1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Coraz więcej chętnych na ślub kościelny

Coraz więcej chętnych na ślub kościelny

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W Wielkiej Brytanii wraca moda na śluby kościelne. Jedni twierdzą, że można mówić o "efekcie księcia Williama i Kate Middleton", inni uważają, że to kościół zaczyna dbać o młodych wiernych

Jak podaje The Guardian, według danych za rok 2011 o 4 procent wzrosła liczba małżeństw zawieranych zawieranych w kościele. To prawdziwy powód do radości dla kościoła anglikańskiego: ostatnimi laty liczba zawieranych przed ołtarzem związków małżeńskich zdecydowanie spadała. Przełom nastąpił w zeszłym roku.

Najbardziej sceptyczni publicyści twierdzą, że to zasługa największego kościelnego wydarzenia ostatnich dekad w Wielkiej Brytanii czyli ślubu księcia Williama i Kate Middleton. Miliony Brytyjczyków, którzy z zapartym tchem śledzili weselny dzień tej pary, przychylnym okiem spojrzało także na samą instytucję kościelną. Poza tym w zeszłym roku dwie brytyjskie celebrytki - modelka Kate Moss i piosenkarka Lily Allen, również stanęły na ślubnym, kościelnym kobiercu. Dlatego też wielu uważa wzrost liczby ślubów kościelnych w tak świeckim społeczeństwie jakim są Brytyjczycy za chwilową modę.

Są jednak komentatorzy, którzy zwracają uwagę na zmiany, jakie zaszły w kościele anglikańskim na przestrzeni ostatnich lat. Instytucja ta, uważana za przestarzałą i nienadążająca za zmieniającą się rzeczywistością, postanowiła otworzyć się na młodych. Na potrzeby przyszłych nowożeńców powstała nawet strona internetowa: dzięki której mogą sobie oni sami wybrać miejsce, kościół i dekoracje, w jakiej otoczeniu chcą wziąć ślub.

Co ciekawe wzrost liczny zawieranych w kościołach małżeństw nie przekłada się na uczestnictwo w mszach świętych. Systematycznie spada liczba praktykujących Brytyjczyków, podobnie jak liczba małżeństw zawieranych w ogóle. Czyżby więc naprawdę był to jedynie chwilowy "efekt Kate i Williama"?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak ułożyć sobie życie seksualne? - Katarzyna Miller o singielkach i samotnych matkach

Jak zadbać o swoją seksualność żyjąc w pojedynkę? (fot. iStock)
Jak zadbać o swoją seksualność żyjąc w pojedynkę? (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Singielka, samotna mama, rozwódka – czy mogą mieć udane życie seksualne? To zależy od ich przekonań, mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. Te kobiety, które nie żyją w stałych związkach, czasem zasznurowują swoje libido i nie mają życia seksualnego, ale bywa też, że przywiązują do seksu zbyt dużą wagę. Dlatego warto wiedzieć, jakimi przekonaniami kierują się osoby, które znalazły radość seksu, choć zwykle śpią same.

Znam kobiety, które po rozwodzie skupiły się na wychowaniu dzieci, całkiem rezygnując z poszukiwania nowego partnera i seksu. Po rozwodzie kobiety często zamykają się, skupiają na tym, by nastarczyć wszystkiego, co potrzebne dla domu. Chcą dla dzieci być i matką, i ojcem. Umęczone w tej roli superrodzica, coraz bardziej zasznurowują swoje libido. Mężczyzna, który się zaczyna koło takiej kobitki kręcić, dostaje po łapach. Bo ona myśli, że w ten sposób raz na zawsze ma rozwiązany problem z mężczyznami. Ona się nie puszcza i koniec! Ma przecież dzieci, więc nie będzie do domu przyprowadzała obcych.

To dobrze, że stawia dzieci, a nie swoją, że tak powiem, chuć na pierwszym miejscu. Często postępują tak kobiety, które wyszły poranione z poprzedniego związku. Ale jeśli naprawdę myślą o dobru dzieci, czym prędzej powinny zdać sobie sprawę, że wybrały zły sposób. Dzieci zasznurowanych matek wyrastają w nieprawdziwym świecie. Ich seksualność dopiero się rozwija, a dostają jako wzór matkę, która się seksu wyrzekła, więc ma też małe zrozumienie dla ich potrzeb seksualnych. Oczywiście bez seksu można żyć. Jednak seks w tym domu staje się tematem tabu. Dzieci są pozbawione czegoś ważnego: widzą matkę tylko w jednej roli, nie wiedzą, że ona jest też istotą seksualną. Oczywiście, nie najlepiej mieć stały rozgardiasz w życiu dlatego, że mama ma temperament, ale też nie musi ona żyć w abstynencji. Tym bardziej że wtedy przekazuje dzieciom niechęć wobec seksu.

Skoro abstynencja nie jest dobra ani dla dzieci, ani dla matki, co powinna zrobić kobieta, która do tej pory rezygnowała z seksu? Dzieciom powiedzieć: „Jestem dorosła. Rozstaliśmy się z waszym ojcem, ale nie zamierzam z tego powodu być zawsze sama. To jednak, czy z kimś będę na stałe, zależy od tego, czy spotkam kogoś, kto okaże się godny i mnie, i was. A na randki będę chodziła, kiedy będę miała na to ochotę”. Ale też nie musi spotykać się z mężczyzną, by mieć seks. Istnieje przecież masturbacja. Może o tym nie chcieć pamiętać, bo kiedyś ksiądz jej powiedział, że to jest złe. Pewnie słyszała też, że jeśli sama sobie daje seks, to jest on gorszy niż ten, który może jej zaoferować mężczyzna. A przecież sami możemy najpełniej poznać własne ciało, jego reakcje i potrzeby. Niestety, jesteśmy wychowywane w przeświadczeniu, że okazywanie miłości samej sobie to dowód na to, że nikt inny okazać nam jej nie chce. A jest odwrotnie. Okazywanie miłości sobie to droga do nauczenia się, jak przyjmować ją od innych, dostrzegać to, co oni chcą nam dać. Umiejętność kochania siebie także nas uniezależnia.

Jest tak dużo singielek, że pewnie coraz więcej z nas umie żyć własną miłością. Oczywiście, że i tak jest, ale są też singielki, które dużo randkują, flirtują z mężczyznami – nieżonatymi i żonatymi, żeby tylko coś się działo. Bo inaczej robi się pusto. Długie związki raczej im się nie udają, bo dziewczyny są zbyt napięte, wchodzą w relacje z przymusu, a nie dla przyjemności. Nie jest to dziwne, bo kobiety nadal uczy się, że ich wartość musi być potwierdzona, niejako ostemplowana męskim zainteresowaniem, więc łatwo nam popaść w uzależnienie.

A jeśli taka uzależniona od męskiego zainteresowania singielka ma dzieci? Niektóre dzieci mówią: „Trudno. Mama tak ma, że musi, a jak musi, to trzeba się z tym pogodzić”. Mają do tego stoicki, filozoficzny stosunek. Ale są i takie, które się buntują, kłócą z matką. Obrażają ją, wyzywają. Inne ciężko to przeżywają, bo myślą, że one to dla mamy za mało, że są nieważne. Te postawy dzieci są zależne od tego, czy ich matka sama daje sobie prawo do uprawiania seksu. Wiadomo, że dziecko nie zastąpi kobiecie partnera. Ale też nie godzi się porzucać dziecka dla mężczyzny. Może być i tak, że dzieci widzą mamę nieszczęśliwą, bo ten pan, co przychodził, już nie przychodzi. Teraz nowy się pojawił, ale i tak wiadomo, że za jakiś czas go nie będzie. Te dzieci nie mają prostego dzieciństwa.

 
A ich matki jak się czują? Często mają wyrzuty sumienia, ale trudno im przestać biegać za mężczyznami, skoro dzień bez flirtu czy chociaż komplementu to dla nich dzień stracony. W uwolnieniu się od tej zależności może im pomóc pokochanie siebie. A wtedy nie męczy poczucie, że coś umyka: „taka młoda jestem, taka ładna i co? Nie wykorzystam tego?!”. Na szczęście jest coraz więcej kobiet, które chcą się uniezależnić. Wiedzą już, że wewnętrzny spokój to skarb, a nie synonim nudy czy monotonii, że mężczyzna nie wystarczy do ułożenia sobie życia.

Przed zbytnim korzystaniem z wolności seksualnej powinny nas powstrzymywać choćby wyniki badań, które mówią, że kobiety emocjonalnie wiążą się z partnerem, z którym uprawiają „tylko” seks. To fajna damska cecha, że pojawia się w nas czułość i zaangażowanie w efekcie bliskości cielesnej. Ale smutne i bolesne jest pozostanie w tej czułości bez odpowiedzi. Dajemy się nabrać – same się nabieramy z powodu małej wiedzy i doświadczenia oraz tragicznej w skutkach skłonności do ulegania iluzjom. Seks dla seksu może być ważnym doświadczeniem dla dziewczyn czy kobiet, dać im wiedzę, która w przyszłości pomoże w dokonywaniu świadomych wyborów. Nie uczą się dzięki romansom te dziewczyny, które mają niską samoocenę, one czują tylko, że dały się wykorzystać. Przypadkowy seks je rani. Czekają na telefon i kwiaty, a tych nie ma.

Z przypadkowego seksu robi się czasem przypadkowe dziecko… Kobieta samotna powinna pamiętać o antykoncepcji, mieć chociaż prezerwatywy w torebce. Na wszelki wypadek.

Wracając do rozterek samotnych mam: kiedy można zaprosić mężczyznę do domu, żeby nie narazić emocji dzieci? Dopiero kiedy kobieta pozna go na tyle, żeby wiedzieć: „będzie potrafił rozmawiać z moimi dziećmi”. Nie trzeba czekać aż do zaręczyn, bo chodzi o to, żeby dzieci zobaczyły mamę w innej roli – w relacji z mężczyzną. Ale też nie przyprowadzać nowego partnera, dopóki nie jest się pewną, że oboje chcemy być razem, że się zaraz nie rozstaniemy. Trzeba go też wprowadzać do rodziny stopniowo. Jeśli dzieci poznają przyjaciela mamy na spacerze, potem pójdą z nim na lody, a kiedyś jeszcze mama zaprosi go na obiad – wtedy wszystko jest tak, jak być powinno. Dzieci uczą się, że bliskość nie powstaje natychmiast. A seks nie jest potrzebą, którą trzeba niezwłocznie zaspokoić. Ulegając impulsowi, można rozładować napięcie, ale nic więcej. Taka nauka jest dzieciom potrzebna, bo pospieszne zaspokajanie potrzeb czyni ludzi płytkimi.

Kiedy partner mamy może zostać na noc? Lepiej seks fundować sobie poza domem, szczególnie jeśli mamy tendencje do krótkich związków. Nie jest dobrze przyprowadzać co chwila kogoś nowego do domu i mówić, że mamusia tak lubi. Kobieta ma prawo robić, co chce, ale tylko sobie. Nie ma prawa robić tego dzieciom. A jeśli co tydzień przyprowadza kogoś innego, przestaje być w ich oczach tą dorosłą, która daje poczucie bezpieczeństwa. Sama zachowuje się wtedy jak bachor, który nie potrafi powstrzymać się przed zachciankami. Dzieci mają mieć swój dom, a nie mieszkać w domu przechodnim, bo wtedy nie wiedzą, czyj to dom.

Nie wszystkie kobiety postępują tak rozsądnie. Czasem pozwalają dziecku rządzić. A przecież dziecko nie ma podstaw, żeby decydowało za mamę. Syn mówi do matki: „nie wolno ci!”. I ona mu ulega. Ale to jest postawienie sprawy na głowie. Dziecko wchodzi w rolę rodzica. Czasem też matki zamieniają córki w przyjaciółki i się ich radzą. Tymczasem córka to córka. Nie wolno jej wykorzystywać. Trzeba dziecku powiedzieć: „to nie twoja sprawa. Ważne jest dla mnie twoje zdanie, ale to ja decyduję, z kim będę się spotykała”. To bywa trudne, bo bardzo wiele kobiet nie potrafi samodzielnie decydować. Reagować także. Więc jeśli spotkają złego partnera, który na przykład dobiera się do ich dzieci, dochodzi do tragedii.

Matki w takich sytuacjach często udają, że nic nie widzą... Mają między sobą a światem taką ilość buforów obronnych, że są ślepe. Chociaż ich dzieci wołają o pomoc: nie jedząc, rzygając, przejadając się. To jest jeden wielki krzyk: „zauważcie mnie!”. Ale on nic nie daje, bo matki nawet do terapii się nie nadają właśnie z tego powodu, że się bronią przed prawdą, nie chcą wiedzieć i widzieć. Na szczęście coraz więcej skrzywdzonych w dzieciństwie ludzi przychodzi po pomoc do psychoterapeutów. Mamy dla nich ogromny szacunek – oni przekraczają swoje traumy, nie chcą im ulegać.

Podsumowując: od czego zależy, czy będziemy szczęśliwe w seksie, będąc – powiedzmy to wprost – same? Najważniejsze jest nastawienie. Ani samotna osoba nie musi być nieszczęśliwa i niespełniona erotycznie, ani osoba w związku nie musi być spełniona. Nie porównujmy się, bo wtedy singielka zazdrości mężatce, a mężatka singielce. Nasze subiektywne poczucie szczęścia nie powinno zależeć od czynników zewnętrznych, bo wtedy byle powiew losu może nas unieszczęśliwić. Dlatego rozwój ma iść w stronę ugruntowania siebie. Warto mieć seksualny stosunek do życia, cieszyć się z niego, mieć świadomość, że ono samo bierze się z seksualności. I jeśli życiu zaufamy, będziemy mieć nadzieję i radość mimo wszystko. A wtedy tylko krok do spotkania kogoś fajnego. Nie jest odwrotnie: nie muszę czekać z byciem szczęśliwą na to, aż ktoś przyjedzie, pocałuje mnie i obudzi ze snu. Książę w bajce to animus kobiety, jej własna poszukująca, dorosła, mocna część. Same się mamy obudzić i same uszczęśliwić. Ja jestem przeciw mitologii dwóch połówek, każdy ma szansę i prawo być całością, a wtedy spotyka pasującą drugą całość.

  1. Seks

Mam wirtualnego kochanka. O tym, czym jest cyberseks opowiada Katarzyna Miller

- Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Cyberseks. To słowo określa zarówno podbarwione erotyzmem rozmowy przez Internet, jak i wirtualny seks. Czy ten rodzaj rozkoszy zagraża ludzkości, czy wręcz przeciwnie – otwiera nowe drzwi do erotycznego nieba? – odpowiada Katarzyna Miller.

A gdyby tak sprawić sobie wirtualnego kochanka? Przyznaję, że do tej pory byłam raczej przestraszona apokaliptyczną wizją ludzkości zamkniętej w kapsułach. Aż tu nagle zaczęłam myśleć, że w tym wirtualnym seksie jest jednak coś rozkosznego. Wyobraziłam sobie, że zamawiam mężczyznę idealnego. Przystojnego cyberkochanka o upojnym głosie, który ma kilka par rąk. Jedna para rąk zajmuje się moimi stopami, druga pupą i plecami, trzecia piersiami, czwarta włosami... Ten kochanek ma dwa penisy (bo mogę sobie przecież zamówić, co chcę, bylebym miała za co) i mogę mu mówić: teraz wolniej, teraz mocniej... Spełnienie tego, co podczas seksu się myśli, a rzadko mówi. Co bardziej śmiałe kobiety, owszem, pokazują, proszą, ale starają się delikatnie, żeby go nie zranić, nie zniechęcić. A czasem miałoby się ochotę powiedzieć prosto z mostu: trochę w lewo, w prawo, a teraz tak trzy minuty. I co? Większość panów by się wściekła, że nie są tylko na usługi.

Ta wizja skłania mnie do zastanowienia się, co nam to mówi o nas samych i naszych relacjach. Dlaczego w ogóle wirtualny seks się pojawił? To kolejny erzac. Bo mamy problemy z relacjami, z komunikacją seksualną. I chcemy je rozwiązać na skróty. Przecież gdybyśmy mieli satysfakcjonujący seks w realu, nie szukalibyśmy zamienników. Niby oczywiste, ale co z tego? Wiemy to, ale niewiele robimy, by coś zmienić.

Ty ciągle tylko namawiasz, by nad czymś ciężko pracować. A człowiek chciałby się odprężyć i nie musieć wiecznie tak tyrać... Zauważ, że zaczęłam od wizji totalnego brania, a nie od zapracowywania! Nie widzę problemu w tym, by wirtualny seks jako opcja sobie istniał. Jak dobry drink od czasu do czasu urozmaicał życie. Kłopoty zaczynają się, gdy w zasadzie jest to opcja jedyna. A poza tym posucha i człowiek robi się samotny, więc w zasadzie w ten Internet ucieka, bo zwyczajny świat coraz mniej go interesuje. Łatwo się zatracić. Wspominam często doświadczenie ze szczurami, które mając dostęp do klapki drażniącej ich ośrodek rozkoszy w mózgu, przestawały jeść i zdychały z rozkoszy. Ale jakaż to piękna śmierć, powiedziałby niejeden.

Człowiek to nie szczur. Całe szczęście. Człowiek ma wielki potencjał, tylko pytanie, jaką jego część realizuje. Wielka szkoda, że nie poszliśmy drogą wiedzy seksualnej. Wciąż nie umiemy słuchać własnego ciała. Co dopiero mówić o wsłuchiwaniu się w ciała innych. A uczyć się nie chcemy. Panuje dość dziwaczny pogląd, że nie będziemy się tego uczyć, bo to niewłaściwe, ale umieć powinniśmy. Tylko skąd? Więc sobie konstruujemy przedłużki, żeby spełnić własne i cudze wizje na temat owego seksu. Boimy się, że on nami zawładnie. Tymczasem najprostsza droga do tego, by nami zawładnął, to właśnie unieważnienie go, usunięcie z życia. Najlepszy dowód: w kulturach plemiennych seks stanowił naturalną część życia, a przecież wcale nie było tak, że wszyscy nic, tylko go uprawiali. Jeśli to się dzieje w normalnym rytmie, nie ma groźby, że nagle zabijemy się, nawet klikając myszką bezpośrednio w swój ośrodek rozkoszy. I moim zdaniem całemu naszemu społeczeństwu coś takiego nie grozi.

A jednostkom? Jak najbardziej. Przecież osoby uzależnione od seksu tak właśnie się zabijają. Ludzie potrafią być tak niedowartościowani, że się degradują do podstawowych potrzeb. Z drugiej strony człowiek od zawsze marzył, by sobie móc robić dobrze, nie mieć granic. I nie musieć się wstydzić. To przecież podstawowa karma dla fantazji erotycznych. Stajemy przed możliwością zrealizowania tych wizji. Czy to nie pociągające? Wiesz, jak funkcjonują ludzie, którzy mają dużo dobrych orgazmów? Nie trzeba lekarzy. Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka.

Ale jaka niezwykła... Atrakcyjna, bo dająca nieustanne pobudzenie, które znieczula cierpienie, ten słynny ból istnienia. Człowiek, który ma intensywny internetowy związek oparty na seksie, potrafi być podobnie podniecony, otumaniony własną chemią mózgową, jak człowiek zakochany. To sytuacja dająca złudzenie związku i satysfakcję seksualną jednocześnie. I niewymagająca otwarcia się na prawdziwą bliskość, której dziś boimy się bardziej niż samotności. Przemawia więc szczególnie do ludzi, którzy cierpią z powodu braku miłości, nie umieją się odnaleźć w relacjach. Ucieczka w wirtualny świat jest więc jedynie objawem, a nie przyczyną trudności w relacjach. Oczywiście wtórnie owe trudności pogłębia. Coraz więcej ludzi łapie się na ten lep, bo coraz więcej w nas lęku przed kompromitacją, a coraz mniej prób nawiązania prawdziwych znajomości. Nie mówiąc o tym, że nie ma czasu, by je pielęgnować. A jak tu mieć dobry seks bez pielęgnowania bliskości?

Część ludzi wybiera więc po prostu przygodny seks, bez zobowiązań. Może to, co powiem, kogoś oburzy, ale skoro seks z założenia ma być przygodny, a więc przedmiotowy, to może lepiej jest to zrobić z cyberkochankiem? Nie za wiele się to różni, jeśli chodzi o poziom bliskości, za to doznania mogą być o wiele przyjemniejsze. No i nie zarazimy się HIV-em, nie zostaniemy sponiewierani... Mniejsze ryzyko.

Dość cyniczna wizja. Eee tam. Tak bywa. Oczywiście nie z każdym.

Dziwisz się? Żyjemy coraz szybciej, więc również w kwestii relacji i seksu idziemy na skróty. Gdy się oddasz we władanie cyberseksu, to czasu masz jeszcze mniej. Czatowanie, mejlowanie, komunikatory... To zżera każdą ilość czasu.

 
Czym wirtualny kochanek różni się od internetowego? Bo mam wrażenie, że to jednak inny rodzaj relacji. Cyberkochanka możesz sobie stworzyć na wzór i podobieństwo swoich marzeń. W Internecie znajdujesz po drugiej stronie rzeczywistego człowieka, więc nie możesz go sobie zaprogramować, by ci mówił słodkie słówka... To rodzaj fantomowej, nierzeczywistej relacji. W gruncie rzeczy nie wiadomo przecież, kto jest po tej drugiej stronie.

Nie wiadomo też, kto jest po tej... Człowiek śni sen o sobie samym, lepszym, odważniejszym, seksownym. Nieśmiały, pełen zahamowań człowiek w sieci może brylować. Stworzyć sobie inną tożsamość, która w każdej chwili może się znowu zmienić... Szczególnie trudno jest być szczerym i odważnym w stosunku do kogoś, na kim ci zależy. Paradoks tylko pozorny. Taka sytuacja jest zagrażająca – boimy się, co ta osoba sobie o nas pomyśli, jak zareaguje, boimy się odrzucenia. Szczególnie w seksie. Dlatego łatwiej przywdziać fałszywą tożsamość i wypisywać rzeczy, których byśmy w życiu naprawdę nie powiedzieli. Łatwiej też znieść odrzucenie – bo to przecież nie my.

Ale te rzeczy, które się wypisuje, bywają prawdziwe. I tak, i nie. Bywają to rzeczy, o których w skrytości ducha marzymy, ale się ich wstydzimy. W takim sensie cyberseksualne rozmowy potrafią człowieka ośmielić – gdy partner lub partnerka owych rozmów pozytywnie zareagują. Niestety, zwykle owa „śmiałość” pozostaje zdobyczą wyłącznie wirtualną, a w realu nic się nie zmienia. Bo rozdzielamy te sfery. Podobnie jak mężczyzna, który idzie do prostytutki, zwykle potem nie ćwiczy tego, co tam robił, z żoną.

Nieco inna sytuacja ma miejsce, gdy człowiek eksperymentuje w Internecie. Świadomie udaje kogoś innego, prowokuje, przekracza granice, prowadzi erotyczną grę. To jeszcze bardziej niebezpieczne, bo nie ma szansy, by normalne życie, normalne relacje były tak intensywne jak owa gra.

Czy nie jest tak, że nowe technologie wychodzą naprzeciw naszej pokusie przekraczania granic, norm? Wyciągają z człowieka, co w nim siedzi. Tak. I w tym sensie możemy powiedzieć, że dobrze, że owo „coś” znajdzie jakiekolwiek ujście. Bo jeśli go nie znajduje, rządzi nami z ukrycia. Ale nie jest to najlepsza forma ujścia. Choć nie chcielibyśmy tego tak widzieć, romansując w Internecie, prowadzimy podwójne życie. Z podwójną moralnością. To nie służy nikomu, nawet singlom. A już zwłaszcza komuś, kto żyje w parze. Można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że romans w Internecie ma ciężar emocjonalny podobny do zdrady. To nie jest takie niewinne, jak sobie lubimy wyobrażać, bo niszczy związek.

W jaki sposób? Z prostej przyczyny: energia seksualna, która dotąd była dla związku, jest kierowana gdzie indziej. A związek, w którym taka energia nie płynie, zamiera. Czy tego chcemy, czy nie. Tymczasem „tam” ciągnie coraz bardziej. Bo jest ten dreszczyk nowości, łatwiej się podniecić. A ze „starym” mężem czy żoną trzeba by się z powrotem postarać. I zanim się obejrzymy, następuje rozkład pożycia, jak to się mówi. Wiele małżeństw rozpada się z takiego powodu.

Znam kobietę, której małżeństwo się rozpadło przez ognisty związek, który nigdy nie wyszedł poza sieć. Aż jej cyberkochanek przestał się odzywać i z dnia na dzień zniknął. I ona się znalazła w totalnej depresji... Gdy taki związek się kończy, zostaje straszliwa pustka. Nakręcona dziewczyna żyła na takim haju, że pewnie nawet nie zauważyła, że małżeństwo się kończy. I raptem nic. Bardzo trudno jest w to uwierzyć, trochę tak, jakby się nagle zostało wygnanym z raju. Jakby ktoś umarł, choć przecież go nie było. A ona nawet nie wie, kim był ten facet po drugiej stronie, czy to, co pisali, było prawdą, czy nie? I w rzeczywistości tego mężczyzny, prawdę mówiąc, nie było. Ktoś pisał, ale na pewno nie ten, kogo ona czytała. Pisało jej marzenie. Pisał ktoś, kto był też dla siebie samego marzeniem. To nie znaczy, że go nie było w niej. To ważna lekcja, może wiele człowieka nauczyć, jeśli z niej skorzysta. Taki szok ma moc, by człowieka obudzić do prawdziwego życia, wyrwać go z internetowych szponów. Można sobie wtedy uświadomić, co sprawiło, że taki sztuczny związek w ogóle zaistniał. Dlaczego tak, a nie inaczej postąpiłam, kim był dla mnie ten kochanek, jakie moje potrzeby spełniał. I czego mam się uczyć, żeby spełniać je w realu. Żeby móc mieć kochanka prawdziwego. Albo przynajmniej – nie mogę sobie odmówić tej przyjemności – zafundować sobie jawne cyberzastępstwo, co do którego mamy pewność, że póki mamy baterie, na pewno nas nie zawiedzie...

  1. Seks

Ćwiczenia Tao na rozbudzenie energii seksualnej

Gdy energia seksualna swobodnie płynie przez nasze ciało, głębiej kochamy, lepiej się komunikujemy, stajemy się istotami twórczymi. (fot. iStock)
Gdy energia seksualna swobodnie płynie przez nasze ciało, głębiej kochamy, lepiej się komunikujemy, stajemy się istotami twórczymi. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Taoizm to starożytny chiński system filozoficzny. Taoiści uznają seksualność za integralną sferę życia i część stanu zdrowia człowieka. Energia seksualna, która przejawia się w ciele jako pożądanie, namiętność, jest aspektem energii życiowej, nazywanej chi (qi). Niski poziom energii życiowej objawia się również obniżonym popędem płciowym. Takie ćwiczenia jak wewnętrzny uśmiech, masaż piersi czy oddychanie do jajników mogą pomóc ci ją obudzić.

Taoizm to starożytny chiński system filozoficzny. Taoiści uznają seksualność za integralną sferę życia i stanu zdrowia człowieka. Energia seksualna, która przejawia się w ciele jako pożądanie, namiętność, jest aspektem energii życiowej, nazywanej chi (qi).

Niski poziom energii życiowej objawia się również obniżonym popędem płciowym. Takie ćwiczenia jak wewnętrzny uśmiech, masaż piersi czy oddychanie do jajników mogą pomóc ci ją obudzić.

Wewnętrzny uśmiech

1. Usiądź wygodnie i weź kilka oddechów.

2. Poczuj, jak twoje stopy opierają się mocno o podłoże.

3. Skieruj uwagę do klatki piersiowej i połóż jedną dłoń pośrodku. Poczuj, jak ciepło dłoni wpływa do twojego serca. Pomyśl o nim z czułością i wdzięcznością. Uśmiechnij się wewnętrznie do serca.

4. Wyobraź sobie, że z serca wypływa przyjemne ciepło w kierunku miednicy. Przenieś tam uwagę i połóż jedną dłoń na podbrzuszu. Przez chwilę pozwól sobie odczuwać połączenie między sercem a obszarem miednicy. Teraz uświadom sobie twoje narządy płciowe. Oddychaj brzusznie (wraz z wdechem twoja jama brzuszna zwiększa się, na wydechu zmniejsza, wydychasz w stronę kręgosłupa) i po kolei uśmiechaj się do wszystkich organów związanych z seksualnością: jajników, macicy, szyjki macicy, waginy, łechtaczki. Obdarzaj je czułością i miłością.

5. W trakcie wykonywania tej części ćwiczenia być może poczujesz delikatny lub silniejszy ruch, wibrację energii seksualnej, która obudzi się w twojej miednicy. Bądź w tym odczuciu, obserwuj, jak reagujesz na obudzenie tej energii. Pozwól jej po prostu być. Taki rodzaj kontaktu z narządami seksualnymi może wywołać w tobie różne emocje, być może poczujesz potrzebę płaczu. Pozwól sobie na uwolnienie uśpionych uczuć, emocji z obszaru podbrzusza. To część procesu poznawania siebie, kontaktowania się z potężną energią twórczą, jaką jest energia seksualna.

Jajniki – siła kobiety

1. Usiądź wygodnie i weź kilka długich wdechów i wydechów.

2. Przenieś uwagę do swojego podbrzusza i zlokalizuj jajniki. Połóż dłonie na podbrzuszu w taki sposób, aby kciuki stykały się na pępku, a palce dłoni skierowane były w dół; kciuki i palce wskazujące tworzą trójkąt. Kiedy rozsuniesz trochę małe palce, zlokalizujesz jajniki.

3. Połóż prawą dłoń nad prawym jajnikiem, a lewą nad lewym. Zacznij oddychać brzusznie – wraz z wdechem twoje podbrzusze unosi się, zaś na wydechu wciągasz brzuch. Ten rodzaj oddechu lepiej dotlenia organy miednicy. Oddychaj tak przez minutę lub dwie.

4. Oddychaj przez chwilę tylko do prawego jajnika, a potem tylko do lewego, na zakończenie znów do obydwu. Wyobraź sobie, że wypełniasz się życiodajną energią, którą możesz wizualizować jako białe światło.

Twoje piękne piersi

Wiele kobiet ma kompleksy na punkcie swoich piersi. Myślimy o nich, że są zbyt małe, zbyt duże albo niesymetryczne. Akceptacja piersi ma dużo wspólnego z akceptacją siebie jako kobiety. Piersi to symbol naszej kobiecości, piękna, zmysłowości i miłości, którą obdarzamy innych.

1. Stań przed lustrem, mając na sobie tylko biustonosz (możesz pozostać w spódnicy lub spodniach). Umów się ze sobą, że nie będziesz stosowała żadnych krytycznych uwag pod swoim adresem. Spójrz na siebie i swoje piersi z czułością oraz troską.

2. Delikatnie dotykaj obie piersi opuszkami palców, okrężnymi ruchami. Po pewnym czasie delikatnie dotknij brodawek. Cały czas oddychaj swobodnie i spokojnie.

3. Zamknij oczy i dotykaj swoich piersi intuicyjnie, wczuwając się w doznania. Sprawdzaj, jaki rodzaj dotyku jest dla ciebie najbardziej relaksujący, a jaki najbardziej pobudzający seksualnie. Powtarzaj to ćwiczenie, zawsze kiedy poczujesz potrzebę obdarzenia czułością swoich piersi oraz rozbudzenia energii seksualnej.

Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolożka, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.

  1. Seks

Nie mając bliskiego kontaktu ze swoją seksualnością, zaniedbujemy własne zdrowie

Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Prawdziwa troska o siebie jest możliwa tylko wtedy, gdy obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W jaki sposób seksualność wpływa na nasze zdrowie? Seksualność to potężna siła – jej energia służy przecież przetrwaniu gatunku. Powstaje w ciele, ożywia serce i umysł oraz nasze relacje z innymi i światem. Niewątpliwie dotyka też sfery duchowej. Od jakości tej energii, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie.

Seksualność rozwija się od początku naszego istnienia, zależy od wielu czynników. Ten rozwój mogą jednak zakłócić przeszkody wynikające z osobistych historii, relacji rodzinnych i szerzej, z przekazów społeczno-kulturowych. Obserwując swoje przeżycia i słuchając innych kobiet, dostrzegam w wielu naszych typowych zachowaniach niesłużących zdrowiu skutki tych zakłóceń. Poczucie winy, lęk i wstyd to wciąż uczucia, które wiele kobiet przeżywa w związku ze swoją seksualnością. Od najwcześniejszych lat uczymy się, że jeśli odczuwamy coś w „tej” części ciała, to nie jest to w porządku. Dojrzewamy, lata lecą, a głęboko zakodowany lęk nie pozwala nam wykształcić postawy odpowiedzialności za swoje zdrowie. Bo jeżeli nie akceptujemy swojego ciała w całości, to trudno je szanować. Łatwo jest wtedy oddać decyzje dotyczące tego, co dla nas dobre, a co nie, innym – mamie, partnerom, doktorom itd.

Czy to znaczy, że kobiety nie potrafią tak naprawdę o siebie zadbać? Nie potrafią… Dlaczego tyle kobiet choruje i umiera na nowotwory piersi czy szyjki macicy, mimo że medycyna oferuje coraz większe możliwości wczesnej diagnozy? Żebyśmy umiały o siebie zadbać, muszą się zmienić nasze postawy, a nie opinie. Coraz więcej jest społecznych akcji na rzecz profilaktyki chorób kobiecych i większa niż kiedykolwiek dostępność informacji, a jednak kobiety ciągle nie korzystają z tego w wystarczającym stopniu. I to najczęściej nie brak czasu, pieniędzy lub wiedzy jest tego powodem. To dość powszechne zjawisko – odkładanie wizyty kontrolnej u ginekologa. A kiedy pojawia się jakaś dolegliwość, ból, wiadomość o chorobie innej kobiety, nadchodzi strach, obawa i refleksja: „O rany! Miałam już dawno temu zrobić cytologię i mammografię!”. Zaniedbujemy siebie najczęściej dlatego, że nigdy nie nawiązałyśmy bliskiego kontaktu z macicą, jajnikami, pochwą. Są jak jakaś „ziemia niczyja”. Myślenie z troską i miłością o swoich narządach płciowych brzmi dla wielu z nas jak herezja. Jest jednak taki okres w życiu kobiety, kiedy może publicznie obnosić się ze skutkiem prowadzenia życia seksualnego i rozmawiać o tym, co dzieje się w jej ciele, i to właśnie „tam” – to oczywiście ciąża i poród. Wiele kobiet doświadcza wtedy mocniej niż kiedykolwiek poczucia kobiecej wspólnoty, swobody i akceptacji ciała.

Jak według ciebie mogłaby się przejawiać prawdziwa troska o siebie? Kojarzy mi się z miłością i opiekuńczością, jaką otaczamy dziecko. Ani nie chronimy go nadmiernie przed światem, ani nie zaniedbujemy. Nie chodzi więc o to, żeby z lękiem biegać co chwila na badania lub odwrotnie – zupełnie je lekceważyć. Jeżeli obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym, zauważymy to, co wymaga zauważenia. Wtedy możemy działać. Na przykład udać się na badanie, wybrać właściwego lekarza albo ubrać się ciepło, albo nie zgodzić na seks bez prezerwatywy.

A jakie są nasze rutynowe zachowania? Nie próbujemy wpływać na bieg zdarzeń. Pragnąc uśmierzyć lęk, polegamy głównie na autorytetach zewnętrznych, poddajemy się im całkowicie, „opuszczamy siebie”. Kobiety często godzą się na leczenie czy zabiegi, ale bez wewnętrznego przekonania. Trudno im przyjąć, że mają wpływ na swoje leczenie: że mogą pytać, mieć wątpliwości, zbierać informacje. Dlatego bardzo ważne jest znalezienie odpowiedniego lekarza, który nie będzie wyrocznią, lecz partnerem. Podobnie w seksie: w sprawach antykoncepcji czy profilaktyki chorób przenoszonych drogą płciową. Jak często kobiety zabierają prezerwatywę, idąc na randkę? Czy stawiają stanowczo sprawę jej użycia, czy raczej z nadzieją wyczekują na to, co on zrobi? W dbaniu o zdrowie inni mogą nam pomóc, ale nikt nas nie wyręczy w decydowaniu o tym, co, kiedy i jak robić w tej sprawie.

Czy znasz jakiś przykład, który pokazywałby, że można postępować inaczej? Pracowałam kiedyś z pewną kobietą. Była u ginekolożki i okazało się, że ma polipa na szyjce macicy. To nic groźnego, ale doradzano jej usunięcie go. Minęły trzy albo cztery lata, zanim się na to zdecydowała. Bała się. Była też wtedy przeciwna wszelkim ingerencjom chirurgicznym, interesowała się medycyną naturalną. Robiła sobie głodówki, bo myślała, że może dzięki nim narośl samoczynnie się wchłonie. Od czasu do czasu chodziła na wizyty kontrolne i dowiadywała się, że polip cały czas jest, a nawet obok wyrósł drugi i trzeci. To był też czas, kiedy dość intensywnie pracowała nad sobą, zamykała różne sprawy z przeszłości, również te związane ze swoją seksualnością. Podejrzewała, że ten polip musi być z nimi związany. Wreszcie któregoś dnia napisała list – do tej właśnie części siebie, do tego kawałka szyjki macicy. Wiedziała, co jej powiedzieć. Wiedziała, że to pozostałość po tym, co bolało. To był przełomowy moment – usłyszała siebie poprzez tę część. I wtedy zdecydowała się na zabieg. Wyobraź sobie, że było to jedno z najlepszych doświadczeń w jej życiu!

Nawiązała kontakt ze sobą... To wskazówka dla każdej z nas? To trwało kilka lat, miała za sobą wiele lat terapii. U różnych kobiet ten proces wchodzenia ze sobą w głęboki kontakt może wyglądać różnie. We mnie jej doświadczenie obudziło refleksję, że możemy wiele dla siebie zrobić, tylko ważne, by zrobić to we właściwym momencie – kiedy czujemy w sobie gotowość. Dobrze, jeśli uporządkowaniu na poziomie cielesnym towarzyszy uporządkowanie na poziomie psychicznym. Wtedy nie musisz już słuchać się lekarza, ale możesz go posłuchać, jeśli tak zdecydujesz. Lekarz staje się partnerem. Gdyby ta kobieta poszła na zabieg ze strachu, to polip pewnie by odrósł. Jeśli kieruje nami strach, często opóźniamy pewne decyzje albo na siłę je przyspieszamy. Chodzi o to, by ze zrozumieniem zadbać o siebie, zrobić coś, czego naprawdę potrzebujemy. Odczytać właściwie sygnały naszego ciała i na nie odpowiedzieć.

 
Taka postawa wymaga chyba dużego zaufania do siebie, dojrzałości? Tak i warto ją rozwijać, nauczyć się, że doznań z ciała nie trzeba się bać. One są naszym sprzymierzeńcem. Pokazują nam, że coś jest nie tak, że trzeba się zatrzymać, coś zmienić. Odpowiednio wcześnie zauważone pomagają nam zwykle w wyzdrowieniu. Nie mamy wpływu na wszystko, ale na to, jak traktujemy nasze ciało – tak. Mamy w tej kwestii bardzo dużo do zrobienia. W profilaktyce chorób kobiecych niezwykle ważne jest odnowienie kontaktu z własną seksualnością.

Kiedy cię słucham, przypomina mi się pewne zdarzenie: siedzimy w gronie kilku kobiet i opowiadamy o tym, jak o siebie dbamy. Któraś mówi, że nie je mięsa, inna, że z powodu grupy krwi 0 je i dobrze się czuje, kolejna przez trzy miesiące była na ścisłej diecie. Każda z nas coś robiła. Wreszcie jedna z kobiet zapytana: „A co ty robisz, kiedy źle się czujesz?”, odpowiedziała: „Ja nic nie robię, jem to, na co mam ochotę, nie stosuję żadnych diet, a jak czuję, że coś jest nie tak, to się odprężam, głaszczę swoje ciało, staram się w nie wsłuchać, być dla siebie dobra...”. Pamiętam, że jej wypowiedź bardzo mnie zdenerwowała. Dopiero później uświadomiłam sobie, że zdenerwowałam się, bo ja tak nie potrafię: objąć siebie czule i zapytać, czego naprawdę potrzebuję. To jest ideał: umieć wsłuchać się w swoje ciało, także wtedy, kiedy wszystko jest w porządku i czujemy się dobrze. Kiedy pozwalamy sobie na przyjemność, odprężenie, radość. Bo jeśli w takich momentach siebie usłyszymy, to jest bardziej prawdopodobne, że usłyszymy też niepokojące sygnały. Akceptacja bez winy i lęku to najlepsza profilaktyka.

Na swoich warsztatach dla kobiet proponujesz np. ćwiczenia pomagające skontaktować się z podbrzuszem, doenergetyzować ten rejon. Reakcje na twoje ćwiczenia bywają różne. Pierwsze, co często wychodzi na wierzch, to lęk, wstyd i inne zmory. Tego rodzaju ćwiczenia są dobre, ale bywają o wiele skuteczniejsze wtedy, gdy przekroczymy instrumentalny stosunek do własnego ciała. Inaczej staną się kolejną rzeczą, którą „trzeba ze sobą zrobić”. Jest dzisiaj tyle możliwości rozwoju, dbania o siebie, ćwiczeń, technik, zabiegów, leków i parafarmaceutyków... Ale wszystko to na nic, jeśli traktujemy siebie przedmiotowo i w panice rzucamy się od jednej metody do drugiej.

No tak, pamiętam z twojego warsztatu, że zatrzymujesz się za każdym razem, gdy pod wpływem jakiegoś ćwiczenia wyłoni się trudne uczucie. Objaw cielesny czy trudność emocjonalna wskazują nam zwykle obszary, w których mamy coś do zrobienia. Warto się wtedy zatrzymać, posłuchać, poobserwować, objąć uwagą bolesne miejsce. Chciałabym, żebyśmy zaufały mądrości ciała i mądrości Stwórcy – jakąkolwiek siłę mamy tu na myśli – pozwoliły sobie na przyjęcie własnej kobiecości, żebyśmy nie musiały się bać, wstydzić i ukrywać same przed sobą, a w konsekwencji chorować.

Jesteśmy bombardowane informacjami o korzyściach, które możemy mieć z uprawiania seksu. Wielu specjalistów powtarza, że seks to jeden z filarów zdrowia: młodniejemy, polepsza się nasza odporność, mamy rumieńce i błyszczące oczy itd. Czy seks rzeczywiście może tak działać? Na każdą kobietę i na każdego mężczyznę podziała szczęśliwe życie – chwile radości, rozkoszy, bliskości, zaangażowania, odprężenia – również w seksie. Seks nie jest jednak panaceum, które można stosować w oderwaniu od reszty siebie. Takie myślenie grozi niewolą i robieniem czegoś wbrew sobie. Nie traktujmy instrumentalnie seksu, siebie i partnera. Nie jesteśmy mechanizmem, w którym trzeba coś dokręcić lub poluzować. Zdrowie i choroba to nieodłączne elementy życia. Żadne zalecenia, diety, nowe specyfiki nie uwolnią nas od poszukiwania własnej odpowiedzi na pytania: czego potrzebuję, czego mi brak, co odczuwam, czego doświadczam, co mogę zrobić, na co się decyduję. W dzisiejszym świecie pełnym rozmaitych recept na dobre życie i szybkich środków na wszelkie dolegliwości niełatwo znaleźć własną drogę. Ja odkryłam, jak wielki potencjał może być zamrożony w naszym ciele na skutek nieuświadomionych przekazów dotyczących kobiecej seksualności, ile mamy do odzyskania i jakie wtedy otwierają się przed nami możliwości!

  1. Seks

W seksie również należy się szkolić

Lubimy porównywać seks do jedzenia: obie dziedziny odwołują się przecież do zmysłów. Skoro więc kupujemy książki kucharskie z daniami kuchni całego świata, próbując wprowadzać nowe smaki, czemu nie poszukać inspiracji w sferze erotyki? (Fot. iStock)
Lubimy porównywać seks do jedzenia: obie dziedziny odwołują się przecież do zmysłów. Skoro więc kupujemy książki kucharskie z daniami kuchni całego świata, próbując wprowadzać nowe smaki, czemu nie poszukać inspiracji w sferze erotyki? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Lubimy porównywać seks do kuchni. Dobrze! Życie erotyczne powinno być jak nieustająca uczta. Czemu nie jest? Może do sypialni zakradł się jakiś błąd w sztuce?

Kto sięga po poradniki seksualne? Badania przeprowadzone wśród sprzedawców w amerykańskich księgarniach pokazują, że ponad 80 procent czytelników stanowią kobiety. Czyżby wiedziały o seksie mniej niż mężczyźni? Niekoniecznie. Za to częściej uważają, że w tej sferze można – a nawet trzeba – się doskonalić.

– Panowie stawiają wyjątkowy opór w kwestii dokształcania seksualnego. Jakąkolwiek sugestię, że mogliby się czegoś douczyć, uważają bowiem za ujmę na honorze – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. Tymczasem, zdaniem seksuologów, poradniki seksualne powinna czytać każda para kochanków. Bo choć różni ich być może wiedza na temat seksu, własne doświadczenia, oczekiwania i potrzeby, to jednak z pewnością oboje mogliby się czegoś nowego nauczyć. I to wspólnie.

Lubimy porównywać seks do jedzenia: obie dziedziny odwołują się przecież do zmysłów. Skoro więc kupujemy książki kucharskie z daniami kuchni całego świata, próbując wprowadzać nowe smaki, czemu nie poszukać inspiracji w sferze erotyki? Przecież seks jest kuchnią pożądania...

Lekcja pierwsza: wiedza o partnerze

– Czy na pewno wiemy, co lubi nasz partner, czy tylko tak nam się wydaje? – pyta Małgorzata Zaryczna. – Często bywa tak, że upodobania kochanka lub kochanki wnioskujemy z wyglądu, min, gestów, westchnień… Zgadujemy. I raczej rzadko mamy odwagę weryfikować tę wiedzę, bo a nuż okaże się, że coś jest jednak nie tak albo że do tej pory wszystko robiliśmy źle.

Takie ryzyko powstrzymuje przed pytaniami i zmianami. Schematycznie to wprawdzie bez fajerwerków, ale za to bezpiecznie. Tylko że wyjście poza rutynę nie musi być od razu skokiem na głęboką wodę. Zacznijmy od dodatkowej szczypty uwagi wobec kochanka i uruchomienia wyobraźni.

Kobiety narzekają nieraz, że mężczyźni traktują je jak roboty: znają tylko trzy przyciski: dwa na górze i jeden na dole. Podotykają je trochę i... ot, cała gra wstępna. A współcześni mężczyźni, przytłoczeni wiedzą o sposobach dostarczania kobiecie rozkoszy, przerażeni, czy podołają, wolą w gąszczu niepewności swoje sprawdzone trzy przyciski. Dość częsty błąd kochanków to tendencja do dawania drugiej osobie tego, co sami chcielibyśmy dostać. Dlatego kobiety pieszczą mężczyzn subtelnie, muskając ich skórę, podczas gdy oni woleliby mocniejsze pieszczoty, bo ich skóra jest słabiej unerwiona. Dokładnie odwrotnie postępują panowie – ich dotyk bywa dla kobiet zbyt mocny i gwałtowny.

Podobnie dzieje się z łóżkowymi rozmowami: mężczyźni, którzy sami chcieliby usłyszeć, że są świetnymi kochankami i że ich partnerkom z nikim dotąd nie było tak dobrze, jak z nimi – właśnie to dają im do zrozumienia. Tymczasem kobieta wolałaby usłyszeć „jesteś piękna” lub „kocham cię”.

Kolejny błąd: wygodnictwo. Z czasem nie chce nam się już szukać, sprawdzać, starać się. Skoro coś do tej pory działało, będzie działało zawsze – myślimy.

– Często próbujemy stosować triki sprawdzone w poprzednich związkach – w kolejnych relacjach. To nie jest dobry pomysł. Każdy jest przecież inny, każdy ma swoje potrzeby i upodobania. Nie ma sensu porównywać obecnego partnera z poprzednim – twierdzi Małgorzata Zaryczna. – A w stałych związkach nie ulegajmy przyzwyczajeniom. Na drugą osobę trzeba być uważnym przez cały czas. To, co sprawiało nam przyjemność dziesięć lat temu, dziś może być irytujące. I odwrotnie: coś, czego nie lubiliśmy i kiedyś nas odstraszało, dziś możemy postrzegać jako nęcące.

 

Lekcja druga: geografia mężczyzny

Jest taki dowcip: Ile stref erogennych ma mężczyzna? I do wyboru trzy odpowiedzi: a) jedną, b) jedną, c) jedną. Śmieszne? Przede wszystkim bardzo nieprawdziwe.

– Uważa się, że aż 60 procent ciała kobiety to strefy erogenne – mówi Zaryczna. – W porównaniu z tym 12 procent ciała mężczyzny to niewiele. Ale to wciąż dużo więcej niż tylko penis i jądra.

Manuela Gretkowska powiedziała kiedyś, że mężczyzna jest łatwy w obsłudze, bo ma tylko jedną dźwignię. Niektóre kobiety obrały to zdanie za drogowskaz, jak sprawiać przyjemność swojemu partnerowi. Niestety, ten sposób grozi skazaniem się na nudę w sypialni. Prawda jest taka, że każdy centymetr kwadratowy ludzkiej – zarówno męskiej, jak i kobiecej – skóry jest bogaty w receptory nerwowe wrażliwe na stymulację. – A strefy erogenne mężczyzny pokrywają się mniej więcej ze strefami erogennymi kobiety – dodaje seksuolog. – Należą do nich nie tylko genitalia, ale także wewnętrzna część ud, brzuch, podbrzusze, sutki, pośladki, uszy czy kark.

Jeśli oczekujemy od partnera indywidualnego podejścia do naszego ciała, to nie ma powodu, by nie zrewanżować mu się tym samym. – Kiedy znamy już jego „podręcznikowe” strefy erogenne, poznajmy pozostałe, te „prywatne”. Ich odkrycie może okazać się niespodzianką, a dla partnera – źródłem głębszych rozkoszy – mówi seksuolog.

Lekcja trzecia: sztuka odmawiania

Nie masz ochoty na seks – to zdarza się każdemu. Pytanie: czy potrafisz o tym zakomunikować swojemu partnerowi lub partnerce? Czy umiesz odmawiać?

A cóż to za trudność?! Chyba jednak duża, skoro z takim problemem zmaga się coraz więcej małżeństw. Zwykle mechanizm wygląda następująco: ten kto odmawia ma poczucie winy, bo myśli, że partner czuje się odrzucony, zraniony. Żeby się lepiej poczuć – świadomie lub podświadomie – zarzuca mu, że to on jest winny, bo chce seksu. Gdyby nie chciał, nie byłoby odmowy, a więc i poczucia odrzucenia. Z kolei druga osoba zaczyna oskarżać partnera lub partnerkę o brak uczuć i oziębłość, zwłaszcza gdy odmowa zdarzyła się kilka razy…

– A przecież tu nie ma miejsca na ocenę czy oskarżenia – uważa seksuolog. – To, że mamy potrzebę seksualną, nie jest ani gorsze, ani lepsze od tego, że jej nie mamy. Oba stany są jednakowo w porządku. Gdy kobieta swoje poczucie winy za to, że odmawia seksu, umieszcza w mężu, on czuje się potępiony za swe naturalne potrzeby. To błędne koło, które zatruwa życie wielu parom.

– Byłoby idealnie, gdybyśmy umieli powiedzieć „nie” w taki sposób, by nie karać drugiej strony za jej potrzeby – radzi Zaryczna. – Zamiast dwóch mielibyśmy jeden problem. A być może i żadnego, bo jak się mówi „nie” bez oskarżania, to druga strona ma znacznie mniejsze powody do niezadowolenia. Zamiast zmuszać się do seksu „dla dobra sprawy”, można przecież powiedzieć: „nie mam ochoty, ale postaram się w inny sposób zaspokoić twoje potrzeby” i zaproponować na przykład pieszczoty. Pamiętajmy przy tym, że seksualność kobiety jest tak skonstruowana, że pożądanie może pojawić się dopiero podczas pieszczot, na które wcześniej nie miała ochoty. To kolejny argument za uczciwością wobec swoich potrzeb.

Druga strona nie może też nalegać zbyt mocno. Trzeba się spotkać w pół drogi. Zaopiekować nawzajem swoimi potrzebami. Kiedy oddzieli się odmowę od oceny, nie ma presji. Ta jest zawsze zabójcza dla udanego życia erotycznego.

Zajęcia praktyczne: kuszenie i uwodzenie

Co najczęściej powtarzają mężczyźni? „Jesteśmy wzrokowcami”. Co robią kobiety? Słyszą to i… niewiele z tego wynika. Kiedy on proponuje ukochanej, by włożyła seksowną bieliznę, pończochy czy koronkową koszulkę, ona uważa to za co najmniej niestosowne, ma poczucie, że mąż traktuje ją jak dziwkę lub w najlepszym przypadku bezosobowy obiekt seksualny!

– Nie ma nic złego w tym, że w kawałku koronki wyglądasz seksownie, a twój partner ma na ciebie większą ochotę – uważa Zaryczna. – Przecież w sypialni ma być seksownie! To, że działasz na niego w wyuzdanej bieliźnie, wcale nie znaczy, że nie będzie cię kochał w dżinsach na wycieczce.

Przebieranki i eksperymenty od czasu do czasu mogą ożywić, a wręcz uzdrowić życie seksualne w stałych związkach. Bo gdy jesteśmy razem wystarczająco długo, by być pewnymi swoich uczuć, przestajemy się nawzajem kusić, uwodzić, zabiegać o siebie. Traktujemy partnera, jakby nosił nalepkę „zaklepany”. A to kolejny, dość powszechny błąd!

Na początku znajomości kobiety bawi noszenie atrakcyjnej bielizny czy właśnie jej nienoszenie. Mężczyźni kupują swoim dziewczynom kwiaty i czekoladki, zabierają je na randki w romantyczne miejsca, prawią komplementy… Dlaczego to nie trwa wiecznie? Nie tylko z powodu lenistwa. Wieloletnie pary często mają niszczące poczucie, że już nie będzie tak, jak na początku. Porównują stan obecny z okresem, kiedy pomiędzy nimi iskrzyło od rana do… rana. A skoro „to se ne vrati”, to po co się trudzić?

– W dodatku kobiety nie chcą eksperymentować, bo się boją, że jeśli raz założą koronkowe body, partner będzie tego oczekiwał już zawsze – a może ona nie będzie mieć akurat na to ochoty? – dodaje Zaryczna. – Mężczyzna podobnie: przechodząc koło kwiaciarni, nawet wpadnie na pomysł, by kupić żonie kwiaty, ale na myśl, że zamiast „dziękuję”, usłyszy zarzut: „czemu tak rzadko?” – woli wrócić z pustymi rękoma.

A bynajmniej nie o to chodzi, kto, ile i jak często. Naprawdę liczy się, że partner pamięta, myśli, pragnie właśnie mnie, że nadal chce się dla mnie starać. Że celebruje spędzony wspólnie czas.