1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

„Moje ciało ucierpiało, ale ocaliłam siebie”. O raku i profilaktyce, która ratuje życie, rozmawiamy z Martą Iwanowską-Polkowską, psycholożką, autorką książki „Nażyć się”

Marta Iwanowska-Polskowska rak nie zawsze musi kończyć się końcem. (Fot. Natalia Łukasiak/ponitcedozdjecia.pl)
Marta Iwanowska-Polskowska rak nie zawsze musi kończyć się końcem. (Fot. Natalia Łukasiak/ponitcedozdjecia.pl)
Filozofią życiową Marty jest nażywanie się, umiejętność cieszenia się życiem i doceniania każdej chwili. Gdy zachorowała na raka piersi, jej postawa życiowa została wystawiona na próbę. Dziś mówi, że wyszła z niej cało. Namawia kobiety do dbania o siebie i swoje zdrowie. Przeczytajcie, co pozwoliło jej przetrwać najtrudniejsze chwile.

Poznałyśmy się niecałe dwa lata temu przy okazji promocji jej książki „#nażyćsię”. Było lato, siedziałyśmy w kawiarni, jedząc jagodzianki i rozmawiałyśmy o tym, jak ważne jest świadome przeżywanie i korzystanie z życia. Temat carpe diem wydaje się być oklepany. Jednak w ustach Marty Iwanowskiej-Polkowskiej brzmi bardzo przekonująco. Marta ma za sobą wiele trudnych doświadczeń. Jej życie – jak sama mówi – jest gęste. Gdy była nastolatką na raka zachorowała jej mama, później na raka chorowała babcia. Choroba i śmierć matki była dla dwudziestoletniej dziewczyny traumatycznym przeżyciem. Gdy założyła rodzinę i wszystko wydawałoby się dobrze układać, okazało się, że jeden z synów Marty jest „muśnięty autyzmem”, jak mówili o tym, gdy był mały. Trudny poród, diagnoza, terapia i wyzwania z nią związane to kolejne Himalaje na jej życiowej ścieżce. Nauczyła się po nich chodzić, nie tracąc przy tym życiowego entuzjazmu, którym pięknie dzieli się w książce.

Niedługo po naszym spotkaniu, jesienią 2022 roku, wykryto u niej raka piersi. Diagnoza być może nie była szokiem – Marta wiedziała, że jest obciążona dziedzicznie i może zachorować – jednak kolejne operacje, leczenie i rehabilitacja mocno ją doświadczyły. Ucierpiało ciało, ale – jak mówi Marta – udało jej się ocalić życie i zachować życie w sobie.

Minął już jakiś czas od diagnozy i operacji. Pięknie wyglądasz. Możesz już o tym spokojnie rozmawiać?
Już mogę, choć ciągle towarzyszą temu emocje. I nie chcę ich ukrywać. Potrzebuję o tym rozmawiać, zwłaszcza że ufam badaniom, które mówią, jak ważne w radzeniu sobie z trudnymi doświadczeniami jest dzielenie się nimi z ludźmi, do których mamy zaufanie. Ty taką osobą jesteś, pielęgnuję w sobie również zaufanie do ludzi, którzy będą to czytali.

Poza tym widzę w tym głęboki sens. Po pierwsze – dzielenie się tą historią pomaga mi ją zaakceptować i osadzić ją w moim życiorysie. Po drugie – mówienie o tym zachęca inne kobiety do tego, aby pójść na badania. Wiele moich znajomych po zapoznaniu się z moją historią postanowiło zadbać o swoje zdrowie.

Pamiętasz nasze spotkanie prawie dwa lata temu, gdy rozmawiałyśmy o tym, czym jest nażywanie się, czyli świadome korzystanie z życia? Wyobrażam sobie, że w kontekście choroby, o której dowiedziałaś się niemal zaraz potem, idea nażywania ma nowe znaczenie. Chodzi mi w tym kontekście po głowie powiedzenie: Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.
Tak, to prawda. Nażyć się ma dla mnie teraz jeszcze głębsze znaczenie, jest dużo bardziej ugruntowane. Przekonałam się, że praktyka nażywania może nas ochronić w takich trudnych momentach, jak te, których doświadczyłam.

A odnośnie powiedzenia: tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Nie lubię go, zwłaszcza słowa sprawdzam, które w nim pada. Wolałabym, żebyśmy dowiadywali się więcej o sobie bez konieczności przechodzenia przez traumę. Nikomu nie życzę takiego sprawdzianu, konieczności poznawania się w sytuacjach choroby, śmierci bliskiej osoby, wypadku czy rozwodu.

Myślę jednak, że tego typu doświadczenia mają wpływ na to, kim jesteśmy.
Na pewno tak. Bliskie są mi słowa Borysa Cyrulika z książki „Ratuj się, życie wzywa”, w której pisze, że dzięki temu, że coś się w naszym życiu dzieje, ono jest ciekawe, a i my stajemy się ciekawsi.

Mówi się też, często z przekąsem, obyś żył w ciekawych czasach…
No właśnie. Trudne doświadczenia mogą nas bardzo dużo nauczyć, ale nie upierajmy się przy tym, że jest to jedyna droga do samopoznania.

Wspominając chorobę i leczenie mówisz, że było w ch*j źle, że było ku*wa bardzo źle. Mocne słowa, bo i mocne przeżycie. Leżałaś na oddziale warszawskiego Centrum Onkologii, na którym prawie dwadzieścia lat wcześniej umierała twoja mama. To musiało być ekstremalnie trudne doświadczenie.
Bardzo nie chciałam być leczona na tym oddziale. Szukałam innego szpitala, innej możliwości przeprowadzenia rekomendowanej dla mnie operacji, czyli z racji młodego wieku i obciążenia genetycznego, obustronnej mastektomii z jednoczesną rekonstrukcją piersi. W Polsce nie ma jednak zbyt wielu miejsc, gdzie można przeprowadzić taki zabieg. Musiałam go zrobić w centrum onkologii, na oddziale, na którym umarła moja mama. I pomimo tego, że rak został wykryty na bardzo wczesnym stadium, że miałam dobre rokowanie, mój układ nerwowy oszalał. Reagował na zapachy, na kolory, na widok pielęgniarek, które – choć minęło 19 lat – nadal na tym oddziale pracowały. Tam nic się od dwudziestu lat nie zmieniło.

Wiedziałam, że tak będzie, dlatego dołożyłam wszelkich starań, żeby w czasie pobytu w szpitalu bardzo o siebie zadbać i koić układ nerwowy.

Jak to zrobiłaś? Jesteś psycholożką, domyślam się, że umiesz porozumiewać się z układem nerwowym.
Zwłaszcza swoim układem nerwowym, bo ja zawsze podkreślam, że sposoby kojenia układu nerwowego są bardzo indywidualne. Każdy ma własne i niektóre z nich mogą wydawać się osobom postronnym wręcz dziwne.

Bujanie?
Na przykład bujanie. Ja słuchałam muzyki i leżąc na szpitalnym łóżku, niemal tańczyłam, będąc już podłączona do kroplówki przed operacją. Wąchałam maskotkę mojego młodszego syna przesiąkniętą perfumami, których teraz używa on, a wcześniej mój mąż, w czasach, gdy byliśmy nastolatkami. Miałam swój notes i ulubiony szlafrok, poduszkę do akupresury, a nawet brokat.

Brokat?
Wzięłam do szpitala buteleczkę brokatu, którą ofiarowała mi jedna z klientek po tym, jak podzieliłam się informacja o chorobie. Nawiązała w ten sposób do metafory, której używam w książce, mówiąc o tym, że będę posypywać swoje życie brokatem.

Koiłam się różnymi metodami na poziomie wzroku, zapachu, ruchu: bujam się, przytulałam, nuciłam piosenki, oglądałam zdjęcia z Islandii, którą odkryłam tuż przed chorobą i do której tak bardzo chciałam wrócić. Wszystkie metody miały podparcie naukowe, ale płynęły z potrzeby mojego wnętrza, byłam psycholożką i praktyczką zarazem. Czułam, że jestem układem nerwowym, który musi zostać w tym momencie zaopiekowany, żebym mogła wyjść z tego cało. Wiedziałam, że moje ciało ucierpi i będzie bolało, ale najbardziej chciałam ocalić siebie, tę Martę, która jest otwarta i życzliwa dla świata.

Ocaliłaś?
Myślę, że ocaliłam. Udało się, choć wymagało to ode mnie sporo pracy, nie tylko wtedy w szpitalu, ale również potem.

Co pomogło ci ocalić siebie?
Przede wszystkim musiałam przeżyć, dosłownie przetrawić wszystkie emocje. A ich było bardzo, bardzo dużo. Jednym z najtrudniejszych momentów, były wyniki histopatologiczne: okazało się, że w drugiej piersi też rozwijał się rak, czego się nie spodziewałam. Tymczasem znaleziono w niej komórki insito, świadczące o rozwijającym się nowotworze. Taka była historia mojej mamy, obustronny rak piersi. Na szczęście usunięto wszystko, łącznie z węzłem chłonnym, więc rak nie zdążył się rozsiać. Ta operacja naprawdę ocaliła mi życie, bo ograniczyła prawdopodobieństwo zachorowanie na drugiego raka w krótkiej perspektywie.

Dotarło do mnie, że dostałam szansę, której za nic w świecie nie mogę zmarnować. Onkolog, który mnie leczył i znał historię mojej mamy i babci, powiedział mi wprost, że zmieniam historię mojej rodziny. To ogromna łaska, ale też wielka odpowiedzialność.

Aby żyć dalej najlepiej jak potrafisz, musiałaś o siebie zadbać, wrócić do równowagi. Udało ci się, jak to zrobiłaś?
Przede wszystkim musiałam ukoić mój przerażony układ nerwowy i nauczyć go, że stan zagrożenia minął, że jest już ok. Starałam się nadać bólowi fizycznemu i psychicznemu, tym wszystkim traumatycznym wspomnieniom, czas przeszły. Tak jakbym mówiła do siebie: „Marta jest już ok, życie wraca do normy, zagrożenie mija, nie musisz się ciągle bać”. Do tego dochodziła nauka akceptacji swojego zmienionego ciała.
Nasz układ nerwowy potrzebuje świadomych działań z naszej strony, żeby wrócić do normy, bo się łatwo zawiesza, wręcz zamraża się w stanie zagrożenia i łatwo mu utknąć w stanie przetrwania.

Jakie działania sprzyjają powrotowi do normalności?
W moim przypadku bardzo pomogły relacje i to zarówno z najbliższymi, jak i z przyjaciółmi. Chciałam, żeby mnie odwiedzano, cieszyłam się, gdy przyjaciółka zabierała mnie na spacer i kiedy przywiozła mi ukochane pierogi z jagodami. Miałam w sobie dużo otwartości na ludzi, ale również na to, aby rozmawiać o tym, co przeszłam. Potrzebowałam być wysłuchaną, ale też być w relacji i słuchać tego, co u innych. Wiele kobiet w takich sytuacjach mocno doświadcza samotności i izolacji. Wiem to, bo w moim życiu poznałam wiele Amazonek. Świadomie więc temu przeciwdziałałam, dając sygnał bliskim „jestem! żyję! spotkajmy się!”

Z tego co wiem, szczególną rolę odegrał w tym czasie twój mąż. Poruszył mnie ogromnie jeden z postów na twoim Instagramie, w którym piszesz, jak bardzo jesteś mu wdzięczna. Pozwolisz, że go przytoczę? „Kochanie ty mój Miśku! Dziękuję, że trzymasz mnie w ramionach, gdy jestem w cekinach i gdy leżę w bólu z drenami na naszej kanapie. Gdy jestem w dresie w naszym domu pod lasem i wtedy, gdy w moich okularach odbija się ocean i zachód słońca. Dziękuję, że widzisz we mnie życie i kobiecość, gdy ja je tracę, a przy Tobie odzyskuję. Dziękuję, że jesteś ze mną w życiu w naszym wspólnym nażywaniu. Dziękuję, że od 25 lat wybieramy siebie nieidealnych, prawdziwych. Kocham siebie z tobą.” Przyznam, że mam łzy w oczach, gdy to czytam.
Ja też, gdy słyszę te słowa w Twoich ustach.
Mój mąż pokochał mnie dwadzieścia pięć lat temu, wiedział, że moja mama choruje na raka, znał jej działalność społeczną – moja mama była jedną z pierwszych w Polsce aktywnie działających Amazonek. Od początku naszej znajomości było wiadomo, że i ja mogę zachorować. Wiele razem przeszliśmy, chorobę i śmierć mojej mamy, bardzo ciężki poród i diagnozę spektrum autyzmu syna. I choć widzieliśmy się w wielu różnych sytuacjach, to ta była najtrudniejsza. Wiem, że on nawet patrząc na mnie zbolałą, leżącą z drenami na kanapie, widział we mnie dużo więcej niż kobietą po przejściach. Dostrzegał nadal moją radość życia, spontaniczność, moje poczucie humoru, które nas zresztą w tamtym czasie wielokrotnie ratowało. A ja musiałam pozwolić sobie na to, aby on zaakceptował mnie taką totalnie bezbronną.

Co ciekawe ta bezbronność i chwilami bezsilność były szalenie trudne dla moich synów, przyzwyczajonych do „matki wariatki” pełnej życia i energii, która wpada do domu, wszystko w mig ustawia, w pięć minut robi obiad, pomaga przy lekcjach, a potem znów gdzieś leci. Źle znosili sytuację, gdy leżałam w domu, czuli, że coś jest nie tak.

Jak długo trwała twoja rekonwalescencja?
Najtrudniej było przez pierwsze dwa miesiące, mogłam tak naprawdę tylko leżeć na kanapie i oglądać seriale. To był wtedy jedyny sposób na to, aby odwrócić uwagę od bólu, przechodziłam przez swoisty proces przenoszenia uwagi na życie tych kobiet, zatopiłam się na przykład zupełnie w świecie z „Opowieści Podręcznej”.

Przyznałaś, że dużo płakałaś w tamtym czasie.
Płacz był bardzo potrzebny, pozwalał mi puścić napięcie.

Płakałaś z bólu, z żalu, z lęku?
Z bólu i z bezradności. Długo po operacji miałam niesprawną rękę, po wycięciu węzła chłonnego miałam bardzo ograniczone ruchy.

Dochodząc do siebie, metabolizując emocje, które temu towarzyszyły, oprócz kontaktu z ludźmi bardzo potrzebowałam też bliskości natury. Prosiłam kogoś, aby zawoził mnie do lasu, sama nie mogłam prowadzić samochodu, chodziłam choć byłam bardzo słaba i szybko się męczyłam. Wszystko mnie bolało, zresztą nadal borykam się z bólami głowy, kręgosłupa szyjnego, barku. Zmienił się układ mojego ciała, coś mu zabrano, coś na to miejsce wstawiono i teraz wszystko działa trochę inaczej.

A więc robiłam te pięćset kroków, starałam się je zauważyć i docenić.

Nadal byłaś w dialogu ze swoim układem nerwowym.
Starałam się być aktywna, nie tylko spacerowałam, ale również ćwiczyłam ręce, na przykład malując akwarele, robiąc odręczne notatki. Pozwalałam ujść emocjom różnymi kanałami, nie tylko płaczem.

Bardzo pomogła mi też terapia traumy, na którą poszłam do psychoonkologa. Pomimo tego, że sama jestem psycholożką, potrzebowałam pomocy jako pacjentka. Wiele osób skupia się w leczeniu tylko i wyłącznie na ciele tymczasem w sytuacji choroby onkologicznej i leczeniu raka bardzo potrzebna jest pomoc psychologiczna.

No i wreszcie ruch! Nie mogłam się doczekać, kiedy chirurg, który mnie operował pozwoli mi zacząć chodzić z kijkami. Zaczęłam regularnie maszerować i po trzech miesiącach przestały mnie wreszcie boleć piersi.

Piersi?
Tak wcześniej dzień i noc bolały mnie piersi. To tak zwany ból neuropatyczny, wynikający z przecięcia, uszkodzenia połączeń nerwowych.

Oprócz spacerów z kijkami chodziłam oczywiście na rehabilitację najpierw przysługującą mi z NFZ, a potem prywatną, masaże, drenaż limfatyczny, pracę z bliznami. Potem pojawił się pilates.

To duże koszty.
Tak, dość spore i ponoszone tydzień w tydzień. Między innymi z tego powodu wróciłam do pracy dwa miesiące po operacji, aby zarobić na rehabilitację, która pomaga mi odzyskać sprawność. Skądinąd praca okazała się dla mnie źródłem zdrowienia. Cudownie czuć się znów potrzebną, móc się elegancko ubrać, pomalować oko i spotkać z ludźmi na gruncie zawodowym. Dzięki temu zapomina się o swoim bólu, przenosi się uwagę na inne sprawy. Mój powrót do pracy ucieszył zwłaszcza moich synów, którzy odzyskali „tamtą mamę” i choć nadal musiałam ich prosić, aby przyjechali po mnie, pomogli mi z zakupami, byli o niebo szczęśliwsi niż wtedy, gdy leżałam w domu na kanapie.

Dobra nauka proszenia o pomoc i przyjmowania tej pomocy.
I wiesz co? Okazało się, że ludzie wokół są życzliwi, i nie mówię tu tylko o najbliższych, ale także o ludziach, których prosiłam o pomoc przy niesieniu bagażu. Pamiętam, jak pewna kobieta w hotelu, do którego przyjechałam z okazji prowadzenia warsztatów, zapytała mnie, co mi się stało, że nie mogę sama nieść walizki. Gdy jej opowiedziałam, była bardzo zmieszana, przepraszała, że zapytała. Odpowiedziałam, że nie ma sprawy, chętnie o tym opowiadam, a poza tym namawiam ją do tego, aby się badała, bo to mi uratowało życie. Obiecała zapisać się na badania.

Nadal musisz się regularnie badać?
Tak, pomimo mastektomii rak może odbudować się w okolicznych tkankach, dlatego dwa razy w roku będę robić USG piersi i co jakiś czas rezonans. Mogą też pojawić się przerzuty; mutacja genetyczna, którą jestem obciążona powoduje często raka jelita grubego, więc wkrótce zrobię kolonoskopię, zwłaszcza, że w mojej rodzinie były przypadki zachorowania na ten rodzaj nowotworu.

W zeszłym roku wycięto mi jajniki i jajowody, też profilaktycznie, bo moja mama miała również raka jajnika. U mnie też pojawiła się tam spora zmiana, na szczęście okazała się łagodna.

Można powiedzieć, że cały czas coś robię, nie mogę zupełnie zapomnieć o raku. Poza tym stale biorę leki, które zmniejszają ryzyko przerzutów.

Słuchając cię zastanawiam się, czy masz jeszcze zaufanie do swojego ciała?
Postawiłabym to pytanie inaczej. Zastanawiam się, czy moje ciało ma zaufanie do mnie? Czy dobrze je traktuje? Odpowiadam na jego potrzeby?

Przez te 42 lata często je ignorowałam. Miało mi służyć, być mi posłuszne. Próbowałam wycisnąć z niego, ile się dało. Niedosypiałam. Pewnie za dużo pracowałam. A za mało ruszałam.

Teraz bardzo dużo śpię, jakbym odsypiała za wszystkie czasy. Mam duże problemy z rannym wstawaniem przez rozstrojenie hormonalne. Po usunięciu jajników przeszłam przedwczesną menopauzę.

Codziennie staram się robić wszystko, aby ciało odzyskało do mnie zaufanie. Mam nadzieję, że jak będę je szanować, będę chodzić na te wszystkie masaże, fizjoterapię, osteopatię, odzyskam pełną sprawność i będę mogła znów jeździć na rowerze także polnymi drogami. Nadal prowadzę warsztaty dla kobiet, marzę by wrócić z kobietami na Islandię…

Choroba wbrew pozorom wzmocniła zaufanie do mojej intuicji, bo ten rak nie zostałby wykryty, gdyby nie profilaktyka.

Nie wyczułaś go w piersi?
Nie, ale regularnie się badałam. Jak tylko w Polsce zaczęły być dostępne badania genetyczne zrobiłam badania przesiewowe. Wtedy nic w nich nie wyszło, ale mądry lekarz genetyk, znając historię mojej rodziny, powiedział mi: – To w jaki sposób przebiegała choroba pani mamy, świadczy o genetycznym obciążeniu. To, że my nie umiemy jeszcze znaleźć mutacji w pani genach, nie znaczy, że nie jest pani w grupie ryzyka. Proszę się traktować tak, jakby pani miała zachorować i co dwa lata robić rezonans piersi. Nawet jak nikt nie będzie pani chciał tego zlecić, proszę to robić prywatnie.

I ja się go posłuchałam i przez trzynaście lat regularnie robiłam badania, co nie było wcale łatwe. Często musiałam się wykłócać z lekarzami o skierowanie na rezonans. W tym czasie miałam cztery biopsje piersi i usunięcie małych zmian, z których dopiero ta czwarta okazała się złośliwa.

Wykryto ją w rezonansie?
Tak. Gdybym tego nie pilnowała, gdybym nie posłuchała wtedy tego lekarza, to bym to przeoczyła. Zgłosiłabym się pewnie do lekarza dopiero wtedy, gdy rak byłby wyczuwalny, a tak wykryłam go na bardzo wczesnym stadium, co daje szanse na pełne wyleczenie. Są sytuacje, kiedy trzeba o siebie walczyć jak lwica, zaprzeć się łokciami i kolanami, nie dać się wyprosić z gabinetu.

Doświadczyłaś czegoś takiego?
Dwukrotnie. Lekarz powiedział mi na przykład, że zajmuje miejsce innym chorym, i żebym nie przychodziła do szpitala z profilaktyką. Kazał mi wyjść z gabinetu.

Wyszłaś?
Nie! Powiedziałam, że mam prawo tu być i domagam się oceny moich wyników, które zaniepokoiły mojego lekarza. Dał mi w końcu skierowanie na rezonans, który wykrył tę złośliwą zmianę w piersi.

Trzeba mieć niesamowitą siłę i odporność psychiczną.
W takich sytuacjach trzeba być bardzo pewną siebie, bardzo odporną. Nie można poddać się, kiedy lekarz na ciebie krzywo patrzy. Z przykrością stwierdzam, że wśród lekarzy nadal panuje patriarchat, kobiety ciągle są traktowane z góry. Mówię więc wszystkim: nie poddajemy się dziewczyny, w takich sytuacjach tupiemy nóżką, upieramy się, że potrzebujemy tych badań, bo coś nas niepokoi. A jak jeden lekarz nie da skierowania, to idziemy do drugiego. Nasze życie jest tego warte!

Co rak w Tobie wzmocnił?
Uwierzyłam, że potrafię poradzić sobie z najtrudniejszymi wyzwaniami, przekonałam się, że otaczają mnie wspaniali ludzie, nie tylko najbliżsi, mąż i synowie, rodzina, ale również przyjaciele i cała społeczność. Gdy prawie cała twoja najbliższa rodzina nie żyje, to niesamowite uczucie czuć, że ma się wsparcie płynące od innych. Ktoś wypełnił lukę po moich rodzicach.

Poczułam też siłę sprawczą, to, że mogę zaufać swoim kompetencjom, ale też intuicji, że w razie potrzeby będę wiedziała, gdzie i do kogo się zwrócić o pomoc.

Jednak przede wszystkim choroba nowotworowa i doświadczenie z nią związane sprawiło, że mam dla siebie więcej czułości i szacunku. Wiem już, że jeżeli mam dzielić się ze światem moimi zasobami, umiejętnościami, talentami, to najpierw muszę o siebie zadbać.

A co osłabił?
Osłabił mnie fizycznie, bo choć dobrze wyglądam, nie czuję się nadal w pełni sił. Doświadczam przykrych skutków menopauzy, a nie mogę brać hormonów zastępczych.

Jak sobie z tym radzisz?
Dobrze żyję! Staram się na przykład być aktywna fizycznie, gdy się ruszam mniej mnie boli ciało i lepiej mi się myśli.

Rak sprawił też, że skurczył mi się świat.

Co przez to rozumiesz?
Jak coś nas boli, mniej możemy, świat się kurczy. Nie funkcjonuję tak jak kiedyś, nie pracuję tak intensywnie jak dawniej, muszę inaczej organizować sobie życie.

Jednak, choć moce mojego ciała są ograniczone, uważam, że wyszłam z tego raka cało.

Napisałaś w którymś z postów na Instagramie, że po raz kolejny okazało się, że wszystko mija, ból też. I że udało ci się ocalić życie i życie w sobie. Nadal prowadzisz warsztaty dla kobiet („Pamiętaj, żeby się dziś nażyć! i „be brave & play brave) zastanawiam się, jak wpłynęły na nie twoje ostatnie doświadczenia. Zmodyfikowałaś program? Dodałaś coś, a może ujęłaś?
Mam wrażenie, że kobiety, które w nich uczestniczą wiedzą dziś dobrze, że to, co mówię, nie jest wyssane z palca, albo jest suchą teorią z książek, że ja to przeżyłam, przetrawiłam, przemyślałam i wyciągnęłam wnioski, którymi się z nimi dzielę. Są skłonne uwierzyć mi, gdy przekonuje je, że uważność, czułość i miłości do siebie może uratować im życie, a przynajmniej pomóc przetrwać najtrudniejsze chwile. Myślę, że rak sprawił, że stałam się wielu kobietom bliższa.

Zbliżyłaś się też do nich, bo się odsłoniłaś, również w Social Mediach. Nie bałaś się tego?
Bardzo się tego bałam. Była we mnie mieszanka uczuć. Z jednej strony czułam, że muszę o tym opowiedzieć, że jestem to winna społeczności, która powstała wokół idei nażywania i książki #nażyć się. Było to dla mnie również ważne ze względu na moją mamę, która upubliczniła swoją chorobę w latach dziewięćdziesiątych, namawiając kobiety do badań profilaktycznych. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym postąpić inaczej.

Z drugiej strony bałam się zarzutu o ekshibicjonizm i bycia posądzoną o to, że „sprzedaję się na raka”. Nie chciałam też zalać ludzi trudnymi doświadczeniami i całą tą fizjologią chorowania.

Postanowiłam jednak podzielić się doświadczeniem choroby publicznie, bo uważam, że potrzebujemy oswajać się z pewnymi tematami. To, że mówię na Instagramie o raku, może sprawić, że kobiety przestaną tak się go bać i zaczną się na przykład badać. Jak zobaczą, że Polkowska sobie poradziła, może uwierzą, że w razie czego, też dadzą radę i że rak nie zawsze musi się kończyć tragicznym końcem.

Wiele kobiet boi się raka piersi utożsamiając go z utratą kobiecości.
Mnie też było trudno patrzeć na swoją posiniaczoną klatkę piersiową, która jak mówił mąż, była we wszystkich kolorach tęczy. Odtworzone piersi, choć kształtne, nie są moje…

Udało ci się je zaakceptować?
Myślę, że jestem blisko, choć zanim implanty zintegrowały się z moim ciałem minął dobry rok. Czuję je, ale to jest takie inne czucie, czego doświadczam zwłaszcza wtedy, gdy dotyka ich mój mąż. Niby ciało pamięta, wie, że to powinno być podniecające, przyjemne, miłe, ale wcale takie nie jest. Znalezienie nowych stref erogennych, budowanie bliskości i intymności po raku to wyzwanie dla pary.

Piersi dla kobiet, zwłaszcza mających za sobą doświadczenia karmienia piersią, mają dodatkowe znaczenie. Moje wykarmiły dwóch synów, dzięki nim budowałam z nimi bliskość.

I wiesz, co jest najgorszym pocieszeniem dla kobiety po mastektomii? „Przynajmniej zrobiłaś sobie cycki”. Zapewniam wszystkich, że wolałam mieć tamte, po dwóch ciążach i dwóch karmieniach. Były jakie były, ale były moje.

Kobiety obawiają się profilaktycznej mastektomii, bo boją się społecznego odbioru tej operacji, która wzbudzała kontrowersje po tym, jak zrobiła to Angelina Jolie.
Mastektomia uratowała mi życie, mogłam ją zrobić wcześniej profilaktycznie, ale nikt nie powiedział mi, że jest taka możliwość. Jeśli kobieta wie, że jest obciążona genetycznie, ma rozpoznaną mutację, powinna moim zdaniem poważnie wziąć ją pod uwagę. To może uchronić ją przed rozsianiem choroby, chemioterapią, wycięciem węzłów chłonnych, co jest dużym obciążeniem dla organizmu.

Żyjesz już dziś bez lęku?
Mam w głowie cały czas słowa lekarzy: „Jak dobrze, że się pani badała”, jak dobrze, że pani tego nie odpuściła, jak dobrze, że pani nie czekała”.

A lęk? David Kessler w książce „Szósty etap żałoby” napisał: „Lęk przed śmiercią nie uchroni cię przed nią, nie zatrzyma jej, może za to zatrzymać twoje życie”. I tego się trzymam.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze