby są przerażające, szacuje się, że już co czwarty człowiek na świecie może cierpieć na to schorzenie. Dlatego jest prawie niemożliwe, by każdy z nas nie miał wśród swojej rodziny, bliskich chociaż jednej takiej osoby. Tymczasem wiedza o tym, jak postępować z chorym wciąż nie jest powszechna. A psychologowie i psychoterapeuci są zgodni co do tego, że zachowanie najbliższego otoczenia ma duże znaczenie w procesie zdrowienia.

Boję się i chcę pomóc

Postępowanie z osobą chorą na depresję nie jest łatwe, wymaga nie tylko wiedzy, ale też cierpliwości… Patrzenie na nieustanne cierpienie oraz niezdolność bliskiej osoby do podjęcia jakiegokolwiek działania często budzą w nas poczucie bezradności i irytację. To jasne – chcemy pomóc – a gdy wszelkie próby wsparcia okazują się nieskuteczne, czujemy frustrację i złość. Tylko często nie zdajemy sobie sprawy, że nasze próby pomocy przynoszą wręcz odwrotny do zamierzonego efekt – szkodzimy choremu. Na przykład próbując go „rozweselić”, dajemy mu dowód, że nie rozumiemy mechanizmu jego choroby. Próba pocieszenia to tylko jeden z powszechnych błędów, które popełniamy, jest bowiem cały „worek” przekazów, które wyrządzają więcej szkody, niż pożytku przy kontakcie z osobą chorą na depresję. Oto przykłady tego, czego z pewnością nie należy mówić osobie chorującej na depresję:

„Przesadzasz, inni mają gorzej i dają radę”

„Masz w życiu tyle rzeczy, za które możesz być wdzięczny”

„To wszystko jest tylko w twojej głowie”

„Będzie dobrze, uwierz mi”

„Weź się w garść”

„Wyjdź z domu i zacznij działać, wtedy poczujesz się lepiej”

„Przestań się nad sobą użalać”

„Musisz zacząć myśleć pozytywnie!”

Takie „dobre” rady – udzielane nawet w najlepszych intencjach – nie pomagają i absolutnie należy ich unikać. Truizmy typu „będzie dobrze” są bagatelizowaniem problemu i powodują, że chora osoba czuje się niezrozumiana, a przez to nierzadko jeszcze bardziej zamyka się w sobie. Próby zmotywowania komunikatami: „weź się w garść”, „przestań się nad sobą użalać” odnoszą jeszcze gorszy skutek, ponieważ dla osoby przygniecionej niemocą są bardzo frustrujące, podobnie jak porównania typu „przesadzasz, inni mają gorzej”. Wielką krzywdę wyrządza się także choremu próbując wymusić na nim zmianę szantażując go emocjonalnie, stawiając mu ultimatum – „jak się nie pozbierasz, wyprowadzę się”. To może znacząco pogłębić depresję, a nawet wywołać myśli samobójcze.

Jak rozmawiac z osoba chora na depresję?

Oczywiście, to wszystko nie oznacza to, że z chorym na depresję nie należy w ogóle rozmawiać czy też, że nie jesteśmy w stanie mu w żaden sposób pomóc, wesprzeć. Chodzi o zmianę narracji. Bo wsparcie i akceptacja otoczenia pełnią bardzo ważną funkcję w dochodzeniu do zdrowia. Oto kilka przykładów zdań, które chory chce i potrzebuje od nas usłyszeć:

„Jestem tu dla ciebie”

„Nie potrafię do końca zrozumieć, przez co przechodzisz, ale masz moje pełne wsparcie i akceptację”

„Widzę, jak bardzo się starasz i doceniam to”

„Co mogę dla ciebie zrobić?”

„A może chcesz się wygadać?”

Warto pamiętać, że depresja jest niebezpieczna dla relacji, powoduje bowiem izolację emocjonalną chorego. I choć może nam się momentami wydawać, że nasze gesty i próby pomocy odbijają się od ściany, to tylko iluzja.

Amerykańska psycholożka, Deborah Serani, specjalistka leczenia depresji, autorka książki „Życie z depresją”, która sama zmagała się z tą chorobą, podsuwa kilka pomysłów na to jak najskuteczniej pomagać choremu:

1. Po prostu bądź. Według Serani, najlepsze co możesz zrobić dla kogoś chorującego na depresję, to po prostu z nim być. Psycholożka cytuje swoich pacjentów: „Gdy miałem problemy z depresją, najbardziej pomagały mi momenty kiedy ktoś, kogo kocham, siedział ze mną gdy płakałam albo bez słów brał mnie za rękę”, „Pomagało mi, gdy mąż mówił – jesteś dla mnie ważna, powiedz co mogę zrobić, aby ci pomóc, znajdę sposób, abyś poczuła się lepiej”.

2. Mikrogesty. Nie każdy z nas potrafi rozmawiać z bliskim chorym w odpowiedni sposób, psycholożka przekonuje, że pomocne mogą być także drobne gesty – przygotowanie ulubionego dania, napisanie ciepłego sms-a, czy zwykły uśmiech wysłany przechodząc obok.

3. Bez chłodu. Czasem, z bezsilności, próbujemy wymusić na kimś chorym zmianę przez gruboskórność, emocjonalny chłód, karzącą ciszę czy niecierpliwość. Według Serani takie zachowania są bolesne i szkodliwe.

4. Bez umniejszania bólu. Kiedy mówimy: „Nie jest tak źle” przeszkadzamy choremu przeżyć trudne uczucia. Depresja nie jest słabością ani wadą osobowości, to choroba, a u jej podłoża często leżą wyparte uczucia, które domagają się uwolnienia.

5. Bez doradzania. Naturalne wydaje nam się dzielenie się swoimi radami z bliską osobą, która potrzebuje pomocy, jednak może to spowodować dalsze „zapadanie” się w siebie. Lepsze zadziała pytanie: „Co mogę zrobić, żebyś poczuł/a się lepiej?”

6. Bez porównań. Nie próbuj przekonywać chorego, że wiesz jak może się czuć, nawet gdy też masz za sobą depresję, nie opowiadaj o innych znanych ci chorych na depresję osobach. Każdy z nas jest inny i w swój, indywidualny sposób przeżywa chorobę.

7. Przede wszystkim wiedza! Postaraj się jak najwięcej dowiedzieć się o depresji, porozmawiaj z psychologiem, poczytaj książki, zajrzyj do internetu. Pomoc chorującemu będzie najbardziej skuteczna wtedy, kiedy poznasz objawy, przebieg i następstwa choroby.

8. Cierpliwość. Serani uważa, że cierpliwość jest kluczowym elementem pomagania bliskiej osobie w depresji. Cierpliwość tego, który pomaga, daje choremu nadzieję. A ona ma ogromną moc!

  1. Psychologia

Gdy widzę pole do negocjacji, widzę więcej – na czym polegają negocjacje?

Negocjacje - przykłady z życia, które pomagają inaczej spojrzeć na wiele spraw. (fot. iStock)
Negocjacje - przykłady z życia, które pomagają inaczej spojrzeć na wiele spraw. (fot. iStock)
Wszędzie widzi pole do negocjacji, to pozwala jej marzyć. Uważa, że jednym z najgorszych rozwiązań jest kompromis, a politycy nie są dobrymi negocjatorami. Wygrać w negocjacjach z własnymi dziećmi to według psycholożki Ewy Kastory ponieść porażkę. Słowo „nie” oznacza dla niej: teraz nie, bo wszystko, co zdarzy się za chwilę, jest przyszłością, a negocjuje się zawsze przyszłość. Na czym polegają negocjacje? I jakie mogą być przykłady negocjacji w życiu codziennym?

Na czym polegają negocjacje? Można negocjować codzienność?
Trudno mi znaleźć taki obszar życia, który nie jest związany z negocjacjami. Wszędzie tam, gdzie są ludzie, trzeba uzgadniać swoje decyzje z innymi. Jest cały obszar możliwości, który ludzie odrzucają już na samym początku, właśnie dlatego, że nie widzą pola do negocjacji. Wchodzą do hotelu i widzą złotą tabliczkę z napisem, że o godzinie 12 kończy się doba hotelowa. 90 procent uznaje, że doba hotelowa kończy się o 12. Bez względu na to, czy mają samolot o 20, czy o 16, zaczynają sobie organizować rzeczywistość tak, by od 12 siedzieć w holu. Na początku trzeba zobaczyć pole do negocjacji, pójść i poprosić o przechowanie bagażu, dostęp do łazienki, a najlepiej, by doba hotelowa trwała dłużej.

Czego nie da się negocjować?
Wyłącznie obszaru wartości. Nawet konstytucję można negocjować, czyli najważniejszy zbiór praw. Gdy widzę pole do negocjacji, w ogóle widzę więcej. Za każdym razem, gdy traktuję cenę w salonie samochodowym lub gdziekolwiek indziej jako niezmienną rzeczywistość, osłabiam własną tendencję do kreowania rzeczywistości. Tak samo jest z rolami w rodzinie, to pewna umowa podlegająca zmianom. W życiu biznesowym widzenie wszędzie pola do negocjacji pozwala marzyć, bo to oznacza wchodzenie na nowy rynek bez ograniczeń. Bo jeszcze nie wiem, czy się nie da. Coś fantastycznego dzieje się na świecie, nie myślę ograniczeniami, jakie istnieją w Polsce, obawą, że istnieje bariera językowa. Raczej kombinuję, co zrobić, by splot decyzji poszczególnych osób pomógł mi być tam, gdzie pragnę.

Gdzie są granice?
Tam, gdzie mogę komuś zrobić krzywdę. Ale filozofia negocjacji zakłada, że ludzie są dorośli. I gdy dochodzi do jakiejkolwiek transakcji, obie strony muszą po jej zakończeniu czuć się lepiej niż przed. Bo przecież inaczej by do transakcji nie doszło. A to, czy ja się czuję sto razy lepiej, a ta druga strona tylko pięć razy lepiej, jest kłopotem drugiej strony. Jesteśmy dorośli i nawet po skończeniu transakcji możemy przecież rozmawiać dalej.

