fbpx

Szczypta luzu

123RF.com

Za mamusię!
Za tatusia!
Jeszcze
jedna łyżeczka
zupki… Jeśli
masz takie
wspomnienia,
ugotuj sobie
i dziecku dawne potrawy, ale przypraw
odrobiną szaleństwa.
I nie musicie
ich jeść!

Są wśród nas szczęśliwcy, którzy w dzieciństwie jedli to, co naprawdę lubili, wtedy, kiedy byli głodni, i tyle, ile chcieli. Najprawdopodobniej stali się dorosłymi, którzy są wewnętrznie wolni, umieją dostrzegać prawdziwe potrzeby swoje i innych oraz łatwo wchodzą w dobre relacje. Ale jest też ogrom „dorosłych dzieci” pozbawionych wolności wyboru, nie tylko zresztą przy stole, ale w swoim codziennym życiu. Zaliczają niepowodzenia, popadają w konflikty. To często ludzie, którym w dzieciństwie komunikowano: „masz to wszystko zjeść!”, „nie będę gotować specjalnie dla ciebie!”, „nie gadaj, tylko jedz!”. No i trzeba było zjadać. Nikt nie zastanawiał się nad tym, czy dziecko jest głodne, czy ma akurat coś ważnego do powiedzenia. I czy fizycznie jest w stanie zjeść to, co znajduje się na talerzu.

To typowy obrazek z naszego dorastania – nikt nie zliczy mielonych kotlecików z przedszkolnego obiadku, chomikowanych w policzkach dzieci aż do przyjścia mamy. Zakopywanych pod ziemniaczki kawałków mięska ani zup wzbogacanych zawartością żołądka, gdy poziom stresu dziecka zaczynał przekraczać wszelkie dopuszczalne normy…

A przecież jedzenie samo w sobie jest wspaniałym doznaniem, smacznym, kolorowym i pełnym aromatów przeżyciem. Może rozwijać kreatywność i budzić radość życia. Tyle że przyprawione takimi dodatkami jak przymus i manipulacja zamienia się w koszmar, który wcale nie kończy się wraz z dzieciństwem.

Ciąg dalszy nastąpił

Dorosły człowiek najchętniej zamknąłby takie wspomnienia gdzieś w zakamarkach świadomości, ale… nie da się. Raz nagrana taśma odtwarza się w nieskończoność. A w sferze zachowań najczęściej wracamy do zdarzeń, które kiedyś mocno wryły się w dziecięcą pamięć. Jeśli trwały długo i nieprzerwanie, to w psychice dorastającego człowieka mogło nastąpić „uwewnętrznienie” nacisku i manipulacji doświadczonych w dzieciństwie. I tak od talerza ze szpinakiem ścieżka prowadzi prosto do problemów z szefem, a jeszcze bardziej z szefową, bo to najczęściej kobieta – mama albo pani przedszkolanka – stała nad talerzem i mówiła: „to ma być zjedzone!”. I jeśli nie było w pobliżu babci, która wsparła i pozwoliła ukradkiem rzucić pod stołem kotlecika psu, to w rezultacie może w nas zamieszkać uwewnętrzniony Dorosły. Taki wpływa na nasze życie, powoduje lęki i zahamowania. Działa. Charakteryzuje się raczej nieciekawym repertuarem zachowań: jego atrybuty to żądanie zamiast prośby, manipulacja zamiast szczerej rozmowy, oczekiwanie, że otoczenie samo się domyśli, o co mu chodzi, gdy tak stoi, patrzy i złowrogo milczy.

W relacjach z innymi ponosimy kolejne porażki. Brak autorytetów. Nie mamy zaufania do kogokolwiek, bo kiedyś ufaliśmy, byliśmy szczerzy, otwarci, nie ukrywaliśmy uczuć i… często płakaliśmy nad talerzem. Jeśli nie było przy nas nikogo, kto zastanowiłby się, dlaczego ono nie je – nie było również ani wyboru, ani wolności.

I teraz, gdzieś w środku nas, także brakuje takiej osoby, która by o nas zadbała, pokochała, pozwoliła na wybór, zastanawiałaby się, co lubię i czy naprawdę jestem głodna. Bo jeśli przestrzeni na wewnętrzną wolność nie ma w nas samych, to nie damy jej też w relacjach z innymi. Nie będziemy potrafili dać jej również swojemu dziecku. To jak sztafeta. Dlatego lepiej przerwać ten łańcuch. Może w Dzień Dziecka?

Tego dnia – dla przypomnienia starych, słynnych potraw z dzieciństwa – ugotujmy je jeszcze raz. Dla siebie. Takie, jakie chcielibyśmy je otrzymać wtedy, w dzieciństwie: przyprawione swobodą, kolorowe, smaczne i niedużo… tylko tyle, ile trzeba. Albo nie gotujmy wcale, tylko pójdźmy do fajnej knajpki. Smacznego!