1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Jan Holoubek: "Rajcuje mnie opowiadanie historii"

Jan Holoubek: "Rajcuje mnie opowiadanie historii"

Jan Holoubek reżyser, operator filmowy. Wyreżyserował filmy „Słońce i cień”, „Pocztówki z Republiki Absurdu” i „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”, a także seriale „Rojst”, „Odwróceni. Ojcowie i córki”, „Rojst ’97”. (Fot. Albert Zawada/PAP)
Jest na fali. Jego debiut kinowy o Sprawie Tomka Komendy obsypano nagrodami, a nowy sezon Jego serialu, „Rojst ’97”, wciąga w gęstą intrygę kryminalną i uświadamia, że historii nie da się zamknąć raz na zawsze. Prawda, choćby była zakopana głęboko, kiedyś eksploduje. Jan Holoubek – reżyser w rozmowie o nowym serialu Rojst'97 i życiu prywatnym.

W filmie o Tomaszu Komendzie i serialu „Rojst ’97”, w których człowiek przegrywa z systemem, raptem pojawia się ktoś, kto jak rycerz na białym koniu przywraca sprawiedliwość. Jesteś idealistą?
To marzenie o rycerzu, który przybędzie, aby nas uratować, pojawia się u nas dość wcześnie, pewnie już w dzieciństwie. W przypadku Tomka Komendy pojawili się trzej rycerze: Remigiusz Korejwo, funkcjonariusz CBŚP, oraz Robert Tomankiewicz i Dariusz Sobieski, prokuratorzy. „Rojst ’97” jest historią wymyśloną, a zarazem projekcją moich fascynacji kinem, głównie amerykańskim, w którym zawsze pojawia się taki rycerz. Nigdy nie zastanawiałem się, ile w tych scenariuszach jest mnie. Rajcuje mnie opowiadanie historii innym, a do tego nie muszę zapuszczać się w głąb siebie.

A nie jest tak, że jesteśmy we wszystkim, co opowiadamy?
To ciekawe pytanie, bo uświadamiam sobie, że zawsze mocniej identyfikuję się z którąś z postaci. W pierwszym sezonie „Rojsta” najbliższa była mi Justyna, dziewczyna, która skacze z dachu. Pisałem ją na jednym oddechu. Wiedziałem o wszystkim, co się w niej dzieje. W tym sezonie najbliższa jest mi Jass, zesłana z Warszawy policjantka. O dziwo, w „Rojście” znajduję siebie w kobietach.

Kiedy pojawia się Jass, ludzie wokół niej zaczynają inaczej działać, zachowywać się, jakby była ich lustrem.
Jass jest spełnieniem marzeń o sile i o byciu sprawczym. Bardzo ją kocham również za błędy, które popełnia. Bo jednak wiele jej się nie udaje. A i tak idzie po swoje, nie zatrzymując się.

Kowbojka?
Szeryfka. „Rojst ’97” powstał na kanwie scenariusza Marcina Wrony i Pawła Maślony „Mord”, w którym postać Jass to mężczyzna, zwykły policjant. Bez tych cech, z których zbudowaliśmy z Kasprem Bajonem, współautorem scenariusza, tę „szeryfkę”, pewnie z tęsknoty za kimś takim.

Pisząc Jass, od razu myślałeś o Magdalenie Różczce, swojej partnerce?
Tak, pisząc, już o niej myślałem. Ale… chciałem, żeby moja Magda zagrała w pierwszym sezonie rolę Heleny. Jednak poprosiła o czas, byśmy byli gotowi na współpracę bez uszczerbku dla prywatnej relacji. Przeczytała drabinkę [szkic scenariusza rozpisany na sceny – przyp. red.] drugiego sezonu i powiedziała: „Nie chcę grać w tym sezonie, może zagram w drugim Jass?”. Powiedziałem: „Słuchaj, a jeśli drugiego sezonu nie będzie?”. „Zaryzykuję i poczekam”. Bardzo się cieszę, że Magda tak dobrze ją zagrała, stworzyła postać minimalnymi środkami, a wszystko wiadomo. Bardzo mnie zaskoczyła. Weszła w tę rolę w niezwykłym skupieniu. Widać, że maksymalnie wykorzystuje energię ekranową. Zagrała po amerykańsku.

Miałeś obawy?
Trochę tak. Bardzo mi zależało, żeby ją dobrze poprowadzić. Wiem, że ona też się stresowała.

Jan Holoubek z partnerką Magdaleną Różdżką na planie serialu "Rojst '97". (Fot. Robert Pałka/materiały prasowe Netflix)

Twój tata też obsadzał twoją mamę.
To nic nadzwyczajnego, a jednak zawsze jest lęk, poczucie większej odpowiedzialności.

W dzieciństwie byłeś fanem westernów?
Wszyscy je kochaliśmy. Za komuny telewizja pokazywała je raz w miesiącu, to było wielkie święto. Ale wolałem filmy sensacyjne i kryminalne. W latach 90. nastąpił zalew kaset wideo, wypożyczalnie były na każdym rogu, ludzie zwariowali, na jednej kasecie były po dwa, trzy filmy. Oglądałem wszystko jak leci. Miałem 12–13 lat i w ogóle nie interesowało mnie ambitne kino. Zetknąłem się z nim dopiero w liceum, w kółku filmowym, które prowadził Józef Gębski, reżyser. Im bliżej matury, tym solidniej przygotowywał nas do szkoły filmowej. To on uświadomił mi, że kino to nie tylko strzelanki, że jest Bergman i że są inni „bogowie”.

Wychowałeś się w teatrze?
Nie, na podwórku na Mokotowie, gdzie ojciec mnie wystawił, kiedy miałem trzy lata. Poprosił, żeby starsze dzieci się mną zajęły. Kontakt z kulturą oczywiście miałem, bo rodzice zabierali mnie do teatru, na koncerty i tak dalej, ale to nie były miejsca, które lubiłem. Dość trudna była moja relacja z kulturą. Myślę, że moje filmy do dzisiaj nie mają takich aspiracji.

Wolałeś perkusję?
Perkusja wypłynęła ze mnie instynktownie. Chyba od dziecka miałem do niej pociąg, ale nikt tego nie zauważył. Zacząłem grać jako 16-latek, sam z siebie poszedłem na lekcje, kupiłem pierwszy zestaw, to była moja wielka miłość.

Zestaw stanął w mieszkaniu ku uciesze rodziców?
Najpierw stanął w moim pokoju, ale ojciec po pierwszym dniu mojego bębnienia, używając wymownego słowa na „wyp…”, pozbył się mnie z domu. Zacząłem kombinować granie w dziesiątkach salek, w bardzo wielu zespołach. Przez te wszystkie lata grałem z wieloma ludźmi, na przykład w szkole filmowej z moim obecnym operatorem Bartkiem Kaczmarkiem. Gra na perkusji nauczyła mnie, czym powinna być twórczość – nieskrępowaną radością z tego, co się robi. Zawsze lubiłem grać muzykę improwizowaną. Wszyscy umawiamy się na jakiś temat, znamy go i wiemy, że musimy do niego wracać, ale to, co dzieje się pomiędzy, jest ekscytujące, bo to czysta radość. Jeśli jest dobry zespół i wszystko działa, to każdy dostaje swoją przestrzeń tworzenia. Myślę, że w prowadzeniu filmu, ekipy jest dokładnie tak samo. Robiąc tak trudny emocjonalnie film jak „25 lat niewinności”, też można odczuwać satysfakcję i radość po każdym dniu zdjęciowym. Ja taką radość odczuwam.

I chyba nie musisz walczyć o posłuch u ekipy, bo znasz tę robotę. Po raz pierwszy widziałem cię na planie filmu „Chopin. Pragnienie miłości”, to było 20 lat temu.
Pierwsza tak duża praca. Ustawiałem ruch statystów. Kręciłem łąki, bociany i wierzby. Mam nadzieję, że jestem postrzegany jako reżyser, który dobrze zna robotę, bo mam za sobą te lata na planie w różnych funkcjach. Dużo nauczyła mnie praca pomocnika oświetlaczy. Bo ktoś zmienia co chwilę decyzję, a my z tymi lampami, kablami w lewo, w prawo. Trzeba się zastanowić, zanim się wyda polecenie. Po tych wszystkich latach wiem, jak powinna wyglądać produkcja, jakie powinny być jej etapy. Dużo energii wkładam w przygotowania do projektu, jestem skrupulatny. Ciekawe, bo zawsze byłem chaotyczny, bałaganiarz. Ale w liceum miałem nauczyciela historii, pana Kubraka, dzięki któremu nauczyłem się nie zostawiać niczego na następny dzień. I przysięgam ci, że dzisiaj tak działam. Dzięki temu mogę wchodzić z produkcji w produkcję.

Nowy sezon „Rojsta” opowiadasz z perspektywy po wielkiej powodzi. Odsłaniasz lęki i nastroje lat 90.
Panowała totalna korupcja. Budowanie osiedli na terenach zalewowych to w Polsce klasyk. Do dzisiaj się to robi. Codziennością były porachunki gangstersko-mafijne. Porwania, wymuszenia, haracze – to było przecież w Warszawie powszechne. Ale lata 90. to też poczucie wielkiej radości, wybuch energii społecznej, czas transformacji, w którym ludzie zaczęli zarabiać pieniądze, wyjeżdżać, kupować, budować, czas wyjścia ze stagnacji. Chcieliśmy, żeby w „Rojście” to było wyraźne, żeby był inny niż pierwszy sezon, z inną energią, innym kolorem. Chyba jest gęstszy, bardziej oddaje ducha czasu.

Jak pamiętasz siebie z lat 90.?
1997 to rok mojej matury, zdania do szkoły filmowej. Pamiętam siebie jako człowieka, który wkracza w dorosłość. Jest zalękniony, strasznie chudy. To taki słodko-gorzki czas. Zdałem do szkoły filmowej i zacząłem pukać się w głowę, co też najlepszego zrobiłem. Zamieszkałem w Łodzi, która była dla mnie mrocznym, smutnym miastem. Przeraziło mnie, że zostawiam w Warszawie wszystkich znajomych. Przez pierwsze lata nie czułem się tam dobrze. Nie umiałem zasymilować się ze studentami. Dopiero na trzecim roku zrozumiałem, że wybór szkoły filmowej nie był błędem, że naprawdę nadaję się do tego zawodu. Zrobiłem etiudę „Rozdzióbią nas kruki, wrony” z Krzysztofem Majchrzakiem. Całą w zimowym plenerze. Bardzo się udała. To był mój pierwszy świadomy film, gdzie kamera stoi tak, jak ją dzisiaj stawiam.

W tych gęstych latach 90. myślałeś o przyszłości, o tym, jaki będzie świat?
Na razie czułem, że gonimy świat i mamy jeszcze daleką drogę przed sobą. Dzisiaj już nie zauważamy, jak kolosalna transformacja się dokonała. Młodsi tego nie doceniają, bo urodzili się w innych czasach, ale my, którzy zahaczyliśmy o komunę, pamiętamy, jak to się dokonywało. Swoją pierwszą zagraniczną podróż odbyłem z mamą w 1986 roku, do Jugosławii. To był wspaniały kraj, „Zachód” po prostu, oczy mi z orbit wypadły. Na każdym rogu był kiosk tak zaopatrzony, że mnie wydawał się pewexem. Rok później pojechałem z rodzicami do Austrii, to było jak podróż na inną planetę. Do dziś mam w pamięci tamte obrazy. Mój ojciec otoczony tą całą estymą, jedzie polonezem, ma w bagażniku kanistry z benzyną, żeby nie tankować, bo nie ma pieniędzy. To uświadamia, gdzie wtedy byliśmy.

Kiedy poczułeś się Europejczykiem?
Z otwarciem granic Schengen dla Polski, to był taki psychologiczny moment. Z grupą znajomych wsiadłem w samochód i pojechaliśmy do Tarify, najbardziej wysuniętego na południe miasta kontynentalnej Hiszpanii. Kiedy w ubiegłym roku był lockdown i nagle kraje się pozamykały, byłem przygnębiony.

Za film o Tomaszu Komendzie dostałeś deszcz nagród. Kim Komenda jest dla ciebie dzisiaj?
Kimś, kto ma siłę. Ma dystans do siebie i tamtych wydarzeń. Zdaje się wycofany, ale kiedy coś powie, to jest to niezwykle trafne i dowcipne. To pokazuje, że człowiek po najstraszniejszych doświadczeniach może wrócić do życia. Wszyscy znamy opowieści dziadków, którzy przeżyli wojnę, potem wracali, zakładali rodziny. Nie wiemy, co się w nich działo, jak odzywały się ich traumy, ale żyli. Tomek był w absolutnym horrorze więzienia 18 lat, czyli trzy razy dłużej, niż trwała wojna…

Nasiąkałeś w domu historiami wojennymi?
Dziadkowie od strony mamy byli warszawiakami. Dziadek Andrzej Zawadzki był AK-owcem, dowódcą III plutonu I Kompanii „Zemsta” Batalionu „Pięść”, brał udział w akcji „Za kotarą”, był egzekutorem. Kiedy wybuchło powstanie warszawskie, jego oddział stał się jawnie walczącym, znakomicie wyszkolonym i uzbrojonym. Jego żołnierze przeszli cały szlak, od Woli, Starego Miasta, przez Mokotów, aż do budynku PAST-y. Ochraniali kierownictwo powstania. Mój dziadek był turbokozakiem. Kiedy przeczytałem książkę „Pamiętniki żołnierzy baonu »Pięść«. Powstanie warszawskie”, w której zebrał relacje wszystkich ocalałych członków Batalionu „Pięść”, nie mogłem uwierzyć, co wyprawiali. Potrafili trzy dni bronić kamienicę w kilka osób, likwidując przy tym wielu Niemców. W czasie powstania babcia była w ciąży z moją mamą, więc dziadek wyekspediował ją z Warszawy. Mama urodziła się na gazecie w stodole w Filipowicach. Dziadek trafił potem do Armii Andersa.

A druga strona rodziny?
Mój ojciec nie był żadnym zabijaką, wojakiem, tylko 16-letnim chłopaczkiem, który poszedł postrzelać do Niemców. Szybko go złapali, trafił do obozu jenieckiego i po dwóch latach starań mojej babki został wypuszczony, wrócił do Krakowa, miał gruźlicę i ważył 42 kilogramy. Myślę, że moja babcia wyciągnęła mojego tatę z obozu, bo mój nieżyjący już wtedy dziadek Holoubek był oficerem armii austro-węgierskiej jeszcze przed pierwszą wojną światową, miał medale i zasługi. Zostałem wychowany w patriotycznym duchu, w poczuciu, że Polska jest krajem, który wspaniale walczył, potwornie cierpiał, został zdradzony.

To mówili twoi dziadkowie Zawadzcy?
Wojna przekreśliła ich życie. Mieli tę niedobrą dla komunistów kartę „AK”, zamieszkali w Szczecinie, potem próbowali bliżej Warszawy, przeprowadzili się do Wesołej. Kiedy moja mama została studentką szkoły aktorskiej, im, powstańcom warszawskim, udało się w końcu wrócić. Miałem w domu tę narrację… Dziadkowie zabierali mnie na „wykusy” śladami walk Armii Krajowej. Tym większe było moje rozczarowanie, kiedy zacząłem sobie uświadamiać te wszystkie złe karty polskiej historii, błędy, o których nie uczy się w szkole, o których się nie mówi. To powodowało moją złość i chęć wypowiadania się.

W „Rojście” pokazujesz, że historia nie jest zamknięta, że się wybudza…
Że nie wszystko jest czarno-białe. Teraz próbuje się tę narrację jeszcze bardziej zawęzić. Polacy byli różni – wspaniali i okropni, przed wojną, w czasie wojny i po niej.

Chodząc po Warszawie, myślisz o historii?
Takim miejscem jest dla mnie Muranów, gdzie na Miłej mieszkali dziadkowie. Zawsze się tam źle czułem. Ale to nie była ich wina. Chyba odczuwałem, że mieszkają na getcie. Od dziecka, przekraczając aleję Solidarności w stronę Żoliborza, odczuwałem irracjonalny lęk, choć jeszcze nie miałem wiedzy, że to kwartał miasta na cmentarzu. Do dziś czuję na Muranowie inną energię.

Jaki kolor ma Muranów?
Pytasz o synestezję? Widzę kolorami cyfry i lata, nie miejsca.

A rok 1997?
Dziewięć jest w mojej głowie żółte, siedem – zielone. W ogóle dekada lat 90. jest żółta. Kolorami widzę też dni tygodnia. Ktoś do mnie mówi „sobota”, a ja widzę żółty dzień. Niedziela jest niebieska. Długo myślałem, że wszyscy tak mają. Mnie to w niczym nie przeszkadza, nawet ułatwia mi życie, bo szybciej zapamiętuję, że coś będzie w niebieski dzień albo żółty. Zabawne, że te dwie dekady XXI wieku są białe, nie mają żadnego koloru, podczas gdy lata 20. XX wieku są dla mnie brązowe.

Jak wyobrażasz sobie przyszłość swoich dzieci?
Te moje małe brzdące? Jedno jest półtorarocznym maluchem, ma talent muzyczny ponad normę. Dzieci w tym wieku nie nucą, nie odtwarzają melodii, a ona to robi. Helena to zagadka, jest iskierką, chodzącą radością, lubi się wygłupiać, co też być może zwiastuje występy. Kto wie?

Wracasz czasem do dokumentu „Słońce i cień”, twojej rozmowy z ojcem?
Zrobiłem ten film, żeby zadać ojcu pytania. Miałem 27 lat i próbowałem zmierzyć się z ojcem, który jest ikoną. Ten film stał się pierwszym filarem mojej pewności. Wzmocnił mnie, był jak mityczna wyprawa ojca i syna do lasu, dla mnie prawdziwe wejście w dorosłość. Ja się bałem i ojciec się bał. Ale był z nami Tadeusz Konwicki, bardzo nas wspierając. Pytałem o śmierć, przyjaźń, miłość. Ostatniego dnia nagrywaliśmy improwizowaną rozmowę ojca i Tadeusza. Mój ojciec powiedział, że dla niego najwspanialszym współczesnym poetą jest Kochanowski, bo po śmierci córki napisał o jej „zniknieniu”, nie „zniknięciu”. Bo jej nieobecność to stan, który trwa, który się nie zakończył. „Słońce i cień” jest moim pożegnaniem z tatą, który dwa lata później zmarł. Nie, nie wracam do tego filmu, ale coraz częściej zastanawiam się, jaki był mój ojciec, kiedy był młody. Chciałbym móc go takim poznać. I może obaj, wciąż młodzi, spojrzelibyśmy sobie w oczy?

Jan Holoubek reżyser, operator filmowy. Wyreżyserował filmy „Słońce i cień”, „Pocztówki z Republiki Absurdu” i „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy” (między innymi: Orzeł za najlepszą reżyserię i „Odkrycie roku”, nagroda „Perspektywa” im. Janusza „Kuby” Morgensterna, także nagrody na festiwalach w Gdyni, Genui, Tallinie), a także seriale „Rojst”, „Odwróceni. Ojcowie i córki”, „Rojst ’97”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze