1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Dlaczego nie rozmawiamy o seksie?

Dlaczego nie rozmawiamy o seksie?

Seks nie wymaga słów, więc i w rozmowach o seksie warto sięgać do znaków, symboli i gestów. (Fot. iStock)
Seks nie wymaga słów, więc i w rozmowach o seksie warto sięgać do znaków, symboli i gestów. (Fot. iStock)
Bo nikt nas tego nie nauczył, bo seks jest zły i grzeszny, bo nie wypada, bo co on lub ona sobie pomyśli, bo tak bezpieczniej. O blokadach komunikacyjnych w sferze seksu i sposobach na ich usunięcie opowiada psychoterapeuta Michał Pozdał.

Doświadczona terapeutka i edukatorka seksualna Karin E. Weiss pisała, że „komunikowanie się to wieczny dialog pomiędzy partnerami i każda osoba jest w 100% odpowiedzialna za swój udział w  tym procesie”. Trzeba pamiętać o tym, że intymne rozmowy to nasza wspólna odpowiedzialność i udział w nieustającym rozwoju obojga partnerów. Nie wystarczy coś powiedzieć jeden raz – zmieniamy się ciągle, więc wciąż musimy się komunikować. Utrata kontaktu prowadzi do niechęci i nudy, a stąd już prosta droga do zahamowania czy wręcz wygaśnięcia namiętności. Długie przerwy w intymności są ryzykowne dla związku, więc jeżeli występują, dobrze jest problem szybko zidentyfikować, nazwać go po imieniu i zaznaczyć, że to wspólna sprawa partnerów.

Nie umiem rozmawiać o seksie, wstydzę się

Pierwsza grupa blokad, jakie ujawniają się w gabinecie terapeutycznym, wiąże się ze słownictwem. Z lęku przed oceną w rozmowie o seksualności uciekamy się do wulgarności lub infantylności. W takiej sytuacji dobrze jest najpierw zająć się barierami językowym. Bardzo pomaga stworzenie własnego kodu, indywidualnych określeń na intymne części ciała i seksualne aktywności, ale też wprowadzenie symboli lub gestów czytelnych tylko dla pary. Ważne, by nie robić tego zbyt na serio.

Druga grupa zahamowań to blokady emocjonalne. Zdarza się, że w rozmowie z terapeutą kobieta wspomina pierwsze miesiące lub lata związku, gdy wiele czasu spędzali z partnerem w łóżku, chodzili nago po domu, namiętnie uprawiali seks. Wtedy nagość nie była problemem, teraz kobieta się jej wstydzi. Na początku zawsze jest łatwiej – rozmawiać, kochać się i zwierzać. Ale im dłużej związek trwa, tym trudniej mówić o seksie. Miłości zaczyna towarzyszyć potrzeba bezpieczeństwa i stabilizacji, a to rodzi wstyd czy lęk, których wcześniej nie było. Dobrze jest zastanowić się, co oznaczają te hamujące emocje.

Doświadczenia i przekonania związane z seksualnością

Blokują nas również wcześniejsze doświadczenia związane z seksualnością. To wszystko, co przeżyliśmy, sprawia, że czegoś nie potrafimy lub nie chcemy już robić. Sami podchodźmy do tego z szacunkiem i oczekujmy podobnego podejścia od partnera. Brak nacisku na preferowane przez drugą stronę, a odrzucane przez nas aktywności może po jakimś czasie zachęcić nas do próby.

Zahamowania biorą się z naszych przekonań dotyczących seksualności, kobiecości  i męskości, cielesności, tego, co wypada, a co nie wypada, które wywodzą się z przekazów  wynoszonych z domu. Na przykład takich, że kobieta musi się szanować, dziewictwo to największy skarb, a żona to matka karmicielka i nie wypada uprawiać z nią namiętnego seksu. W pierwszych dwóch przypadkach przekazy ograniczają swobodę i ekspresję seksualną kobiety, hamując lub wypierając jej libido. W ostatnim – projekcja potrzeb opiekuńczych na partnerkę uniemożliwia poszukiwania seksualne w ramach związku: żonę można kochać, a fantazje trzeba realizować z kochanką lub prostytutką.

Prawo do „nie”

Pamiętajmy, że nie wszystkie propozycje partnera musimy akceptować, bo każdy z nas ma prawo czegoś chcieć albo nie chcieć. Sedno leży nie w samej odmowie, ale w formie – zwracajmy uwagę na to, by robić to z szacunkiem. Zresztą odmowa nie musi być werbalna, samo ciało wysyła sygnał – jeżeli partnerka trzy razy odsunie głowę czy rękę partnera z danego miejsca, to powinien być to dla niego jasny sygnał. Odmowa nie musi być także wyrażona słowem „nie” – można zastosować skalę przyjemności 0–5 (jeśli coś jest bardzo przyjemne mówimy: pięć, jeśli nieprzyjemne: zero) albo umówić się na to, że pewne słowo oznacza właśnie „stop”.

Skuteczna komunikacja23

Warto zastanowić się, czy źródłem trudności w mówieniu o swoich potrzebach i pragnieniach jest nieumiejętność komunikowania się czy lęk przed reakcją partnera. W pierwszym przypadku pomocna będzie kreatywność – można napisać list albo obejrzeć razem film na dany temat i porozmawiać o tym. Dobrze jest znaleźć alternatywny, łatwiejszy sposób komunikacji – rozwiązaniem może być wspólna skrzynka mailowa tylko do „tych” spraw. Natomiast jeżeli boimy się reakcji partnera, problem może być poważniejszy. Warto zacząć od przeanalizowania, czego dokładnie się boimy: odrzucenia czy oceny?

Taką rozmowę zwykle najtrudniej zacząć, więc dobrze byłoby uzgodnić sygnał znaczący, że coś jest nie tak i trzeba o tym porozmawiać. Może to być butelka wina postawiona wieczorem na stole albo ulubione czekoladki. To często ułatwia przerwanie milczenia, bo temat pojawia się niejako sam. A druga osoba odpowiada na wysłany sygnał chęcią rozmowy w dogodnym momencie.

Próbujmy rozmawiać tak jak potrafimy – w łóżku w sytuacji intymnej, przy lampce wina, piszmy maile. Całe życie seksualne może być obszarem gry, w który wchodzimy i bawimy się. I wcale nie muszą to być gadżety erotyczne. Chodzi o to, żeby stworzyć swój seksualny świat i czerpać z tego radość oraz przyjemność.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Sprośne słówka. Dlaczego warto świntuszyć – tłumaczy Kasia Miller

Język seksualny może być barwny i lekki. Zależy to tylko od braku naszych ograniczeń. (fot. iStock)
Język seksualny może być barwny i lekki. Zależy to tylko od braku naszych ograniczeń. (fot. iStock)
Mówienie o seksie jest niełatwe. Tym bardziej więc powinniśmy baraszkować słownie. W ten sposób bowiem oswajamy tę sferę, otwieramy się na seksualną energię. Dlaczego jeszcze warto świntuszyć? – tłumaczy Katarzyna Miller.

Przeczytam ci mój limeryk: Pewna figlarka z miasta Łodzi Udawała, że nie wie, o co chodzi Pewien pan jej powiedział Bowiem sporo już wiedział I teraz z tym panem chodzi.

Ale świntuszysz. Ładnie to tak?
A nieładnie? Układanie sprośnych limeryków to przecież świntuszenie najwyższych lotów. A ten jest delikatny. Mam mocniejsze. Jesteśmy pruderyjni i załgani. Nie uczymy młodzieży rozmawiania o seksie, a z drugiej strony wylewa się on z każdego filmu. I kiedy tylko bractwo się ze sobą spotka i nieco rozluźni, zaczyna się sprośne gadanie. Na imprezie, na konferencji, na babskich plotkach czy przy męskim piwie. Pod wpływem alkoholu – bo o to najłatwiej – albo zmęczenia, bo wtedy trochę odpuszcza kontrola. Albo, jak jest poważniejsza aura, zaczynają się zwierzenia. Ale to już wymaga dużego poczucia bezpieczeństwa i wzajemnego zaufania.

Zwykle ludzie boją się tak do końca otworzyć, więc przygadują nie wprost.
Na początek zawsze jest niekonkretnie i o innych. Żarty, zabawa, trochę sprośności. Tak, żeby się temperatura nieco podniosła. Nasza przyduszona zakazami seksualność tylko czeka, by ją wypuścić na wierzch. Cokolwiek by kultura robiła.

A że zwykle nie ośmielamy się posunąć za daleko, to sobie choć poopowiadamy sprośności?
To taki wentyl. Musimy bezpiecznie spuścić nieco napięcia, które się wiąże z tym trzymaniem i udawaniem. Więc niby z dystansem, niby to nie ja, można się pośmiać z innych, ale trochę tego zakazanego dreszczyku poczuć. Często na tym poprzestajemy. A czasami nie. Na przykład na imprezie znikamy z kimś w drugim pokoju.

Chcesz powiedzieć, że świntuszenie to też rodzaj gry wstępnej?
Może być też grą zamiast. Ale możemy się na tym nie zatrzymać. Bo takie gierki, nieprzyzwoite słówka, dwuznaczności sprawiają, że ludzie zaczynają inaczej się zachowywać. Zmienia się ich sposób mówienia, tembr głosu. Skóra się zaczerwienia, żywiej gestykulują. Może to być nieporadne, ale i prowokujące – to, jak się ciało rusza, kiedy mówimy o seksie. Oddech zaczyna być przyspieszony. To są objawy podniecenia.

