Czy empatia jest lekiem na całe zło świata?

Empatia jest umiejętnością zrozumienia emocji odczuwanych przez innych i patrzenia na świat z ich perspektywy. (Fot. iStock)

Co to jest empatia? Czy można ją zmierzyć i zobaczyć na ekranie komputera? I co zrobić, jeżeli wydaje ci się, że jesteś tak bardzo empatyczna, że otoczenie wykorzystuje twoje współczucie? – zastanawia się psychiatra Helen Riess, profesor w Harvard Medical School.

Widzę cię, Helen.
Ja też cię widzę. To dobrze. To znaczy, że zauważyłyśmy się i mamy ze sobą kontakt. To właściwie pierwszy warunek do tego, żeby powstała między nami nić empatyczna. Nie bez kozery Zulusi używają słowa sawubona („cześć”), które tak naprawdę oznacza „widzę cię”. Każdy z nas chce być zauważonym, zrozumianym, docenionym. I skierowanie wzroku na jakąś osobę jest pierwszym krokiem do nawiązania kontaktu. Nasz wzrok przystosowuje się do takiego kontaktu od wczesnego dzieciństwa. Nie przypadkiem najostrzejszy punkt centralny wzroku niemowlęcia leży na 12. centymetrze – taka jest mniej więcej odległość między oczami dziecka a oczami matki, gdy dziecko jest trzymane na rękach.

W swojej książce „Siła empatii. 7 zasad zmieniających życie, pracę i relacje” objaśniasz dokładnie, właściwie litera po literze, z czego składa się ta zdolność człowieka. Nie jest to ani zwykłe współczucie, ani żałowanie kogoś. To coś więcej…
Podam ci przykład: leciałam kiedyś samolotem na Zachodnie Wybrzeże. Nagle rozległ się rozpaczliwy płacz niemowlęcia. Dorośli, jak to dorośli: jedni założyli słuchawki na uszy, inni udawali, że nie słyszą, kolejni usiłowali zlokalizować rodziców małego płaczka. Był tylko jeden człowiek, który zareagował empatycznie. Trzylatek wstał ze swojego siedzenia, podszedł do rodziców niemowlęcia i wręczył im swój smoczek. Cudowne! Bo empatia wykracza poza tylko współczucie i żałowanie innych osób. Jest raczej umiejętnością zrozumienia emocji odczuwanych przez innych i patrzenia na świat z ich perspektywy. Nie jest obojętna ani abstrakcyjna.

Jest lekiem na całe zło tego świata?
Na pewno jest lekiem, także na ból. Bardziej empatyczni lekarze i pielęgniarki, którzy np. uczestniczyli w kursach empatii, samym zainteresowaniem i czułym pochyleniem się nad chorym są w stanie zmniejszyć jego ból, a na pewno cierpienie psychiczne. Czuła uwaga specjalisty potrafi np. szybciej odchudzić klienta. Jaki jest tego mechanizm? W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat badania z neuroobrazowania potwierdziły, że dzielimy z innymi sieci neuronalne, wtedy gdy rozumiemy (przy pomocy intelektu), przez jakie uczucia dana osoba przechodzi. Jeżeli opiekujemy się starszymi rodzicami, łatwiej nam będzie wykazać empatię wobec osoby w podobnej sytuacji.

To był najciekawszy wniosek z badań nad empatią, które prowadziłaś?
Tak. A także fakt, że można ją mierzyć, że jest de facto fizjologiczna. Naukowcy wykonali kilka lat temu następujący eksperyment: na początku zrobili skany mózgów osób, którym nakłuwano igłą palce. Tym sposobem określono, które neurony biorą udział w odczuwaniu bólu. Następnie zobrazowano mózgi drugiej grupy uczestników – ale oni nie cierpieli, tylko oglądali film z nakłuwania palców. Co się okazało? Że układ nerwowy oglądających (ale nie nakłuwanych) zareagował w taki sam sposób, jak odczuwających ból. Podświetlały się te same sieci neuronalne u obu grup badanych – była to część mózgu zwana wyspą.

Stąd już krótka droga do tzw. neuronów lustrzanych – komórek nerwowych pomagających odgadnąć intencje i uczucia osoby, z którą przebywamy.
Jesteśmy wyposażeni w wyspecjalizowane neurony, które pomagają nam zrozumieć, co się dzieje w mózgach innych osób, i wyzwalają to, co nazywam „inteligencją wspólnego umysłu”. Co ciekawe, ludzie rodzą się z mniejszą lub większą liczbą neuronów lustrzanych. Czyli można powiedzieć: niektórzy są empatami z urodzenia, inni mogą tę cechę doskonalić albo wręcz w sobie rozwinąć. Nasze mózgi są przystosowane do doświadczania bólu innych osób z dwóch istotnych powodów: aby pokazać nam, czego unikać, oraz aby zmotywować nas do pomocy cierpiącej osobie. Jednym z efektów ubocznych pomocy innym jest to, że inspiruje ich ona do odwzajemnienia pozytywnych działań.

Empatia, tak jak karma, wraca?
Oczywiście, pomagając innym, czujemy się dobrze. Uznaje się to za podstawę współpracy i wzajemności w ludzkich relacjach. Odczuwanie cudzego bólu motywuje nas do pomocy, co z kolei budzi pozytywne uczucia u innych i zwiększa prawdopodobieństwo odwzajemnienia pomocy. W ostatecznym rozrachunku przetrwanie naszego gatunku jest możliwe dzięki temu, że krąg empatii zatacza koło.

Nie obraź się, ale brzmi to wszystko bardzo idealistycznie. Wiem natomiast, że jest druga strona medalu: że ludzie wykorzystują szczodrość empatycznych osób.
Oczywiście, empatią można manipulować. Niektórzy doskonale widzą, że ktoś jest delikatny, miły, uważny na innych. Wtedy wymagają zbyt dużo, a często wzbudzają poczucie winy, że tak mało im dajesz. Empata może się nagle obudzić kompletnie pusty i wypalony, bo okazuje się, że nagle rozdał swoją uwagę innym, a nie sobie. Najważniejsza rada – która jest, niestety, mało konkretna i bardzo subiektywna – to zaufać swojemu ciału, każdemu uczuciu towarzyszącemu spotykanej osobie, ale także komuś, z kim jesteście w relacji. Jeżeli czujecie choć przez moment dyskomfort spowodowany tym, że ktoś chce od was więcej, niż możecie zaoferować – zachowajcie zdroworozsądkowy dystans. Ciało mówi: „Nie ufaj tej osobie, jest ci z nią raczej nie po drodze”. Stawiajcie granice swojej szczodrości i szczerości. Jeżeli tego nie zrobicie, ryzykujecie tym, że nie będziecie mieli siły na budowanie dobrych relacji. Podam przykład: rozmawiasz z kimś. Zwróć uwagę, jak twoje ciało reaguje na rozmowę. Jeżeli zauważysz, że się napinasz, twój żołądek jest ściśnięty, a serce zaczyna bić mocniej, postaraj się oddychać głęboko i po prostu nazwać swoje emocje. Możesz czuć niepokój, wtedy powiedz: „Muszę się chwilę nad tym zastanowić”. Jeżeli ogarnia cię gniew, możesz stwierdzić: „Bardzo poruszyły mnie twoje słowa i potrzebuję czasu, aby przemyśleć odpowiedź”. Natomiast jeżeli podczas rozmowy z kimś czujesz się dobrze i spokojnie, zapewne tak właśnie jesteś postrzegana. I jest to dobry początek.

W twojej książce pada sformułowanie „wyczerpani współczuciem”…
To wszyscy pracownicy służby zdrowia, ale także strażacy czy policjanci, którzy na co dzień muszą wykazywać się ogromną empatią, a są poddani ciągłemu stresowi. Nie jest to możliwe, jeśli pracuje się wiele godzin codziennie przez pięć dni w tygodniu. A jednocześnie każdy z pacjentów czuje się lepiej, kiedy lekarz – zamiast wpatrywać się w ekran komputera – patrzy uważnie na pacjenta i wyraźnie zależy mu, żeby dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Ale, tak jak powiedziałam, empatia się wyczerpuje.

Zaniedbywanie siebie prowadzi do zmniejszenia zdolności dostrzegania potrzeb innych osób. Dlatego zanim pomożemy innym, musimy pomóc sobie. Powiedz mi, ile empatii można wzbudzić, kiedy czujesz się zmęczona, głodna, w kiepskim nastroju? Empatia i współczucie są silnie uzależnione od fizjologii. Z badań wynika, że kiedy organizm znajduje się w fizjologicznym stanie równowagi, jesteśmy najbardziej empatyczni. Co to oznacza? Że poziom hormonów stresu: kortyzolu, adrenaliny, jest niski. Trudno więc wymagać empatii od ludzi zdenerwowanych, poddanych przedłużającemu się stresowi.

Ostatni rozdział mojej książki (niektórzy z moich znajomych uważają, że powinien być pierwszy) nosi tytuł „Empatia wobec samego siebie”. Opisuję w nim, na co można sobie pozwolić, aby być wobec siebie wystarczająco i zdrowo współczującym. Jednym z doskonałych regulatorów uczuć jest pozwolenie sobie na płacz. Holenderskie badania wykazały, że po 90 minutach po obejrzeniu wzruszającego filmu osoby, które się na nim wypłakały, są w lepszym nastroju niż przed seansem. Zapamiętajcie podstawową zasadę empatii wobec samych siebie: kiedy ogarnia was gniew, lęk czy obrzydzenie, nazwanie ich pomaga dostrzec, że to stan przejściowy, który nie definiuje was na stałe. Takie działanie ma swoje fizjologiczne uzasadnienie: umożliwia korze przedczołowej, części mózgu biorącej udział w ocenie emocji, zdystansowanie się od nich. Żeby uspokoić swoje emocje, warto przyjąć postawę: „Obserwuję, co mnie spotyka”. Czyli mówię np.: „Uświadomiłam sobie, że jego uwagi bardzo mnie zraniły”.

Szkoda tylko, że tak często – zamiast spróbować siebie zrozumieć – uważamy, że użalamy się nad sobą, pobłażamy sobie…
Empatia wobec siebie nie ma nic wspólnego z pobłażaniem sobie (które może prowadzić do destrukcji: przejadania się, zażywania narkotyków, generalnie – bezmyślnego poprawiania sobie samopoczucia). Self empathy oznacza przyznanie, że – tak jak wszyscy – zasługujesz na zrozumienie i współczucie. Musisz wejść we własne buty i spojrzeć na siebie ze współczującej perspektywy, nieoceniania zbyt surowego tego, co cię spotkało. Nie oznacza to też zwolnienia z odpowiedzialności czy tego, że trzeba kogoś przeprosić. Badania wykazują, że osoby z dużym poziomem autoempatii rzadziej wylegują się na kanapie niż osoby bardzo samokrytyczne. Badając osoby empatyczne wobec siebie, stwierdziliśmy, że są one lepiej zmotywowane, wytrzymalsze, bardziej twórcze, zadowolone z życia i – wiadomo – empatyczne wobec innych.

Czy dostępne technologie: smartfony, Internet, zubażają naszą empatię?
Zależy, jak tę technologię wykorzystujemy. Nie jest ona najszczęśliwszym rozwiązaniem, jeżeli chce się „wczuć w czyjeś emocje”. Oczywiście, łatwiej wysłać emotikona z uśmiechniętą bądź płaczącą buźką niż porozmawiać i wysłuchać czyjegoś płaczu albo radości. Widać, że sporo ludzi zamiast używać technologii do kontaktów, izoluje się technologicznie. Wolą grać w gry niż rozmawiać z innymi, piszą mejle, zamiast zadzwonić i porozmawiać. A przecież mamy wybór: możemy zajmować się informacjami albo koncentrować się na relacjach – to od nas zależy, co nas bardziej pochłonie. Dziwię się rodzicom, którzy mówią: „Nie mogę rozmawiać z dziećmi przy stole, bo są pochłonięte pisaniem wiadomości”. Wtedy zawsze im mówię: „Jak to? Przecież możesz postawić w korytarzu pudełko, do którego każdy, kto chce coś zjeść, będzie wrzucał swój telefon”.

Stereotypowo mówi się: „Kobiety są bardziej relacyjne niż mężczyźni”. Czyli, jak rozumiem, także bardziej empatyczne.
Zgadza się. Kulturowo tak się właśnie to układa. Dziewczynki częściej niż chłopcy są uczone: „Pomyśl, co on/ona czuje”; „Jakbyś się zachowała w jej/jego sytuacji”. Skutkuje to rzeczywiście tym, że kiedy one dorosną, zwracają uwagę na relacje. Mężczyźni są mniej empatyczni także dlatego, że mają kłopoty z rozróżnianiem uczuć – nie wiedzą, czy np. czują złość, czy obrzydzenie, strach, czy złość. Trudno jest im więc się wczuć w uczucia innych. Ale – powtarzam – empatii można się nauczyć.

Jak można kogoś nauczyć empatii?
Po prostu przez bycie przykładem. Dzieci bardzo szybko przyswajają sobie empatyczne zachowania dorosłych. Wyobraź sobie szefa, który w momencie, kiedy zbliża się deadline, zamiast poganiać cię, zapyta: „Wszystko w porządku? Wyspałaś się dzisiaj porządnie?”. Przecież dla takiego kogoś można przenosić góry! Są też tysiące sytuacji w życiu codziennym, w którym można ćwiczyć swoją empatię. Znasz to? Przychodzi do ciebie przyjaciółka i mówi: „Ale ta X jest niekompetentna i ciężko się z nią pracuje”. I obie zaczynacie oplotkowywać X. A może by któregoś dnia, zamiast obmawiać ją, powiedzieć: „Właściwie dlaczego taka jest? Musi być jakaś przyczyna, dla której jest taka trudna do zniesienia! Może przechodzi przez coś trudnego?”. Każdy człowiek ma jakąś historię, która go definiuje i sprawia, że zachowuje się tak, a nie inaczej. Warto po prostu spojrzeć na niego szerzej. Odbieram tym samym przyjemność plotkowania, ale pamiętajmy, że w plotkach chodzi o to, żeby poczuć się lepiej cudzym kosztem.

Helen Riess, psychiatra, profesor w Harvard Medical School,
dyrektorka programu Empathy and Relational Science w szpitalu w Massachusetts.
Jest współautorką książki „Siła empatii. 7 zasad zmieniających życie, pracę i relacje”,
która ukazała się nakładem wydawnictwa Samo Sedno.