1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć życie. Skąd się bierze wstyd w łóżku?

Bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć życie. Skąd się bierze wstyd w łóżku?

Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To nie sztuka wstydzić się, ważne, żeby robić to umiejętnie i kiedy trzeba. Wstyd bowiem bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć nam życie i doprowadzić do poważnych zaburzeń w sferze erotycznej – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

Wstyd potrafi zepsuć każdą przyjemność życia. Najczęściej dotyczy on ciała i seksu.
Nadmierny wstyd może doprowadzić do depresji i innych zaburzeń psychicznych, jest przyczyną nieśmiałości, samotności, uzależnień. A też bywa jednym z głównych powodów zaburzeń seksualnych. Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, że jestem niewystarczający, że coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. Pierwotnie wywodzimy się ze stada, a niedopasowanie do stada jest groźne, kończy się często śmiercią. Wstyd zwykle pojawia się, gdy przekraczamy jakieś ustalone normy, robimy coś, czego robić nie wypada.

W języku japońskim nie ma przekleństw pochodzących od nazw narządów płciowych czy od czynności seksualnych. U nas nawet słowo „srom”, termin medyczny używany przez lekarzy i seksuologów, w języku staropolskim znaczył „wstyd”.
Są też inne powody tego, że przy całym współczesnym liberalizmie produkujemy rzesze ludzi zawstydzonych. Najważniejszym z nich jest Internet, gdzie internauci próbują siebie pokazać w postaci wyidealizowanej. W sieci odbywa się wielka giełda, kto jak wygląda. Niektórzy są za swój wygląd chwaleni, większość jednak dostaje tak zwane hejty. Wszystko dzieje się wirtualnie, ale emocje są prawdziwe. Z moich doświadczeń jako terapeuty wynika, że kobiety najczęściej wstydzą się, że są za grube, bo wszędzie widzą szczupłe modelki, aktorki. I potem przeciętna kobieta boi się rozebrać przed facetem, który też napatrzył się na idealne sylwetki. Obawia się, że będzie wyśmiana. Ciekawe, że zdarzają się tu skrajne zachowania. Niektórzy, radząc sobie ze wstydem, przekraczają wszelkie normy, inni próbują w normie się zmieścić. Zapytałem swoje koleżanki seksuolożki, czego wstydzą się ich pacjentki. Okazuje się, że można wstydzić się nawet gołych stóp, palców u dłoni, częstym motywem jest pępek.

Czego najbardziej wstydzą się mężczyźni?
Narządów płciowych. Że penis jest za mały albo za duży, generalnie nie taki jak powinien. W gabinetach pacjenci opowiadają o przeżywaniu wstydu związanego z obawą i lękiem przed wyrażeniem swoich pragnień w intymnej sytuacji. Ludzie wstydzą się nie tylko wyglądu, ale też zapachu swojego ciała, że będzie obrzydliwy dla partnera. Żyjemy w świecie, który eliminuje naturalne zapachy, królują środki czystości. Ale partner, który pachnie tylko środkami czystości, może okazać się odpychający.

Na basenie faceci nie zdejmują kąpielówek pod prysznicem. Wstydzą się. Jednak o naszych czasach mówi się, że są bezwstydne, w filmach pokazuje seks już praktycznie bez osłonek. Nic z tego nie rozumiem.
Ponieważ to jest niekonsekwentne. Film ośmiela się pokazywać już wszystko, ale kochają się tam pary doskonałe. Ludzie porównują swój wygląd z tym idealnym. I do terapeutów coraz częściej przychodzą osoby z problemem nadmiernego skrępowania i wstydu, który pojawia się w czasie współżycia. Boją się, że ich partnerzy napatrzyli się na reklamy i filmy, więc będą wymagać od nich doskonałości. Nie każdy rodzi się piękny, czas również robi swoje. Wstyd rodzi się też z porównywania. Kiedyś ludzie nie wiedzieli za bardzo, jak wygląda nagie ciało. W epoce wiktoriańskiej para przy zbliżeniu nie obnażała się, małżonkowie zakładali nocne koszule z otworami.

Młodzi walczą z niepokojem, niepewnością, ile są warci, i stosują dwie taktyki – albo próbują się dostosować, albo wyróżnić odmiennością. Golą więc głowy, robią tatuaże, dziwnie się ubierają.
Niby wszystko jest dzisiaj dozwolone, ale mamy dyktaturę kultu doskonałości ludzkiego ciała. I narcyzm. Przy okazji przegapia się, że seks mamy też w głowie. Jeśli ktoś ma do siebie narcystyczny czy neurotyczny stosunek, często trafia do gabinetu terapeuty. Wstyd możemy podzielić na zdrowy i toksyczny. Toksyczny to taki, który zniewala, a subiektywnie odczuwany jest jak wszechogarniające poczucie własnej niedoskonałości. Jeżeli ktoś odczuwa toksyczny wstyd, to czuje się bezwartościowy, przegrany, że nie stanął na wysokości zadania. Toksyczny wstyd powoduje rozszczepienie „ja”. Rodzi poczucie izolacji i całkowitego osamotnienia.

Ale ryzykiem jest też bezwstyd, który może być powodem szukania coraz mocniejszych bodźców w seksie. Wstyd ostrzega, że być może przekraczamy jakieś granice.
Za bezwstyd ciała i obyczajów kobiety były kiedyś surowo karane, nawet palone na stosie. Epoka stosów była podszyta sadystyczną seksualnością inkwizytorów. Leczenie urazów związanych z zawstydzeniem to wielki problem. Silne zawstydzenie w czasie gry miłosnej może na zawsze uszkodzić psychiczny aparat delikatnej męskiej hydrauliki. Kobiety powinny być delikatne dla partnera, zwykle nie zdają sobie sprawy z tego, na jak kruchej podstawie stoi męskość. Czasami wystarczy jedno niezręczne słowo, by zgasić jego erotyczne możliwości. To się utrwala i jest katastrofa. Bliskość narządów płciowych i wydalniczych też stwarza problemy. Zdarza się u kobiet popuszczanie moczu przy orgazmie. Kobiety wstydzą się na przykład dźwięku powietrza wypychanego z pochwy w czasie stosunku.

Jak leczy się seksualne urazy?
Często pojawia się paraliżujący lęk przy następnym kontakcie, jeśli poprzedni był zawstydzający. A leczenie trwa miesiącami. Najgorzej, kiedy pierwsze urazy są nabyte już w dzieciństwie. I nie zawsze jest to związane z nadużyciami seksualnymi. Dla mnie nadużycie seksualne to też brutalne zawstydzenie dziecka w sferze intymnej. Była to do niedawna powszechna metoda wychowawcza. Mała dziewczynka onanizuje się, przyłapuje ją matka, więc krzyczy na córkę i ją zawstydza. To może wywołać uraz na całe życie.

Co mają robić rodzice, kiedy widzą, że dziecko dotyka miejsc intymnych?
Mam kłopot z prostą odpowiedzią. Dzieci bardzo często dotykają się z ciekawości, ale też szukają przyjemności. Jeżeli dziecko nie stwarza swoimi zachowaniami wielkich problemów, jeśli rozwija się normalnie, a sprawia sobie przyjemność, ocierając się przed zaśnięciem o łóżko lub dotykając miejsc intymnych, to można udawać, że nic się nie dzieje albo upomnieć dziecko, ale tak delikatnie, jak to możliwe: „To nic złego, ale lepiej tego nie robić, na pewno nie w sytuacji publicznej”. Podniesiony głos, trzaskanie drzwiami, kary, zawstydzenie to reakcje o wiele bardziej niebezpieczne. Od tego, czy wywołam w dziecku uraz, zależy jego przyszłość, nawet to, czy stworzy dobrą rodzinę.

Wstyd bywa też pożyteczny, bez cienia wstydu nie ma dobrego seksu. Jeśli w erotyce jest jakaś tajemnica, to warto ją celebrować i dawkować.
Wstyd jest częścią seksualnej przyjemności, pokonywanie go, oswajanie, gra nim to ważna część zabawy w seks. Kobieta, która celebruje swoje zawstydzenie i stopniowo się go pozbywa, jest dojrzała i świadoma. Mężczyźni szukają teraz takich kobiet. Wiele z nich czuje intuicyjnie, że lepiej dawkować siebie i nie odsłaniać się za szybko. Pokonywanie małych wstydów jest częścią dobrej erotyki, ale przede wszystkim sposobem na znalezienie partnera na stałe. Kobiety, które na pierwszej randce prezentują dużą swobodę, budzą u niektórych mężczyzn wątpliwości, czy będą wierne w małżeństwie. Mawia się: chcesz mieć wierną żonę, to wybierz sobie wstydliwą i bogobojną. Tylko z pozoru jest to seksualny mit. Kobieta wstydliwa, czytaj zalękniona, zakompleksiona, ma kłopot z nawiązywaniem znajomości. Nic więc dziwnego, że jest wierna i milczy, gdy staje się ofiarą przemocy seksualnej. Wstyd nie pozwala mówić o tym, czego doświadcza w sypialni. Ale to chyba nie jest nasze marzenie. Najlepiej, kiedy jest się gdzieś pośrodku, między wstydem a bezwstydem. Dotyczy to obu płci.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog, właściciel Kliniki Piękna Wewnętrznego „Wellness Psychotherapy”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Odkryj swoje wewnętrzne piękno – 6 kroków do samoakceptacji

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
Znów jakiś głos w twojej głowie mówi ci, że jesteś za gruba, za stara, niedoskonała? Naucz się z niego śmiać, ignorować go, a czasem konstruktywnie z nim rozmawiać.

Co przeszkadza nam ujrzeć naszą prawdziwą twarz, rozwinąć skrzydła kobiecości? – Brak odwagi, by spotkać się ze swoimi zranieniami. Żeby zrobić miejsce na nową kobietę, trzeba wyrzucić stare ograniczenia – odpowiada Beata Markowska, trenerka rozwoju osobistego.

Jeśli myślisz o sobie: „mam małe oczy, wąskie usta, wydatny nos, cofnięty i w dodatku podwójny podbródek…” – to taka informacja dociera do nieświadomej części ciebie samej i staje się źródłem kompleksów i zahamowań. Oczywiście, nie robisz tego świadomie. Taki komunikat już dawno usłyszałaś od swojej matki, ciotki, przyjaciółki. Przyzwyczaiłaś się myśleć w ten sposób i nawet nie wiesz, że opinia innych stała się twoją własną. Podpowiada ci ją twój wewnętrzny krytyk. Dopóki nie rozprawisz się z jego poglądami, twój nadajnik będzie emitować fałszywy sygnał. Będziesz czuła się źle ze światem, a świat z tobą.

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka.

Każdy nosi w sobie – mniej lub bardziej świadomie – jakiś ideał samego siebie. Przez całe życie próbujemy sprostać swoim wyobrażeniom. Być takie, jak to sobie wymyśliłyśmy. Dlatego przez długie lata nie zmieniamy naszego stylu ubierania się czy sposobu, w jaki się malujemy. Zamiast trwonić energię na kogoś, kim nie jesteśmy, poświęćmy trochę czasu na to, aby lepiej poznać siebie.

Kim jest ta osoba, którą codziennie widzę w lustrze? O czym myśli, jakie są jej marzenia, potrzeby? Co jest dla niej ważne, co lubi, a czego nie? Tak rzadko dajemy sobie szansę, by się poznać. A przecież w tym wypieranym aspekcie naszej kobiecości tkwi prawdziwy skarb. Nasionko, z którego rozwinie się kwiat.

– Wewnętrzne piękno to samoakceptacja, zgoda na siebie taką, jaką jestem, na sukces taki, jakim go rozumiem, poczucie spełnienia – uważa Beata Markowska. – To siła, która bierze się ze zgody na słabość, świadomość własnych ograniczeń i umiejętność życia z tą wiedzą. Radość, optymizm i szczypta pewności, a może właśnie niepewności siebie.

Ćwiczenia - 6 kroków do samoakceptacji

1. Twarzą w twarz z wrogiem

Przypomnij sobie sytuację, w której źle o sobie myślałaś. Naprzeciwko krzesła, które zajmujesz, postaw drugie. Wyobraź sobie, że siedzisz tam ty sama, chwilę po jakimś zdarzeniu, w którym „nie popisałaś się”. Przyjrzyj się sobie. Jaka jest twoja postawa ciała, gestykulacja, mimika? Powiedz do niewidzialnej siebie, co o niej myślisz. (Możesz położyć na krześle lalkę albo misia, jeśli miałoby ci to ułatwić dalszą część pracy). Powiedz jej, jaka jest beznadziejna. Użyj określeń, którymi zwykle siebie łajasz.

Zaobserwuj, w jaki sposób mówisz, gestykulujesz. Skieruj uwagę na ton głosu i pojawiające się emocje. Zastanów się, kim jest twój wewnętrzny krytyk? Kto traktował cię w taki sposób? Zmień miejsce. Teraz spójrz na swojego krytyka. Co masz mu do powiedzenia? Co chciałabyś zrobić? Czy jest coś, co cię przed tym powstrzymuje?

2. Wyśmiej go!

Bardzo dokładnie wyobraź sobie swojego wewnętrznego krytyka. A teraz zacznij proces nadawania mu niechcianych cech. Najpierw wyciągnij go z jego nory. Jeśli zadomowił się w twojej głowie, wyjmij go stamtąd i przenieś tam, gdzie masz ochotę: na stół, pod krzesło, do kubka po kawie... Bądź kreatywna. Następnie zmień jego głos. Jeśli do tej pory mówił cicho, niech zacznie głośno, a kobiecy sopran zamieni się w męski bas. Może nawet kwiczeć jak świnia, kwakać jak kaczor Donald, piszczeć jak mysz. Możesz jego głos odtworzyć na taśmie, na przyspieszonych lub zwolnionych obrotach. Dobrze także dać krytykowi trochę helu z balonu.

A teraz chwila dla oczu. Zabaw się ze swoim krytykiem w przebieranki. Jeśli to mężczyzna, pewnie niezbyt dobrze będzie się czuł w reformach i wałkach na głowie. Może zrobisz mu trwałą…?

Czas na ubranie. Legginsy czy może raczej baletki? Eksperymentuj, baw się, popuść wodze swojej fantazji. Masz nieograniczone możliwości. Możesz zmieniać do woli całą jego postać. Warunek jest jeden – twój wewnętrzny krytyk ma być śmieszny.

Jak się czujesz po tej krótkiej terapii? Rozbawiona? Dobrze. Następnym razem, gdy twój wróg pojawi się na horyzoncie, przypomnij sobie jego najśmieszniejsze wydanie. Obdarz go najzabawniejszym z głosów i powiedz, żeby powtórzył to, co usłyszałaś przed chwilą. Kiedy przestaniesz się śmiać, zrób to, co chciałaś zrobić.

3. Lubię, nie lubię

Wpisz co najmniej 15 zakończeń następujących zdań: „Lubię siebie za…”, „Nie lubię siebie, bo…”. – Musimy wybaczyć sobie niepowodzenia i unikać wyolbrzymiania swoich wad. Umieć zażartować z nich, a przede wszystkim nie starać się na siłę ich pozbyć – mówi Beata Markowska. – Im bardziej przed czymś uciekamy, tym bardziej to coś nas goni i w efekcie dopada. To brzmi jak absurd, ale jeśli nie damy sobie zgody na bycie nadmiernie obfitą, ze zbyt małym biustem, za to za dużą pupą, nie mamy szans na to, że kiedyś w odbiciu w lustrze zobaczymy atrakcyjną kobietę.

4. Co myślą inni

Przystąp do konfrontacji swoich lęków i ocen z tym, jak jesteś postrzegana przez innych. Wypisz 10 swoich atutów, z czego 5 niech dotyczy ciała, pozostałe intelektu. Według podobnego wzorca wypisz 10 swoich wad. Następnie poproś kilka zaprzyjaźnionych osób, żeby sporządziły podobną listę na twój temat. Sprawdź, w których punktach się rozminęliście i jak bardzo.

5. Pożyczona umiejętność

Poszukaj cechy, której najbardziej ci brak. Może to być coś, czego w sobie nie akceptujesz, a jest ci potrzebne. Znajdziesz ją w osobie, której najbardziej nie lubisz. Wynotuj sobie na kartce: „Nie znoszę jej, bo jest wyniosła, przemądrzała, wyzywająca, bezmyślna, kapryśna…”.

Nie chodzi o to, byś epatowała tą cechą, ale żeby wzbogacić siebie o coś nowego. Na przykład: od zapatrzonej w siebie koleżanki wziąć więcej wiary w siebie, od butnego szefa – umiejętność stawiania granic, od narcystycznej bratowej – więcej dbałości o ciało i troski o wygląd zewnętrzny.

– Może się okazać, że teraz bogatsza o jakąś cechę, nagle zupełnie inaczej spojrzysz na swoje odbicie w lustrze. Dręczy cię fałdka na brzuchu? Jeśli przestaniesz się na niej koncentrować, zwrócisz energię do wnętrza, okażesz sobie zainteresowanie, to pewnego dnia zniknie nie tylko z twojej głowy, ale i z twojego brzucha – tłumaczy trenerka.

6. Wywiad z ciałem

Rozluźnij się... Zapytaj swoje ciało, czy jest zadowolone z właściciela. Czy czuje się dobrze traktowane, zadbane, lubiane. Zagadnij je o potrzeby, pragnienia, oczekiwania. Sprawiaj sobie przyjemności, obdarowuj się prezentami – mogą to być nawet drobiazgi, które sprawią ci radość. Tak przecież postępujesz w stosunku do osób, które cenisz i lubisz. Potraktuj to jako nagrodę za każdy, nawet najmniejszy sukces, jaki cię w życiu spotka.

  1. Zdrowie

Dzienniczek zdrowia na nadgarstku. Na czym polega idea life-trackingu?

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Zamiłowanie do nowoczesnych gadżetów (np. zegarków lub telefonów z funkcją pomiaru aktywności) okazuje się przydatne w diagnozowaniu chorób i motywowaniu się do regularnego dbania o siebie. Na czym polega idea life-trackingu i jakie parametry organizmu warto monitorować, sprawdza dziennikarka Ewa Pągowska.

Trudno dziś znaleźć kogoś, kto przynajmniej nie sprawdził, jak działa aplikacja do analizy snu, zapisywania przyjmowanych kalorii, śledzenia aktywności fizycznej czy cyklu miesiączkowego. Miłośnicy gadżetów sięgają po wagi, które poza masą ciała pokazują jego skład, a nawet prędkość fali tętna (pozwala ocenić stan naczyń krwionośnych) czy elektryczne szczoteczki do zębów monitorujące czas i sposób szczotkowania. Specjalne aplikacje odbierają informacje od urządzeń pomiarowych, przedstawiają je w atrakcyjny sposób i przechowują dane. Coraz więcej osób kupuje też urządzenia, które można nosić na sobie, jak specjalne opaski na rękę czy smartwatche, mierzące tętno i liczące kroki.

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. W rzeczywistości jednak rzadko wykorzystujemy te możliwości. Pora to zmienić i wycisnąć z nowych gadżetów jak najwięcej korzyści.

Eksperci od własnego ciała

Kiedy amerykańska matematyczka i statystyczka dr Talithia Williams była w ciąży z trzecim dzieckiem, nie zgodziła się na wywołanie porodu, mimo że jego termin już minął. Chciała urodzić naturalnie i na własną prośbę opuściła szpital. Była przekonana, że data narodzin dziecka została źle wyznaczona. „Terminy porodu są obliczane na podstawie standardowego 28-dniowego cyklu, a moje cykle są różnej długości – czasem trwają 27, a czasem nawet 38 dni i mam dane, które to potwierdzają” – tłumaczyła lekarzowi. Wiedziała, że ma rację, bo wcześniej przez 6 lat obserwowała swoje cykle i mierzyła temperaturę, a wyniki pomiarów skrupulatnie zapisywała.

Williams przytacza tę historię podczas wykładu na konferencji TED, by przekonać słuchaczy, że dzięki codziennym pomiarom parametrów mogą stać się ekspertami od swojego ciała. Zaznacza jednak, że nie chodzi jej o lekceważenie lekarzy, tylko o współpracę z nimi – połączenie wiedzy na swój temat z wiedzą na temat całej populacji, którą dysponuje lekarz, bo taki mariaż pozwala podjąć najlepszą dla zdrowia decyzję.

Zgadza się z tym kardiolog dr n. med. Łukasz Kołtowski, który jest zafascynowany zastosowaniem nowych technologii w medycynie i prowadzi na ten temat bloga. – Podczas rozmowy i badania lekarz może jedynie uzyskać coś w rodzaju fotografii naszego obecnego życia. Wprawdzie zadaje pytania o to, co było wcześniej, ale ze względu na ograniczony czas wizyty nie jest w stanie zbudować sobie pełnego obrazu – mówi. Wyjaśnia, że kiedy np. 30-letnia pacjentka ze smartwatchem na ręce skarży się na zawroty głowy i niepokój, prosi ją o pokazanie zapisów tętna z zegarka. – Oczywiście nie traktuję ich jak twardych danych medycznych, ale dzięki nim mogę zbliżyć się do diagnozy, np. nabrać podejrzenia, że kobieta ma tachykardię (przyspieszenie akcji serca), bo badania kliniczne pokazały, że smartwatche są dość dobre w jej wykrywaniu.

Co warto sprawdzać?

Co konkretnie warto mierzyć i zapisywać, żeby nie popaść w przesadę i hipochondrię? Kobiety z pewnością powinny monitorować swój cykl. Większość wizyt u ginekologa zaczyna się przecież od pytań o datę pierwszego dnia ostatniej miesiączki, jej intensywność, długość i regularność cykli. Rzetelne informacje na ten temat pozwalają lekarzowi wyciągnąć pierwsze wnioski.

Według kardiologa dobrze jest też sprawdzać, ile kroków stawiamy w ciągu dnia. Dla naszego zdrowia o wiele lepsze jest bycie cały dzień w ruchu niż wykonywanie intensywnych ćwiczeń przez pół godziny i spędzanie reszty doby w pozycji siedzącej czy leżącej. Lekarze m.in. namawiają do przechodzenia 10 tysięcy kroków dziennie – żeby wyrobić tę normę, zwykle trzeba być w ruchu przez dużą część dnia. Badania pokazały, że taka aktywność pozwala obniżyć ryzyko wystąpienia chorób sercowo-naczyniowych. – Zalecam też monitorowanie snu – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski. – Chodzi o to, by dowiedzieć się, ile dokładnie śpimy, bo chociaż różne aplikacje wiele nam obiecują – np. wykrycie fazy REM czy NREM – to jednak ciągle jeszcze są mniej wiarygodne niż badania snu przeprowadzane w warunkach szpitalnych. Może kontrolowanie liczby przespanych godzin wydaje się mało atrakcyjną funkcją aplikacji, ale namawiam do jej przetestowania.

Dodaje, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak często zarywa noce i jaki to ma wpływ na ich funkcjonowanie. Jeśli zestawią sen z innymi parametrami, np. poziomem nastroju czy aktywności fizycznej, mogą być naprawdę zaskoczone.

Śledzenie snu i liczby kroków można polecić każdemu, ale już kontrola innych parametrów powinna być dopasowana do konkretnej osoby, jej stanu zdrowia i celów.

Monitoring organizmu

Z monitorowania większej liczby parametrów najbardziej skorzystają ci, którzy chcą „wziąć się za siebie” i wyrobić zdrowe nawyki, oraz ci, którzy mają różne niepokojące objawy, ale nie znają ich przyczyny. Przyda się też pacjentom, którzy cierpią na choroby przewlekłe lub są nimi zagrożeni. W przypadku dwóch ostatnich grup odpowiedź na pytanie „co mierzyć?” jest stosunkowo prosta – często wystarczy śledzić to, o co pyta lekarz, np. tętno, ciśnienie, temperaturę czy masę ciała. Do tego celu dobrze jest wybrać specjalistyczne produkty, np. aplikacje przygotowane z myślą o konkretnej grupie pacjentów.

– Jest na przykład aplikacja dla cukrzyków, w której można wpisać, ile planujemy zjeść, ile insuliny przyjęliśmy i jakie potem było stężenie glukozy we krwi. Co ciekawe, ta aplikacja uczy się organizmu pacjenta i zaczyna mu podpowiadać, ile insuliny powinien sobie podać. Badania kliniczne pokazały, że potrafi dobrać dawkę lepiej niż chory – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski.

Osoby, które często czują się przygnębione, mogą skorzystać z tzw. trackerów nastroju. Co wieczór opisywać swoje samopoczucie i to, co robiły w ciągu dnia. Po pewnym czasie są w stanie zobaczyć, że np. w te dni, kiedy spacerowały, miały o wiele lepszy nastrój niż wtedy, gdy były na imprezie, że najgorszy humor miały zawsze w sobotę, a prawdziwy dół po poniedziałkowym zebraniu. Wypełnianie dzienniczka nastroju jest jedną z metod, które wspierają leczenie osób z depresją. Zapiski pozwalają zobaczyć chorym, co wpływa na ich samopoczucie, ale także to, że ich stan się poprawia – a to działa terapeutycznie.

Ci, którzy nie wiedzą, co jest przyczyną ich różnych dolegliwości, np. bólu głowy, stanów podgorączkowych czy osłabienia, mogą zacząć monitorować niepokojące ich objawy, by móc później podzielić się informacjami z lekarzem.

– Takie zapisy często dostarczają bardziej obiektywnych informacji niż słowa i opinie pacjenta, bo przecież my wszyscy bardzo często podświadomie wypieramy różne informacje o sobie. To, co nam się wydaje na nasz temat, i to, co naprawdę się z nami dzieje, często bardzo się od siebie różni – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski i podpowiada, że dobrym pomysłem może być nie tylko monitorowanie częstotliwości występowania objawu, np. bólu głowy, ale także tego, co bywa jego przyczyną. Czasem dzięki temu udaje się wyeliminować problem, jeszcze zanim dotrzemy z nim do lekarza.

– Jeśli wiemy, że powodem bólu głowy jest zbyt mała ilość wypijanych płynów – możemy zacząć notować, ile w ciągu dnia pijemy. Miałem nawet pacjenta, który kupił specjalną butelkę, która pokazywała, ile już wypił – mówi ekspert.

Jeśli nie uda ci się znaleźć konkretnej aplikacji, bo masz dość oryginalne potrzeby i chcesz np. zobaczyć zależność między czasem spędzanym na rozmowach z szefem a liczbą przespanych godzin albo między kłótniami z córką i napadowym objadaniem się – możesz skorzystać z aplikacji-szablonów jak np. Nomie, które wypełnia się dowolnymi parametrami.

Motywacja i świadomość

Jak widać, life-tracking może ułatwić diagnozę i być jak system wczesnego ostrzegania dla osób chorych, ale najciekawszy i chyba najmniej oczywisty jest jego motywacyjny charakter. Odpowiedni program czy urządzenie śledzące pomaga bowiem osiągnąć różne, także zdrowotne, cele. I robi to na kilka sposobów.

Po pierwsze może być impulsem do działania, np. rzucenia palenia. Niby wszyscy wiemy, że papierosy źle wpływają na zdrowie, a jednak niektórzy łudzą się, że negatywne konsekwencje nie dotyczą ich tak bardzo jak reszty palaczy. Jeśli jednak zestawią liczbę wypalanych papierosów z aktywnością w ciągu dnia czy poziomem ciśnienia tętniczego – mają szansę zobaczyć czarno na białym, że nałóg ich także nie oszczędza. Dla niektórych bywa to wystraczająco silny impuls do zmiany.

Jeśli jesteśmy już zmotywowani, by wprowadzić w życie program naprawczy – sięgnijmy po trackery, by dowiedzieć się, skąd właściwie startujemy. Jak pisze Robert E. Franken w „Psychologii motywacji”: „zanim zmienimy jakiś sposób postępowania, musimy go sobie uświadomić. Wymaga to monitorowania własnego zachowania. (…) Jeśli analizujemy nasze działania, to łatwiej nam wyznaczać cele, które prowadzą do stopniowej poprawy”.

Świadomość tego, gdzie była nasza linia startu, pomaga też dostrzec postęp. Osoby, które zaczynają ćwiczyć i dołączają do jakiejś grupy treningowej, często po krótkim czasie zaczynają się porównywać z innymi i frustrować tym, że są gorsze. Tymczasem powinny raczej porównywać swoje obecne wyniki z wcześniejszymi. Dzięki temu ich samoocena będzie wzrastać. Zamiast myśleć: „Jestem leniwy i bez kondycji”, zaczną widzieć siebie jako wytrwałych i aktywnych, bo będą mieć na to dowody. Psycholodzy nie mają wątpliwości, że wzrost wiary w siebie znacznie zwiększa szanse wytrwania w postanowieniach. Motywująca może być nawet sama świadomość, że informacje o tym, co robimy, za chwilę będziemy musieli gdzieś zapisać. Badacze z University of Pittsburgh dowiedli, że notowanie w aplikacji tego, co się zjadło, jest skuteczną strategią odchudzania, a po zaprzestaniu diety pomaga utrzymać prawidłową wagę.

Warto więc poświęcić trochę czasu, by znaleźć aplikację, która pozwala na śledzenie dokładnie tego, co chcesz, i osiąganie tego, na czym najbardziej ci zależy.

  1. Seks

Kompleksy? Wyrzuć je z łóżka!

Skoro ciało kobiety budzi taki zachwyt, skąd w niej tyle kompleksów? (Fot. iStock)
Skoro ciało kobiety budzi taki zachwyt, skąd w niej tyle kompleksów? (Fot. iStock)
Natura stworzyła kobietę jako istotę piękną i zmysłową. Kultura dorzuciła trzy grosze: dała jej poezję, księcia na białym koniu i…kompleksy.

Mężczyźni przepadają za kobiecym ciałem. Nie ma obszarów czy stref, których nie uważaliby za ponętne, godne bliższego poznania. Już jako nastolatkowie marzą, by podziwiać, oglądać i dotykać pączkujących piersi koleżanek lub tego tajemniczego miejsca między ich nogami. Tymczasem one z obrzydzeniem i kpiną odwracają się od ich widocznej pod spodniami erekcji, wstydzą się i nie rozumieją ich zainteresowania. Skoro ciało kobiety budzi taki zachwyt, skąd w niej tyle kompleksów? Czemu nie potrafi się radośnie rozebrać i cieszyć sobą?

– Mężczyzn do seksu popycha testosteron – podkreśla Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka. – Kobieta ma go dużo mniej, ale za to została wyposażona w bardzo czułe i doskonale funkcjonujące zmysły, dzięki którym mogłaby naprawdę polubić fizyczną bliskość. Niestety, nabyte wraz z wychowaniem zahamowania powodują, że jest w tej sferze mniej przystępna i otwarta.

Niemożliwe, to nie moje!

W naszym społeczeństwie kobieta rzadko przyznaje otwarcie, że jest istotą seksualną. Wstydzi się często również swojej seksualności, na przykład tego, że ma bardzo wilgotną pochwę, kiedy zbliża się do niej mężczyzna, który budzi jej zainteresowanie. Boi się, że gdy to zdradzi, on pomyśli o niej: „rozwiązła”.

– Powinna się cieszyć, że sprawnie działają u niej mechanizmy związane z pożądaniem, tak jak mężczyzna jest dumny z „wyjątkowo udanej” erekcji – uważa Platowska. – Tymczasem ona woli ukryć „udaną” lubrykację. Obfita wilgoć w tym miejscu świadczy o tym, że odczuwa pożądanie, a przecież to kobiecie nie przystoi. Co najwyżej może być tego pożądania obiektem, poddawać się mu.

Ale kobiety wstydzą się też, kiedy mają wilgoci zbyt mało, bo wtedy trudno im się kochać. Mądrze byłoby sięgnąć wtedy po lubrykant i ułatwić sobie sprawę. Zamiast tego wiele woli udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i męczyć się „na sucho”, narażając na otarcia i uszkodzenia. Dlaczego? No bo jeśli on zobaczy, że ona sięga po wspomagacz, pomyśli, że go nie kocha albo jest oziębła.

– Kiedy kobieta zobaczy po seksie wilgoć na prześcieradle, pierwszym jej odruchem jest zaprzeczenie: „Niemożliwe, to nie moje!” – uważa psycholożka.
– A o w takiej sytuacji zrobi mężczyzna? Z dumą spojrzy na dowód tego, że się „sprawdził”.

Pachnąca królewna

Wciąż jeszcze wiele kobiet wstydzi się także menstruacji. Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby to mężczyźni menstruowali, uczyniliby z tego dowód siły i potęgi, swój męski sztandar. Kobiety chowają się do kącika. Jakże mogłoby być inaczej: jesteśmy córkami swoich matek, a one całe życie się tego wstydziły.

Kiedy dziewczynka zaczyna miesiączkować, nie spotyka się raczej z gratulacjami, częściej z obawami i niezadowoleniem, bo od tej chwili mała kobietka może zajść w ciążę, a to kłopot dla całej rodziny. O tym, że ma „okres”, zwykle nie mówi się przy ojcu czy starszym bracie. To kobiecy świat.

Mężczyźni nie mają problemu z zaakceptowaniem wydzielin swojego ciała. Co więcej, uważają nasienie za coś godnego pozazdroszczenia. Tryskające na piersi kochanki tuż po seksualnym zbliżeniu uważają za jeden z najbardziej podniecających scen filmu pornograficznego. Skąd taka rozbieżność?

Wynika przede wszystkim z podziału płci. Na jednym końcu skali jest cuchnący piżmem i cygarem samiec, w brudnych butach, z „żałobą” pod paznokciami, nieznający mydła czy dezodorantu, z drapiącym trzydniowym zarostem. A na drugim – czyściutka, pachnąca i różowa panienka, królewna z dziewczęcego dzieciństwa. Nie podnosi głosu i służy do kochania. Wstydzi się nie tylko faktu, że ma jakiekolwiek wydzieliny, ale także tego, że może mieć swój własny zapach. I to w dodatku „tam, na dole”.

– Taka kobieta nie potrafi pojąć, że ponętne mogłoby się okazać coś, co uważa za najgorszą katastrofę: nieumyte genitalia – mówi Platowska. – To, że mężczyzna mógłby chcieć poczuć ten zapach, że jest on dla niego niezwykle pociągający, nie mieści się w jej obrazie świata. Ona wkracza do łóżka jak na fotel ginekologiczny: tak czysta, że niemal sterylna. I tego samego spodziewa się po swoim kochanku.

Ale nie zawsze tak było – kiedyś, we wczesnym dzieciństwie, kochaliśmy całe nasze ciało, włącznie z jego wydzielinami. Dla każdego dwuletniego dziecka wszystko, co wychodzi z jego ciała, jest nim. I nagle maluch dowiaduje się, że jego kupka lub siusiu nie są wcale takie pożądane. Kiedy puszczony nago po domu kuca, by się załatwić, biegnie do niego mama z krzykiem, żeby tego nie robił. Co więcej, karcone jest także zainteresowanie kupą czy pupą.

– Dziewczynki są ostrzej trenowane do czystości, od nich więcej się pod tym względem wymaga – podkreśla psycholożka. – One powinny pachnieć, a chłopcom wystarczy, by nie śmierdzieli. Poza tym matki łatwiej „odpuszczają” swoim synom. Oczywiście, przez całe dzieciństwo podejmują próby utrzymania ich w czystości, jednak widząc, że ich wysiłki spełzają na niczym – i w dodatku obserwują, że inni chłopcy wcale nie wyglądają lepiej – wywierają na synów mniejszą presję. Wzdychają tylko: „No tak, chłopcy zawsze będą nieporządni, brudni i potargani”, po czym skupiają się na „pucowaniu” swoich córeczek.

Chłopcom jest łatwiej umknąć matczynemu treningowi czystości z jeszcze jednego powodu: zdobywając swą męską tożsamość, w naturalny sposób ustawiają się w opozycji do matki… i dziewczynek. Wchodząc w sam środek błotnistej kałuży, z wyższością podkreślają, że są małymi mężczyznami.

Dziewczynki zaś zmagają się z ciężarem matczynych oczekiwań, utożsamiają się z nią i niemal dosłownie biorą od niej pewne przekazy i treści. – Całe życie dumnie noszą sztandar głoszący, że kobieta ma być czysta, różowa i pachnąca. Nie wolno jej z żadnego naturalnego otworu wypuścić jakiejś wydzieliny. Królewny nie chodzą przecież do toalety, nie mówiąc już o puszczaniu bąków – mówi Platowska.

Radość z seksu

Chłopczykowi kultura i natura przychodzą w sukurs w jeszcze jednym momencie: kiedy odkrywa swój członek. Natura sprawia, że obcuje z nim od dzieciństwa, choćby podczas siusiania. Kiedy zaczyna mieć erekcję i odkrywa przyjemność masturbacji, dostaje na nią przyzwolenie: matka, która go na tym przyłapie, wycofuje się bez komentarza i zawstydzona nie wraca do tematu – bo nie wie, jak zareagować. A syn dostaje wyraźny komunikat: to sfera, w którą kobieta nie wkracza. Jeszcze nie wie, na ile grzeszy, ale już oswaja się ze swoją seksualnością.
– Kwestie moralne częściowo weryfikuje podwórko, co znowu jest szczęśliwe dla chłopców, bo bawią się swoimi penisami, porównują je, urządzają konkursy w oddawaniu moczu na odległość lub zbiorowe seanse masturbacyjne – i nawzajem się do tego zachęcają. W ten sposób wzajemnie się wspierają w rodzącej się męskości – tłumaczy psycholożka.

Dla dziewczynki miejsca intymne to „coś”, co należy przede wszystkim często myć. Nie jest sobie w stanie wyobrazić, że nieumyte może być tak podniecające, że mężczyźni gotowi są kupić przez internet noszone damskie majtki. Grzeczna, dobrze wychowana dziewczynka nie chce w to uwierzyć. Ona nawet podczas mycia niechętnie się „tam” dotyka, a jeśli już, to robi to szybko i w poczuciu, że konieczności. Wychowana według uznanych norm nie pojmuje, że ktoś „normalny” mógłby chcieć ją w te miejsca całować.

A mężczyźni uwielbiają seks oralny, zarówno czynny, jak i bierny. Wiadomo, że to główny temat męskich fantazji erotycznych. Gdyby tylko mogli, pieściliby oralnie kobiety tak często, jak to tylko możliwe – różne, nawet kilka naraz i wcale niekoniecznie takie prosto spod prysznica… Ale niejedna dziewczyna myśli sobie: „przecież nie mogę na to pozwolić”. Bardzo wstydzi się dopuścić mężczyznę aż tak blisko.

– Ona się „tam” nie dotyka, bo to nie jest jej, to jest dla niego – uważa Platowska. – Także dlatego, że jest grzeszne, brudne, nieładne. Nic dziwnego. Skoro słyszy od dziecka, że nie wypada, to trudno, żeby kochała i akceptowała swoje narządy płciowe. Większość kobiet nigdy ich nawet nie widziała! Stąd na różnych kursach samoakceptacji obowiązkowym punktem programu jest praca z lusterkiem: każda z uczestniczek ma za zadanie dokładnie obejrzeć swoje wargi sromowe, przyjrzeć się im, czasem także narysować, poznaje również ich budowę. I prawdę powiedziawszy powinna to zrobić każda z nas, bez względu na to, czy wybiera się na taki kurs, czy nie.

Kobiety będą czerpały więcej radości z seksu, jeśli nauczą się patrzeć na swe ciała oczyma mężczyzny: pełnymi zachwytu. Kiedy zobaczą swą fizyczność tak jak ją widzą partnerzy: jako coś wspaniałego, tajemniczego i godnego pożądania. Ale partnerzy mogą im bardzo w tym pomóc.

– Bo to do mężczyzny należy pokazanie kobiecie w sposób najbardziej naturalny, że wiele rzeczy, które się łączą z jej ciałem, jest dla niego wspaniałym przeżyciem – uważa Platowska. – Powinien ją przekonać, że nie o to chodzi, by się nie myć, ale siódmy prysznic w ciągu dnia nie jest potrzebny, a dzień bez kąpieli mógłby być miłą odmianą. Matka jej tego nie nauczy, bo sama jest zbyt „czysta”. Tym bardziej nie zrobi tego ojciec. Najlepszy będzie w tym kochanek.

Otwarcie na ciało i to, co z niego wynika, ma jeszcze jeden aspekt. Mężczyzna, mając kobietę, która nie tylko pozwoli się pieścić oralnie, ale zgodzi się na to chętnie, bez obrzydzenia – odwzajemni się tym samym i będzie przeszczęśliwy. I nie chodzi tylko o to, że realizuje swoje fantazje, choć to też ważne, ale poczuje się akceptowany, w pełni i po prostu. A to bardzo ważny element ludzkiej miłości.

  1. Seks

Brak seksu – jakie korzyści można czerpać z abstynencji seksualnej? Do czego kiedyś służyła?

Abstynencja seksualna, wstrzemięźliwość, tobiaszowe noce - temat znany od starożytności. Do czego służyły ludziom wyrzeczenia seksualne? Jak można ukierunkować tę potężną energię? (fot. iStock)
Abstynencja seksualna, wstrzemięźliwość, tobiaszowe noce - temat znany od starożytności. Do czego służyły ludziom wyrzeczenia seksualne? Jak można ukierunkować tę potężną energię? (fot. iStock)
W świecie przepełnionym seksem zwyczaje, które każą z niego rezygnować, wydają się dziwactwem, bawią, budzą lęk. Okazuje się jednak, że abstynencja seksualna ma swój sens!

Bawi nas dziś stary zwyczaj tobiaszowych nocy związany z wiarą w demony. Inny, wcale nieprzebrzmiały, syndrom dziwki i madonny budzi protest lub zdziwienie. Trudno zrozumieć współczesnemu człowiekowi celibat, bo uważamy, że rezygnacja z seksu niczemu nie służy. Tymczasem okazuje się, że to, co postrzegamy jako naiwne, mogło przynosić korzyści, to, od czego się odżegnujemy, dotyczy często i nas, a to, co uważamy za zbędne, może mieć głęboki sens.

Tobiaszowe noce - brak seksu, który przynosi korzyści

Biblijny Tobiasz umknął gniewowi demona Asmodeusza, powstrzymując się od seksu ze swą żoną Sarą przez kilka nocy po ślubie (Asmodeusz uśmiercił wcześniej jej siedmiu mężów, którzy powstrzymać się nie zdołali). Tobiaszowe noce oznaczają seksualną wstrzemięźliwość praktykowaną przez młodych małżonków podczas nocy poślubnej lub przez kolejne noce – różnie w różnych kulturach. Chrześcijaństwo wysoko ceni erotyczną ascezę.

Synod w Kartaginie w 398 r. jako okres wstrzemięźliwości ustalił noc poślubną, lecz z czasem obyczaj objął trzy noce – przy czym każda z nich była poświęcona kolejnej postaci z religijnego panteonu: Chrystusowi, Matce Boskiej i św. Józefowi. Na przykład w mitologii germańskiej spotyka się przekonanie, że prawo do dziewictwa kobiety ma bóstwo i to ono powinno podczas poślubnej nocy posiąść ją i zapłodnić, a zatem mąż musi poczekać przynajmniej przez tę jedną noc.

W Estonii i Persji wierzono z kolei, że podczas kilku pierwszych nocy po ślubie mężczyzna jest zagrożony – zazdrosne demony mogą go zabić, ponieważ kobiecość wiązana była ze złymi siłami, które nie chciały dobrowolnie oddać swej własności. Zdarzało się więc, że małżeństwo zaczynało uprawiać seks sporo czasu po ślubie. Zwyczaj „opóźnionego seksu” znany był także w Indiach i innych krajach Dalekiego Wschodu, lecz tu nie łączono go z lękiem, ale raczej z możliwością oswojenia się małżonków ze sobą.

– To był doskonały pomysł – uważa Katarzyna Platowska, psycholog i terapeuta. – Tym bardziej że małżeństwa były aranżowane i ślub zawierali ludzie, którzy nie mieli szans na wcześniejsze poznanie się. A kiedy dodatkowo kochankowie nie dysponują żadnym doświadczeniem, stosunek z reguły ma przebieg nieudany i jest dla obu stron rozczarowujący. Stopniowe oswajanie się partnerów ze sobą sprawia, że pojawia się między nimi więź, która złagodzi i osłodzi to rozczarowanie. Obcowanie bez seksu służyło stopniowemu budowaniu intymności, bliskości i zaufania, które sprawiało, że kobieta mniej bała się swego pierwszego razu.

W innych kulturach obyczaj nakazywał małżonkom leżeć obok siebie bez dotykania się i pieszczot. Czasem musieli kłaść między sobą coś, co ich rozdzielało, np. obnażony miecz. Ale nawet tak wstrzemięźliwa forma tobiaszowych nocy miała zdaniem psychologów swój sens. Służyła kumulacji napięcia seksualnego. Jeśli partnerzy muszą czekać, a potrzeba seksualna nie jest rozładowywana przez kolejne noce – rośnie. W efekcie, gdy już dojdzie do zbliżenia, będzie ono gwałtownym i niezapomnianym przeżyciem, nawet jeśli technicznie nie było majstersztykiem.

– Satysfakcja z seksu płynie nie tylko z faktu złapania króliczka, ale też pogoni za nim – mówi Platowska. – Tobiaszowe noce były rodzajem gonienia króliczka, dlatego gratyfikacja była potem większa.

Szacunek dla bóstwa, które ma prawo do dziewictwa kobiety czy poświęcanie kolejnych nocy świętym, nadawał małżeńskiemu seksowi specjalnego znaczenia.

– To połączenie ziemi z niebem, pierwiastka cielesnego z duchowym – tłumaczy psycholog. – Ofiara dla bóstw nadawała innego wymiaru współżyciu małżeńskiemu – zmieniała je ze zwykłej kopulacji w wydarzenie o duchowym wymiarze.

Abstynencja seksualna - triumf woli nad biologią

Celibat? Przed oczyma jawi się wizerunek kapłana w sutannie. Asceza – wyobraźnia przywołuje postać półnagiego jogina poskręcanego w dziwnej pozycji. I słusznie. Celibat, czyli bezżeństwo, rezygnacja z życia seksualnego, rzeczywiście jest częstym wymogiem stawianym wobec duchownych różnych formacji religijnych. Dotyczy księży katolickich, ale zobowiązani do niego byli też kapłani wielu innych wiar, np. wyżsi rangą mnisi i mniszki buddyjskie, westalki w starożytnym Rzymie, kapłani bogini Demeter, wróżbitki z Delf itp. Decyzję o życiu w czystości świadomie podejmowali też ludzie świeccy – w XIX w. prawie jedna trzecia ludności buddyjskiej żyła w celibacie – bardziej skupiona na życiu duchowym niż ziemskim poszukiwaniu przyjemności.

W wielu kulturach szamani i czarownicy decydowali się na czasową abstynencję seksualną, by wzmocnić dar przewidywania przyszłości albo wejść w lepszy kontakt ze światem duchowym; także w konfucjonizmie z okazji ważnych świąt zachowuje się do dziś wstrzemięźliwość płciową.

– Z życia płciowego rezygnowali przedstawiciele kultur, które większą wagę przykładały do spraw ducha niż spraw ciała – uważa Platowska. – Nie chcieli zaprzątać sobie głowy sprawami przyziemnymi, energię kierowali ku wyższym rejonom. Człowiek uprawiający seks jest rozbudzony i myśli o seksie, postrzega rzeczywistość pod kątem seksu: widzi miejsca, które mogłyby służyć uprawianiu seksu, jego wzrok przyciągają ozdabiające ciało detale. To, co nam chodzi po głowie, manifestuje się częściej w świecie zewnętrznym. Celibat i seksualna asceza to triumf woli nad biologią.

Nie zawsze abstynencja seksualna musi mieć związek z religią. Są takie chwile, kiedy rezygnacja z seksu wydaje się czymś naturalnym. Doświadczają tego ludzie, którzy są w coś zaangażowani całą duszą: tworzą, piszą, malują albo okrążają świat na jachcie. Kiedy ogarnia ich pasja, liczy się tylko ona, seks wypada poza krąg zainteresowań, znika reszta świata. Także wielu sportowców zachowuje wstrzemięźliwość płciową przed ważnymi rozgrywkami, by utrzymać koncentrację na tym, co w danym momencie najważniejsze.

– Ważna jest dobrowolność rezygnacji z seksu i świadomość tej decyzji – tłumaczy Platowska. – Jeśli seks jest tłumiony, może „wypłynąć” w najmniej odpowiednich monetach. Ale ktoś dobrowolnie wybierający celibat i świadomy, jakie są tego konsekwencje, może wykorzystać ascezę do swojego rozwoju. W kontekście religijnym można ją porównać z postem: wyrzeczenia czemuś służą, otwierają nasze wewnętrzne oko na sposób funkcjonowania świata i nas samych, pozwalając sięgać do głębi różnych zjawisk.

Ekonomia sprawiła, że w Polsce okresowo celibat praktykuje dziś wielu! Statystyki podają, że kilkaset tysięcy Polaków wyjechało za granicę w poszukiwaniu pracy. Większość z nich zostawiła w kraju rodziny. Zarówno osoba, która wyjechała, jak i ta, która pozostała, decyduje się na życie w celibacie (oczywiście przy tym, że zakładamy wierność małżeńską).

Syndrom dziwki i madonny, a brak seksu w małżeństwie

Idealizowanie ukochanej osoby jest romantyczne i piękne, ale... do pewnych granic. Człowiek dotknięty syndromem dziwki i madonny przekracza te granice, idealizuje ukochaną do tego stopnia, że ją całkowicie odrealnia. Stawia na piedestale, wynosi na ołtarz, kocha, podziwia, wielbi i... nigdy jej nie dotknie. Mężczyzna nie chce i nie może podejść do niej na tyle blisko, by zobaczyć, że jest zwykłą śmiertelniczką.

– Syndrom dziwki i madonny sprawia, że człowiek dzieli kobiety na dwie kontrastowe kategorie: święte i ladacznice, madonny i dziwki – tłumaczy Platowska. – Z tymi pierwszymi seksu uprawiał nie będzie, bo są na to za czyste, idealne, święte. Co więcej, może się okazać, że bardzo kocha swoją wybrankę, ale w intymnej sytuacji nie będzie mieć erekcji. Z tymi drugimi będzie mógł się kochać, ale nie będzie ich szanował, nie będzie chciał takiej kobiety za stałą partnerkę.

Psychologowie uważają, że syndrom ten ma funkcję obronną: wymuszają go nieuświadomione lęki spowodowane przeżyciami z wczesnego dzieciństwa; przeżyciami, które otarły się o molestowanie seksualne lub inne emocjonalne nadużycia. Dotknięte nim osoby nie chcą łączyć bliskości emocjonalnej i seksualnej, unikają kontaktu z bolesnymi wspomnieniami.

– Taki człowiek deklaruje, że bardzo kocha żonę, ale rzadko lub bardzo rzadko z nią współżyje (czasem wcale), natomiast korzysta z usług prostytutek. Dla dotkniętego syndromem dziwki i madonny jest to jak najbardziej logiczne: nie potrafi postrzegać seksualnie osoby, z którą łączy go więź emocjonalna, ale bez większego trudu wchodzi w niezobowiązujące, oparte tylko na seksie przygody – tłumaczy psycholog.

Uważa, że seks jest czymś brudnym, raniącym i złym, nic więc dziwnego, że wierzy, że nie można uprawiać go z kimś kochanym, bo to go kala, obraża. Do seksu nadaje się tylko ktoś, kogo się nie ceni, nie szanuje i kim można gardzić. To klasyczny przypadek dotyczący pewnej grupy ludzi dotkniętych bolesnymi doświadczeniami. Ale cząstka syndromu dziwki i madonny, wyrażana w łagodniejszej formie, ujawnia się w wielu związkach. Nie dotyczy seksu w ogóle, lecz na przykład pewnych jego obszarów. Znakomitym przykładem jest postać grana przez Roberta De Niro w „Depresji gangstera”. W pewnym momencie wyznaje swojemu terapeucie, że wybiera się do burdelu, bo ma ochotę na seks oralny. Terapeuta pyta, dlaczego nie zrobi tego ze swoją żoną, na co De Niro z oburzeniem odpowiada: „Zwariowałeś? Przecież ona potem całuje moje dzieci!”.

– Wielu mężczyzn uważa, że pewnych rzeczy nie robi się z własną żoną – dodaje Platowska. – Nie dlatego, że ona odmawia np. seksu analnego czy oralnego. On jej tego nawet nie proponuje, bo takie zachowania seksualne z kobietą „szanowaną” nie mieszczą się w jego systemie wartości.

Izolowaniu się od kobiety, z którą się uprawia seks, sprzyja jeszcze jedno zjawisko: lęk kastracyjny. Taki pierwotny lęk od tysięcy lat budzi w mężczyźnie partnerka seksualnie wyzwolona i żyjąca w zgodzie ze swoimi potrzebami. Mężczyźni boją się, że przy takiej kobiecie stracą swoją męskość. Erotycznie wyzwolona kobieta budzi w nich niepewność, uosabia pierwotny mit o pochwie pochłaniającej członek. Nieskrępowana kobieca seksualność zagraża męskiej, zwłaszcza gdy facet ma niskie poczucie własnej wartości albo nie jest tak wyzwolony. A w naszych czasach – obyczajowych i społecznych przemian – o niepewnych swej roli i pozycji mężczyzn nietrudno…

  1. Seks

Problemy seksualne kobiet – skąd się biorą?

Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Do niedawna seksualność kobieca w społeczeństwie była tematem tabu. Kobietom nie przysługiwało prawo do czerpania radości i satysfakcji z seksu, do osiągania orgazmów czy zmiany partnerów seksualnych. Seks był tematem, o którym porządna, szanująca się kobieta nie powinna mówić. Dziś słowo seks pojawia się na większości okładek prasy dla kobiet. Wraz z wyzwoleniem kobiecej seksualności, zaczęto mówić o trudnościach, jakie w tej sferze się pojawiają. Trudnościach po części wynikających z wpływu przeszłości negatywnie traktującej seksualność kobiety, po części związanych z innymi czynnikami.

Wyzwolone kobiety pragną czerpać radość z seksu, okazuje się jednak, że przyzwolenie na przyjemność nie zawsze wystarcza do tego, by prowadzić satysfakcjonujące życie seksualne. Z tego powodu do gabinetu seksuologa zgłasza się wiele kobiet, cierpiących z powodu różnych dysfunkcji seksualnych, pragnących zmienić swoją sytuację.

Najczęstsza dysfunkcja seksualna, którą zgłaszają kobiety to brak lub utrata potrzeb seksualnych. Kobieta cierpiąca na to zaburzenie nie odczuwa chęci odbywania stosunków seksualnych, często pomimo tego, iż ma partnera, którego kocha i z którym chciałaby współżyć. Niektóre kobiety twierdzą, iż nigdy nie czuły potrzeb seksualnych. Są też takie, u których utrata libido pojawiła się nagle na pewnym etapie życia. Ta sytuacja często powoduje u nich cierpienie i obawy o to, że niezaspokojony seksualnie partner opuści je i znajdzie kobietę, która spełni jego oczekiwania.

Bolesność narządów płciowych podczas współżycia, zwana dyspareunią, to kolejna trudność, z którą borykają się kobiety. Ból bywa tak silny, że uniemożliwia odbycie stosunku, pomimo ochoty na seks i pojawiającego się podniecenia. Dyspareunii często towarzyszy pochwica, polegająca na silnym zaciśnięciu mięśni okołopochwowych, uniemożliwiającym wprowadzenie penisa, a czasem nawet palca do pochwy.

Problemy seksualne zgłaszają również kobiety, które mają ochotę na seks, czują podniecenie i nie odczuwają bólu podczas współżycia. Pomimo tego z jakichś przyczyn nie potrafią czerpać przyjemności z seksu oraz nie są wstanie osiągnąć orgazmu.

Skomplikowana i zawiła seksualność kobieca powoduje, iż odkrycie przyczyny ich trudności bywa bardzo trudne. Z tego też powodu seksuolog nierzadko musi przeprowadzić bardzo dogłębną analizę problemu. Wiele pacjentek, udających się do gabinetu seksuologa idzie tam z nadzieją, że dostanie cudowną pigułkę, która je wyleczy. Niestety nie jest to takie proste. Zaburzenia seksualne u kobiet zdecydowanie częściej pojawiają się na tle psychologicznym niż biologicznym. Te drugie mogą wiązać się z niektórymi chorobami, takimi, jak cukrzyca, nadciśnienie, zaburzenia hormonalne czy choroby neurologiczne oraz przyjmowaniem niektórych leków. Czynniki psychologiczne natomiast mogą dotyczyć bardzo wielu obszarów. Brak ochoty na seks często spowodowany jest problemami w relacji z partnerem. Na kłótnie i nieporozumienia z mężczyzną kobieta bardzo często reaguje utratą zainteresowań seksualnych. Jeżeli nieporozumienia są przejściowe, zostają w odpowiedni sposób rozwiązane i nie pozostawiają urazy, ochota na seks z partnerem powraca. Jeśli jednak partnerzy nie mogą się porozumieć i nie potrafią ze sobą rozmawiać, żal i pretensje do partnera mogą stale obniżać zainteresowanie seksem. Jeśli dodatkowo kobieta w takiej sytuacji będzie kochać się z mężczyzną „na siłę”, co nie przyniesie jej przyjemności, niechęć może się utrwalić.

Szalenie istotne jest również postrzeganie swojego ciała przez kobietę. Jeżeli ma niską samoocenę, nie akceptuje swojego wyglądu i nie lubi siebie, prawdopodobnie trudno będzie jej czerpać przyjemność z życia seksualnego. Seksualność jest natomiast na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. Dlatego nie bójmy się mówić otwarcie o tak ważnym elemencie życia i w razie potrzeby prośmy o pomoc.