1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. O afrodyzjakach słów kilka

O afrodyzjakach słów kilka

fot.123rf
fot.123rf
Słynna scena z filmu „9 i pół tygodnia”, w której Mickey Rourke karmi Kim Basinger rozmaitymi produktami wyjmowanymi na chybił trafił z lodówki, pokazuje, ile erotyzmu można wydobyć z żywności. Wykorzystując element zaskoczenia - bohaterka miała przewiązane oczy - rozgrzewał ją do białości. Nie pokazując nagości czy kontaktu cielesnego, ten fragment został uznany za jedną z najbardziej erotycznych scen w światowej kinematografii.

Ludzie od wieków szukali środków, które mogłyby budzić miłość tam, gdzie jej nie ma, rozpalać pożądanie  w sytuacji, gdzie istnieje tylko obojętność, dawać rozkosz miłosną w relacji, do której wkradła się nuda, czy wywołać erotyczną przygodę kiedy wyobraźni brak. Właśnie takie „czarodziejskie” środki, nazywane powszechnie afrodyzjakami, to nic innego jak wszelkiego rodzaju produkty spożywcze, często obecne w codziennej diecie.

Nazwę zawdzięczają greckiej bogini miłości Afrodycie, a swoje cudowne właściwości... No właśnie. Czy faktycznie możemy trafić przez żołądek do… łóżka? W ciągu wieków różne było podejście do afrodyzjaków. Uważano je za środki pobudzające do spółkowania, ułatwiające pozbycie się nieśmiałości, wzmagające rozkosz cielesną, wywołujące pożądliwość płciową lub niweczącą wszelkie poczucie wstydu. Dla wielu afrodyzjaki nie były niczym innym jak tylko środkiem na potencję, przyjmowane albo przez chorych, czyli dotkniętych impotencją, albo przez zdrowych, sprawnych seksualnie mężczyzn. Niektórzy szukali w afrodyzjakach środka pozwalającego rozpalić oziębłe kobiety, a niechętne uczynić uległymi, a z kolei kobietom pozbawionym zmysłowości udostępnić obszary erotyki i seksu.

Opisana na początku scena jest przykładem wykorzystania jedzenia do zabawy erotycznej. Pokazuje, że nawet rozlane mleko może podkręcić atmosferę, jeśli jesteśmy w odpowiednim towarzystwie. W przypadku afrodyzjaków nie bez znaczenia pozostaje także smak, konsystencja czy kształt. Uważa się nawet, że niektóre owoce czy warzywa np. brzoskwinia, figa, banan, szparagi, bardziej swoim sugestywnym kształtem rozbudzają zmysłowość, aniżeli tym, co w sobie mają. Tak, jak dawniej działanie afrodyzjaków przypisywano duchom roślin, tak dziś przypisuje się owo działanie składnikom chemicznym w nich zawartym. Niewątpliwe jest, że wiele warzyw, owoców, ziół czy pewnych rodzajów mięs w swoim składzie ma substancje, które działają na organizm pobudzająco, rozgrzewająco i dodają wigoru.

Oto kilka przykładów:

Ostrygi, wątróbka, orzechy, kakao, cebula, czosnek – dostarczają cynku, który gromadzony w męskich gruczołach płciowych decyduje o ich wydolności.

Kukurydza, czosnek, śledzie, soja – to także źródło selenu, który - podobnie jak białko – traci się wraz z wytryskiem, więc należy go uzupełniać.

Żurawina, kakao, herbata, sałata, groch, fasola, soja – zawierają sporo manganu, który ułatwia w mózgu produkcję neuroprzekaźnika dopaminy, tzw. „hormonu szczęścia”, który daje nam poczucie euforii.  Mangan bierze też udział w tworzeniu krwi w organizmie.

Czekolada – zawiera dużo magnezu, co dodaje wigoru i witalności, także żelazo i potas. Istotnym składnikiem czekolady jest fenyloetyloamina, substancja którą produkuje mózg w momencie miłosnych uniesień. Znajdziemy tu również pobudzającą teobrominę, substancję składem zbliżoną do kofeiny.

Mleko, sery, jajka, soja, soczewica, groch – te produkty są przede wszystkim źródłem białka, które zawiera aminokwas uczestniczący w produkcji tlenku azotu, związku odpowiedzialnego za erekcję.

Sięgając po różnego rodzaju specyfiki wspierające nasze seksualne możliwości,  ważne jest aby wiedzieć, co może skutecznie zabić żądze. Głównie są to tłuszcze zwierzęce, które niekorzystnie wpływają na układ krążenia i gospodarkę hormonalną. Obniżają poziom testosteronu i estrogenu. W miłosnej diecie także nie powinno być zbyt dużo alkoholu. Tylko jego niewielkie dawki działają jako afrodyzjak. Nadmiar często usypia, a nie pobudza. Niekorzystna jest kawa w zbyt dużych ilościach, ponieważ podobnie jak alkohol, wypłukuje z organizmu magnez, którego brak odczuwamy w szybszym męczeniu się, co w konsekwencji prowadzi do mniejszego zainteresowania seksem. Potrawy mączne i zbyt obfite desery nie są sprzymierzeńcem kochanków. Natomiast papierosy to absolutny wróg miłości, nadmierne palenie najczęściej powoduje zaburzenia erekcji.

Warto pamiętać, że jednorazowe skosztowanie danego produktu może niewiele zmienić. Dopiero dieta, w której jemy go często, a nawet codziennie, wpływa na poprawę  kondycji fizycznej i psychicznej naszego organizmu, co konsekwentnie przekłada się na większe zainteresowanie kontaktami seksualnymi. Jednak samo spożywanie produktów uznawanych za afrodyzjaki, nie jest jednoznaczne z tym, że osoba, która, na co dzień nie wykazuje zainteresowania seksem nagle zacznie mieć na niego ochotę. Zdarza się też, że  ulegamy sugestii, wiedząc że dana potrawa ma wywołać określony skutek. Mając to na uwadze, cieszmy się bogactwem produktów uważanych za afrodyzjaki, co z pewnością wpłynie korzystnie na nasze samopoczucie i witalność. Należy jednak pamiętać, że to nasz mózg jest głównie odpowiedzialny za chęć i jakość zbliżeń seksualnych. W związku z tym, jeśli z pewnym partnerem kontakty seksualne nas nie interesują, mała jest szansa, że afrodyzjak to zmieni.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Chemia miłości - działanie zapachów na mózg

Jednym ze składników miłosnej chemii jest zapach drugiej osoby. Ta woń może wywołać intensywne reakcje fizjologiczne i psychiczne. (Fot. iStock)
Jednym ze składników miłosnej chemii jest zapach drugiej osoby. Ta woń może wywołać intensywne reakcje fizjologiczne i psychiczne. (Fot. iStock)
Będąc niemowlakami potrafimy rozpoznawać matkę po jej woni, a kiedy się rozwijamy, uczymy się rozpoznawać ponad dziesięć tysięcy różnych zapachów.

Chemia - nauka badająca naturę i właściwości substancji i przemiany zachodzące pomiędzy nimi; przemiany substancji wynikają z praw, według których atomy łączą się poprzez wiązania chemiczne w mniej lub bardziej trwałe związki chemiczne, a także praw według których wiązania pękają i tworzą się ponownie, prowadząc do przemian jednych związków w drugie, co jest nazywane reakcjami chemicznymi. Uff… ta definicja może skutecznie odstraszyć od dalszej lektury artykułu, przywołując jednocześnie nieprzyjemne wspomnienia ze szkolnej ławy. Chemia wtedy wielu osobom wydawała się czarną magią, której trzeba było się uczyć w mękach. Chociaż te osoby w dorosłym życiu raczej nie zostały chemikami, to mimo wszystko istnieje prawdopodobieństwo, że chemia kojarzy im się z przyjemnymi reakcjami. Reakcjami w obszarze tak zwanej chemii miłości.

Jednym ze składników miłosnej chemii jest zapach drugiej osoby. Ta woń może wywołać intensywne reakcje fizjologiczne i psychiczne. Może też wyzwalać rozmaite wspomnienia. Zapachy najsilniej wpisują się w pamięć trwałą, co skutkuje tym, że niektóre z nich można pamiętać latami, podczas gdy większość doznań słuchowych czy wzrokowych zanika po kilku dniach lub tygodniach. Za osobniczą woń odpowiedzialne są feromony. Każdy z nas ma pewien prywatny „ślad zapachowy”, tak swoisty jak nasze linie papilarne, nasz głos, nasz intelekt. Wiele stworzeń wykorzystuje substancje zapachowe własnego ciała aby kusić. Naukowcom udało się wydzielić zapachowe przynęty u ponad 250 gatunków samych tylko owadów.

To nasze własne ciało produkuje najsilniejszy afrodyzjak. Zarówno mężczyźni jak i kobiety posiadają gruczoły zlokalizowane pod pachami, w okolicach sutków i pachwiny, które aktywizują się w okresie dojrzewania. Te wonne zbiorniczki wydzielają substancje, które w połączeniu z bakteriami na skórze wytwarzają drażniący zapach potu. Na całym świecie to pot właśnie dodawany jest do miłosnych mikstur. Kobiety są około stu razy bardziej wrażliwe na egzaltolidę, substancję bardzo podobną do tłuszczów odkładających się na męskich genitaliach, której średnio intensywny zapach wykrywają podświadomie z odległości ok. metra. Jeszcze większą wrażliwość na tę substancję wykazują podczas owulacji. Z badań amerykańskich wynika, że kobiety świadomie reagują na męski zapach tylko przy bezpośrednim cielesnym kontakcie i nic nie wiadomo o tym, by męskie feromony wywierały wpływ na odległość. Istnieją natomiast podstawy, by sądzić, że ciało kobiece również może mieć takie aromatyczne oddziaływanie na mężczyzn.

Zarówno mężczyźni jak i kobiety uznają zapach za bardzo ważny aspekt erotycznego powabu. W związku z tym można pokusić się o stwierdzenie, że kiedy nowo poznana osoba wydaje się nam atrakcyjna, najpewniej „lubimy jej zapach”, co może wprawiać w stan gotowości do flirtu. A gdy poczujemy się zakochani, zapach bliskiej osoby staje się afrodyzjakiem i pogłębia intensywność uczucia.

Sytuacji zauroczenia towarzyszą także zmiany chemiczne w mózgu. Są one w dużym stopniu odpowiedzialne za stan naszego umysłu, który dobrze określa znane powiedzenie - miłość jest ślepa. Organizm osoby zakochanej wytwarza więcej fenyloetyloaminy, która wywołuje euforię, radość i osobliwe przekonanie, że jest się szczęśliwym, a obiekt naszego zainteresowania - wspaniały. Substancja ta zwiększa wytrzymałość i odporność organizmu na ból i wysiłek. Zwiększa się także poziom dopaminy, co wpływa na poprawę nastroju i większą aktywność psychoruchową. Stąd kochankowie mogą bez zmęczenia przegadać całą noc, kochać się cały dzień, a bardzo ponure miejsca czy pesymistyczne sytuacje potrafią widzieć w różowych barwach. Z kolei za błysk w oku i ścisk żołądka, jaki pojawia się podczas spotkania tej właściwej osoby, odpowiada noradrenalina. Przyspiesza bicie serca, wywołuje napięcie mięśni oraz wpływa na poszerzenie źrenic. Z kolei oksytocyna, której poziom wzrasta wielokrotnie podczas orgazmu - ma wpływ na doznawanie rozkoszy poprzez kontakt cielesny i umacnia poczucie bliskości między kochankami. Stąd im więcej oksytocyny, tym większa satysfakcja ze związku z partnerem. A więc - im więcej orgazmów tym trwalszy związek.

Ale jak długo nasz mózg jest w stanie znosić stan silnych chemicznych zawirowań, czyli szpikowania narkotykami - nawet jeśli sam je wytwarza? Otóż naukowcy zmierzyli czas od chwili pierwszego objawu zauroczenia do chwili pierwszego zobojętnienia  - jest to okres średnio od 18 miesięcy do 3 lat. Dzieje się tak, ponieważ mózg przyzwyczaja się do działania stymulatorów lub obniża się ich poziom. W efekcie następuje biologiczny odpływ osobliwego zakochania.

Jednak nie wszyscy po 3 latach kończą związki. Co się takiego dzieje, skoro chemia przestaje działać? Otóż ten kilkuletni czas uniesień pozwala jednocześnie poznać partnera od strony intelektualnej, emocjonalnej, sprawdzić jak funkcjonuje wśród ludzi, jak odnosi się do nas, jak radzi sobie z trudnymi sytuacjami czy na gruncie zawodowym. Jeśli jego światopogląd, wyznawane wartości, zainteresowania są nam bliskie, jest ogromne prawdopodobieństwo, że właśnie ta sfera będzie z czasem dla nas bardziej atrakcyjna, niż sam wygląd partnera czy chwile uniesień w sypialni. Stąd, jeśli chemiczne wspomaganie nas opuści, a zdążyliśmy się zaprzyjaźnić z kochankiem, jest szansa na długi i szczęśliwy związek.

  1. Kuchnia

Wszystko, co trzeba wiedzieć o czekoladzie

Dobra czekolada dostarcza wszystko, czego można chcieć od idealnego pokarmu – niezwykły, kojący, otulający ciepłem intensywny zapach, wysublimowany słodko-gorzki smak. (Fot. Getty Images)
Dobra czekolada dostarcza wszystko, czego można chcieć od idealnego pokarmu – niezwykły, kojący, otulający ciepłem intensywny zapach, wysublimowany słodko-gorzki smak. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Aksamitna konsystencja, głęboki brązowy kolor, odurzający aromat i smak, który przywołuje na myśl najszczęśliwsze chwile w życiu… I jak tu nie kochać czekolady?

Znasz to uczucie, kiedy otwierasz opakowanie czekolady, żeby tylko skubnąć jedną kosteczkę? No, może pasek. Poczuwszy ten słodki, rozpływający się na języku jedwab, sięgasz mimochodem po jeszcze jeden kawałek i jeszcze malutką cząsteczkę, a później to właściwie szkoda zostawiać taką odrobinę i zostaje ci w ręku... samo sreberko. Bez względu na wielkość tabliczki. Nie ma chyba innego produktu na całym gastronomicznym świecie, który wzbudzałby tak wiele pozytywnych emocji i sprawiał tyle przyjemności.

Czekolada dla zmysłów i umysłu

Dobra czekolada dostarcza wszystko, czego można chcieć od idealnego pokarmu – niezwykły, kojący, otulający ciepłem intensywny zapach, wysublimowany słodko-gorzki smak – eksplodujący w ustach i doprowadzający do ekstazy ślinianki, uwodzący kubki smakowe, pieszczący delikatnie, ale zdecydowanie podniebienie… No i ta konsystencja – gładka, ale jednocześnie lepka, stawiająca opór, by po chwili poddać się językowi. Płynąca do filiżanki rozpuszczona czekolada ma w sobie urok uwodzicielki, wyrafinowanego wampa – niespiesznie, powoli, leniwie obnaża swoje wdzięki, kusi zapachem i płynnością ruchów. Rozgrzewa. Do czerwoności.

Przyjemność dostarczana za pośrednictwem czekolady to nie tylko kwestia jej oddziaływania na zmysły. Jak każda szanująca się heroina, działa również na umysł. Zawiera w sobie ponad 300 substancji czynnych, w tym kofeinę, teobrominę, a nawet pokrewny amfetaminie neuroprzekaźnik odpowiedzialny m.in. za uwalnianie dopaminy, który sprawia, że po zjedzeniu czekolady czujemy stan euforyczny, podobny do tego, kiedy jesteśmy zakochani. Właściwości chemiczne czekolady sprawiły, że szybko została zatrudniona przez przemysł miłosno-walentynkowo-urodowy. Oprócz drobnych czekoladowych prezentów (na przykład w kształcie serca) można nabyć czekoladowe olejki do erotycznych zabaw, wysłać czekoladowy telegram, wziąć czekoladową kąpiel w SPA czy poddać się czekoladowemu masażowi. Można też kupić całą masę kosmetyków pachnących czekoladą.