Negocjacje traktujesz jak pracę?
Tak. Wstaję i ćwiczę wytrwałość. Zadzwonię jeszcze raz, pójdę tam jeszcze raz, porozmawiam jeszcze raz. Ale negocjacje to również zabawa. Jestem na urlopie, negocjuję, za ile z dziećmi przejedziemy się po morzu na dmuchanym bananie. Daję im w ten sposób przekaz, że nawet jak nie masz, staraj się mimo to i sprawdź. Oczywiście, nie negocjuję odjazdu pociągu na kolei. Ale lubię poszerzać granice swojego wpływu. Moja córka przez długi czas chciała wyjechać do Stanów, co kilka miesięcy temat wracał, zależało jej bardzo. Słyszała ode mnie, że jest za młoda, że się nie zgadzam. W pewnym momencie już jako pełnoletnia poprosiła o rozmowę. Powiedziała, że sama jej mówiłam, że „nie” oznacza „teraz nie”. Odświeżyła temat, przekonała mnie, pojechała do Stanów, a ja byłem z niej dumna. W życiu tysiące razy słyszymy „nie”, a to, jak i ile razy możemy się podnieść po usłyszeniu odmowy, decyduje o sprawstwie.

Zawsze ignorujesz pierwszą odmowę?
Nie. Czasami zwycięża szacunek do odmowy. Czasami pojawiają się negocjacje problemowe, czyli wtedy, gdy dwie strony szukają rozwiązania, które może usatysfakcjonować wszystkich negocjujących. Przychodzi do mnie klient i mówi, że chce szkolenie za 5 tys. zł, a ono kosztuje 10 tys. Pozycyjne negocjacje są wtedy, gdy mówię 7 500. To jest kompromis, a z nim jest tak, że wszyscy są i tak niezadowoleni. Problemowo negocjuję, gdy pytam ich, po co im to szkolenie, okazuje się, że oni chcą się przygotować do negocjacji z ważnym klientem. Proponuję im, że wejdę do ich zespołu, zrobię to za 5 tys. zł plus prowizję od sukcesu.

Jakie są jeszcze przyklady negocjacji? Unikasz kompromisów?
To adekwatne rozwiązanie w sytuacji negocjacji pozycyjnych. Gdy kupuję papier do biura, to ekonomicznie jest wysłać zapytania do dostawców, wybrać najtańszą ofertę, zadzwonić, wynegocjować obniżkę 20 proc. i koniec transakcji. Nie ma potrzeby spotykać się, nie ma potrzeby relacji. Ale w codzienności, pracy z bliskimi tak nie można. Negocjacje problemowe wymagają inwestycji czasu, zaufania. Jestem gotowa to robić na parkingu pod domem, gdzie codziennie stawiam auto, ale nie na wakacjach, wtedy mogę iść na kompromis.

A nie boisz się, że tak wyuczysz swoje dzieci negocjacji, że niczego nie uda ci się od nich... wynegocjować?
Przeciwnie, to by była sama przyjemność. To, co stanowi o umiejętnościach negocjacyjnych, jest na ogół uniwersalną umiejętnością, taką jak dążenie do celu. Do tego dochodzi niezłomność, wspomniana wytrwałość, nieobrażanie się, cierpliwość, dbanie o samopoczucie drugiej strony, to wszystko pomaga nie tylko negocjować, ale żyć.

A co z emocjami, nie trzeba ich schować, negocjator może powiedzieć, że jest wściekły?
Mówienie o emocjach nie jest zabronione, ale trzeba z tym uważać. Czasami lepiej jest powiedzieć: „To mnie zaskoczyło, wróćmy do tego jutro”. Albo: „Ta propozycja jest dla mnie bardzo trudna”. Można też powiedzieć: „Jestem wściekła, proszę o przerwę”. Nie jest najmądrzejsze negocjować pod wpływem dużych emocji, bo można wtedy złożyć niekorzystną dla siebie propozycję. Na pewno negocjator nieświadomy tego, co czuje, działa przeciwko sobie, samoświadomość jest potrzebna. Czasami lepiej powiedzieć, że coś mnie złości, chcę to sprawdzić, niż przeczekać wylew emocji i odejść od stołu. Skutecznym narzędziem jest odroczenie reakcji.

Co to znaczy?
Umiejscowienie siebie pomiędzy akcją a reakcją, nie bycie bezwolnym. Obserwowanie tego, co się dzieje dookoła mnie i wewnątrz. Na przykład podczas negocjacji ktoś mnie prowokuje albo obraża, to jest akcja. Zanim pojawi się reakcja, dobrze zabrać sobie trochę czasu na sprawdzenie tego, co naprawdę chcę osiągnąć i co mogę stracić, reagując impulsywnie. Dlatego Szkołę Negocjacji rozpoczynam treningiem interpersonalnym. Moje reakcje bywają najsilniejszą barierą. Ktoś coś mówi, ja się wściekam i chcę szybko reagować. Do tego dochodzi wrodzona w nas presja, żeby odpowiedzieć na zadane pytanie. Walczę z tym. Na każde pytanie zawsze mogę odpowiedzieć po czasie, uprzejmie informując mojego rozmówcę, że potrzebuję chwili do namysłu. To zaszłość ze szkoły, pani się pyta i kto szybciej podniesie rękę, ten inteligentniejszy. A to nie tak. Ważna jest zasada słonia, to znaczy – nigdzie się nie śpieszyć. Nawet kiedy idę na bardzo trudną rozmowę, ważne spotkanie, powtarzam sobie w myślach: „Nie musisz tam nic powiedzieć”.

A zdarza ci się negocjować pozycyjnie z własnymi dziećmi?
Tak, bo dzieciom potrzebne są granice, a ja nie zawsze muszę tłumaczyć dlaczego, chociażby wtedy, gdy wytłumaczyłam już to dziesięć razy. Rzadko jednak negocjuję w relacjach pozycyjnie, bo będąc z kimś blisko, szukam rozwiązań. Nawet gdy ustalam godzinę powrotu dziecka do domu. Interesuje mnie nie tylko czas, ale – jak wróci, z kim i to, by dziecko zrozumiało, dlaczego mi zależy, by było wcześniej.

Mówienie dziecku: „Nie, bo nie, i koniec”, to nie są przykłady negocjacji pozycyjnych?
Zachowując się w ten sposób, narażam się na to, że swoje decyzje będę musiała wielokrotnie powtarzać. Głównym zadaniem rodzica jest uczyć dzieci życia, jeśli nie mówimy im, dlaczego coś robimy albo po co, to trudniej im będzie samym znajdować rozwiązania. Dobrze jest, by dzieci zachowywały się tak, jak chcemy, nawet wtedy gdy nas nie ma w pokoju, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy z nimi w relacji. Szczególnie podczas negocjowania decyzji, które oceniamy jako błahe i drobne, a dla nich są bardzo istotne. Jeśli dziecko siedzi prosto przy stole na obiedzie rodzinnym, ale u kolegi już nie, to prawdopodobnie nie rozumie, dlaczego ma to robić.

Przegrałaś kiedyś w negocjacjach z dziećmi?
Użycie słowa „przegrać” jest wbrew mojemu myśleniu o negocjacjach. Możemy dojść do porozumienia lub nie. Jeśli moje dzieci przegrały w negocjacjach ze mną, to i ja przegrałam. Jeśli postawiłam na swoim, ale mam obrażony cały dom, to nikt nie wygrał, to się prawie nigdy nie opłaca.

Dzieci są dla ciebie partnerami podczas negocjacji, mimo że masz więcej doświadczenia, władzy, wiedzy?
W świecie zawodowym podczas biznesowych negocjacji na ogół ktoś ma więcej władzy, doświadczenia, wiedzy i wciąż możemy być partnerami. Czasami negocjuję ze słabszej, czasami z silniejszej pozycji, ale skoro siedzę z kimś przy stole, czy to z rodziną, czy klientem, znaczy to, że jest jakiś obszar, w którym siebie nawzajem potrzebujemy. Jeśli mam przewagę, to nie znaczy, że mi nie zależy.

Uczysz negocjacji, ale czy nie jest tak, że część umiejętności składających się na negocjacje jest wrodzona?
Oczywiście. Dzieci negocjują od małego, wymagają, tupią, obrażają się, potem trzaskają drzwiami, przymilają się, sprawiają prezenty, wypróbowują różne narzędzia wywierania wpływu. Pomimo naturalnych skłonności można się w negocjacjach szkolić, zdobywać nowe doświadczenia i umiejętności. Źródłem sukcesu jest umiejętność zobaczenia jak największej ilości perspektyw w danej sytuacji. To zwiększa możliwe manewry, zrozumienie dla drugiej strony, kreowanie nowych rozwiązań.

Kiedy opłaca się przerwać negocjacje, odejść od symbolicznego stołu? Masz przykłady z życia?
Jest coś takiego jak pułapka konsekwencji. Negocjator wie, że jak popełni błąd, to może się z niego wycofać. Jeśli przeszarżował, może wrócić na stare miejsce. Nie ma nic złego w stwierdzeniu: „Przesadziłem, pomyliłem się, żałuję, przepraszam, czy możemy wrócić do tej rozmowy”. Czasami, odchodząc od stołu, sprawdzam granicę, dowiaduję się, czy ci po drugiej stronie nie blefują, ryzykuję tyle, że być może za chwilę będę musiała wrócić, wycofać się z decyzji.

A co, jeśli okaże się, że nie ma powrotu?
Jeśli odchodzę na krótką chwilę, prawie zawsze jest powrót. To na pewno nie może być stała strategia negocjacyjna, bo wtedy traci się wiarygodność. Ale daję sobie prawo do pomyłek.

Nigdy nie miałaś poczucia, że straciłaś twarz?
Nie, w negocjacje nigdy nie angażuję twarzy. Ważne jest oddzielanie ludzi od problemu. Jeśli ktoś podczas negocjacji mówi mi, że jestem niekompetentną idiotką, mogę powiedzieć, że rozumiem, iż złożona propozycja nie odpowiada na oczekiwania, zobaczmy, co trzeba by zmienić. Nie zależy mi na tym, by ten człowiek uważał mnie za mądrą, godną, chcę coś osiągnąć. A dla wielu ludzi kluczowe jest to, jak wypadną, a nie – czy wypadną.

Tak jak w świecie polityki?
Sprawa, o którą walczą, jest tylko ułamkiem tego, na czym im tak naprawdę zależy, czyli pozostanie na scenie. Polityk, który jak każdy dobry negocjator przemilczałby, wysłuchał, zrozumiał drugą stronę, skazałby się na niezaistnienie. Bo przeczekaliby tak trzy spotkania i nikt by ich nie zaprosił na kolejne, oni nie mogą zapomnieć o nadrzędnym celu, którym jest utrzymanie władzy. Gdy to stracą, już niczego nie osiągną. Gdy Pawlak podczas rozmowy z Tuskiem wstał od stołu przy negocjacjach emerytur, użył narzędzia z negocjacji pozycyjnych, czego nie robi się w sytuacji pozostawania z kimś w relacji, do której trzeba będzie wrócić. Stało się to narzędziem pokazowym, a nie negocjacyjnym.

A dobre przykłady negocjacji ze sceny politycznej?
Okrągły stół. Ludzie, którzy wcześniej mówili sobie, że się powieszą na latarniach, usiedli do stołu, schowali swoją dumę, swoje odsiedziane lata w więzieniu. I rozmawiali. Wiedzieli, że dokonanie rachunku krzywd nie doprowadzi do rozwiązania.

Bo negocjuje się przyszłość?
Gdy zaczynasz negocjować przeszłość, skazujesz się na porażkę. Negocjuje się zawsze przyszłość. Tak jest nie tylko w polityce, ale w każdej codzienności, w rodzinie, przyjaźni, miłości, w rysowaniu marzeń.

Ewa Kastory: psycholożka i trenerka rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne, certyfikowany coach ICC, absolwentka Université Des Sciences Humaines de Strasbourg oraz Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Psychologia

Semantyka – słowa mają moc. Czy wypowiadasz je z uważnością?

Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Słowa dają i odbierają życie. Są błogosławieństwem i przekleństwem. Niszczą i leczą. Bywają jak uderzenie kamieniem i jak miód na serce. Napastliwe są przyczyną depresji i chorób, zachwytu – uskrzydlają. Jakich słów używamy? Jakich chcielibyśmy słuchać? Dlaczego tak łatwo wypowiadamy te, które ranią, a tak rzadko słowa uznania?

Używamy raniących słów, a nawet dopuszczamy się słownej agresji. Chyba nie ma nikogo, kto byłby od tego wolny. Kierowani lękiem i bezsilnością staramy się uzyskać władzę i kontrolę nad ludźmi, aby poczuć się lepiej. Często nie jesteśmy ani trochę świadomi, co kryje się za słowami, które wypowiadamy, ponieważ zjawisko słownej agresji jest w pewnym sensie częścią naszej kultury, jak pisze w książce „Toksyczne słowa” [Jacek Santorski & Co 2002] Patricia Evans.

„Dominacja, wymuszanie uległości, umniejszanie cudzych osiągnięć i zawyżanie własnych, dławienie oporu, manipulacja, krytyka, stosowanie nacisku i zastraszanie to akceptowane przez wielu reguły gry”.

Możemy poddać się dyktaturze kultury, jednak dobrze wiedzieć, że agresja słowna jest źródłem niezliczonych cierpień, ponieważ odcina od życia, od stanu współczucia. Wyklucza bliskość. Napastliwe słowa są przyczyną depresji i chorób. Głębokiego bólu. Smutku. Ciężaru w żołądku. Dławienia w gardle. Ściśniętego serca.

Gdy doktor Marshall B. Rosenberg, psycholog, założyciel Ośrodka Porozumienie bez Przemocy, zastanawiał się, jakie czynniki decydują o tym, że wzmacniamy w sobie życiodajny stan współczucia, uderzyła go kluczowa rola języka i sposobu, w jaki posługujemy się słowami. Posłuchajmy siebie: jakich słów używamy i w jaki sposób to robimy? Jakie słowa kierują do nas ludzie?

Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem

Komunikaty odcinające od życia to – wśród ogromnego bogactwa form, które mamy do dyspozycji – osądy, czyli stwierdzenia sugerujące, że ludzie, których działanie jest niezgodne z naszym systemem wartości, nie mają racji lub są źli. „Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem”, „Ona jest leniwa”, „Oni mają mnóstwo uprzedzeń”.

Zaprząta nas, kto jest dobry, zły, normalny, nienormalny, odpowiedzialny, nieodpowiedzialny, bystry, ograniczony, leniwy, głupi. Jeśli bliska osoba prosi mnie o więcej czułości, niż od niej dostaję, jest „zachłanna i niesamodzielna”.

Ale jeśli ja zapragnę więcej czułości, niż od niej dostanę, uznam, że jest „wyniosła i niewrażliwa”. Jeśli koleżanka z pracy bardziej niż ja przejmuje się detalami, jest „małostkową pedantką”, lecz jeśli to mnie detale bardziej leżą na sercu niż jej, będzie „niechlujną bałaganiarą”.

Patricia Evans w „Toksycznych słowach” wyróżnia rodzaje słownej agresji. To nie tylko wyzwiska („idioto”, „głupku”), wybuchy gniewu („zamknij się!”), zastraszanie, rozkazywanie, ale także nasze całkiem zwyczajne, niewinne powiedzonka. Wycofywanie się: „co mam ci powiedzieć?”, „o co ci chodzi, przecież rozmawiamy?”, „nigdy nie dopuszczasz mnie do głosu”. Sprzeciwianie się: „ależ skąd, wcale tak nie jest”, „mylisz się”. Lekceważenie: „jesteś przewrażliwiona”, „wyciągasz pochopnie wnioski”, „przesadzasz”, „masz zbyt bujną wyobraźnię”, „nie wiesz, o czym mówisz”, „wydaje ci się, że zjadłaś wszystkie rozumy”, „kiedy nie narzekasz, jesteś nieszczęśliwa”, „opacznie wszystko pojmujesz”. Słowna agresja ukryta w żartach („niedługo zapomnisz własnej głowy”, „czego można się spodziewać po kobiecie?”) rani do żywego, trafiając w najczulsze punkty.

Gdy mówimy, że jest nam przykro, możemy usłyszeć, że nie znamy się na żartach, bierzemy wszystko zbyt poważnie, robimy z igły widły. Wszystkie te stwierdzenia mają charakter napastliwy. Przerywanie i odwracanie uwagi: „zawsze musisz mieć ostatnie słowo!”, „nie rozumiem, do czego zmierzasz! Koniec dyskusji!”, „to stek bzdur!”, „odczep się ode mnie!”, „daj spokój!”, „przestań gadać!”, „skąd ci przyszedł do głowy tak szalony, głupi (dziwaczny, kretyński) pomysł?”, „przestań zrzędzić!”. Krytykowanie: „nie potrafisz wygrywać”, „zwariowałaś”, „nie wiesz, kiedy przestać”, „następnym razem powinnaś...”, „zobacz, co przegapiłaś”. Stwierdzenia zaczynające się od słów: „kłopot z tobą polega na tym, że...”, „twój problem polega na tym, że...”, są formą krytycznego, agresywnego osądu.

Podważanie opinii: „kto cię pytał?”, „zawsze musisz dorzucić swoje pięć groszy!”, „to cię przerasta”, „nigdy ci się to nie uda”, „myślisz, że jesteś taka mądra!”, „kogo chcesz zadziwić?!”.

Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba?

Co z tym robić? Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” [Jacek Santorski & Co 2003] proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. Teoretycznie to proste: zamiast osądzać i stawiać diagnozy, skupiamy się na jasnym wyrażaniu swoich spostrzeżeń, odczuć i potrzeb. Zamiast obrażać się na ludzi za ich nieprzemyślane słowa, wsłuchujemy się w nie i wydobywamy z nich uczucia, którymi są podszyte, ponieważ za każdym komunikatem kryją się uczucia i potrzeby. Nie mamy w tym wprawy, ponieważ raczej nie uczono nas ufać uczuciom, więc odcinamy się od tego, co się w nas dzieje. Nasza uwaga zwrócona jest na zło i niedostatki „nieprawidłowej” natury, nad którą musimy zapanować.

Tymczasem nasza natura jest jak najbardziej w porządku– w sposób naturalny jesteśmy zdolni czerpać radość ze współczującego dawania i brania. Gdy osądzamy i interpretujemy cudze zachowanie, tym samym ujawniamy własne pragnienia i oczekiwania. Reagujemy zgodnie z nawykiem: skoro moje potrzeby nie zostały zaspokojone, poszukam winy w tobie. Jeśli ktoś mówi: „Nigdy mnie nie rozumiesz”, tak naprawdę informuje tylko o tym, że pragnie być rozumiany.

Słuchaj, czego ludzie potrzebują, a nie co o tobie myślą – to jedna z głównych tez porozumienia bez przemocy. Każdy napastliwy komunikat może być dla nas jedynie informacją o drugim człowieku, o jego niezaspokojonych potrzebach.

Zadajemy sobie wówczas pytania: Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba? Jakie budzi we mnie uczucia i jakie potrzeby kryją się za tymi uczuciami?

Rosenberg przywołuje historię, która mu się przydarzyła. Prowadził zajęcia o języku serca w meczecie na terenie obozu dla uchodźców w Betlejem. Słuchało go 170 palestyńskich muzułmanów. Nagle jeden z nich nazwał go „amerykańskim mordercą”. „Na szczęście zdołałem skupić się na jego uczuciach i potrzebach”, pisze Rosenberg. Zaczęli rozmawiać i usłyszał o jego bólu, rozpaczy, pragnieniu lepszego życia i złości na Amerykanów. „Kiedy ten człowiek nabrał pewności, że go rozumiem, zdołał wysłuchać moich wyjaśnień, dlaczego przyjechałem do obozu uchodźców. Gdy minęła kolejna godzina, ten sam człowiek, który nazwał mnie mordercą, zaprosił mnie do siebie do domu na świąteczną kolację, bo działo się to akurat w czasie Ramadanu”.

Polecamy: Theodore Zeldin „Jak rozmowa zmienia twojeżycie”, W.A.B. 2001; Samuel Shem, Janet Surrey „Musimy porozmawiać”, Jacek Santorski & Co 2002; Arthur H. Bell „Nie musisz tego słuchać”, Rebis

  1. Styl Życia

Kobiety kobietom – projektantka Maja Kotala i jej projekt "Szyjemy razem"

Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi
Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi "Sewing Together" – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznesu. (Fot. materiały prasowe)
Projektantka Maja Kotala zawsze szła za głosem intuicji. A ta kilka lat temu podpowiedziała jej, by udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi „Sewing Together” – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznes.

Byłaś modelką, projektantką, stylistką, reprezentowałaś marki modowe na światowym rynku. Podróżowałaś i często się przeprowadzałaś. Jednak zdecydowałaś się osiąść w Afryce i zająć się pomocą tamtejszym kobietom. Skąd pomysł na taką działalność?
Zawsze na swojej drodze spotykałam niesamowitych ludzi. Swego czasu bardzo pomógł mi Nicholas Huxley – dyrektor szkoły projektowania mody w Sydney. Dał mi szansę, bo zauważył we mnie talent. Dzięki niemu mogłam studiować w Australii. Zdałam sobie sprawę, ile miałam szczęścia w życiu, i odczułam potrzebę, żeby się tym szczęściem podzielić. Wiedziałam, że chcę działać w obszarze dobroczynności, ale też miałam świadomość swoich ograniczeń – domów raczej nie wybuduję, studni nie poszukam... Za to mam doświadczenie w branży modowej i tą wiedzą mogłam się podzielić. Tak powstał program „Sewing Together”, którego celem jest nauka projektowania, szycia i prowadzenia biznesu dla kobiet w Afryce Wschodniej. W 2018 roku wyjechałam do Ugandy, znalazłam odpowiednie miejsce, rok później byłam w Nairobi, ale to Mombasa skradła moje serce i tu z moim projektem zostałam.

Dlaczego wybrałaś Afrykę?
Bardzo ufam swojej intuicji. Czasami przez to wpadam w tarapaty, bo szybciej robię niż myślę, ale zwykle się sprawdza. Kiedy sobie wymarzyłam Australię, to po prostu zaraz po maturze tam wyjechałam. Poczułam, że to jest mi w tym momencie pisane. Do Afryki nie planowałam jechać jako turystka, chciałam czegoś silniejszego i bardziej prawdziwego. Znalazłam tu moje powołanie, czyli pracę charytatywną. W Kenii odnalazłam spełnienie i poczułam się prawdziwą sobą.

Jak działa „Sewing Together”?
Naszym celem jest pomoc kobietom przez naukę zawodu. Uczymy szycia, projektowania, tworzenia szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Dlatego kładziemy nacisk na media społecznościowe, fotografię. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi, pójść za głosem serca, a niekoniecznie odgrywać role narzucone im społecznie. Staram się zaszczepić w nich wiarę i nadzieję w to, że samemu można wiele zdziałać. Można być dobrą matką i żoną, ale też można pracować i się rozwijać.

Kim są twoje kursantki? To głównie młode dziewczyny?
Mają między 19 a 25 lat. Nie jesteśmy szkołą w formalnym tego słowa znaczeniu, ale pozwalamy im zdobyć zawód i nie pobieramy za to opłat. Trzeba zaznaczyć, że w Kenii edukacja jest płatna, więc nie jest dostępna dla wszystkich. Dlatego tak ważne są wszelkie wspierające nas inicjatywy, kooperacje, nasz internetowy sklep charytatywny.

Nawiązałaś też współpracę z polskimi markami. Na czym ona polega?
Współpracujemy z różnymi markami i na różne sposoby. Z eCarla wygląda to tak, że procent ze sprzedaży produktu jest przekazywany na rozwój naszej szkoły. Dla Many Mornings oprócz akcji sprzedażowej stworzyliśmy też kampanię wizerunkową ukazującą piękno kenijskich kobiet. Drugą formą współpracy są działania z Nago, KOKOworld i Pan tu nie stał. Te marki wspierają nas ścinkami ekologicznych materiałów, a my przez kilka godzin w tygodniu szyjemy podpaski wielorazowego użytku, które potem rozdajemy w szkołach. Dla nas istotna jest nie tylko nauka szycia, ale i tego, że warto się dzielić z innymi. Trzecia forma to bezpośrednia współpraca z ludźmi.

– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś usłyszałam, że pomagać mogą tylko bogaci, ale się z tym nie zgadzam, pomagać może każdy. Jakiś czas temu z Agnieszką Lisikiewicz zorganizowałyśmy inicjatywę „Oddaj piórnik”. Zaapelowałyśmy do polskich mam, żeby podzieliły się przyborami szkolnymi, których tutaj w wielu wioskach brakuje. Miało to bardzo duży i pozytywny oddźwięk w całej Polsce, aż ciężko było te wszystkie dary przetransportować do Kenii. Nawet mały gest ma znaczenie. Jest też druga twarz tych akcji. Poruszamy ważne kwestie społeczne – razem z Nago podjęłyśmy temat miesiączki, który nadal jest tabu, a dotyczy połowy ludzkości. Z kolei akcja z KOKOworld miała pokazać, że wszystkie jesteśmy piękne. Zrobiłyśmy zdjęcia różnym kobietom: Hinduskom, Kenijkom.

Kto może przystąpić do programu „Sewing Together”?
Każda dziewczyna z pasją. Mamy tu na miejscu trochę wybuchową mieszankę, bo w Kenii bardzo ważna jest przynależność plemienna, a nasze kursantki reprezentują różne plemiona. Mają różne temperamenty, różne dominujące cechy, ale uczymy się współpracować.

Była u nas Mariam, młoda matka, którą odrzuciła rodzina, bo zaszła w ciążę przed ślubem. Przyszła, by nauczyć się zawodu i zapewnić sobie i dziecku lepszą przyszłość. Albo Gladys – jej rodzice chcą, by skończyła studia hotelarskie, ale ona tak naprawdę chciałaby szyć, więc wróci, gdy tylko je skończy, na razie była z nami podczas wakacji. Saida – bardzo utalentowana uczennica wyznania muzułmańskiego. Rodzice zabronili jej wyższej edukacji, zatrzymała się na etapie naszego dawnego gimnazjum, więc teraz kształci się u nas. Mamy nadzieję, że niebawem będzie mogła zarabiać swoje pierwsze pieniądze.

Czy można już mówić o jakichś sukcesach?
Sukcesem są nie tylko powstałe kolekcje, ale też to, że udaje nam się działać razem mimo przeciwności. Plan był taki, że miałam na przełomie marca i kwietnia wracać do Polski i przywieźć naszą kolekcję, ale ze względu na pandemię stało się to niemożliwe, więc postanowiłyśmy działać lokalnie. Podjęłyśmy współpracę z miejscowymi restauracjami, w których zorganizowałyśmy tymczasowe punkty sprzedaży typu pop-up shop. To pierwszy krok, żeby zaistnieć na modowym kenijskim rynku i spełnić nasze marzenia. Tych marzeń mamy bardzo dużo, jednak doceniamy wszystko to, co już wspólnie wypracowałyśmy.

Czyli zmieniłyście plan, ale dalej działacie.
Afryka nauczyła mnie właśnie tego, żeby nie poddawać się negatywnym emocjom. W Polsce często się narzeka, właściwie na wszystko, tu w ogóle to zjawisko nie istnieje. Ludzie mają świadomość, że są w trudnej sytuacji, ale nawet w kryzysie, zamiast biadolić, od razu szuka się rozwiązań. Tu nie wybiega się za bardzo w przyszłość. Ten styl myślenia w połączeniu z moją kreatywnością i europejską organizacją powoduje, że bardzo szybko możemy zareagować na różne problemy. Co nie oznacza, że zawsze jest łatwo... Mimo to tutejsza energia sprawia, że chce mi się działać.

Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)

A jak my w Polsce możemy się włączyć w tę akcję? Czy możemy jakoś wspomóc tę ideę?
Zachęcamy do zakupów w naszym internetowym sklepie – mamy kolekcję damską, męską, dziecięcą, sporo lokalnych akcesoriów, biżuterii. Działamy w duchu zrównoważonego rozwoju. Nasze kolekcje powstają z ekologicznych materiałów, produkowanych lokalnie albo z recyklingu. Nowa letnia kolekcja powstała głównie z prześcieradeł, które dziewczyny same farbowały. Dajemy rzeczom drugie życie – tutaj w Kenii to bardzo popularna idea.

Wciąż używasz liczby mnogiej. W twoim projekcie najważniejsza jest chyba ta idea działania razem, czyli właśnie „together”?
Tak! To w grupie jest siła. Poza tym w grupie też jesteśmy w stanie się wiele od siebie nawzajem nauczyć. Nie wiem wszystkiego. Jestem otwarta, ja też wiele się od dziewczyn uczę.

Jakie macie plany na najbliższy czas? Choć oczywiście wiem, jak trudno teraz planować...
Chciałabym rozwijać naszą pracownię. Kupić trzy maszyny, żeby dziewczyny mogły przejść na wyższy poziom, bo na razie mamy tylko jedną maszynę podłączoną do prądu. W przyszłości planuję też pomóc Judy Gitonga – kobiecie, która jest dla mnie ogromnym wsparciem. Miała kiedyś swoją markę, ale z powodu pandemii musiała ją zamknąć. Wypożyczyła nam jednak sprzęt i dziś dziewczyny na nim się uczą. Naszym marzeniem jest, żeby w przyszłości Judy stworzyła miejsca pracy dla dziewczyn. Ja bym kontynuowała działalność dobroczynną, a Judy zajęłaby się stroną biznesową. Jesteśmy również otwarte na kolejne współprace, bo chcemy, żeby o projekcie usłyszało jak najwięcej osób. No i mamy nadzieję, że nasza kolekcja dobrze sprzeda się w Polsce.

Maja Kotala, ukończyła Fashion Design Studio, TAFE Ultimo w Sydney. W 2018 roku stworzyła program edukacyjny „Sewing Together”. W 2020 został otwarty jego pierwszy stacjonarny oddział w Mombasie, czyli Szkoła im. MKotala. Wykształciła już 8 dziewczyn, kolejne 6 jest w trakcie nauki. Ich kolekcje można kupić na stronie www.mkotala.com w zakładce Charity Shop.