Przy gadaniu o seksie?
Tak. Czemu pytasz? Nigdy nie gadałaś o seksie?

Do pewnego stopnia zawsze mnie to zawstydza.
Czyli do pewnego stopnia jesteś wciąż grzeczną dziewczynką? Myślę, że świntuszenie to jeden ze sposobów, by przestać wreszcie nią być. Bo tak długo, jak długo twoja głowa kontroluje te sprawy, czyli słuchasz swego wewnętrznego rodzica, który pilnuje zasad, twoje wewnętrzne dziecko się wstydzi. Nie chce słuchać albo nie mówi, a więc nie podnosi tego poziomu energii. W związku z tym ciało nie może tej energii poczuć.

Czyli rozmowy o seksie mogą być drogą do oswojenia się z seksem?
Też. Kiedy zaczynasz używać pewnych słów, oswajasz się z ich znaczeniem. Jeżeli np. boisz się pieniędzy, uważasz je za brudne, nie wiesz, jak je zarabiać. Dopóki tego nie zobaczysz, nie zaczniesz o tym mówić jasno i otwarcie, dopóki nie oswoisz się z myślą, że chcesz i możesz mieć pieniądze, dopóty one nie przyjdą. Tak samo z seksem. Jeśli się wstydzisz, niby słuchasz, ale nie odważasz się o tym mówić sama, a kiedy coś mocniejszego usłyszysz, to ojej, nie, no takie świństwa, oni są obrzydliwi, chamscy – to znaczy, że zamykasz sobie dostęp do tego poziomu energii. To jest właśnie kontrola. „Brzydkich słów nie mówię”. Zachęcam każdego, kto tak myśli, do zadania sobie pytania: Co by się stało, gdybym to jednak zrobił?

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz powiedziałam głośno słowo „kurwa”, wyzwoliło to we mnie olbrzymią energię. U mnie w domu to był szczyt wulgarności...
Przekroczyłaś ważny próg. Wielu kobietom przydałoby się podobne doświadczenie. Spotykam damy, które do trzydziestki czy czterdziestki docierają w stanie niemal nienaruszonym. Buźka w ciup, nóżki razem złożone, rączki na kołdrze. Może się nawet z kimś kiedyś przespała, ale żadnej z tego frajdy nie było, raczej rozczarowanie. Jednym z dobrych sposobów terapeutycznego otwierania, jeśli taka osoba oczywiście tego chce, będzie zabawa w powtarzanie różnych zakazanych wyrazów z lat dziecinnych. Małe dzieci często chodzą po domu i mówią: kupa, dupa, siki, gówno... I w ten sposób uczą się ważnych rzeczy. Jeśli oczywiście trafią na sensownych dorosłych, których to nie bulwersuje. W normalnym rozwojowym cyklu to jest konieczny punkt programu. Bo oswaja nie tylko ze słowami, ale też z tymi czynnościami czy rzeczami, które oznaczają. Z częściami ciała na przykład. Jeśli dziecko słyszy, że takie czy inne słowo jest zakazane, jednocześnie dostaje przekaz, że owa czynność czy część ciała jest „zakazana”, jakaś nieakceptowana, wstydliwa czy brudna. A więc to, że ktoś dorosły wstydzi się wypowiedzieć neutralne przecież słowo „cipka”, świadczy o tym, że w ogóle się wstydzi tego narządu. Że do jakiegoś stopnia wypiera seks.

Posłuchaj tego: Pewnemu panu ze Słomnik Sterczał ów narząd jak pomnik Wreszcie rzekła żona, nieco przerażona Wiesz co, Józiu, kup sobie odgromnik
„Limeryki plugawe”, z których pochodzi to cudo i które tu sobie dla inspiracji poczytujemy z przyjemnością, zostały tak zatytułowane przez ich autora Macieja Słomczyńskiego właśnie dlatego, że tak nazywają je niektórzy dorośli. A co w tym jest plugawego? Plugawe są jedynie te słowa, gesty czy czyny, za pomocą których chcemy kogoś pomniejszyć, pozbawić godności, wykorzystać jego słabości.

Czyli intencja może być plugawa, nie same słowa. Oczywiście. Kiedy człowiek chce się pobawić erotycznie, baraszkuje sobie słownie. Jak widać, robią to ludzie wysokiej kultury. I to jest piękny przejaw tego aspektu naszej duszy, który nie daje się zdominować. Przejaw pewnej wewnętrznej wolności, dystansu. Zabawa pozwala odetchnąć, zapomnieć na chwilę o tym, co mówią rząd, Kościół i rodzice. I nic się nie dzieje. Możemy być dalej porządnymi ludźmi. A więc: chcesz być bliżej czegoś, zacznij o tym mówić.

 
Wciąż pokutuje przekonanie, że świntuszenie to męska domena. A tymczasem u nas świntuszy nawet szacowna noblistka... Raz pewna dama w Lubomierzu Tarzała swego gacha w pierzu. „Czemu to czynisz?” – jęczał gach, A ona na to dictum: „Ach, zbyt goły jesteś, Kazimierzu...”
Dobrze, że podniosłaś ten temat. Bo to kolejny mit. Kobiety są świetne w świntuszeniu, często lepsze od panów, bardziej frymuśne... Wyzwalamy się, wracamy do siebie. Lubimy to robić po cichutku i w zaprzyjaźnionym gronie. Jak kółko gospodyń. Gospodynie wiejskie najbardziej świntuszyły. Przecież ludowe piosenki i przyśpiewki są prawie wyłącznie o seksie. Mocno nieprzyzwoite. I jakoś ludzie się nie gorszyli. A i dzieci słyszały.

Żenujące, nieprzyzwoite, brzydkie, świńskie, gorszące... Ależ te słowa mają ładunek. Stąd pewnie olbrzymia energia, która wiąże się z przekraczaniem tych granic w sobie. Tymczasem na ostatniej płycie Maria Peszek śpiewa: „I lubię ten smak, gdy w ustach mam słowo »fuck«”.
Nareszcie w przestrzeni medialnej, w masowym przekazie pojawiła się seksualność kobiety, nie z męskiej perspektywy, tylko tej realnej, z pazurem. To wartość.

A jeśli kogoś mówienie o „tych sprawach” zawstydza? Chyba nie ma sensu się zmuszać, udając, że nas to nie rusza?
Nie ma. Chodzi o to, żeby się zorientować, gdzie ja w tym wszystkim jestem. I tę granicę co milimetr przesuwać. Badać ją. Bawić się tym. Nie ma bez tego rozwoju.

To, że ktoś dorosły wstydzi się wypowiedzieć neutralne przecież słowo „cipka”, świadczy o tym, że w ogóle się wstydzi tego narządu. Że do jakiegoś stopnia wypiera seks.

A czy takie nazywanie po imieniu, często wulgarne, nie odziera tej sfery z tajemnicy, z romantyzmu? Przecież nie chodzi o wulgaryzmy na siłę czy przeklinanie. Tylko o nieuciekanie w fałszywy wstyd. Zależy zresztą, co mamy na myśli. Jeśli tajemnica oznacza niewiedzę i chowanie się za nią, to absolutnie nie jest to wskazana opcja, szczególnie gdy się chce mieć satysfakcjonujące życie seksualne. A romantyzm? Jeśli to ma być wspólne wąchanie kwiatków i śpiewanie serenad, to ma sens jedynie jako gra bardzo wstępna. Przecież seksualność to dzikość, zwierz w nas. Ci, którzy sobie z nim nie radzą, chcą go okiełznać za pomocą jakichś idealistycznych wizji. Zwykle osoby, które tak marzą o romantycznych zbliżeniach, po prostu boją się seksu, bo go nie znają, nie znają siebie i swoich ciał.

Nie jest wartością do starości zachować poziom rozwoju 14-latki. To nie sukces. To zatrzymanie się, zamieranie. Przyjemnym kierunkiem jest akceptacja siebie i innych – tego, co jest. A nie cały czas: ojej, pan dmuchnął i starł puszek mojej niewinności. Można powiedzieć, że nie dziewictwa oczekuje się po 40-letniej damie...

Również w sensie metaforycznym, prawda?
W każdym. Nie nieśmiałości i niewiedzy seksualnej spodziewamy się po dorosłym mężczyźnie. Możemy to nawet lubić u 20-latka, który nadrabia entuzjazmem. Chodzi o to, żeby tę seksualność oswajać. Między innymi znajdując dla niej odpowiednie słownictwo, co nie jest łatwe po polsku. Ale może być dla twórczych ludzi wcale nie takie trudne. I oswajać siebie.

Młodzi ludzie czują się zażenowani tym, że są podnieceni i wydani na ogląd. Lubią być z tymi uczuciami ukryci, bo się nie czują pewnie. Ale im człowiek starszy, tym większe ma prawo, a nawet obowiązek czuć się z tym pewniej. Ma prawo czuć się podniecony. To normalny stan. Nic tak nie podnieca jak cudze podniecenie. To jest energia i ona się udziela. Są oczywiście tacy, których podnieca pozorny chłód. Ale zważ: pozorny, nie prawdziwy. Tam, pod spodem, ma być wulkan podniecenia schowany pod płaszczykiem zasad. Które ona czy on dla niego łamie. Perwersja. Mężczyzny nie podnieca zimna ryba. Kobieta nie chce drewnianego słupa.

Uświadomiłaś mi, że okazanie podniecenia jest tabu.
Niestety jest. Mówienie o tym też. Mało tego, ludziom się wydaje, że okazywanie podniecenia to coś poniżającego, a już przeżywanie podniecenia niespełnionego jest groźne dla zdrowia. Niby dlaczego? Przecież to przeżycie jest boskie samo w sobie. Jaka to była ulga dla mnie, kiedy się zorientowałam, że nic się nie stanie, kiedy się podniecę i z tym zostanę. Bo po pierwsze, sama decyduję, czy coś z tym robię dalej, czy nie – mogę przecież sama pójść do pokoju obok, jeśli dojdę do wniosku, że tak chcę. Mogę też uznać, że sam fakt, że to przeżyłam, jest uroczy.

Taka miła zmiana stanu... Skoro tak uznaję, mogę o tym mówić bez poczucia tabu.
W jakiś sposób oswajamy się z tym językiem. W tej radości też leży siła seksu. Świntuszenie, masturbacja, dziecięcy erotyzm, fantazje, pozwalanie sobie na nie – to wszystko otwiera człowieka na tę sferę. To rodzaj treningu – czerpanie przyjemności z tej przestrzeni. Jestem mężczyzną, więc jestem seksualny. Jestem kobietą, więc jestem seksualna. Jestem żywa, więc jestem seksualna. Jeszcze żyję, więc jestem seksualna. Póki żyję.

  1. Seks

Przebudzenie księżniczki... kobieta do seksu musi dojrzeć

Księżniczką można nazwać kobietę świadomą swojej wartości. Dla niej seksualność to dar, z którego umie korzystać. (fot. iStock)
Księżniczką można nazwać kobietę świadomą swojej wartości. Dla niej seksualność to dar, z którego umie korzystać. (fot. iStock)
Kobieta do seksu musi się obudzić. Jak księżniczka w bajce: długo śpi, by kiedyś otworzyć oczy i sięgnąć po ten wspaniały owoc. Ale przebudzenie księżniczki w „ziemskiej” kobiecie wygląda trochę inaczej: tu nie wystarczy jeden pocałunek księcia. Przebudzenie to proces, który zaczyna się w chwili narodzin i trwa przez wiele lat.

Księżniczką jest właściwie każda kobieta, która księżniczką się czuje. Rozpoznać ją można na pierwszy rzut oka – po tym, jak jest ubrana, jak chodzi, mówi, skąd płynie jej głos. Czy powstaje w zaciśniętym gardle, czy płynie z uwolnionej przepony. Poznać ją można też po tym, jak wchodzi w kontakty z mężczyznami i jak na nich reaguje.

– Prawdziwa księżniczka nie stara się robić na mężczyźnie wrażenia, nie szuka w jego wzroku akceptacji, aprobaty, pożądania – mówi Katarzyna Gładkowska, psycholożka, trenerka i terapeutka. – Nie próbuje się prezentować, afiszować ze swą atrakcyjnością. Idzie przez życie pewnym krokiem, Nie musi się w niewolniczy sposób podobać innym, zwłaszcza mężczyznom. To nie jest najważniejszy aspekt jej istnienia. Seksualność jest tylko jej częścią, ale częścią oswojoną. Przebudzona księżniczka zintegrowała seksualność ze swoją osobowością, tożsamością.

I tylko taka kobieta potrafi naprawdę czerpać z seksu to, co w nim cenne: przyjemność, satysfakcję i prawdziwą bliskość z drugim człowiekiem.

Gdy rodzi się córka…

...przed rodzicami stoi trudne zadanie wychowania jej "na księżniczkę". Zwłaszcza przed ojcem: musi jej pokazać, że akceptuje jej płeć i nie jest rozczarowany brakiem syna, bo to ojciec właśnie buduje podstawy seksualnej tożsamości córki. Ważne, by szukał równowagi. Powinien np. raz iść z nią na zakupy i pozwolić jej wybrać sukienkę (także różową, jeśli chce), a innym razem zabrać małą na mecz (jeśli oboje mają ochotę). Chodzi o to, by dziewczynka czuła się akceptowana taka, jaka jest.

Dla matki trudny i wymagający wielkiej dojrzałości jest czas, kiedy jej kilkulatka wchodzi w okres tzw. kompleksu Elektry (to żeński odpowiednik kompleksu Edypa). Córka zakochuje się wtedy w tatusiu i marzy, że zostanie jego żoną. Czasem w myślach wręcz uśmierca mamę. Ważne, by matka w tym czasie nie odrzucała jej w żaden sposób. By tłumaczyła, na czym w rodzinie polega rola każdej z osób. Mówiła, że tata jest mężem mamy, ale kiedy mała dorośnie, spotka takiego mężczyznę jak tata i on będzie jej partnerem. Warto też, by tata to wzmacniał, mówiąc córce, że jest jego ukochaną księżniczką, w pełni akceptowaną, ale on wybrał na żonę jej mamę. Powinien też wyjaśnić jej, że przyszły mąż nie musi być taki sam jak tata, żeby córka nie utrwaliła sobie wizji „mam szukać tylko według wzoru ojca”.

Dziewczynka staje się kobietą

Księżniczka "otwiera oczy": to czas pierwszej miesiączki. Rodzice powinni świętować to, że dziewczynka staje się kobietą.

– To ważna chwila, może nawet najważniejsza – uważa Gładkowska. – Ojciec, przygotowany przez żonę, powinien pokazać córce, że ten moment niesie ze sobą coś pięknego. Powinien z córką rozmawiać, okazywać jej akceptację. Dzięki temu dziewczyna otworzy się na własną seksualność. Zacznie oswajać to, że jest kobietą, wspaniałą istotą, a nie tylko kimś różnym od mężczyzny. Będzie się uczyć, że płci nie trzeba akcentować. Dzięki temu nie będzie odbierać menstruacji jako czegoś wstydliwego, co trzeba wypierać, ukrywać. Zintegruje płeć i duszę.

Kolejny etap, okres dojrzewania, jest wielkim wyzwaniem dla ojca. Córkę zaczynają interesować chłopcy. Zmienia się jej ciało, rosną piersi, okrągleją biodra. Zaczyna podkreślać swą kobiecość. Burza hormonalna powoduje napięcie, wewnętrzny zamęt.

– Dojrzały ojciec wie, co z tym zrobić: akceptować i kochać dalej – mówi psycholog. – Rozmawia z nią. Daje jej poczucie bezpieczeństwa. Kiedy widzi, że dorastająca dziewczyna za bardzo się negliżuje, delikatnie zwraca jej na to uwagę. Tłumaczy, dlaczego nie powinna odkrywać wszystkiego ze swej rodzącej się kobiecości: by nie była narażona na to, że zostanie przez kogoś użyta. Jego córka wkroczy we wczesną dorosłość bez zrodzonego na tle seksualności poczucia winy.

Niedojrzały ojciec natomiast zaczyna się bać. Jego wyobrażenia, co zrobiłby z tą dziewczyną, gdyby mógł, przekładają się na podejrzenia, co robią z nią inni chłopcy. Czasem staje się wulgarny i opryskliwy.

Matka stara się oddalić moment, kiedy jej nastoletnia córka poczuje się atrakcyjna, pożądana. Robi to z troski, by ją uchronić przed złem tego świata: nadużyciami ze strony chłopców, niechcianą ciążą itp., ale także z lęku przed własną starością i przemijaniem. Dlatego gdy córka osiąga 16–17 lat, powinien nastąpić etap emocjonalnego oddzielania się od matki – inaczej podszyta rywalizacyjnym lękiem postawa może nadszarpnąć samopoczucie i wizerunek dziewczyny.

 

W ramionach księcia

Wzrastająca w pełnym miłości i akceptacji środowisku dziewczyna nie boi się odrzucenia, wchodzi więc w dobre związki z chłopcami. Dobre, czyli spokojne, przyjacielskie relacje oparte na uczuciach. Nie zostanie wykorzystana, bo nie myli pożądania młodego chłopaka ze swoją potrzebą miłości. I decyduje się na utratę dziewictwa mądrze. Inicjacja seksualna to moment, kiedy księżniczka czyni kolejny krok ku przebudzeniu.
– Wiele kobiet traci dziewictwo w nieodpowiednim momencie i z nieodpowiednich pobudek. Silna potrzeba bycia kochaną, moda lub chęć przynależności do pewnych środowisk sprawiają, że dziewictwo tracą dziewczyny, które nie są na to gotowe.
Są jeszcze inne kobiety, które czekają na noc poślubną. I oba przypadki nie są najszczęśliwsze pod względem przeżywania seksualności. Nie chodzi o to, by czekać w nieskończoność, traktując dziewictwo jak jedyną wartość. Kobieta jest nastawiona na to, by być kochaną, akceptowaną, żeby mężczyzna z nią rozmawiał, rozumiał, słuchał. Tracąc dziewictwo z partnerem, który jest czuły, emocjonalnie dojrzewa razem z nią i darzy ją uczuciem, czyni kolejny krok ku integracji swojej seksualności i osobowości, ku pełni. Nieważne, czy później będą razem. Nawet jeśli nie – wszystko zależy od tego, czemu ma służyć inicjacja, czy są między nimi uczucia, czy tylko chęć wykorzystania drugiej osoby.

– "Księżniczkę" ostatecznie budzi partner, z którym się zwiąże – mówi psycholog. – Kiedy ma 20 kilka lat, wchodzi w poważny związek i jeśli ma dużo szczęścia, będzie szczęśliwą kobietą do końca życia. Ale nie będzie to łatwe, bo na temat seksu młode kobiety i ich mężowie mają różne wyobrażenia. Gdy mężczyzna może mieć żonę przez 24 godziny na dobę i czuje się wolny od zakazów, zaczyna eksperymentować. Jest jurny, niecierpliwy i szybko biegnie do celu. A kobieta jest na to zupełnie niegotowa. Potrzebuje, by ją budzić powoli, krok po kroku.

Dochodzi do jednego z poważniejszych życiowych konfliktów między światem kobiet i mężczyzn. Ale "prawdziwa księżniczka" próbuje się dogadać z partnerem. Jeśli on zrozumie, że ona chce być kochana, przytulana, pragnie tego, by ktoś się o nią troszczył, i zadba o te jej potrzeby, kobieta da mu upragniony seks. Emocjonalnie spełniona kobieta uczyni to z radością, ponieważ dla kobiety seks i emocje łączą się ze sobą i nie może ich oddzielić. Jednak większość kobiet w związek czy małżeństwo wnosi zahamowania seksualne, wstyd, poczucie winy i potrzebuje wielkiej delikatności, czułości, cierpliwości i mądrości ze strony partnera, by móc zakończyć proces dojrzewania do seksu.

Już wiem, co TO jest

W wieku lat 35–45 "księżniczka" wreszcie w pełni się budzi: kobieta w tyk okresie na nowo odkrywa seks. Odkrywa, że jest wspaniały. Wreszcie uświadamia sobie, że można to robić nie dlatego, że mąż chce, ale ponieważ sama ma ochotę. Otwiera się na seks i zaczyna go smakować. Ta zmiana to efekt wieloletnich „ćwiczeń” w poznawaniu własnego ciała i sposobach osiągania przyjemności. Ale nie tylko.

– Kluczem do tej zmiany jest nasza dojrzałość – uważa psycholog. – Czujemy się bardziej osadzone w życiu zawodowym, mamy świadomość własnych kompetencji, także poza małżeństwem i seksem. Może już wychowałyśmy dzieci i całkiem nieźle nam to wyszło, więc czujemy się wartościowe, skuteczne i spełnione. Zdajemy sobie sprawę z tego, że ważny jest nie tylko nasz wygląd, ale także nasza osobowość. Widzimy, że mamy wpływ na własne życie. Rodzą się w nas nowe pasje, na które w końcu mamy czas. Zaczynamy szczerze rozmawiać, bo przestajemy się bać. Otwieramy się na przyjaźnie z innymi kobietami, bo już nie traktujemy siebie jak konkurencji, zaczynamy z nimi rozmawiać, przez co tworzymy swoiste grupy wsparcia, dzięki którym wciąż dojrzewamy. Zaczynamy nazywać to, co się z nami dzieje. To wszystko ma wielkie znaczenie, bo na seksualność kobiety wpływa dosłownie każda dziedzina życia.

Kobieta zaczyna też badać swoje ciało. Zdejmuje poczucie winy, w którym dorastała do tej pory, i zaczyna spontanicznie kontaktować się z fizycznością. Ciało w tym wieku się zmienia i odkrywa, że dotyk jest przyjemny. Wiele kobiet wraca wtedy do porzuconej masturbacji lub robi to po raz pierwszy. A mężczyźni są zachwyceni, gdy żona na ich oczach doprowadza się do orgazmu. Życie seksualne osiąga taki poziom, jakiego nie miało nigdy przedtem.

– "Księżniczka" przeszła bardzo długą drogę, by dotrzeć do punktu, w którym może partnerowi powiedzieć „czuję się w pełni dojrzała, mam świadomość własnych możliwości, ale jeszcze potrzebuję dostać coś od ciebie, by być dopełniona. Dzisiaj już wiem, co to jest” – tłumaczy psycholog.

– Naprawdę przebudzona kobieta rozumie, że jeśli czuje się żabą i myśli o sobie jako o żabie, żaden mężczyzna nie przemieni jej w księżniczkę za pomocą pocałunku, nie przemieni jej serca.
Na poziomie ciała doświadcza czegoś zupełnie nowego, ponieważ jej dusza wkroczyła na inny poziom rozwoju.

Może być tak, że kobieta obudzi się w pełni do seksu dopiero po czterdziestce. I, prawdę mówiąc, często tak właśnie jest. Bo prawdziwie przebudzona księżniczka mająca udane życie seksualne to kobieta, która naprawdę zintegrowała trzy najważniejsze płaszczyzny: seksualność, emocje i duchowość.

  1. Psychologia

Damskie i męskie podejście do związku. Rozmowa z Katarzyną Miller

Według Katarzyny Miller, męskie podejście do związku, wbrew pozorom niewiele różni się od kobiecego. Istnieją jednak pewne różnice, których trzeba być świadomym, aby umieć się porozumieć. (Fot. iStock)
Według Katarzyny Miller, męskie podejście do związku, wbrew pozorom niewiele różni się od kobiecego. Istnieją jednak pewne różnice, których trzeba być świadomym, aby umieć się porozumieć. (Fot. iStock)
„Kochanie, musimy porozmawiać” - jeśli tak zaczniesz konwersację z ukochanym, możesz być pewna, że nie dojdziecie do żadnego porozumienia. Jak zatem rozmawiać, by się dogadać? Czy damskie i męskie podejścia do problemów rzeczywiście tak bardzo się od siebie różnią? Psychoterapeutkę Katarzynę Miller pyta Joanna Olekszyk.

Czy mężczyźni podchodzą inaczej do związku niż kobiety?
Sądzę, że na to pytanie są dwie dobre odpowiedzi. Jedna: tak. Druga: nie. Zacznę od odpowiedzi „nie”, czyli tej, która mówi, że podejście mężczyzn niczym nie różni się od tego babskiego. Jak rozmawiam z ciekawymi, fajnymi facetami, w miarę życiowo pozbieranymi, to oni mówią, że oczywiste jest, że związek to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. Mieć kogoś, być z kimś, kogo się kocha, w domu, w którym można schronić się przed całym światem, w którym czujesz się bezpieczny i chciany – to dla nich istota bycia szczęśliwym. Podkreślają też, że kobieta ma być dla nich partnerką, że ma wiedzieć, czego chce, i ma być inteligentna. I nie powinna być kastrująca, czyli raczej wspierać niż krytykować. Przede wszystkim chcą jednak, żeby kobieta lubiła samą siebie, miała swoje sprawy i swoje życie.

To znaczy, że są na tyle świadomi, by wiedzieć, jak to jest ważne.
Zgadza się. Współcześni świadomi mężczyźni nie potrzebują kobiety, która będzie na nich wisiała. Obserwuję to także z drugiej strony. Przychodzą do mnie kobiety, które mówią, że mężowie mają dosyć ich „bluszczowania”. Powiedzmy Zyta, atrakcyjna około czterdziestki – mąż ją zdradził, bo dusił się w jej uścisku, ale wrócił i powiedział, że chce z nią być, tylko ona się musi zmienić. Musi mieć swoje życie. Co więcej, to on ją do mnie wysłał, co uczciwie mi wyznała i spytała, co ona ma zrobić, żeby mu się nie przestać podobać. Tłumaczyłam, że jeśli będzie się zmieniała dla męża, to się raczej nie zmieni, tylko będzie poszukiwać nowych zachowań, żeby on uwierzył, że ona się zmieniła, jej istota zaś pozostanie ta sama – uzależniona od niego i jego oczekiwań. Powoli, powoli otwierały jej się oczy – po prostu ona wzór tego niewolniczego oddania wyniosła z domu, jej mąż wcale tego od niej nie oczekiwał.

Podsumowując, myślę, że mężczyznom chodzi o to samo, co nam, ale oni nie mają wprawy w nazywaniu tego, nie mają opanowanej terminologii uczuć, czasem dopiero po dłuższym czasie są w stanie opisać partnerce sedno problemu, choć od początku czują, co jest nie tak. Lubię wspominać moją najkrótszą i superudaną interwencję małżeńską. Zadzwoniła do mnie była pacjentka z płaczem, że mąż już jej nie kocha i czy ona może przyjść z nim, by ratować to małżeństwo. A czy on też chce? – spytałam. Tak. No to przyjdźcie. Wchodzą. On, duży, silny mężczyzna, patrzy mi prosto w oczy, myślę: „O, jest dobrze”. Siadają, on mówi: „Zaczynaj”, a ona w bek: „Ty mnie już nie kochasz…”. On na to z mocą: „Takiej cię nie kocham”. Ona dalej płacze: „Co ja teraz zrobię? Ty już mnie nie chcesz”. On jeszcze dobitniej: „Takiej już cię nie kocham”, ale ona dalej zawodzi. Pytam więc wprost: „Czy ty słyszysz, co on mówi?”. „No, że mnie nie kocha”. „Powtórz jego całe zdanie” – proszę. „No, że takiej mnie nie kocha. Takiej… To znaczy jakiej?” – pyta go, bo wreszcie coś do niej dotarło. „No, takiej rozmazanej, nieszczęśliwej, wiecznie marudzącej” – tłumaczy on. „No, ale taką mnie kiedyś kochałeś”. „Taką cię kiedyś chciałem, bo mi było z tym dobrze, że ja jestem taki wielki, a ty taka malutka, ale poszedłem na terapię i dotarło do mnie, co robię. I już tego nie chcę”. „A czego chcesz?” – pyta ona, już bardziej spokojna. „Żebyś była taka, jak potrafisz”. „Czyli jaka?”. „Inteligentna, fajna dupa”. „I będziesz mnie taką kochał?”. „Nie będę, tylko taką cię właśnie kocham”. „Czyli ty mnie kochasz?”. „Tak, kretynko!”. Złapali się za ręce i poszli. A ja sobie tylko siedziałam na fotelu i z radością słuchałam, jak sami dochodzili do porozumienia.

A co z odpowiedzią „tak”, czyli że mężczyźni jednak trochę inaczej podchodzą do związków?
Na pewno są bardziej zdroworozsądkowi i nie mają tylu romantycznych wymysłów jak my. Nie traktują wszystkiego tak bardzo serio. Co więcej, oni nam o tym wprost mówią: „Przestańcie, dziewczyny, się tak strasznie przejmować tym, czy nam się podobacie. Bo się podobacie. Koniec, kropka”. Uwierzcie im, dziewczyny, zamiast godzinami się zastanawiać, czemu facet zaprosił was na randkę. No, na pewno się nie poświęca. Faceci w ogóle nie za bardzo lubią się poświęcać – i to jest z jednej strony cudowne, z drugiej smutne, bo na 10 małżeństw, w których pije facet, nie rozwiedzie się 9 żon, a na 10 małżeństw, w których pije kobieta, zostanie tylko 1 mąż. Podobna statystyka jest w wypadku opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem. Mężczyźni lubią mieć wygodne życie. Są też bardziej egoistyczni i nie myślą o tym, co trzeba zrobić, tylko co oni chcą zrobić.

I według badań są częściej bardziej zadowoleni ze związku, jaki mają.
Skoro w nim są, to znaczy, że są zadowoleni i nie mają specjalnego problemu z tym, że ona nie mówi im siedem razy w tygodniu, że ich kocha. A nawet tego specjalnie nie lubią. Poza tym oni zawsze na początku mówią prawdę. To jest niebywała rzecz – idziesz na pierwszą randkę i on prosto z mostu mówi: „Ale uważaj, bo ja mam słabość do kobiet”. Albo: „Ja to nie lubię pracować”. I ty to słyszysz, ale myślisz sobie: „A tam, przy mnie będzie inny” albo: „On mnie tak sprawdza”.

W twojej książce „Męskie sposoby na damskie rozmowy” znani mężczyźni pytają cię o różne rzeczy. Zdziwiło mnie, że nie wszyscy prosili cię o wyjaśnienie, jak działają kobiety…
Oni po prostu pytali mnie o życie. Albo chcieli się podzielić ze mną swoimi przemyśleniami. To nie była odpytywanka, mnie się z nimi bardzo dobrze rozmawiało.

Prawie wszyscy pytali cię jednak o to, jak poradzić sobie ze zdradą. Zawsze mi się wydawało, że to temat nurtujący głównie kobiety.
A skąd, zdrada jest dla wszystkich bardzo bolesnym tematem, jeśli zdradza nas ktoś, kogo kochamy. Bo zarówno mężczyźni, jak i kobiety umieją żyć z kimś, kogo nie kochają. Wystarczy, że im się podoba, że tę osobę lubią albo że nie ma akurat nikogo ważniejszego w ich życiu. Obie płcie potrafią z takim kimś być w związku, choć myślę, że każda z innego powodu. Mężczyźni dlatego, że nie za bardzo potrafią sami żyć, a kobiety dlatego, że nie chcą, żeby inni myśleli, że one są same. My jesteśmy dużo bardziej sterowane opinią innych i społecznym nakazem, że kobieta powinna mieć faceta. Ale wróćmy do zdrady. Jeśli mężczyzna jest z kobietą, którą naprawdę kocha, to zdrada jest dla niego jak cios poniżej pasa, bo podważa nie tylko siłę więzi, ale i jego samczość. Myślę, że to jest dość biologiczna reakcja, która jest wspólna dla obu płci. Zdrada to cios w genitalia, ale genitalia połączone z sercem. Choć z racji tego, że kobiety są częściej z siebie niezadowolone, to zdrada uderza także w tę ich niepewność co do swojej wartości i jakoś bardziej dotyka. Ale to też są bardzo indywidualne kwestie. Zależące od rodzaju doświadczeń życiowych, od tego, czy ktoś wydaje się sobie bardziej czy mniej zasługujący na miłość oraz na ile jest jej głodny.

Twoi rozmówcy byli bardzo otwarci, a to przeczy temu, co słyszę od wielu dziewczyn, które opowiadają mi, że największym problemem w ich związkach jest to, że ich partnerzy nie chcą o swoich problemach rozmawiać.
Mój Edek zawsze mówi tak: „Jak ja słyszę w filmie kwestię »musimy porozmawiać«, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Przecież rozmawiamy!”. Taki wstęp pachnie mężczyznom aferą, a tego nie lubią. Nie lubią też dzielenia włosa na czworo, co my, kobiety, z kolei kochamy, a ja na tym nawet zarabiam. Mężczyźni nie lubią komplikowania sprawy, ciągnięcia ich za język. Boją się chyba, że zostaną w sposób zmanipulowani lub przegadani. I w tym mają trochę racji, bo baba zawsze przegada chłopa. Nie lubią być też wzywani na dywanik. Lubią za to pogodnie i spokojnie żyć. Niech się po prostu życie toczy, niech ona się śmieje, niech pójdzie z nim na spacer, przytuli się do niego tak zwyczajnie.

Ale jeżeli problemy i sprawy do obgadania są poważne, a on nie chce o tym rozmawiać?
Moim zdaniem dziewczyny robią źle jedną rzecz, mianowicie wiercą chłopakom dziurę w brzuchu, a tymczasem ich trzeba zażyć.

Zażyć?
Wziąć z zaskoczenia. Robisz mu kanapki do pracy i do woreczka wkładasz kartkę, na której mu o czymś przypominasz. On wyjmie potem kanapkę, przeczyta karteczkę i trochę się uśmiechnie, trochę zezłości, ale na pewno zapamięta, bo go zaintrygujesz. Jest jeszcze inna, bardzo mądra zasada: „Do faceta mów nie więcej niż dwie rzeczy naraz”. A już najlepiej jedną. W dodatku wyrażoną w prostych żołnierskich słowach. No i nie zdziw się, jak będziesz to musiała mu powtarzać sto razy. Ja to przeszłam. Niezależnie od tego, jak często coś powtarzam mojemu Edkowi, on nigdy tego nie pamięta. Dlatego w nieskończoność pyta mnie: „Czy ktoś dziś do nas przychodzi?”, ja mu spokojnie odpowiadam, kto, po czym za godzinę znów nie pamięta. On pyta, bo wie, że ja pamiętam, bo ja lubię pamiętać. Dlatego on nie musi. Z drugiej strony, co ja mam zrobić, udawać, że nie pamiętam? Zabrać sobie tę przyjemność? Ja już wszystkiego próbowałam: i złościłam się, i drwiłam, i zapierałam, i obrażałam. I tak mnie przetrzymał. Jeszcze mi bezczelnie za każdym razem mówił: „A nie mogłabyś mi po prostu spokojnie odpowiedzieć?”. Więc spokojnie mu przypominam co godzinę, kto przychodzi. Co ja poradzę, że pamiętam. To tak, jakbyś była sprzedawczynią w sklepie ze spodniami, i wkurzałabyś się, że o niczym innym nie rozmawiasz z klientami tylko o spodniach.

A jak go zażyć, żeby powiedział, co go dręczy?
Jeśli nie chce mówić o swoich problemach, to go nie dręcz, babo. Możesz powiedzieć: „Widzę, że się czymś męczysz, że jest ci trudno. Jeśli chcesz o tym porozmawiać, wiesz gdzie mnie znaleźć. Chciałabym ci pomóc i przykro mi, że się nie odzywasz, ale rozumiem, że chcesz być sam”. I koniec. Natomiast jeśli chodzi o sprawy dotyczące was obojga, jak dzieci, pieniądze, seks, obowiązki domowe czy wspólne przeżycie – po prostu trzeba zacząć mówić swoje, nie uprzedzając, że zaraz chciałabyś o czymś ważnym porozmawiać.

Nie robić afery?
Właśnie. Oczywiście, nie jest najlepszym pomysłem zaczynanie takiej rozmowy, jak on już stoi w drzwiach, ani tuż przed meczem, na który czeka cały dzień. Prawda jest taka, że kobiety też boją się mówić o poważnych sprawach, bo z góry zakładają, że mężczyźni to źle przyjmą. Zawsze lepiej wiemy, jak oni się zachowają.

Zamiast spytać wprost, kluczymy.
Albo w ogóle nie podejmujemy tematu. Z jednej strony, dziewczyny lubią rozmawiać, z drugiej robią to jakoś tak, że ta dyskusja bywa inwazyjna albo przesadnie dramatyczna. Dlatego, jak chcesz rozmawiać na poważne tematy, rób to w miarę dorośle, ale też w miarę normalnie. Możesz zacząć od takiego postawienia sprawy, że jest to bardzo istotna dla ciebie kwestia, więc nawet jak teraz nie będzie chciał pogadać, to i tak do tego wrócisz, więc opłaca mu się zrobić to teraz. Zawsze odwołuj się do korzyści.

A taki pomysł, żeby wyjechać gdzieś na weekend albo wyjść na kolację i bez napięcia, na spokojnie, po jakimś wspólnie spędzonymi miło czasie poruszyć dręczący nas temat?
Bardzo dobry pomysł, ale zróbmy to rzeczywiście bez napinki. Poza tym najlepiej robić to różnie, nie zawsze w ten sam sposób, raz porozmawiać przy kolacji, raz tuż po obudzeniu się, raz między obiadem a odebraniem dzieci ze szkoły. Możesz to zrobić żartobliwym tonem, odnieść się do filmu, który widzieliście przed chwilą w kinie. Najlepsza metoda to tak zbudować temat, by on musiał wybierać pomiędzy czymś a czymś, czyli żeby nie mógł ominąć wyboru. Na przykład: „Przychodzi dziś Ela z Jurkiem. Wolisz obrać ziemniaki czy posiekać cebulę?”.

A może mężczyźni nie chcą o pewnych rzeczach rozmawiać, bo nie wiedzą, jak dobrać słowa, żebyśmy się nie obraziły?
Kobiety mają tę właściwość, że jak mężczyzna mówi, że coś mu się nie podoba, to one od razu myślą: „On już mnie nie kocha”. I nie wiedzą, co z tym zrobić. Nie powiedzą: „Wyjaśnij mi dokładnie, co ci się nie podoba, może uda mi się to zmienić, a może się z tobą nie zgodzę, bo z mojej perspektywy to wygląda inaczej”. Bo dopóki jakaś sprawa jest omawiana, to dopóty jest do załatwienia. Tymczasem dziewczyny już z samej przyczyny poruszenia tematu uważają, że stoją na przegranej pozycji. Dlatego wszystkim kobietom z całego serca radzę, szczerze i na poważnie, żeby czasem wyszły ze swojego świata wewnętrznych przeżyć. Zmieniły kanał. Jeżeli kanałem, który przynosi cierpienie, jest ból fizyczny, to wtedy trzeba zająć się czymś, co pomoże odwrócić od tego bólu uwagę. Kanały to są nasze zmysły. Jeśli masz zajętą głowę jakimś problemem, to weź kąpiel, otwórz szeroko okno i powdychaj powietrze albo zrób coś fizycznie, nie wiem, umyj podłogę. A przede wszystkim przestań myśleć o czymś, na co nie masz rozwiązania. Znajdziesz je, ale nie teraz. No i bardzo polecam dobre kino, działa zawsze. Skutecznie odrywa od własnych problemów, a czasem podsuwa ciekawe rozwiązania.

  1. Seks

Nieoczywiste drogi do męskiej rozkoszy

Męska seksualność została zredukowana do jednego organu, a mężczyzna emocjonalnie i seksualnie jest dużo bardziej skomplikowany. (Fot. Getty Images)
Męska seksualność została zredukowana do jednego organu, a mężczyzna emocjonalnie i seksualnie jest dużo bardziej skomplikowany. (Fot. Getty Images)
Męska seksualność została zredukowana do jednego organu. A mężczyzna emocjonalnie, a zatem i seksualnie, jest dużo bardziej skomplikowany, niż powszechnie sądzimy – mówi psychoterapeuta Michał Pozdał. I opowiada o tych mniej oczywistych drogach do męskiej rozkoszy.

Penis od zawsze był symbolem męskiej potencji i siły. Takie uwarunkowania kulturowe doprowadziły do zawężenia męskiej rozkoszy do pieszczot tylko tego organu. Mamy za sobą wiele lat świetnej seksuologii, która stara się pokazać mężczyznę jako istotę skomplikowaną, a jednak kult penisa istnieje do dzisiaj, a rozkosz odbierana całym ciałem jest przypisana raczej kobietom. One mogą być dotykane, całowane, pieszczone. A mężczyźni nie. Bo zachowania te uważane są za „miękkie”, a facet ma być twardzielem. I nie należy go lizać za uszkiem… Tymczasem penis, owszem, jest bardzo wrażliwym miejscem na ciele, ale nie u wszystkich mężczyzn. Poza tym większość z nich ma też inne strefy erogenne. Niektóre mogą dostarczyć im dużo większej zmysłowej rozkoszy.

Mapa męskiej przyjemności

Niektórzy mężczyźni dążą tylko do penetracji, uważając, że to jest właśnie seks. A sam akt penetracji nie musi być dla nich najbardziej satysfakcjonujący, dużo więcej przyjemności może im dawać seks oralny albo gryzienie sutków czy pieszczenie moszny. Stymulacja tych miejsc może spowodować u nich największe podniecenie i najsilniejszy orgazm. Ejakulacji nie trzeba uzyskiwać w drodze penetracji. Można szukać innych, bardziej podniecających sposobów.

Partnerka może spróbować stymulować penisa ręką lub ustami, jednocześnie pieszcząc wybrany punkt w okolicach moszny, prostaty czy odbytu. Dzięki temu męski orgazm może być intensywniejszy. Tylko mężczyzna i jego partnerka muszą się na takie próby otworzyć.

Nie da się stworzyć jednej, powszechnie obowiązującej mapy męskich rozkoszy. Każdy mężczyzna będzie miał punkty erogenne ulokowane w podobnych strefach, ale w różnych miejscach. Choć z praktyki seksuologicznej wynika, że zwykle są to okolice moszny, prostaty i odbytu. Dotyk czy stymulacja tych miejsc często sprawia mężczyznom prawdziwą rozkosz. Tylko że zazwyczaj najpierw trzeba pokonać długą drogę do tego, by oni sami sobie na pieszczoty w tych okolicach pozwolili...

Mężczyźni często sami nie wiedzą, co najbardziej ich podnieca. Dlatego że jeszcze się na tę rozkosz nie otworzyli. Opowiadają w gabinecie, że seks oralny jest dla nich przyjemny, ale to jest przyjemność na zasadzie głaskania po głowie, a nie punkt głównej rozkoszy. Na myśl o pieszczotach pachwin, prostaty albo okolic odbytu odczuwają dyskomfort, bo te miejsca są kojarzone z seksem homoseksualnym. I przez różne uprzedzenia lub z lęku przed podjęciem zachowań niemęskich boją się spróbować i poprosić partnerki o to, co sprawia im rozkosz, nawet wtedy, gdy już wiedzą, gdzie i jak dokładnie chcieliby być pieszczeni.

Wyjście z roli aktora porno

Penetracja, jako akt agresywny, nadal uchodzi za najbardziej męskie zachowanie, wręcz stanowi o męskości. Tak właśnie mają zachowywać się mężczyźni w łóżku, a nie leżeć bezwolnie i czekać na łaskotki. Trudno im zrezygnować z dominacji i poddać się kobiecie. A jeszcze trudniej o coś w sferze seksu poprosić. Wielu mężczyzn nadal ma problem z wyrażaniem swoich potrzeb seksualnych, bo nie jest to spójne z tym, jak postrzegają siebie jako mężczyzn. Pary, które ćwiczą wzajemne dotykanie się, często relacjonują potem, że on cały czas wybuchał śmiechem i nie chciał się poddać jej dotykowi. I dopiero po wielu rozmowach i kilku podejściach rozluźnił się na tyle, by otworzyć się na tę przyjemność.

Żeby pozwolić sobie na głęboką rozkosz, w pierwszej kolejności mężczyźni muszą wyjść z roli aktora porno. Niektórzy oglądają tak dużo pornografii, że przejmują pewien rodzaj wzorca zachowań seksualnych – twardych facetów ze sterczącym penisem, który pokazuje kobiecie, co to znaczy być mężczyzną. Żeby zmienić optykę, można poszukać filmów porno zwanych „female friendly”, czyli „przyjaznych kobietom”. Tam bardzo rozbudowany jest element, który zwyczajowo nazywamy grą wstępną, a faktycznie jest on seksem poprzez pieszczoty. Dużo jest tu dotykania, głaskania i całowania. Wielu mężczyzn po obejrzeniu takich filmów wraca do nich wielokrotnie, bo pokazują one rozkosz dużo bardziej rozciągniętą w czasie i bardziej intensywną niż po kilku ruchach frykcyjnych penisa w pochwie. To daje im inne spojrzenie na seks, szczególnie gdy dopuszczą do siebie myśl, że to oni mogliby otrzymywać takie pieszczoty.

Większy problem mają starsi mężczyźni. Wśród młodych o wiele częściej można spotkać takich, którzy pracują nad świadomością swojego ciała i wiedzą, że rozkosz na ciele jest rozłożona bardzo demokratycznie. Poszukują rozkoszy w seksie ze swoimi partnerkami i są otwarci na to, co się może zdarzyć. Choć nadal spora część młodych kochanków zgłasza się do gabinetów seksuologów z problemem braku erekcji (wywołanym zbyt dużą ilością obejrzanej pornografii, stresu lub miękkich narkotyków) i chcą, żeby im natychmiast postawić „żądło”. Bo mimo że świadomość ciała postępuje, to kult penisa nigdy nie minie. Jego rozmiar (im większy, tym lepiej) i przymus erekcji są wpisane w męskie jestestwo.

Pieszczoty przede wszystkim

Nie będę się sprzeczał, penis jest istotnym organem w ars amandi, ale czas, w którym mężczyzna może się cieszyć nim w jego sztywnej, gotowej do akcji postaci, to jedynie chwila na skali życia, bo gdy się zestarzeje, penis nie będzie już taki sprawny i sztywny. Do tego starsze partnerki też będą cierpiały na swoje dolegliwości – może pojawić się suchość pochwy lub dojść do histerektomii (wycięcia macicy i przydatków), więc penetracja często choćby czasowo nie będzie możliwa. A jeżeli mężczyzna wraz z partnerką odkryją inne źródła rozkoszy poprzez dotyk, to duża szansa, że będą aktywni seksualnie do późnej starości.

A seks poza funkcją dostarczenia sobie rozkoszy jest drogą komunikacji uczuć. Czasami łatwiej jest wypieścić drugą osobę, niż powiedzieć jej: „kocham cię”. Dla wielu osób znaczy to więcej niż słowa.

Pary, które zgłaszają się do seksuologa, ponieważ nie uprawiają seksu, cierpią nie tylko z powodu braku zaspokojenia seksualnego, ale także deficytu czułości i miłości. Dla nich głównym problemem wynikającym z braku erotyki w związku jest to, że nie czują się pożądane przez partnera czy partnerkę. Jeżeli mężczyźni otworzą się na seks poprzez pieszczoty, zapewnią sobie i partnerkom uczucie akceptacji i pożądania.

Dlatego petting to najlepsza inwestycja w związek. Gdy dotykamy się, pobudzamy neuroprzekaźniki odpowiedzialne za dostarczenie przyjemności, a w dalszej kolejności oksytocynę, która wiąże nas ze sobą. Oczywiście, pary chcą także rozładować napięcie seksualne i zapewnić sobie rozkosz, ale przede wszystkim mają potrzebę bycia kochanym. Co ważne, podczas pieszczot łatwiej o penetrację, bo (na skutek stymulowania lubrykacji pochwy) jest ona wtedy bezpieczna. Trudniej też o problemy z erekcją, bo ta ma to do siebie, że im bardziej się chce ją wymusić, tym bardziej nie przychodzi. Natomiast kiedy para umie wypracować sobie podejście, że jak erekcja będzie, to super, a jak nie, i tak będzie wspaniale – to dzięki temu szansa na to, że będzie wspaniale, jest dużo większa.

Orgazmy i orgazmy

Wydłużone pieszczoty, na które mężczyzna się otworzy, mogą zaowocować niezwykle intensywną rozkoszą, która w końcu doprowadzi do przedłużonego orgazmu. Warunek jest jeden: musi pozwolić sobie na przyjemność, zamiast zadaniowo dążyć do wytrysku. Jest to trudne, bo częste doświadczenia szybkiej masturbacji młodzi mężczyźni wnoszą w swoje relacje seksualne. Dobrym ćwiczeniem dla nich jest kierowana masturbacja, czyli świadoma, wydłużona, z fantazjami i powolną stymulacją, która ma opóźnić moment rozkoszy.

Kobiety mają już poczucie swobody w seksie, otwartość na poszukiwania. A mężczyźni przed tym właśnie stoją. Większości nie pozwala na to zadaniowe podejście do seksu. Dążą do tego, żeby wypaść jak najlepiej i koncentrują się na zaspokajaniu potrzeb partnerki. A ich podstawowym zadaniem powinno być zadbanie o siebie i pozwolenie na to samo partnerce. Tylko do tego potrzeba bezpiecznej i otwartej relacji. Takiej, która zakłada dbanie o swoje potrzeby, ale i o potrzeby związku. Bo kiedy mężczyzna będzie skupiał się tylko na sobie, będzie opresyjny. Kluczem jest tu zaufanie – kochanek, który wie, że zostanie jasno pokierowany przez partnerkę, z pewnością ochoczo spełni jej oczekiwania.

Badania pokazują, że to przeżywanie własnej przyjemności najbardziej podnieca naszych partnerów. Wynika to np. z badań dr Amy Muise z Uniwersytetu w Toronto, w których uczestnicy notowali, z jakich pobudek uprawiali seks ze swoimi partnerami, i następnie oceniali te doznania. W badaniach wyróżniono dwie kategorie, pod które miały podpadać konkretne pobudki: „chciałem uzyskać rozkosz” i „chciałem zapewnić rozkosz swojej partnerce”. Co się okazało? Że zarówno partnerzy, jak i partnerki najlepiej oceniali seks, podczas którego mogli obserwować skupienie na rozkoszy ukochanej czy ukochanego. Najlepszy więc jest seks, w którym twój partner chce osiągnąć orgazm, czyli w którym jest egoistyczny. Nie chodzi tu bynajmniej o postawę „Skup się tylko na swojej rozkoszy, wtedy partnerka poczuje się najlepiej, bo najważniejsza jest relacja”. Ale jeżeli ta relacja jest fajna i partnerska, to seks egoistyczny może być dla pary ogromnie fascynujący.

Zatem, panowie – zadbajcie o siebie w seksie, odkryjcie swoje ciała i pozwólcie sobie na wszystko, co może się wydarzyć. Odpuśćcie sobie myślenie, że coś jest męskie czy niemęskie, coś wypada czy nie wypada. Wypada wszystko, na co się para zgodzi.

Poznaj jego ogniska rozkoszy – ćwiczenie dla pary

Połóżcie się w bezpiecznych, komfortowych warunkach. Zacznij pieścić, gładzić i całować swojego mężczyznę w różnych miejscach. Chodzi o to, żeby całe jego ciało zostało wygłaskane i wymuskane. W ten sposób metodą prób i błędów wspólnie poszukacie na jego ciele punktów rozkoszy. Czasami się roześmieje, bo go załaskocze, czasami się zirytuje, bo pieszczota będzie niemiła, ale też w którymś momencie stwierdzi: „To mi sprawia największą przyjemność”.

Michał Pozdał psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Prowadzi terapię indywidualną oraz par w warszawskim Instytucie Psychoterapii oraz w Katowicach w Instytucie Psychoterapii i Seksuologii. Współautor książki „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta”.

  1. Seks

Szczęśliwi bez seksu - da się? Rozmowa z Katarzyną Miller

Według Katarzyny Miller problemem nie jest nasza ochota na seks lub jej brak, ale to, że nie akceptujemy tego, co czujemy. (Fot. Getty Images)
Według Katarzyny Miller problemem nie jest nasza ochota na seks lub jej brak, ale to, że nie akceptujemy tego, co czujemy. (Fot. Getty Images)
Czy można być szczęśliwym bez seksu? I to jeszcze w tak ociekającej erotyką kulturze jak nasza? Problemem nie jest to, czy mamy na seks ochotę, czy nie, ale to, że nie akceptujemy tego, co czujemy, czego chcemy – uważa Katarzyna Miller.

Aseksualiści 15 lat temu założyli międzynarodową organizację walczącą o prawa tych, którzy nie uprawiają seksu. Świat robi się zbyt dziwny...
Świat zawsze był dziwny, ale myśmy o tym nie wiedzieli, bo ci inni się nie ujawniali. A ja bym chciała, żebyśmy naprawdę uznali, że każdy człowiek ma prawo być tym, kim jest. Że ma prawo także do tego, żeby nie lubić seksu. A nie jest to proste, bo na seksie jest oparty cały look, jaki nam się proponuje: push-upy, szpilki, dekolty… Zresztą te push-upy też często skrywają to, czego nie mamy, a nie mamy ochoty na seks i namiętność. Chodzimy przecież do łóżka z powodów zupełnie nieseksualnych, żeby nie być samotnymi, mieć się do kogo przytulić, żeby coś załatwić albo żeby mieć dzieci... Jest nawet taka książka „17 nieseksualnych powodów, dla których ludzie uprawiają seks”, ale myślę, że można by ich znaleźć jeszcze więcej.

Czytałam, że seks wyszczupla, dobrze wpływa na gospodarkę hormonalną i system immunologiczny. Dzięki niemu nie mamy żylaków i chorób kobiecych – oczywiście, o ile seks jest udany, a nie udawany. Czy seks to lek? Nie wiem. Na pewno jednak libido jest dowodem zdrowia i chęci życia. Nie bez powodu, bo gwarantuje trwanie gatunku.
Już możemy rozmnażać się bez seksu, i dobrze, bo może gdy prokreacja całkowicie oddzieli się od seksu, dzieci będą bardziej kochane – już zawsze planowane, a nie z pękniętej gumki, zapomnienia czy z tego, że on chciał dowodu miłości, więc ona mu go dała. Ale wracając do rzeczy, na co by nam seks dobrze nie robił i do czego by nam nie był potrzebny, pierwsza podstawowa sprawa jest taka, że bez seksu można żyć. Sama mam za sobą i takie okresy, kiedy zajmowało mnie tylko pisanie i myślenie twórcze. Żyje się wtedy tak samo, tyle że spokojniej.

Z badań amerykańskiego seksuologa Edwarda Laumanna wynika, że można żyć wtedy nawet szczęśliwie, skoro siedem procent ludzi, którzy przez rok nie kochali się, czuło się szczęśliwymi.
Można być szczęśliwym, nie kochając się, zwłaszcza jeśli nie odczuwa się pożądania, podniecenia i nie ma się ochoty, żeby odczuwać. Bo czemu mam cierpieć z powodu braku czegoś, o czym w ogóle nie pamiętam? O wiele więcej ludzi, niż nam się wydaje, żyje bez seksu. Tyle że się z tym nie obnoszą. Są też w życiu różne okresy. Z jednym mężem mamy seksu więcej, a z drugim tyle, co kot napłakał. Dlatego że pierwszego wybrałyśmy, bo podniecał, a drugiego przeciwnie, żeby było przy nim bezpiecznie. Przy takim mężu można również poczuć się w pełni akceptowaną, nie starając się być seksualnie atrakcyjną. Kobieta wtedy nie wyrzeka: „on myśli w kółko o jednym, widzi we mnie tylko ciało!”. Ale mało kto się do tego przyzna, że bez seksu jest mu dobrze albo że wręcz seksu nie lubi, bo nasza kultura faworyzuje osoby seksualne. Kiedyś wstyd było być puszczalską, a teraz wstyd nią nie być.

Ale z drugiej strony wielu seksuologów mówi, że o aseksualności nie decyduje niskie libido, lecz na przykład zahamowania związane z jakimiś urazami czy dewocyjnym wychowaniem.
Może są to zahamowania, a może nie. Jak to się mówi: co chatka, to zagadka. Bardzo cenię sobie wiedzę psychologiczną, jednak myślę, że nie wszystko i nie zawsze można za jej pomocą wyjaśnić. Wpływ na nas ma zbyt wiele zjawisk – poczynając od gwiazd, przez historię, ekonomię i inne, rzecz jasna, kończąc na wychowaniu. O, przyszła raz do mnie dziewczyna wychowana w środowisku, które mocno wsparło ją w tym, żeby nie lubiła seksu. Dla niej to było normalne. Nienormalne było za to to, że jej facet lubił seks. I wciąż się nią zachwycał. Spytałam, czy jej się to naprawdę nie podoba, że on się nią tak zachwyca. Powiedziała, że może byłoby to miłe, gdyby nie to, że on potem skłania ją do tego, żeby mu się oddała. Żeby on się nią tylko zachwycał, to ona byłaby bardzo zadowolona.

Co poradzić takiej kobiecie?
Można popracować nad tym, żeby poszukała źródeł tego stanu, zobaczyła, czy one są w niej głęboko zagwożdżone, czy może uda się jej je odgwoździć. Bo może tak ma być dalej, jak jest. Poradzić... właśnie! Żyjemy w kulturze radzenia sobie ze wszystkim. Poradź sobie z bólem, poradź sobie z bezsennością, z ochotą na seks i z brakiem ochoty! Poradź sobie oczywiście za pomocą natychmiastowego środka, jakim jest pigułka, batonik, rada psychologa. Ja dostaję szału, jak mnie wszyscy pytają, co można na to poradzić. A żyj z tym, człowieku – to przede wszystkim trzeba by poradzić. Bo problemem nie jest to, czy ona chce seksu, czy nie, ale że nie akceptuje tego, co czuje, czego chce.

Jak odkryć, czy to brak temperamentu, czy blokuje nas na przykład strach przed ciążą, niewiara w siebie, lęk przed mężczyznami?
Jeśli mamy wątpliwości, warto zastanowić się: Co jaki czas przychodzi podniecenie? Jak często mam ochotę na seks? Co ją we mnie wywołuje? Czy chce mi się, dlatego że długo się nie kochałam, czy może dlatego że po prostu czuję, że tego potrzebuję? Ale z drugiej strony to może odkryć ktoś, kto już wie, co to jest podniecenie i spełnienie. Bo często jest też tak, że ludzie nie wiedzą, czego chcą, chodzą podenerwowani, wszystko im przeszkadza, a to właśnie niezrealizowane libido. Tylko czy trzeba je realizować? Dziś już nie wszyscy szanują pojęcie sublimacji, ale dla mnie ono nadal ma znaczenie: przerabianie energii seksualnej w inną. I jeżeli człowiekowi z tym dobrze, to niech sobie tak żyje.

Byłam pewna, że będziesz przekonywać, że nie można być szczęśliwym bez seksu! Dziwię się, że się dziwisz, każdemu wolno kochać lub nie. My nie mamy prawa nikomu powiedzieć: „jak ty się z tym seksem nie wyrabiasz, to powinnaś, powinieneś iść na terapię”. Ludzie się chronią przed sprawami, które są dla nich za trudne. I mają prawo to robić. Im większa będzie globalna wiedza na temat seksualności, im więcej znanych ludzi ujawni: „jestem homoseksualny” albo „jestem asem, czyli osobą aseksualną, sypiam raz na trzy lata z mężem i się kochamy”, tym bardziej ludzie będą się czuli normalni w swojej inności.

 
W porządku. Inność ma być chroniona, ale co z partnerem asa, który przed ślubem się nie ujawnił? Ma prawo oczekiwać, że as choćby spróbuje zmierzyć się z tym, co ich oboje krzywdzi, i pójdzie na terapię.
Ludzie mogą chcieć iść na terapię i odkrywać przyczyny braku ochoty na ciupcianie, ale zazwyczaj to ta druga strona, ta, która chce seksu, idzie, żeby czegoś się dowiedzieć. Bo ten, kto seksualnych potrzeb nie odczuwa, nie odczuwa ich i już. Jego kłopot polega najbardziej na tym, że współmałżonek czy współmałżonka ma mu to za złe. Domaga się, napiera, robi z tego sprawę. Asy, które schodzą się z kimś nieświadomym ich preferencji, postępują jak homoseksualiści szukający przykrywki i żeniący się z kobietami. Kiedy się u mnie pojawia ktoś, kto się skarży, że jego partnerka lub partner z nim nie sypia, to pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to nieujawniona opcja homoseksualna, a drugie – słabe libido.

Czy jest dużo związków, w których jedna strona nie chce seksu?
Bardzo dużo i nie wiadomo dlaczego. Jeden pan się ogromnie zakochał. Mówił: „och, jak mi się jej chce, jak mi do niej staje, ale ona nie chce ze mną spać”. Ja mu na to, że ona albo nie lubi seksu, a jeśli tak, to mu ją odradzam, albo go podpuszcza, więc żeby był uważny. Ale nie uważał. Rozwiódł ją i się z nią ożenił, żeby tylko zechciała z nim być, tak go zakręciła. Po czym okazało się, że to będzie białe małżeństwo, bo ona z nim spać nie będzie. Mógł tylko znaleźć sobie kochankę, co też zrobił. Rozwiódł się z tą swoją asicą dopiero po 20 latach, bo dłużej już tak żyć nie dawał rady.

Mówi się, że kobietom apetyt na seks włącza się dopiero, kiedy spotkają właściwego faceta.
Dużo dziewczyn ma trudności z tym, żeby dotrzeć do swojej seksualności, bo we wzorcach rodzinnych pełno jest zabraniania, bo nie znają swojego ciała, nie nauczyły się nim zaciekawiać. Więc jeśli trafi się mężczyzna, który je rozbudzi, wtedy zdarza się odkrycie ziemi nieznanej i zdumienie, czasem wstrząs, ale częściej wielka frajda i ulga: wreszcie to mam! Są też kobiety wychowywane w ten sam sposób, które podniecają się co pięć minut i zakochują w każdym chłopaku. Można powiedzieć, tamta ma mniejsze libido, ta większe. Ale z tego, co mi wiadomo, jeszcze nikt tego nie zbadał, nie ma maszynki, która mierzy libido.

Czy nie warto jednak o swoją seksualność zawalczyć? Przecież ktoś, kto nie kocha się fizycznie, nie przeżyje tego wyjątkowego zjednoczenia.
A dlaczego ma nie doznać bliskości i zjednoczenia, trzymając się za ręce? Spójrz na taki obraz: stoję z tym, kogo kocham, na brzegu morza, myśląc o cudzie natury, który sprawia, że tu, pod tym niebem, razem żyjemy i się kochamy. Kiedyś były koszule nocne z klapką i chłop swojej baby nagiej nie widział, ale jakoś ciupciali się i dzieci z tego były. Może niektórzy te koszule zdzierali i zaczynali się dotykać, oglądać. To była ich sprawa, jak to robili w swoim łóżku. Do dziś na szczęście nie można ludziom wchodzić do łóżek. Więc może asy są sobie bliskie i żyją szczęśliwe, choć tylko biorą się wieczorem za ręce i razem zasypiają. Jest słodki dowcip o parze 90-latków. Zapytano ich, czy jeszcze mają życie seksualne. I wtedy ona powiedziała, że oczywiście. Jak się rano budzą, to ona bierze do ręki fiutka swojego męża, i jak on poleci w lewo, to ona idzie po bułeczki, a jak w prawo, to on. A to też seksualne, erotyczne zachowanie.

Asy mogą trzymać się za ręce, zachwycać sobą i nie mieć stosunków. Czy to jednak nie ucieczka od realnego życia?
Mam prawo uciekać od złego humoru, od durnego męża. Mogę też chcieć uciec od samej siebie i nie chcieć wiedzieć, że tak robię. Gdybyśmy jako cywilizacja postawili na rozwój wewnętrzny, wiedzę psychologiczną, to wtedy moglibyśmy mówić, że warto spróbować nie uciekać. A i tak nie uważam, że mądre byłoby oczekiwać od wszystkich tych samych potrzeb lub ich nasilenia.

Tylko czy kobieta, która nie lubi seksu, może lubić swoje ciało?
Ona tylko nie zna przeżyć orgiastycznych. I może nie chcieć znać. To tak jak mój partner Edek, który nie lubi śledzi, choć ich nigdy nie próbował. Nie lubi i już, i nie sposób go przekonać, żeby spróbował. Kobieta aseksualna może lubić swoje ciało, może o nie dbać, stroić. Jedyny minus jest taki, że chłopy się będą na tę jej urodę łapać, a ona będzie ich zwodzić, aż w końcu któryś się z nią ożeni. I wtedy ona mu powie: „ja nie lubię seksu i nie będę się z tobą kochać”. Tylko że powinna mu to wcześniej powiedzieć.