1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks

Scenariusz na udany seks. Wywiad z Ianem Kernerem, autorem bestselleru „Jej orgazm najpierw”

Ian Kerner, amerykański psychoterapeuta specjalizujący się w terapii seksualnej. Wykładowca na Uniwersytecie Nowojorskim, w Yale i Princeton. Założyciel witryny internetowej Good in Bed, zrzeszającej wiodących ekspertów od spraw seksu i związków. Jego książka „Jej orgazm najpierw. Poradnik dla myślących mężczyzn” została uznana za najlepszy tytuł non fiction w 2004 roku. Właśnie ukazała się trzecia książka jego autorstwa – „Opowiedz mi o swoim ostatnim seksie”. (Fot. Atsushi Inshijama/materiały prasowe)
Zdaniem Iana Kernera, amerykańskiego doradcy seksualnego i terapeuty par, każdy z nas ma swój scenariusz, który nieświadomie, krok po kroku, realizuje podczas każdego aktu seksualnego. Jeśli więc pojawia się jakiś brak czy niespełnienie, trzeba przepisać ten scenariusz tak, by dla obu stron kończył się happy endem.

Terapię zaczynasz raczej bezpardonowo. Na dzień dobry prosisz parę, by – zgodnie z tytułem Twojej ostatniej książki – opowiedziała Ci o swoim ostatnim seksie. Ludzi to nie krępuje?
Niektórych na pewno. Wielu moich pacjentów wychowywało się w „domu bez seksu”. I nie chodzi o to, że w ogóle go nie było, po prostu nikt o tych sprawach nie mówił, traktowało się je jako coś niestosownego, wstydliwego lub wręcz złego. Ludzie, którzy dorastają w takiej atmosferze, nie potrafią później rozmawiać o seksie nawet z partnerem, z którym go uprawiają. Sam dorastałem w latach 70., czyli czasach bez Internetu i magazynów poświęconych męskiej seksualności. Jak większość młodych chłopaków byłem więc zagubiony i zdezorientowany. Nie miałem żadnego punktu odniesienia, nie wiedziałem, że przedwczesny wytrysk jest jednym z najczęstszych problemów, jakich doświadczają mężczyźni, a nie tylko moim defektem. Przez to seks długo był dla mnie źródłem stresu, frustracji i wstydu. W pewnym momencie zupełnie zrezygnowałem z randek i współżycia, byłem na skraju depresji. Mimo to nie potrafiłem nikomu zaufać i zwierzyć się ze swoich problemów. By się ratować, zacząłem czytać. W bibliotece odkryłem badania Williama Mastersa i Virginii Johnson dotyczące różnych dysfunkcji seksualnych, a także prace Alfreda Kinseya, Shere Hite i Helen Singer Kaplan. To odkrycie sprawiło, że zostałem terapeutą seksualnym.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że opowiadanie o intymnych sprawach obcemu facetowi, i to jeszcze na pierwszym spotkaniu, może być niezręczne. Stąd seksterapia przypomina trochę wizytę u dentysty. I tu, i tu wielu ludzi przychodzi po pomoc dopiero wtedy, kiedy ból nie pozwala im już normalnie funkcjonować. Moi pacjenci często latami cierpią na różnego rodzaju frustracje i niepowodzenia. Kiedy w końcu trafiają do gabinetu, są już gotowi niemal na wszystko, by tylko odmienić swoje życie seksualne i zmniejszyć dystans, jaki dzieli ich z partnerem lub partnerką, bo ludzie, którzy leżą razem w łóżku, potrafią być oddaleni od siebie o miliony mil.

Zawsze wiesz, jak im pomóc?
Myślę, że już samo moje pozytywne nastawienie do tego tematu bardzo im pomaga, bo tworzę bezpieczną przestrzeń, w której wreszcie mogą się otworzyć. Nie jestem tylko lekarzem wygłaszającym mądre rady, ale też człowiekiem, który sam doświadczył problemów w tej sferze. Wiele razy opowiadałem o tym publicznie, ludzie mogą się więc utożsamiać z moją historią, a to z pewnością ułatwia szczerą rozmowę. Pacjenci doskonale wiedzą, że nie wypytuję ich o seks z niezdrowej ciekawości.
Akt seksualny to złożony proces, a każdy jego szczegół wpływa na jakość finału. I każdy seks jest poniekąd seksem grupowym, bo idziemy do łóżka nie tylko z partnerem czy partnerką, ale zabieramy ze sobą też międzypokoleniowe urazy, wyobrażenie o własnym ciele, wychowanie, wartości religijne, doświadczenia związane z płcią, rasą czy pochodzeniem społecznym. Aby dobrze zrozumieć problem i spojrzeć na niego z wielu różnych perspektyw: biologicznej, kulturowej, psychologicznej i relacyjnej, muszę zabawić się najpierw w detektywa, przesłuchać świadków i dokładnie poznać przebieg akcji. Zadaję więc całą masę bezpardonowych pytań: Kiedy i gdzie odbyło się wydarzenie? Kto je zainicjował? Źródłem podniecenia było ciało, a może umysł? Czy partnerzy byli tak samo zaangażowani w akcję? Czy któryś z nich miał orgazm, a jeśli tak, kto pierwszy? Ważne jest także to, co robimy i czujemy po stosunku. Od razu zasypiasz lub włączasz telewizor czy celebrujesz tę chwilę, leżąc w objęciach partnera? Jak to doświadczenie wpływa na ciebie na poziomie emocjonalnym i psychicznym? Odpowiedzi na te pytania pozwalają poznać tak zwany skrypt seksualny, czyli serię interakcji fizycznych, psychicznych i emocjonalnych, w które angażuje się para. Później razem redagujemy i przepisujemy na nowo ten scenariusz tak, by dla obu stron seks kończył się happy endem.

Kiedy o tym mówisz, to wydaje się proste, ale dobrze wiemy, że najtrudniej wyrwać się z utartych schematów.
To prawda, ludzie często przychodzą na terapię z bardzo sztywnymi, ograniczającymi przekonaniami, jak na przykład takimi, że mężczyzna jest zawsze gotowy do akcji, a ból podczas seksu jest czymś naturalnym u kobiet. Wiele osób boi się pornografii, bo upatruje w niej źródło dewiacji i deprawacji. Podczas terapii bacznie się im wszystkim przyglądam i zazwyczaj prowokuję swoich pacjentów do spojrzenia na różne sprawy z innej perspektywy, bo zamykanie się w jednej wizji świata jest największym wrogiem dobrego seksu.

Celem terapii jest rozszerzenie systemu przekonań dotyczących życia seksualnego. Z mojego doświadczenia wynika, że najtrudniej przychodzi to parom heteroseksualnym, bo to one najbardziej idealizują sam akt seksualny. Kiedy pytam o ich ostatnie zbliżenie, zazwyczaj tylko od 10 do 15 proc. przyznaje, że uprawiało seks bez penetracji. Dla większości stosunek płciowy jest kwintesencją seksu, a tymczasem wiele kobiet nie ma szans osiągnąć w ten sposób orgazmu. To kwestia budowy anatomicznej, a nie blokad psychicznych czy oziębłości, jak zwykliśmy myśleć pod wpływem teorii Zygmunta Freuda, który nie doceniał roli, jaką odgrywa łechtaczka w zapewnianiu kobietom rozkoszy. Według niego stanowiła ona niedojrzałe źródło przyjemności, była tylko platformą startową do bardziej dojrzałego seksu. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Z niedawno przeprowadzonych badań wynika, że jeśli wejście do pochwy i łechtaczkę dzieli więcej niż 2,5 centymetra, szanse na to, że kobieta podczas stosunku osiągnie orgazm, są nikłe.

Chcesz powiedzieć, że słynny punkt G nie istnieje?
Chcę powiedzieć, że ściany pochwy mają niewiele zakończeń nerwowych, a większość z nich jest nieczułych na pchnięcia i lekki ucisk. Dlatego nawet rytmiczna, długotrwała stymulacja nie robi na nich większego wrażenia. Tymczasem łechtaczka u 98 proc. kobiet reaguje nawet na delikatnie muśnięcie. Słynny punkt G, o który pytasz, może być niczym innym jak tylnym końcem łechtaczki, bo jej odnogi sięgają głęboko i u niektórych kobiet ulegają pobudzeniu poprzez dotyk od wewnątrz. To łechtaczka reaguje podobnie jak męski penis, a nie ściany pochwy. Dlatego stosunek nie daje kobiecie takich samych doznań jak mężczyźnie, za to seks bez penetracji może być dla niej źródłem wrażeń zbliżonych do tych, których jej partner doświadcza podczas stosunku.

Tylko jak pogodzić oba interesy w jednym scenariuszu?
Dobre pytanie, bo to właśnie ono sprowadza ludzi do mojego gabinetu. Miałem kiedyś pacjentkę, która potrzebowała bardzo długiej stymulacji oralnej, by poczuć jakąkolwiek satysfakcję. Przez to para nigdy nie przechodziła do etapu stosunku seksualnego. Jej partner był sfrustrowany, mimo to latami powielali ten schemat, bo ich scenariusz seksualny miał charakter czysto fizyczny. Zabrakło fantazji, komunikacji i wyobraźni, a erotyczny umysł jest ważniejszy niż seksowne ciało. Przecież jako dzieci uwielbiamy wchodzić w różne role, grać, improwizować, wymyślać nowe scenariusze. Niestety, zwykle odcinamy się od tego w dorosłości. Podobnie podchodzimy do seksu – uważamy, że powinniśmy być podczas niego poważni i skoncentrowani na działaniu, dlatego często sprowadzamy go do serii zachowań fizycznych. Między seksem, który uprawiamy w rzeczywistości, a tym z naszej wyobraźni wyrasta ściana wstydu. Tymczasem to właśnie fantazje są naszymi największymi sprzymierzeńcami, bo pomagają przełamywać opory psychiczne. Wspomniany Freud twierdził, że „szczęśliwy nie fantazjuje nigdy, czyni to jedynie niezadowolony”; sądzę, że ominęło go sporo przyjemności.
Istnieją badania, które potwierdzają, że kobiety, fantazjując, są w stanie osiągnąć orgazm, bez jakiegokolwiek dotyku. Ludzka wyobraźnia ma niezwykle podniecającą moc, korzystamy z niej przecież podczas masturbacji. W trakcie seksu wiele osób wstydzi się jednak swoich myśli, wypiera je, skupia się tylko na ciele. Dlatego pracuję z parami przede wszystkim nad integracją podniecenia fizycznego i psychicznego w ich seksualnych skryptach.

Uczysz ludzi fantazjować?
Jeśli okazuje się, że sami nie mają jakichś głęboko skrywanych fantazji, podsuwam im materiały, które pomagają je rozbudzić. Świetne efekty daje czytanie literatury erotycznej, bo opisaną akcję trzeba sobie samemu wyobrazić, każdy z partnerów widzi ją więc na swój sposób, a to dobra przestrzeń do wymiany myśli. Ale polecam także podcasty erotyczne i oglądanie pornografii tworzonej etycznie, czyli takiej, w której aktorzy występują w filmach z własnej woli i są za to godnie wynagradzani.

Czasem jednak, kiedy próbujemy wcielać w życie fantazje, okazuje się, że to nie jest takie fajne i podniecające, jak się wydawało.
Nie chodzi o to, by realizować fantazje, ale by pozwolić sobie na nie we własnej głowie i rozmawiać z partnerem o tym, co nas podnieca bez wstydu i bez presji, by od razu wcielać to w życie.

Liczy się więc jakość, nie ilość.
Przeprowadzono kilka badań, które potwierdzają, że pary uprawiające seks raz w tygodniu są najbardziej zadowolone ze swojej relacji. Co ciekawe, ci, którzy kochają się znacznie częściej, wcale nie odczuwają większej satysfakcji, a u par robiących to rzadziej w ogóle nie odnotowano pozytywnego wzmocnienia. Wydaje się więc, że sekret tkwi w zdrowej równowadze. W napiętym tygodniowym harmonogramie warto więc znaleźć czas na seks, ale ważne jest także dbanie o zdrowie, dobrą kondycję fizyczną, pielęgnowanie relacji i erotycznej atmosfery, wspólną zabawę, cieszenie się sobą, chodzenie na randki. Ta lekkość, energia erotyczna, która na początku każdego związku powoduje motyle w brzuchu, z czasem zazwyczaj gdzieś ulatuje. A trudno czerpać radość ze wspólnego seksu, kiedy w życiu codziennym przestajemy się sobą cieszyć. Wbrew temu, co się nam wydaje, to nie sam stosunek płciowy, ale zwykła codzienność doprowadza nas (lub nie) do wymarzonego orgazmu. Pielęgnowanie rytuałów jest zatem najlepszą grą wstępną.

Dobry związek równa się dobry seks?
Kiedy coś szwankuje w związku, może to wpływać na życie seksualne, nawet jeśli pozornie nie ma nic wspólnego z erotyką. Pandemia COVID-19 była tego doskonałym przykładem. Życie w permanentnym stresie sprawiło, że pary walczyły ze sobą bardziej niż kiedykolwiek: o telewizor, niepozmywane naczynia, rozrzucone skarpetki, chodzenie w piżamie przez cały dzień, niedostateczną higienę. Nagle zrobiło się mnóstwo punktów zapalnych. A to natychmiast przekładało się na jakość życia seksualnego. Niepowodzenia w łóżku zwiększały istniejące już napięcie i ludzie wpadali w błędne koło, z którego nie byli w stanie sami się wyrwać. Skoro to działa w tę stronę, musi też działać w drugą; dlatego jestem przekonany, że wystarczająco dobry związek to dobra baza dla wystarczająco satysfakcjonującego seksu.

Zdarzyło Ci się kiedyś powiedzieć jakiejś parze, że jej scenariusz seksualny nie ma szans na happy end?
Dopóki ludzie mają chęć do pracy nad sobą i ratowania związku, dopóty jest szansa na to, że uda im znaleźć przepis na udany seks, nawet jeśli ich pożądanie zupełnie już wygasło. Rozbieżności w pragnieniach i potrzebach są dość powszechne i dotyczą różnych kwestii. Na przykład osoby z responsywnym typem pożądania są bardziej podatne na stres, rozproszenie, niepokój. Potrzebują więc większej zachęty i dłuższej rozgrzewki, by poczuć podniecenie. Seks z takim partnerem jest jak przyrządzanie potrawy na wolnym ogniu. Trzeba to robić powoli i z wyczuciem. Jeśli jednak drugą stronę cechuje intensywny model pożądania, może mieć ona poczucie, że ciągle się stara, inicjuje, zachęca, rozpala, wręcz prosi o seks. Na początku to może być nawet podniecające, ale z czasem staje się frustrujące, sprawia, że człowiek czuje się odrzucony, zraniony, mało atrakcyjny i rezygnuje z jakichkolwiek działań. Tymczasem problem nie tkwi w braku pożądania lub ochoty na seks, lecz w innej strukturze pragnień partnera. Zrozumienie tego sprawia, że przestajemy upatrywać winę w sobie i łatwiej nam się otworzyć na nowe rozwiązania. Niestety, zdarza się, że w trakcie terapii jedno z partnerów w pewnym momencie rezygnuje z dalszej pracy. A to znaczy, że nie jestem już w stanie pomóc takiej parze.

I co wtedy?
Wiele z tych związków się rozpada, ale są też takie, którym w końcu udaje się dojść do porozumienia. Nie wszyscy są w stanie korzystać z terapii seksualnej i rozmawiać z obcą osobą o tym, co robią w sypialni. W Stanach, gdzie pracuję, ludzie mają bardzo dużo zahamowań. Od dziecka jesteśmy wkładani w jakieś określone wzorce: dobrego syna, brata, ucznia, sportowca, męża, pracownika, ale nikt nam nie przekazuje dobrego wzorca seksualności. Wiele osób doświadcza więc czegoś, co nazywam obrazowo wygnaniem seksualnym. Spychają tę sferę życia na dalszy plan, nie chcą o niej rozmawiać, bo boją się, że zostaną odrzuceni lub uznani za dewiantów. Jeszcze dekadę temu wszelkie odbiegające od tak zwanej normy fantazje seksualne uchodziły w oczach specjalistów za przejaw zaburzeń psychicznych. Dopiero w 2013 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne uznało, że większość ludzi przejawiających nietypowe upodobania seksualne jest zdrowa psychicznie. Trudno się więc dziwić, że nasze skrypty są takie grzeczne, zachowawcze i przewidywalne. Niektórzy znajdują w tym spełnienie, ale jeśli tak nie jest, trzeba dać swój scenariusz do korekty.

Nie ma uniwersalnego przepisu na udany seks, ale jest pewne równanie, które, jak wynika z badań i mojego doświadczenia, zawsze się sprawdza. Przyciąganie + przeszkody = podniecenie. Przy czym przeszkody to wszystkie te zachowania, pozycje i fantazje, które nie mieszczą się w praktykowanym przez parę skrypcie. Warto więc od czasu do czasu sobie poprzeszkadzać.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze