Superniania uparta jak oślica

Superniania uparta jak oślica
Tatiana Jachyra

Ma zdecydowane poglądy w sprawie rodziny, wiary i miłości. Lubi swoje kształty, kompleksów nie ma. – Dlaczego pani tańczy z gwiazdami? – pyta Maja Jaszewska. – A dlaczego nie? – odpowiada Dorota Zawadzka

Jakim dzieckiem była Superniania?

Myślę, że byłam grzeczną, trochę nudną dziewczynką. Miałam oczywiście różne głupie pomysły, raz nawet wpadłam do bunkra, a moi przestraszeni koledzy uciekli. Na szczęście wyciągnął mnie jakiś bezdomny, któremu zajęłam miejsce noclegu. Mama opowiadała też, że znalazła kiedyś papierosa w moim piórniku. Chodziłam do pierwszej klasy, pewnie nosiłam go dlatego, że wszyscy naokoło palili. 

Co prawda nigdy w życiu nie byłam na dyskotece, ale również nie pyskowałam rodzicom. Dużo ze mną rozmawiano, chyba dlatego jestem dziś taka wygadana i potrafię mówić o tym, co czuję i czego potrzebuję.

Uczyłam się tego, co mnie interesowało, bardzo dużo czytałam – często z latarką pod kołdrą – lubiłam geografię. Fascynowali mnie ludzie i chyba trochę rządziłam innymi dziećmi, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zawsze byłam „pomysłowo chora” i inicjowałam zabawy.

Jak wspomina pani swój dom rodzinny?

Byłam dzieckiem w tzw. kobiecej rodzinie, którą kierowała mama i babcia. Pełno w niej było różnych ciotek i kuzynek. Oczywiście był też tata, ale wedle zwyczaju tamtych czasów pracował i na co dzień niespecjalnie był obecny. Za to w weekendy znajdowaliśmy czas na rodzinne wyprawy do kina, na wycieczki, spacery i wspólny obiad.

To było naprawdę szczęśliwe dzieciństwo, pełne zabawy, lalek, maskotek, wypraw na poranki do kina i do teatru. Czułam się bardzo ważna dla całej mojej rodziny, dostałam od niej mnóstwo uwagi i troski. Pamiętam, jak ciotki godzinami się ze mną bawiły lalkami, szyły mi dla nich ubranka. Byłam dzieckiem z wyobraźnią, ciągle coś wymyślałam i one z ochotą wchodziły w świat mojej fantazji. To dawało mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Do czasu.

Kiedy miałam 13 lat, zawalił mi się świat. Moja babcia umarła mi na rękach. Wszyscy byli wtedy w szoku i nikt wystarczająco nie zatroszczył się o to, żebym sobie z tym poradziła. Z dnia na dzień przestałam być dzieckiem. I potem wszystko już było inaczej. Myślę, że do dzisiaj mam z tym kłopot.

Na ile, pani zdaniem, dom rodzinny determinuje nasze późniejsze życie?

Według mnie determinuje prawie wszystko. Na pewno pokazuje wzorce relacji na wszystkich poziomach, czyli z dziadkami, rodzicami i rodzeństwem. Dom rodzinny buduje też wiedzę o nas samych.

Znajomi pytają mnie: „Jak ty możesz czytać złośliwe komentarze na swój temat, na przykład że w »Tańcu z gwiazdami« wyglądałaś jak pędzący wóz strażacki, śmiać się z tego i jeszcze to cytować?!”. Fakt, nie mam problemu z tego typu złośliwościami, bo wiem, ile jestem warta. Tego właśnie nauczono mnie w moim domu.

Jeżeli rodzina dziecka wzmacnia je, dba, żeby wiedziało, jak jest wartościowe, to krytyka z zewnątrz nie rani wówczas tak mocno. Ważne jest przy tym, by uświadamiać dziecku również jego słabsze strony. Jestem przeciwniczką mówienia: możesz wszystko. Marzenia muszą być weryfikowane przez możliwości ciała czy intelektu. Co nie znaczy, że mamy rezygnować z pragnień, bo nawet jeżeli mamy jakieś ograniczenia, możemy znaleźć niszę, w której zrealizujemy to, do czego dążymy.

Jak prowadziła pani swoich synów przez czas burz i naporów?

Podobnie jak ja nie przechodzili specjalnych etapów buntu. Moi synowie mówią: „Mamo, myśmy mieli szczęśliwe dzieciństwo”. Kiedy starszy syn Paweł udzielał parę lat temu jakiegoś wywiadu, powiedział coś, co mnie szczerze wzruszyło: „Nigdy nie musiałem skłamać mojej mamie”. Nie potrzebował już niczego więcej dodawać. W tym zdaniu jest dla mnie wszystko. Myślę, że ich fajnie wychowałam i będą dobrymi partnerami dla swoich kobiet, a w przyszłości ojcami. Dałam im to, co dla mnie najważniejsze, czyli uwagę i szacunek.

Nie musiałam zaspokajać wszystkich zachcianek synów, żeby czuli, że są dla mnie najważniejsi na świecie. Do dziś ich mejle i SMS-y kończą się słowami: „mamo, kocham cię”,  a przecież nie muszą tego pisać. Oczywiście, ja też tak im mówię i piszę tak często, jak to tylko możliwe.

Dzielimy się uczuciami i emocjami, mają potrzebę obdarowywania mnie zarówno swoją radością, jak i tym, że załapali „doła”. Nie robię im przesłuchań, o nic nie wypytuję, ale wiedzą, że zawsze jestem gotowa wysłuchać, przyjechać czy pomóc. Jesteśmy trochę jak papużki nierozłączki, świetnie się ze sobą czujemy.

Przez trzy lata dzięki programowi „Superniania” rodzice dowiadywali się czegoś więcej o swoich dzieciach. A czego pani dowiedziała się o sobie?

Jestem uparta jak oślica, ale okazało się, że potrafię ustąpić. Wydawało mi się, że mam mocno ugruntowane poglądy, trochę takie dziecięce, bo z tendencją do oceny: czarne lub białe. A tu przekonałam się, że jednak potrafię być elastyczna. Dowiedziałam się też o sobie, że jestem empatyczna, bardziej niż mi się wydawało. Wcześniej sądziłam, że dobrze sobie radzę z trudnymi sytuacjami, a tymczasem przy kilku odcinkach programu zdarzyło się, że bardzo silne emocje wręcz mnie rozbiły.

Powalało mnie chwilami nagromadzenie napotykanych problemów. Przyjeżdżałam w jednej sprawie, a okazywało się, że to nawet nie był wierzchołek góry lodowej, tylko jakaś iglica. A pod spodem bagno z zaszłościami jeszcze z poprzednich pokoleń.

Okres kręcenia „Superniani” był dla mnie czasem intensywnej nauki, bo zawsze powtarzam, że jestem w drodze, nie umiem jeszcze wszystkiego. 

Jaką refleksję o świecie przyniósł pani program?

Poraził mnie bezmiar nieszczęścia zbyt wielu dzieci w naszym kraju. Wiedziałam, że rodzice stosują wobec nich przemoc, że nie dbają o dzieci, ale dopiero te trzy lata dały mi naprawdę przykre poczucie, że tak niewiele mogę zrobić.

Ludzie są przekonani, że wszystko robią dobrze. Tak wychowywali ich rodzice i dziadkowie, wszyscy wokół tak wychowują. Często nie mają świadomości, że dziecko jest przede wszystkim człowiekiem. Nie chcą się o nim czegokolwiek dowiedzieć. To było coś, z czym długo nie mogłam dać sobie rady. I nie mówię bynajmniej o rodzinach patologicznych, ale o powszechnym podejściu do dziecka.

Kolejna refleksja dotyczy kobiet. Większość tych, z którymi pracowałam, mówiła, że dopiero po urodzeniu dzieci poczuły się spełnione i wartościowe, bo celem ich życia jest bycie matką.

Rozumiem, że kobieta chce mieć dzieci, bardzo to szanuję, co więcej, jestem zdania, że moi synowie
to najlepsze, co mi się w życiu zdarzyło. Uważam również, że jest to jakaś forma spełnienia, ale przecież nie jedyna! Tymczasem w naszym społeczeństwie jest pod tym względem tak silna presja, że kobiety często wiążą się na oślep z nieodpowiednimi mężczyznami, aby tylko wyjść za mąż, a potem jak najszybciej urodzić dziecko. Efekty nie nastrajają optymistycznie. Myślę, że ludzie najpierw muszą się polubić, zaprzyjaźnić, zacząć szanować i pokochać. Dziecko nie powinno być nadrzędnym celem związku.

(…)

Więcej w numerze 12/2010