1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Mogę, zasługuję i chcę. Rozmowa z Martą Iwanowską-Polkowską, autorką „Nażyj się”

Marta Iwanowska-Polkowska, IG @marta.iwanowska.polkowska (Fot. Natalia Łukasiak IG @po_nitce_do_zdjecia)
„Nażywanie się to między innymi wybieranie tego, co dla nas ważne, co nagle wpada w nasze życie i domaga się uwagi, a kosztem jest niedokończenie listy zadań. Listy, którą powinnyśmy uczyć się odpuszczać, a także oswajać poczucie winy, które temu odpuszczaniu towarzyszy” – mówi Marta Iwanowska-Polkowska, psycholożka, trenerka i - jak sama o sobie mówi - coachyca.

Co to znaczy „nażyć się”? Myślę, że samo sformułowanie kojarzy nam się dobrze, intuicyjnie czujemy, słysząc je, że chciałybyśmy, chcielibyśmy się nażyć. Ale co właściwie kryje się pod tym hasłem, które jednocześnie jest tytułem Pani książki?
Trudno hasło #nażyćsię zamknąć w kilku zdaniach. Ale spróbuję. Nażywanie się jest dbaniem o siebie, dbaniem o to, by żyć jak najlepszym życiem, niezależnie od tego, co nas spotyka, jak trudno potrafi być. Nażywanie jest o tym, by przeżywać, czuć, doświadczać, ale niekoniecznie tylko kontrolować życie, skupiając się na wypełnianiu wyłącznie gigantycznej listy obowiązków, zadań, powinności. A taką listę mamy absolutnie wszyscy.

Chciałabym, żebyśmy skupiły się przede wszystkim na kobietach, bo mam poczucie, a nawet pewność, że to właśnie nam to nażywanie się wychodzi najsłabiej…
Zdecydowanie się zgadzam, to wynika też z mojego doświadczenia w pracy z ludźmi. My kobiety miewamy bardzo mocne poczucie obowiązku, dbania o nasze otoczenie, i w domu, i w pracy. Jesteśmy świetne w dbaniu o to, by wszyscy inni dookoła się nażyli, ale niekoniecznie mamy pomysł, siłę i odwagę, żeby nażywanie dawać sobie. Chcę posłużyć się pewną analogią. Często, kiedy ktoś zerka po raz pierwszy na okładkę mojej książki, czyta/widzi nie hasło „nażyć się”, ale „nażreć się”. Dziesiątki razy słyszałam więc pytanie: „O co chodzi z tym »nażreć się«”? Śmieję się, że to nie jest przypadek, że pojawia się właśnie to skojarzenie. Bo w określeniu „nażreć się” chodzi o to, by się najeść, ale często byle czym. Jak to kiedyś mówili starsi ludzie, którzy doświadczyli głodu – po prostu „napchać kichę”. Byle jak, byle czym, oby nie czuć głodu i móc iść dalej, by ciężko pracować. A w nażywaniu chodzi właśnie o to, by nie jeść byle czego, nie chodzi tylko o to, by zaspokoić głód, choć głód życia bywa często motywacją do zmiany. Nażywanie się to zaspokojenie głodu życia świadomie, uważnie i tym, czego naprawdę chcemy smakować, doświadczać. W nażywaniu chodzi o zapewnienie sobie czasu i zrobienie przestrzeni na delektowanie się życiem. By wolniej, spokojniej, czulej zauważać i smakować to, co umyka nam w pędzie, w codzienności. My kobiety często nie mamy czasu, nie dajemy sobie czasu, by poczuć, sprawdzić, eksperymentować z tym, co nam, właśnie nam, naprawdę smakuje.

