1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Leszek Możdżer - Jak oszukałem polski show - biznes

Leszek Możdżer - Jak oszukałem polski show - biznes

Ma w życiorysie – jak twierdzi – parę czarnych kart. Bywało też, serio mówiąc, że leżał krzyżem. Zdarzały się historie ponure jak znalezienie z kolegami wisielca w lesie... Najbardziej białą kartą w życiu Leszka Możdżera jest to, co zrobił przez MIŁOŚĆ do jazzu.

Jako dziecko wyglądałem mniej więcej tak samo. Chudy, w okularach. Nosiłem jeszcze aparat, bo miałem krzywy zgryz. Wtedy nie było drutów na stałe jak teraz, tylko takie wkładki ze sztucznym podniebieniem. Zakładało się je na noc. Muszę powiedzieć, że nawet lubiłem ten aparat zakładać, bo wszyscy mnie bardzo chwalili, że tak systematycznie noszę. Faktycznie pomogło.

Ciocia Henia

Jak to było z ciocią Henią? Widzę, że ta legenda do mnie przylgnęła. Kiedyś coś chlapnąłem i teraz muszę się tłumaczyć. No dobrze, niech będzie. Ciocia Henia i wujek Jasiu to boska emanacja, która pojawiła się w moim życiu po to, żebym został pianistą. Pianino cioci Heni było pierwszym pianinem, które w życiu zobaczyłem. Mogłem mieć jakieś trzy, cztery lata. To był niemiecki instrument, nigdy potem takiego nie widziałem. Kwadratowe, przedziwnej konstrukcji, z klapą łamaną na pół. Myśmy w końcu od cioci kupili to pianino. Spędzałem przy nim mnóstwo czasu i mama w pewnym momencie uznała chyba, że je zepsuję, waląc w kółko w klawisze, i zamknęła klapę na klucz. Pamiętam dokładnie. Wróciłem z podwórka, chciałem sobie coś zagrać, ale nie mogłem. Byłem naprawdę rozczarowany. Rodzice odebrali sygnał, że mi naprawdę zależy. I posłali mnie na lekcje.

Komunikacja zastępcza

Kiedy trafiłem do pierwszej klasy, miałem już za sobą dwa lata regularnego grania. Poszedłem do szkoły przy ulicy Gnilnej 3. Ogólnokształcąca Szkoła Muzyczna im. Feliksa Nowowiejskiego. Nie wiem, czy byłem lubiany w klasie. Generalnie miałem dosyć duże problemy z komunikacją społeczną. Moim sposobem na funkcjonowanie wśród rówieśników było granie. We wszystkich salach, w których mieliśmy lekcje, gdzieś w kącie zawsze stało pianino. I ja na każdej przerwie, zamiast nawiązywać jakiekolwiek więzi, nie wiem – zagadać z kimś, cokolwiek – siadałem i grałem przeboje. Zawsze tworzyła się wokół jakaś grupka. Jakaś fajna dziewczyna się znalazła, na przykład Alicja. Była śliczną brunetką. Piękny uśmiech, cudowne czarne oczy, ładnie zarysowane brwi. Kochałem się w niej przez całą podstawówkę. To moje granie okazało się skutecznym sposobem komunikacji zastępczej. Stosuję go do dzisiaj.

Idol

Umiałem odtworzyć różne hity zasłyszane w radiu. Każdy potrafił zagrać „Białą flagę” Republiki, ale już na przykład „Cyfrową grę” zespołu Kombi – niekoniecznie. Od samego początku moim idolem był klawiszowiec Kombi Sławomir Łosowski. Imponowała mi ilość klawiatur, którymi był otoczony. No i ta jego łysa głowa i ciemne okulary. Marzyłem, żeby być kimś takim jak on. Niestety, jako nastolatek poszedłem na koncert Kombi i pod sceną jacyś kolesie wzięli mnie w koło i spuścili mi łomot. Można powiedzieć, że od tej pory traktuję ten zespół już z większym dystansem.

Akt łaski pani Geni

Wszyscy ze szkoły przy Gnilnej pamiętają panią Genię. Człowieka instytucję, postać kultową. Pani Genia miała fartuchy w różnych deseniach, piękną twarz, siwe włosy, które czasami farbowała na lekko fioletowobłękitny odcień, zawsze bardzo starannie i elegancko ułożone. Była przedziwna, bo potrafiła być bardzo ciepła, ale też chwilami bezlitosna. Przypuszczam, że chodziło o to, żeby nikt nie wszedł jej na głowę. Pani Genia była bardzo ważną postacią, bo to od niej zależało, czy dostaniesz do ćwiczenia salę numer siedem czy piętnaście. W piętnastce znajdował się najlepszy fortepian, to była sala dla wybranych, ale jak miałeś dobry układ z panią Genią, mogłeś poćwiczyć tam dwie godziny. Tylko że to zależało od jej aktu łaski. O ósmej zaczynały się już regularne zajęcia. Dlatego, mimo że nigdy nie lubiłem wcześnie wstawać, miałem taki okres w życiu, kiedy budziłem się nawet przed piątą, żeby SKM-ką dotrzeć na szóstą do szkoły, poćwiczyć w piętnastce.

Sztormowa

Wychowałem się na gdańskiej Żabiance, która jest na granicy Gdańska i Sopotu, na ulicy Sztormowej. To blokowisko, ale akurat nasz blok był czteropiętrowy, bardziej może przypominał kamienicę. Wszyscy sąsiedzi z klatki się znali. Ludzie wieszali obrazki na korytarzach, stawiali kwiaty w doniczkach. Takie klimaty. W pobliżu było przedszkole, popołudniami przełaziliśmy sobie przez dziurę w płocie, żeby pobawić się na placu zabaw. Moi rodzice nadal mieszkają w tym samym miejscu. Sporo się przez te lata zmieniło, blok jest ocieplony, drzewa urosły, pojawił się w pobliżu stadion Ergo Arena na kilkadziesiąt tysięcy osób. Ale sentyment pozostał.
 

Morze

Morze było zawsze czymś oczywistym. Jak niebo. Nikt się nie zastanawiał, czy to dobrze, że mieszkamy akurat w Gdańsku, a nie w Zakopanem. Ja kocham morze, choć nie robi na mnie wrażenia. Ale gdziekolwiek jestem, w Warszawie czy Krakowie, nieważne, wydaje mi się, że kawałek bym się przespacerował i na pewno dojdę do morza. Zawsze tak było.

Droga na skróty

Jak chłopaki z mojego podwórka chciały iść nad morze, szły przez tzw. górkę pedałów. Miejsce owiane legendą. Nie wiem, skąd się wzięła ta nazwa, ale funkcjonowała między dzieciakami. Na górce był lasek, zagajniki. Mówiło się, że jest niebezpiecznie, że dzieją się tam niesamowite rzeczy. Oczywiście dlatego wybierało się właśnie tę trasę. Chodziłem tamtędy z moimi kumplami Adamem i Jackiem. No i na tej górce faktycznie skoczyła nam kiedyś adrenalina. Znaleźliśmy wisielca. Prawdziwego, nieżywego wisielca. Mieliśmy z dziesięć, 12 lat. Najodważniejszy był Jacek, on podszedł do wisielca bardzo blisko, my z Adamem trzymaliśmy się z daleka. Nie chcieliśmy patrzeć. Potem polecieliśmy na osiedle, znaleźliśmy milicjanta, któremu zgłosiliśmy całą sprawę. Byliśmy potwornie przejęci. Nie przestaliśmy po tym zdarzeniu chodzić na „górkę pedałów”. Mało tego, nakręciliśmy tam własny film, ze scenariuszem. Adaś skołował kamerę. VHS-ów jeszcze wtedy nie było, musiała to być chyba jakaś szesnastka, na taśmy. Film opowiadał o wisielcu. Ja grałem złodzieja, który go okrada.

Rytuały

Zawsze byłem religijny. Dyrektor naszej szkoły miał dobry układ z księdzem i chociaż oficjalnie w szkole nie było lekcji religii, dzieci dwa razy w tygodniu chodziły do sali katechetycznej po drugiej stronie ulicy. Dla mnie w tamtym czasie wszystkie rytuały katolickie były niezwykle ważne. Modlitwa, roraty, post, różaniec, koronki, próbowałem nawet leżenia krzyżem. Z nikim o tym nie rozmawiałem. Miałem wrażenie, że nikt mnie nie zrozumie. W pewnym momencie zorientowałem się, że te rytuały – może nieumiejętnie je stosowałem – nie zmniejszały poziomu niepokoju w moim życiu. Dopiero później zorientowałem się, że są też inne sposoby duchowej praktyki.

Wyrzucanie

Mam w życiorysie parę czarnych kart. Byłem raz na wagarach i raz uciekłem z lekcji pianina. Zdarzało nam się podkładać monety na tory kolejowe, żeby jadący pociąg je rozwałkował jak ciasto. Kiedyś z jednym kolegą robiliśmy też konkursy, kto więcej wyrzuci kubków ze szkolnej stołówki przez okno. Tam za oknem był trawnik i błoto, było miękko, więc one się nie tłukły. Chodziło o samą akcję. Dziennie dochodziliśmy nawet do siedmiu kubków. Ktoś musiał je potem zbierać, bo rano były w komplecie, ale nikt nigdy nie doszedł, kto to robi. Nikt nas nigdy nie złapał. Była też deska klozetowa. Wyrzuciłem ją z pierwszego piętra. Również nikt mnie nie przyłapał. O co chodziło z tą deską? Myślę, że to był akt tłumionej agresji. To znaczy, że z jednej strony jesteś tym prymusem z czerwonym paskiem, zaprzęgniętym w ten kierat: ćwiczenia, nauka od ósmej, budzenie co rano, marsz na kolejkę bez względu na to, czy jest ciepło, czy zimno – to jest forma przemocy. W końcu budzi się w tobie zwierz. Jakieś ujście ta agresja musiała znaleźć.

Życie nocne

Pamiętam, kiedy pierwszy raz wszedłem do SPATiF-u. Zadymionego totalnie. I to uczucie, że się jest już dorosłym. Albo do innego kultowego miejsca w Sopocie – klubu Sfinks. Ale życie nocne Trójmiasta odkryłem późno. Jako 18-, 19-latek, kiedy inni szaleli, ja za bardzo wieczorami nie wychodziłem. Alkoholu od 22. do 28. roku życia nie piłem w ogóle. Wcześniej mi się zdarzyło i obiecałem sobie, że z tym koniec.
 

Jazz po berlińsku

W akademii muzycznej udało mi się skutecznie przez kilka lat kryć przed moimi profesorami z tym, że gram jazz. Jazz nie był specjalnie dobrze widziany. Uważany za nurt niższy, grywany po knajpach. Nikt nie traktował tego gatunku muzyki poważnie. U mnie w domu też nie było płyt jazzowych, rodzice słuchali innych rzeczy. Skąd u mnie takie ciągoty? Miałem z 16 lat, kiedy była wymiana szkolna z Berlinem. Zachodnim. Mój pierwszy wyjazd za granicę. To znaczy nie, wcześniej byłem we Włoszech, w Rzymie, wyjechaliśmy z chórem na koncert do papieża. 100 osób, dwa autokary, byliśmy w polskim środowisku, spaliśmy po klasztorach, kościołach. Woziliśmy ze sobą konserwy, pumpernikiel, przelicznik zachodniej waluty do złotówki był druzgocący. A tam w Berlinie po raz pierwszy widziałem, jak żyją ludzie, jak naprawdę wygląda ten Zachód.

Mieszkaliśmy u niemieckiej rodziny, u dwóch braci. Jeden z nich nazywał się Olaf, nagrałem z nim później płytę. Ojciec chłopaków był stomatologiem, mieszkali w eleganckiej dzielnicy Charlottenburg. I ten ojciec zabrał nas kiedyś na jakąś wycieczkę. Wsiadłem do samochodu, on włączył płytę. Zaniemówiłem, jak usłyszałem tę muzykę. To był Miles Davis, album „Kind of Blue”. Olaf też miał mnóstwo nagrań: Jonasa Hellborga, Anthony’ego Coksa. Pokopiowałem to na kasety. Zrozumiałem, że grając muzykę klasyczną, nie będę sobą. Wróciłem do Polski i zacząłem intensywnie szukać. Odkryłem Chicka Coreę, Herbiego Hancocka, Johna Coltrane’a. Szukałem wśród kolegów kogoś, kto chciałby ze mną tak grać. Słyszałem o Ireneuszu, który grał jazz na saksofonie. Klasy saksofonu wtedy jeszcze w ogóle nie było, uczono tylko gry na klarnecie. Był też Tomek, bębniarz. Pytałem po szkole i próbowałem skręcić jakiś skład.

Zespół miłość

Byłem już na studiach, rok 1993, dopiero co dostałem angaż do jazzowego kwartetu Emila Kowalskiego. Tam poznałem Jacka Oltera. I to Jacek dał cynk Tymonowi Tymańskiemu, że jest taki koleś, co gra na pianinie. Kim jest Tymon, wiedziałem, jego zespół Miłość był już wtedy znany w Trójmieście. Tylko że mnie się ten zespół nie bardzo podobał. Ale Tymon był duży i przekonujący, któregoś dnia po prostu przyszedł na próbę kwartetu, położył mi plik nut z własnymi kompozycjami na pianinie i zapytał, czybym nie wpadł w czwartek zobaczyć, jak grają. Ja na to drżącym głosem, że przyjdę. Byłem wystraszonym chłopakiem, w dodatku z różańcem w kieszeni, który nosiłem tak, żeby nikt nie widział, bo to jednak krępujące. A oni mówili takie słowa jak „marihuana”, mieli tatuaże i kolczyki.

Próby odbywały się u mnie, bo miałem  fortepian. I perkusję. Kupił mi ją ojciec, z wykształcenia inżynier elektronik, ale muzyka była jego hobby. Zrobił swego czasu jakiś wynalazek chroniony w Urzędzie Patentowym i dostał sporą wypłatę. Kupił więc kontrabas, perkusję, mnóstwo płyt winylowych, nut, albumów, książek o kompozytorach.

Próby Miłości u mnie w domu skończyły się po tym, jak Jacek Olter wypił mojemu ojcu z lodówki piwo.

Panu dziękujemy

Jak dojrzałem do tego, że chcę nagrywać swoje rzeczy, zacząłem chodzić do wytwórni płytowych, a były to czasy, kiedy wytwórnie były potęgą. Na początku menedżerowie rysowali sobie kółko na czole. Fortepian solo? To się nie sprzeda! Nie mamy czasu, mamy za chwilę następne spotkanie, życzymy powodzenia.

Oszustwo

Rodzice nazwali mnie Lesław. Nikt mnie ani razu tak nie nazwał, przez całe moje życie. Przypętał się do mnie ten Leszek. Producent pierwszej mojej płyty napisał Leszek na okładce i dał mi do zrozumienia, że nie mam nic do gadania, a ja powiedziałem: „no dobrze, niech tak będzie”. Potem były jeszcze różne zalawirowania, narobiło się tyle bałaganu, że do dziś muszę nosić ze sobą decyzję Urzędu Miasta Gdańsk o zmianie imienia na Leszek, bo w końcu oficjalnie je zmieniłem. Ostatnio interesowałem się pochodzeniem tego imienia. Sprawdziłem, okazało się, że pochodzi od staropolskiego „Lestek”, czyli oszust, cwaniak, kłamca, złodziejaszek. Wydaje mi się, że pasuje. Dlaczego? Moje oszustwo w show-biznesie polega na tym, że ludzie myślą, że ja gram pop, a ja tak naprawdę nie gram popu. Gram muzykę, która nie powinna się sprzedawać, a się sprzedaje.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).