Tabliczka historii

Nie zawsze jednak tak było. Przez tysiące lat czekolada funkcjonowała wyłącznie w postaci napoju, i to niezbyt pociągającego. Przynajmniej z naszej perspektywy. Bo Indianie w Ameryce Południowej i Środkowej pili ją pasjami. „Wstrętna dla kogoś, kto nie jest do niej przyzwyczajony, z jakąś pianą czy szumowiną i bardzo nieprzyjemnym smakiem. Napój ten jest jednak niezwykle lubiany przez Indian(…), mówią, że można ją pić na zimno lub gorąco i dodają do niej chilli. Twierdzą, że jest dobra na żołądek i katar” – tak opisywał w XVI wieku swoje doświadczenia z czekoladą José de Acosta, jezuita mieszkający w Peru i Meksyku. Montezuma podobno wypijał aż 50 porcji czekolady dziennie. Ten jeden z najsłynniejszych czekoholików swoim nałogiem zaraził Hernána Cortésa, który z kolei przywiózł czekoladę do Hiszpanii. Początkowo był to napój ekstrawagancki i ekskluzywny. W Hiszpanii podawano ją na zimno z przyprawami i wanilią, co znacznie wpływało na jej cenę. Popularność brytyjskich pijalni kawy i czekolady sprawiła, że Europejczycy stopniowo coraz bardziej przekonywali się do pobudzającego napoju, a jego ceny spadały. Przełom przyniosła rewolucja przemysłowa. Wtedy to holenderska rodzina van Houtenów wymyśliła metodę produkcji błyszczących, stabilnych i przede wszystkim słodkich tabliczek czekolady, w formie, jaką znamy dzisiaj.

Jaka czekoladę wybrać?

Dobrej jakości czekolada powinna zawierać kakao, tłuszcz kakaowy i cukier. Im więcej kakao, tym deser będzie zdrowszy i silniej będzie oddziaływał na nastrój. Minimalna zawartość dopuszczalna w Unii Europejskiej to 25 proc. Gorzka czekolada powinna mieć co najmniej 60 proc. kakao, ale według koneserów dopiero od 70 proc. możemy mówić o pełnoprawnej czekoladzie. Mleczna, żeby była jadalna, powinna zawierać co najmniej 30 proc. kakao, ale idealnie moim zdaniem smakuje, kiedy jest to 50 proc. Mleczna czekolada przeznaczona jest w sumie dla dzieci, bo w prawdziwym rozkoszowaniu się jej smakiem przeszkadza mleko – w 99 proc. przypadków w proszku.

Dobra czekolada jest błyszcząca i „strzela”, kiedy się ją odłamuje. Jej jakość zależy też w olbrzymim stopniu od tłuszczu. Aby oszczędzić, większość producentów wymienia tłuszcz kakaowy na tanie tłuszcze utwardzane. W efekcie dostajemy coś, co przypomina wyrób czekoladopodobny – tłuste, mażące się, o konsystencji plasteliny i smaku plastiku. Bardzo źle wyglądają zazwyczaj wszelkiego rodzaju cukierki, batoniki i wafelki. Są one polewane niskiej jakości kuwerturą i generalnie składają się z cukru i taniego tłuszczu.

W sklepach możemy znaleźć dziesiątki różnych rodzajów czekolady – z przeróżnymi dodatkami, nadzieniami i w finezyjnych kształtach. Jeśli jednak na serio zależy ci na smaku, jakości i zdrowiu, kupuj po prostu gorzką i nie żałuj na nią pieniędzy. Ewentualnie rozważyłbym tabliczkę inkrustowaną drobinkami chilli lub kryształkami soli morskiej – tak dla podkręcenia wrażeń. Duże kontrowersje wzbudza biała czekolada, która w myśl definicji i zgodnie z logiką – czekoladą nie jest. Nie ma przecież ani grama kakao. Na pewno jest najgorszym wyborem wśród tabliczek okupujących sklepowe półki. W sumie jest to skondensowane, bardzo słodkie mleko w postaci stałej.

Diabeł tkwi w szczegółach

Jeśli chodzi o zastosowania kulinarne, to czekolada odnajduje się głównie w deserach i ciastach. W kuchni meksykańskiej używa się jej jednak często do wzbogacania sosów do mięsa, w tym tego najsłynniejszego, czyli mole poblano. Ciekawie pogłębia smak niewielka ilość czekolady wkruszona do chilli con carne. Guru kuchni włoskiej Anna del Conte radzi wrzucić kilka cząstek do bakłażana duszonego po sycylijsku, czyli caponaty. Robiąc desery z czekolady, warto wybierać tabliczki najwyższej jakości, i rozpuszczać je powoli w misce nad gotującą się wodą, nie mieszając. Wtedy mamy pewność, że tłuszcz kakaowy nie oddzieli się od kakao, czyli innymi słowy, że masa się nie zważy.

Czekolada jest bardzo wrażliwa na temperaturę i wilgotność. Najlepiej zatem przechowywać ją w temperaturze między 15 a 17 stopni Celsjusza przy wilgotności nieprzekraczającej 50 proc. Trzymanie jej w lodówce albo w cieple (powyżej 24 stopni) powoduje powstanie białego nalotu albo oddzielenie się tłuszczu. Warto też zadbać o to, by była dobrze zapakowana i znajdowała się z dala od innych produktów, bo łatwo absorbuje zapachy.

Na koniec łyżka dziegciu w beczce czekolady, czyli coś, co powinien wziąć pod rozwagę każdy czekoholik. Prawie połowa światowej produkcji kakao przypada na Wybrzeże Kości Słoniowej, gdzie normalnym procederem jest wykorzystywanie pracy dzieci. Warto więc rozejrzeć się za produktem opatrzonym certyfikatem Fairtrade – to pozwoli z czystym sumieniem rozkoszować się każdym kawałeczkiem.

  1. Psychologia

Zakochanie a miłość. To od nas zależy, w kim i jak się zakochujemy

Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
To od nas zależy, w kim się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”?

To od nas zależy, w kim i dlaczego się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”? Miłość a zakochanie – na czym polega główna różnica?

Co psychologia sądzi o miłości od pierwszego wejrzenia?
Że to pewne nadużycie. Miłość to dojrzałe uczucie, stan, na który składa się wiele komponentów: szacunek do drugiej osoby, zaufanie, intymność. Takie uczucie potrzebuje czasu, musi dojrzeć, stać się bardziej stabilne, co nie znaczy nudne. Miłość jest też świadoma. Wiemy, co kochamy i co dzięki miłości możemy zaakceptować w drugiej osobie, a co może być dla nas trudne. Miłość jest odporna na wahania. To znaczy – mogę być zła na swojego partnera, bo mnie czymś zdenerwował, mogę mieć do niego żal, ale nadal go kocham. Miłość nie wyklucza trudnych chwil i emocji. Poza tym są różne jej odcienie: kochamy rodziców, dzieci, przyjaciół, partnera. W tym ostatnim przypadku dochodzi jeszcze jeden istotny element – erotyka.

Dlatego nie ma miłości od pierwszego wejrzenia, ale możemy mówić o zauroczeniu, oczarowaniu drugą osobą. To się zdarza, jeśli podczas pierwszego spotkania ujrzymy człowieka takim, jaki naprawdę jest. Nie takim, jakim chcemy go widzieć. Widzimy jego rozbrajający uśmiech, swobodny sposób bycia, bawi nas żart, jaki opowiedział, a na dodatek prowadzi psa, a my uwielbiamy ludzi, którzy kochają zwierzęta…Każda z nas ma takie cechy i wątki, którymi łatwo podbić jej serce. Przy czym zauroczenie może być świadome. Podobnie jak dalsze etapy: zakochanie i miłość.

W powszechnym przekonaniu zakochanie jest stanem oszołomienia. A miłość to narkotyk. Gdzie leży granica między zakochaniem a miłością?
Rozumiem, że może tu chodzić o fascynację, przyjemność, jaką dają środki odurzające, ale miłość to też odpowiedzialność, świadomość – a to ma się nijak do narkotyków. To fałszywe przekonanie bierze się chyba stąd, że osoby zakochane są rzeczywiście lekko odurzone, odporne na stres, sen, głód, a nawet ból. Badania neurologiczne i psychiatryczne potwierdzają, że nasz mózg inaczej funkcjonuje, kiedy jesteśmy zakochani. Wydziela endorfiny i inne substancje, które zwykle wydziela w sytuacjach ekscytacji albo kontaktu z substancją, od której jesteśmy uzależnieni. Każdy, kto był zakochany, wie, że w tym stanie potrzebujemy stałej bliskości z drugą osobą i każda rozłąka jest bolesna. W stanie zauroczenia zaczyna się, a w stanie zakochania podtrzymuje, ograniczona zdolność poznawcza. W terapii poznawczo-behawioralnej mówimy wtedy o filtrowaniu poznawczym, czyli: nie widzisz całego kontekstu, tylko wybrane elementy. Warto o tym pamiętać i nie poddawać się stanowi euforii i odurzenia.

A to da się zrobić? Czy można w jakiś sposób kontrolować to, jak się zakochujemy?
Da, ale trzeba się postarać. Podstawowym pytaniem, jakie trzeba sobie zadać, jest to, czy ja widzę prawdziwe cechy partnera, czy raczej moją fantazję na jego temat. Pielęgnujmy uważność na to, co zawsze było dla nas istotne, by stan zakochania nie wywrócił do góry nogami naszego życia. Skoro jestem umówiona z przyjaciółką, to idę, nie odwołuję spotkania, bo chciałabym teraz spędzać każdą chwilę tylko z nim. Przecież i jemu, i mnie dobrze zrobi taka krótka rozłąka. Można pilnować swojej trzeźwości myślenia. Co nie znaczy, że mamy się nie cieszyć zakochaniem. To najcudowniejszy stan!

To ważne, co mówisz, bo kobiety często narzekają, że pojawia się facet i jako przyjaciółki idą w odstawkę. Ale kiedy on zawodzi, pierwszą myślą jest sięgnąć po telefon i się wyżalić. Przyjaciółka może powiedzieć: „Teraz to ja nie mam dla ciebie czasu”.
Myślę, że prawdziwa przyjaciółka tak nie zareaguje, ale może być zła i pełna żalu. Niech to powie: „Przykro mi, że nie miałaś dla mnie czasu, ale jestem dla ciebie, skoro mnie potrzebujesz”. To naturalne, że kiedy jesteśmy zakochane, na pierwszy plan wysuwa się obiekt naszych uczuć, ale dbajmy o to, by nie przerodziło się to w uzależnienie. Im bardziej jesteśmy świadome siebie, asertywne i nie myślimy, że partner jest wyznacznikiem naszej wartości, tym większe szanse, że zbudujemy zdrowy, fajny związek, a nie toksyczny. Dlatego tak ważne jest przygotowanie, nawiązanie dobrego kontaktu z samą sobą. Jeśli powiem sobie: „Mam fajne życie, świetne przyjaciółki, dobrą pracę i jestem otwarta na nowe znajomości” – nie ma ryzyka, że się pogubię. Każde uzależnienie jest autoagresywne, a w wypadku uzależnienia od drugiej osoby – także agresywne, przemocowe. Bo gdy jestem uzależniona, jestem zazdrosna, despotyczna, inwigilująca, pełna niepokoju i lęku, które przerzucam na partnera.

W książce „Nas dwoje” piszesz, że to my, kobiety, mamy większą tendencję do takiego zatracania się. Z czego to wynika? Z biologii? Dlaczego się zakochujemy z taką łatwością?
Większą odpowiedzialność zrzuciłabym na społeczne stereotypy i role. Samotny mężczyzna po czterdziestce jest singlem, a kobieta – w XXI wieku w samym środku Europy – jest nadal postrzegana jako stara panna. Można się spotkać też z takimi opiniami, że ona jest nieszczęśliwa, że przegrała życie. To ogromnie krzywdzące. Dlaczego miarą kobiety ma być tylko to, czy jest w związku i czy ma dzieci? Dobrze, że się to zmienia, choć powoli. Zaczynamy dostrzegać, że kobieta może się spełniać na wielu płaszczyznach: macierzyństwa, małżeństwa, ale też pracy czy pasji. I to jest indywidualny wybór każdego człowieka.

Ale mówimy też, że miłość nie wybiera. Kochamy drani, macho, Piotrusiów Panów…
No dobrze, przyjrzyjmy się temu, co to znaczy, że zakochałam się w draniu? Że nie przerobiłam lekcji, jaką dało mi życie, że jestem autoagresywna, powtarzam przemocową sytuację z przeszłości, być może nawet z dzieciństwa. Dziecko alkoholika wiąże się z alkoholikiem, dziecko z domu przemocowego wiąże się z osobą, która też stosuje przemoc – w psychologii powszechnie znany jest przymus powtarzania. Często przyciągają nas i zauraczają cechy, które nas krzywdzą, ale to my je WYBIERAMY – czasem mniej, czasem bardziej świadomie. Miłość nam się nie przydarza, to od nas zależy, w kim się zakochujemy. Dlatego tak ważne jest, by przyjrzeć się swoim poprzednim związkom i relacjom w rodzinie. Jeśli w przeszłości była przemoc, uzależnienie, to myślę, że takie przepracowanie nie obejdzie się bez pomocy psychoterapeuty. Jako dzieci, aby się obronić, zawsze wybieramy jedyny dostępny nam sposób reakcji, czyli zwykle unikanie konfrontacji, wyparcie. Bo dziecko nigdy nie wygra w pojedynku z dorosłym. Co nie znaczy, że dziecięce zachowania mamy powtarzać w dorosłym życiu. Powinniśmy wypracować dorosłe reakcje. Jeśli ktoś mnie krzywdzi, nie pozwolić mu na to, stanąć do konfrontacji.

I na scenę znów wraca przyjaciółka – to ona zwykle jako pierwsza zauważa coś, co jej się nie podoba w naszym związku, ale jak to powiedzieć, zwrócić uwagę? Skoro my jesteśmy zamroczone.
Ja w takich sytuacjach podpowiadam sposób komunikacji, jaki stosuje się w terapii. Wspominałyśmy o tym już ostatnio. Nieoceniający, bezpieczny i motywujący do refleksji. Pytamy, nie stwierdzamy. Jeśli moja przyjaciółka opowiada, że on jest taki fascynujący, troskliwy i czuły, kończąc: „Wiesz, kiedy po niego przyjechałam, on spytał, czy nie jestem głodna, bo może skoczylibyśmy do tej knajpki obok”, to mogę zareagować tak: „Słuchaj, a czy zauważyłaś, że to często ty po niego przyjeżdżasz?”. I to już będzie dla niej bardzo trudne. Nie mówię: „A co to za facet, który sam do ciebie nie może przyjechać?!”, to będzie oceniające. Nawet jeśli przyjaciółka odpowie: „Oj, ty to się zawsze do czegoś przyczepisz”, zostaw to tak, niech w niej zakiełkuje.

A jeśli ona pyta wprost: „Co o nim sądzisz?”
Ja zaczęłabym tak: „Przede wszystkim cieszę się, że jesteś szczęśliwa i zakochana”. Potem, jeśli nie mam o nim dobrego zdania, najpierw zadałabym sobie pytanie, co wywołuje mój sprzeciw, niepokój. Na przykład zaniepokoiło mnie to, że podczas spotkania on mówił tylko o sobie. Dlaczego mnie to niepokoi? Bo martwię się, że okaże się egoistą. Dopytuję dalej. Czy jest coś, co potwierdziło moje obawy albo coś, co im przeczy? Jestem wielką zwolenniczką takiej właśnie pracy ze sobą. Różnie się to naukowo nazywa, np. dialogiem sokratejskim, w każdym razie chodzi o poszerzenie perspektywy poprzez pytania, które pomagają mi ujrzeć pełniejszy kontekst. Tak pracuję ze swoimi klientami, ale i ze sobą. Wracając do naszego przykładu, po głębokiej analizie możemy podzielić się swoimi przemyśleniami z przyjaciółką, ale mówmy o odczuciach, nie ferujmy wyroków.

Jedna sprawa to sytuacja, w której on nie jest taki, jak nam się wydawał. A gdy to my gramy kogoś innego?
To jest największa pułapka, w jaką wpadamy w związkach. Czym innym jest chęć zaprezentowania się od jak najlepszej strony, czym innym udawanie kogoś, kim nie jestem. Po pierwsze, strasznie się tym umęczymy – niewiele z nas jest w stanie funkcjonować na dłuższy czas nie w swojej skórze. Po drugie, mężczyźnie może się to spodobać, ale pytanie, w kim się on zakochuje? Bo na pewno nie we mnie. I na czym buduję tę relację? Na kłamstwie. A to z góry skazuje ją na niepowodzenie. Wcześniej czy później to, jaka jestem naprawdę, wyjdzie na jaw. I im bardziej to, kogo udawałyśmy, będzie odbiegało od prawdy, tym większe rozczarowanie i złość partnera. Każda z nas ma fantastyczne cechy, i to na nich budujmy pierwsze wrażenie. Oczywiście są w nas rzeczy, nad którymi wolałybyśmy popracować, i o nich też będzie musiał się dowiedzieć. Niekoniecznie na pierwszej randce. Nie ma sensu mówić: „Muszę cię uprzedzić, że jestem straszną bałaganiarą”, on i tak to zauważy w miarę rozwoju relacji. Może widząc artystyczny nieład w naszym mieszkaniu, zapyta: „Ty chyba nie lubisz sprzątać?”. Nie zaprzeczaj, ale dodaj: „Tak, ale za to świetnie gotuję” (śmiech).

Miłość a zakochanie – po czym można poznać, czy jesteśmy zakochani, a po czym, że już kochamy?
Zakochujemy się „ponieważ”, kochamy „pomimo”. Zakochanie to troska o siebie, miłość to troska o drugą osobę. To są dwie podstawowe różnice. Moment przejścia od zakochania do miłości jest moim zdaniem jednym z piękniejszych w życiu, wręcz metafizycznym. Miłość pozwala być z kimś, mimo że nas czasem zawodzi, rozczarowuje czy wkurza. Zdolność do miłości dojrzałej jest powodem do dumy i źródłem satysfakcji.

Niektóre osoby nie są jednak w stanie wyjść poza fazę zakochania. A miłość wydaje im się wtedy zupełnie nieosiągalna.
Bo są uzależnione od zakochania, tak zafascynowane tym stanem, że nie potrafią przekształcić go w głębsze uczucie. Moim zdaniem to przejaw niedojrzałości, egocentrycznego dbania o pewien poziom pozytywnych emocji i nieumiejętność konfrontowania się z trudnościami. Dla nich bezpieczeństwo i stabilizacja to rutyna, nuda. Tymczasem rutyna jest wtedy, kiedy nie chce nam się już starać. Są też osoby, które boją się zakochania. Sabotują związki dobrze rokujące, bo nie chcą dać się rozwinąć uczuciu w obawie, że później je stracą. Myślę, że jednym i drugim trudno będzie sobie z tym poradzić bez pomocy kogoś z zewnątrz.

A co, jeśli obiekt naszych uczuć lub fascynacji nie odpowiada nam tym samym? Dlaczego się zakochujemy w osobach, które nie odwzajemniają naszych uczuć?
Radzenie sobie z sytuacjami, gdy ktoś nam mówi „Lubię cię, ale nic więcej”, to tak naprawdę radzenie sobie ze stratą. Tracimy w życiu wiele rzeczy: pieniądze, majątek, pracę, bliskich ludzi. To naturalne, że pojawiają się frustracja i smutek, ale one miną i znów otworzymy się na nowe. To klasyczny proces żałoby, czyli: wyparcie, złość, szukanie winnego, smutek i zwrot ku przyszłości. Pozwólmy sobie przejść przez te wszystkie etapy. I pogratulujmy sobie, że jesteśmy w stanie się zakochać, zafascynować kimś, że świat jest pełen mężczyzn, którzy mogą nam zapaść głęboko w serce. Walczmy z tym, co czasem nas dopada, czyli przekonaniem, że nie ma już fajnych facetów. Są i już nie mogą się doczekać, by nas spotkać.

  1. Styl Życia

Czy to źle, gdy kobieta robi pierwszy krok? O przejmowaniu inicjatywy...

Czasem przeznaczeniu trzeba pomóc - przełamać kulturowe uprzedzenia i przejąć inicjatywę. (Fot. iStock)
Czasem przeznaczeniu trzeba pomóc - przełamać kulturowe uprzedzenia i przejąć inicjatywę. (Fot. iStock)
Dopiero przyjaciółka uświadomiła mi, że zamiast jęczeć, jak bardzo chciałabym umówić się z tamtym mężczyzną z pociągu, powinnam po prostu to zrobić. „Co najgorszego może się stać?” – zapytała. To zdanie stało się mottem mojej książki – opowiada Zoë Folbigg, autorka bestsellerowej powieści „Stacja miłość”. 

Twoja książka wydaje się po prostu uroczym romansem –dziewczyna proponuje drinka mężczyźnie, którego codziennie spotyka w pociągu, ale ten daje jej kosza, gdyż jest w związku; jednak osiem miesięcy później nieoczekiwanie odzywa się do niej i wszystko kończy się happy endem. To nie jest wymyślona opowieść, to twoja historia. Jestem ciekawa, w jakim momencie życiowym byłaś, gdy poznałaś swojego Mężczyznę z Pociągu? Miałam dwadzieścia parę lat, od czterech byłam singielką ze złamanym, ale już wyleczonym sercem i nie szukałam miłości. Miałam bogate życie towarzyskie, wielu przyjaciół i pracę, którą kochałam. Wieczorami chodziłam do teatru i na koncerty. Kupiłam mieszkanie, czułam się niezależna, spełniona i na dobrej drodze. Byłam naprawdę szczęśliwa. Nie szukałam desperacko kogoś, kto odmieni moje życie. Ale kiedy zobaczyłam Marka, mojego Mężczyznę z Pociągu, poczułam, że on jest tym właściwym.

Podróżowaliście tym samym pociągiem, ale dopiero po roku zdecydowałaś się zostawić mu liścik. Niemal codziennie go spotykałam, zawsze czytał jakąś książkę, i to mnie zachwycało. Ale bałam się odrzucenia. To bardzo brytyjska rzecz, że nie rozmawiamy w komunikacji miejskiej, jako społeczeństwo bardzo trzymamy dystans. Wchodzisz do pociągu, wyciągasz książkę albo telefon i na nikogo nie patrzysz. Myślałam: on jest taki przystojny, na pewno nie będzie zainteresowany, na sto procent ma dziewczynę albo jest gejem, bo jest zbyt doskonały. (śmiech) Przez cały ten czas był dla mnie enigmą, nie wiedziałam, co robi, kim jest, nigdy nie rozmawiał przez telefon, nie mogłam wydedukować, czy ma kogoś, a to czyniło go jeszcze bardziej atrakcyjnym.

Pewnie trudno podejść i zaczepić nieznajomego, gdy wokół są inni ludzie? Z tego powodu uznałam, że dam mu liścik z propozycją spotkania, w którym zostawię mój adres mailowy, i od razu wysiądę z pociągu. Chciałam dać mu czas na zastanowienie się i jeśli mnie odrzuci, to przynajmniej nie twarzą w twarz, tylko przez mail. To był dla mnie najbardziej bezpieczny sposób załatwienia sprawy.

Nie miałaś takich myśli, że zaczepianie obcego w pociągu – wszyscy znamy te filmy – może źle się skończyć, że to niebezpieczne? Tak, miałam i takie myśli, ale zaufałam intuicji. Poza tym dałam mu tylko adres mailowy, nie napisałam nic o sobie, na wypadek, gdyby jednak okazał się psychopatą. Po tym, gdy dał mi kosza, widywałam go tylko w pociągu. Ale gdy po ośmiu miesiącach zaproponował mi pójście na drinka, to on był zdenerwowany, bo nie wiedział, czy nie mam chłopaka. Szybko się zgodziłam i tylko przez jeden dzień martwiłam się, czy jednak nie jest psychopatą, bo tak szybko się umówiliśmy. Bałam się też, że może okaże się strasznym nudziarzem, ale nie, nie był nudziarzem, był właśnie taki, jakim go sobie wyobrażałam.

Nie bałaś się, że skoro przejmujesz inicjatywę, to już zawsze będziesz tą stroną w związku, która kocha bardziej i bardziej się stara? Martwiłam się o to, bo już wtedy wiedziałam, że go kocham, ale zdawałam sobie sprawę, że on mnie dopiero poznał i powoli się do mnie przyzwyczaja. Jednocześnie widziałam, że dobrze się rozumiemy, fajnie nam się spędza czas i mamy tyle wspólnego, że w końcu on także się zaangażuje. I tak się stało, nie trwało to długo. Na szczęście nie powiedziałam mu pierwszego dnia, że go kocham, bo wtedy pewnie od razu by uciekł. (śmiech) Ale miałam poczucie, że moja intuicja jest dobra. Zresztą to on zaprosił mnie na drinka po tych ośmiu miesiącach, więc byliśmy kwita. A potem poprosił mnie o rękę.

Jak sądzisz, co tak spodobało się czytelnikom w twojej książce, że odniosła sukces? Fakt, że bohaterka bierze życie w swoje ręce czy może to, że nie spotyka jej za  to żadna „kara”, wybranek nie okazuje się psychopatą ani gwałcicielem? Czytelnicy dostrzegli w tej historii opowieść o odwadze – to zwróciło ich uwagę, i dla mnie też było to ważne. Bo czasem jeden mały, pozornie nic nieznaczący gest może pozytywnie zmienić czyjeś życie. Ważna jest aktywna postawa, chociaż spotyka się ona w książce – i w prawdziwym życiu też! – z odrzuceniem. I może właśnie to rezonuje w ludziach, że lepiej jest żałować czegoś, co się zrobiło, niż że się coś zaniechało. A druga rzecz, która im się spodobała to, no właśnie, nie jest to wymyślona historyjka, bo przetestowałam ją na sobie. (śmiech) Myślę, że ludzie w obliczu dużych zmian – a taką jest i był brexit w Wielkiej Brytanii – potrzebowali szczęśliwego zakończenia. Ale też zdali sobie sprawę, że to żaden wstyd zaprosić mężczyznę na drinka i zostać przez niego odrzuconym.

Jaka była reakcja twojego chłopaka na wieść, że napiszesz o was książkę? Nie obawiałaś się, że za bardzo się odsłonicie? Byliśmy już razem kilka lat, gdy gazeta, w której pracowałam, została zamknięta. Mark z kolei nie lubił swojej pracy, więc wspólnie postanowiliśmy, że najpierw wybierzemy się w długą podróż, a potem się ustatkujemy. W podróży spotkaliśmy wspaniałych ludzi i wielu z nich mówiło mi, że nasza historia brzmi jak gotowy materiał na film czy książkę. Zaczęliśmy sami o tym rozmawiać, Mark był bardzo wspierający, choć jest nieśmiały. Zdecydowałam się na fikcyjnych bohaterów, żeby mieć większy dystans. Pisałam, nie myśląc, czy to kiedyś wydam. Potem wzięliśmy ślub, urodziły się dzieci, drugie − półtora roku po pierwszym. Byłam mocno zmęczona macierzyństwem i tempem zmian, to było wykańczające. Nie wyobrażałam sobie powrotu do pracy w Londynie. Gdy chłopcy spali, pisałam artykuły, czasem wracałam do naszej historii, na przykład w felietonie zamówionym przez dziennik „The Guardian” na walentynki. Zawsze wówczas otrzymywałam tyle wsparcia od czytelników, że postanowiłam wrócić do książki. Mark przeczytał ją dopiero tydzień przed publikacją. Byłam pewna, że mu się nie spodoba, on jest fanem książek Hillary Mantel i Margaret Atwood. Ale się spodobała.

Twoja książka została naprawdę dobrze przyjęta, choć wyobrażam sobie, że mogłaś się obawiać różnych reakcji. To zabawne, ale to raczej mama i siostra były bardziej przejęte i martwiły się tym, że mogę spotkać się z krytyką i że to na mnie negatywnie wpłynie. Wiedziałam, że nie mogę zadowolić wszystkich, że mój styl literacki niektórym się spodoba, a innym nie. Ale jeśli udało mi się dotrzeć do jednej osoby, która postanowiła wziąć los w swoje ręce, z jakiegoś powodu odważyć się na coś – to już dużo. Mark z kolei był dumny, że spełniłam swoje marzenie: pracowałam z domu, tak jak chciałam, i mogłam być blisko chłopców i spędzać z nimi czas. Byłam spełniona jako pisarka i matka.

Maja, główna bohaterka książki, fantazjując o Mężczyźnie z Pociągu, przechodzi wewnętrzną przemianę. Czy u ciebie też coś się zmieniło? Nie, moje życie było bardzo dobre i nigdy nie wątpiłam w siebie jak Maja. Ale to, co zrobiłam, sporo mnie kosztowało, choć jednocześnie dużo mi dało. Poczułam się odważna, bardziej sprawcza.

Powiedziałaś, że wiedziałaś, że to właściwy facet, więc dając mu liścik, w pewnym sensie przyznałaś, że jesteś gotowa zacząć nowy etap w życiu. To duża zmiana. Dziś myślę sobie, że wtedy rzeczywiście moje życie było trochę dziecinne i bez zobowiązań, miłe i lekkie, skoncentrowane tylko na mnie. Dzień, w którym dałam liścik Markowi, był pierwszym krokiem w kierunku prawdziwej dorosłości.

W pewnym momencie jedna z bohaterek, Velma, proponuje Mai,  gdy ta zwierza jej się ze swoich rozterek miłosnych: spróbuj, co najgorszego może się stać? Tak naprawdę to słowa twojej przyjaciółki. Gdy spotkałam Mężczyznę z Pociągu, przez niemal rok wszystkim o nim opowiadałam. Strasznie to przeżywałam. Moja przyjaciółka miała wtedy trudny czas (jej mama umierała na raka piersi). Odwiedziłam ją pewnego razu, a gdy zapytała, co u mnie słychać, znowu zaczęłam opowiadać o facecie z pociągu i że nie mam odwagi do niego zagadać. Wtedy spojrzała na mnie i powiedziała: „Zoë, co najgorszego może się stać?”. Ona miała wtedy inną perspektywę, wiedziałam, że przeżywa najgorsze chwile, a ja jej się zwierzałam z takiej głupoty. No bo czym jest zaproszenie faceta na drinka wobec odchodzenia najbliższej osoby?! I to był ten moment, kiedy sobie powiedziałam: „dorośnij, ogarnij się, przestań bawić się marzeniami”. Velma to kumulacja wszystkich mądrych, cudownych kobiet, które spotkałam w życiu. Chciałam stworzyć bohaterkę, która reprezentuje bliskie mi osoby.

Twoja historia ma happy end: zamieszkałaś z Mężczyzną z Pociągu, a potem pojechaliście w podróż życia. Nie obawiałaś się, że coś się zepsuje, czar pryśnie? Gdy zaczynaliśmy tę podróż, pomyślałam sobie, że jeśli przetrwamy wszelkie jej trudy, jak choroby i inne niewygody, gdy ponudzimy się razem i pokłócimy – to damy radę. Miałam świadomość, że kiedy jest się cały czas razem, traci się tę magię randkowania, fantazjowania na swój temat, ale poszło nam świetnie. Nawet wtedy, gdy lądowaliśmy w obskurnych hostelach...

Czy Mark uratował cię przed karaluchem? (śmiech). Był karaluch, i to niejeden, test zaliczony! Ta podróż tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że chcę z nim być na dobre i na złe. I właśnie podczas tej podróży Mark mi się oświadczył.

Wierzysz w przeznaczenie? Czy może uważasz, że trzeba brać życie w swoje ręce? Wierzę, że było mi przeznaczone związać się z Markiem, ale coś mi mówiło, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce, aby do tego doprowadzić. On jest nieśmiały, nie zaczepiłby mnie, nie jest tego typu facetem. Oczywiście, wtedy tego nie wiedziałam, ale czułam, że muszę to zrobić. Wierzę w związek dusz, ale też w to, że warto przejąć inicjatywę. Czasem trzeba pomóc przeznaczeniu. Chciałam, aby moja książka nie była tylko historią z cyklu: chłopiec spotyka dziewczynę, ale też żeby wzmacniała kobiety, dawała im poczucie sprawczości i zachętę do tego, by się nie bały wziąć odpowiedzialności za swoje życie.

Zoë Folbigg dziennikarka i redaktorka. Pisała m.in. dla „Cosmopolitan”, „Glamour”, „Daily Mail”, „Elle”. W 2008 roku w piśmie „Fabulous” ukazywał się jej cotygodniowy felieton z opisem rocznej podróży dookoła świata, którą odbyła z Mężczyzną z Pociągu, spotykanym podczas codziennych dojazdów do pracy. Pobrali się, mieszkają z dwoma synami w Hertfordshire. „Stacja miłość” to jej debiutancka powieść.

Czy to źle, gdy kobieta robi pierwszy krok? 

Iwona Firmanty, psycholog, socjolog, coach ICC: Kulturowe uprzedzenia nie sprzyjają przejmowaniu inicjatywy przez kobiety.  Natomiast nie tyle ważne jest, kto robi pierwszy krok, ale jak to robi. Bohaterka książki „Stacja miłość“, przekazując liścik z propozycją spotkania nieznajomemu, wykazała się taktem i dyskrecją, a jednocześnie dała mężczyźnie zielone światło – znak, że jest nim zainteresowana. Zrobiła to w sposób dla siebie bezpieczny – nie wystawiając się na publiczną ocenę, ale też nie odkrywając siebie poza podaniem adresu mailowego. Jednocześnie zadbała o jego poczucie bezpieczeństwa, bo nic mu nie narzuciła, a jedynie okazała swoje zainteresowanie. Nie zmarnowała szansy, czuła, że to jest ten właściwy i nie chciała żałować, że nie spróbowała.

Jeśli jako kobiety jesteśmy kimś zainteresowane, dajmy to odczuć tej osobie – czasem wystarczy spojrzenie w oczy, uśmiech czy właśnie liścik – nie narzucając się, dając sobie i jej szansę. Mężczyzna niekoniecznie może chcieć przejąć inicjatywę, też ma prawo czuć się niepewnie, bać się odrzucenia, nie mieć pewności, czy nam się podoba. Ma też prawo przestraszyć się nadmiernej atencji z naszej strony – dlatego dawajmy znaki, ale też dawajmy sobie przestrzeń i czas na reakcję. Oraz przyzwolenie także na to, że nasz obiekt zainteresowania odpowie: nie, dzięki.

 

  1. Seks

Słownik nieporozumień seksualnych

Źródłem problemów w strefie seksu są różnice w sposobie myślenia kobiety i mężczyzny, które wynikają z innego sposobu funkcjonowania ich mózgów. (Fot. iStock)
Źródłem problemów w strefie seksu są różnice w sposobie myślenia kobiety i mężczyzny, które wynikają z innego sposobu funkcjonowania ich mózgów. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W relacjach intymnych często używamy słów wrażliwych, które niechcący stają się powodem rozczarowań, dlatego że zazwyczaj inaczej rozumie je kobieta, a inaczej mężczyzna. A w trakcie zbliżenia nie możemy liczyć na tłumacza. Jednak tak jak wszyscy jesteśmy zupełnie innymi ludźmi, tak też mogą różnić się nasze doświadczenia.

Siła i słabość

„Siła” to właśnie jedno ze słów, które prowadzi do największych nieporozumień. Męskie jest zrezygnowanie z niej – uważają dziś niektórzy mężczyźni. Jednak dla kobiety ochocza i dobrowolna rezygnacja z męskiej siły może być przejawem słabości i uległości. Siły, oczywiście, nie można sprowadzić do seksualnych pchnięć i muskulatury. To także cecha osobowości. Rezygnacja z niej bywa – w odczuciu partnerki – wynikiem braku decyzyjności, sugeruje możliwość ucieczki od zobowiązań, rezygnacji, gdy trzeba walczyć. Dla kobiety siła to m.in. odwaga zmierzenia się z uczuciami i emocjami, których ona sama się obawia. W mężczyźnie docenia to, co on uznaje za słabość – płacz (jeśli jest on oznaką napięć wewnętrznych). – Źródłem problemów są różnice w sposobie myślenia kobiety i mężczyzny, które wynikają z innego sposobu funkcjonowania ich mózgów. Mężczyzna i kobieta mają w seksie odmienne cele do osiągnięcia. I inne napędy – mówi Justyna Szurik-Wadowska, psycholog. – Błędy popełniamy z powodu braku wiedzy o tych różnicach albo też dlatego, że nie staramy się ich zrozumieć.

Dobry seks

Dla mężczyzny udany seks to ten zakończony ekstatycznym orgazmem zarówno własnym, jak i partnerki. Taki, który sprawi, że uzna się on za dobrego kochanka (i też za takiego zostanie uznany przez partnerkę). Jest więc powiązany z „koniecznością” orgazmu, a przy tym rozładowania napięcia. Czasem też sposobem na oddalenie problemów. Dla kobiety dobry seks – czuły lub gwałtowny, choć jedno nie wyklucza drugiego – to najczęściej ten, w którym czuje ona bliskość partnera.

– Męski seks jest aktem bardziej fizycznym, a kobiecy mocniej jest zakorzeniony w emocjach – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – Kobieta podczas zbliżenia woli łączyć seks z nadzieją na miłość i zaangażowaniem ze strony partnera. Seks jest więc tylko dopełnieniem… o ile nie samej miłości, to właśnie tej nadziei na nią. Ona do osiągnięcia pełnej przyjemności potrzebuje tego, żeby w jej mózgu wyłączyło się przeżywanie złych emocji, np. niepewności co do statusu związku, podczas gdy jemu właśnie dopiero seks i orgazm pomagają te złe emocje wyłączyć. A po wyłączeniu, cóż, odpływa. Zasypia, co zwykle oburza partnerkę, bo w niej krążą hormony szczęścia, jest podekscytowana i chce przytulać się oraz rozmawiać. Niestety, kobiety nie wiedzą lub zapominają, że senność mężczyzny po stosunku jest czymś naturalnym. To efekt działania oksytocyny, którą seks w nim uwolnił.

Intymność

Dla mężczyzny intymność możliwa jest do osiągnięcia już w trakcie pierwszego zbliżenia z nowo poznaną kobietą. Do tej intymności wystarczy bowiem sytuacja, gdy ciało lgnie do ciała, moment przełamania wszystkich barier, maksymalne zbliżenie fizyczne. To jednak nie znaczy, że będzie chciał się przed partnerką odsłonić i otwarcie o tym porozmawiać. Tymczasem dla kobiety intymność łączy się właśnie z możliwością nieskrępowanej rozmowy, z bliskością, porozumieniem nie tylko na poziomie biologicznym. Jest też zapowiedzią uczucia głębszego – miłości.

Miłość

Po seksie, nawet z kobietą, której dobrze nie zna, mężczyzna jest skłonny powiedzieć: „Kocham cię”. Z kolei w ocenie mężczyzny to właśnie kobiety czasem nadużywają tego słowa. Dla niej „kocham cię” to: przyszłość, „zróbmy coś razem”, „bądź po mojej stronie”. Kochanie daje poczucie bezpieczeństwa. Dlatego kobieta chce od partnera potwierdzania tego uczucia. On się z „kochaniem” wyrywa zazwyczaj przedwcześnie, myli miłość z chwilowym psychicznym dobrostanem, nie rozumiejąc, co naprawdę czuje. Bywa też tak, że „kocham cię” pada w sytuacji, gdy on doskonale wie, co chce usłyszeć partnerka. Czasem też „kocham cię” to jego sposób na przedłużenie fikcji, która mu odpowiada. Dlatego jednego dnia potrafi poczynić wyznanie, a następnego oświadczyć partnerce, że tej miłości się boi i że na nią nie zasługuje. Po czym zniknąć z jej życia bez dalszych wyjaśnień. – Mężczyzna może wyznać miłość, bo wie, że to warunkuje dobry seks – potwierdza Justyna Szurik-Wadowska. – W ogóle deklaracje czynione w trakcie seksu i krótko po nim nie są najmocniejszą stroną mężczyzny. Bo seks wycina mu myślenie. Dla kobiet słowa te są ważne i nadal podniecające, a rozmowa po seksie wzmacnia więź.

W parach zaangażowanych i z dłuższym stażem wygląda to inaczej. Wyznania w trakcie i po seksie zyskują na wiarygodności, bo miłość sprawdzona jest „w boju”. Tyle że – zdaniem Justyny Szurik-Wadowskiej – mężczyźni na skutek wychowania i hormonów zawsze będą mieli lekki mętlik w głowie, gdy mowa o miłości, i ta męska miłość zawsze będzie warunkowana seksem. – Mężczyźni mają 2,5 razy większy obszar w mózgu odpowiedzialny za popęd seksualny, zlokalizowany w podwzgórzu. Przez cały dzień i noc myśli erotyczne przemykają im w tle kory wzrokowej – mówi psycholog. Ten fakt powoduje, iż mężczyzna jest „zawsze” gotowy do seksu, nie potrzebuje gry wstępnej. Natomiast dla kobiet gra wstępna inicjowana przez mężczyznę jest swoistym dowodem, że on ją kocha, że mu na niej zależy, że w ten sposób chce ją zdobyć i dba o jej potrzeby, bo wie, że partnerka potrzebuje przygotowania, by później przeżyć satysfakcjonujący stosunek.

Zdrada i zazdrość

Dla mężczyzny czasem to nic wielkiego, powiedzmy 10 proc. wolności, które „wypłaca” sobie z kontraktu partnerskiego lub małżeńskiego. Zdrada własna, bo gdyby zdradziła partnerka raczej wybaczyć nie umie. Choć ona wielokrotnie będzie go za to przepraszała, zrehabilituje się, przeprowadzą wiele rozmów.

– Dla mężczyzny zdrada cielesna to katastrofa, bo oznacza zagrożenie, że ktoś inny, konkurent, zapłodni jego wybrankę – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – Z kolei dla kobiety najtrudniejsza jest zdrada, w której mężczyzna zaangażuje się emocjonalnie w relację z inną kobietą. Wtedy boli najbardziej.

Kobieta za zdradę (a przynajmniej za wstęp do niej) może uznać coś, co z męskiego punktu widzenia jest zupełnie nieistotne. – Jako zagrożenie zdradą odbierze np. to, że mężczyzna spojrzy na atrakcyjną kobietę, którą razem mijają na ulicy – dodaje psycholog. – Znów biologia, bo mężczyzna działa automatycznie, jego mózg reaguje na bodziec (zauważa, rejestruje, i to jest silniejsze od niego). Spojrzy i zapomina, wraca do ukochanej. Ale jeśli kobieta tego nie wie i ma niskie poczucie wartości, może pomyśleć, że nie jest już dla niego atrakcyjna. „Zdrada” w słowniku damsko-męskich nieporozumień leży zatem bardzo blisko „zazdrości”. Mężczyzna może być zazdrosny o ciało. Kobieta – o uczucie.

– Co ciekawe, lęk przed utratą partnera lub przed tym, że zostaniemy odrzuceni, może wzmocnić uczucie miłości – mówi psycholog. – Zazdrość da się więc przekuć na coś pozytywnego.

Strefy erogenne

Dla mężczyzny – tajemna mapa punktów, które prowadzą do seksualnego finału – penetracji. Dla kobiety to zazwyczaj element miłosnej gry. Sprawia to jej wrażliwość na dotyk. Mężczyzna traktuje dotyk zadaniowo (dotykiem sprawdza poziom ekscytacji lub doprowadza partnerkę do seksualnego wrzenia). Podobnie jest z pocałunkiem. Dla mężczyzny prowadzi on do seksu, ma z założenia ciąg dalszy, dla kobiety pocałunek może istnieć sam w sobie, nie musi być zrealizowany podobnie jak podniecenie.

– Pocałunek z języczkiem, szczególnie ten pierwszy, jest jakby naszym smakowym podpisem. Ślina zawiera w sobie tajemne sygnały o zdrowiu i genach partnera, które docierają do naszych mózgów. Dlatego u mężczyzny pocałunek prowadzi do seksu, natomiast u kobiet może, ale nie musi, bo ona ma większą kontrolę nad sytuacją – mówi psycholog.

Potrzeba widzenia

Zamykając oczy lub gasząc światło podczas seksu, kobieta zazwyczaj przestawia się na inne pasmo doznań i podniecenia. Wyłącza jeden zmysł, żeby wzmocnić inny, więcej czuje albo słyszy. Mężczyznę najbardziej podnieca widok partnerki, nie chce więc „wyłączać się”. Dlatego gdy zdarza się, że mężczyzna podczas seksu odwraca głowę lub ma zamknięte oczy, bywa postrzegany jako zimny, a jego zachowanie odebrane jako negacja tego, co widzi („on nie chce na mnie patrzeć”).

– Mężczyzna podczas stosunku potrzebuje widzieć. Właśnie – widzieć, a niekoniecznie patrzeć – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – Dlatego też często zamyka oczy, by sobie wyobrażać różne erotyczne obrazy, starając się utrzymać podniecenie i dotrwać do orgazmu. Inaczej może mu być trudno. Partnerka mogłaby dostarczyć swojemu mężczyźnie „własnych” erotycznych wizji, na przykład kusząc go widokiem ciała w seksownej bieliźnie, niestety, wiele pań rezygnuje z tego z powodu swoich kompleksów.

Seks po rozstaniu

Dla mężczyzny możliwy jest seks po rozstaniu, dla kobiety – jeśli ona inicjuje rozstanie – to koniec związku, gruba kreska. Chyba że to ona została porzucona, wtedy może zmierzać do seksu i liczyć na słabość mężczyzny. Będzie starała się mu coś udowodnić (że się mylił, zostawiając ją) lub odzyskać w ten sposób. Jednak trzeba zaznaczyć, że dziś coraz więcej kobiet decyduje się na seks bez wchodzenia w poważny związek. Ale raczej wtedy, gdy w grę nie wchodzą już głębokie uczucia.

Doświadczenie seksualne

Mężczyzna raczej niechętnie dowiaduje się o wielu doświadczeniach seksualnych partnerki, w jego głowie zaczyna się wtedy gra porównań. Kobieta na ogół chętnie – chce o jego byłych wiedzieć wszystko.

– Może nie zawsze wszystko, ale z pewnością wiele – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – Z jednej strony te informacje mogą pozwolić jej rozszyfrować dawną partnerkę (jaka była, co w niej podobało się jej partnerowi, a czego nie lubił) po to, by wiedziała, czego unikać w swoim zachowaniu. Wszystko zależy od intencji, gdyż niektóre kobiety wypytują, żeby zebrać informacje o swoim mężczyźnie: np. kto – jego eks czy on – przyczynił się do rozstania. Trudny temat. Z takich z pozoru niewinnych rozmów rodzą się sceny zazdrości, zaczyna się manipulacja, bo ta wiedza daje możliwość przejęcia kontroli. „Byłych” lepiej więc usunąć z tego słownika. A już na pewno lepiej nie wkomponowywać w zdania nadmiernie złożone.

Miłość francuska

Mężczyzna traktuje ją jako coś naturalnego, nie ma więc z nią problemu – zarówno jako biorca, jak i dawca. – To zdobywca, lubi poszukiwać i odkrywać, a ciało kobiety (szczególnie na początku znajomości) jest dla niego jak nowa ziemia, którą pragnie poznawać – mówi psycholog. – Chce sprawiać kobiecie przyjemność, niestety, kobiety często z powodu braku pewności siebie, wstydu, blokują się i zamykają tę drogę swoim partnerom. Często też „to” wydaje się kobiecie uwłaczające, bo „to” robią tylko prostytutki – jak sądzi – albo „to” robi mężczyzna, gdy chce kobietę poniżyć.

Podobnie rzecz ma się z seksem spontanicznym. Mężczyzna zwykle jest na tak - – kochajmy się tu, teraz, zaraz, w lesie, na plaży, na kanapie podczas wspólnego oglądania filmu. Kobieta częściej stawia weto, bo przed seksem wolałaby wziąć prysznic. Tego samego oczekuje od partnera. – Tu wyłania się kolejna różnica, mężczyzna preferuje pełną paletę zapachów w seksie. Jego zmysł powonienia jest bardziej wrażliwy, szczególnie w sytuacjach intymnych – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – I warto, by mężczyźni mówili o tym swoim kobietom, bo te często nie wiedzą, że ich naturalny zapach tak podnieca partnerów.

Co naprawdę znaczy "nie"

Skoro zaczęliśmy od „siły”, wypada zakończyć na „nie”. Słowo to w seksie waży zdecydowanie więcej niż „tak”. Na mężczyzn kobiece „nie” zwykle działa jak płachta na byka. Wiąże się to z przekonaniem, że kobietę należy przełamać, ponieważ ona przez swoje „nie” najprawdopodobniej chce tylko pokazać, że nie jest łatwa i tym „nie” podbija stawkę.

– Na kobietę natomiast męskie „nie” może działać jak zniewaga, pogarda – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – Krąży bowiem stereotyp, że mężczyzna zawsze jest gotowy do seksu. Ten sam stereotyp przypisuje kobiecemu „tak” i „nie” zależność od humorów. Dlatego „nie” powinno występować z rozwinięciem – wyjaśnieniem, dlaczego nie. Krótko mówiąc: „Nie, bo…” Błędem jest oczekiwać, że mężczyzna domyśli się prawdziwego powodu. Nie, on prędzej zgłupieje, dlaczego raz „tak”, a innym razem „nie”. Z drugiej strony – nawet gdy już kobieta opowie mu o swoim problemie, mężczyzna włącza analityczne myślenie, by znaleźć rozwiązanie. Tymczasem ona potrzebuje być w tym momencie wysłuchana i zrozumiana, dlatego kiedy widzi, że jej mężczyzna przybiera pokerową twarz po wysłuchaniu jej, odbiera go często jako „upośledzonego emocjonalnie”, nie rozumiejąc, że tak pracuje jego mózg, który przełącza się na tryb rozwiązania problemu i automatycznie swoje emocje zatrzymuje dla siebie. Co nieuchronnie prowadzić może do kłótni, bo kobieta nie wie, że jej złość na partnera tylko podsyca w nim jeszcze większą własną złość. To automatycznie nakręca spiralę adrenaliny i testosteronu, bo mózg mężczyzny produkuje więcej hormonów. A stąd już krótka droga do tego, by uruchomiło się w nim podniecenie seksualne… I prawdopodobnie znów zaproponuje swojej partnerce seks, bo to pomoże mu rozładować stres. U kobiety działa to odwrotnie, trudno jej wyłączyć się ze swojego gniewu i zmartwienia, więc – ucinając temat – najprawdopodobniej odpowie mu „nie… bo nie”.