Myślę, że wiele z nas pomyśli teraz: „Jasne, podelektować się życiem, smakować je, pięknie brzmi, tylko ciekawe jak, ciekawe kiedy…?
Jestem przekonana, że tak może być. Powiem więcej: wiele razy zetknęłam się z tym, że tytuł mojej książki wywoływał w kobietach złość! Dlaczego? Bo brzmiało to dla nich zbyt nakazowo. Pewna kobieta powiedziała mi: „Niby jak ja mam się nażyć?! Dwoje dzieci, szkoła, chory tata, pies, praca, wojna w Ukrainie, pandemia, kryzys klimatyczny!”. Lista rzeczy, które nas stresują, jest bardzo długa, to prawda. Po pierwsze, rozumiem reakcję oporu i złości. Na zmiany często tak reagujemy. Ale jednocześnie czule pytam: „Okej, ale co będzie, jak tego nie zrobisz? Co będzie, jak nie poświęcisz uwagi sobie i temu, co może cię nażywać…?”. Bo prawda jest taka, jako psycholożka to wiem, że to, co nas nażywa, doładowuje nas energią, jednocześnie sprawia, że jesteśmy zwyczajnie silniejsze, w końcu – że czujemy się żywe! I ta żywość jest potrzebna i nam, i naszemu otoczeniu. Nie czując się żywe, nie będziemy dobrym wsparciem dla innych, będziemy dostarczać innym pomoc kiepskiej jakości. Warto to zauważyć. Rozumiem to, że możemy chcieć pomagać naszym bliskim, troszczyć się o nich, być zaangażowane w wiele obszarów. I absolutnie nie namawiam, by z tego rezygnować. Tylko przypominam, że w nażywaniu chodzi o to, by potraktować siebie tak poważnie, z takim szacunkiem i z taką uważnością, jak traktujemy innych. Przypominam, że jeżeli nawet inni potrzebują nas, to my same też siebie potrzebujemy.

Powiedzmy otwarcie. Co się z nami stanie, jak się nie nażyjemy?
Nie chcę straszyć, ale powiem tak – kobiety, które spotykam, które już wiedzą, że się nie nażywają, że zapomniały o sobie, że siebie nie brały pod uwagę, borykają się albo z problemami zdrowotnymi – ciało odmawia po prostu współpracy – albo problemami natury psychicznej. Często trafiają do mnie kobiety, które przeszły już swoją psychoterapię w związku z wypaleniem czy depresją. To jest cena, którą płacimy za to, że nie poświęcamy uwagi sobie, nie pytamy siebie, co lubimy, czego potrzebujemy, co byłoby dla nas dobre, pomocne. I kolejna cena – nasze relacje z bliskimi zaczynają kuleć. Niewyrażony smutek, niewyrażona złość, niewyrażona frustracja, niezaopiekowane zmęczenie, niewypowiedziane granice kumulują się w nas. A my zaczynamy zamieniać się we „wredne wredulce”. To określenie wymyślone przez moje dzieci. Stajemy się zwyczajnie nieprzyjemne, nieżyczliwe, między słowami krytykujemy innych, wbijamy tzw. szpile, bo to wszystko, co skumulowane, wręcz się z nas wylewa. Choć nie chcemy takie być, to takie się stajemy. Traci więc nasza psychika, nasze ciało, tracą na tym nasze relacje. Nażywanie się jest świadomą troską o swój dobrostan, zarówno fizyczny, psychiczny, jak i społeczny.

Wspomniała Pani, żebyśmy potraktowały siebie na tyle dobrze, poważnie i troskliwie, jak traktujemy wszystkich dookoła, szczególnie naszych bliskich. Od razu przypomniała mi się pewna anegdota przytaczana przez Magdę Mołek – o tym, jak wygląda jedzenie obiadu w wielu domach. Otóż kobieta najpierw nakłada wszystkim: dzieciom, mężowi, pozostałym, jeśli akurat są, a na końcu – ochłapy, najgorsze, najbrzydsze kąski wrzuca na swój talerz. To może drobiazg, ale on według mnie świetnie ilustruje ten mechanizm – liczą się wszyscy, ja na szarym końcu, albo coś zostanie, albo nie…
Mam teraz przed oczami moją babcię, która dzieli pieczonego kurczaka. Wszyscy dostają dorodne, pięknie wyglądające porcje, ona zostawia sobie szyjkę i kuperek. Widzę moją teściową, która mając czwórkę dzieci, a także synowe, zięcia i wnuki, zawsze siada w rogu stołu z maleńkim talerzykiem. Oczywiście siada na końcu, jak wszyscy już jedzą i ciągle uważnie sprawdza, czy innym czegoś nie brakuje.

W naszym pokoleniu to wygląda już inaczej, ale chodzi o podobny mechanizm. Słyszę od kobiet, że gotując obiad, myślą o tym, co lubią ich dzieci czy partnerzy. Ostatecznie nigdy nie gotują takiej zupy, którą same lubią, o smaku, za którym same tęsknią. Chcą uniknąć awantury, wolą uniknąć tego, że dziecko powie: „Nie lubię tego, nie zjem” itd. A potem, kiedy rozmawiam z taką kobietą, ona „odkrywa”, że nie pamięta, kiedy ostatnio jadła to, co bardzo lubi. Więcej, ona już nawet nie jest pewna, co lubi, nie wie, na co miałaby ochotę! Bo od zawsze serwuje to, co smakuje innym.

Czyli gdzie jestem w tym wszystkim ja?
To niby banalne pytanie. A tak ważne. Tak potrzebne. Gdy je sobie w końcu zadamy, może być jak przebudzenie! Wielokrotnie byłam świadkinią tego momentu, gdy kobiety orientowały się właśnie „O matko, przecież mnie tu nie ma!”. Gubimy siebie pomiędzy zadaniami i funkcjami, które pełnimy. Często na warsztatach z nażywania zadaję kobietom pytanie „Kim jesteś, jak nie jesteś mamą? Jak nie jesteś żoną, córką, szefową czy pracownicą? Kim jesteś? Jaka jesteś?”.

Co pomaga w szukaniu odpowiedzi na te pytania?
Czasem lektura książki. Czasem psychoterapia. Czasem rozmowa z przyjaciółką. Czasem bycie w ciszy i samotności, za którą wiele kobiet tęskni. Czasem wyjazd bez rodziny. Czasami warsztaty dla kobiet czy krąg kobiet.

Kobiety coraz częściej dają sobie zgodę na takie samotne wyjazdy, bez rodziny, bez partnerów?
Dają, ale nie jest to łatwe. Coraz więcej kobiet zauważa: „Mam zgodę na to, by moje dziecko wyjechało na dwa tygodnie na obóz, a sobie żałuję wyjazdu z przyjaciółką na weekend?”. I to wcale nie zawsze chodzi o pieniądze, choć wiem, że dla wielu z nas są one przeszkodą, szanuję to. Ale wiem też, że kiedy jest w nas motywacja, te pieniądze można w różny sposób zorganizować, odłożyć je, pożyczyć od koleżanki. By w końcu pobyć samą czy z innymi kobietami, na swoich zasadach. Ale najpierw w głowie musi pojawić się myśl „Mogę”, „Zasługuję”, „Chcę tego”, „Potrzebuję i już nie chcę tej potrzeby zagłuszać” itd. Bo co innego wyjechać służbowo, a co innego dla swojej przyjemności. I o tę przyjemność stopniowo uczymy się dbać. Choć się tego ciągle boimy.

Czego tak naprawdę się boimy?
Lista tego, czego się boimy, lista tego, co utrudnia nam dbanie o siebie, jest długa. Ale powiem o trzech najważniejszych rzeczach.
Po pierwsze, nasze pokolenie było wychowane tak, by zagłuszać swoje potrzeby, a uznawać potrzeby innych, ich punkt widzenia. Już jako małe dziewczynki słyszałyśmy, że to, co myślą i czują inni, jest ważniejsze. Rzadko ktoś pytał nas o nasze zdanie. Na przykład gdy jakiś chłopiec „strzelał” z ramiączka stanika dziewczynki, ją to mogło boleć, zawstydzać. Ale gdy dziewczynka poskarżyła się komuś, co, umówmy się, mogło wymagać ogromnej odwagi do odsłonięcia się, co mogła usłyszeć? „Oj, podobasz mu się, lubi cię, nie dąsaj się”. Zamiast skupić się na tym, co czujemy, od razu byłyśmy przekierowane na to, co lubi ktoś inny, w tym przypadku ten chłopiec. Albo sytuacja przy stole: „Podaj babci szklankę”, „Pewnie wujek ma ochotę na sałatkę”, „Podziel się z bratem, tobie wystarczy”, „Ustąp, bądź mądrzejsza” – to wszystko są komunikaty do dziewczynek. Słyszały, że mają troszczyć się o innych, odpowiadając na potrzeby, które nawet nie zostały przez nich wypowiedziane. Przez lata byłyśmy uczone, żeby nie powiedzieć tresowane, do tego, by troszczyć się o innych i zwracać uwagę na ich emocje. Nasze emocje, nasze potrzeby były na drugim planie. Teraz naszym zadaniem jest więc oduczyć się tego i zaprosić swoje emocje, by teraz to one szły przodem.

Czego jeszcze się boimy?
Po drugie, jest w nas lęk o to, co wywoła nasza ewentualna zmiana. Bo kiedy przestanę skupiać się tylko na moich bliskich, zacznę myśleć o sobie, to oni będą niezadowoleni. I pewnie przez jakiś czas rzeczywiście będą, bo – pamiętajmy o tym – nikt nie lubi, kiedy zabiera mu się jakiś fragment komfortu, do którego jest przyzwyczajony. Boimy się krytyki, nawet ze strony dalszego otoczenia. Bo kiedy kobieta „nagle” zaczyna troszczyć się o siebie, zaczyna myśleć o sobie, nierzadko słyszy, że jest egoistką, że poprzewracało jej się w d****, że wydziwia, gwiazdorzy czy księżniczkuje… Otoczenie próbuje to zracjonalizować i zawstydzić nas, że śmiałyśmy coś zmienić. Niestety, bardzo często tę największą, najbardziej bolesną krytykę fundują nam inne kobiety, zwykle to te, które same nie są gotowe, by zmienić coś we własnym życiu, nie mają w sobie odwagi. W każdym razie badania pokazują, że lęk przed krytyką może nas hamować przed zmianami.

A po trzecie?
Po trzecie, i to chyba nie jest już tak oczywiste, jesteśmy wychowane w kulturze dużej powściągliwości, surowości i na poziomie stereotypów krąży przekonanie, że kobieta powinna być „poważna”, „profesjonalna”. To teraz jaskrawo było widoczne przy sprawie premierki Finlandii – jesteś dorosła, powinnaś być poważna. Zajmujesz odpowiedzialne stanowisko, to w twoim życiu nie ma miejsca na śmiech, zabawę, czystą przyjemność. To sprawia, że zaczynamy się bać radości! Zaczynamy bać się ją okazywać. A nie ma nażywania bez śmiechu i radości właśnie. Kiedy prowadzę z kobietami warsztaty nażywania, jest tam zwykle wiele łez, jest opłakiwanie różnych trudnych sytuacji. Ale przynajmniej tyle samo jest też śmiechu. Dzikiego, głośnego, spontanicznego śmiechu, takiego, za którym bardzo tęsknimy. Takiego, który nas ożywia.

Pełniąc wiele odpowiedzialnych funkcji, przebijając szklane sufity, zaczęłyśmy bać się wpuszczania radości do naszego życia. Radość bywa ciągle kojarzona z brakiem profesjonalizmu, przekreślaniem nas i naszych z trudem wywalczonych pozycji. A to nieprawda. Radość to jedna z podstawowych emocji. Bo radość to jest energia, to jest napęd, to potwierdzenie tego, że w życiu jest dobrze.

Boimy się tak wielu rzeczy, że nawet jeśli czujemy już, że zmiany tak bardzo potrzebujemy, że chcemy „odzyskać siebie”, to odkładamy ten ruch, ten krok na jutro, na następny miesiąc czy rok. Odsuwamy to od siebie z lęku przed konsekwencjami…
Daleka jestem od tego, żeby mówić kobietom, żeby coś znosiły, zacisnęły zęby i przetrwały jakiś dyskomfort. Ale akurat w przypadku krytyki z zewnątrz jest tak, że gdy się ona pojawia, trzeba ją przetrwać, iść dalej pomimo niej i nie poddawać się. I może nie zaciskać zębów, ale reagować, stawiać granice, mówić „dość”, gdy staje się bolesna. Ale trzeba ją przetrzymać, bo jest nieunikniona, i nie możemy zakładać, że pozwolimy sobie na zmiany dopiero, gdy jej nie będzie, gdy ucichnie. Dlatego zawsze podkreślam, że strach przed krytyką nie może nas powstrzymać przed nażywaniem się.

To jak stawiać granice naszym krytykom? Bliskim, którym nasze zmiany się nie podobają.
Polecam, żeby z bliskimi rozmawiać o tym, jakie są nasze intencje, co stoi za naszą potrzebą zmiany. Warto tłumaczyć to, co może nam wydawać się oczywiste, a dla bliskich oczywiste nie jest. Mówić wprost, dlaczego potrzebujemy zmiany, dlaczego potrzebujemy nażywania się i dlaczego już nie chcemy z tego rezygnować. Mówić o tym, że spełniając swoje potrzeby, nie robimy na złość innym, tylko w końcu uczymy się, jak zadbać o siebie. Mówić głośno o tym, jakiego wsparcia potrzebujemy, a co w ich reakcjach nas rani.

Pamiętam, że zadałam kiedyś mojemu mężowi pytanie, czy on się nie boi, że kiedy ja teraz zaczęłam wyjeżdżać na weekendy z koleżankami, to wydarzy się tam coś, co sprawi, że pomyślę, że moje życie, nasze wspólne życie, już mnie nie interesuje, że chcę czegoś innego. Odpowiedział, że zrozumiał, że bardziej powinien bać się tego, co zdarzy się, jeśli ja nie zacznę wyjeżdżać, nie będę miała tego „swojego” czasu, swojego #nażyćsię, niż tego, że będę to robić. Bo on już widział mnie zmęczoną, wypaloną, z depresją, w żałobie, już zna te odcienie mnie, kiedy się nie nażywałam i dzielnie znosiłam kolejne wyzwania. Dziś już potrafi sobie wyobrazić, a nawet przypomnieć, co może się wydarzyć, kiedy będzie się buntował przeciw mojej potrzebie wolności. Zrozumiał, że wolność obok autentyczności i odwagi to jedna z najważniejszych moich wartości i przyjmuje ją jako element mnie. Ale za tym stoją lata związku i wiele, wiele szczerych i mocnych rozmów.

Poza krytyką otoczenia jest jeszcze jeden trudny dla nas element – poczucie kontroli – muszę wiedzieć, muszę sprawdzić, muszę przy tym być, bo ja zrobię to najlepiej…
Poczucie kontroli może mieć wiele źródeł, ale najważniejsze jest, by dostrzec, zdać sobie sprawę z tego, jakie są jego koszty. Co tracimy, próbując perfekcyjnie kontrolować każdy obszar życia? Co tracimy, gdy zamiast żyć życiem, próbujemy je kontrolować, porównywać, zamykać w miernikach sukcesów? Na te pytania każda z nas powinna odpowiedzieć sobie sama. Ja najczęściej słyszę, że tracimy spontaniczność, radość, bliskość z innymi. Tracimy okazję, by doświadczać w życiu tego, co urzeczywistnia nasze wartości, marzenia.

