1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Po co nam te święta? Odpowiedź utrudnia nam jarmark, który wytwarzają media i producenci

Joanna Flis (Fot. Katarzyna Stefanowska/archiwum prywatne Joanny Flis)
Joanna Flis (Fot. Katarzyna Stefanowska/archiwum prywatne Joanny Flis)
„Z pokolenia na pokolenie bierzemy udział w świętach, tylko straciliśmy myśl przewodnią, do czego to ma nam służyć.” – mówi psychoterapeutka Joanna Flis.

Od lat przed świętami pojawiają się dość podobne, a wręcz te same rady fachowców, w tym także psychologów, że należy się zatrzymać, że przedświąteczny pęd nam nie służy, nie służy nam szalony konsumpcjonizm, że w święta warto z różnych rzeczy zrezygnować. I mam wrażenie, że te rady są na nic, one się nie sprawdzają.
Nie sprawdzają się, bo zapraszają nas do rzeczy „nieświątecznych”. Spójrzmy najpierw na to, czego ludzie chcą w święta doświadczyć. Chcemy czas świąteczny przeżyć w sposób szczególny. I to jest całkiem uzasadniona potrzeba. Od zarania dziejów ludzkość tworzy dla siebie rozmaite rytuały, momenty, w których pojawia się poczucie odświętności, czyli inności.

No właśnie, bo święta dla wielu z nas należą przecież do listy tych momentów, na które czekamy dlatego, że to ma być czas inny niż zwykła, szara codzienność.
Dokładnie tak. I ludzie mają całą garść potrzeb, które chcą zaspokoić właśnie podczas świąt. I absolutnie zalicza się do nich potrzeba obfitości, a także witalności, bliskości, radości, potrzeba pełni. Ale też właśnie takiej bogatości, ma być bogato, chcemy, żeby było bogato. Tu pewnie od razu pomyślimy o świątecznym stole, o tym, co pod choinką, ale kiedy spojrzymy na Szczodre Gody, czyli na to jak Słowianie obchodzili święta, to jednak ta szczodrość zawsze była ważna. I to w nas jest zakorzenione. Chcemy w świąteczny czas poczuć jakąś namiastkę niedoścignionej pełni.

I kiedy mówi nam się „zostaw to wszystko, bo nie o to w świętach chodzi”, to się buntujemy, bo czujemy, że właśnie też trochę o to chodzi.
Zdecydowanie tak. Mamy te trzy dni w roku i chcemy tej niezwyczajności, szczodrości doświadczyć. Myślę, że codzienne życie jest wystarczająco trudne i jeżeli ludzie masowo wkładają bardzo dużo wysiłku w to, żeby te potrzeby zaspokoić, to jednak one są ważne dla nas wszystkich, a na pewno dla większości z nas. I nie walczyłabym z tymi potrzebami.

To w czym tkwi problem? Dlaczego tak często kończymy święta z poczuciem rozczarowania i umordowania. Co robimy nie tak?
Problem tkwi w strategiach, których używamy do tego, żeby poczuć się wyjątkowo, szczęśliwie i obficie w ten świąteczny czas.
To znaczy nasze strategie bywają zwodnicze, bo na przykład strategia zaciągania długów po to, żeby kupić bardzo drogie prezenty, bo kultura konsumpcjonizmu postawiła między drogim prezentem, a obfitością znak równości, jest strategią prowadząca do wspomnianego przez panią rozczarowania, do frustracji. Gdzieś po drodze, na przestrzeni lat, straciliśmy różne kompetencje do zaspokajania potrzeb związanych z tą odświętnością.

Kiedy spojrzymy na to jak ludzie kiedyś tworzyli atmosferę odświętności, to zobaczymy, że jej wyznacznikiem była dbałość. Dbałość o to, by tradycji stała się zadość, dbałość o to, by potraw było tyle i tyle, by ubrać się odświętnie, i to wcale nie znaczyło drogo, ale na przykład to, by ubranie było odprasowane, i tak dalej. W tej chwili, kiedy popatrzymy co zajęło miejsce dbałości, bo mam wrażenie, że święta „robimy” bardzo niedbale, to widzimy, że wdarł się perfekcjonizm, kody kulturowe, które podpowiadają nam, że musi być jasno, świetliście, bardzo dużo tych różnych plastikowych lampeczek, albo właśnie musi być „na bogato”, czyli drogo. Wzniosłość tego momentu nie jest już wartością, po którą potrafimy sięgać. Bo ta dbałość wyrażała się też w tym, że ludzie składali sobie przemyślane życzenia od serca, nie chcę też bardzo faworyzować przeszłości, bo jasne, że bywało różnie, ale jednak więcej w tym wszystkim było wysiłku. Dziś działamy na łapu capu. To jest zupełnie inny rodzaj wysiłku, właśnie takiego, który prowadzi do umęczenia nie tylko fizycznego, ale i psychicznego.

I właśnie w tych okolicznościach pada poświąteczna konstatacja: I znowu było nie tak…
Bo nie było tej odświętności. Bo my ją próbujemy nabyć drogą kupna, kupując prezenty, zamawiając bardzo dużo jedzenia. Co roku Polacy wyrzucają coraz więcej jedzenia. Kupujemy większą choinkę, kupujemy specjalne ciuchy. Właściwie chyba każda sieciówka w tej chwili wytwarza całą kolekcję ubrań na święta. Myślę, że my w ten sposób próbujemy tę atmosferę odświętności sobie wygenerować, a ona chyba nie z tego płynie.

Powiedziała Pani o kompetencjach, które straciliśmy po drodze. Dbałość zamieniliśmy na pewien rodzaj zachłanności, tak?
Ja żyłam w wielopokoleniowej rodzinie, więc mam piękne wspomnienia. Moja prababcia już na dwa miesiące przed świętami zagniatała ciasto na piernik. I to był pewien proces. Moja babcia robiła pierogi. I tu znowu cała historia – kapusta z własnej działki, która była samodzielnie ukiszona, itd. Serce włożone w te potrawy aż „wylewało się” ze stołu. To wszystko miało głębszy sens. Symbol miłości, własnych zasobów, którymi ktoś chce się rzeczywiście podzielić.

Ale muszę odwołać się do współczesnych realiów – to był tzw. inny świat – nasze babki miały na to czas, przestrzeń. Dziś nierzadko pracujemy jeszcze w wigilię, a wydłużanie świątecznego czasu sprowadza się do świątecznych reklam i ozdobionych galerii handlowych już w listopadzie.
I tu nie mogę się nie zgodzić, ale muszę dodać, że my jednak zawsze mamy wybór, którą drogą chcemy pójść. Warto pamiętać, że święta to jest spektakl, spektakl złożony z symboliki. A jaką symbolikę my dziś uprawiamy? My chyba już nawet nie wiemy, jaką symbolikę próbujemy uprawiać. Z jakimi wartościami chcemy poobcować, czyli z jaką częścią naszej duchowości chcemy poobcować używając symboli, które składają się na spektakl, zwany świętami. I chyba to jest największy kłopot – że my nie zadajemy sobie pytania po co?

Co to dla nas oznacza na przykład, że spotykamy się przy tym stole, o czym chcemy porozmawiać? Co my sobie ważnego chcemy powiedzieć wzajemnie?

I dlatego święta pełne są różnych przypadkowych symboli, które tworzy popkultura, za którymi tak naprawdę nic nie stoi, są jak wydmuszka.

Co ma Pani na myśli mówiąc o wydmuszkowych symbolach?
Najprościej, najbliżej – my dziś nie wiemy, co oznaczają ogromnie drogie prezenty, którymi się obdarowujemy. Co my sobie chcemy w ten sposób pokazać, czego chcemy doświadczyć? Czy nie robimy tego przypadkiem bezrefleksyjnie? Moim zdaniem to jest automat.

Z pokolenia na pokolenie bierzemy udział w świętach, tylko straciliśmy myśl przewodnią, do czego to ma nam służyć.

Bo jednak święta są, miały być duchowym doświadczeniem, doświadczeniem scalającym, integrującym, odwołującym się do tradycji, ale też tożsamości rodzinnej. Znowu, jak odwołać się do Szczodrych Godów, to one miały charakter integrujący społeczność. Po jesieni, po żniwach, zbiorach, kiedy już wszyscy się ze sobą wykłócili, wymęczyli, trzeba było się godzić, szczodrze dzielić strawą, po to, żeby zaraz, wiosną, znów wspólnie pracować na polu. Ten czas świąteczny miał naprawdę ogromne znaczenie, takie społeczne. Święta to są narzędzia systemu społecznego, narzędzia służące temu, żeby społeczeństwo integrować.

W jaki sposób moglibyśmy tę mądrość przodków przełożyć na współczesność, na dzisiejszy świąteczny czas? Tak, żeby służył on naszemu komfortowi psychicznemu, naszemu dobrostanowi?
Musimy zredefiniować sobie pojęcie świąt, bo oczywiście różni ludzie świętują z różnych powodów. Mamy osoby, które są wierzące i świętują narodzenie Chrystusa. Są osoby, które są niewierzące, tak jak ja, i w zasadzie biorą udział w pewnym pokoleniowym doświadczaniu bliskości rodzinnej. Z różnych powodów zasiadamy do tego stołu.

Oczywiście ten jarmark, który wytwarzają media i producenci różnych produktów, trochę utrudnia nam zadanie sobie pytania po co, bo zanim je sobie zadamy, ktoś mówi, że powinniśmy pewne rzeczy kupić, choinkę postawić w jakiś określony sposób, itd. Nie mamy za dużo czasu i przestrzeni na refleksję, ale i tak do niej zachęcam. To może wiele zmienić. Bo ja często słyszę od moich pacjentów, że świąt nie lubią. I też warto zastanowić się nad tym, dlaczego tak jest. I wyciągnąć z tego wnioski. Może siadamy przy stole nie z tymi, których naprawdę pragniemy tam zobaczyć…?

To jest ryzykowne… Bo co jeśli odpowiem sobie, że to nie są te osoby?
To pokazuje, jak ważna jest niepisana tradycja rodzinna. I być może jest ona dla nas ważniejsza niż sądzimy… Oczywiście, nie mówię tu o rodzinach w jakikolwiek sposób przemocowych, tu oddalenie się, odłączenie się jest absolutnie zasadne, ale kiedy nasza rodzina nas „po prostu” denerwuje, czasem drażni czy irytuje, warto wziąć głębszy oddech. Przynależymy do siebie w tym szczególnym dniu, właśnie tutaj, w tym miejscu, ze sobą. Spotkanie świąteczne jest trochę jak odnowienie przysięgi małżeńskiej. Przysięgi o lojalności, o bliskości, o wzajemnej ważności, o tym, że możemy na sobie polegać. Kiedyś to miało ogromne znaczenie. Oczywiście, ze świąt rodzinnych można się wyłamać, ale czy będziemy w stanie poradzić sobie z konsekwencjami tej decyzji? Jak się z tym poczujemy? Każdy musi sobie odpowiedzieć na to pytanie samodzielnie. Co jest dla mnie ważniejsze? Czy to poczucie ulgi, że nie muszę tam iść, czy na przykład uszanowanie tradycji moich bliskich, dla których święta są bardzo ważne. Bo pamiętajmy, że święta dla każdego z nas mają różny stopień ważności. I o ile dla mnie one nie są jakoś szczególnie ważne, nie jestem maniaczką świętowania, to wiem na przykład, że dla moich bliskich to jest najważniejszy czas. I wydaje mi się, że czasami dojrzałość przejawia się tym, że rozumiem tę dysproporcję w postrzeganiu ważności świąt. I jestem w stanie dla moich bliskich w nich uczestniczyć. Przyjść, towarzyszyć im w tym ważnym dla nich momencie.

Dobrze rozumiem Pani przekaz, że do świąt czasami warto się zmusić?
Myślę, że warto to zrobić wtedy, kiedy mamy bliskich, których kochamy i dla których to jest bardzo ważny moment. Nasza postawa jest wtedy wyrazem naszego szacunku wobec potrzeb innych ludzi.

Dla niektórych rodziców, babć i prababć, dziadków i pradziadków, to jest właśnie ten moment, być może jeden z niewielu w roku, kiedy realizują potrzebę bycia zauważonymi, ważnymi, kochanymi, docenionymi.

I argument „Lecę pod palmę, bo nie lubię świąt, więc nie będę się do nich zmuszać” Pani nie przekonuje?
Mnie nie przekonuje. Dla mnie to jest trochę za mało powiedzieć sobie „bo mi się nie chce”. Myślę, że gdybym ja miała jakąś potrzebę, dla mnie ważną, raz w roku, a dla moich bliskich odpowiedzią na nią byłaby odpowiedź na pytanie czy im się chce czy nie, byłoby mi przykro po prostu.

Święta są także odzwierciedleniem stopnia naszej wrażliwości na innych. Możemy spojrzeć łaskawym okiem na kogoś, kto właściwie niemal prosi, żeby zjeść pierogi, które dla nas przygotował… No to już jest akt empatii z naszej strony.

Ludzki odruch.
Ludzki odruch. Dokładnie. Myślę, że święta bywają takim papierkiem lakmusowym tego, na ile my potrafimy w tych naszych rodzinach widzieć nie tylko siebie, ale też innych. I ich poglądy. Jeżeli mamy stosować regułę wzajemności w rodzinie, a jednak wśród dorosłych ta reguła powinna być regułą wiodącą, to wiemy, że potrzeby wszystkich są ważne.

Przecież święta nie są tylko o nas. Święta są też o tych bliskich, z którymi je spędzamy.

Wydaje mi się, że takie podejście do nich zmniejsza też poziom tego przedświątecznego napięcia. I zmienia atmosferę kiedy już zasiadamy do stołu. Bo świąteczne spotkanie nie jest też miejscem, czasem, okazją do ćwiczenia asertywności, zaznaczania swojej autonomii, indywidualności. Przeciwnie, akurat to jest okazja do trenowania innych kompetencji – umiejętności bycia we wspólnocie, święta zapraszają do tego, żeby ćwiczyć umiejętność komunikacji.

Czego jeszcze potrzebujemy, żeby dobrze przeżyć święta?
Planu. Spontaniczność w święta nam nie służy. Podział obowiązków, wzajemność, wymiana. Empatia i refleksyjność – to według mnie przepis na wystarczająco dobre święta.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze