1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Chcę i mogę! Motywacja ważniejsza od wykształcenia i talentu

Chcę i mogę! Motywacja ważniejsza od wykształcenia i talentu

Motywowanie innych to jedna z najbardziej cennych umiejętności przywódców i szefów. Ale motywowanie samego siebie to dopiero sztuka! (Ilustracja: iStock)
Motywowanie innych to jedna z najbardziej cennych umiejętności przywódców i szefów. Ale motywowanie samego siebie to dopiero sztuka! (Ilustracja: iStock)
Zmienić pracę, rzucić palenie, założyć własną firmę, schudnąć, nauczyć się grać w tenisa. Czego to w życiu nie planujemy! I na ogół na planach się kończy. Nawet jeśli jesteśmy do tego przygotowani, mamy odpowiednią wiedzę i fachowe wsparcie. Dlaczego? Bo brakuje nam wewnętrznego zapału, czyli – motywacji.

Rudolph Giuliani, słynny burmistrz Nowego Jorku, który dowodził akcją ratunkową 11 września 2001 roku, a wcześniej doprowadził do radykalnego spadku przestępczości w mieście, przyznał publicznie: „mój sukces był możliwy dzięki zmotywowaniu pracowników podległych mi służb”. To samo mówią szefowie wielu firm przebojem wkraczających na rynek. Są zgodni, że bez odpowiedniej stymulacji załogi niewiele da się osiągnąć, zwłaszcza na dłuższą metę. Motywowanie innych to jedna z najbardziej cennych umiejętności przywódców i szefów. Ale motywowanie samego siebie to dopiero sztuka!

Tamara Lowe, współczesna amerykańska ekspertka od motywacji, porównuje ten wewnętrzny imperatyw do paliwa napędzającego samochód. W książce „Zmotywuj się!” pisze: „Gdybyś miał Bugatti Veyron, cud techniki motoryzacyjnej za milion dolarów, ale nie nalałbyś do niego paliwa, nigdzie byś nie pojechał. Podobnie jest z motywacją. Bez niej człowiek posiadający całą mądrość, talenty i wszystkie możliwości świata nie będzie w stanie wykorzystać tego potencjału”.

Motywacja to jeden z najważniejszych kluczy do sukcesu, i to w każdej sferze naszego życia. Bije na głowę tak skądinąd istotne wartości, jak wykształcenie czy talent. Co do tego wśród psychologów panuje zgoda. Różnice polegają na rozumieniu, czym w istocie jest motywacja.

Zwolennicy teorii instynktu (m.in. Zygmunt Freud) uważają, że motorem wszystkich naszych zachowań są pierwotne potrzeby, takie jak: głód, seksualność, ale także potrzeby społeczne, jak miłość, współczucie. Przedstawiciele teorii humanistycznej (Abraham Maslow) twierdzą, że ludzie są motywowani także przez potrzebę osobistego rozwoju. Podkreślają, że człowiek jest w stanie wytrzymać ból, głód i wiele napięć, aby osiągnąć stan samorealizacji. Maslow sformułował tezę, że nasze potrzeby tworzą pewną hierarchię – od fizjologicznych, przez potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i miłości, po realizację własnego niepowtarzalnego potencjału. Z kolei przedstawiciele teorii poznawczej zakładają, że ludzie są urodzonymi naukowcami, którzy dążą do zrozumienia świata. A wszystko po to, by móc kontrolować i przewidywać bieg wydarzeń. Wedle tej teorii motywacja to pragnienie usuwania sprzeczności, jakie tkwią w naszym światopoglądzie, i chęć usprawiedliwiania własnego postępowania.

Dlaczego robimy to, co robimy

Ekspert w dziedzinie psychologii perswazji, emocji i podświadomości Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, profesor Rafał Ohme, wydaje się przykładem naukowca o wysokim stopniu samomotywacji. W wieku 36 lat zdobył tytuł profesora, wykłada na zagranicznych uniwersytetach, jest autorem licznych publikacji naukowych, założył własną firmę badawczą. Zanim odpowie na pytanie, co go popycha do działania, wylicza trzy rodzaje motywacji.

Pierwszy – ze względu na zewnętrzne nagrody bądź kary: chce nam się pracować, bo uzyskujemy za to wynagrodzenie lub inne gratyfikacje materialne. Albo pracujemy, bo boimy się kar za to, że czegoś nie zrobimy. – To najmniej skuteczna forma motywacji, bo oparta na wzmocnieniu zewnętrznym – mówi profesor. – A takie wzmocnienie działa, niestety, na krótką metę. Gdy na przykład rodzice wyjadą i nie sprawdzą, czy dziecko odrabia lekcje – to ono natychmiast przestaje się uczyć. Także motywacja tylko ze względu na pieniądze nie jest trwała. Bo jak konkurencyjna firma zaproponuje nieco wyższe uposażenie, to pracownik powie „do widzenia” i odejdzie.

Drugi typ motywacji – identyfikacja z szefem, idolem, przywódcą, guru – jest dużo skuteczniejsza. Człowiek potrafi dużo znieść, zaciśnie zęby, byle szef był z niego dumny. Ale gdy czar szefa pryśnie, gaśnie też zapał do pracy. Inaczej dzieje się w przypadku trzeciego rodzaju motywacji – pracy dla idei, wartości (internalizacja). Trudno ją ot, tak sobie zgasić, jest najtrwalsza i najskuteczniejsza.

– Większość naukowców w Polsce działa pod wpływem tej właśnie motywacji – mówi profesor Rafał Ohme. – Nasze zarobki są nadal dużo niższe niż kolegów z Niemiec czy Francji. Pracujemy dla samej radości odkrywania, poznawania, dlatego że robimy coś po raz pierwszy, że nikt przed nami tym się nie zajmował. Podobny imperatyw kierować musi artystami, ludźmi wolnych zawodów, bo przecież nikt ich nie pogania i nie dopinguje.

Pisarka Olga Tokarczuk: – Staram się przede wszystkim robić to, co lubię. Wtedy motywacja do pracy całkowicie się uwewnętrznia, a to znaczy, że zamienia się w pasję. Wtedy czuję naturalność tego zadania, oczywistość i wielką przyjemność z pracy. Samo się robi, samo się pisze, samo się wymyśla. Przy pisaniu czasem mi się to zdarza. A kiedy się nie zdarza, stosuję system małych nagród: ulubiony pasjans po skończeniu jakiegoś fragmentu, dobry film na zakończenie dnia, a czasami – po zrobieniu większej części – wypad do miasta do ulubionych miejsc. Zauważyłam ogromną różnicę między pracą z przekonaniem i przyjemnością a tą bez przekonania i bez przyjemności. Ta druga jest chyba tym przekleństwem z Biblii i lepiej jeść suchy chleb, niż tak się męczyć. Zawsze żyję jedną nogą w przyszłości, dlatego już niejako widzę efekty tego, co robię teraz. Podobno to niezdrowe i należy zakorzenić się w tu i teraz. Na mnie to nie działa, niestety. W tu i teraz zastygam w bezruchu i gasnę. Myślenie, że to, co teraz robię, już w jakiś dziwny sposób istnieje w przyszłości, dodaje energii, motywuje.

Odkryj swój talent

Lech Majewski, reżyser, pisarz, malarz: – Jeżeli człowiek nie ma „poganiacza”, wtedy sam ma większą siłę działania. Zmuszanie rodzi naturalny opór. Ja właściwie nie mam innej motywacji poza określoną wizją i niezgodą na chaos i upadek wartości, które obserwuję wokół.

Ci, którym udało się dotrzeć do tej najtrwalszej z motywacji – wewnętrznej – zapewniają, że każdy może ją w sobie uruchomić. Trzeba tylko odkryć swoje mocne strony, talenty, pasje. I pójdzie jak z płatka.

Profesor Rafał Ohme: – Każdy z nas posiada jakiś niezwykły talent, który czyni go unikalnym. I kto ten talent odkryje, ten tak naprawdę wygra, bo to będzie go pchało do działania. Tymczasem wielu ludzi całe życie nie wie, że są urodzonymi brydżystami albo że idealnie graliby w golfa. Dlatego trzeba jak najwięcej w życiu próbować. Dla zabawy, przyjemności, dla towarzystwa. Gdy ktoś nas do czegoś namawia, nie mówmy: „nie, nie wiem, o co chodzi”. Spróbujmy, bo a nuż okaże się, że to jest to coś, co sprawi nam radość, do czego mamy predyspozycje. Profesor Ohme, który bada związki między pracą mózgu a emocjami, uważa, że wkrótce nauka będzie umiała nam pomóc odkrywać talenty! Przekonuje, że za 30 lat powstaną urządzenia, które zeskanują nasz mózg i podpowiedzą, w jakiej dyscyplinie sportu, nauki, sztuki osiągnęlibyśmy świetne wyniki.

– Rodzice będą mogli nawigować swoje dzieci dużo mniej boleśnie niż obecnie – mówi profesor. – I na przykład nie będą zmuszali ich do uporczywej nauki gry na pianinie, bo będzie wiadomo, że część mózgu dziecka odpowiedzialna za tę umiejętność nie jest do tego predestynowana. Zanim jednak to nastąpi, otwierajmy się nie tylko na nowe umiejętności, ale także na różne smaki, kuchnie, filmy, książki. Bo może okazać się, że to jest dokładnie coś, czego poszukiwaliśmy przez długie lata. Nie bójmy się próbowania, nikomu od tego krzywda się nie stanie, a może odkryjemy talenty, które w każdym z nas od dawna drzemią. Jest jeszcze jeden „skutek uboczny” otwierania się na różnorodność. Otóż jeśli nawet nie odkryjemy talentu, to i tak nasz mózg przejdzie niezwykłe ćwiczenie, które zwiększy naszą kreatywność. Badania dowodzą, że poddanie mózgu różnorodnym bodźcom – nawet jeśli jedne nam się podobają, a inne nie – wpływa na zwiększenie kreatywności. Co więcej, ludzie kreatywni dłużej są młodzi. Bo młodość polega na tym, że mózg nie popada w rutynę, tylko szuka sobie nowej ścieżki rozwoju. Wtedy też, niejako przy okazji, rodzi się prawdziwa, wewnętrzna motywacja.

Zdjąć betonowe buty

Lech Majewski na pytanie, jak się motywować, odpowiada: – Najważniejsze to traktować przeszkody jak mądrych doradców. To nie jest łatwe, ale możliwe. Bo jak zaczniemy uważać przeszkody za wrogów i zaczniemy się ich bać, to zabijemy motywację i nie pójdziemy do przodu. Jak by nie patrzeć na przeszkody, one muszą być. Mówiąc metaforycznie: biegacz nie może oczekiwać, że dystans skróci się albo że inni nie będą biec. Piłkarz nie może liczyć, że pozostali, łącznie z bramkarzem, zejdą z boiska, a on pobiegnie do bramki. Indyjski poeta i filozof Tagore opowiada, jak żeglując, pewnego razu wściekł się, bo rzeka wezbrała i maszt zawadzał o most. Zaczął myśleć, jak by to było, gdyby mosty się uginały, śluzy otwierały. A zaraz potem pomyślał, że przecież na tym polega umiejętność żeglowania, żeby umieć omijać przeszkody i korzystać z tego, co jest. W naszym życiu też istnieją reguły gry i nie są to wrogie siły skierowane przeciwko nam. Nie powinny nas zatem demotywować. Co więcej, one są nam wręcz niezbędne.

Zabójcze dla naszej motywacji jest wrzucanie tych przeszkód do kotła, który filozof i historyk filozofii Władysław Tatarkiewicz nazwał osobistą czarą goryczy. Każdy z rana stawia sobie na stole taką czarę i dba o to, żeby była pełna. A jak się coś ulotni, to sobie szybko do niej dolewa autokrytykę, poczucie bycia ofiarą. Taka postawa demotywuje, to jakby betonowe buty, które uniemożliwiają jakikolwiek ruch. Dopada wtedy człowieka niemoc, niewiara w siebie. A są to puste strachy, choć mogą nas opętać i unieruchomić.

Jest takie ćwiczenie zwane łożem śmierci. Polega na wyobrażeniu sobie siebie umierającego i na zastanowieniu się nad kilkoma pytaniami: Co jeszcze chciałbym zdążyć zrobić? Co dla mnie jest najważniejsze? Steve Chandler w książce „100 sposobów motywowania siebie” pisze, że uznanie nieuchronności śmierci – paradoksalnie – prowadzi do ponownego narodzenia się i głębokiego zmotywowania do działania. Chandler uważa, że tych sposobów jest zresztą dużo więcej, czasem zupełnie niestandardowych. Radzi na przykład: Przegłódź się. Rozbij swój telewizor. Czytaj kryminały. Śmiej się bez powodu.

Lech Majewski dorzuca jeszcze jeden sposób automotywacji, jakiego nauczyła go praca w Ameryce:  – Nie przejmować się odmową, odrzuceniem. Odrzucą trzy razy? Ale za czwartym zaakceptują. Niepisane prawo amerykańskie mówi: nie traktuj słowa „nie” jako końca, bo to jest bardzo dobry początek. Czasem właśnie czyjeś „nie” może nas skutecznie zmotywować!

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego tak często mamy trudności z podjęciem decyzji?

Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. (fot. iStock)
Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. (fot. iStock)
Największym problemem współczesnych młodych ludzi jest to, że po podjęciu jakiejś decyzji mają odczucie: mogliśmy podjąć inną, lepszą. A tak naprawdę chodzi o to, żeby ta decyzja była wystarczająco dobra – mówi dr Marlena Kossakowska, psycholożka, autorka książek.

Zgadza się pani z diagnozą, że dzisiaj trudniej ludziom wybierać niż kiedyś?
Myślę, że rzeczywiście coś jest na rzeczy.

Dlaczego?
Generalnie w związku z dostępem do informacji. Jesteśmy zewsząd nimi zalewani, więc trudniej wybrać spośród tego zalewu opcję dla nas właściwą. A ponadto – to także, a może przede wszystkim, kwestia życiowych wartości. Bo nawet jeśli jesteśmy zalewani dużą liczbą informacji, a mamy swoją hierarchię wartości i wiemy, czym się w życiu kierować, to wtedy łatwiej nam takich wyborów dokonywać.

Czy łatwość dokonywania wyborów to wyuczalna umiejętność, czy wrodzona zdolność?
Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Ale ta łatwość z całą pewnością wiąże się z umiejętnością poznania siebie i swoich  potrzeb, która kształtuje się już w dzieciństwie. Jeżeli nasi rodzice wychowywali nas zgodnie z jakimś systemem wartości, nawet go nam narzucali, ale dostaliśmy konkretny, spójny, w miarę stabilny i usystematyzowany obraz świata, to ułatwi nam to późniejsze wybory. I albo powielimy system wartości rodziców, albo go zakwestionujemy, ale przynajmniej mamy jakiś punkt odniesienia. Najważniejsze jednak jest rozpoznanie własnych potrzeb.

Dlaczego to takie ważne?
Ponieważ dopiero kiedy poznamy, kim jesteśmy, i kiedy zaakceptujemy siebie takimi, jacy jesteśmy, to wówczas łatwiej nam nie tylko coś wybrać, lecz także odrzucić na pozór nęcące propozycje, które jednak są zupełnie nie dla nas.

No dobrze, wybieramy jakąś propozycję, ale szybko się rozczarowujemy. Co wtedy?
Nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności, że dokonaliśmy dobrego wyboru, ale przestrzegałabym przed „szybkim rozczarowaniem”. Jak już podejmiemy jakąś decyzję, to dobrze byłoby – jak to mówią terapeuci – rozsiąść się w tym miejscu, przyjrzeć, co ten wybór tak naprawdę oznacza. Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. Natychmiastowe dezerterowanie nie jest dobrym pomysłem. Dobrze jest dać sobie czas, wziąć odpowiedzialność za podjęte przez siebie kroki. Taka postawa to oznaka dojrzałości.

Badania mówią, że młodzi nie przywiązują się do pracy tak, jak ich rodzice, ciągle szukają tej wymarzonej.
Jeżeli po kilku latach czujemy pewien rodzaj wypalenia zawodowego, to nic w tym złego, że szukamy innej pracy. Ważne, aby podjąć świadomą decyzję o zmianie, ale też żeby wziąć za nią odpowiedzialność. Natomiast moim zdaniem największym problemem współczesnych młodych ludzi jest to, że po podjęciu decyzji mają odczucie, że mogliby podjąć inną, lepszą. A tak naprawdę chodzi o to, żeby ta decyzja, jak mówią psychoterapeuci, była wystarczająco dobra.

Wybory wiążą się często z rezygnacją z czegoś, nie jest łatwo się z tym pogodzić.
Konsekwencje niektórych wyborów nie są przyjemne, bo na przykład wymagają od nas poświęcania się (gdy zostajemy rodzicami) czy kierowania się nie tylko swoim dobrem, lecz także partnera (gdy wchodzimy w związek). Ale takie nieegocentryczne wybory tak naprawdę nadają smak naszemu życiu. I jeżeli są na wyjściu dobre, mogą takimi dalej pozostać, jeśli tylko będziemy nad nimi pracować. Ważne, żeby nie bać się podejmować kolejnych decyzji, czyli zatopić się w życiu, poczuć wszystkie jego przejawy, te fajne i te niefajne.

Słyszę od młodych: „Zanim coś wybiorę, chcę wszystkiego spróbować”.
Dobrze jest postawić sobie pytanie: „Co tak naprawdę jest sensem mojego życia?”. Jeżeli na pierwszym miejscu stawiam doświadczanie czegoś nowego, to podejmując się kolejnej pracy, wyjeżdżając w kolejną podróż, poznając nowych ludzi, żyję zgodnie ze swoimi potrzebami. I to jest okej. Niektórzy dopiero wtedy, gdy doświadczają tak zwanych trudności życiowych, kryzysów, rozpoznają swój system wartości. Prawdopodobnie ci wiecznie goniący za czymś młodzi ludzie, może mniej lub bardziej świadomie, szukają życiowej mądrości, chcą zobaczyć, jak się żyje w różnych wariantach, doświadczać różnych smaków życia. I nic w tym złego. W końcu trzeba jednak podjąć decyzję, może niosącą bardziej zrutynizowane, stabilne życie, ale dającą inne benefity, jak prokreacja, bliski związek. Bo wszyscy kiedyś odkrywamy, że jesteśmy jednak śmiertelni. Dobrze nie żałować czegoś, czego się nie zrobiło, ale też odważyć się to zrobić.

Wirtualny świat nie ułatwia wyborów.
Część ludzi żyje w iluzji, która przyszła do nas wraz ze światem digitalnym. Wtedy okazało się, że w tym samym czasie można zrobić kilka rzeczy naraz: być na Majorce, pracować na komputerze, podglądając, co dzieje się na świecie i co robi moja przyjaciółka. Młodzi ludzie myślą digitalnie. Gdybym mogła coś wnieść do wychowania, tobym apelowała, żeby najpierw nauczyć dzieci myśleć analogowo, nauczyć je być tu i teraz. Potrzebna jest mądra edukacja, bo nie wystarczy powiedzieć młodemu człowiekowi, że trzeba wyłączyć laptopy i komórki, żeby pożyć prawdziwym życiem. Zauważyłam, że część moich studentów jest smutna, oni ciągle są gdzie indziej. Mówię im: „Bądźcie tu i teraz, na zajęciach, zostawcie telefony, laptopy, zaraz jest przerwa, wtedy na nie zerkniecie”. Okazuje się, że to dla nich niesamowicie trudne.

Zadaniem rodziców, nauczycieli jest uczenie dzieci i młodzieży kierowania się tym, co w duszy gra, a nie tym, co podpowiada świat zewnętrzny?
Tak. Dlatego pokazuję studentom to, co mówi psychologia pozytywna – że dobrostan jest wartością ocenianą subiektywnie, co oznacza, że nie istnieje uniwersalne dobro dla wszystkich. To ty oceniasz, co jest dla ciebie dobre. Moja demokracja polega na tym, że wybieram te opcje, a nie inne. Bardzo ważne, żeby wybierać to, nad czym mamy kontrolę, a odpuścić to, na co nie mamy wpływu. Mieszkałam przez jakiś czas w Ameryce, tam ludzie łatwiej adaptują się do różnych warunków. My natomiast ciągle chcemy zmieniać coś, co na danym etapie jest niezmienialne, podchodzimy do życia – przepraszam, ale to cytat – ze „słowiańskim wkurwem”, czyli z wysokim poziomem negatywnych emocji, gdzie dominuje gniew, wrogość, agresja, złość.

Wybierajmy to, co służy nam, ale dzielmy się tym z innymi?
Zdecydowanie! To jedna z najważniejszych idei psychologii pozytywnej, czyli pełnego szczęścia, dobrostanu, o czym pisał Martin Seligman. Kiedy wiemy, kim jesteśmy, akceptujemy siebie, to jesteśmy autentyczni i mamy większe szanse na trafne życiowe wybory. A kiedy trafnie wybieramy, stajemy się radośni i chcemy dzielić się tą radością z innymi. Czyli najpierw kierujmy reflektor na siebie, a dopiero potem na świat, nigdy odwrotnie.

Marlena Kossakowska: doktor psychologii, członkini zarządu International Positive Psychology Association (IPPA). Doświadczenie: sopocki wydział Uniwersytetu SWPS; w latach 2013–2014 odbywała staż naukowy u dr. Martina Seligmana w Positive Psychology Center na University of Pennsylvania.

  1. Styl Życia

Lekcja długowieczności z Okinawy

Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Okinawa to jedna z tak zwanych Niebieskich Stref  - miejsc, gdzie żyje wielu tak zwanych superstulatków. Czemu zawdzięczają swoją długowieczność mieszkańcy japońskiej wyspy? Podobno tradycyjnemu trybowi życia, hartowi ducha i specyficznemu poczuciu humoru. Oto kilka zasad, którymi kierują się na co dzień.

1. Znajdź swoje ikigai
Ikigai to ważny element japońskiej filozofii życia. Tłumaczy się jako przyjemność i istotę życia. Japońskie iki to czasownik „żyć”, natomiast gai oznacza dosłownie „powód”. Filozofia ikigai opisywana jest jako system motywacji, który sprawia, że każdego dnia chce nam się wstawać z łóżka.

2. Stosuj roślinną dietę
W diecie Okinawczyków przeważają warzywa, słodkie ziemniaki, tofu oraz owoce.

3. Jedz więcej soi
Flawonoidy zawarte między innymi w ziarnach soi i przetworach z soi wspomagają układ krążenia, są również cenne dla kobiet w okresie menopauzy.

4. Uprawiaj ogródek
Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. Pozwala odreagować stres, działając kojąco na wszystkie zmysły.

5. Stwórz krąg moai
Maoi to grupy przyjaciół którzy nawzajem angażują się w swoje życie i wspierają w trudnych chwilach zarówno emocjonalnie jak i finansowo. Tradycja silnych więzi społecznych jest jednym z czynników decydujących o długowieczności mieszkańców Okinawy.

6. Czerp energię ze słońca
Wpływ słońca na samopoczucie jest nie do przecenienia, to nie tylko źródło witaminy D, dzięki której mamy mocne kości, ale również dawka pozytywnej energii i dobrego samopoczucia.

7. Utrzymuj aktywność
Codzienna umiarkowana aktywność to klucz do dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Może to być zarówno gimnastyka czy spacer, jak i praca w ogrodzie czy domowe porządki.

8. Carper diem
Okinawczycy nie myślą o przeszłości, cieszą się chwilą obecną i drobnymi przyjemnościami. Są sympatyczni i nawet w podeszłym wieku otaczają się młodymi ludźmi.

Źródło: Dan Buettner, „Niebieskie strefy. 9 lekcji długowieczności od ludzi żyjących najdłużej”

  1. Psychologia

Energia uśpiona w każdym z nas – sprawdź, jak ją obudzić

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Codzienność wykańcza, praca stresuje, rodzina nas męczy. Bez przerwy narzekamy: „nie mam już siły, nie dam rady”. A przychodzi nieszczęście – choroba, wypadek – i jesteśmy w stanie unieść sto razy więcej. Czy konieczny jest aż taki bodziec, żeby obudzić uśpioną energię? Bo że ona gdzieś głęboko w nas drzemie, to pewne.

Artykuł archiwalny

Magdalena Kiełducka (38 lat, menedżerka, właścicielka firmy eventowej To Pestka) tamtego kwietniowego ranka 2006 roku usiadła na brzegu łóżka i zapytała samą siebie: „Co ze mną będzie? Jak mam dalej żyć?”. Dwa miesiące wcześniej w wypadku samochodowym zginął jej chłopak Daniel. Znali się tylko trzy miesiące. Zdążyli wyjechać do Egiptu i zaplanować całe życie. Miał być ślub, wspólny dom, dzieci.

– Kiedy Daniel zginął, wydawało mi się, że następnego dnia świat się nie obudzi – mówi Magda. – Nie byłam w stanie wyobrazić sobie dalszego życia. Ogarnęła mnie jedna wielka rozpacz. Myślałam, że to kompletnie niemożliwe, żebym została dłużej tu, na ziemi. Mechanicznie załatwiałam sprawy. W co go ubrać? Na pewno w te jedyne czarne spodnie, jakie miał. Bo choć był kolorowym ptakiem i czarnych ubrań nie nosił, kilka godzin przed wypadkiem prosił, żeby je wyprać, bo się przydadzą. Skąd wiedział? Dlaczego mnie opuścił?

Sami nie wiemy, co posiadamy

Tamtego kwietniowego dnia powiedziała sobie: skoro Daniel nie zabrał mnie ze sobą, to znaczy, że mam do zrobienia na tej ziemi coś ważnego. Nie była gotowa na nowe uczucie, jej serce pozostawało nadal zajęte, skupiła się więc na firmie. Pomyślała: „w ten sposób mogę zrobić coś pożytecznego – budzić uśmiech, zadowolenie klientów i dać godnie zarobić pracownikom”. („W mojej firmie liczy się nie tylko zysk, ale i etyka” – powtarza). Z potrzeby serca nawiązała też współpracę z domami dziecka. Po dwóch latach nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła miłość, wzięła ślub, wyjechała z mężem w egzotyczną podróż, zaszła w ciążę. I znów dostała po głowie, raz za razem. Po dwóch poronieniach postanowili z mężem, że na razie dadzą sobie spokój, bo ile można znieść?!

Okazuje się, że możemy znieść niewyobrażalnie dużo. Uruchamiają się w nas ogromne, wręcz nadludzkie możliwości, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Świadczy o tym wiele ludzkich losów, nie tylko tych wojennych, obozowych. Także dzisiaj, gdy bywamy wystawiani na najtrudniejsze próby, potrafimy im sprostać, czym zadziwiamy samych siebie.

– Gdy stawką jest życie, odzywa się w nas najsilniejsza z naszych sił życia: instynkt samozachowawczy – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Każdy człowiek dysponuje takim potencjałem i wszyscy z niego czerpiemy w sytuacji zagrożenia. Ale gdy w grę wchodzi życie innych, z naszą reakcją bywa różnie. Jedni bez wahania śpieszą z pomocą, inni stoją z boku albo uciekają gdzie pieprz rośnie. Instynkt samozachowawczy niestety nie działa na rzecz drugiej osoby. Działają wtedy uczucia, emocje, wartości.

Jan Woźniakowski (50 lat, religioznawca) ma dzień wypełniony od pierwszej do ostatniej minuty, bo dom musi działać jak szwajcarski zegarek. Potrzebują tego bardzo: niepełnosprawny Iwo (8 lat), chora na raka żona Dominika i najstarszy syn Hubert (18 lat) cierpiący na białaczkę (bierze tak zwaną chemię podtrzymującą i dzielnie sobie radzi). Jan całą domową logistykę ma w małym palcu. Załatwia opiekunki, zajmuje się Iwonem popołudniami i w weekendy, czyta mu, bawi się z nim, myje go, karmi, czuwa nad opieką lekarską dla Dominiki, ustala całodzienny plan funkcjonowania domu, robi zakupy i oczywiście pracuje.

Wcześniej żyli jak wiele małżeństw (są 20 lat po ślubie) z ich pokolenia: raz praca była, raz nie, nie zawsze mieli pieniądze, własnego mieszkania nie dorobili się do dzisiaj („nie byliśmy na tyle praktyczni”). Mają za sobą doświadczenia emigracyjne (mieszkali w Stanach, tam urodzili się dwaj synowie, Hubert i 16-letni dziś Piotr).

Gdy Jan patrzy z dzisiejszej perspektywy, widzi, że tamte problemy to żadne problemy. Prawdziwe zaczęły się w 2002 roku wraz z narodzinami Iwona. Podczas ciąży nic nie wskazywało na to, że będzie niepełnosprawny. Jednak jeszcze na sali porodowej zaczął tracić oddech. Odwieziono go na OIOM, diagnoza brzmiała tajemniczo: strukturalna anomalia chromosomowa, czyli błąd genetyczny. Lekarze nie pozostawiali złudzeń. Mówili, że nawet jeśli dziecko przeżyje, to nie będzie chodziło, mówiło, jadło. Jan zobaczył w Internecie zdjęcia takich dzieci. Wyglądały strasznie. A Iwo od urodzenia był śliczny. To dawało nadzieję, choć zdjęcie mózgu ją odbierało. Lekarze przygotowywali ich na najgorsze. Oni szukali pomocy, gdzie tylko się dało. U lekarzy specjalistów, terapeutów, przyjaciół.

Pytania bez odpowiedzi

Jan: – Człowiek ma w takich sytuacjach tyle energii, a może po prostu adrenaliny, że funkcjonuje na najwyższych obrotach. Nie myśleliśmy o chorobie Iwona w kategorii nieszczęścia. Były oczywiście smutki w domu, ale mówiliśmy, że człowiek bardziej płacze nad sobą niż nad dzieckiem.

Kiedy Iwo miał cztery lata, dokładnie w ostatni dzień karnawału 2006 roku, poznali następną straszną prawdę: Dominika jest chora na raka jelita grubego.

– Heroicznie przyjęła tę wiadomość i heroicznie znosi chorobę – mówi Jan. – Miała w sumie pięć operacji, konieczna okazała się stomia, potem radioterapia, chemioterapia. Rak nie daje jednak za wygraną. Przeniósł się do miednicy, kości krzyżowej, idzie do kręgosłupa, atakuje układ moczowy, powoduje odrętwienie i straszny ból. Ratunkiem dla Dominiki okazało się hospicjum domowe, bo złagodziło cierpienie. Ale ma to i niedobre strony, bo człowiek widzi, jak mało jest dróg dających jeszcze nadzieję.

Dwa lata po wykryciu choroby Dominiki zaczęły się kłopoty ze zdrowiem Huberta – złe samopoczucie, osłabienie, wysoka gorączka. Badania wykazały, że przyczyną dolegliwości jest ostra białaczka limfoblastyczna. Więc znów szpital, chemia, sterydy.

Tamten czas był dla nich wszystkich ekstremalny. Dominika miała swoją chemię, Hubert leżał w szpitalu i brał swoją, a w domu czekał Iwo (wbrew diagnozom nauczył się chodzić, jest nadaktywny, choć nadal używa pieluch, nie gryzie, nie mówi i wymaga stałej opieki).

– Oczywiście, że pojawiało się pytanie: dlaczego? – mówi Jan. – Ale nie ma na nie odpowiedzi. Można wszystko tłumaczyć filozoficznie, za Leibnizem, że żyjemy w najlepszym ze światów, i się na to zgodzić. Można przyjąć to, co niesie życie, ze stoickim spokojem. Ale człowiek zawsze będzie się buntował, pytał – jak ostatnio nasza znajoma – gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg. Znajomy, któremu zmarło dziecko na raka mózgu, powiedział: „każdy dostaje taki krzyż, jaki może udźwignąć”. Pan Bóg w swojej mądrości nie daje nic ponad nasze siły. Nie straciłem wiary, choć mówienie, że wiara pomaga, to zbyt łatwy wykręt. Człowiek myśli, że spotyka go tragedia, a potem wydarza się Haiti…

Skąd czerpać w takich chwilach siłę?

Jarosław Przybylski: – Z wewnętrznych „baterii”, takich jak optymizm, poczucie własnej wartości, wiara w siebie, odwaga. Pod warunkiem że się je ma naładowane przez geny albo wychowanie.

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. Jak to zrobić? Uwierzyć, że sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Że nasze myśli, przekonania na własny temat mają moc sprawczą. Jeżeli będziemy powtarzać, że nie damy rady – to nie damy. Wielu ludzi wybiera określoną drogę, a potem obwinia innych za to, że się nie udało. Tymczasem prawda jest taka, że to my tworzymy nasze doświadczenia, naszą rzeczywistość i wszystko, co się z tym wiąże. To, co sądzimy o sobie i życiu, staje się naszą siłą. A wszechświat zawsze wspiera każdą myśl, w którą wierzymy. Nie roztrząsajmy więc przeszłości, niepowodzeń, doznanych krzywd. Zacznijmy myśleć pozytywnie i działać konstruktywnie, bo tylko takie myślenie i działania są źródłem wewnętrznej mocy.

Magda uważa, że jej siła pochodzi z kochającego, pełnego wsparcia domu. To jej kapitał. Wychowywała ją samotnie mama, o której mówi: „wspaniała, kochana, inteligentna, silna, robiła dla mnie wszystko”, i ukochana babcia. Ojca nie znała, nie interesował się ich życiem i sytuacją finansową, więc marzeniem Magdy było jak najszybciej się usamodzielnić, żeby mamie pomóc. Zaczęła wcześnie pracować, ucząc angielskiego. Zawsze wybierała trudniejszą drogę. To ją hartowało. Była humanistką, a poszła do klasy matematyczno-fizycznej. Zamiast pójść na anglistykę, bo język był jej pasją, albo na psychologię, którą się interesowała, poszła na politechnikę, na inżynierię środowiska. Z perspektywy czasu uważa, że był to wspaniały trening dla umysłu. Potem uparła się, żeby pójść na studia MBA, choć nie było jej na to stać. Zarobiła lekcjami angielskiego. Ma za sobą trudne związki, ale powtarza, że każdy z nich ją rozwinął i za każdy jest wdzięczna.

– Mój ukochany mąż jest Polakiem z amerykańskim obywatelstwem i mieszka w Stanach od ponad 15 lat, więc też łatwo nie jest, bo trzeba pokonywać ocean – śmieje się. – Ale dzięki temu świat się dla mnie niesamowicie skurczył.

Według Magdy siły życia najlepiej rosną w trudach i codziennych zmaganiach. Ale karmią się też zrozumieniem tego, co nas spotyka. Kiedy przeżywała żałobę po Danielu, nie szukała łatwego pocieszenia, że będzie dobrze, że tak musiało być. Miała ogromne wsparcie przyjaciół i bliskich, czytała mnóstwo książek na temat duchowości. Przyniosły ulgę, uspokojenie i przekonanie, że wszystko, co się dzieje, ma swój sens. Dzięki książkom i ciekawym ludziom poznała zupełnie inny wymiar swojej egzystencji.

– Siły życia to nie węgiel kamienny, którego złoża są wyczerpywalne, to odnawialne źródło, takie perpetuum mobile, które powstaje trochę z niczego, bo tak naprawdę różne czynniki są jego paliwem. Przede wszystkim jednak trzeba samemu pozwolić się im odnowić. Znaleźć pokój w sercu, swój cel. Mam wrażenie, że nie jesteśmy tu po to, żeby banalnie kończyć dzień zmęczeniem, ale żeby zrobić coś dla świata. Kiedyś wszystko musiałam mieć pod kontrolą. A teraz coraz bardziej cieszę się dniem codziennym. Wstaję, świeci słońce, piję z mężem kawkę, rozmawiamy z synkiem, który urodzi się w czerwcu, przytulimy psa – dla takich chwil warto żyć. Te trudne oczywiście jeszcze nieraz przyjdą. Coraz spokojniej jednak o nich myślę, bo wiem, na co mnie stać. Przez wszystko da się przejść.

Prezent od Pana Boga

Jan na pytanie, skąd pochodzi jego siła, odpowiada: – Nie wiem. Nie zastanawiam się nad sobą, nie robię autoanalizy. Myślę, że nie wyróżniam się niczym szczególnym wśród gatunku ludzkiego. Każdy w takiej sytuacji zachowałby się podobnie. Jak ktoś mówi: „jesteś wspaniały, że nie zostawiłeś Dominiki”, to ja sobie myślę, że to fatalnie świadczy o autorze tych słów. Co za pomysł, żeby mnie chwalić za to, że nie zostawiłem Dominiki!

Jan uważa, że wolę życia buduje wychowanie, miłość do rodziny i życia w ogóle, ale także chęć znalezienia odpowiedzi na różne ważne pytania. On nie ma czasu na wątpienie, czy da radę, bo przychodzi następny dzień, w którym tyle jest do zrobienia. Dużo napędu daje mu Dominika. Wydaje się delikatna, a ma nieprawdopodobną siłę i optymizm. Pokazuje, jak z godnością znosić cierpienie. Jan podkreśla, że sił dodają mu także ci wszyscy ludzie, czasem obcy, którzy im pomogli i pomagają, idąc za odruchem serca. Jako rodzina doświadczyli nieprawdopodobnej solidarności z całego świata. I poprzez dobre słowo, obecność, zakupy, pomoc w załatwianiu opiekunek i lekarzy, i poprzez pomoc finansową.

  1. Psychologia

Jak dokonywać właściwych wyborów w życiu?

Tyle mamy dróg... Którą wybrać, żeby nie żałować? (Fot. iStock)
Tyle mamy dróg... Którą wybrać, żeby nie żałować? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Wiele możliwości, szans, propozycji, nowych otwarć. I to kusi, i to nęci, a na coś trzeba się zdecydować. Chcemy mieć jedno, nie tracąc drugiego. Czy tak się da?  

Marta, lat 35, z wykształcenia romanistka, z zawodu właścicielka firmy PR. Singielka, ale – jak mówi o sobie – tymczasowa, bo ma w planach małżeństwo i dzieci. Kiedy? Tego nie jest w stanie przewidzieć. Bo gdy już wydaje się jej, że znalazła tego właściwego mężczyznę, zaraz nachodzą ją wątpliwości: czy ktoś, kto myśli tylko o wieczornym piwku i wyjazdach na mecze Legii, może być dobrym mężem? No chyba nie. A czy facet – inny – który nie splamił się ugotowaniem wody na herbatę, może być dobrym ojcem? Skądże! Ostatni rokował najlepiej – wstawał rano po bułki, nawet nieźle gotował, ale co z tego, jak cały dom trzeba było potem odgruzowywać. Odpadli w przedbiegach wszyscy trzej. Chwilowo dała sobie spokój z facetami. Może przecież zdecydować się na dziecko bez stałego związku. W końcu nie jest taka stara.

Marta wymownie bębni długimi, wypielęgnowanymi paznokciami, każdy w innym kolorze. Ale to nie hybryda, wyjaśnia. Hybrydowy lakier szkodzi paznokciom. Ona stosuje tylko to, co zdrowe. Umalowana, włosy w modnym nieładzie, szara luźna sukienka. Nie wygląda na swoje lata? Ale to nie dzieje się samo. Dba o siebie. Codzienna gimnastyka, dwa razy w tygodniu siłownia, raz w miesiącu wizyta w gabinecie medycyny estetycznej. Gdyby zdecydowała się na dziecko, musiałaby z tego wszystkiego zrezygnować. Wie, co mówi. Kilka dni temu wpadła do niej przyjaciółka z półrocznym synkiem Kajetanem. Do niedawna najbardziej zadbana kobieta, jaką Marta zna, zawsze odpicowana, wypachniona, z najmodniejszą torebką na ramieniu. A teraz? Tłuste włosy, połamane paznokcie, zero makijażu, poplamiona bluza. Osobny temat to jej synek. Dopóki spał, był najsłodszym bobasem pod słońcem. Ale gdy tylko otworzył oczy, a otworzył po półgodzinie, zaczął się wydzierać wniebogłosy. Cycek uspokoił go tylko na chwilę. Potem noszenie na rękach, żeby mu się odbiło. Przewijanie, bo kupka. Zmiana kaftanika, bo mu się ulało. Przyjaciółka cała w mleku, fuj. Kiedy po dwóch godzinach zasnął, Asia przyznała, że czasem ma ochotę go udusić. Marta zobaczyła zresztą na własne oczy, jak przyjaciółka potrząsa nim z całej siły, z wściekłością. Asia powiedziała jej, że nigdy nie czuła się tak samotna i bezradna. Jej chłopak zarabia na całą trójkę, ciągle w rozjazdach. Na rodziców też nie może liczyć, ma chorą mamę, tata znalazł sobie młodszą. Czuje się ubezwłasnowolniona.

I to ma być ta pełnia szczęścia? Marta ma wątpliwości. Ale z drugiej strony wie, że coraz więcej kobiet w jej wieku ma problemy z zajściem w ciążę. Dlatego się miota. Między decyzją na tak – bo mama powtarza, że zanim umrze, chciałaby poznać wnuka, bo znajoma ginekolożka zachęca, że im wcześniej, tym większe szanse, bo ściska ją w dołku na widok matek z dziećmi – a decyzją na nie, do której skłania ją przykład Asi i zaryczanego Kajetana. A przede wszystkim cisza jej wymuskanego apartamentu, czas na kino, wakacje, siłownię i niehybrydowe paznokcie, które trzeba malować co kilka dni.

Marcie śniło się ostatnio, że rodziła w męczarniach. Obudziła się zlana potem. Więc poczeka. Ma czas, jeszcze parę lat. Jej siostra cioteczna urodziła pierwsze dziecko w wieku 42 lat. Można? Można.

Karolina, lat 49, potrójna magister: psychologii i prawa na UW oraz grafiki na ASP, doktor filozofii na Oksfordzie. Wzięta graficzka w znanej firmie reklamowej. Rozwódka. Podjeżdża pod kawiarnię na Powiślu na oldskulowym białym rowerze z koszykiem przy kierownicy. Cała w czerni: dresy, converse’y, bejsbolówka, torba listonoszka, tylko słuchawki w uszach białe. Każdy szczegół najwyższej jakości. Ale bez ostentacji. Żadnych widocznych metek i logo. Daje ręką znać, że kończy rozmowę. Płynny angielski przerywany perlistym śmiechem przykuwa uwagę całej kawiarni. Przeprasza, musiała odebrać, bo amerykański wydawca zaraz ma lunch, a to sprawa niecierpiąca zwłoki. Od znajomej z Oksfordu, która teraz pracuje dla tej firmy, dostała propozycję pracy. Ale bez nazwisk i szczegółów, żeby nie zapeszyć. Może powiedzieć tylko tyle, że to pierwszoligowy tygodnik. Propozycja dotyczy czegoś zupełnie nowego, czego jeszcze nie robiła, czyli pisania o Europie Wschodniej. Kusi bardzo.

To mogłaby być scena z filmu o pięknej Polce bez kompleksów. Która jeszcze za komuny kończy trzy prestiżowe kierunki, potem wyjeżdża na studia doktoranckie do samego Leszka Kołakowskiego. Która broni pracę z najwyższą notą i dostaje propozycję zostania na Oksfordzie. Ale wraca do Polski, bo od początku lat 90., w nowym ustroju, otworzył się worek z możliwościami. Ona wybiera ważne stanowisko w spółce skarbu państwa, gdzie zarabia wielkie pieniądze. Kupuje mieszkanie, samochód, inwestuje w nieruchomości.

Film o niej? Wybucha śmiechem. Jej życie tylko z boku wygląda tak atrakcyjnie. W rzeczywistości to krew, pot i łzy. Nieustanne zwątpienie w sens tego, co robi. Ciągłe pytania zadawane sobie samej: „Może moje miejsce jest gdzie indziej?”. Tak, ma wielki problem z wyborami. A właściwie z wytrwaniem w tych wyborach. I to od dziecka. Wszystkiego głodna, ciekawa, wszystkiego chciała spróbować. A może powód jej niezdecydowania jest bardziej prozaiczny? Po prostu nigdy nie miała jednej pasji, która  pochłaniałaby ją bez reszty. Wyborów nie ułatwiał fakt, że w szkole wszystko przychodziło jej łatwo. Dlatego poszła na najbardziej oblegany wtedy kierunek – na psychologię, a potem na drugi w tym rankingu – na prawo. Grafika? Taki kaprys. Test, czy sprawdzi się w artystycznej dziedzinie, bo rysowanie zawsze sprawiało jej wielką radość. Zanim pojechała do Oksfordu, przeszła jej przez głowę myśl, że może zrobi aplikację sędziowską. Ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Musiałaby osiąść na jakiś czas w jednym miejscu, zajmować się jednym i tym samym. Wiedziała już, że to ją zupełnie nie kręci.

Studia w Oksfordzie okazały się wspaniałym, twórczym rozdziałem w jej życiu. Poznała tęgie umysły z całego świata, napisała pracę doktorską, zakorzeniła w praktyce swój angielski. Same plusy. Ale kiedy znajomy ponaglał, żeby wracała, bo w Polsce czeka mnóstwo pracy, nie zawahała się ani chwili. Mimo że wyjazd oznaczał rezygnację z rozpoczętej właśnie pracy naukowej na Oksfordzie. I rozłąkę z niedawno poślubionym kolegą z uczelni Tonym, Anglikiem. Związek nie przetrwał tej próby, rok później wzięli rozwód.

Tworzenie rzeczywistości w wolnej Polsce to dopiero było coś! Karolinie świecą się oczy, załamuje się jej głos. Dlaczego więc odeszła do reklamy? Bo dopadły ją podziały, konflikty, czyli polityka w najczystszej postaci. A w agencji miała wyluzowanych współpracowników indywidualistów, nienormowany czas pracy i poczucie wpływu, bo reklamy jej autorstwa oglądała cała Polska. Miała czas na pracę w organizacjach feministycznych, ekologicznych, w tym na rzecz zdrowego odżywiania dzieci. To między innymi ona wywalczyła to, że zniknęły drożdżówki i batony ze sklepików szkolnych. Wracają? Trudno. Ona wyjeżdża. Świat to globalna wioska, za oceanem też można wiele zdziałać dla Polski.

Kiedy wysyłam jej do przeczytania tekst o niej (szczegóły zmienione), dopisuje postscriptum: „A może nie mam problemów z wyborami, tylko przed czymś uciekam?”.

Ewa, lat 32, mama trzech córek: 12-letniej Ani, 8-letniej Oli i 4-letniej Mai, niepracująca. Wstaje codziennie o piątej. Razem z mężem, który jedzie na szóstą otworzyć osiedlowy sklep (wzięli we franczyzę). Wstaje nie po to, żeby zrobić mu śniadanie (mąż o tej porze nie jada), tylko żeby zanim wstaną córki, spokojnie sprawdzić, co na Facebooku. Dziś na przykład Kaśka zamieszcza selfie w objęciach nowego chłopaka. A najlepsza przyjaciółka Wiktoria pokazuje się na parkiecie nocnego klubu z całkiem fajnym kolesiem. Ewa ogląda koleżanki z zazdrością: „One to mają życie, nie to co ja, mnie omija wszystko, co najlepsze”. Tak myśli, kiedy otwiera laptopa rano, zanim wstaną córki, i wieczorem, kiedy już śpią.

To prawda, ma dzieci. Wspaniałe królewny, kocha je nad życie. Rozczulają ją do łez. Na ostatnie urodziny Ola wręczyła jej rysunek własnego autorstwa przedstawiający całą rodzinę na plaży. I kto był na nim największy? Mama, oczywiście. Ania urządziła z kolei z siostrami teatrzyk, w którym odegrała mamę z marzeń – starannie umalowaną pożyczonymi od koleżanki mamy kosmetykami, w jej butach na obcasach. Swoją drogą to wymowne, że Ania chciałaby, żeby mama wyglądała właśnie tak. Najmłodsza córeczka Maja codziennie bez okazji obejmuje ją pulchnymi rączkami i wyznaje: „Kocham cię, mamusiu”. To są chwile, dla których warto żyć. Ale tylko chwile. Reszta życia to monotonna rutyna: gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy. Odrabianie lekcji ze starszymi. Po raz enty czytanie tych samych bajek. Kąpanie młodszej, zapędzanie do mycia starszych. Spacery tymi samymi alejkami. Godzenie córek, gdy się kłócą i biją. Szpital w domu raz na dwa miesiące, bo gdy jedna zachoruje, zaraz rozkładają się wszystkie.

Ewa (wysoka, korpulentna, o oryginalnej południowej urodzie) opowiada o sobie beznamiętnym tonem. Czuje się stara, sterana, umęczona. Nic nie osiągnęła. Od dziecka marzyła, żeby być nauczycielką. Ale zakwitły kasztany, ciąża, matura, ślub. Znają się z Robertem pół swojego życia, byli klasową parą. Przeszli razem trudne próby: pojawienie się dziecka w młodym wieku, a potem, co cztery lata, kolejne dzieci, nie do końca planowane. Walkę o to, żeby się utrzymać, żeby kupić mieszkanie, urządzić je. Czy to wszystko scementowało ich związek? Raczej cementują go dzieci. Ale Ewa dostrzega, że coraz mniej w ich relacji radości, spontaniczności. Coraz więcej natomiast zmęczenia, irytacji, wzajemnych pretensji.

Ewa mówi: – Lata lecą, a ja nic nie mam naprawdę swojego. Omijają mnie niesamowite przeżycia, uciekają sprzed nosa różne możliwości. Obserwuję to wszystko, co mogłabym mieć, przeżyć, czego mogłabym zasmakować, przez ekran tabletu. Dobre i to. Walczą we mnie dwie Ewy: matka, która chce stworzyć dzieciom prawdziwy, pachnący szarlotką dom, i Ewa, którą odgrywa Ania – malująca usta, zakładająca szpilki i ruszająca na podbój świata. Coś mam i to coś (dzieci) jest wartością trudną do przecenienia. Ale czegoś innego, bardzo ważnego (wykształcenia, niezależności), nie mam i już mieć nie będę. Męczy mnie nie to, że może kiedyś źle wybrałam, ale to, że się z tego powodu zadręczam. Bo to oznaczałoby: żałuję, że jestem matką. A przecież nie żałuję. Żałuję tylko, że nic mi się poza tym nie udało. Ale proszę powiedzieć, czy jak się człowiek decyduje na trójkę dzieci w młodym wieku, a nie ma znikąd pomocy, to może osiągnąć sukces zawodowy? Byłabym w pełni szczęśliwa, gdybym miała i jedno, i drugie.

Pytania do zadania sobie (zanim wybierzesz):

  1. Jakie wartości i cele są dla mnie ważne?
  2. Co konkretnie chciałabym zmienić?
  3. Jak ta decyzja wpłynie na moje życie?
  4. Jakie mam możliwości wyboru?
  5. Czy znam konsekwencje każdego z nich (za i przeciw)?
  6. Która z decyzji (i jej konsekwencji) jest dla mnie wystarczająco dobra?
  7. Jak ją wcielić w życie?
  8. Co zrobić, żeby w niej wytrwać?

Co pomaga podjąć dobrą decyzję:

  • Stan jasności umysłu.
  • Odprężenie na poziomie fizycznym.
  • Koncentracja, skupienie, bycie tu i teraz.
  • Spojrzenie na problem z szerszej perspektywy.
  • Pozytywne emocje.
  • Minimalny poziom wątpliwości.
Rezygnacja z decyzji to też decyzja. (na podstawie książki Ludy Kopeikiny „Same słuszne decyzje”, Rebis, Poznań 2011)

  1. Psychologia

Nie umiem podejmować decyzji i stoję w miejscu

Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Boję się podjąć decyzję o rozstaniu

Maria trafiła do mnie z powodu poważnego dylematu: reanimować swój wieloletni związek czy związać się z mężczyzną, w którym zakochała się rok temu. Czułam jej rozpacz i determinację, związane z faktem, że nie potrafi podjąć decyzji (boi się podjąć decyzję o rozstaniu). Rezygnacja z długoletniego związku, rozbicie rodziny i zaczynanie wszystkiego od początku – nigdy nie jest proste. Nowy mężczyzna kusił, ale nie ułatwiał jej podjęcia decyzji. Maria stała na rozdrożu, coraz bardziej zrozpaczona i zniechęcona. Postanowiłam zaprosić ją na sesję do Jacka Sobola, terapeuty manualnego. Jacek poprosił ją, żeby wstała i wyobraziła sobie na podłodze linię, za którą jest przepaść – symbol niewiadomej po podjęciu decyzji. – Teraz wyobraź sobie, że znajdujesz się w kołowrotku i jak chomik przebierasz nogami, kołowrotek się kręci, ty stoisz w miejscu, przed tobą jest przepaść – powiedział. Maria zaczęła przebierać nogami. – Szybciej, szybciej.

- Co czujesz? – zapytał Jacek.

Maria zaczęła cicho płakać. – Co się dzieje? – spytał Jacek. – Uświadomiłam sobie, że od roku chodzę w miejscu. To droga donikąd. Nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji. To takie trudne. Boję się podjąć decyzję o rozstaniu. Nie wiem, czy jestem w stanie przekroczyć tę linię. Chyba nie jestem jeszcze gotowa – wyrzuciła z siebie Maria i zaczęła coraz bardziej płakać.

W tym szalonym, pędzącym na oślep świecie, wiele z nas tak naprawdę porusza się jak chomik w kołowrotku. Staramy się, działamy, przyspieszamy tempo a... efektów brak. Nadal nie umiemy podejmować decyzji.

Terapeuta Moshé Feldenkrais powiedział, że jeśli robisz wszystko tak samo, jak do tej pory, choć twoje dotychczasowe działanie nie przynosiło efektów, nie dziw się, że i tym razem pudło.

Przypomnij sobie, ile razy w twoim życiu były takie sytuacje, kiedy stare metody już nie działały, a nowe jeszcze się nie pojawiły. Co wtedy robiłaś? Jak się z tym czułaś? Może zachowywałaś się tak jak moja nowa pacjentka, która przyszła do mnie osiem miesięcy po rozstaniu z chłopakiem, z rozpoznaną depresją. „Boję się podjąć decyzję o rozstaniu” - to nie były jej rozterki. Decyzję podjęła całkiem świadomie, ale wciąż żyje tak, jakby „eks” był stale obok. Rano wstaje wcześniej, bo ciągle zapomina, że już nie zjedzą razem śniadania. Je w tych samych restauracjach, w których zwykle razem jadali, choć nie cierpi włoskiej kuchni. – Pomóż mi ruszyć do przodu – poprosiła. – Dobrze, ale najpierw pozwól sobie na zatrzymanie i przeżyj to – odpowiedziałam jej.

Nieumiejętność podejmowania decyzji i lęk przed zatrzymaniem

– Moja poprzednia terapeutka po roku przyznała, że już nie ma na mnie pomysłu – powiedziała Iza na pierwszej sesji. – A ja tylko chcę mieć udany związek, dom, dzieci. Czy to tak wiele?

Iza, jak większość z nas, żyła w przeszłości – bolesnym scenariuszu z dzieciństwa, i w przyszłości, którą już dziś była w stanie przewidzieć: „Nie zasługuję na związek, nie uda mi się”.

Po kolejnej sesji zadałam jej pracę domową. Poprosiłam, żeby napisała bajkę o małej dziewczynce. Na sesji próbowałyśmy to odegrać. Mała dziewczynka Izy zgubiła się w lesie, chciała więc odnaleźć drogę do domu. Zbierała kolorowe kulki, które miały być jej drogowskazami. Ale kiedy miała już obydwie ręce pełne, wiatr wytrącał jej kulki i zostawała z niczym. Siadała wtedy zrezygnowana na ziemi, a kiedy ogarniał ją potworny lęk, zrywała się i zaczynała od nowa zbierać kulki. Po kolejnej próbie poprosiłam, żeby została na moment w tej rezygnacji, z pustymi rękoma. Iza wytrzymała minutę, powiedziała: „Nie dam rady, nie mogę, to przerażające” i wybiegła z gabinetu.

Zatrzymanie, bezruch, nicnierobienie odczuwane jest przez większość pacjentów jako przerażająca pustka („nic nie czuję”), obezwładniający lęk („boję się, że umieram, znikam”), paraliżujące drżenie całego ciała (w ten sposób uwalnia się z ciała napięcie). Zatrzymanie to mała śmierć. Nic dziwnego, że budzi tak wielkie przerażenie. Wydaje ci się, że dopóki działasz, próbujesz, planujesz, zwiększasz tempo – jesteś, żyjesz. A tymczasem naprawdę czuć możesz tylko w bezruchu. Wywołane sytuacją życiową zatrzymanie, pojawienie się pytania „co dalej?”, nieumiejętność podejmowania decyzji, wątpliwości – to cenny czas na przemyślenia: czego naprawdę pragniesz, co jest dla ciebie ważne, kim jesteś? Ale zanim pojawią się odpowiedzi, w bezruchu budzą się twoje demony: dawne urazy, nieprzeżyte traumy, trudne wspomnienia. To tego najbardziej boisz się w zatrzymaniu. Ale jeśli go nie przeżyjesz, nie pojawi się odpowiedź na pytanie „co dalej?”. Nieumiejętność podejmowania decyzji pozostanie.

Żeby naprawdę żyć, musisz przetrawić lęk przed śmiercią; lęk przed zniknięciem, rozpadem, pustką, traumami z przeszłości. Gdy nie umiemy podejmować decyzji, zatrzymanie może nam pomóc. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. Być może w stanie bezruchu po raz pierwszy w życiu poczujesz, że ze swoimi problemami jesteś tak naprawdę sama. To może być trudne. Na dodatek w stanie zatrzymania, kiedy zaczynasz czuć, odzywa się twoje ciało. Mogą pojawić się symptomy: ścisk w gardle, problemy z oddychaniem, zaciśnięcie przepony, ból bioder, sztywność nóg, drżenie rąk, zawroty głowy. To może przerażać, ale kiedy minie, wróci spokój i pewność decyzji.

Praca z oddechem

Marina Abramović, pochodząca z Bałkanów performerka, wiosną 2010 roku w Museum of Modern Art w Nowym Jorku zorganizowała trwający ponad 700 godzin performance „The Artist is Present”. Zasady były proste. Marina siedziała w centrum sali w tzw. placu światła. Naprzeciwko niej ustawione było drugie krzesło, na którym siadali kolejno odwiedzający muzeum goście. Każdy mógł zająć krzesło na tak długo, jak chciał, pod warunkiem że nie wykonywał żadnych ruchów, nie odzywał się, mógł jedynie patrzeć artystce prosto w oczy. Ludzie siedzieli naprzeciwko niej od trzech minut do kilku godzin. Wielu płakało, jedni chcieli jej zaimponować, jeszcze inni odczuwali miłość. Marina tylko patrzyła, w milczeniu. – Chciałam zmusić ich do koncentracji, wyrwać na chwilę ze świata. Zwykle żyjemy w przeszłości albo w przyszłości. Przestajemy myśleć tylko wtedy, kiedy kochamy i mamy orgazm. Performance ma dołączyć do tej pary. Ma pokazać, że można być tu i teraz – wyjaśniała.

Zatrzymanie, ten przerażający moment nicnierobienia, trwania w bezruchu, to najbardziej cenny czas, chwila, w której masz szansę naprawdę poczuć, że żyjesz. Zgodnie z naukami mistrza Osho, jedyną stałą rzeczą pomiędzy narodzinami a śmiercią jest oddech. Oddech jest pomostem między tobą a twoim ciałem. Koncentrujesz się zwykle na wdechu albo na wydechu. Starasz się pogłębiać oddech albo oddychać torem brzusznym (przeponą), a tymczasem pierwszy krok to poczucie zatrzymania – przerwa pomiędzy dwoma oddechami. Jeśli zamkniesz oczy i wczujesz się w rytm oddechu, zauważysz, że oddech najpierw wnika do wnętrza ciała, płynie w dół, a potem kieruje się na zewnątrz; płynie w górę. Kiedy uda ci się poczuć tę chwilę, kiedy ciało napełni się oddechem, zanim skieruje się na zewnątrz, a oddech na moment ustanie – w pełni przeżyjesz moment zatrzymania. Kiedy oddech wypływa z twojego ciała, zanim ponownie go nabierzesz, znowu pojawia się ten moment bez oddechu – cisza. Wdech – zatrzymanie – wydech – zatrzymanie – kolejny wdech. Tak wygląda rytm życia. Zatrzymanie jest jego naturalnym stanem.

Ćwiczenie na przeżycie momentu zatrzymania

Jeśli jest ci trudno, przerażają cię symptomy pojawiające się w ciele, rozejrzyj się po pokoju i znajdź coś, co da ci wsparcie. Może to być np. poduszka, którą przytulisz do piersi, ściana, o którą się oprzesz, czy podłoga, na której zwiniesz się w pozycji embrionalnej. Kiedy znajdziesz wsparcie, na moment zastygnij w bezruchu. Poczuj, co dzieje się w ciele. Wytrzymaj ten moment. Następnie połóż się na wznak, dłonie umieść w okolicach podbrzusza (w miejscu, gdzie znajdują się jajniki). Tam jest twoja pierwotna, kobieca moc. Poczuj ją. To ona pozwoli ci przetrwać moment zatrzymania i pokonać nieumiejętność podejmowania decyzji.