Bliskość?
Kobiety często mówią: „Marta, czy wiesz, że ja z moim mężem rozmawiam tylko o tym, co trzeba zrobić, wykonać, kupić, załatwić? A tak tęsknię, żeby pójść z nim i dziećmi na spacer, na spontaniczne lody, ubrudzić się nimi, uśmiać z tego i nie gonić do domu, by wstawiać natychmiast pranie! Nie gonić do domu, by zajmować się kolejnymi zadaniami z listy”.

Z listy, która nigdy się nie kończy…
Tak, a poza tym na to, żeby zadania zostały „poprawnie” wykonane, wpływ ma wiele czynników, które bardzo często są zupełnie od nas niezależne. Na przykład w listach zadań nie ma telefonu ze szkoły, że dziecko boli brzuch. Nie ma tam też smutku i zakłopotania po tym, że ktoś odrzucił naszą ofertę. Ani telefonu od siostry, którą właśnie zostawił mąż i z którą rozmawiamy dwie godziny, bojąc się przerwać tę rozmowę w nieodpowiednim momencie. Nie ma też tego, że całe popołudnie szukałyśmy psa, który zgubił się w lesie, a bardzo boimy się o leciwego staruszka. A te wszystkie zadania spoza listy to życie, to esencja życia. Nażywanie się to wybieranie tego, co dla nas ważne, co nagle wpada w nasze życie i domaga się uwagi, a kosztem jest niedokończenie listy zadań. Listy, którą powinnyśmy uczyć się odpuszczać, a także oswajać poczucie winy, które temu odpuszczaniu towarzyszy.

Odpuszczanie kontroli to zauważenie, że są rzeczy ważniejsze niż robienie wszystkiego perfekcyjnie i na czas?
Tak. Nażywanie nie jest o tym, byśmy ignorowały obowiązki, lekceważyły pracę czy dzieci. Jest zachęceniem nas do zadania sobie pytań o to, po co to robię, czy trzeba to zrobić w tym momencie, czyje oczekiwania teraz spełniam i co jest ważniejsze niż zadanie, które sztywno narzuciłam sobie danego dnia, i jego perfekcyjne zrealizowanie? Bo czasami, a może i zawsze, ważniejsze jest po prostu zaangażowanie się w życie.

To się łączy z naszym poczuciem wartości. Wiele z tych rzeczy robimy przecież po to, by zasłużyć: na miłość, na pochwałę, na słowo „dziękuję”. Bo tak bardzo źle siebie same oceniamy, tak źle same o sobie myślimy…
To jest bardzo ważne. Ostatnio pracowałam z kobietą, która na koniec sesji spisała na kartce wskazówki dla siebie: „Jestem okej, kiedy mam bałagan w domu”, „Jestem okej, kiedy nie ugotuję obiadu, tylko kupię coś gotowego”, „Jestem okej, kiedy córka pójdzie do szkoły z plamą na spodniach”. To może brzmi śmiesznie, może banalnie, ale to są dla wielu z nas – spójrzmy teraz na siebie szczerze – wnioski, do których dojście bywa bardzo trudne. Ale jedno to do nich dojść, drugie być im wierną i uznać, że nasza wartość nie zależy od czystości bluzki córki czy porządku w kuchni. Uznać, że uszanowanie swojego zmęczenia, uszanowanie siebie jest ważniejsze niż oczekiwania innych (bądź swoje własne, ale podszyte lękiem przed oceną czy porażką). Uznać, że dobre życie i nażywanie się życiem to zgoda na to, by z pięciu zadań wykonać trzy.
Uznać, że wyrazem szacunku dla siebie może być to, by jutro na obiad ugotować szczawiową, którą uwielbiam, a nie pomidorową, którą lubią dzieci. Nie zjedzą? Trudno. Kupimy im frytki!

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze