1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Karolina Gruszka - Trzeba wierzyć w siebie

Karolina Gruszka - Trzeba wierzyć w siebie

Po roli u Davida Lyncha mogła postawić na Hollywood, jednak wybrała Rosję. Zrezygnowała z angażu w Teatrze Narodowym, by grać w filmach i sztukach swojego męża Iwana Wyrypajewa. Karolina Gruszka unika mediów i imprez środowiskowych. Krucha, eteryczna, a w spektaklu „Lipiec” wciela się w 60-letniego mordercę. We wchodzącym do kin „Tricku” równie przekonująco wypada jako naiwne dziewczątko

– Gdzie jest pani dom?

– Mam dwa domy: w Warszawie i w Moskwie. Oczywiście bardziej czuję się związana z Polską, bo stąd jestem. Ale dobrze mi z tym, że mieszkam w dwóch krajach. Bardzo sobie cenię pewien rodzaj anonimowości, jaki mam za granicą. Nie chodzi o brak rozpoznawalności, bo w Polsce nie jestem znowu taka rozpoznawalna i nie bywa to w żaden sposób dla mnie uciążliwe, tylko myślę o takim kompletnym wyrwaniu z kontekstu. To jest przyjemne.

– Wtedy można być bardziej uważnym obserwatorem?

– Tak i ma się do tego prawo: Jestem obcokrajowcem, mogę być trochę inna, dziwna, obserwująca. A to jest w zgodzie z moim charakterem.

– Jak się jest jedną nogą tu, drugą tam, to co z ukochanymi przedmiotami?

– Kiedy mieszkam w Polsce, wędrują ze mną na chwilę do Polski, potem przemieszczają się do Rosji. Ale nie mam dużo rzeczy, co sobie chwalę.

– Samochód?

– Nie mam. Zarzuciłam jeżdżenie, to nie dla mnie. Na pewno natomiast przywiązuję się do ludzi i to jest coś, nad czym trzeba pracować, bo przywiązywanie się samo w sobie nie jest chyba dobre. Miłość tak, ale miłość i przywiązanie to dwie różne sprawy.

– Wyjazd do Rosji, rezygnacja z angażu w Teatrze Narodowym to odważne decyzje. Co za nimi stoi? Jakiś wewnętrzny proces? Charakter?

– Na pewno charakter, ale jednocześnie to wynik dłuższego procesu. Miałam zaledwie kilkanaście lat, gdy zaczęłam grać w filmach. Na początku trudno było mówić o świadomych, dojrzałych wyborach, to były wybory intuicyjne. Już jako dziecko wiedziałam, że w niektóre projekty nie chcę się angażować, wydawały mi się podejrzane. Od jakichś dwóch lat czuję, że to się we mnie umocniło, że nabrałam umiejętności konkretnego stawiania sprawy, bo wiadomo, że czasami intuicja podpowiada „nie”, ale wszyscy dookoła namawiają i człowiek ulega. Ostatnio nauczyłam się, że trzeba wierzyć sobie na sto procent. Ale oczywiście nigdy nie jest tak, że się nie popełnia błędów.

– Pani drogę można nazwać antykarierą.

– To nawet ładnie brzmi (śmiech). Teraz już się chyba wszyscy przyzwyczaili do moich decyzji. Kiedyś, jak odmawiałam sesji zdjęciowych do popularnych czasopism, czułam, że nawet przychylni mi ludzie mnie nie rozumieją. Mówili, że popełniam błąd, bo to jest zawód związany z promowaniem siebie w mediach i bez wywiadów ludzie na film nie przyjdą. Dzisiaj jestem pewna, że widzowie, do których się zwracam, przyjdą na poważny projekt nie dlatego, że przeczytali wywiad w kolorowym dwutygodniku; raczej mogą z tego powodu nie przyjść.

– Mówiła pani o intuicji, a może kieruje się pani także zdaniem męża Iwana Wyrypajewa, charyzmatycznego twórcy ambitnej sztuki?

– Zawsze miałam inklinacje w kierunku takich decyzji. A z drugiej strony – mam obok człowieka, który bardzo mnie w tym wspiera, podobnie myśli, i to też jest bardzo ważne.

– Wasze poznanie było z gatunku olśnień, fascynacji?

– Na festiwalu w Moskwie zobaczyłam jego film „Euforia”, który mnie bardzo poruszył, a to mi się nie zdarza często. Kiedy się okazało, że reżyser stoi przy wyjściu i jest szansa, żeby mu podziękować, to razem z panią Izą Cywińską, z którą miałyśmy podobne odczucia, podeszłyśmy i mu podziękowałyśmy. Akurat za 15 minut zaczynał się pokaz naszego filmu „Kochankowie z Marony” w sali obok, więc go zaprosiłyśmy, nawet nie licząc, że przyjdzie. A on przyszedł.

– Po efektach waszej współpracy widać, że jest totalna. Nie miesza się wam życie prywatne z zawodowym?

– Ja nie umiem tak bardzo tego rozgraniczyć. To jest dla mnie jedna życiowa droga i każdy kolejny projekt jest jej częścią. Gdy pracujemy wspólnie z Iwanem w teatrze czy w filmie, zajmujemy się tym, co jest dla nas w tej chwili najważniejsze. Jeżeli więc przenosimy rozmowy na te tematy z pracy do domu, to jest to naturalna kolej rzeczy. Jestem natomiast jak najbardziej przeciwna wpędzaniu się w pracy w jakieś neurozy, rozedrgania, niezdrowe emocje. Niektórzy pracują w ten sposób, że nakręcają swoje emocje, żeby wejść w graną postać.

– Pani tego nie robi?

– Uważam, że w tym zawodzie nie chodzi o to, żeby utożsamiać się z postacią, którą gram. Zależy mi na graniu tematu danej sztuki i mojego stosunku do tego, o czym opowiadam. Dialog z widzem buduję na tym, że uruchamiam jakąś swoją postawę wobec problemu, o którym mówimy, natomiast absolutnie nie na tym, że wchodzę w głąb postaci. Tak jest na przykład w „Lipcu”. Przecież gdyby moim celem było zagranie 60-letniego mężczyzny, który zamordował parę osób, zjadł psa, nie udałoby się zbudować dystansu do samej historii ani odkryć piękna i metafizycznego wymiaru samego tekstu. Takie podejście do aktorstwa jest dla mnie bardziej twórcze i pozwala zachować zdrowie psychiczne. Inaczej nie chciałabym uprawiać tego zawodu, bo myślę, że najważniejsze, co można osiągnąć w życiu, to harmonię.

– Co to znaczy wobec tego: zagrać wiarygodnie? Pokazać punkt widzenia granej postaci, jej prawdę?

– Pokazać jej problem tak, by poruszył on widza. Nie próbować za wszelką cenę stać się postacią, bo przecież widz i tak wie, że stoi przed nim aktorka, a nie lady Makbet. Kiedy patrzę na starych mistrzów, nie widzę tam tego wchodzenia z bebechami w rolę, zatracania się w granej postaci. To jednak był bardziej dialog aktora z widzem niż postaci z widzem.

– Pani podejście do aktorstwa zmieniła praca w Rosji?

– Na pewno tak. Pracowałam tam nie tylko z Iwanem, ale też z Wiaczesławem Kokorinem, mistrzem teatru rosyjskiego, który prowadzi aktorów według metody Michaiła Czechowa [ucznia reformatora teatru Konstantina S. Stanisławskiego – red.]. Rozmawiałam z wieloma artystami, którzy posługują się tą metodą. To nie jest tak, że można ją wziąć jeden do jednego, ale jest bardzo inspirująca.

– Na czym polega?

– Mogę powiedzieć, co ja z niej wzięłam. Nie chodzi o to, żeby koncentrować się na swoich emocjach i przeżyciach, tylko na widzu. To widz ma przeżywać, a nie ja. Bo jeżeli ja będę płakać na scenie i rwać szaty, to widz w najlepszym przypadku powie: „och, jak ona pięknie przeżywa, pięknie rwie szaty”, natomiast jego samego to nie dotknie. Często widzę, że aktorzy dają z siebie wszystko – pot się leje, łzy się leją, krew się leje – a nikogo to nie rusza. Chodzi o to, w jaki sposób organizuje się uwagę widza, trzeba to bardzo precyzyjnie skonstruować.

– Jak więc pani pracuje nad rolą, skoro zagłębianie się w postać nie jest tak istotne?

– Nie chcę zatracać granicy między mną a postacią. Oczywiście, że trzeba dobrze przyjrzeć się postaci, dowiedzieć się, kim jest. Ale koncentruję się na tekście, staram się usłyszeć jego rytm, melodię. Tam jest wszystko – postaci, relacje między nimi, przede wszystkim temat. I uchwycenie tego tematu, wprowadzenie do swojego krwiobiegu po to, żeby – jak to usłyszałam w Rosji – później go nie grać, tylko mieć na scenie, bo to jest coś, co ma wychodzić przez pory.

 
– Słyszę w pani głosie fascynację Rosją.

– Sztuką rosyjską byłam zafascynowana od wczesnych lat, nie ma drugiej takiej literatury na świecie. Potem spotkałam tam wspaniałych ludzi, którzy potrafili nazwać mi pewne rzeczy, które przeczuwałam. Oczywiście wszystkiego nazywać nie należy, trzeba zostawić miejsce na tajemnicę, ale żeby to była tajemnica, a nie magma. Tam toczą się dyskusje na ważne tematy, bez strachu, że popadnie się w banał. My tak bardzo się tego boimy, że nie rozmawiamy o poważnych sprawach, a jak rozmawiamy, to trochę prześmiewczo, ironicznie, bo to jest w dobrym guście. Oczywiście, że pewna doza ironii jest wskazana, natomiast nie należy bać się poważnych rozmów.

– Ale łatwo wtedy o patos.

– Teraz podejmujemy próbę poważnej rozmowy w sztuce Iwana „Taniec Delhi”, nad którą pracujemy w Teatrze Narodowym. Chcemy po prostu porozmawiać serio o śmierci, miłości, bez zbędnych masek, które sobie nakładamy. Jak czytałam, a potem tłumaczyłam tę sztukę, czułam, że największą jej siłą jest otwartość, odwaga poruszania poważnych tematów bez kamuflażu.

– W Rosji odnalazła pani też świat, który odszedł.

– Moja wrażliwość zgadza się z tym światem. Od momentu, gdy pojechałam po raz pierwszy do Rosji grać w filmie „Córka kapitana” według Puszkina – miałam wtedy 17 lat – poczułam, że będę tam wracać. Czasami tak bywa, że się gdzieś przyjeżdża i od razu człowiek czuje, że to jest bliskie miejsce. I nie wie dlaczego. Nie uczyłam się w szkole rosyjskiego, nikt nie opowiadał mi o Rosji, tata co prawda dużo słuchał Wysockiego, ale to było trochę obok mnie. Rosyjskiego zaczęłam się uczyć, jak poznałam Iwana, i jestem zakochana w tym języku. Kiedy Iwan zaproponował mi rolę w „Tlenie” i przyjechał mnie do niej przekonać – a mówi dużo i szybko – rozumiałam z tego jakąś jedną czwartą. Ale czułam, że chyba mówi coś ciekawego (śmiech). Jak się okazało, że zagram w tym filmie, to siedziałam trzy miesiące i tłukłam tekst, wzięłam też lekcje rosyjskiego. Miałam być dubbingowana, ale tak się zawzięłam, że obeszło się bez dubbingu.

– Ciekawią mnie jednak źródła pani fascynacji Rosją. Czy to nie jest tak, że dziewczynka z zamożnego, dobrego domu rozsmakowała się w prostym, surowym świecie?

– Ja tam trochę dostałam po głowie, takie ciosy w moje ego. Pojechałam i poczułam, że mnie się zrobiło w Polsce za wygodnie. Miałam niezłą pozycję zawodową, wypełniony na rok do przodu kalendarz, bezpieczną posadę w Teatrze Narodowym, którą sobie do dziś bardzo cenię (byłam tam na etacie przez pięć lat). Ale to był taki przewidywalny, bezpieczny, komfortowy scenariusz.

– Większość ludzi tego właśnie pragnie!

– Ale mój organizm się temu sprzeciwia. Zaczyna się od tego, że psychicznie źle się czuję, mam huśtawki nastrojów. Widocznie potrzebowałam jakiegoś impulsu, żeby ten komfort rozwalić. Taki stan usypia, tłumi wewnętrzne pytania, które powinno się sobie stawiać. A ja już niby sobie na nie odpowiedziałam, już wszystko miałam gotowe. I dlatego to był cios pałką w moje ego. Nie chodzi o to, że wcześniej nie dotknęłam prawdziwego życia, ale że okryłam się ciepłą i wygodną kołderką.

– Aktorowi powinno czasem być niewygodnie?

– Aktor, żeby mieć prawo wyjść na scenę, musi mieć coś do powiedzenia. Mówię o żywym aktorstwie, o żywej sztuce, która jest przetrawiona, co nie znaczy, że daje gotowe odpowiedzi. Raczej dzieli się wątpliwościami.

– Jak bliscy przyjęli pani decyzję wyjazdu do Rosji?

– W pierwszej chwili nie było to dla nich łatwe do przyjęcia. Rodzice na ogół chcą, żeby dzieci były blisko, żeby miały bezpiecznie. Pewnie na ich miejscu myślałabym tak samo. Ale przeprowadziliśmy wiele rozmów i mnie zrozumieli.

– Iwan Wyrypajew to trochę niegrzeczny chłopiec…

– Grzeczny, kulturalny (uśmiech).

– Ma za sobą konflikt z prawem, dwa małżeństwa…

– Mam męża rozbójnika z Syberii po przejściach (uśmiech).

– Co jest dla pani ważne?

– Mówiąc najogólniej, staram się przyjmować wszystko takim, jakie jest, zachowując przy tym postawę miłości.

– Buddyjskie podejście.

– Ta filozofia jest mi bliska, ale nie chcę o tym mówić. Jestem na początku drogi, dużo jeszcze przede mną, widzę w tym głęboki sens. Ciągle żyjemy przyszłością, a potem przeszłością. Nie umiemy po prostu być.

– Czy pani nie czuje się outsiderką?

– Jestem introwertyczką, mam wąskie grono wypróbowanych przyjaciół. Jeżeli chodzi o środowisko zawodowe, to rzeczywiście jestem trochę z boku głównego nurtu, ale to moja świadoma decyzja.

– Hollywood panią nie interesuje?

– Mam już za sobą przygodę łódzko-hollywoodzką. Kiedy, głównie w Łodzi, grałam u Davida Lyncha w filmie „Inland Empire”, pojechaliśmy nakręcić kilka scen do Los Angeles. David Lynch z własnej inicjatywy zaprowadził mnie do superdobrego agenta. Rozmowa była krótka. Agent powiedział, że z chęcią się mną zajmie, ale jest jeden warunek: że chociaż dwa lata tutaj pomieszkam i pochodzę na castingi. A ja sobie tego nie wyobrażałam. Tak jak poczułam w Rosji, że to jest moje miejsce, tak ewidentnie poczułam, że Ameryka to nie mój świat. Poza tym miałam ciekawe projekty w Polsce.

– W środowisku panuje opinia, że się pani marnuje.

– Ja też słyszałam, że zniknęłam. Ale tak naprawdę ostatnie miesiące spędziłam na pracy w Polsce. Zrobiliśmy „Lipiec”, w marcu wchodzą do kin „Trick” Janka Hryniaka i „Mistyfikacja” Jacka Koprowicza z moim udziałem, mamy także premierę „Tańca Delhi” w Teatrze Narodowym, regularnie nagrywam audiobooki: Huxleya, Vesaasa. Nie zniknęłam. I mam się całkiem dobrze.

– To gdzie zbudujecie dom, posadzicie drzewo?

– Mieszkamy tam, gdzie mamy akurat pracę. Teraz częściej pracujemy w Polsce, ale w maju zaczynamy kręcić zdjęcia w indyjskiej części Tybetu. Moje miejsce jest tam, gdzie są moi najbliżsi. A to, na jakiej szafeczce będzie stała moja szczoteczka do zębów, zupełnie nie jest ważne. Może dlatego, że od dziecka dużo jeździłam po Polsce, najpierw z koncertami „Dyskoteki pana Jacka”, potem na zdjęcia do filmów, więc się przyzwyczaiłam? Ale to nie tak, że nic nie jest mi potrzebne. Bywa, że trzeba myśleć trochę za dużo o pieniądzach. A wolałabym nie zaprzątać sobie tym głowy.

Stylizacja Maja Jewiarz-Bartczak, asystentka stylistki Dominika Zasłona, fryzury Paweł Kaleta, makijaż Alicja Stępniewicz. Karolina Gruszka ma na sobie sukienkę YOUNG POLISH DESIGNERS FOUNDATION/ANNA DŁUGOŁĘCKA oraz sukienkę AGNIESZKA MACIEJAK.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).