Krystyna Janda: Moje życie fast slow

fot. Marlena Bielinska/MOVE

Mam jeden z pierwszych numerów komórkowych w środowisku. Znają go wszyscy albo prawie wszyscy. Odbieram i oddzwaniam – mówi Krystyna Janda. Chyba, że wyświetli się: „fałszywy hrabia” albo „ten, co dzwoni w nocy”.

 

Chciałabyś się zaprzyjaźnić z Krystyną Jandą?

Nie, bo ona nie ma czasu [śmiech]. Co to za przyjaciółka, która nie ma czasu? Ale z drugiej strony – kiedy trzeba komuś pomóc, porozmawiać, coś naprawdę ważnego załatwić, na chwilę odkładam wszystko i działam w tej sprawie. Wielu ludzi przychodzi do mnie po pomoc, radę, zdanie na jakiś temat, opinię. Nie zbywam, nie lekceważę.

Gdybyś mimo wszystko chciała się do siebie zbliżyć, co byś poradziła?

Nie znoszę fałszu i jak ktoś mówi o mnie zbyt dobrze. Nienawidzę pustych komplementów. Pochlebstw, żadnego „uprzejmego” naddatku. To okropne. I od razu to wyczuwam. Kiedyś w czasie wizyty w Związku Radzieckim było mi aż niedobrze z powodu zbyt wielkich peanów na moją cześć. Myślałam, że jeśli usłyszę jeszcze jeden komplement, kogoś pogryzę. U nich to przekracza wszelką miarę. Taki zwyczaj, taki styl.

Ale jak byłaś małą dziewczynką, mówili ci, że jesteś piękna, mądra?

Dziadkowie. Totalnie zaślepieni. Byłam zadziwiona tym, co o mnie mówili. Na szczęście ja sama nie myślałam o sobie tak dobrze. Uważałam, że jestem głupia, brzydka i generalnie gorsza. I to mnie uratowało, krytyczne spojrzenie na siebie pomogło mi siebie zbudować. Myśleć, że jest się kimś wyjątkowym, najlepszym? To koniec. Zresztą to się nie zdarza inteligentnym [śmiech], ale to miłe być otoczonym ludźmi, którzy w ciebie wierzą, bez akceptacji jest bardzo trudno.

Drugi raz w życiu taką akceptację poczułaś, kiedy spotkałaś swojego drugiego męża Edwarda Kłosińskiego, prawda?

W czasie kręcenia „Człowieka z marmuru” zorientowałam się, że w moim otoczeniu pojawił się ktoś, kto uważa, że wszystko, co robię, jest dobre, ważne i wspaniałe, mówię o aktorstwie, oczywiście. To zdecydowało o wszystkim. Od czasu dziadków do momentu spotkania z Nim nie doświadczyłam takiej akceptacji. To było miłe, no a potem okazało się, że potrafi także oceniać mnie zupełnie na zimno. Bardzo mi pomógł wiele razy trzeźwym spojrzeniem, rozsądną oceną tego, co robię. Nie kochał mnie bałwochwalczo na szczęście. No i mnie lubił, a to podstawa. Można kochać i nienawidzić.

Akceptacja to przepis na miłość?

Wielkość kochania zależy od wielkości człowieka. Jeden jest głębokim człowiekiem i umie pięknie kochać. Drugi jest mały i myśli, że kocha najbardziej na świecie, a naprawdę obdarza płytkim, marnym uczuciem, co weryfikuje czas. Szacunek do kogoś i miłość zależą od formatu człowieka. Kiedyś pewna kobieta powiedziała mi, że jej mąż nie odczuwa uczuć wyższych, ale leczy się z tego. Najpierw mnie to rozśmieszyło, a potem przeraziło. Są też ludzie, którzy nie mają wyobraźni. To mnie zawsze zaskakuje. Tak jak egoizm lub – co mniej groźne – egzaltacja i u kobiet, i u mężczyzn. Wtedy uciekam. Uczucia to wielki temat. Konflikt natury z kulturą także. Ale trudno jest mówić o tym kobiecie, którą nie rządzi już biologia. Ja już myślę spokojnie, rzeczowo, logicznie. Wcześniej, kiedy decydowała biologia, kilka razy w życiu nie byłam ani panią swoich myśli, ani postępków. Pamiętam to bardzo dotkliwie, wiele razy powinnam była powiedzieć „nie”, odwrócić się, ale biologia mówiła mi: „A może jeszcze się uda”. Już zresztą nie nadaję się do związków. Taki prawdziwy związek mam teraz z mamą, dziećmi. Jest w tym już i cierpliwość, i ustępstwa, przede wszystkim zrozumienie, akceptacja i tolerancja. Takie związki mam też choćby z naszymi domowymi zwierzętami. Wybaczam im wiele rzeczy, ale i one mnie. Układam się jakoś z nimi wszystkimi i z tym światem. Nie znoszę awantur, histerii, złości. Na to już nie mam sił.

Przed chwilą pokazałaś w jednym z ujęć takie ciało! Straciłam oddech, kiedy wyszłaś z garderoby.

Dajże spokój!

Jesteś ikoną kobiecości dla wielu kobiet i mężczyzn. Dla ciebie ideał kobiety to…

…nie wiem. Oriana Fallaci, Susan Sontag, Pina Bausch – z naszego podwórka, ale i wiele innych kobiet. Bo kobieca kobieta to dla mnie przede wszystkim mózg. Wiele jest w Polsce i na świecie wspaniałych kobiet, kobiet polityków, przedsiębiorczyń, naukowczyń, artystek także – z wizją, sprawą, ideą, pomysłami, które realizują. Dziś w trakcie tej sesji zdjęciowej przypomniała mi się pani Zofia Nasierowska. Ona zawsze wiedziała, co chce zrobić. Kogo fotografuje i jak chce go pokazać. Była niezwykle kobieca, ale przede wszystkim skuteczna. Fotografowała głównie kobiety. Rozmawiała tak długo, aż wydobyła z tego kogoś to coś, a kiedy TO się zjawiało, robiła zdjęcia.

Czyli kobiecość to inteligencja, talent i skuteczność.

Uwielbiam piękne kobiety, ale osobowość jest wszystkim. Także umiejętność życia. Te małe codzienne sprawy. Kiedy niby wszystko dzieje się przy okazji. Przychodzisz niespodziewanie, a ona od ręki organizuje przyjęcie. Proste, ale na najwyższym poziomie, i zawiera niewymuszenie, harmonia, umiejętność ułożenia wszystkiego. Wiele jest takich kobiet. Nic nie bywa dla nich trudne. Przygotować ślub, napisać książkę, urodzić dziecko – one się nie zastanawiają, działają, zajmują się wszystkim dokłądnie w tym w momencie, w którym potrzeba Robią to z klasą, są pewne i zawsze to jest takie, jakie powinno być. No i wdzięk. „Ach, ta Justysia ma coś tak razem” – tak mówi o tym Aleksander Fredro w „Mężu i żonie”. Wszystkie elementy się składają. I słabość, kiedy trzeba, i kiedy trzeba, siła, wrażliwość, i ukrywanie jej, kiedy sytuacja tego wymaga. Delikatność i niezauważalne wymuszenie. Spryt i bezradność. Kobiecość.

I ty tego nie masz?

Ja? Nie wiem, ale czuję w sobie porządek i chaos jednocześnie. Podziwiam kobiety, które potrafią opanować sytuację i wszystko staje się jasne. Czasem to potrafię. Jestem skuteczna, ale często zbyt szybka. Bywa, że przez to kogoś urażę, przy mojej otwartości i prawdomówności coś za mocno powiem dla dobra sprawy, dla czyjegoś dobra, często zanim pomyślę. Ludzie są wrażliwi na swoim punkcie, chcą prawdy, a potem trudno to znoszą. Ja lubię krytyczną prawdę o sobie, ale sama też ją oceniam. Przyjmuję ją lub nie, ale cenna jest konieczność samooceny.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »