Izabela Nowakowska-Teofilak - Wioletta Iwanicka-Richter: „Bieda i bezdomność nie są żadnym wyborem, są dramatem. Każdy zasługuje na pomoc”
00:00
12:49
W Polsce żyje kilka milionów ludzi zagrożonych ubóstwem, a co za tym idzie – także kryzysem bezdomności. Terapeutka Wioletta Iwanicka-Richter, która wraz z mężem prowadzi klub pomocowy „Wysoki Zamek”, zauważa, że w gruncie rzeczy nie ma znaczenia, dlaczego znaleźli się w takiej sytuacji. Takiej samej pomocy potrzebuje bowiem człowiek, który popadł w ubóstwo z powodu uzależnienia, jak i senior z emeryturą
niewystarczającą na opłacenie rachunków.
- Jak zauważa Wioletta Iwanicka-Richter, bieda i bezdomność coraz częściej dotykają seniorów i osób wykluczonych społecznie, a nie wyłącznie ludzi zmagających się z uzależnieniami.
- „Jeśli nie wiesz, co robić, rób dobro” – mówi terapeutka uzależnień i tłumaczy, dlaczego pomaganie daje jej poczucie sensu.
- Jak pomagać innym, a jednocześnie nie doprowadzić się do wypalenia? Ekspertka opowiada o granicach, emocjach i odpowiedzialności.
- „Wyleczyłam się z chęci zrobienia czegoś wielkiego”. W rozmowie padają również słowa o mądrym pomaganiu i lekcjach, które dają osoby żyjące w ubóstwie.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 04/2026
Izabela Nowakowska-Teofilak: Bieda i bezdomność przez lata były kojarzone z różnego typu uzależnieniami. Dziś wiemy, że ten problem dotyczy również seniorów i wielu osób narażonych na wykluczenie społeczne. Jak się zmienił obraz ubóstwa w ciągu 30 lat, kiedy pomagasz?
Wioletta Iwanicka-Richter: Prawdę mówiąc, to nie ma dla nas większego znaczenia. W naszej wspólnocie mamy takie podejście, że choć ubóstwo bez wątpienia zmienia się na przestrzeni wieków, to jednak nie zmienia się to, w co wierzymy. My mamy podstawy chrześcijańskie, ale wiem, że wielu ludzi, którzy są ateistami, też ma w sobie potrzebę czynienia dobra. Myślę, że ona jest w nas zakorzeniona, że jednak jesteśmy zaprogramowani na to, żeby sobie pomagać. Dlatego ta wizja ubóstwa może się zmieniać, ale to nie powinno wpływać na nasze działania i decyzje.
Współcześnie ludzie żyjący na ulicy wyglądają zupełnie inaczej niż trzy dekady temu, bo mają dostęp do różnych rzeczy, które kiedyś były dla nich nieosiągalne. Mają się gdzie umyć, mogą zmienić odzież, ale to nie znaczy, że w związku z tym nie potrzebują już wsparcia.
Takiej samej pomocy potrzebuje człowiek, który popadł w ubóstwo z powodu uzależnienia, jak i senior, którego emerytura nie starcza na opłacenie rachunków, nie wspominając o jedzeniu. Bieda i bezdomność nie są żadnym wyborem, są dramatem, dlatego każdy człowiek zasługuje na pomoc. Powinniśmy odejść od mentalności: sami sobie winni. A nawet jeśli tak, to może warto dać temu człowiekowi drugą szansę?
Podobnie przecież ewoluowało nasze podejście do skazanych. Kiedyś myślano, że więźniowie powinni żyć w skrajnie upadlających warunkach, żeby po wyjściu nigdy nie chcieli wrócić do więzienia. Ale teraz wiemy już, że ta strategia nie skutkuje resocjalizacją, bo po latach spędzonych w takim miejscu ludzie wychodzą na wolność kompletnie zdezintegrowani. Dlatego dzisiaj w systemie więziennictwa nacisk kładzie się na pokazanie skazanym, że życie może wyglądać zupełnie inaczej, że do wyboru są różne możliwości.
Skąd w pani tyle empatii, zrozumienia dla innych, chęci do niesienia pomocy?
To chyba wynika z przeświadczenia, że samemu coś się otrzymało i trzeba to posłać dalej.
Mam poczucie, że dostałam od życia bardzo dużo, że ta miłość, która płynie do mnie od bliskich, aż mi się przelewa – i nie mogę pozwolić, żeby tyle dobra spadło na ziemię, było niezagospodarowane. Zrozumiałam w pewnym momencie, że mogę to przekierować.
Poza tym uważam, że opłaca się robić dobre rzeczy, bo nawet jeśli uda się zrealizować niewielką część swoich planów, to zawsze coś z tego dobra zostanie. Dlatego naszym mottem jest cytat z księdza Jana Kaczkowskiego: „Jeśli nie wiesz, co robić, rób dobro”. I to jest mi bardzo bliskie. Takie podejście do życia jest też w pewnym sensie inwestycją w moją przyszłość, bo nawet jeżeli w finale czeka nas śmierć, to wszystko, co mogę zrobić w tym życiu dobrego, oddala mnie od tej śmierci ostatecznej, daje nadzieję, że nie cała umrę. Wszystko, co uczynimy naszym braciom najmniejszym, będzie się mnożyć, nawet jeśli nas już nie będzie.
Ale pomaganie to też inwestycja w samopoczucie, emocjonalne usposobienie do życia. Więc, jak na absolwentkę technikum ekonomicznego przystało, zrobiwszy bilans plusów i minusów, muszę powiedzieć, że rozsądny człowiek szuka dobra. Nie opłaca się skupiać na tym, co złe.
A co pani robi, kiedy jednak pojawia się poczucie przeciążenia czy wypalenia empatycznego?
Na szczęście jestem otoczona ludźmi, którzy dużo mi dają, sama otrzymuję masę wsparcia, szczególnie od mojej rodziny, ale też od ludzi ze wspólnoty i samych potrzebujących. To są takie relacje, które chronią przed wypaleniem, bo żeby dać, trzeba mieć.
Ale oczywiście są momenty, kiedy mam deficyt, muszę przeprowadzać jakieś trudne rozmowy, jak ta dzisiaj rano, kiedy dostałam wiadomość, że ktoś odetnie nas od pomocy i iluś naszych podopiecznych zostanie bez jedzenia. Muszę jednak w takich chwilach znaleźć jakiś dystans, spróbować spojrzeć na to inaczej, nie w kontekście katastrofy.
Myślę sobie, że kiedy zamykają się jedne drzwi, to zaraz otwierają się kolejne. Ten moment, kiedy ich jeszcze nie widzimy, jest najtrudniejszy, pozwalam sobie więc na przeżycie tych wszystkich emocji, które mi wtedy towarzyszą, i powstrzymuję się od podejmowania jakichkolwiek działań w tym czasie, bo silne emocje nie są dobrym doradcą.
A jakie to są najczęściej emocje?
Podstawowym uczuciem, które mimo wszystko towarzyszy mi na co dzień, jest poczucie sensu. Nawet jeśli nie do końca rozumiem wszystkie sytuacje, z którymi muszę się mierzyć, przychodzi taki moment, w którym potrafię spojrzeć na to w szerszej perspektywie. Myślę, że pomaganie innym w pewnym sensie buduje również mnie. Pozwala mi się zdystansować do tego, czym żyje świat. Nie pasjonuję się polityką ani życiem gwiazd, nie tracę czasu i energii na jakieś internetowe przepychanki, zajmuję się rzeczami, na które mam wpływ. To daje mi poczucie, że moje życie idzie we właściwą stronę. Nie muszę mieć, wolę być.
Ubodzy cały czas mi pokazują, co jest w życiu ważne. Kiedy organizuję jakieś wydarzenie i wpadam w gonitwę załatwiania tysiąca spraw, właśnie oni potrafią mnie zatrzymać, uśmiechnąć się i zapytać, co u mnie. I to mnie zawsze porusza, buduje moją wrażliwość, ale też dystans do wszystkich błahostek tego świata.
Doceniam to, że cały czas mogę być w kontakcie z drugim człowiekiem. Kiedy w pandemii ogłoszono lockdown, my nie mogliśmy zostać w domach, ponieważ ubodzy by nam nie wybaczyli tego, że zostawiliśmy ich samych na ulicy. I okazało się, że tym razem to oni nas uratowali, bo dzięki nim ani jednego dnia nie czuliśmy się zamknięci, bezradni, sparaliżowani strachem. Nie było na to czasu, bo musieliśmy działać. I co najważniejsze, nikt z naszych szeregów nie zachorował. Nie wiem, co nas chroniło, komu to zawdzięczamy, ale było to mocne doświadczenie. I teraz też, kiedy nieustannie słyszymy donosy o wojnie, która nas czeka, ostrzeżenia o tych wszystkich zagrożeniach, które są tak blisko, to ludzie ubodzy, którzy nieustannie żyją w kryzysie, uczą nas, żeby – wbrew temu, co dzieje się wokół – spokoju szukać w sobie. Wielu z nich jest naprawdę bardzo ufnych i ta ich postawa jest niezwykle cenną lekcją w niepewnych czasach.
Czy to poczucie sensu, o którym pani mówiła, też pomaga radzić sobie z poczuciem bezsilności wobec ogromu potrzeb?
Dawno się już z tego wyleczyłam. Zrozumiałam, że nie jestem Bogiem, nie mam wpływu na ten świat i na to, w jakim kierunku on pójdzie.
Mam wpływ tylko na to, co jest wokół mnie. Zasypiam spokojnie, bo jeśli wczoraj porozmawiałam choćby z jednym ubogim, zapewniłam mu jakąś pomoc, nie byłam obojętna wobec tego człowieka, to mam poczucie, że wszyscy ci, którym nie udało mi się pomóc, spotkają na swojej drodze kogoś innego, kto wyciągnie do nich rękę.
Na przykład porozmawiać z panią i może ta nasza rozmowa uruchomi w kimś potrzebę dzielenia się dobrem.
Jakim swoim doświadczeniem chciałaby się pani podzielić z taką osobą?
Myślę, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, by sobie tą pomocą nie szkodzić, zatroszczyć się też o siebie i korzystać z jakichś doraźnych form edukacyjnych czy warsztatowych. Warto odpowiedzieć sobie na pytania: Dlaczego to robię? Jak chcę to robić? Czy chcę się dzielić z ubogimi tym, co najlepsze, czy wyłącznie tym, co już dla mnie zbędne, niepotrzebne, do wyrzucenia? Czy jeżeli komuś pomogę, to czy wezmę odpowiedzialność za to, co zrobiłam dla tego człowieka? Bo on może na przykład uzależnić się od mojej pomocy. Jeśli pewnego dnia nie będę w stanie mu jej udzielić, co wtedy? Jeśli codziennie kogoś karmię i nie uprzedzę go
Moja doba trwa 24 godziny, więc nauczyłam się wymagać od siebie tyle, ile jestem w stanie dać. Wyleczyłam się z chęci zrobienia czegoś wielkiego w życiu, zrozumiałam, że wielkie jest małe. Nie muszę każdego dnia rozmawiać z tysiącem ludzi, ale mogę o tym, że już za tydzień nie będę mogła tego robić, to ten człowiek z dnia na dzień zostanie bez jedzenia.
Kiedy zaczynałam zajmować się osobami w ubóstwie, ruchy, które wówczas podejmowałam, były stricte emocjonalne, wynikające z jakichś moich deficytów czy potrzeb. W końcu jednak doszłam do ściany i zrozumiałam, że jeśli mam w tym wytrwać, muszę sobie to wszystko przewartościować i poukładać. To, że dzisiaj trochę inaczej podchodzę do pomocy, jest wynikiem pracy nad sobą. Żeby pomagać, trzeba znać siebie i swoje możliwości. Dlatego zamiast oburzać się na to, że stosunkowo niewiele osób angażuje się w pomoc ludziom w kryzysie bezdomności i ubóstwa, myślę sobie, że być może jest to przejaw rozsądku, iż współcześnie ludzie chcą już inaczej podchodzić do pomagania, mniej spektakularnie, za to z większym rozsądkiem.
Chcesz pomóc? Wejdź na:
klubwysokizamek.pl/wsparcie
facebook.com/ZUPA.W.KAT0
Wioletta Iwanicka-Richter, terapeutka uzależnień, socjolożka i filolożka polska, żona i matka trójki dzieci. Współtwórczyni i menedżerka społecznej klubokawiarni „Wysoki Zamek”, działającej od 23 lat w Katowicach z ofertą alternatywnego spędzania wolnego czasu na trzeźwo. Inicjatorka obchodów Światowego Dnia Ubogich w Katowicach