1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Iza Kuna: Bo mnie się chce

Iza Kuna: Bo mnie się chce

fot. Marta Wojtal
fot. Marta Wojtal
Jest gwiazdą, chociaż tego o sobie nie powie. Nie ucieka przed paparazzimi, bo nie musi. Po prostu z nikim w nic nie gra.

Kocha miasto, lubi jeździć metrem, im głośniej wokół, tym lepiej. Jej nazwisko jest gwarancją jakości i przyciąga do kin. Iza Kuna uwielbia narracje, pisze kolejną książkę, reżyseruje.

Za chwilę premiera twojego reżyserskiego debiutu „Zabawa” w teatrze Polonia. To sztuka twojego męża, dramaturga i lekarza Marka Modzelewskiego. Krystyna Janda, zapowiadając premierę, powiedziała: „Pewnie się rozwiodą”. Nie bałaś się?

Może tak być. Propozycję reżyserowania dostałam od pani Krystyny, nie od Marka, więc to sytuacja dla mnie idealna. Zawsze marzyłam o reżyserowaniu. Lubię aktorów, choć to nie jest wystarczający powód. Sztuka Marka dzieje się na Mazurach, w domu kupionym przez parę bohaterów, którzy mają dzieci z różnych związków. Pojawia się niespodziewany gość, o którym wszyscy słyszymy od dzieciństwa. Zawsze na wigilijnym stole jest dodatkowy talerz, ale nikt nie przychodzi. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem, było mi przykro z tego powodu. Tak samo, kiedy dowiedziałam się późno, że nie ma Mikołaja. Temat pustego talerza pada w tej sztuce. Jest pytanie, co by było, gdyby jednak ktoś przyszedł.

W teatrze czy w filmie, kiedy pojawia się ten trzeci, zazwyczaj dochodzi do zniszczenia.

Nie chciałabym zdradzać, co się wydarzy, ale przeważnie jest tak, jak mówisz. W związkach też przychodzi trzeci i jest po zawodach. Trzecia osoba wprowadza większą dramaturgię. W naszej sztuce jest trochę grozy, thrillera. Ale jest też śmiesznie, melodramatycznie…

Trudno było ci zbudować autorytet na próbach?

O tym musiałbyś porozmawiać z Anią Moskal, Marcinem Perchuciem i Bartkiem Sakiem, którzy grają w „Zabawie”. Z Anią i Marcinem grałam wielokrotnie. Bartek właśnie został absolwentem Szkoły Filmowej w Łodzi. Tak jak się bez przerwy boję różnych działań, tak tym razem się nie boję, co mnie samą zadziwia. Nie boję się do nich mówić, zwracać im uwagi. Nie boję się wiedzieć. Moi koledzy pracują bardzo ciężko. Podnieca mnie ich praca.

Marek nie bał się, że będziesz mu sztukę poprawiać?

Poprawiłam mu trochę. Staram się schodzić mu z pola, bo kiedy już o coś pytam, to zazwyczaj kończy się potężną awanturą. Z tego powodu nigdy nie udało nam się niczego wspólnie napisać. Ale nie miałam oporów, żeby zaprosić Marka na próbę. Jako dramaturg lubi próby, a jego obecność zazwyczaj dobrze wpływa na spektakl. Ale uważam, że nie zawsze ma rację. Dlatego ciągle go lubię.

Przychodziłaś zawsze przygotowana?

Zawsze wiedziałam, co chcę przeprowadzić. Ale byłam też otwarta na propozycje, gotowa na zmianę planów, na nieoczekiwane. Mimo przygotowania działam spontanicznie. Na próbach zawsze brakowało nam czasu, co dobrze świadczy o aktorach i o mnie. Ciągle chcieliśmy więcej.

W pracy jesteś perfekcjonistką?

Ania i Marcin mnie trochę znają, wiedzą, że u mnie jest albo czarne, albo białe. Szarą mam kuchnię w domu i już mi się nie podoba. Staram się być uważna. Obserwuję. Mam to zawsze. Zwłaszcza w pracy ze studentami. Uczę w szkole filmowej. Potrafię przez osiem godzin przyglądać się i nic nie mówić albo powtarzać z nimi fragment lub zdanie, jeśli nie słyszę sensu. Zawsze prowadzę zajęcia grupowe. Powtarzam studentom, że monodram może w tym kraju zrobić Krystyna Janda.

Iza Kuna nie?

Nie mogłabym być sama na scenie. Umarłabym ze strachu. Z drugiej strony – sama na scenie? Sama w trasie? Zanudziłabym się na śmierć.

Ale żaden partner by ci nie przeszkadzał.

Lubię partnerów. Dlatego właśnie prowadzę zajęcia grupowe. Jestem przekonana, że człowiek najwięcej się uczy, oglądając innych. Życie też prowadzę grupowe.

Jakie lektury wybierasz do pracy w szkole?

Najlepszą literaturę. „Serce” Amicisa, książki Amosa Oza i Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, opowiadania Etgara Kereta. Teraz chciałabym się pochylić nad Eleną Ferrante, przeczytałam jej tetralogię, lata 60., Neapol, chciałabym zrobić adaptację drugiej części. Dzielę się tym, co sama lubię. Chcę pokazać, że wszystko zaczyna się od sensu. Konfetti jest później. Też lubię konfetti, ale najpierw trzeba zrozumieć.

Mówiłaś, że obserwujesz studentów.

Muszę ich poznać, abym mogła im pomóc wykorzystać to, co mają najlepszego. Nie chcę nikogo zmieniać. Mogę jedynie pomóc się rozwijać. Miałam na pierwszym roku studentkę, która cały czas się śmiała, to było urocze. Wyglądała jak amerykańska dziewczyna z sąsiedztwa. Któregoś dnia przyszła i się nie śmiała. Zapytałam, co się stało. Ktoś powiedział jej, że nie może się tak cały czas śmiać. Zabrał jej to coś.

Szybko rozpoznajesz, czy ktoś jest zdolny?

Rozpoznaję, czy jest wrażliwy. Zdolny? Nie lubię tego słowa. Nigdy nie podjęłabym się nikogo oceniać na egzaminach wstępnych. Wybrać dwunastkę czy piętnastkę kandydatów na studia aktorskie?

Swój egzamin pamiętasz?

Miałam białą bluzkę, spódniczkę pożyczoną od Ali Świech, koleżanki ze szkoły, kokardę we włosach. Typowa córka nauczycielki w latach 90. Śpiewałam „Czerwone jagody wpadają do wody, powiadają ludzie, że nie mam urody” .

Co widziałaś w oczach egzaminatorów?

Do dziś nie patrzę ani na widownię, ani na oceniających. Jakbym patrzyła, tobym się załamała. Teraz, stojąc po drugiej stronie, przeżywam egzaminy moich studentów. Stoimy z Adasiem Woronowiczem, on ma jedną grupę, ja drugą. On stoi na korytarzu, bardzo wyciszony, chociaż widziałam, że przeżywa. Ja stoję w sali cała w emocjach i macham do studentów rękami, że wszystko dobrze. Trudno inaczej, kiedy nagle pojawia się u studenta coś, o co cały rok walczyłam.

Kiedy poczułaś, że umiesz uczyć?

Byłam w ósmej klasie, a moja mama przysyłała do mnie swoje uczennice. Dużo czytałam i kiedy one przygotowywały się do olimpiady, opowiadałam im, co wiem. Miałam dar narracji. Widzę, że moi studenci lubią ze mną pracować. Pewnie dlatego, że lubię aktorów, w ogóle lubię ludzi.

Mówiłaś kiedyś, że napiszesz o swoim pokoleniu, o ludziach urodzonych w małych miastach w latach 70.

Napisałam scenariusz fabuły. Ma tytuł „Tomaszów”, bo pochodzę z Tomaszowa Mazowieckiego. Jest o pokoleniu, którego nie dotknęła wielka historia, więc jest zajęte własną. Mnie interesuje rodzina. Zawsze była dla mnie punktem odniesienia. Marek, zwany moim mężem, konkubentem, partnerem, kolegą, współspaczem, dwa lata ode mnie młodszy, roznosił ulotki. Moi koledzy z bloku roznosili kartki z „niewidzialną ręką”. Nie buntowali się ani nie tworzyli opozycji. Nie mieli dziadków, którzy zginęli w powstaniu. Mój ojciec był partyjny, a matka bezpartyjna. Zawsze odżegnywała się od jego przekonań. Jedyne, w co się naprawdę zaangażowała, to Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Była nauczycielką i opiekowała się dziećmi zdolnymi, biednymi jak Stefcia Bozowska.

Ojciec był ideowcem?

Dostał legitymację partyjną, mając 17 lat. Nie chodził do kościoła, był szefem kadr w fabryce. Nie mieliśmy działki, samochodu ani nawet talonów na samochód. Mieliśmy pokój z kuchnią. Ojciec bał się wziąć cokolwiek, co by sugerowało profity ze stanowiska. W dodatku musiał udowadniać mamie, że jest porządnym człowiekiem, tyle że komunistą. A kiedy po zmianie ustroju wszyscy byli zwalniani, on jako jedyny został na stanowisku, bo nikomu nigdy nie zrobił nic złego. To mi imponowało. Wyrosłam w domu, gdzie przekonania lewicowe były silniejsze. I takie mam do dzisiaj. Marek śmieje się czasami, że jestem komunistką albo wręcz komunistą.

Więc jakie było twoje pokolenie?

Była szkoła, był dom, gdzie się jadło obiad, i był trzepak. Nie było nauczyciela w szkole, który by mówił o Katyniu, o Wołyniu. Jedyne ważne pytania były o stworzenie świata i skąd pochodzi człowiek. Chodziliśmy w podstawówce za panią prof. Dolecką i pytaliśmy. Moja mama nie kłóciła się z tym, co było w telewizji, nie mówiła: „Oni kłamią”. Nie słuchałam Rolling Stonesów jak Renata, moja przyjaciółka. Po nocach słuchałam Trójki. Słuchałam Bajora, płakałam, jak śpiewał, i śpiewałam jego piosenki przed lustrem.

Nie buntowałaś się?

Byłam grzeczna. Ubierałam się normalnie, nie farbowałam włosów i nie uciekałam do Jarocina. Nie cierpiałam niedziel, bo nic się nie działo. Mogłabym chodzić do szkoły non stop. Po lekcjach szłam do ojca do fabryki, bawiłam się albo rozmawiałam przez telefon. Albo szłam z ojcem na zakupy. Wracałam i uczyłam się. Dobrze mi było w domu, na podwórku i bardzo dobrze w szkole. W wakacje też było mi dobrze, bo jeździłam na kolonie do Ustki. Jechaliśmy wielkimi jelczami. Siedem autokarów. Nocą. Każdy chciał jechać z kierowcą, który miał na imię Kazio, bo jak wjeżdżaliśmy w tunel, mówił: „Schylać głowy”. I wszystkie dzieci schylały. Jestem fatalnym przykładem buntowniczki. Przyspieszone dojrzewanie przeszłam na studiach. Do dziś mam przyjaźnie z tego czasu.

Z Renatą Dancewicz jesteście sobie wierne do dziś.

Była i pozostała moim fatal attraction. Świetnie się ubierała. Słuchała dobrej muzyki. Zaraziła mnie miłością do Rolling Stonesów. Czytałam książki, które czytała. Do dziś się nimi wymieniamy. Spotykamy się codziennie, razem podróżujemy. Objechałyśmy Zachodnie Wybrzeże Stanów, byłyśmy w Teksasie, w Nowym Orleanie. Za rok chcemy pojechać na Alaskę.

Co jest tajemnicą waszego „związku”?

Ciągle pożyczamy sobie pieniądze. Nawet wczoraj oddałam Renacie dwa tysiące. Mieszka po tamtej stronie, ja tu. Gramy ze sobą w dwóch przedstawieniach. Przychodzi później, bo wchodzi później na scenę, ale zdążę jeszcze szybko z nią zapalić, omówić wszystkie tematy. Potem schodzę ze sceny, znów fajka, bo Renata jeszcze nie weszła. Mamy ciągle mnóstwo spraw do załatwienia. Jak nie dzwoni do mnie cały dzień, wysyłam SMS: „Zgubiłaś telefon?”. Zastanawiałyśmy się, co by nas mogło poróżnić. Trywialnie wyszło, że mężczyzna. Ale co mężczyzna? Miałybyśmy pretensje do niego, nie do siebie.

Bywa, że aktorki są o siebie zazdrosne.

Nauczycielki też. I mnie się zdarza powiedzieć, że zazdroszczę koleżance roli. Ale koleguję się z aktorkami. A z Renatą wręcz przyjaźnię. Z Renatą przyjaźnię się na koniec świata. Nie pamiętam, żebym zawiodła się na koleżankach aktorkach.

Poprosiłaś kiedyś reżysera o rolę?

Do głowy by mi to nie przyszło. Czasem, kiedy kolega reżyser nie robi filmu, pytam żartem: „Kiedy robisz następny film, bo ja nie mam, kur.., terminów?”. Gdybym miała poprosić o rolę, tobym się chyba spaliła ze wstydu. Widocznie akurat nie jestem im potrzebna.

Może się boją?

Ci, co mnie znają? Niemożliwe. Ale jeden z reżyserów przyznał się, że kiedy pierwszy raz jechał ze mną na plan transportem, przesiadł się do tyłu, bo się mnie bał. Marek twierdzi, że mam opinię trudnej i kłótliwej. Zanim zaczną się zdjęcia, lubię się dowiedzieć, dopominam się, miewam uwagi do scenariusza. Ale kiedy wchodzę na plan, pracuję ciężko i nie pisnę słowa. Wykonuję swoją pracę najlepiej, jak umiem. Kiedy słyszę histerie na temat braku campera, srera czy pierdziera, to mnie to wkur… Być może dlatego, że luksus w tym zawodzie postrzegam jako pracę i zarabianie pieniędzy, a do warunków luksusowych nie miałam szczęścia. Ale nie narzekam. Śmieszy mnie natomiast to wychowywanie potworów, to przyzwolenie na chamstwo i hucpę, kreowanie gwiazd, które się spóźniają, nie umieją tekstu, krzyczą na garderobiane. Przeważnie największe gwiazdy są porządnymi ludźmi. Więc jak coś jest słabo napisane, to mówię „słabe”, jak ktoś jest chamem, usłyszy, że jest chamem, jak ktoś nie umie tekstu, wychodzę, jak ktoś się spóźnia, też wychodzę. Z szacunku dla pracy. Czy to jest „kłótliwość”?

Przed premierą jest „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, z którym zrobiłaś trzeci film. Jak wygląda wasza współpraca?

Wojtek jest wielkim reżyserem. Onieśmiela mnie. Praca z nim to przeżycie. Jest bardzo czujny. Pozwala na pewną wolność, przyjmuje propozycje. Przy nim czuję się odpowiedzialna za wspólną pracę, staję się częścią jakiejś historii. To się zdarza również u Małgośki Szumowskiej. Ale to rzadkość.

Piszesz, reżyserujesz, aktorstwo ci nie wystarcza?

Chciałabym skończyć następną książkę. Zrobić to wszystko, na co mam ochotę. Mam teorię, że umrę niestaro. Mam 46 lat, optymistycznie pociągnę jeszcze 15… Wydając jedną książkę na dziesięć lat, bo „Klara” wyszła sześć lat temu, wydam jeszcze dwie, wyreżyseruję trzy przedstawienia i trzy filmy. Idealny plan. Jako stara pisarka mam większe perspektywy niż jako stara aktorka. Muszę się jakoś zabezpieczyć [śmiech], chociaż mój syn Stach (lat siedem) powiedział, że będzie mnie utrzymywał. Córka Nadia (lat 20) też. Zobaczymy.

Jest podobna do ciebie?

Fizycznie Staszek jest do mnie bardziej podobny. Ale oboje mają poczucie humoru. W tym roku Staszek nie jedzie na wakacje. Kiedy przyrodni brat pochwalił się, że jedzie do Włoch, Staszek odpowiedział: „A ja jadę do Hiszpanii”. „Naprawdę?” „Nie, żartowałem”. Lubi wymyślać historie. Lubi dużo mówić. Uwielbiam z nim spacerować albo chodzić do kawiarni. Piję białe wino, Staszek lemoniadę. Bawi się, przybiega, coś opowiada. Lubi restauracje, sklepy, imprezy. Tak jak ja lubi miasto. Nadia też jest „miejska”. Staszek uwielbia, jak wszyscy są: pani Janka, Marek, ja. Siedzimy przy stole. Gadamy. Też lubię wracać do domu, w którym wszyscy są, a najlepiej jak siedzą z gośćmi. Kiedy Marek ma dyżur, zabieramy ze Staszkiem komputer do łóżka, oglądamy filmy i, niestety, jemy, na co Marek się wścieka, bo w łóżku zostaje pełno okruchów. Staszek ma sny. Dzisiaj się obudził i przybiegł do mnie, mówiąc, że laleczka Chucky chce go dorwać.

Też masz sny?

Mam wyłącznie sny. Koszmarne, wesołe, sprawdzające się, niesprawdzające. To moje drugie życie. Kiedyś były moim przekleństwem. Leczyłam się z nich.

Jak?

Klasyczna psychoanaliza z kozetką. Sny były jednym z etapów tej pracy. Nauczyłam się, że widzę więcej. Już się boję mniej.

Co jest twoją siłą?

Ochota. Mnie się ciągle chce. Jeśli zarobię dużo pieniędzy, kupię małe mieszkanko w Paryżu i będę pisać. Jak Marguerite Duras. A jak nie zarobię, to będę sobie na starość jeździła do Paryża na trzy tygodnie. Będę dużo spacerowała po Paryżu i spotykała znajomych. I też będę pisać. A jak będę miała mało pieniędzy, to nie pojadę nigdzie i nie będę nic jadła, nie napiszę nic, ale za to napiję się wina. Trzy książki naprawdę wystarczą, bo ile możesz opowiadać o swoim życiu?

 

Iza Kuna aktorka, autorka książki „Klara”, debiutuje jako reżyserka. Wykłada w łódzkiej szkole filmowej. Zagrała m.in. w filmach: „Ciało”, „Lejdis”, „33 sceny z życia”, „Joanna”, „Trzy siostry T”, „Płynące wieżowce”, „Drogówka”, „Pod Mocnym Aniołem”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Kino noir – zestawienie najlepszych filmów

„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
"Wielki sen" z Humphreyem Bogartem, "Gilda" z Ritą Hayworth, "As w potrzasku" z Kirkiem Douglasem, czy "Proszę nie pukać" z Marilyn Monroe to kultowe filmy, które zna prawie każdy. Reprezentują one tzw. kino noir - gatunek, w którym królują czarno-białe kadry, najczęstszym tematem jest zbrodnia, a głównym bohaterem prywatny detektyw z piękną kobietą u swego boku. Zapraszamy na nasz przegląd najlepszych filmów noir.

Kino noir to popularny w latach 40. i 50. XX wieku gatunek w kinie amerykańskim, którego powstanie ściśle wiązało się z atmosferą pesymizmu i niepokoju, jaka zapanowała w Stanach Zjednoczonych wraz z wybuchem II wojny światowej. Sam termin wywodzi się natomiast z francuskiego filmoznawstwa, a po raz pierwszy użyty został w 1946 roku przez krytyka Nino Franka. Historie tzw. „czarnej serii” opierano głównie na klasycznych amerykańskich powieściach kryminalnych. Najczęściej pokazywały one niewyjaśnione zbrodnie, jednak bez moralizowania, happy endów i jasnego podziału na dobro i zło. Głównymi bohaterami zwykle byli prywatni detektywi, przeciętniacy przypadkowo wplątani w świat przestępczy oraz tzw. kobiety fatalne, czyli femme fatale. Najczęściej wybieraną lokacją było natomiast miasto, którego mroczny klimat uzyskiwano za sprawą charakterystycznych środków wizualnych: wyrazistych cieni, mocnych kontrastów i agresywnego montażu.

Najbardziej znanym aktorem kina noir był Humphrey Bogart. Wykształcił on charakterystyczny typ męskiego bohatera – prywatnego detektywa lub przestępcy, cynicznego ironisty i zatroskanego twardziela w prochowcu i z papierosem. Wraz ze swoją żoną Lauren Bacall, która partnerowała mu m.in. w „Wielkim śnie” oraz „Mrocznym przejściu” tworzyli najpopularniejszą parę kina noir, podobnie jak Adrian Ladd oraz Veronica Lake („Pistolet do wynajęcia”, „Błękitna dalia”). Ikoną gatunku stała się również Rita Hayworth („Gilda”, „Dama z Szanghaju”) oraz Jane Greer, kultowa odtwórczyni ról kobiet fatalnych. Innymi znaczącymi aktorami kina noir byli też m.in. James Cagney, Richard Conte, Richard Widmark oraz Robert Mitchum. Do najpopularniejszych filmów noir możemy zaliczyć:

„Sokół maltański” (1941)

Pierwszym w historii filmem noir był „Sokół maltański” w reżyserii debiutującego wówczas Johna Hustona. Grupa podejrzanych osobników nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć drogocenny skarb - wysadzoną klejnotami statuetkę sokoła. Detektyw Sam Spade (w tej roli znakomity Humphrey Bogart) za wszelka cenę pragnie dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo zależy im na jej zdobyciu - i kto stoi za zamordowaniem jego partnera. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jerome Cowan, Mary Astor oraz nominowany do Oscara Sydney Greenstreet.

Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot.  Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot. Film Stills/Forum)

„Gilda” (1946)

„Gilda” Charlesa Vidora to jeden z najsłynniejszych filmów w dorobku aktorskim Rity Hayworth. Jego akcja toczy się w Buenos Aires, a głównym bohaterem jest nałogowy hazardzista Johnny Farrell (Glenn Ford), który zatrudnia się w jednym z tamtejszych kasyn. Wszystko komplikuje się, gdy żona przełożonego, piękna Gilda, okazuje się być dawną kochanką Johnny'ego. Produkcję krytykowano za prowincjonalność, utrwalanie szkodliwych stereotypów, a nawet przesadne epatowanie seksualnością Hayworth. Mimo to, film odniósł wielki sukces, a dziś zaliczany jest do klasyki amerykańskiego kina.

Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Wielki sen” (1946)

Filmowa ekranizacja powieści Raymonda Chandlera „Wielki sen” to klasyk nie tylko kina noir, ale również kina detektywistycznego. Tytuł został dodany do National Film Registry, a także znajduje się na liście arcydzieł magazynu „Empire”. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty przez generała Sternwooda, aby rozwikłać sprawę szantażowania jego córki Carmen, która popadła w długi u księgarza Arthura Geigera. Na pozór rutynowa sprawa prowadzi bohatera do mrocznego półświatka Los Angeles pełnego gangsterów, morderców i zepsutych bogaczy. W rolach głównych wystąpili wspomniani wcześniej Humphrey Bogart i Lauren Bacall.

Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Pocałunek śmierci” (1947)

„Pocałunek śmierci” Henry’ego Hathawaya to kolejny klasyczny obraz kina noir. Po nieudanym napadzie na jubilera złodziej zostaje schwytany i odmawia wydania swoich wspólników. Bohater zmienia jednak zdanie, gdy dowiaduje się, że jego żona popełniła samobójstwo. Film był również bardzo udanym debiutem aktorskim Richarda Widmarka, który za drugoplanową rolę psychopatycznego zabójcy otrzymał Złoty Glob oraz nominację do Oscara. Krytycy byli zgodni: aktor stworzył „błyskotliwą kreację, która utrwaliła jego image na wiele lat”.

Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)

„Dama z Szanghaju” (1947)

Kultowa „Dama z Szanghaju” z Orsonem Wellesem po obu stronach kamery opowiada historię marynarza Mike'a O'Hary, który dołącza do rejsu z państwem Bannister, a tym samym zostaje wplątany w morderczą intrygę. Film zaczyna się, gdy Elsa Bannister (Rita Hayworth) zostaje napadnięta przez młodych złodziejaszków podczas spaceru w parku. Gdy pomocy udziela jej Mike, ta proponuje mu, aby zaciągnął się na jacht jej męża. Problem w tym, że na pokładzie przebywa także detektyw Sidney Broome i Grisby, który proponuje O'Harze 5000 dolców za sfingowanie własnej śmierci...

Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Asfaltowa dżungla” (1950)

Gangsterski klasyk kina noir „Asfaltowa dżungla” polecali niegdyś w kultowym cyklu „Perły z lamusa” Tomasz Raczek i Zygmunt Kałużyński - to chyba najlepsza rekomendacja. Pewien złodziej po wyjściu z więzienia decyduje się na ostatni skok w swej karierze, chcąc ukraść dużą ilość drogocennej biżuterii. W tym celu opracowuje perfekcyjny plan i kompletuje ekipę mającą dokonać rabunku. Jego wspólnicy to kierowca, włamywacz i zabójca, a całe „przedsięwzięcie” ma sfinansować pewien adwokat-bankrut. Wkrótce gangsterzy wpadają jednak w poważne tarapaty. Film wyróżniono m.in. nagrodą na Festiwalu w Wenecji i 4 nominacjami do Oscara.

Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)

”Bulwar zachodzącego słońca” (1950)

Zawierający elementy dramatu, horroru i komedii „Bulwar zachodzącego słońca” Billy'ego Wildera to prawdziwa klasyka gatunku. Film przedstawia historię wygasłej gwiazdy kina niemego, która próbując wrócić na ekran, wiąże się z młodym scenarzystą. Gdy mężczyzna postanawia zakończyć związek, kobieta popada w szaleństwo. Strzela do ukochanego, a moment przybycia policji wykorzystuje jako okazję do swego ostatniego aktorskiego występu. Dogłębnie penetrujący świat show biznesu obraz spodobał się nie tylko widzom, ale również krytyce, o czym najlepiej świadczy 11 nominacji do Oscara oraz 3 statuetki.

Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Nieznajomi z pociągu” (1951)

Oparty na powieści Patricii Highsmith film „Nieznajomi z pociągu” to wciągająca historia, która wgniecie was w fotel. Podczas podróży pociągiem główni bohaterowie, Guy Haines (Farley Granger) i Bruno Anthony (Robert Walker), rozmawiają o pomyśle na zbrodnię doskonałą: jeden zabija wskazaną przez swego wspólnika ofiarę, po czym drugi rewanżuje się podobnie, dzięki czemu nie sposób powiązać zamordowanych ze sprawcami. Po chwili zawierają umowę: żona Guya „w zamian” za ojca Brunona. Film wyreżyserował i wyprodukował mistrz suspensu Alfred Hitchcock.

Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„As w potrzasku” (1951)

Fabuła filmu „As w potrzasku” z legendą kina Kirkiem Douglasem w roli głównej powstała na podstawie dwóch autentycznych wydarzeń. Głównym bohaterem jest tu arogancki reporter, który zostaje zatrudniony w niewielkiej redakcji. Kiedy dowiaduje się o wypadku wewnątrz pobliskiej kopalni, postanawia wykorzystać go do własnych celów. Wyreżyserowany, wyprodukowany i napisany przez Billy'ego Wildera obraz zapewnia widzom całą gamę emocji, trzymając w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jan Sterling, Robert Arthur, Porter Hall i Frank Cady.

Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Proszę nie pukać” (1952)

Dramat „Proszę nie pukać” oparty na powieści Charlotte Armstrong przedstawia historię Nell Forbes, która po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego. Niedługo po jego opuszczeniu zostaje zatrudniona jako opiekunka do dziecka przez bogate małżeństwo. Rodzina nie zna jednak przeszłości kobiety, która początkowo nie wzbudza niepokoju swoim zachowaniem, lecz w pewnym momencie zaczyna zagrażać nie tylko sobie, ale też swojej podopiecznej. W rolę Nell wcieliła się Marilyn Monroe - była to pierwsza dramatyczna, i zarazem pierwszoplanowa kreacja aktorki.

Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)

  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.

  1. Kultura

Polskie kino dokumentalne na 14. Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” w Moskwie

W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym.
W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym.
Już 20 maja w Rosji rozpoczyna się święto polskiego kina. W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym – „Spojrzenie na świat” i „Spojrzenie na kobietę”.

Sekcja „Spojrzenie na świat”

Sekcja „Spojrzenie na świat” to produkcje polskich reżyserów, których historie, dziejących się w innych krajach. W jej ramach wybierzemy się m.in. na... Syberię. Maciej Cuske w filmie „Wieloryb z Lorino” dotarł do osady w tytułowym Lorino na Półwyspie Czukockim. Mieszkańcy, czyli Czukcze, Inuici i Rosjanie trudnią się polowaniem na wieloryby. Zbiorowy rytuał połowu dostarcza im pożywienia i pozwala przeżyć w trudnych warunkach, jest nadzieją na przetrwanie kolejnej zimy. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. Film kontempluje wpisaną w porządek natury codzienność Półwyspu Czukockiego i odsłania najbardziej brutalne strony życia w miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi. Zdobywca Nagrody za Najlepszy Film Polski Millenium Docs Against Gravity 2020 i Nagrody Specjalnej KFF za najlepszy montaż na 14. Festiwalu Filmów Polskich „Wisła".

Bohaterami filmu Macieja Cuske „Wieloryb z Lorino” są mieszkańcy osady na Półwyspie Czukockim, którzy zajmują się polowaniem na wieloryby. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. (Fot. materiały prasowe)Bohaterami filmu Macieja Cuske „Wieloryb z Lorino” są mieszkańcy osady na Półwyspie Czukockim, którzy zajmują się polowaniem na wieloryby. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. (Fot. materiały prasowe)

Jeśli macie ochotę na wyprawę, z nami nie trzeba daleko jechać! Ściana cieni” Elizy Kubarskiej to zapis wyprawy alpinistów (Polak Marcin Tomaszewski oraz Rosjanie Dmitrij Gołowczenko i Sergiej Nilow) na szczyt góry Kumbhakarny w nepalskich Himalajach, liczącej niemal osiem tysięcy metrów. Góra Kumbhakarna to jedna z ostatnich świętych gór Szerpów, nazwana na cześć mitycznego giganta. Dokument jest opowieścią o zderzeniu dwóch kultur. Zachodni alpiniści uznają szczyt za jeden z najtrudniejszych na świecie, a dla nepalskich Szerpów to miejsce zamieszkane przez bogów i ludzie nie mogą wchodzić na jej teren. Do zespołu dołącza miejscowy Nada, który łamie lokalne prawo, by zarobić na edukację swojego syna. Zdjęcia do filmu powstawały w warunkach himalajskiej zimy na wysokościach do 7400 metrów. Reżyser Eliza Kubarska oraz realizatorka dźwięku Zofia Moruś wraz z ekipą spędzili trzy tygodnie na lodowcu u podnóża góry, a Nepal odwiedzili trzykrotnie.

Któż piękniej nie opowiadał o zagranicznych przygodach niż Tony Halik? Podróżnik, dziennikarz, filmowiec jest bohaterem filmu Marcina Borchardta. Prywatny pilot Evity Peron, dziennikarz NBC, laureat Pulitzera. Mieszkaniec komunistycznej Polski, w której ludzie nie posiadali paszportów. „Tu byłem – Tony Halik” - każdy zna ten tekst, nawet jeśli nie pamięta jego programów w telewizji. Poza Polską praktycznie nieznany, w latach 60-80-tych w jakiś dziwny sposób pojawiał się wszędzie tam na świecie, gdzie działo się coś ważnego. Film zawiera niepublikowane filmowe materiały archiwalne, nakręcone przez Halika podczas niezliczonych podróży po całym świecie oraz wywiad z synem podróżnika.

Na Festiwalu przypomniana zostanie filmowa ballada „Happy Olo – pogodna ballada o Olku Dobie” w reżyserii Krzysztofa Pawła Bogocza i Marcina Macuka, utrzymaną w konwencji kina drogi o jednym z najwybitniejszych polskich podróżników - Aleksandrze Dobie, który zmarł 22 lutego tego roku na Kilimandżaro w Tanzanii. Film kręcony jest w trakcie podróży, której celem jest transport kajaka przez pełne uroku polskie krajobrazy, a tytułowy Olo w niebanalny i charakterystyczny dla siebie sposób opowiada swoje historie. Opowieściom tym towarzyszą szalone fragmenty filmów z jego wypraw transatlantyckich, a przygody ilustrują animacje przeplatane piosenkami.

Sekcja „Spojrzenie na kobietę”

W sekcji filmów dokumentalnych „Spojrzenie na kobietę” w centrum opowieści znajduje się płeć piękna. Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei pt. „Lekcja miłości” jest nieco ekscentryczna 70-letnia Jola (aktorka i śpiewaczka Jolanta Janus), matka sześciorga dzieci i żona porywczego mężczyzny. Przez całe życie robiła to, czego oczekiwali od niej inni i udawała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pewnego dnia coś w niej pękło. Uciekając od nieudanego małżeństwa, z Włoch przeprowadza się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. Marząc o pięknej miłości, której – jak uważa – nigdy nie doświadczyła, poznaje starszego od siebie Wojtka. Czy będzie miała odwagę otworzyć się na nowe uczucie?

Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei „Lekcja miłości” jest 70-letnia Jola, która pewnego dnia postanowiła uciec od nieudanego małżeństwa. Z Włoch przeprowadziła się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. (Fot. materiały prasowe)Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei „Lekcja miłości” jest 70-letnia Jola, która pewnego dnia postanowiła uciec od nieudanego małżeństwa. Z Włoch przeprowadziła się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. (Fot. materiały prasowe)

Film Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej – położnej w byłym niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Leszczyńska – nazywana mamą – przyjęła w obozie ponad 3 tys. porodów. Podczas jej, często całodobowych, dyżurów nie umarła ani jedna rodząca kobieta oraz ani jedno dziecko, które przyszło na świat. Bohaterka ratowała życie nowonarodzonych dzieci pomimo rozkazu doktora Mengele, który brzmiał, by zabijać wszystkie noworodki. Narratorem opowieści jest Elżbieta Wiatrowska, wnuczka Stanisławy Leszczyńskiej. Dla reżyserki bohaterka filmu była cioteczną babcią. W filmie przedstawione zostały relacje ludzi, którzy przeżyli obóz koncentracyjny dzięki Leszczyńskiej oraz archiwalne materiały, ilustrowane muzyką Michała Lorenca.

Film „Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (Fot. materiały prasowe)Film „Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (Fot. materiały prasowe)

Moskiewska edycja Festiwalu „Wisła” odbędzie się w trybie stacjonarnym od 20 do 30 maja w kinach: "5 gwiazd na Pawieleckiej", "Moskino Kosmos" i "Moskino Bieriozka". Następnie Festiwal wyruszy w podróż do 20 rosyjskich miast m.in. do Soczi i Kazania.

  1. Kultura

Kina otwarte – polecamy filmy, które warto zobaczyć na dużym ekranie

"Ojciec" z oscarową rolą Anthony'ego Hopkinsa to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. U boku aktora podziwiać możemy również znaną z serialu "The Crown" Olivię Colman. (Fot. materiały prasowe)
Mamy dobre wieści dla wszystkich kinomaniaków. Od 21 maja będziemy mogli ponownie odwiedzić kinowe sale. Na spragnionych filmowych doznań widzów czeka masa wyśmienitych premier. Na dużym ekranie pojawią się m.in. nagrodzony trzema Oscarami dramat "Nomadland", disneyowska "Cruella" z Emmą Stone oraz reżyserski debiut Floriana Zellera "Ojciec". Podpowiadamy, na które filmy warto zwrócić szczególną uwagę.

”Nomadland”

Powstały na podstawie głośnego reportażu Jessiki Bruder "Nomadland" to opowieść o 60-letniej kobiecie, która z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej zmuszona jest spakować cały dobytek do starego kampera i ruszyć w trasę po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu sezonowych prac. Dramat w reżyserii Chloé Zhao z fenomenalną rolą Frances McDormand nagrodzono w tym roku trzema Oscarami, w tym za najlepszy film.

W kinach od 29 maja.

„Ojciec”

Wyśmienite recenzje krytyków, znakomite nazwiska twórców i doskonała obsada aktorska to główne powody, dla których warto zobaczyć reżyserski debiut Floriana Zellera. Film „Ojciec” opowiada o utracie tożsamości w wyniku choroby oraz nieustannej walce o siebie. W rolach głównych nagrodzony Oscarem Anthony Hopkins ("Milczenie owiec") oraz Olivia Colman ("Faworyta", "The Crown"). To historia, który zapada w pamięć i zostaje z widzem na długo po seansie.

W kinach od 21 maja.

„Minari”

Zaskakująca i zawadiacka, a jednocześnie pełna czułości opowieść o sztuce zapuszczania nowych korzeni. Jakob, którego marzeniem jest posiadanie własnej farmy, przeprowadza swoją koreańską rodzinę do Arkansas. Bliscy nie są zadowoleni ze zmiany, zwłaszcza, gdy okazuje się, że ich nowy dom ma kółka i jest tak wątły, że może sobie nie poradzić z tornadami. Do rodziny dołącza też nieco szelmowska babcia z Korei, która uczy bliskich jak tworzyć nową więź z Ameryką, pielęgnując równocześnie własną tradycję.

W kinach od 18 czerwca.

„Na rauszu”

Kolejny laureat Oscara, tym razem w kategorii „najlepszy film międzynarodowy”. Istnieje teoria, że skromna dawka alkoholu podtrzymywana w organizmie otwiera umysł na otaczający nas świat. Kilku nauczycieli z duńskiej szkoły średniej postanawia sprawdzić, jak owa teoria ma się w praktyce. Film "Na rauszu" ukazuje nie tylko negatywne, ale też pozytywne skutki spożywania napojów wysokoprocentowych. Prosty w przekazie, ale jakże poruszający obraz uzupełnia rewelacyjna kreacja Madsa Mikkelsena.

W kinach od 11 czerwca.

„Cruella”

Pamiętacie demoniczną projektantkę z filmów o dalmatyńczykach? Cruella De Mon od początku stanowiła niezły materiał na niezależną produkcję. Aż w końcu stało się. Najnowsze dzieło wytwórni Walta Disneya wyjaśni widzom, dlaczego Cruella tak naprawdę stała się zła. W rolach głównych zobaczymy Emmę Stone, Emmę Thompson oraz Marka Stronga. Obraz wyreżyserował natomiast Craig Gillespie, twórca "Miłości Larsa" z Ryanem Goslingiem oraz "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" z Margot Robbie.

W kinach od 29 maja.

„Proste rzeczy”

Błażej i Magda spełniają marzenie o spokojnym życiu poza miastem. Samodzielnie remontują dom w malowniczej wiosce, korzystając raczej ze swojego sprytu i dobrych pomysłów niż z dużych zasobów finansowych. Pewnego dnia w ich domu pojawia się wuj Błażeja. Między bohaterami rozpoczyna się emocjonalna gra, w której obaj próbują zbliżyć się do prawdy o bliskich osobach. Nagła obecność krewnego wytrąca chłopaka z realizacji powziętych celów i zmusza go do zmierzenia się z bolesną przeszłością.

W kinach od 4 czerwca.

„Śniegu już nigdy nie będzie”

Najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to historia pochodzącego ze wschodu Żeni, który zatrudnia się jako masażysta na bogatym podmiejskim osiedlu. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od "gorszego" świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty, aby wkrótce odmienić życie każdego z nich. W roli głównej zobaczymy znanego z serialu "Stranger Things" Aleca Utgoffa, któremu towarzyszyć będą m.in. Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura i Andrzej Chyra.

W kinach od 4 czerwca.

„Niepamięć”

Absurdalny humor i melancholia - tak można podsumować komediodramat „Niepamięć”, którego fabuła przenosi nas do opanowanej przez wirus amnezji Grecji, gdzie ludzie masową chorują na nagły zanik pamięci. Mieszkający w Atenach Aris zostaje objęty programem leczenia, który ma pomóc mu zbudować nowe życie. Terapia polega na wykonywaniu czynności przepisanych przez lekarzy na kasecie magnetofonowej i uchwycenie nowych wspomnień za pomocą polaroidu. Zapowiada się arcyciekawy seans.

W kinach od 25 czerwca.