1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Jakub Józef Orliński – pora na celebrację

Jakub Józef Orliński: „Nigdy nie chciałem być modnym, ale widzę, że to, kim jestem i jaki jestem, sprawia, że młodsza publiczność zaczyna myśleć: »Ej, może ta muzyka poważna nie jest wcale taka nudna«”. (Fot. Helene Pambrun)
Najpiękniejszy polski głos, a może nawet głos swojego pokolenia. Jakub Józef Orliński od dobrych paru lat podbija międzynarodowe sceny. Koncertuje non stop. Właśnie wydał trzecią solową płytę. Sekret jego sukcesu i niespożytej energii? Kochać to, co się robi. I ludzi, z którymi się to robi.

Wywiad ukazał się w „Zwierciadle” 12/2021

Grudzień to ważny dla Ciebie miesiąc?
Kluczowy! W końcu jestem dzieckiem grudnia. Dla mnie to miesiąc chwały, glorii i dobroci. Masa fajnych rzeczy się wtedy dzieje. Najpierw mikołajki, potem moje urodziny, potem urodziny mojej kochanej mamy, święta, urodziny znajomych. Choć muszę przyznać, że kojarzy mi się też z polskim mrokiem, szarością, przytłoczeniem i smutkiem. Z drugiej strony grudzień to domowe ciepło: wygodna kanapa, kocyk, poduszeczka. Ja tą poduszeczką zwalczam grudniowy mrok.

Zabrzmi prowokacyjnie, ale nie wyglądasz na kogoś, kto nosi w sobie mrok.
Ale skądś ta sztuka musi przecież się brać… Ja mam w sobie bardzo dużo mroku. Naprawdę. Jednocześnie jestem człowiekiem napędzanym przez słońce. Kiedy zimą o godzinie 16 robi się ciemno, skraca się znacznie moja żywotność, ustaje działanie.

I co wtedy robisz?
No siedzę sobie w tym mroku i smutku. (śmiech) Trochę żartuję, ale to chyba naturalne, że każdy ma swoją ciemną stronę. Ja po prostu umiem ją przekuwać w kreatywne działanie i myślenie. A może nawet pewnego rodzaju artyzm, sztukę. Kiedy jest się w dziurze emocjonalnej, to dobrze jest znać siebie na tyle, by mieć sposób na to, jak się z tej dziury wyciągnąć; jak omamić snujący czarne myśli umysł i się ogarnąć. Bo na przykład masz ważną sesję, nagranie czy koncert i nie chcesz zawieść innych. Ale są też momenty, że lubię wejść głębiej w tę dziurę i ją eksplorować. Potaplać się w tym mroku. To też cenne doświadczenie.

I co w tym mroku znajdujesz: smutek, niepewność, żal, tęsknotę?
Dużo rzeczy. Niepewność też, ale u mnie przede wszystkim są tam dylematy związane z życiowymi wyborami. Zwłaszcza kiedy człowiek ma wiele możliwości, to powstaje wiele gdybań. A w moim życiu otworzył się ostatnio prawdziwy róg obfitości. I każda z tych możliwości wydaje się dobra. Jednocześnie wiem, że każda będzie rzutowała na moją przyszłość. To bywa obezwładniające.

Dla mnie obezwładniający jest już sam rzut oka na Twój grafik. Tuż po naszej rozmowie wylatujesz na tydzień, wracasz na dzień, dwa, potem znów wylot, kolejne nagrania, projekty, koncerty. Na dłużej wylądujesz w Polsce dopiero w grudniu.
Bycie ciągle w drodze wyczerpuje, dlatego trzeba to po prostu lubić. Wiem, że kiedyś pewnie przestanę. Że będę chciał więcej przebywać w domu, wracać na moją kanapę, a nie na hotelowe łóżko. Ale dopóki mam z tego frajdę i mam siłę, to to robię.

(Fot. materiały prasowe)

Śpiewasz w najpiękniejszych miejscach na świecie, w najsłynniejszych salach koncertowych, jesteś oklaskiwany przez kulturalnych, wyrobionych słuchaczy. Bajka! A z drugiej strony – są pewnie takie poranki, że może Ci zająć chwilę, by przypomnieć sobie, gdzie właściwie jesteś.
Mam znajomych śpiewaków, których te ciągłe zmiany otoczenia przerastają. Widzę, że za każdym razem odliczają dni do powrotu do domu. Mnie ta zmienność daje dużo przyjemności. Bo to zmienność, ale i powtarzalność. Ja nie tyle ciągle gdzieś wyjeżdżam, ile wracam do dobrze znanych mi miejsc. W każdym z nich mam znajomych, ulubione adresy. W Nowym Jorku mieszkałem przez dwa lata, więc jestem przeszczęśliwy, że będę tam znów przez dwa miesiące. Tak samo jest z Paryżem, Barceloną, Zurychem czy Madrytem. Uwielbiam tam wracać.

Jest różnica między produkcjami operowymi, które wymagają wyjazdu na kilka tygodni w jedno miejsce, a trasami koncertowymi, podczas których wpadasz gdzieś na półtora dnia i znów ruszasz w drogę. I wtedy właśnie zdarza się to, o czym mówisz. Budzisz się któregoś dnia i nie wiesz, gdzie jesteś: w jakim mieście, w jakim kraju. Czasem nie wiesz nawet, jaki program dziś śpiewasz. W tym roku od stycznia do września byłem praktycznie non stop w trasie, a właściwie w kilku trasach, które się ze sobą mieszały. Ale jak dobrze się to sobie ułoży w głowie, to zawsze zaczyna się z domu. A mój dom to Warszawa.

Za czym tęsknisz najbardziej za granicą?
Na przykład za polskimi zupami. Moja mama robi najlepsze.

A co Ty robisz dobrego w kuchni?
Nic. (śmiech) No dobrze, umiem zrobić śniadanie. Ale często go nie robię, bo uwielbiam rano pójść do kawiarni, siedzieć tam przez trzy godziny, sprawdzać nuty, coś podkreślać. Ciężko pracuję, więc uważam, że mam prawo do takiej porannej wygody. Ale kiedy wracam z tak wyczerpującej trasy jak ta w tym roku, trochę zniszczony, to zastanawiam się, czemu ja tak dużo na siebie biorę.

No właśnie, czemu?
Bo uwielbiam to, co robię. A do tego lubię ludzi, z którymi pracuję. Mojego pianistę i wieloletniego przyjaciela Michała Biela, orkiestrę Il Pomo d’Oro, z którą nagrałem już trzy płyty i mamy masę, naprawdę masę wspólnych koncertów, Stefana Plewniaka i jego Il Giardino d’Amore. Ja nie jeżdżę z nimi po świecie, by zarobić pieniądze; pieniądze to jest w ogóle osobna kwestia, którą zajmuje się mój management. Ja jadę, by się tam z nimi po prostu dobrze bawić. Tak, to jest ciężka praca, ale praca, w której się bardzo dobrze czuję. Teraz na przykład nagrywaliśmy z Michałem nowy album – będzie niezłym hitem w przyszłym roku – i nasz dzień pracy zaczynał się raz o siódmej wieczorem, raz o drugiej po południu, a kończył o drugiej w nocy. Ostatniego dnia siedzieliśmy do wpół do szóstej rano, razem z celebracją.

Celebracją?
Polski zwyczaj mówi, że takie historie trzeba celebrować. Przy czym celebracja nie musi oznaczać upojenia alkoholowego czy grubego sponiewierania się, choć może. Chodzi raczej o wyznaczenie sobie czasu na to, by zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Kiedy śpiewam dwugodzinny koncert, to lubię potem z orkiestrą pójść na kolację czy choć jednego drinka, żeby się sobą nacieszyć, porozmawiać o tym, co wyszło, a co nie. Żeby to wszystko nie poszło w jakąś rutynę i odcinanie kuponów. Tak więc razem z Michałem i Mateuszem Banasiukiem, rewelacyjnym młodym reżyserem dźwięku, złożyliśmy po nagraniu sprzęt i poszliśmy celebrować.

Musiało Ci tego brakować w ubiegłym roku. Pierwszy lockdown zastał Cię w Rouen i były chyba problemy z powrotem do domu. A potem doświadczyłeś tego samego, co wielu innych artystów: zastoju, kompletnej ciszy, braku koncertów. To był szok?
Nie jestem pracoholikiem, ale w moim życiu zawodowym rzeczywiście dużo się dzieje. Projekt goni projekt. Ale też, jak już powiedzieliśmy, pomiędzy tymi projektami jest zawsze celebracja. Kiedy jestem w Barcelonie, w przerwach lubię sobie pozwiedzać miasto, w Paryżu – zajrzeć do muzeum, w Rouen siedzę z chłopakami z nowej sceny hip-hopu, a kiedy jestem w Zurychu, idę w góry. Dzięki temu właśnie jestem w stanie działać na takich obrotach i nie czuję się wypalony czy sfrustrowany. Wtedy jednak stało się coś zupełnie innego. Byłem zmuszony przerwać wszystko, co robiłem, i wrócić do Warszawy, w dodatku horrendalnie drogim lotem. Pamiętam, że na lotnisku działy się dantejskie sceny, robiło to apokaliptyczne wrażenie.
Miałem szczęście, bo akurat moja rodzina miała wolne, świeżo wyremontowane mieszkanie, które miało być do wynajmu; wylądowałem więc w nim na kwarantannie. Ten tydzień spędzony na materacu w prawie pustym pokoju to był prawdziwy psychiczny zjazd. Ale też pierwszy moment w roku, kiedy na chwilę się zatrzymałem. Mogłem sobie wiele rzeczy przemyśleć. I pospać. Zwykle śpię siedem godzin na dobę, od drugiej w nocy do dziewiątej lub ósmej rano. Tym razem spałem prawie do 11. Ale potem, jak przystało na osobę, która zawsze sama dla siebie musiała produkować i wymyślać różne rzeczy, zacząłem działać. Ćwiczyć, dzwonić, pisać maile, tworzyć różne projekty.

Na Instagramie napisałeś, że nie pamiętasz, kiedy ostatnio tyle czasu spędziłeś w Polsce.
Tak, od 2014 uskładałoby się z tego w sumie trzy tygodnie w ciągu roku.

Coś sobie postanowiłeś z tej okazji? Wiele osób tak robiło. Będę mniej kupować, bardziej dbać o planetę, siebie i bliskich…
Od zawsze staram się żyć ekologicznie. Mogę też chyba powiedzieć, że jestem minimalistą. Praktycznie nie kupuję nowych rzeczy. Dlatego też jestem świetny w pakowaniu: połowę walizki zajmują mi rzeczy koncertowe, drugą – ubrania na trening, plus jeden, dwa zestawy na co dzień. W podróży lubię mieć mało rzeczy, za to uniwersalnych, które pasują do wszystkiego. I to jest pewne wyrzeczenie z mojej strony, bo lubię ubrania i różne stylówki.

Pandemia wymusiła inną zmianę w moim życiu – po raz pierwszy mam swoje mieszkanie, swoją dziuplę. Do tej pory wracałem zawsze do rodzinnego domu i mojego starego pokoju. Kiedy nie widzisz bliskich przez parę miesięcy, naturalne jest, że jedziesz do nich, a nie do hotelu. Ale teraz mam swoje miejsce, które zapełniam swoimi rzeczami. Na przykład jedną ze ścian zakrywają polaroidy zawieszone na sznurkach – to zdjęcia z różnych produkcji i spotkań ze znajomymi. Taka moja osobista kronika. No i mam megawygodną kanapę. Ale zdaje się, że już o niej mówiłem. (śmiech)

Ćwiczysz w domu? Mam na myśli głos.
Nie, w domu robię tylko papierkowo-mailową robotę. Śpiewam w studiu. Dom to dom. Tu odpoczywam.

Śpiew jest wysiłkiem, takim czysto fizycznym?
Jak najbardziej. Ludzie zwykle nie zdają sobie z tego sprawy. Myślą, że pracuje tylko krtań, czyli głowa. Tymczasem całe ciało to pudło rezonansowe, więc trzeba o nie dbać. Choćby przez odpowiednią dietę. Śpiewak nie może jeść byle czego, bo na przykład nie może mieć refluksu, który wręcz pali struny głosowe. Poza tym trzeba panować nad mięśniami, bo każdy z nich potrzebuje tlenu, by działać. Jeśli bierzesz oddech i połowę powietrza tracisz na to, by spiąć całe ciało, to marnujesz dużo energii, którą mógłbyś przekierować na śpiewanie. Dlatego dobrze wiedzieć, jakie mięśnie są potrzebne do śpiewania, a jakie nie – które warto napiąć, a które zluzować.

Jakub Józef Orliński: „Wiele osób mówiło mi, że nigdy nie będę śpiewał lepiej, bo sport, który uprawiam, jest zbyt ekstremalny. […] nie lubię, jak ktoś mi mówi, że czegoś nie mogę. Skoro być może jest szansa, że jednak mógłbym”. (Fot. Oskar Szdzuji)

A ja myślałam, że breakdance, który trenujesz, jest odskocznią od śpiewania, tymczasem z tego, co mówisz, jedno i drugie to wysiłek dla ciała.
Ale zupełnie inny wysiłek. Na początku wiele osób mówiło mi, że nigdy nie będę śpiewał lepiej, bo sport, który uprawiam, jest zbyt ekstremalny.

Ekstremalny? Nie skaczesz przecież w przepaść, tylko tańczysz…
A widziałaś kiedyś, co się wyprawia podczas takiego breakdance’u? To bardzo niebezpieczna dziedzina sztuki – i sportu zarazem. Zdarzały mi się takie kontuzje, że przez miesiąc nie mogłem się przykryć kołdrą, bo miałem zwichnięty bark. Często pojawiają się problemy z szyją, zwłaszcza kiedy robi się akrobacje na głowie, ale cierpią też nadgarstki i kolana. Breakdance powoduje, że całe ciało się spina. Ja to wszystko wiem i widzę, ale też nie lubię, jak ktoś mi mówi, że czegoś nie mogę robić. Skoro być może jest szansa, że jednak mógłbym. Wiele lat spędziłem na analizie własnego ciała – zresztą nadal to robię – i wiem, że kiedy mam jakiś koncert, to pewne układy są niewskazane, ale inne – przeciwnie. Niektóre wręcz pomagają mi być w lepszej formie wokalnej. Breakdance to też dla mnie rozładowanie energii, nie tylko tej złej, lecz także dobrej. Czasem nawet rodzaj medytacji.

Podobnie jak śpiewanie to nie tylko fizyczność. To emocje, myśli, doświadczenia. Co masz w głowie, kiedy na przykład śpiewasz pieśni barokowe?
Na pewno wiedzę na temat okresu, z którego pochodzą. Czytam o historii, o obowiązujących wtedy stylach i ornamentacjach. Bo styl barokowy w Anglii był całkiem inny niż ten we Francji, Niemczech czy Włoszech. Ale też wiele razy byłem świadkiem sytuacji, w której to, że śpiewak doskonale zna tło historyczne powstania danego dzieła i jego tłumaczenie, w ani jednym procencie nie przekładało się na interpretację. Dlatego uważam, że trzeba wiedzieć, o czym się śpiewa, ale też trzeba przefiltrować tę wiedzę przez siebie: swoje własne doświadczenia i emocje. Dopiero wtedy to nabiera wartości. Kiedy wkładasz w coś swoją wrażliwość i serce, staje się to po prostu twoje.
Uwielbiam pieśni barokowe właśnie za to, że kompozytor daje w nich dużo przestrzeni wykonawcy. Są tam nawet znaki czy sygnały, które wskazują ci, że tu właśnie możesz popisać się inicjatywą, pomysłowością, interpretacją. Śpiewając je, czuję się twórcą, a wtedy siedem razy bardziej jestem związany z danym utworem.

Coś sobie wtedy wyobrażasz?
Nie zawsze muszę mieć jakiś obraz w głowie, ale lubię przypisać sobie do danego utworu emocję, którą kiedyś przeżyłem albo która mi się z nim kojarzy. Wtedy podczas koncertu mogę zaoferować widzom wiele jej odcieni. Nawet kiedy po raz kolejny śpiewam dany utwór, dodaję coś od siebie. Poza tym ja sam też się zmieniam, nie jestem tym samym człowiekiem co choćby rok temu. Te same utwory po jakimś czasie w naturalny sposób śpiewam więc inaczej. Lubię sam siebie zaskakiwać, lubię się dobrze bawić podczas koncertu. Lubię zbić z tropu skrzypaczkę, która mi akompaniuje; zobaczyć, jak odpowie na moją zmianę. Podczas koncertu wszystko się może stać.

Śpiewasz praktycznie od dziecka. Od czego się zaczęło?
W wieku ośmiu czy dziewięciu lat poszedłem na przesłuchanie do Chóru Chłopięco-Męskiego Gregorianum. Spodobało mi się, więc rodzice zaczęli mnie wozić na kolejne zajęcia. Były oczywiście momenty, kiedy chciałem odejść, rzucić to. W wieku nastoletnim uważałem, że powinienem zdecydowanie więcej… jeździć na deskorolce. Ale jednak nie potrafiłem, bo chór stał się dla mnie jak druga rodzina. Praktycznie zostałem wychowany przez ten zespół. Berenika Jozajtis i Leszek Kubiak, którym będę wdzięczny do końca życia, nauczyli mnie czegoś najważniejszego: jak lubić muzykowanie z innymi ludźmi, jak bawić się nim, a nie wściekać się, że ktoś nie wykonał swojej partii, bo takie sytuacje oczywiście się zdarzały. Ale też tego, że po ośmiogodzinnej próbie fajnie jest rozpalić wieczorem ognisko i pośpiewać przy gitarze. Wiele umiejętności, które stamtąd wyniosłem, jestem w stanie wskazać dopiero teraz: komunikatywność, samodzielność, dyscyplina, dobre zarządzanie czasem.

Długo moja kariera szła z rozpędu. Dziś potrafię zdobyć się na pewną refleksję dotyczącą tego, co już się wydarzyło i co może się jeszcze wydarzyć. Czuję, że dużo więcej potrafię, też czysto technicznie. No i cały czas ćwiczę, próbuję, podejmuję nowe wyzwania. Za każdym razem chcę zaśpiewać na najwyższym poziomie, na jaki w tym momencie potrafię się wznieść. Nie spoczywać na laurach na zasadzie: fajnie, nagrałem trzy płyty, wszystko idzie super, klipy się robią, nowe współprace rozkręcają – to mogę się teraz wylegiwać. Mogę, ale jednocześnie wiem, że jest dużo rzeczy, których powinienem się jeszcze nauczyć i których po prostu jestem głodny.

A Twój głos się zmienia?
Zmienia się całkowicie. Dojrzewa. Fakt, kiedyś potrafiłem śpiewać dużo wyżej, ale jakoś bardzo mnie to nie dręczy, bo też kiedyś śpiewałem inną techniką. Obecnie jestem typowym altem. Uważam, że trzeba znać swoje możliwości i ograniczenia. Dostaję czasem wspaniałe oferty z takich miejsc, że w pierwszej chwili masz ochotę rzucić wszystko i powiedzieć „Tak!”, ale patrzysz na utwór i mówisz: „Nie ma opcji, będzie wstyd”. To tak jak kłamać w CV, że znasz francuski, i zostać zatrudnionym przez francuską firmę. Wychodzę z założenia, że skoro raz pytają, to może zapytają i drugi. A jak nie zapytają, trudno. Mam co robić, płakać nie będę.

Masz co robić, to pewne. Właśnie ukazuje się Twoja trzecia solowa płyta. Jej tytuł to „Anima æterna” – „Dusza wieczna”, czyli – jak tłumaczysz – natura.
Dla mnie wieczność skrywa się właśnie w naturze. Dlatego też pomysł na taką, a nie inną okładkę. „Anima æterna” w założeniu ma być też dialogiem z płytą „Anima sacra”. To była moja pierwsza solowa wypowiedź artystyczna, chciałem się w niej skupić na podróży w głąb siebie. Zaczynała się intymnie, cicho, a kończyła fajerwerkami i Hassem. Z kolei na tej zaczynam od wybuchowego Zelenki, a kończę utworem „Alleluja, amen” Haendla, który sprzyja refleksji i przetrawieniu tego, co się wydarzyło. Nie na tej płycie, ale ze mną, podczas jej słuchania.


Sądzisz, że właśnie przez to, jaki jesteś, co robisz, jaką frajdę czerpiesz ze swojej pracy – wciągasz do muzyki poważnej także młodszych ludzi? Nie jesteś sztywniakiem, nudziarzem, smutasem…
Smutasem też potrafię być. Podobnie jak nudziarzem. Nigdy nie miałem planu na to, jak zawojować świat. Po prostu robiłem rzeczy w zgodzie ze sobą. Lubię mówić, że moja kariera to tak naprawdę history of rejection – historia odrzucenia. Z każdej instytucji, do której próbowałem się dostać, byłem najpierw odprawiany z kwitkiem. Na studia do Warszawy nie dostałem się trzy razy. Do Julliard School dostałem się za drugim razem, podobnie jak do Curtis Institute of Music. Wiele razy ubiegałem się o stypendia, dopiero za ostatnim razem mi przyznawano. Czemu mimo to próbowałem? Bo czułem, że jednak się uda.

Nigdy nie chciałem być modnym, ale widzę, że to, kim jestem i jaki jestem, sprawia, że młodsza publiczność zaczyna myśleć: „Ej, może ta muzyka poważna nie jest wcale taka nudna”. Mój ulubiony przykład to koncert we Frankfurcie na głównej scenie, gdzie na widowni mieści się około 1500 osób. Wszystko wyprzedane, do ostatniego zydelka. Na recital z fortepianem, co jest ogromną rzadkością. I nie dość, że to był fenomenalny koncert, jeśli chodzi o atmosferę, to jeszcze była tam masa młodych ludzi. Podchodzili potem z prośbami o selfie, z podziękowaniami.

To nie jest tak, że ja tu występuję w roli buntownika opery i chcę ją reformować. Wprost przeciwnie – uważam, że jest w niej miejsce na wszystko. Na konserwatywną i dawną odmianę, ale i na nowe ścieżki i narzędzia. Ja osobiście najbardziej lubię takie produkcje, w których jako widz jestem co chwila zaskakiwany tym, co dzieje się na scenie. Wjeżdża na przykład kabina dźwiękowa i widzę, jak ktoś na żywo robi efekty, albo wyświetla się przede mną panel rysownika, który tworzy obraz; czy projekcje, które uwzględniają street dance. To właśnie dzięki temu opera żyje i wciąż porusza ludzi.

Wiesz już, gdzie spędzisz tegoroczne święta?
W domu, nie ma innej opcji. Mam produkcję w Londynie, ale na pewno wrócę na parę dni do Warszawy.

A w sylwestra? Jak przystało na muzyka, pracujesz?
A wiesz, że nie. Jakoś nikt mnie nigdy o to nie poprosił. Więc tradycyjnie będę wtedy pełen mroku i smutku.

(Fot. materiały prasowe)

Jakub Józef Orliński (rocznik 1990): kontratenor (śpiewak, który dzięki technice i odpowiednim uwarunkowaniom jest w stanie operować pełną skalą altu, mezzosopranu lub nawet sopranu), tancerz breakdance. Laureat wielu nagród, między innymi Paszportu „Polityki” w kategorii muzyka poważna czy International Opera Awards za album „Facce d’amore”. Ma na koncie trzy solowe płyty, najnowsza to „Anima æterna”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze