Jacy ludzie uzależniają się od władzy?

fot.123rf

Jeśli z tego powodu, że brudna szklanka nie trafiła do zlewu, ale nadal stoi na stole, robi aferę, to może być sygnał uzależnienia od władzy. W tym wypadku od władzy nad przedmiotami. Nie tylko dyktatorzy są nią dotknięci.
Są tacy, którzy z racji zalet charakteru i wrodzonej umiejętności wpływania na ludzi zwanej charyzmą są do władzy predestynowani i często wypychani. Władza nie jest podstawowym źródłem ich życiowej satysfakcji, raczej kompetencją zawodową. To ludzie tzw. dobrej roboty, którzy nie pchają się do władzy, bo nie muszą dzięki niej potwierdzać swojej wartości i znają ciężar odpowiedzialności z nią związany. Gdy ich mandat wygasa, odczuwają ulgę i z radością wracają do swoich pasji. Wyróżnia ich to, że ocenę własnej wartości mają zakorzenioną w egzystencjalnym poczuciu bycia w porządku. Takim ludziom nie grozi uzależnienie od władzy. Komu więc grozi? – dyskutują psychoterapeuta Wojciech Eichelberger, coach Iwona Firmanty i doktor psychologii Tomasz Srebnicki.

Władza mi smakuje!

Wojciech Eichelberger: Uzależnienie grozi tym, którzy władzę samą w sobie uznają za coś atrakcyjnego. Gdy ją zdobędą, sycą się bez umiaru poczuciem wyniesienia, wpływu, byciem na świeczniku; mają parcie na szkło. Jedna z typologii psychologicznych dzieli ludzi na dwa rodzaje: task-oriented albo ego-oriented, czyli zorientowanych na zadanie albo na siebie. O tych pierwszych mówiliśmy wcześniej. Dla tych drugich władza jest wartością samą w sobie, bo leczy ich niedowartościowane ego. Jest jedynym celem i sensem ich życia. Na ogół bywają samotnikami, bo inni są dla nich ważni jedynie jako instrumenty zdobywania i utrzymywania władzy.

Iwona Firmanty: Od władzy uzależniają się osobowości zadaniowo-ekstrawertyczne, gdyż poprzez władzę i kontrolę uzyskują poczucie bezpieczeństwa. Władza jest zbroją chroniącą ich niekiedy niższe poczucie wartości i dającą im odczuć, że jednak coś na tym świecie znaczą. Inaczej trudno im ten sens odczuć, gdyż kierują nimi egoistyczne: „ja”, „moje”.

Tomasz Srebnicki: Jako zwierzęta naczelne mamy potrzebę hierarchii. I wielu z nas instynktownie podporządkowuje się władzy. Nieliczni czują potrzebę jej sprawowania. Stworzenie hierarchii daje skuteczniejszą ochronę i ułatwia zdobywanie dóbr wszelakich: od jedzenia po przepisy prawa. Te jednostki, które w naturalny sposób przejmują władzę, pracują zazwyczaj dla dobra ogółu. Od władzy się nie uzależniają. Uzależnienie grozi tym, dla których jest ona sposobem na poradzenie sobie z wewnętrznym chaosem, często z lękiem. Władzę tego rodzaju można sprawować i w dużej organizacji, jak korporacja, i małej, jak małżeństwo. Zawsze jednak jej przejawem jest likwidowanie wszelkich przejawów demokracji, gaszenie każdej niesubordynacji.

Władza – studium rodzajów

Iwona Firmanty: Władzę można mieć nad przedmiotami, nad ludźmi, nad sytuacją. Władzę nad przedmiotami często sprawują ludzie o osobowości analitycznej, ale mający chaos w głowie. To ci, których nazywamy pedantami, mają zazwyczaj w głowie taki misz-masz, że kiedy zeszyt leży pod nieodpowiednim kątem, to jest dla nich zbyt wiele, a położenie go jak należy to sprawa życia i śmierci. Tygodniami będą wypominali, że pilot leżał z lewej, a ty go położyłaś z prawej strony stolika, bo gdy tracą władzę nad przedmiotami, przenoszą ją na człowieka, który zrobił bałagan.

Uzależnienie od władzy bywa zazwyczaj objawem tego, że się za bardzo w środku nabrudziło, nazbierało. A to kąśliwych uwag współmałżonka, a to ocen negatywnych od szefa, a to zazdrości wobec bliźnich, pozbieranej już z własnej woli. Potrzebne jest otworzenie emocjonalnego śmietnika w sytuacji kontrolowanej przez specjalistę, czyli serwis dla emocji. Bez tego wojna o władzę w domu toczy się bez końca.

Władza nad sytuacją

Katarzyna, 40-letnia właścicielka firmy, ma taką potrzebę władzy nad sytuacją, że swojej pracownicy nie pozwoli wydrukować jednej niepotrzebnej kartki. Jest gotowa zatrudnić kogoś, kto będzie stał przy drukarce i liczył kopie. Koszty takiego działania przerosną koszty ryzy papieru roztrwanianej dziennie, co potwierdza, że to działanie irracjonalne.

Katarzyna, kiedy była dzieckiem, wciąż słyszała, że jest niewystarczająco mądra, ładna, dobra. Ojciec zawsze miał jakieś uwagi, które sprowadzały się do tego, że Kaśka musi bardziej się starać. I tak się starała, że zaszła bardzo wysoko. Odczuwa ogromną niechęć do delegowania pracy, bo kto zrobi cokolwiek tak dobrze jak ona. Jej potrzeba kontroli i władzy jeszcze się nasiliła po śmierci ojca i przejęciu przez nią jego firmy. Jedyną bolączką, do której się przyznaje, jest nadwaga. Nie do opanowania mimo żelaznego charakteru, bo słodycze to jedyne antidotum na potrzebę bliskości.

Iwona Firmanty: Analiza transakcyjna Berne’a pomaga spojrzeć na człowieka jako na niekończący się dialog, nawet spór między trzema aspektami osobowości, czyli wewnętrznym Rodzicem, Dzieckiem i Dorosłym. W wypadku osób uzależnionych od władzy aspekt dziecięcy może być całkowicie wyłączony. Kiedy więc zapytałam Katarzynę, gdzie jest jej wewnętrzne Dziecko, czyli część odpowiedzialna za zabawę i bezradność, uczona od małego, że słabość jest zła, tak silnie wstrzymywała łzy, aż krew pociekła jej z nosa. Dopiero wówczas zaczęła szlochać. Nazywanie rzeczy po imieniu pomaga ogarnąć emocje. Potem dopiero nadchodzi czas na oduczanie się potrzeby władzy i kontroli.

Władza nad ludźmi

Elżbieta, singielka po trzydziestce, kieruje działem prawniczo-finansowym pewnej korporacji i gdy któryś z pracowników nie przychodzi do niej co jakiś czas i nie opowiada, co dzieje się w firmie, wzywa go do gabinetu i pyta: „Dlaczego ze mną nie współpracujesz? Przecież wiesz, że w naszym dziale są takie zasady, że obowiązuje transparentność komunikacji”.Elżbieta była kompetentna, ale styl zarządzania doprowadził do tego, że ludzie zdrowi psychicznie odchodzili, a ci z brudami z domu rodzinnego zostawali. Ona budziła w nich dobrze znane poczucie, że muszą się bardziej wykazać. Ale ich pracą też niedługo mogła się cieszyć, gdyż wkrótce dosięgały ich wypalenie, depresja itp. skutki mobbingu.

Iwona Firmanty: Kogoś, kto chce wszystko kontrolować, możemy podejrzewać o brak zaufania do innych. Ale to wyraz braku zaufania do siebie. Bierze się on stąd, że albo ktoś naopowiadał im na ich temat wiele brzydkich rzeczy, albo nie pozwalał nabrać wiary w siebie, np. zabraniając skakać po drzewach tak, by się nauczyć, jak nie spaść. Potrzebę władzy mają też osoby nieukochane w dzieciństwie, wiele razy zawiedzione oraz te wychowywane na grzeczne dzieci.

I tak było w przypadku Elżbiety, trafiła do mnie, zaczęłyśmy pracę nad dzieciństwem i deficytami, jakie z tego czasu wyniosła. Broniła się przed tym, by uznać, że to, co jej dolega, bierze się z nieukochania. Czuła, że gdy to sobie uświadomi, rozsypie się jak pęknięty woreczek ryżu.

Miała jednak motywację, gdyż jej nowy facet powiedział, że odejdzie, jeśli ona nie wyluzuje. Elżbieta uczy się więc odpuszczać. Rozpisała razem z coachem dekalog zasad, jak odpuścić. Facet przestał pakować walizki, a pracownicy – pisać wypowiedzenia, bo ona zaczęła używać wyrazu „proszę”. Ale żeby nie było tak słodko, matka ją krytykuje: „Co się z tobą stało? Facet i pracownicy wchodzą ci na głowę!?”.

Usprawiedliwianie krwiopijcy

Tomasz Srebnicki: Liderzy cierpiący na uzależnienie od władzy nie wiedzą, że krzywdzą ludzi. Wnioskowanie moralne mają ograniczone, gdyż w ich oczach takie postępowanie jest uzasadnione. Postrzegają bowiem innych jako zagrożenie. Idą więc po trupach do władzy, manipulują. Czasem tak jasno identyfikują wroga, że staje się nim na przykład inna rasa. Że to myślenie patologiczne, nie trzeba dodawać. Statystycznie większość ludzi jest nastawiona na rozwój i współdziałanie, a nie na niszczenie i walkę.

Uzależnieni od władzy nie są najlepszymi liderami dla żadnej organizacji. Ich celem nie jest rozwój i osiąganie celów organizacji, ale pokonanie wrogów. Do czasu sprzyja im to, że władza daje charyzmę, a ta – społeczną aprobatę. W końcu jednak szef władzoholik wzbudzi niechęć podwładnych, a nawet doprowadzi do próby obalenia go. Ludzie bowiem, gdy władza nie służy ich rozwojowi, zaczynają z nią walczyć. Dla sprawującego ją ten opór to potwierdzenie patologicznych przekonań: „Jest tak, jak myślałem! Wokół sami wrogowie!” .

Co zrobić, jeśli mamy patologicznego szefa? Najlepiej zwolnić się z pracy. Konsekwencje wynikające z walki z nim są zbyt duże. Jeśli bowiem organizacja dopuściła do zarządzania tego typu osobę, to znaczy, że cała cierpi na podobną chorobę.

Ratunek dla władzoholika

Wojciech Eichelberger: Ludzie uzależnieni od władzy nie poszukują ani terapii, ani coachingu. Zagrożone poczucie wartości maskują przekonaniem, że niczego nie potrzebują, że są doskonali. Nie podejrzewają nawet, jak ogromne obszary ważnych uczuć, potrzeb i wspomnień wyparli ze świadomości.

Ratunek? Nie istnieje, póki sami nie poczują, że go potrzebują. Tylko życiowe tragedie lub gwałtowny nawrót sumienia w gronie najbliższych mogą naruszyć fortyfikacje ich zranionego ego. Tak jak to się przydarza w serialu „House of Cards”, wstrząsającej analizie uzależnienia od władzy. Bohater nieliczący się z żadną świętością dochodzi do najwyższej władzy w kraju. Lecz gdy żona, będąca dotąd lojalną sojuszniczką, nieoczekiwanie zachowuje się w sposób zgodny z ludzkim, moralnym instynktem, świat bohatera zaczyna się chwiać.

Domowy tyran

Tomasz Srebnicki: W mniejszych organizacjach, takich jak rodzina, władza nie jest potrzebna. W dobrych związkach, choć jedno zarabia więcej, drugie mniej, nikt nie próbuje nikomu narzucić swojej woli. W związkach z władzoholikiem jest inaczej. Zazwyczaj to mężczyzna podporządkowuje sobie kobietę. Bywa to powiązane z lękiem przed zdradą, a zdominowanie partnerki ma chronić dyktatora przed skrzywdzeniem.

W pewnym momencie każdy dyktator spotka się z oporem, a wówczas ma dwie strategie: nasila środki władzy, wprowadza skrajny terror. Drugi wariant tylko pozornie jest lepszy – ustępuje z władzy przy jednoczesnym pokazywaniu drugiej stronie, ile na tym straciła. Wnosi o rozwód i zabiera dzieci tylko po to, by ona nie miała do nich dostępu.

Co więc zrobić, gdy wyszło się za mąż za uzależnionego od władzy? Warto postawić sobie pytania: Dlaczego nie stawiam mu granic? Jakie korzyści z tego czerpię? Czy postrzegam siłę mężczyzny jako potwierdzenie mojej atrakcyjności? Może jako gwarancję bezpieczeństwa? A siebie czy postrzegam jako słabą? Czy siła gwarantuje udany związek? Silny nie jest zainteresowany bliskością, bo walczy, widzi wszędzie zagrożenie i na nie reaguje. A więc czy nasza relacja to miłość, czy patologiczny układ władzy? A może znoszę to, że mąż sprawuje nade mną władzę, bo na urodziny kupił mi porsche i ja mogę pokazać je koleżankom. Czy prestiż to mój sposób na rozwiązanie problemów wewnętrznych?

Uzależnienia i sukces

Tomasz Srebnicki: Nie ma takiego rozpoznania: władzoholizm. Ale strategie radzenia sobie z problemami oparte na sprawowaniu władzy będą się stawać coraz popularniejsze, bo modelem sukcesu jest właśnie władza. Nawet artyści nie zabiegają dziś o artyzm, ale o nimb celebryckości, czyli chcą zostać kimś, kto zyskał podziw i tak sprawuje kontrolę nad ludźmi. Można wówczas więcej. A nawet trzeba, aby prowokować paparazzich.

Wojciech Eichelberger: Alkohol przenosi w krainę baśni i znieczula poczucie upokorzenia i lęku. Hazard? Daje obietnicę szybkich, łatwych rozwiązań, adrenalinę z magicznej gry z losem lub głos sumienia, który każe pozbyć się nieuczciwie zarobionych pieniędzy. Uzależnienie od Internetu to często przejaw kryzysu męskości i relacji między płciami. Każde uzależnienie jest daremną – bo objawową – próbą poradzenia sobie z jakimś wewnętrznym brakiem, konfliktem, lękiem czy kompleksem. Wzrost liczby uzależnień może wiązać się także z bezrobociem, biedą, poczuciem utraty wpływu na własne życie. To, jakie uzależnienie wybieramy, jest często sprawą przypadku: np. zranione poczucie wartości możemy reperować albo w walce o władzę, albo wcielając się we wspaniałego awatara w grze „Second Life” lub urządzając second life w alkoholowym ciągu.